Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazprom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazprom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Gazprom z Gazpromem, czyli memorandum

Skoro o inwestycji na terenie Polski porozumiewa się Gazprom z Gazpromem, to powiedzcie sami – po co tu jeszcze jakiś rząd?

I. Fasada państwowości

Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, że cała ta Dyktatura Matołów z Ober-Matołem na czele to tylko banda żałosnych figurantów, a realne decyzje podejmowane są gdzie indziej i przez kogo innego, to po awanturze z memorandum dotyczącym budowy gazociągu Jamał II (Petersburg, czwartek, 04.04.2013) musiał wyzbyć się ostatnich złudzeń. Niby w zasadzie człowiek wie, że cała ta III RP to fasada i pic na wodę, ale zawsze pożytecznie jest dla zachowania trzeźwej oceny sytuacji przekonać się o tym w tak dobitny sposób. Podpisanie memorandum przez przedstawiciela EuRoPol Gazu poza wiedzą ministra skarbu i premiera pokazuje bowiem, że państwa rozumianego jako pewien system współdziałających struktur zwyczajnie nie ma. Nie ma i już. Jest tylko luźny konglomerat różnych klik, reprezentujących partykularne interesy swych krajowych i zagranicznych mocodawców, a każda z tychże klik ciągnie w swoją stronę bez oglądania się na ekipę piłkarzyków.

Zresztą, wieść gminna niesie, iż Ober-Matoł notorycznie ucieka od wieści mogących zaburzyć mu dobre samopoczucie, nie czyta raportów wywiadu i innych tego typu papierzysk, zatem okoliczności podpisania memorandum są logiczną konsekwencją tej formuły sprawowania nie-rządów. No bo, zastanówmy się: po co premierowi Tuskowi wiedzieć takie rzeczy – czy będzie budowany u nas jakiś gazociąg, czy też nie? Jeszcze by się zestresował i nie strzelił karnego. Wystarczy, że wiedzą o tym ci, którzy wiedzieć powinni. Wie o tym prezydent Putin i szef Gazpromu, pan Aleksiej Miller, któremu Putin nakazał przed szczytem państw bałtyckich w Petersburgu powrócić do koncepcji Jamału II. Ze strony - nazwijmy to umownie - „polskiej”, wiedzieli zaś o tym ci, z którymi Gazprom prowadził jeszcze przed petersburskim szczytem rozmowy na poziomie korporacyjnym, czego nie omieszkał podkreślić Aleksiej Miller, by nikt nie miał złudzeń co do faktycznej hierarchii decydującej o tego typu sprawach.

II. Hierarchie nominalne i faktyczne

Spróbujmy tę hierarchię zrekonstruować. Najpierw prezydent Rosji podejmuje strategiczną decyzję, którą przedstawia do wykonania któremuś ze swych podwładnych (w tym przypadku - szefowi Gazpromu), następnie zaś uruchamiane są odpowiednie aktywa ludzkie w krajach satelickich (tym razem - w Polsce), którym komunikuje się (etap „korporacyjnych konsultacji”) co i kiedy zostanie podpisane, by otworzyć następny etap wdrażania inwestycji.

Jak widzimy z powyższego, angażowanie w proces decyzyjny takich marionetek, jak premier rządu RP, a tym bardziej jakiś tam minister skarbu, jest zbędną mitręgą i poważne przedsięwzięcia obliczone na dziesięciolecia mogą się bez nich doskonale obejść. Jeśli przypomnimy sobie, że EuRoPol Gaz ma strukturę własnościową w której PGNiG oraz Gazprom mają po 48% udziałów, a pozostałe 4% należą do Gas-Tradingu, który zawsze będzie trzymał ze stroną silniejszą w tym polityczno-biznesowym mariażu, to łańcuszek podwładności rysuje się nam jak na dłoni i nie ma co wierzgać przeciw ościeniowi.

To znaczy, tak dla publiki można zawsze ogłosić, że „ja nic nie wiem”, a poza tym „strategicznie rzecz biorąc nie chcemy zwiększać puli gazu rosyjskiego”, ale takie rzeczy pan premier może sobie ogłaszać o dowolnej porze dnia i nocy – no bo co to komu szkodzi? Poważni ludzie w poważnych gabinetach swoje już ustalili. Można również twierdzić, że owo memorandum nie ma żadnej mocy wiążącej – ot, taka deklaracja „wzajemnego zrozumienia” - i można wierzyć, że Putin oraz Aleksiej Miller nie mają do roboty nic lepszego, niż osobiście angażować się w błahe gry i zabawy.

III. Jak Gazprom z Gazpromem

Groteskowo na tym tle prezentuje się aktywność wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego, szefa PSL-u – chyba najbardziej prorosyjskiej partii. Zawdzięczamy jej w znacznej mierze ostatnią „renegocjację” umowy gazowej, przedłużającej nasze uzależnienie od rosyjskiego surowca, który dzięki Waldemarowi Pawlakowi będziemy jeszcze przez długie lata kupować najdrożej w Europie. Muszę przyznać, że to, co opisała na swoich stronach „Rzeczpospolita” - jak to wicepremier biegał po petersburskich korytarzach próbując wydębić jakiekolwiek informacje o planowanym gazociągu, jest modelowym wręcz pokazem niemocy (cyt. „Również wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński, który prowadził rozmowy z Rosjanami w Sankt Petersburgu, nie pozyskał zbyt wielu szczegółów o Jamale II”). Wprawdzie pan Piechociński odgraża się, że będzie dążył do odtajnienia „instrukcji negocjacyjnych” jakich mu udzielono, z których ma wynikać, cytuję „z jaką determinacją rząd Donalda Tuska i Janusza Piechocińskiego kładzie nacisk na kwestię bezpieczeństwa, suwerenności energetycznej, na realizację bardzo ambitnych planów wzmocnienia naszego potencjału i poszerzenia krajowego wydobycia energii", niemniej będzie stanowiło to jedynie bolesne potwierdzenie zarysowanej powyżej prawdziwej hierarchii, dla której poczynań akceptacja bądź sprzeciw tzw. „czynnika rządowego” są doskonale obojętne.

Symboliczne, że przewodniczącym Rady Nadzorczej EuRoPol Gazu jest Alexander Miedwiediew oddelegowany na to stanowisko przez Rosję (równocześnie pozostaje wiceprezesem Gazpromu). Co prawda w imieniu „strony polskiej” memorandum „o wzajemnym zrozumieniu” podpisał prezes zarządu Mirosław Dobrut, żeby było ładniej i bez nadmiernej ostentacji, niemniej nie sposób nie zauważyć, że robił on jedynie za okolicznościowego figuranta struktury decyzyjnej, której członem wykonawczym jest rosyjska delegatura Gazpromu ulokowana w EuRoPol Gazie. No więc, skoro o inwestycji na terenie Polski porozumiewa się Gazprom z Gazpromem, to powiedzcie sami – po co tu jeszcze jakiś rząd?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Witam ponownie Czytelników po dłuższej absencji spowodowanej tzw. złośliwością przedmiotów martwych. Spaliła mi się płyta główna w komputerze i trochę trwało nim nabyłem nowy sprzęt. Niemniej, wracam do obiegu i regularnego blogowania. Od najbliższego czwartku będzie też można mnie z powrotem usłyszeć w audycjach Niepoprawnego Radia PL.

czwartek, 10 maja 2012

Tarcza i gaz

Nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że do uzależnienia surowcowego dołączy militarny protektorat Rosji.

I. Naści swój „reset”, mości Obamo...

Jakieś dwa lata temu w przypływie czarnego humoru zdarzyło się mi napisać, że jak tak dalej pójdzie, to doczekamy się w Polsce bazy antyrakietowej – rosyjskiej. I jak dotąd wszystko, powoli lecz nieubłaganie, idzie właśnie w tym kierunku. Oto niedawno w Moskwie odbyła się konferencja międzynarodowa dotycząca obrony przeciwrakietowej na której szef Sztabu Generalnego armii rosyjskiej, gen. Nikołaj Makarow ponowił propozycję wspólnej, natowsko-rosyjskiej tarczy antyrakietowej. Warunkiem jej powstania byłaby oczywiście rezygnacja NATO (czytaj – USA) z instalacji swych baz w krajach tzw. bliskiej zagranicy, tak by natowska część tarczy nie była w stanie przechwytywać rakiet balistycznych wystrzeliwanych z terytorium Rosji.

Przy okazji polskie media doniosły, iż Rosja po raz pierwszy przedstawiła szczegóły owego projektu – otóż Rosja miała by objąć „ochroną” nie tylko terytorium WNP, ale również kraje bałtyckie, część Norwegii oraz wschodnią Polskę, co oznacza dążenie do usankcjonowania strefy wpływów nie tylko w wymiarze surowcowo-energetycznym, jak ma to dziś miejsce w przypadku Pribałtiki i Polski, lecz również w wymiarze militarnym. Tyle, że nie jest to aż taka nowina, bowiem po raz pierwszy podobny projekt Rosja zgłosiła już w czerwcu zeszłego roku, co zresztą dało mi asumpt do powtórzenia żartu-proroctwa o ruskiej bazie w Polsce. Cóż, wygląda na to, że skoro rosyjska propozycja nie spotkała się rok temu ze stanowczym sprzeciwem, to wiecznie zagrożona przez wraży zapad „święta Ruś” uznała za stosowne włączyć ten pomysł do swej doktryny militarnej. Obecnie zaś generał Makarow pokazał mapkę doprecyzowującą stanowisko FR i z roku na rok będzie coraz trudniej wymusić na Rosji rezygnację z tych planów.

Będzie to tym trudniejsze, że na inaugurację drugiej rundy na kremlowskim stolcu ober-czekista Putin wydał dekret w którym stoi, iż należy „konsekwentnie bronić rosyjskiego podejścia w kwestii utworzenia globalnego systemu obrony przeciwrakietowej Stanów Zjednoczonych, starając się o uzyskanie trwałych gwarancji, że nie będzie ona skierowana przeciwko rosyjskim siłom odstraszania nuklearnego.” Natomiast na wspomnianej wcześniej konferencji generał Makarow bez zbędnej krępacji zagroził atakiem prewencyjnym na amerykańskie instalacje antyrakietowe m.in. za pomocą Iskanderów rozlokowanych w Obwodzie Kaliningradzkim.

Dorzućmy jeszcze do tego plany ulokowania stacji radiolokacyjnej „Woroneż” w Naddniestrzu, wzmacnianie sił na Kaukazie, utrzymywanie baz w Abchazji i Osetii Południowej w stanie podwyższonej gotowości, mianowanie na dowódcę Wojsk Lądowych FR generała Władimira Czirkina Walentinowicza – wojskowego z wieloletnim doświadczeniem na Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie i Kaukazie Północnym - a wszystko to połączone z intensywnym przezbrajaniem armii rosyjskiej. Od razu widać, że Putin powraca z przytupem i we właściwym sobie stylu.

Naści swój „reset” o który żeś tak skamlał, mości Obamo.

II. Partia Gazpromu w natarciu

Tymczasem rozliczne sekcje lokalne „partii Gazpromu” rozsiane po byłych demoludach nie zasypiają gruszek w popiele, tylko pracują w pocie czoła nad umocnieniem rosyjskiego monopolu gazowego i opłacalnością powstającego South Stream. Oto kolejno moratoria na wydobycie gazu łupkowego wprowadziły Bułgaria, Rumunia i Czechy (w tym Bułgaria „na zawsze”). W efekcie Polska pozostaje sama na placu boju, co nie wróży dobrze, zważywszy na intensywny, antyłupkowy lobbying Gazpromu prowadzony pod „ekologistycznym” parawanem w Unii Europejskiej. Prekursorem na Zachodzie była Francja, która już w zeszłym roku zakazała u siebie prac nad eksploatacją tego surowca, a dziś w jej ślady podążają kraje Europy Środkowo-Wschodniej, motywując swe moratoria ekologią właśnie. Oczywiście, konkurencyjność łupków wobec rosyjskiego gazu konwencjonalnego i Gazociągu Południowego nie ma nic do rzeczy. Oczywiście...

