Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura wpływu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura wpływu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2016

Pozarządowe agentury wpływu

Organizacje pozarządowe są specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu.

Agentura wpływu, jak wiadomo, tym m.in. różni się od agentury „zwyczajnej”, że funkcjonuje jawnie, zaś sferą jej aktywności jest oddziaływanie na procesy decyzyjne w danym kraju – już to przez doradztwo odpowiednio ustawionych ekspertów, już to przez wygłaszanie opinii na forum publicznym, publikacje, media itd. Specyfiką tej „branży” jest również to, że agenta wpływu trudno złapać za rękę. Formalnie bowiem może to być intelektualista, twórca, naukowiec, autorytet w danej dziedzinie, bądź jakakolwiek osoba publiczna, która po prostu dzieli się swymi przemyśleniami i poglądami na szereg spraw. Nie wykrada tajemnic państwowych, często nawet nie pobiera wprost wynagrodzenia, kontentując się ułatwieniami w karierze, możliwością publikacji, grantami, stypendiami od różnych instytucji itd. Przykładowo, kilka lat temu Gazprom powołał wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim specjalny program stypendialny dla doktorantów. Wolno mu? Wolno. I kto po latach udowodni, że taki były stypendysta przekonując w mediach do korzyści płynących z kupowania rosyjskiego gazu, bądź kręcąc się w otoczeniu ministra, pod pozorem „eksperckich” analiz wypełnia w istocie zadania wyznaczone mu przez sponsora?

Specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu są organizacje pozarządowe (zwane też z angielska NGO - non-government organization). Po czym odróżnić organizację agenturalną od nieszkodliwej? M.in. po tym, że jej prawdziwe cele są odmienne od deklarowanych. „Statutowo” taka organizacja może zajmować się wymianą kulturalną, fundowaniem stypendiów dla młodych twórców, ochroną środowiska, „krzewieniem społeczeństwa obywatelskiego”, obroną praw człowieka – i faktycznie, na co dzień tym rzeczywiście się para, choćby po to, by się uwiarygodnić. Prawdziwe oblicze odkrywa z reguły w momencie jakiegoś kryzysu, przesilenia, gdy zagrożone są interesy jej mocodawców. A że w międzyczasie przywiązała do siebie tabun artystów, naukowców itd., dokładając do tego codzienny wysiłek propagandowy i urabiając różnymi kanałami w pożądanym duchu opinię publiczną – to i jej siła oddziaływania może być potężna.

Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie w Polsce. Proszę zwrócić uwagę na nagłą aktywizację tych wszystkich Fundacji Helsińskich, Amnesty International, Fundacji Batorego, Panoptykonów – wszyscy jak jeden stają nagle „w obronie demokracji” wspierając stricte polityczną akcję KOD-u i współmaszerujących partii opozycyjnych – PO i Nowoczesnej. Łączy ich jeden, podstawowy cel – obalić rząd PiS i przywrócić dotychczasowe statu quo, w którym to dziele wspiera je jednomyślnie niemiecki mainstream medialny. Rzeczone NGO'sy łączą także zagraniczne źródła finansowania. Za rządów PO-PSL siedziały cichutko, za nic mając chociażby próby policyjnego rozpędzania Marszy Niepodległości, aresztowania pod dętymi zarzutami ich uczestników, akcje policyjne wymierzone w środowiska kibicowskie, czy grzywny za „obrażanie konstytucyjnego organu państwa” hasłem „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Nie, wtedy ich główną troską była walka z „nietolerancją”, „homofobią”, tudzież innymi tego typu wynalazkami.

A teraz weźmy sam KOD. Ze sprawozdania finansowego na dzień 31.01.2016 wynika, iż z internetowego crowdfundingu organizacja zebrała 172 894,00 zł, z bezpośrednich wpłat na konto - 52 382,93 zł, ze zbiórek publicznych - 116 169,61 zł. Łącznie – 341 446,54 zł. Wszystko to w ciągu niecałych dwóch miesięcy – przypomnę, że „komitet społeczny” KOD-u powstał 07 grudnia 2015 r. Obecnie tylko na internetowej „zrzutce” widnieje kwota ponad 202 tys. zł. Ale to jeszcze nic – podczas marszu w obronie Wałęsy do „puszek” miano zebrać (podkreślę – jednorazowo!)... 165 tys. zł. I to wszystko przy frekwencji ok. 15 tys. osób (opowieści ratusza o 80 tys. można włożyć między bajki). Do czego zmierzam? Ano, do tego, że takie „puszki” są znakomitą metodą „legalizowania” funduszy płynących skądinąd. Wnioski wyciągnijcie sobie Państwo sami.