Zatem z łupkami będziemy mieli pod górkę jeszcze bardziej niż do tej pory, gdyż naszym „unijnym partnerom” samowystarczalna energetycznie, czy wręcz eksportująca gaz Polska jest potrzebna jak psu piąta noga. Dotyczy to szczególnie unijnego hegemona, czyli Niemiec, którym może to popsuć wypracowywane latami rozliczne geszefty z Rosją, z Nord Streamem na czele. Niemcy zaś są w stanie poprzez unijne instytucje albo zakazać wydobycia gazu łupkowego, albo obwarować jego eksploatację rozlicznymi warunkami, które uczynią cały interes nieopłacalnym. Należy się zatem spodziewać rychłego wzmożenia ekologicznej wrażliwości wśród antyłupkowej euro-koalicji.

Pierwsze przymiarki mieliśmy już w zeszłym roku, kiedy to Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego oraz Bezpieczeństwa Żywnościowego Parlamentu Europejskiego zamówiła raport na temat wpływu wydobycia gazu łupkowego na środowisko i zdrowie obywateli. Sporządzenie raportu Komisja zleciła niemieckiej firmie konsultingowej Ludwik-Bölkow Systemtechnik, żyjącej z doradztwa „pro-eko”. Jak można było się spodziewać raport wieszczy z tytułu eksploatacji łupków siedem plag egipskich i zupełnym przypadkiem zbiegło się to z nasileniem „ekologicznej” kampanii Gazpromu, który nie ustaje w wysiłkach, by przeforsować antyłupkowe regulacje w skali ogólnoeuropejskiej. Można się spodziewać, że w końcu mu się uda, bowiem polskie łupki godzą potencjalnie w zbyt wiele interesów i zbyt drastycznie naruszają europejskie energetyczne status quo, w którego budowę i utrzymanie kontynentalne potęgi zainwestowały zbyt wiele sił i środków.

***

I tym oto sposobem, nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że pozostaniemy na wieki wieków przykuci do strategicznych dostaw surowców ze wschodu, co – jeśli Obama uzyska reelekcję – rychło może zostać wzmocnione militarnym protektoratem Rosji w ramach wspólnej, rosyjsko-natowskiej tarczy antyrakietowej, oddającej nas pod pieczę Kremla według wytycznych ober-czekisty Putina i generała Makarowa. I wszystko mimo naszego zakotwiczenia w zachodnich strukturach, które to struktury miały nam gwarantować bezpieczeństwo, wiekuistą prosperity i wiele innych, różnistych cudowności. Doprawdy, wiele się musiało zmienić, by wszystko pozostało po staremu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

poniedziałek, 12 marca 2012

Partia Gazpromu w Polsce


Polski Urząd Regulacji Energetyki zachował się jak gazpromowska agentura wpływu. Zapłacimy za to wszyscy.


I. Skandal z rewersem wirtualnym

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do istnienia „partii Gazpromu w Polsce”, której przedstawiciele ulokowani są w najróżniejszych instytucjach – nie wyłączając administracji państwowej, to niedawno mogliśmy zaobserwować jej działanie w praktyce.

Oto, jak podała „Wyborcza”, od marca obowiązuje nowa taryfa za przesył gazu rurociągiem jamalskim, drastycznie redukująca opłacalność tzw. rewersu wirtualnego. O co chodzi z tym rewersem? Otóż, od czterech miesięcy istnieje możliwość wirtualnego transportu tańszego gazu z Niemiec - do Lwówka k. Poznania lub do Włocławka - za pomocą jamalskiej rury. Polega to na tym, że zamawia się gaz u niemieckiego dostawcy, a następnie „wymienia” się go na gaz dostarczony fizycznie z Rosji. Za operację odpowiada spółka Gaz System. Opłacalność tego „wirtualnego transportu” wynika nie tylko z niższej ceny „niemieckiego” gazu, ale również z dotychczasowej preferencyjnej stawki płaconej za wejście do rury przy rewersie wirtualnym - wynosiła ona dotąd 13,12 zł za 1000 m3 gazu. Jeśli zważymy, iż w tym roku za pomocą rewersu wirtualnego możemy sprowadzić aż 3,7 mld m3 gazu, czyli niecałą 1/3 całkowitego zapotrzebowania Polski, zaś wydobycie własne zaspokaja ponad 1/3 (ok. 5 mld m3), to okazałoby się, że za przepłacony gaz z Rosji bulilibyśmy w o wiele mniejszym wymiarze, niż wynikałoby to z „wynegocjowanej” przez Waldemara Pawlaka umowy.

Niestety, nie ma tak dobrze, albowiem ni z tego, ni z owego EuRoPol Gaz, zawiadujący polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego wprowadził nową stawkę za rewers wirtualny w wysokości 26,70 zł za 1000 m3 – ponad dwukrotnie wyższą od dotychczasowej! Formalnie w EuRoPol Gazie panuje równowaga udziałów między PGNiG a Gazpromem (po 48% udziałów, 4% ma Gas Trading), jednak to Gazprom jako dostarczyciel surowca gra tam pierwsze skrzypce, a szefem przedsiębiorstwa jest Aleksander Miedwiediew, zatem logiczne jest, iż będzie on reprezentował rosyjskie interesy, z którymi koliduje możliwość kupowania przez Polskę tańszego gazu z kierunku niemieckiego. To jedno.

II. Pod dyktando Gazpromu

Jednak prawdziwy skandal tkwi gdzie indziej. Mianowicie, według EuRoPol Gazu, dwukrotna podwyżka opłaty została wprowadzona... na pisemne wezwanie prezesa Urzędu Regulacji Energetyki! Innymi słowy, polski urząd i prezes Marek Woszczyk zachowali się jak gazpromowska agentura wpływu, redukując opłacalność rewersu wirtualnego. Import z Niemiec wciąż będzie stosunkowo korzystny, ale zwiększone koszty odbiją się w cenach gazu, za który zapłacimy wszyscy. Zyska na tym jedynie EuRoPol Gaz – czyli Gazprom i Rosja.

Dodatkowego smrodku przydaje sprawie moment podniesienia opłat, następuje on bowiem niedługo po tym, jak Polska skierowała do Trybunału Arbitrażowego w Sztokholmie pozew przeciw Gazpromowi i spółce Gazprom Eksport w którym domagamy się zmiany zasad ustalania cen i obniżenia ich o 10 procent. Warto pamiętać, iż w chwili obecnej płacimy ponad 500 dol. za 1000 m3, podczas gdy zachodni odbiorcy rosyjskiego gazu płacą średnio o 1/4 taniej, zaś Rosja dodatkowo jeszcze te ceny im obniża. Nam Rosja podobnych obniżek konsekwentnie odmawia i to by było tyle, jeśli chodzi o „korzystną formułę cenową” o której bredził wicepremier Waldemar Pawlak podczas pamiętnych gazowych negocjacji.

Efekt jest taki, że bardziej opłaca się nam odkupywać rosyjski gaz od Niemców. Nasi zachodni partnerzy sprowadzają surowiec z Rosji po tak korzystnych cenach, że nawet po doliczeniu marży ten niby-niemiecki gaz jest i tak o ok. 15% tańszy niż ten sam gaz kupowany bezpośrednio od Rosjan! Zresztą, w założeniu sprowadzanie gazu za pomocą rewersu wirtualnego miało być elementem nacisku na Gazprom, by w końcu obniżył nam stawki, tak jak uczynił to wobec zachodnich kontrahentów.

III. Dziwna niemożność

Po raz kolejny daje o sobie znać brak dywersyfikacji dostaw i oddanie de facto w rosyjskie ręce jamalskiej magistrali. I tu muszę przypomnieć o tzw. gazociągu słubickim, o którym pisałem w notce „Zapomniany gazociąg”. W skrócie: chodzi o gazociąg wybudowany w 2001 roku przez niemiecki koncern EWE, przebiegający pod Odrą w rejonie Słubic i zaopatrujący w gaz kilkadziesiąt gmin w woj. lubuskim. Niemcy do 2009 roku wybudowali ok. 1200 km gazociągów i oferowali Polsce możliwość sprzedaży do 2 mld m3 gazu rocznie. Do pełni szczęścia brakowało wybudowania 30 – 40 km rurociągu, który podłączyłby infrastrukturę niemieckiego koncernu do polskiej sieci przesyłowej. W ten sposób podpięlibyśmy się do europejskiego systemu przesyłowego z ominięciem „jamalu” i moglibyśmy dziś sprowadzać tańszy gaz z kierunku zachodniego bez zawracania sobie głowy różnymi „rewersami” i stawkami za wejście do rosyjskiej rury.

Niestety, mimo opracowania w 2004 roku studium wykonalności projektu i uzyskania pozwoleń na budowę, sprawa rozbiła się o postawę państwowego monopolisty, czyli spółki Gaz-System, zawiadującej polskimi gazociągami, która nie wyraziła zgody na podłączenie magistrali słubickiej do swojej sieci. Byłaby to oczywiście zaledwie namiastka dywersyfikacji, ale w naszej sytuacji nawet to byłoby nie do pogardzenia i dawało jakąś kartę przetargową wobec Gazpromu.

Tymczasem mamy niekorzystną umowę obowiązującą do 2022 roku, budowa gazoportu w Świnoujściu się ślimaczy, nie mówiąc już o Nord Streamie spłycającym tor podejściowy do portu, gaz łupkowy to melodia przyszłości i to niepewnej, zważywszy na antyłupkowy lobbing oraz dziwne machloje wokół koncesji, zaś Gazprom funduje stypendia dla doktorantów UW, werbując świeży narybek dla swej i tak potężnej agentury wpływu.

Partia Gazpromu w Polsce działa w ukryciu ale pełną parą. Przejawy jej aktywności można od czasu do czasu zaobserwować przy takich okazjach jak negocjacje gazowe, czy opisywana tu decyzja Urzędu Regulacji Energetyki. Jednak najlepszym dowodem na jej wszechobecność jest permanentny bezwład i niemożność naszego kraju we wszystkich inicjatywach, które mogłyby zagrozić interesom rosyjskiego giganta pełniącego funkcję czołowej broni w imperialnym arsenale Kremla.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

środa, 9 listopada 2011

UE – Rosja, czyli sojusz ponad naszymi głowami


Dzień uruchomienia Gazociągu Północnego był ostatnim dniem mrzonek o europejskiej solidarności energetycznej.


I. Feta w Lubminie

Odkręcono kurek, strzeliło szampanskoje i popłynął gaz. Dzień 8 listopada 2011 w Lubminie, gdzie w stacji odbiorczej z wielką fetą uruchomiono magistralę Nord Stream, był ostatnim dniem mrzonek o europejskiej solidarności energetycznej. Warto zwrócić uwagę na słowa wypowiedziane przy tej okazji przez Dymitrija Miedwiediewa: „Po raz pierwszy gaz ziemny z Rosji popłynie bezpośrednio do UE. Powtórzę: „Bezpośrednio do UE”. Te słowa nie są przypadkowe. Sankcjonują one oficjalnie na forum międzynarodowym rosyjską optykę, wedle której „prawdziwa” Unia Europejska zaczyna się od niemieckiej granicy, zaś byłe demoludy, w tym Polska, są strefą buforową – miejscem spotykania się wpływów Rosji i Niemiec. Mówiąc wprost – kondominium, lub też obrotową „bliską zagranicą”. Jak podkreślił p/o cara, Rosja i UE mają przed sobą „świetlaną przyszłość”. Cóż, zważywszy, że do końca przyszłego roku ma zostać uruchomiona druga nitka gazociągu, nie można co do tego mieć wątpliwości. A kiedy powstanie South Stream, to „przyszłość” rozświetli się ostatecznie błękitnym płomieniem, zaś wolumen dostaw zgodnie ze słowami Miedwiediewa osiągnie 200 mld m3.

Celebrując tę podniosłą chwilę dodajmy, iż w trakcie realizacji projekt Gazociągu Północnego z bilateralnej inwestycji niemiecko-rosyjskiej stał się jakoś tak niepostrzeżenie sprawą unijną, co podkreślił odpowiedni dobór zgromadzonych w Lubminie gości: oprócz kanclerz Merkel i prezydenta Miedwiediewa a także szefów Nord Streamu, byli obecni premierzy Francji, Holandii oraz eurokomisarz d/s energii Guenther Oettinger. Ten ostatni wspomniał nawet coś o potrzebie dywersyfikacji i polskim gazie łupkowym, ale zaraz gorliwie zapewnił, że „gaz ziemny pozostanie podstawą dla rynku gazu w przyszłości”. Ponieważ 500 zaproszonych gości trzeba było czymś zabawić, kanclerz Angela Merkel dała próbkę iście teutońskiego poczucia humoru mówiąc, że podczas realizacji projektu „uwzględniono uzasadnione interesy wszystkich krajów, leżących nad Bałtykiem".

Zwróćmy uwagę na tę subtelność: „uzasadnione interesy”. Najwyraźniej, kwestia drożności toru podejściowego do portów Szczecin-Świnoujście z budowanym tam gazoportem, „uzasadnionym interesem” nie była, zresztą, bądźmy szczerzy – nie naciskaliśmy, bo po co psuć atmosferę. Poza tym, pani kanclerz obiecała, że jakby co, to kurek się zakręci, gazociąg rozmontuje, przesunie albo zakopie głębiej, potem zmontuje znowu, co tam – powiemy tylko słowo i będzie załatwione. Serio - naprawdę obiecała tak ministrowi do spraw Twittera, Radkowi Sikorskiemu, a może nawet i samemu Tuskowi, z którym „liczą się w Europie”, a oni uwierzyli, radośnie pokiwali głowami i pospieszyli powiadomić rodaków, którzy też uwierzyli, o ile ktokolwiek zrozumiał o co chodzi i kogokolwiek to obeszło.

O uwzględnianiu uzasadnionych interesów może też mówić nam co nieco fakt, że dla przedstawicieli polskiej prezydencji z Tuskiem, co to ponoć rządzi teraz Europą, miejsca na imprezie litościwie nie przewidziano, my zaś ze swej strony po raz kolejny skorzystaliśmy z okazji, żeby siedzieć cicho.

II. Rosja u bram WTO

Całkiem słusznie. Po co się odzywać i sprawiać wrażenie, że nie pozostajemy w głównym nurcie europejskiej polityki. Poza tym, ludziska dobrze się bawią obserwując samo-dożynanie się watah połączone z inauguracją nowego sezonu „Cyrku na Wiejskiej”, więc nie ma sensu odrywać ich od igrzysk. Do tego nastroju ochoczo dostosowały się mediodajnie. Na przykład, taki Tomasz Wróblewski przywlókł do „Rzepy” ze sobą z „Dziennika Gazety Prawnej” Andrzeja Talagę. Co robi Andrzej Talaga? Andrzej Talaga się cieszy. Powodem radości jest wycofanie przez Gruzję sprzeciwu wobec przyjęcia Rosji do Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Talaga uważa, że WTO stanie się dla Rosji i Putina „kagańcem”, bo w WTO obowiązują reguły i karne procedury za ich nieprzestrzeganie, w związku z czym łatwiej będzie punktować i rozliczać Rosję za nieprzestrzeganie „cywilizowanych zasad”. Ponadto Rosji ponoć nie stać na odbudowę imperium, więc nie mają racji ci, którzy oskarżają Rosję o neoimperializm – to tylko zwykły biznes, tyle że Rosja do tej pory „nie przebierała w środkach”. Jak wstąpi do WTO, to przebierać zacznie.

Poważnie - tak prawi znany dziennikarz „robiący” w tematyce międzynarodowej. Ja oczywiście nie jestem zaskoczony, bo tego typu argumentację powtarzają od dawna rozliczni przyjaciele Kremla na Zachodzie zdominowanym przez pokolenie ‘68, a od jakiegoś czasu również „płynące w głównym nurcie” polskie władze, szczególnie od chwili kiedy polskie państwo zdało egzamin. Pan Talaga również pragnie płynąć w głównym nurcie i stać się Europejczykiem, więc niczym szkolny prymusik pisze utrzymane w odpowiednim duchu wypracowanie.

A teraz pomyślmy. Rosja od 18 lat stara się o przyjęcie do WTO, do której nie wiedzieć czemu jej nie wpuszczano. Pewnie nikt nie chciał jej nakładać kagańca. Dziwne – Putin prosi „nałóżcie mi kaganiec, bo bardzo chcę podlegać procedurom karnym, gdy złamię cywilizowane zasady”, a tamci – nie i nie. Otóż, wolny handel wcale nie „okiełzna Rosji”, jak twierdzą rozmaici zwolennicy „cywilizowania” przez „otwarcie”. Wolny rynek to jedno z narzędzi, z którego Rosja korzysta kiedy jej wygodnie, by zaraz bezpardonowo używać pod byle pretekstem bata w postaci kurka z surowcami czy embarga.

Gospodarka dla Rosji jest funkcją politycznej ekspansji, zaś surowce – najcięższym orężem z pozamilitarnego geostrategicznego arsenału, mającego służyć wyłącznie jednemu – odbudowie imperium. Putin pisał (lub też raczej – plagiatował) na ten temat utajniony obecnie doktorat, zaś wszystkie jego posunięcia podporządkowane są jednemu – odbudowie posowieckiej strefy wpływów i przywiązaniu Zachodu do Rosji, przed czym zresztą ten ostatni się nie broni, czego dowodem są słowa kanclerz Merkel z lubmińskiej imprezy: „Będziemy ze sobą związani przez dziesięciolecia”. Można się zatem spodziewać, że żadne WTO nie będzie umierało za państwa rosyjskiej „bliskiej zagranicy”, gdy ta postanowi wstrzymać dostawy, lub zablokuje import produktów spożywczych. Zwłaszcza jeśli przekonująco wyjaśni „partnerom”, że to nie są żadne restrykcje, tylko awaria gazociągu, lub poważne naruszenie rosyjskich przepisów sanitarnych przez nieuczciwych kontrahentów. Zresztą, odsyłam do lektury książki „Nowa Zimna Wojna” Edwarda Lucasa, którą zawsze polecam przy takich okazjach.

WTO będzie dyscyplinować Rosję? Wolne żarty. Przeciwnie – to Światowa Organizacja Handlu stanie się dla rosyjskiego ekspansjonizmu kolejnym polem do zagospodarowania.

III. Ekspansja

A że jest co zagospodarowywać właśnie się przekonujemy, gdy pogrążona w kryzysie Unia coraz chętniej i korniej zerka w stronę rosyjskich 580 mld dolarów (to oficjalna rezerwa walutowa Rosji, do której wg agencji Stratfor należy doliczyć jeszcze jakieś 600 mld – polecam to uwadze pana Talagi, który twierdzi, że Rosja „nie ma potencjału”). Rosja zaś nie zasypia gruszek w popiele, tylko przymierza się do wykupywania zachodnich przedsiębiorstw z różnych sektorów – w tym banków (m.in. Kredyt Bank i Bank Millenium), oraz próbuje torpedować unijne regulacje energetyczne – zwłaszcza obowiązek oddania w zarząd sieci przesyłowych niezależnym operatorom (temu ma służyć wykupywanie aktywów zachodnich firm energetycznych). W międzyczasie prowadzi intensywny „ekologiczny” lobbing przeciw gazowi łupkowemu, co nie spotyka się z żadną reakcją z polskiej strony.

Europa potrzebuje rosyjskiego gazu i rosyjskich pieniędzy. Rosja potrzebuje mocnego wejścia w europejski obieg gospodarczy, by zagwarantować sobie jeszcze trwalszą i silniejszą pozycje polityczną niż ma obecnie i nie wypaść z konkurencji z Chinami. Kryzys stwarza wyjątkowo dogodne warunki do realizacji tych zamierzeń. (Polecam tu dwa artykuły: Mariusza Majewskiego na „Rebelyi” i Artura Bazaka na „wPolityce.pl”.)

Napisałbym coś na zakończenie o tym, że w obliczu poniechania wszelkich pozorów europejskiego solidaryzmu i jawnego już rozbicia UE wedle rosyjskiego życzenia na „prawdziwą” i „nieprawdziwą”, należałoby przywrócić do łask „politykę jagiellońską” i przystąpić do budowania politycznego sojuszu państw naszego regionu... Że tylko tak możemy się ocalić przed ostatecznym osunięciem się do statusu obrotowej „bliskiej zagranicy”. Napisałbym, tylko po co? Wszak myślenie takimi kategoriami jest naszym mężykom stanu oraz ich wyborcom jak najgłębiej obce.

Gadający Grzyb

piątek, 30 września 2011

Afera łupkowa


Polskie łupki dla Gazpromu - cz.II. Czy będziemy ćpali ruski gaz wydobywany na polskim terytorium?


I. Afera łupkowa a mediodajnie III RP

Informacja o tym, że 1/5 koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego trafiła w ręce firm powiązanych z Rosją zrobiła niedawno trochę szumu w mediodajniach, po czym, żeby zatrzeć złe wrażenie, wyrobnicy z propagandowego frontu obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP pobiegli rezerwować miejsca w tuskobusach, zerkając w międzyczasie z aprobatą na tężejący słupek Palikota. Dziś tematu już praktycznie nie ma, jako że organizatorska rola mediów nie na tym polega by frustrować i wytrącać z błogostanu oddaną w zarząd tubylczą opinię, z przeproszeniem, publiczną.

A mnie przypomina się, jak nieco ponad pół roku temu portal wPolityce.pl, powołując się na źródła w Ministerstwie Środowiska podał informację, że „za wieloma firmami (więcej niż 50 %), które uzyskały koncesje z Ministerstwa Środowiska na wydobycie gazu łupkowego w Polsce, stoją rosyjskie służby i rosyjska mafia”. Owszem, jak się zdaje redakcja wPolityce.pl przegięła ze skalą zagrożenia, ale 1/5 koncesji w rosyjskich rękach to i tak o 1/5 za dużo, zważywszy na realne zagrożenie, że firmy te będą sabotowały eksploatację przyznanych im złóż.

Istotne jest jednak co innego: tej informacji, o potencjalnie strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego Polski, nie podchwyciła wtedy żadna mediodajnia, nikt nie wszczął dziennikarskiego śledztwa, wiadomość przemknęła jak gdyby nigdy nic i tylko niżej podpisany uznał za stosowne przytoczyć ją na swym blogu w notkach „Polskie łupki dla Gazpromu?” i „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?”. Jeśli uczynił to ktoś jeszcze – zwracam honor i przepraszam, nie zmienia to jednak ogólnego obrazu sytuacji. Obecny skandal, który w każdym poważnym kraju nie schodziłby z czołówek gazet, u nas przemyka gdzieś w rubrykach gospodarczych, zaś wiodące redakcje zgodnie z tradycją III RP bardzo się pilnują, by patrzeć w inną stronę i troskliwie przykrywać aferę łupkową wrzutkami w rodzaju gospodarskiej wizyty Tuska przy odwiercie w Lubocinie, czy 300 miliardów które „załatwią” nam w Unii Buzek z Lewandowskim.

Zresztą i teraz pewnie niczego byśmy się nie dowiedzieli, gdyby nie eurodeputowani Lena Kolarska-Bobińska (autorka raportu o energetycznej przyszłości Europy) oraz Jacek Saryusz-Wolski, którzy w Brukseli zerwali się Tuskowi ze smyczy i uzyskali od Komisji Europejskiej stosowne informacje. Rzadko zdarza mi się pochwalić kogoś z PO, odnotuję zatem to sobie w pamiętniczku.

II. Rola służb specjalnych w aferze łupkowej

Osobną sprawą jest funkcjonowanie w tym obszarze naszych służb specjalnych. Podobno to Kaczyński z Macierewiczem rozwalili służby, które w mrocznych czasach IVRP przeżywały okres wielkiej smuty, rozkładu i degrengolady, a mimo to jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by za rządów PiS-u dopuszczono do podobnej afery, jaką było prześlepienie 21 procent koncesji sprzedanych firmom powiązanym kapitałowo z podmiotami rosyjskimi. A teraz, kiedy szeroką ławą powrócili do łask i wpływów starzy sprawdzeni fachowcy – jest to możliwe, bardzo proszę, zaś premier Tusk nawet nie sili się na kiepskie dowcipy o dymisjonowaniu Bondaryka.

Widzę w tym skandalu dwie możliwości: albo obecne służby specjalne odpuściły sobie ochronę newralgicznej inwestycji, jaką jest przyszłe wydobycie gazu łupkowego, albo przeciwnie – bardzo skrupulatnie dopilnowały by w rosyjskie ręce trafił odpowiedni kawałek łupkowego tortu. Nie ukrywam, że bardziej prawdopodobny wydaje mi się wariant drugi, albowiem wywodzące się z PRL-u i uzupełnione jedynie przez kooptację młodszego narybku tajne organa, pieczołowicie czuwające nad procesem „transformacji”, nie są przecież od tego, by chronić interesy polskiego państwa. One są po to, by ochraniać szeroko rozumiany dobrostan obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP, którego są nieodłączną częścią, a także interesy ich patronów oraz ekspozytur w rodzaju obecnej dyktatury matołów. Gdy spojrzeć pod tym kątem, afera łupkowa przestaje dziwić, podobnie zresztą jak wszystkie inne afery. Rosja zwyczajnie musiała dostać swoje 21 procent koncesji i oby tylko tyle.

Ot – i mamy kolejną odsłonę „państwa na niby”, w którym za atrapą oficjalnych instytucji toczy się gra wpływów o swój kawałek postawu czerwonego sukna.

III. Sojusz polsko-brytyjski kontra anty-łupkowa koalicja?

Jak słusznie się zauważa, Rosjanie nie po to interesują się polskimi złożami, by je eksploatować, tylko przeciwnie – by uniemożliwić (plan maksimum) lub znacząco ograniczyć wydobycie surowca w Polsce. Uruchomienie eksploatacji na masową skalę mogłoby bowiem w nieodległej przyszłości zakończyć gazową hegemonię Rosji w regionie, zaś w wymiarze globalnym – wpłynąć na obniżkę cen gazu na światowych rynkach, co byłoby zabójcze dla rosyjskiej gospodarki i jej geopolitycznego narzędzia jakim jest Gazprom. To zaś z kolei oznaczałoby wysadzenie z siodła obecnej dyktatury czekistów z Putinem na czele.

No, chyba że Rosja uzna, iż ma nad polskimi złożami taką kontrolę i na tyle mocne wpływy w Priwislanskim Kraju, że może sobie pozwolić na uruchomienie eksploatacji. Wtedy okaże się, że po staremu ćpamy ruski gaz – ruski gaz wydobywany na polskim terytorium - zaś dochody z eksportu błękitnego paliwa tradycyjnie zasilać będą kasę Gazpromu i kieszenie towarzyszy czekistów.

Na razie jednak szykuje się możliwość ograniczenia przyszłego wydobycia w Polsce o 1/5 i nie jest to ostatnie słowo towarzyszy czekistów zważywszy na intensywny lobbing „ekologiczny” Gazpromu w UE, który nie spotyka się z naszym kontr-lobbingiem pro-łupkowym. A że anty-łupkowa ofensywa Gazpromu zbiega się z interesami unijnych wielkich – Francji i Niemiec, to całkiem możliwe jest przeforsowanie zakazu wydobycia gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego na całym terytorium Unii (szerzej w tekstach: „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?” i „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom II”).

Na szczęście w tej rozgrywce niedługo może nam przybyć nieoczekiwany sojusznik. Otóż na terytorium Wielkiej Brytanii odkryto złoża gazu łupkowego szacowane na 5 bln m3 (zasoby porównywalne z polskimi!). To zmienia znacząco sytuację, gdyż do tej pory w kwestii łupków byliśmy w Europie raczej osamotnieni. Obecnie możliwy jest polsko-brytyjski sojusz pro-łupkowy na unijnej arenie. Niezależnie od tego, że staniemy się konkurentami w wydobyciu i sprzedaży shale gas, łączy nas w tym momencie wspólny interes w postaci zablokowania anty-łupkowych działań „ekologistów”, Gazpromu, Francji oraz Niemiec. Jest wszakże jeden podstawowy warunek: odsunięcie od władzy obecnej dyktatury matołów, bo oni tego nie zrobią!

Tak czy inaczej, nawet jeśli dyktatura matołów pozostanie przy korycie, warto będzie przyglądać się poczynaniom Brytyjczyków i konfrontować je z rozwojem sytuacji w Polsce. Choćby po to, by uświadomić sobie różnicę w podejściu do interesów strategicznych między poważnym państwem a kartoflanym kondominium.

Gadający Grzyb

środa, 27 lipca 2011

Euro-koalicja przeciw polskim łupkom II


Polskie łupki nie są na rękę nikomu z wielkich rozgrywających – Rosji, Niemcom, euro-decydentom, lobby „ekologicznemu”...



I. Kasandryczny realizm.


W majowej notce „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom” napisałem, iż „można się spodziewać, że Niemcy i Francja będą za jakiś czas próbowały przeforsować na forum unijnym (arcywygodne narzędzie!) rozwiązania uniemożliwiające eksploatację złóż gazu łupkowego.”


Tak też się stało, oczywiście. Piszę „oczywiście”, ponieważ jakoś tak się składa, że chyba w każdym moim tekście dotykającym szeroko rozumianych kwestii surowcowo-energetycznych formułuję czarne hipotezy odnośnie przyszłości naszego kraju i do każdej takiej notki prędzej czy później muszę dopisywać kontynuację w której opisuję, jak to te złowrogie przepowiednie realizują się na naszych oczach. Nie inaczej jest i tym razem.


Rzecz jasna, żadna w tym moja zasługa. Każdy, kto obserwuje bezradność naszego nie-rządu w tej materii, może w ciemno typować jak tym razem ograją nas ci, którym nie na rękę jest osiągnięcie przez Polskę surowcowo-energetycznej niezależności, ba - pozycji liczącego się eksportera, co automatycznie wiązałoby się z istotnym wzrostem naszego znaczenia na arenie międzynarodowej.


II. Francuski Lepper kontra Donald Tusk (Premier, zresztą).


Na początek opowiem o groteskowym harcowniku. Oto pewien „Francuz mowny” - Jose Bove (taki francuski Lepper, tylko bardziej „kulturny”) z frakcji Zielonych i wiceszef Komisji Rolnictwa w Parlamencie Europejskim podczas wizyty w Polsce przekazał 16 czerwca na ręce Donalda Tuska list spłodzony ponoć wspólnie z mieszkańcami gminy Grabowiec koło Zamościa z prośbą o interwencję w sprawie dokonujących się tam próbnych odwiertów. Nie wiem, jak tam pan Bove ów list spisywał wspólnie z mieszkańcami, w każdym razie stoi w nim, że w domach popękały ściany a woda w studniach zmętniała i przybrała kolor brązowy.


Na szczęście, nie ma wzmianek o tym czy kury przestały się nieść a krowom mleko warzy się w wymionach, ale domyślam się, że miejscowi wyczuwszy możliwość jakichś odszkodowań pokazali panu Bove wszystkie rysy na ścianach budynków gospodarskich, jakie tylko dało się znaleźć i dyskretnie przemilczeli w obecności pana Zielonego, że ich szamba nie mają wymurowanego dna, tak by część nieczystości wsiąkła w ziemię i można było oszczędzić na wywózce nieczystości, co może tłumaczyć kolorek studziennej wody.


Pan Bove oczywiście zaapelował do Premiera (Donalda Tuska, zresztą) o rezygnację z pozyskiwania gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego, co w praktyce oznacza rezygnację z pozyskiwania tego gazu w ogóle i jest idealnie zbieżne z uchwaloną przez francuski parlament ustawą zabraniającą szczelinowania hydraulicznego nad Sekwaną. Odnotować warto, że ustawa przeszła pod naciskiem dość egzotycznej koalicji – mianowicie, lobby atomowe dogadało się tu z Zielonymi. Ot, porozumienie ponad podziałami!


Z zawodu pan Bove jest rolniczym związkowcem i „alterglobalistą” z licznymi zadymami na koncie, czyli notorycznym eko-lewakiem, a kto zna uwikłania tego typu ruchów sięgające czasów Zimnej Wojny, ten bez trudu dośpiewa sobie resztę.


Przy okazji – Donald Tusk (Premier Rządu RP, zresztą), wyznał podczas spotkania, iż  to ho, ho i jeszcze trochę. Jak wi„osobiście” jest przeciwny GMO i gdyby to od niego zależało...adomo, niedawno GMO zostało w naszym Sejmie przegłosowane głosami m.in. rządzącej Platformy Obywatelskiej, której przewodniczącym jest Donald Tusk (Premier, zresztą), co rzuca niejakie światło na realny zakres jego władzy, ale to taka dygresja na marginesie.


III. Raport Ludwik-Bölkow Systemtechnik.


Przejdźmy jednak do spraw poważniejszych. Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego oraz Bezpieczeństwa Żywnościowego Parlamentu Europejskiego zamówiła raport na temat wpływu wydobycia gazu łupkowego na środowisko i zdrowie obywateli. Charakterystyczne są przy tej okazji dwie sprawy:


Po pierwsze. Unia uznała za stosowne zająć się tym tematem dopiero, gdy odkryte zostały zasoby gazu niekonwencjonalnego w Polsce na skalę mogącą wywrócić „gazowy stolik”, czyli dotychczasowe status quo i zakwestionować ekonomiczny sens zacieśniania więzi z Rosją i jej geopolitycznym narzędziem, jakim jest Gazprom. Odsyłam tu do notki opisującej książkę „Nowa Zimna Wojna” Edwarda Lucasa (a jeszcze lepiej – przeczytajcie książkę). Najwięcej od czasów Gerharda Schroedera zainwestowały w tę współpracę Niemcy, czego ukoronowaniem jest wybudowany za koszmarne pieniądze, ale za to omijający „kondominium” Gazociąg Północny. Przyblokowanie kompleksu portowego Szczecin-Świnoujście wraz z powstającym gazoportem jest w tej operacji wisienką na torcie.


Po drugie. Sporządzenie raportu powierzono niemieckiej instytucji Ludwik-Bölkow Systemtechnik, komercyjnej firmie konsultingowej specjalizującej się w energii odnawialnej, a więc naturalnemu konkurentowi „kopalnych” źródeł energii – wciąż tańszych i bardziej wydajnych od najwymyślniejszych nawet „wiatraków”. Raport jest oczywiście miażdżący dla „łupków”, zgodnie z oczekiwaniami zamawiających, przy czym – jak alarmuje Konrad Szymański, europoseł PiS - „raport jest jednostronny, a chwilami oparty na danych nieaktualnych w odniesieniu do technologii wykorzystywanych dziś w dziedzinie wydobycia gazu łupkowego” (cyt. za wPolityce.pl).


IV. Matematyka interesów.


Teraz zastanówmy się. Tendencyjny raport Komisja PE zamówiła w niemieckiej instytucji żyjącej z doradztwa „pro-eko”. Niemcy zainwestowały we współpracę polityczno-gospodarczą z Rosją opartą na gazie, którego eksport jest podstawą rosyjskiej gospodarki i umacniania wpływów politycznych. Niemcy są głównym rozgrywającym w Unii Europejskiej. W tejże Unii silne jest lobby „ekologistów” (nie mylić z ekologami – ekologia to nauka, „ekologizm” to postępacka ideologia), sięgające swymi korzeniami do „pokolenia ‘68” i czasów agenturalnych uwikłań okresu Zimnej Wojny.


Do tego, uruchomienie na masową skalę w perspektywie kilkunastu lat wydobycia gazu łupkowego w Polsce podważa opłacalność Nord Streamu i podważa wpływy rosyjsko-gazpromowskie nie tylko w Polsce, ale również w całym regionie. Pod znakiem zapytania staje opłacalność importowania rosyjskiego gazu przez dotychczasowych odbiorców, a więc i podstawa stabilności ekonomicznej Rosji (bo gaz sprzedawany taniej Zachodowi, Rosja odbija sobie droższymi cenami dla Polski i innych krajów regionu).


Jest się o co bić.


Ponadto, za energią odnawialną stoi wielka kasa – ale kasa „dotacyjna”, wydojona w taki czy inny sposób z kieszeni podatników i konsumentów. Mechanizm polega na symultanicznym wspieraniu energii „eko” poprzez dotacje, połączonym z wprowadzaniem regulacji mających podwyższyć koszta pozyskiwania tradycyjnych źródeł energii (ech, te „zmiany klimatyczne” i „liderowanie” w redukcji emisji CO2...). Unia Europejska zainwestowała grube miliardy „Deutsche-Euro” w to eko-badziewie, z którego suto żyją różne „biznesy” w rodzaju „Ludwik-Bölkow Systemtechnik”, grupy interesów, „aktywiści”.... I co, ten złoty układ dojenia ma paść przez jakieś polskie łupki?! O, niedoczekanie...


Jest się o co bić, powtarzam.


V. „Europeizacja polityki energetycznej”.


Gdyby się ktoś pytał, to sama Komisja Europejska wydała stosowne odgłosy przy okazji zamówienia własnego raportu w belgijskiej firmie prawniczej na okoliczność potencjalnej „luki prawnej” dotyczącej wydobywania gazu łupkowego. Marlene Holzner, rzeczniczka komisarza UE ds. energii Guenthera Oettingera powiedziała, że:


Po pierwsze: „wydobycie gazu łupkowego to nowa kwestia w UE i potrzebuje uważnego zbadania”.


Po drugie zaś: „KE ma w kwestii łupków ‘swoje poglądy’. - Na gaz łupkowy należy patrzeć nie tylko jako na nowe źródło energii, ale także na jego potencjalne skutki dla środowiska.”


Dodajmy, że komisarz UE ds. energii Guenther Oettinger, którego ustami jest pani Marlene Holzner, to ten sam, który obejmując stanowisko zapowiadał „europeizację polityki energetycznej”, co mylnie, jak się okazało, odczytano jako nacisk na „dywersyfikację dostaw energii, by zapewnić bezpieczeństwo energetyczne i zmniejszyć zależność UE od Rosji" (cyt. za wnp.pl).


O ile zakład, że zamówiona przez Komisję Europejską „ekspertyza prawna” będzie idealnie zgodna z raportem „Ludwik-Bölkow Systemtechnik” sprzęgniętego z „Wuppertal Institute for Climate, Environment and Energy?”


VI. Łupki nie na rękę...


Polskie łupki nie są na rękę nikomu z wielkich rozgrywających – Rosji, Niemcom, euro-decydentom, lobby „ekologicznemu”... Nie mam złudzeń co do tego, iż zamawiane na gwałtu-rety raporty posłużą Komisji Europejskiej jako wygodne alibi do wdrożenia „dyrektyw”, które podniosą koszta wydobycia „shale gas” do granicy opłacalności.


Chcecie gaz łupkowy? W porządku, tylko na naszych zasadach. Ekologicznych. Drogich. Ach, nie stać was? No nic, damy dotacje na wydobycie w skali „od-do”. Tylko wywalcie tych Amerykańców, uprzejmie prosimy. Co, nie macie technologii? Żaden problem – sprzedajcie PGNiG oraz koncesje takiemu jednemu sympatycznemu koncernowi, który ma technologie w sam raz odpowiadające euro-wymaganiom. Że co? Że koncern to misz-masz Gazpromu z udziałem godnych zaufania podmiotów ze wszystkich planet wszechświata? No, znów wyłazi ta wasza polska, prowincjonalna ksenofobia. Wstydzilibyście się, doprawdy...


Gadający Grzyb

poniedziałek, 16 maja 2011

Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?


Potencjał złóż gazu łupkowego w Polsce spędza sen z powiek nie tylko Gazpromowi, lecz również naszym „euro-sojusznikom”.



I. Niewygodne łupki.


Jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, a wraz nim m.in. „Rzeczpospolita” i portal „wPolityce.pl”, francuski parlament pod naciskiem lobby atomowego uchwalił ustawę zabraniającą pozyskiwania gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego, wzorując się na analogicznych rozwiązaniach kanadyjskiej prowincji Quebec i amerykańskiego stanu Nowy Jork. Pretekstem był rzekomo negatywny wpływ tej technologii na czystość wód gruntowych. Całkowicie zignorowano przy tym fakt, że ujęcia wód gruntowych znajdują się na głębokości maks. 500 – 600 m, tymczasem szczelinowania dokonuje się 2 – 3 tys. metrów pod ziemią. Jak z pakietem klimatycznym – była „wola polityczna” by uchwalić, to uchwalono - bez zawracania sobie głowy zbędnymi faktami.


Innymi słowy, właśnie okazało się, że potencjał złóż gazu łupkowego w Polsce spędza sen z powiek nie tylko Gazpromowi – jest równie niebezpieczny dla różnych branżowych i ideologicznych grup interesu, nazwijmy to – euroazjatyckich. Uruchomienie wydobycia gazu niekonwencjonalnego w Polsce (bo w żadnym innym europejskim kraju złóż w takiej skali jak nasza nie odkryto) uderza bowiem w obecny „porządek energetyczny”: stawia pod znakiem zapytania nie tylko francuski atom (możliwa konkurencja - elektrownie gazowe), ale również rosyjską dominację surowcową w regionie i plany ekspansji na Zachód, a także współpracę gazową Rosja – Niemcy przypieczętowaną świeżo położonym Gazociągiem Północnym oraz sens wydawania miliardów eurorubelków, które mają być wpompowane w różne „ekologiczne” projekty pozyskiwania energii.


Poza tym, może się okazać, że łupki sprawią, iż „pakiet klimatyczny” i związany z nim drastyczny skok cen energii w najbliższych latach, nie wyhamuje naszej gospodarki na tyle, na ile liczyli jego twórcy. Skandal!


II. Koalicjanci.


Chciałbym tu zwrócić uwagę, że wspólnota interesów sprawia, iż rysuje się nam arcyciekawa koalicja. „Ekolodzy” (a właściwie „ekologiści”, gdyż ekologia to nauka zaś ekologizm to ideologia, powtarzam to przy każdej okazji) podsypani jurgieltem Gazpromu idą w niej pod mankiet z lobby atomowym, do tego rządy potęg „starej Europy” - Niemiec i Francji – nie są, delikatnie mówiąc, zainteresowane by wyrosła im pod bokiem dynamiczna, „nowoeuropejska” konkurencja.


Dlatego też (obawa ta jest już formułowana) można się spodziewać, że Niemcy i Francja będą za jakiś czas próbowały przeforsować na forum unijnym (arcywygodne narzędzie!) rozwiązania uniemożliwiające eksploatację złóż gazu łupkowego. Wszystko z troski o naszą przyrodę rzecz jasna – wszak poligon doświadczalny jakim była „obrona doliny Rospudy” wykazał niezbicie, iż polska przyroda jest wspólnym europejskim dobrem, które należy chronić przed polskimi barbarzyńcami. Współgra z takim podejściem polityka Gazpromu organizującego już od dłuższego czasu rozmaite kursokonferencje na których cierpliwie tłumaczy jakim strasznym zagrożeniem ekologicznym jest wydobycie shale gas.


Euro-dyrektywy, których możemy oczekiwać uzyskają oczywiście pełne wsparcie „ekologistów”, tego możemy być pewni, albowiem podobnie jak z Rospudą, odbyło się już „próbne strzelanie”, którym było przekupienie przez Nord Stream niemieckich ekologów protestujących przeciw bałtyckiej rurze. Wystarczyło sypnąć 10 milionów euro na „Fundację Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku” i voila! (szerzej w notce „Ekologiści a Nord Stream”). Wpisuje się to zresztą w sowiecką tradycję sponsorowania zachodniego lewactwa, tyle że dziś odbywa się to już w pełni jawnie, legalnie i z poparciem „czynników rządowych” po obu stronach.


III. „Będziemy postępowali wedle własnego rozeznania” .


No dobrze, zagrożenia z grubsza naszkicowane, a co na to Polska? Ano, Gazprom rozwija swą ofensywę pijarowską bombardując zachodni świat polityki i środowiska opiniotwórcze antyłupkową eko-propagandą, nasz rząd natomiast ani du-du. Nie organizujemy własnych „sympozjów i seminariów”, by choć częściowo zneutralizować przekaz Kremla i wsparcie jakie ów przekaz uzyskuje w zachodnich ośrodkach polityczno-biznesowych.


Donald Tusk wprawdzie odgraża się, że „będziemy postępowali wedle własnego rozeznania” , ale jeśli to „rozeznanie” ma wyglądać tak jak w przypadku Nord Streamu, czy naszych, pożal się Boże, „reakcji” na przyblokowanie świnoujskiego gazoportu rosyjsko-niemiecką rurą, to marnie widzę. Tak się bowiem składa, że – jak wszystkim wiadomo – Gazociąg Północny został położony gdzie chcieli i jak chcieli jego twórcy, zaś rząd Tuska-Pawlaka nabrał wody w usta i dalej płynie sobie spokojnie „z głównym nurtem” kontentując się tzw. „dobrą prasą” w Niemczech i uzależniającą nas od Rosji długoterminową umową z Gazpromem.


Niezłą lekcją niemieckiego podejścia była wypowiedź wiceszefowej niemieckiego MZS, Cornelii Pieper dla „Rzeczpospolitej”, która najpierw stwierdziła, że „w Polsce obawy są przesadzone”, by zaraz dodać:



„jeżeli Polska będzie obstawała przy rozbudowie portu dla statków o większym zanurzeniu, to Niemcy są gotowe to poprzeć. Oczywiście jeżeli polskie plany pogłębiania dna morskiego nie będą naruszały europejskich praw o ochronie przyrody. Dziwię się, że podnosi się te problemy. Tyle dobrego się w stosunkach polsko-niemieckich dzieje, powinniśmy się skoncentrować na przyszłości. (wytł. moje - GG)



O ile zakład, że „plany pogłębienia dna”, gdy przyjdzie co do czego, nie okażą się zgodne z „europejskimi prawami o ochronie przyrody”? Poza tym, nie zapominajmy, że na straży będą czuwać „ekologiści” z powołanej przez Nord Stream „Fundacji Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku”...


A poza tym, „tyle dobrego się dzieje”, więc wybierzmy przyszłość prawda? Na cholerę te wielkie statki zawijające do Polski. Wyręczymy was naszym portem w Rostocku...


IV. Postaw czerwonego sukna.


Z podobnym podejściem zapewne spotkamy się ze strony Niemiec, Francji, „ekologistów” i struktur unijnych gdy na ostrzu noża stanie kwestia wydobycia gazu łupkowego: „w zasadzie tak, ale...” - i tu padnie kilometrowa lista obostrzeń ekologicznych czyniących całą zabawę niewykonalną i/lub nieopłacalną. A Rosja będzie sobie stała skromnie z boku, zacierając ukradkiem spracowane czekistowskie ręce, do których to rąk tak dobrze pasuje twarda waluta.


Jeżeli już mam gdzieś wypatrywać jakiejś nadziei (pod obecnym rządem), to raczej w ekonomicznych interesach firm zainteresowanych eksploatacją gazu łupkowego. Tak się składa, że francuski koncern „Total” nie przejmując się stanowiskiem połączonych sił nadsekwańskich lobbies - atomowego i ekologicznego (sic!) - odkupił od amerykańskiego Exxon Mobil 49% udziałów w koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego na Lubelszczyźnie. Firmy inwestujące w polskie łupki to poważna siła i poważne pieniądze. Mogą uruchomić własny lobbing, jeśli zaś przekupią obecny polski nie-rząd, to kto wie, może niespodziewanie i „nasi” zdecydują się stanąć okoniem „antyłupkowej” koalicji. Tyle, że po wszystkim może się okazać, iż w kwestii złóż znajdujących się na polskim terytorium Polska nie będzie miała nic do powiedzenia... rozdrapana niczym postaw czerwonego sukna.


Ale to dywagacje. Póki co, Gazprom ma u nas pozycję hegemona, jeżeli zaś prawdą jest, iż (jak podał portal „wPolityce.pl”) ponad 50% koncesji wydanych przez Ministerstwo Ochrony Środowiska na eksploatację złóż gazu łupkowego trafiło w ręce firm powiązanych z rosyjskimi służbami i rosyjską mafią (szerzej w notce „Polskie łupki dla Gazpromu”), to z pozyskania jednego z naszych największych bogactw wyjdą nici, zaś polska gospodarka przyduszona tzw. „pakietem klimatycznym” utkwi w marazmie na dziesięciolecia.


***


To naprawdę ostatni dzwonek, by odsunąć od władzy rządzącą ekipę i wziąć sprawy we własne ręce. Nikt inny tego za nas nie zrobi.


Gadający Grzyb

czwartek, 5 maja 2011

Hodowla agentury wpływu – post scriptum


Czego możemy się spodziewać po stypendystach Gazpromu na podstawie tekstu Jarosława Ćwiek-Karpowicza – krótka analiza.



I. A ja znowu o hodowli...


W zasadzie, po napisaniu tekstu „Kłamstwa Aleksandra Miedwiediewa”, będącego swoistą kontynuacją „Hodowli agentury wpływu” (cz.1 i 2 TU i TU) miałem dać sobie spokój z tematem gazpromowskich stypendiów dla doktorantów Uniwersytetu Warszawskiego (bo cóż tu więcej można dodać) – ale nie dawał mi spokoju tekst opublikowany jakiś miesiąc temu na łamach „Rzeczpospolitej”, będący pokłosiem polemiki między publicystą Arturem Bazakiem (wskazującym na zagrożenia płynące ze stypendialnej współpracy z Gazpromem), a Aleksandrem Miedwiediewem, wiceprezesem rosyjskiego molocha, broniącym dość rozpaczliwie tej nieszczęsnej kooperacji.


Artykuł o którym mowa nosi tytuł „Gazprom walczy o wizerunek”, a jego autorem jest Jarosław Ćwiek-Karpowicz - z notki pod tekstem można się dowiedzieć m.in. iż „(...) jest absolwentem politologii i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów był na rocznym stypendium w Moskwie. (wytł. moje - GG) Obecnie pracuje jako analityk w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (...)”.


II. Analityczna analiza pana analityka.


Generalną tezę obecnego analityka PISM można sprowadzić do stwierdzenia, że program stypendialny jest tylko niewinnym chwytem „pijarowym” obliczonym na poprawę wizerunku rosyjskiej firmy – wszak w Niemczech Gazprom sponsoruje wiele inicjatyw naukowych, kulturalnych i sportowych (w tym klub FC Schalke04). Problem w tym, że autor nie chce zauważyć, iż owa pijarowska działalność sponsoringowa ma na celu jedynie odwrócenie uwagi, „przykrycie” korupcjogennej działalności koncernu, czego najbardziej spektakularnym przykładem jest posada w Nord Streamie dla niemieckiego eks-kanclerza Gerharda Schroedera, ostatnio zaś – przekupienie ekologów z Meklemburgii sfinansowaną przez tenże Nord Stream fundacją. Nasuwające się pytanie, jak owa aktywność Gazpromu przekłada się na ponadstandardową (mówiąc delikatnie) przychylność jaką cieszy się ta firma u naszych zachodnich sąsiadów, nie zostaje nawet zadane, nie wspominając już o udzieleniu odpowiedzi.


Autor kilkukrotnie podkreśla legalność działalności rosyjskiego monopolisty – i znów, jakby uporczywie nie chciał dostrzec, że poszczególne przedsięwzięcia mogą być w stu procentach zgodne z prawem, a jednocześnie działać na niekorzyść polskiej racji stanu, którą jest uzyskanie suwerennej pozycji w relacjach z rosyjskim gigantem, a nie dodatkowe „zacieśnianie stosunków”.


Pod koniec tekstu pada paradne stwierdzenie, iż „trudno byłoby znaleźć formalny powód odmowy współpracy ze strony polskiej uczelni”. To potrzebny jest jakiś formalny powód? Wiadomo że Gazprom objeżdżał ze swą stypendialną propozycją niczym komiwojażer większość ważniejszych ośrodków uniwersyteckich w kraju – władzom np. Uniwersytetu Jagiellońskiego żaden formalny powód do odmowy nie był potrzebny. Formalny powód nużny był jedynie Uniwersytetowi Warszawskiemu i proszę – biedacy takowego powodu nie znaleźli...


Dalej jest o przejrzystości zasad, o tym że dzięki programowi stypendialnemu rosną nakłady na naukę, że stypendyści będą mieli bezpośredni dostęp do przedmiotu swych badań, zaś w przyszłości skorzysta na tym „nie tylko polska nauka, ale również biznes i administracja państwowa”. Taak, na panu Ćwiek-Karpowiczu, byłym moskiewskim stypendyście, polska administracja państwowa skorzystała wręcz niemożebnie...


Tu zróbmy przerwę, by stłumić rozpaczliwy chichot, po czym podnieśmy dwa paluszki i zapytajmy pana analityka: czy jest jakikolwiek kraj z postsowieckiej strefy wpływów, który skorzystał - naukowo, biznesowo, administracyjnie – jakkolwiek, na gazpromowskiej współpracy? Bo póki co, dowiadujemy się z Wiki Leaks o brutalnym szantażu energetycznym zastosowanym wobec Bułgarii, gdy ta chciała nieco poluzować obrożę, m.in. próbując zachować dystans wobec projektu South Stream.


III. Świeża krew dla „Partii Gazpromu”.


Przypominam ten artykuł sprzed miesiąca, bo pokazuje on jak w soczewce retorykę i sposób argumentacji z jakimi zapewne spotkamy się przy okazji przyszłych publicznych wystąpień warszawskich stypendystów – gdy już odbędą swe praktyki w Gazpromie, obronią swoje doktoraty i staną się błyskotliwymi naukowcami, analitykami, członkami think-tanków, ekspertami przy strukturach rządowych, słowem – wejdą w skład szeroko rozumianego intelektualnego zaplecza polskiego państwa. Wszak pan Ćwiek-Karpowicz jest, podkreślę raz jeszcze, analitykiem w państwowej instytucji jaką jest Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, do zadań którego należy m.in. przygotowywanie prognoz i ekspertyz dla najwyższych organów władzy, czy szkolenie w ramach Akademii Dyplomatycznej kadr dla MSZ.


Ilu jeszcze siedzi tam podobnych „analityków”? Sądząc z naszej obecnej polityki wobec Rosji i jej gospodarczo-surowcowego oręża jakim jest Gazprom – wielu. Zbyt wielu.


W pierwszej części postu wytłuściłem informację, iż pan Ćwiek-Karpowicz, którego analityczne mądrości właśnie pokrótce wypunktowałem, podczas studiów przebywał na rocznym stypendium w Moskwie. Nie twierdzę, że jest świadomym rosyjskim agentem wpływu – nie mam takiej wiedzy. Twierdzę natomiast, że pisze tak, jakby takowym agentem był – jeśli nawet nie doszło do werbunku, to ten stypendialny roczek wystarczył, aby pan analityk „w temacie” Rosji i Gazpromu nabawił się swoistej „ślepej plamki” nie pozwalającej dostrzec oczywistych zagrożeń nie tylko dla Polski, ale i dla całej Europy Środkowo-Wschodniej.


Przyglądajmy się stypendystom. Tym bardziej, że poprzez udział EuRoPolGazu nasze państwo (konkretnie - PGNiG) finansuje w ¼ ich gazpromowskie obrazowanije. Nie zarzucam doktorantom a priori złych intencji, niemniej, przystępując do programu stają się naturalnymi kandydatami na nowe pokolenie - „świeżą krew” - dla rozsianej po byłych demoludach „partii Gazpromu”, działającej na rzecz przekształcenia naszego regionu w coś na kształt surowcowego neo-RWPG. Pierwsza dwójka, wyłoniona w marcu tego roku, to: Wioletta Mela (Wydział Lingwistyki Stosowanej) i Konrad Dynkiewicz (Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych).


Zapamiętajmy te nazwiska i wszystkie następne, gdy wkrótce jako „apolityczni fachowcy” będą próbowali urabiać nas analitycznymi mądrościami w stylu pana Jarosława Ćwiek-Karpowicza.


Gadający Grzyb

środa, 13 kwietnia 2011

Polskie „łupki” dla Gazpromu?


Czy będziemy ćpali ruski gaz wydobywany na polskim terytorium?



 


I. „Ekologiści” kontra łupki z rosyjskimi służbami w tle.


Nie tak dawno w notce „Ekologiści a Nord Stream”, przy okazji opisywania jurgieltu w wysokości dziesięciu milionów eurorubelków, którym to jurgieltem Gazprom zaspokoił niemieckich „ekologów”, wyraziłem przypuszczenie, że niedługo ci sami „ekolodzy” (a właściwie: „ekologiści”, bo ekologia to nauka, zaś ekologizm to ideologia) przybędą wkrótce do Polski, by protestować przeciw budowie gazoportu, lub eksploatacji polskich złóż gazu łupkowego. Kilka dni później zajrzałem na portal „wPolityce.pl” i cóż widzę? Ano widzę fejsbukową wypowiedź Jarosława Gowina, który zawiadamia, że:



18 kwietnia do Warszawy zjeżdżają się zieloni z całej Europy, by protestować przeciw wydobyciu gazu łupkowego w Polsce. Gazprom przystępuje do ofensywy. Nieprzypadkowo też najwięcej zielonych wybiera się do nas z Niemiec. Jeśli zaczniemy wydobywać gaz, Nordstream straci ekonomiczny sens. Rozpoczyna się największa polska wojna w czasach pokoju...” (wytłuszczenia moje – GG)



Z powyższym koresponduje informacja własna portalu, który powołując się na swojego informatora donosi, że ponad 50% koncesji wydanych przez Ministerstwo Ochrony Środowiska na eksploatację złóż gazu łupkowego trafiło w ręce firm powiązanych z rosyjskimi służbami i rosyjską mafią (co na jedno wychodzi, gdyż służby roztaczają nad mafią swoją „kryszę” - ot, symbioza taka).


II. Rosyjskie „fortepiany”.


Zakładam, że informacja ta jest prawdziwa (bo znając podatność rządu PO – PSL na rosyjską presję energetyczną, nie ma powodu by wątpić). Oznacza to, iż wydobycie gazu łupkowego mogącego nam potencjalnie przynieść suwerenność energetyczną na pokolenia, będzie napotykać w najbliższych latach na coraz to nowe „nieprzezwyciężone trudności”. Rosja bowiem gra tu na wielu fortepianach, by obronić swą pozycję surowcowego hegemona, zaś między anty-łupkowymi protestami sponsorowanych z Kremla „zielonych” a działalnością powiązanych z rosyjskimi służbami firm nie ma, wbrew pozorom, żadnej sprzeczności. Z tego bowiem co mi wiadomo, Gazprom, póki co, nie dysponuje technologiami i know-how umożliwiającymi wydobycie gazu niekonwencjonalnego.


III. Dwa warianty.


Jeżeli trafnie odczytuję sytuację, to służbowo-mafijne firmy skoncentrują się na zgromadzeniu odpowiedniej wiedzy na temat polskich złóż i położą na nich łapę po to, by uniemożliwić eksploatację. Gdyby nawet pozostałe koncesje przyznano przedsiębiorstwom nie powiązanym z Rosją, to i tak będzie to znaczyło, że - w optymistycznym wariancie - wydobycie ruszy w o połowę mniejszej skali.


W wariancie pesymistycznym natomiast Kreml, poprzez swą agenturę w polskim aparacie państwowym, będzie piętrzył przed zachodnimi inwestorami biurokratyczne bariery; PGNiG uporczywie nie będzie widziało „ekonomicznego sensu” w pozyskiwaniu gazu łupkowego, a dyplomacja rosyjska będzie lobbowała, by „zapadnyje” przedsiębiorstwa dały sobie spokój z wkraczaniem do nie swojej strefy wpływów.


Wszystko to będzie się odbywało przy nieustającym jazgocie zegnanych do Polski z całej Europy „ekologistów”, obliczonym na zdezorientowanie opinii publicznej i stworzenie wokół „łupków” nieprzyjaznej atmosfery, z którą będą musieli się liczyć tak politycy, jak i międzynarodowe konsorcja.


IV. Ruski gaz z polskich złóż?


Chyba, że Gazprom w pewnym momencie uzna, iż ma w Polsce na tyle mocną pozycję, by położyć lachę na rosyjską, strupieszałą infrastrukturę i zainwestować u nas w wydobycie, a towarzysze czekiści wykradną Amerykanom odpowiednie technologie, jak czynią to od dziesięcioleci. Wówczas posłuszne „centrali” zielone tałatajstwo zamilknie jak zaczarowane i ruszy gardłować na innych, słusznych na danym etapie, odcinkach.


A my, po staremu będziemy ćpali ruski gaz, którego wydobywcą, dystrybutorem i eksporterem będzie Gazprom. Ruski gaz wydobywany na polskim terytorium.


Gadający Grzyb

czwartek, 7 kwietnia 2011

Ekologiści a Nord Stream


...czyli od współpracy tajnej do jawnego sponsoringu.



I. Pecunia non olet.


No proszę. Jeszcze nie tak dawno, gdy finalizowano kładzenie pierwszej nitki Gazociągu Północnego łamałem sobie głowę, gdzie się podziali gorący ekologiści - ideowi bojownicy od wdrapywania się na kominy, przykuwania do drzew, abordaży godnych sir Francisa Drake’a dokonywanych z łajb Greenpeace’u, pikietowania elektrowni jądrowych, kładzenia się na torach przed pociągami wiozącymi odpady nuklearne... No, gdzie oni są? Ruskie wywieźli ich prewencyjnie na Kamczatkę, czy sami z siebie pojęli, że tym razem protestować nie lzia? Wszak, jak napisał Wiktor Suworow w książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”: „Gównojad to dobrze wychowany osobnik (...)”.


Do Suworowa jeszcze wrócimy, tymczasem w kwestii absencji ekologistów na budowie potencjalnie najbardziej niebezpiecznej dla Bałtyku inwestycji zostałem właśnie oświecony. Otóż okazało się, moi mili, iż Gazprom (tzn. formalnie konsorcjum Nord Stream) zasponsorował bratnim, teutońskim ekologistom, Fundację Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku.


II. Tak to się robi.


Rzeczoną fundację tworzą prócz Nord Streamu: władze landu Meklemburgia-Pomorze Przednie, WWF Deutschland, „Przyjaciele Ziemi” (BUND) i Związek na rzecz Ochrony Przyrody i Bioróżnorodności (NABU). Przedstawiciele wyżej wymienionych zasiadają we władzach Fundacji, zaś jej prezesem został szef WWF Deutschland, Jochen Lamp, ten sam który w 2007 roku gardłował na jakiejś ekologistycznej konferencji w Warszawie przeciw bałtyckiej rurze. Dodajmy, że jeszcze w początkach 2010 roku WWF i BUND wniosły pozew przeciw układaniu gazociągu na niemieckich wodach terytorialnych. Minęło kilka tygodni... i pozew został wycofany w zamian za obietnicę przeznaczenia pieniędzy na ochronę Bałtyku przez Nord Stream.


Ta kasiorka to 5 milionów euro jako kapitał zakładowy Fundacji plus następne 5 milionów na programy badawcze. W sumie 10 okrąglutkich balonów eurorubelków.


Nic nowego – swojego czasu polskie organizacje ekologistyczne również żyły ze składania pozwów m.in. przeciw deweloperom, z których to pozwów wycofywały się w zamian za łapówkę... khem, znaczy - ekologistyczny „bakszysz” na daną organizację, by przestała blokować inwestycję i miała za co dalej chronić przyrodę...


Groteskowo w tym kontekście brzmią pretensje meklemburskiej Partii Zielonych. Nie podważają Fundacji jako takiej, o nie. Mają jedynie żal, iż premier landu (Erwin Sellering z SPD) wyznaczył dwóch partyjnych koleżków do reprezentowania Meklemburgii w jej władzach z pominięciem „zielonego”. To trochę tak, jakby nasz PSL nie „umoczył dzioba” w jakiejś rolniczej agencji. Nie załapali się, biedacy, na ruskie konfitury...


Uwaga na marginesie: jak do powyższego mają się zapewnienia (po prawdzie - zwykłe kłamstwa) wiceprezesa Gazpromu, Aleksandra Miedwiediewa, wygłoszone na łamach „Rzeczpospolitej”, że Gazprom nikogo nie korumpuje?


***


Na koniec tego podpunktu mojej blogerskiej perory jeszcze pewne wyjaśnienie. Otóż konsekwentnie używam terminu „ekologiści” a nie „ekolodzy”. Dlaczego? Ano dlatego, że ekologia to nauka, zaś ekologizm to ideologia. Szczegółowo opisałem tę różnicę w notce „Ekologia kontra ekologizm”, zapraszam do lektury.


III. Ideowość gawnojeda.


A teraz, zgodnie z obietnicą, wracamy do Suworowa i jego książki „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, albowiem pewien jej fragment rzuca ciekawe światło na genezę ruchu, którego prominentni przedstawiciele mają dziś wiele do powiedzenia, natomiast ich następcy załapali się właśnie na kolejne rozdanie kremlowskiej szczodrobliwości. Cytat ten zamieściłem w innej, bardziej ogólnej notce („Pokolenie gównojadów”), ale do opisywanego przypadku pasuje jak ulał:



„Omawiając rozmaite rodzaje agentów, czyli obywateli wolnego świata, którzy w ten, czy inny sposób sprzedali się GRU, nie można pominąć jeszcze jednej ich kategorii, najbardziej ze wszystkich obrzydliwej (…) [jest to] określenie, jakiego wobec wspomnianych osobników używali między sobą wszyscy oficerowie radzieckiego wywiadu.


Określenie owo brzmi „gównojad” (gawnojed) (…), a dotyczyło członków wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczy organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonych i innych postępowych radykałów. Oficjalnie nie można ich było zakwalifikować jako agentów, gdyż nikt ich nie werbował, oficjalnie też wszyscy przedstawiciele Związku Radzieckiego byli wobec nich uprzejmi i przyjacielscy, ale prawda jest inna: gównojad, to gównojad i nikt tego nie zmieni.


Oficerowie GRU i KGB zazwyczaj szanowali swoich agentów. Motywy ich działania były jasne: albo przymus (np. szantaż) albo chęć wzbogacenia lub pragnienie mocnych wrażeń. (…) Natomiast motywy postępowania gównojadów były dla każdego obywatela Związku Radzieckiego całkowicie niezrozumiałe.


W Związku Radzieckim każdy marzył, żeby znaleźć się za granicą – gdzie, to sprawa drugorzędna (mogła być nawet Kambodża). (…) A tu nagle człowiek znajduje takiego przyjaciela Związku Radzieckiego, który ma wszystko (od żyletek Gilette po perfumowane prezerwatywy), który może wszystko kupić w sklepie (nawet banany), a który wychwala pod niebiosa Związek Radziecki. Jest to tak patologiczne, że jedynym właściwym określeniem był „gównojad”.


Pogarda, jaką oficerowie GRU i KGB żywili wobec takich osobników, nie oznaczała naturalnie, że nie wykorzystywali ich gdzie i jak się dało (…). Gównojady robili wszystko.(…)


Nikt ich nie werbował, bo i po co – i tak robili, co im się kazało. Zwykle chodziło o jakieś drobiazgi: informacje o sąsiadach, współpracownikach, czy znajomych, czasem o zorganizowanie przyjęcia z udziałem kogoś interesującego GRU. Po przyjęciu GRU oficjalnie takiemu dziękowało i kazało zapomnieć o wszystkim. Gównojad to dobrze wychowany osobnik – zapominał wszystko i to natychmiast, ale GRU nigdy nie zapomina.


Z czasem wielu gównojadów się ustatkowało. Osobnicy ci, zamieniwszy porwane dżinsy na garnitury od najlepszych krawców, zasiadają obecnie w gustownie urządzonych gabinetach, piastując często wysokie funkcje państwowe.


Nie pamiętają już „szlachetnych” porywów młodości, lecz tylko do czasu…”


Wiktor Suworow „GRU. Radziecki wywiad wojskowy” (wytłuszczenia i skróty moje – G.G.)



***


Abstrahując do ukazanego powyżej odoru lewicowych „ideowców”, zwróćmy uwagę na jedno – wówczas gawnojed musiał konspirować z sowietami przeciw swej ojczyźnie. Dziś już nie musi. Co więcej, może korzystnie, jawnie, przy poparciu obu państw i w pełni legalnie sprzedać deklarowane ideały w zamian za ciepłą, opłacaną przez Rosję posadkę. Ba! Rosja też nie musi skrycie finansować lewackich ruchów – może to robić oficjalnie, za pomocą Gazpromu. Błogosławione czasy dla gównojadów!


IV. Czy teutońscy ekologiści zablokują gazoport?


W całej tej eko-aferze frapuje mnie pewna kwestia, taka mianowicie, czy powołana przez Gazprom Fundacja Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku nie wyśle za jakiś czas swych etatowych ekologistów na protesty przeciw budowie gazoportu w Świnoujściu.


Popatrzmy oczyma teutońskiego ekologisty na rosyjskim żołdzie: wszak bałtycka rura przecina dość płytko północny tor podejściowy do świnoujskiego portu, zatem przepływające nad nią statki stwarzają ekologiczne zagrożenie dla Bałtyku, również tego niemieckiego, którego czystości Fundacja zobowiązała się strzec niczym źrenicy własnego oka! Kto wykluczy możliwość, że statek – gazowiec naruszy gazową rurę? Ach, jaka straszna katastrofa może z tego wyniknąć dla germańskich rybek i wodorostów przez tą tradycyjną polską nieodpowiedzialność! To właściwe pole do słusznych i na czasie działań ekologistów z Gazpromowej łaski.


A jeżeli na Pomorzu ktoś zechce eksploatować złoża gazu łupkowego? Toż to murowana klęska dla przyrody niemieckiego Bałtyku! Gazprom już ostrzegał przed ekologicznymi zagrożeniami wynikającymi z eksploatacji łupków, a wszak taka pro-ekologiczna i doświadczona firma z pewnością wie co mówi. Odpowiednie ekspertyzy też się zrobi w razie czego.


V. Wyhodujmy własnych ekologistów!


Hmm... tak sobie teraz myślę, że gdyby Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i (khe, khe) Autostrad ruszyła zawczasu głową, to jednak może dałoby radę wybudować obwodnicę Augustowa. Wystarczyłoby sypnąć groszem na, powiedzmy, Fundację Ochrony Przyrody Doliny Rospudy z suto moszczonymi stołkami dla eko-liderów i ci we własnym, dobrze pojętym interesie, skierowaliby energię swoich aktywistów na inne, bardziej na danym etapie słuszne odcinki... Recepta: wyhodujmy (i zwerbujmy) własnych ekologistów! Tak, wiem, łatwo powiedzieć...


Wracając do gazociągu bałtyckiego – zwróćmy uwagę, że polskim ekologistom, którzy tak ofiarnie małpiszonowali na drzewach podczas pamiętnej obrony doliny Rospudy, Gazprom żadnej fundacji nie zasponsorował. Nie musiał. Sami tak jakoś wiedzieli, kiedy siedzieć cicho. Skąd wiedzieli? Kisiel by odpowiedział: zgadnij, koteczku.


Gadający Grzyb


P.S. Dane dotyczące przekupienia niemieckich organizacji ekologicznych zaczerpnąłem z artykułu Andrzeja Kublika „Nord Stream kupił niemieckich ekologów za 10 mln euro”. Muszę wyznać, iż spoglądam na jego teksty dotyczące kwestii energetycznych niczym na ślady ostatniego Mohikanina rzetelności dziennikarskiej w redakcji „Gazety Wyborczej”.

środa, 23 marca 2011

Kłamstwa Aleksandra Miedwiediewa


...czyli „Hodowla agentury wpływu III”.



I. Pan prezes polemizuje.


Na stronach „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł Aleksandra Miedwiediewa, wiceprezesa Gazpromu i dyrektora generalnego przedsiębiorstwa Gazprom Export, które wspólnie z Europol Gazem (gdzie Miedwiediew jest z kolei przewodniczącym Rady Nadzorczej) są fundatorami programu stypendialnego dla doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego. Tekst ten, pod znamiennym tytułem „Nie szkolimy rosyjskich agentów” jest polemiką z wcześniejszym artykułem Artura Bazaka „Doktoranci pułkownika Putina”, w którym autor przeanalizował najróżniejsze aspekty umowy stypendialnej podpisanej przez warszawską uczelnię.


Przypomnę, że umowa ta przewiduje „finansowanie badań naukowych dotyczących zagadnień stosunków międzynarodowych, w szczególności współpracy polsko-rosyjskiej w dziedzinie biznesu, zarządzania, ochrony środowiska i gospodarki energetycznej itp.” (§ 1 p.3 Regulaminu programu). Ponieważ i ja zajmowałem się wzmiankowanym stypendium w dwóch tekstach cyklu „Hodowla agentury wpływu” (szczegóły – TU i TU), pozwolę sobie odnieść się do polemiki rosyjskiego dostojnika, jest ona bowiem dość charakterystyczną ściemą, rojącą się od kłamstw, półprawd, przemilczeń i manipulacji.


II. Niedźwiedzia propaganda.


a) Reductio ad absurdum.


Już na początku Miedwiediew (albo pijarowiec, który mu tekst napisał) stosuje mało wyszukany chwyt erystyczny, nazwijmy go „reductio ad Bondum”, mający ośmieszyć wątpiących w szczerość intencji Gazpromu („Uważam za stosowne wyjaśnić sprawę tak, aby czytelnicy omyłkowo nie utożsamili uniwersyteckiego kampusu z planem nowego filmu o Jamesie Bondzie.”) W ten sposób absurdalizuje fundamentalny zarzut, że stypendium będzie służyć werbowaniu agentury wpływu i więcej już do tej niewygodnej sprawy nie wraca. Tak na marginesie – pobrzmiewa tu ton typowy dla naszych „elit”, które przez 20 lat III RP w podobnym stylu, bez próby merytorycznej polemiki wyśmiewały „oszołomów i „spiskomaniaków”. Widać piętno tej samej sowieckiej szkoły.


b) Wolność badań po rosyjsku.


Dalej pan Aleksander zapewnia gorliwie o niezależności programu stypendialnego. Nie wspomina jednak, że UW będzie składał fundatorom raport z dokonań doktorantów na gazpromowym wikcie, oraz że Gazprom kusi stypendystów możliwością praktyk i zatrudnienia. Czyli – pisz co chcesz, ale jeśli chcesz mieć widoki na posadę i karierę... Dodatkowo, warto przypomnieć, że Gazprom oferował stypendia kilku polskim uczelniom. Odmówiły m.in. Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zgodził się tylko „carski” Uniwersytet Warszawski.


c) Gazowe dobrodziejstwa.


Szczytem bezczelności jest przedstawianie jako dowodu na dążenie do poprawy relacji polsko-rosyjskich... ubiegłorocznego kontraktu gazowego, który ma być „korzystny dla obu stron”. Przypomnę, że do negocjacji w trybie awaryjnym wmieszała się Komisja Europejska obawiając się totalnej dominacji Rosji na naszym rynku, a i tak zostaliśmy zapchani po gardło rosyjskim gazem (maks. 11 mld m3 rocznie) sprzedawanym Polsce w wymiarze rocznym o ok. pół miliarda dolarów drożej niż przeciętnie krajom zachodnim. To już nie jest półprawda – to ordynarne kłamstwo obliczone na niewiedzę czytelników.


d) Apolityczna polityczność.


Następnym punktem na mapie manipulacji Miedwiediewa jest przedstawienie Gazpromu jako normalnej giełdowej firmy, której charakter (w tym udział państwa) nie różni się od charakteru analogicznych przedsiębiorstw państw zachodnich. Niedowiarkom (konkretnie – Bazakowi) autor zarzuca „utrwalanie zimnowojennych stereotypów”. I znów – ani słowa o opanowaniu Gazpromu przez towarzyszy „siłowików” z Łubianki; ani słowa o tym, że gra surowcami wpisana jest jako immanentny i główny składnik w strategię Rosji dążącej do odzyskania postsowieckiej strefy wpływów i „przywiązania” do siebie państw Zachodu (pisałem o tym w notce „Nowa Zimna Wojna”). Wreszcie, Aleksander Miedwiediew milczy o „autorze” surowcowej strategii – czyli samym Władimirze Putinie, który napisał (najprawdopodobniej zresztą splagiatowany) doktorat w którym postulował wzmocnienie pozycji Rosji dzięki częściowej nacjonalizacji branży surowcowo-energetycznej i użyciu jej w charakterze narzędzia neoimperialnej polityki Kremla.


Co ciekawe, Miedwiediew jednym tchem zapewnia nas o apolitycznym i czysto biznesowym charakterze Gazpromu, podczas gdy w tym samym tekście pisze wprost o wkładzie firmy w poprawę polsko-rosyjskich relacji i przełamanie zimnowojennych stereotypów, a więc o stricte politycznej roli zarządzanego przez siebie przedsiębiorstwa. Już tylko ta fundamentalna sprzeczność w krótkim przecież tekście obnaża kruchutkie podstawy „niedźwiedziej” propagandy, którą rosyjski dostojnik raczy publiczność.


e) Korupcja? U nas?? Tylko szeroka współpraca...


No nic, jedźmy dalej. W ostatniej części artykułu zostają wymienione firmy partycypujące w projekcie Nord Stream, jednak szef Gazprom Eksport skromnie przemilcza, że to Rosja i Gazprom były i są spiritus movens całego przedsięwzięcia, z małpią złośliwością spłycając gazociągiem północny tor podejściowy do Świnoujścia (gdzie powstaje gazoport) i blokując tym samym możliwość zawijania do portu największych statków.


Casus Schroedera, jego posadki w Nord Stream’ie i zarzut korumpowania zachodnich polityków Miedwiediew „zbija” przykładem Joschki Fischera zaangażowanego przy Nabucco, a poza tym, przecież na całym świecie byli politycy angażują się w biznesowe doradztwo... Tradycyjnie – prawda, ale nie cala. Po pierwsze – Nabucco to póki co projekt mocno wirtualny zaś rura bałtycka finiszuje z realizacją; po drugie – Nabucco jest europejską inwestycją, więc Joschka Fischer działa niejako na rzecz europejskiego bezpieczeństwa energetycznego (a nie, jak Schroeder, na korzyść rywala); po trzecie – tak ostentacyjne wynagrodzenie niemieckiego eks-kanclerza za „przychylność” jest jednak czymś niebywałym w naszym kręgu cywilizacyjnym.


f) O dalsze umacnianie sojuszu...


No i na koniec pada deklaracja, że „Gazprom nadal będzie współpracował z tymi, którzy są gotowi odrzucić przestarzały paradygmat zimnej wojny”. Dalej zaś czytamy, iż „pierwsi polscy doktoranci wniosą cenny wkład w pogłębianie stosunków między Rosją a Polską w najbliższych miesiącach”. Czyli, mamy wyłożone już wprost, bez owijania w bawełnę polityczne intencje przyświecające programowi stypendialnemu, podjeżdżające retoryką z czasów umacniania sojuszu z bratnim Związkiem Radzieckim. Powyższy cytat jest niemal otwartą deklaracją, że Gazprom i Rosja pragną wyhodować sobie nad Wisłą grono przyjaznych ekspertów młodego pokolenia, czyli kogo? Ano, agentów wpływu właśnie, inaczej nazwać tego nie sposób. Szczerość zapewne mimowolna, ale jakże cenna...


III. Do kogo ta mowa, czyli podręczny zestaw agitatora.


Podsumowując, warto zadać sobie pytanie jaki cel przyświecał Aleksandrowi Miedwiediewowi, czyli innymi słowy – do kogo ta mowa? Owszem, artykuł Bazaka odbił się pewnym echem na rosyjskich portalach, ale w Polsce – znacznie mniejszym, nie wywołał medialnej zawieruchy a stypendiami dla warszawskich doktorantów mało kto się interesuje. Dlatego sformułuję tu hipotezę, że tekst Miedwiediewa jest tak naprawdę nie tyle polemiką, ile przesłaniem do partii Gazpromu w Polsce. Podany w nim został zestaw pro-gazpromowskich „argumentów”, którymi mają się posługiwać zapraszani do mediodajni rzecznicy „ocieplenia” i „otwarcia” na gospodarcze relacje z Rosją - zarówno ci uchodzący za ekspertów w typie np. Tadeusza Iwińskiego, jak i „pożyteczni idioci” - różni "olbrychscy" tego świata.


A że argumenty cieniutkie i łatwe do obalenia? Że ocierają się o toporną propagandę? Nieważne, monopol opinii, szczególnie w dominujących mediach, sprawi że szerokiej rzeszy odbiorców wydadzą się słuszne i bezalternatywne. Dlatego artykuł Miedwiediewa warto sobie zachować choćby po to, by sprawdzać kto z publicystów, ekspertów i polityków będzie w najbliższym czasie posługiwał się zasuflowanym w omówionej publikacji podręcznym „zestawem agitatora”.


Gadający Grzyb