Bóg mi świadkiem, że nie należę do wielbicieli Putina, ale warto tu przypomnieć jego pacyfikację sponsorowanych z zagranicy różnych organizacji „obywatelskich” funkcjonujących w Rosji. Uznano je po prostu ustawowo za obcą agenturę, robiącą „podgatowkę” pod „kolorową rewolucję”. Oberwało się utrzymankom Sorosa, lecz także np. niemieckim fundacjom Adenauera i Friedricha Eberta afiliowanym przy CDU i SPD. Z naszego punktu widzenia źle się stało, bo lepiej, gdyby te agentury rozkładały wciąż Rosję od wewnątrz, lecz z perspektywy Rosji i samego Putina, był to ruch jak najbardziej zasadny. No i teraz pytanie – czy będziemy mieli dość determinacji, by zabrać się za działające u nas jaczejki, zanim urządzą nam tutaj finansowany przez nie-wiadomo-kogo „majdan”?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (18-24.03.2016)

czwartek, 7 kwietnia 2016

W przededniu wojny domowej

Wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

I. Rokosz trybunalski

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nie tylko polityczną robótką na zamówienie opozycji (choć to, ma się rozumieć, również). To przede wszystkim podkładka na użytek zagranicy, ze szczególnym uwzględnieniem Komisji Europejskiej, mająca dać pretekst do dalszych wrogich kroków wobec Polski. Zarówno prezes Rzepliński, jak i reszta składu orzekającego w zasadzie poniechała jakichkolwiek pozorów bezstronności, jawnie pozycjonując się jako jedna ze stron politycznego sporu. Ciąg wydarzeń jest bowiem następujący: najpierw sędzia Rzepliński pisze „pod siebie” nową ustawę o TK, następnie koalicja PO-PSL metodą faktów dokonanych wybiera pięciu sędziów z czego dwóch nielegalnie nawet w świetle ówcześnie obowiązujących przepisów (koniec kadencji dwójki sędziów, profesorów Zbigniewa Cieślaka i Teresy Liszcz, przypadał na okres już po wyborach parlamentarnych – odpowiednio 2 i 8 grudnia). Nowa większość sejmowa postanawia odpłacić pięknym za nadobne i unieważnia uchwałą wybór całej piątki, powołując w jej miejsce innych kandydatów, następnie zaś uchwalając nową ustawę o TK, której Trybunał pod przewodnictwem sędziego Rzeplińskiego zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, odmawiając jej domniemania konstytucyjności. Wskutek powyższego Trybunał obradując pod rządami dotychczasowej, „rzeplińskiej” ustawy, uznaje ustawę „pisowską” za niekonstytucyjną. W międzyczasie, jak się okazuje, sentencja końcowego orzeczenia konsultowana jest z politykami PO – na co najmniej dwa tygodnie przed ostateczną rozprawą i formalnym ogłoszeniem wyroku.

Mamy zatem nową jakość – jawny rokosz trybunalski. TK otwarcie postawił się ponad jakąkolwiek władzą, w tym władzą ustawodawczą Sejmu dysponującego demokratycznym mandatem. Od tej pory TK może w zasadzie przechodzić do porządku dziennego nad kolejnymi aktami prawnymi przyznając bądź odbierając im „po uważaniu” walor domniemania konstytucyjności. Jest to więc de facto wykreowanie nowej sytuacji ustrojowej – „trybunałokracji”, w której jeden z organów państwa samowolnie ustala swe kompetencje. Wszystko to poza porządkiem konstytucyjnym, bowiem obecna konstytucja zwyczajnie nie przewidziała takiego rozwoju wypadków. W tych okolicznościach Polsce de facto grozi dwuwładza – parlament będzie uchwalać ustawy zatwierdzane przez prezydenta i wdrażane przez rząd, natomiast Trybunał ostentacyjnie sprzymierzając się z opozycją – tak parlamentarną, jak i „uliczną” (KOD) - będzie je po kolei „uchylał” pod byle pretekstem, czego z kolei nie będzie uznawał rząd, odmawiając drukowania wyroków. Trybunał w konsekwencji zapewne stanie na stanowisku, że jego werdykty obowiązują „same z siebie” niezależnie od formalnego ogłoszenia w dziennikach urzędowych. Rodzi to naturalne pytanie, jak w takiej sytuacji będą zachowywały się sądy – wedle których przepisów zechcą orzekać? A administracja publiczna? Krótko mówiąc, wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

II. Bunt mainstreamu

Oczywiście, można teraz się zastanawiać, czy PiS-owi była potrzebna ta awantura – w swej początkowej fazie wyłącznie prestiżowa, bowiem nawet mianowanie pięciu sędziów nie dawało większości w 15-osobowym Trybunale. Czy nie lepiej było poprzestać na unieważnieniu wyboru dwójki sędziów, których kadencja upływała w grudniu? Najwyraźniej nie doceniono stopnia determinacji i politycznego zaangażowania sędziego Rzeplińskiego oraz stojącego za nim prawniczego establishmentu, przyzwyczajonego do samodzielnego ustalania reguł środowiskowych – nawet gdy dotyczą one nie tylko „prywatnych” korporacji, lecz również spraw sądownictwa i prokuratury. A że akurat w tej materii interes prawniczych luminarzy był zbieżny z interesem reszty odsuwanego właśnie od wpływów magdalenkowego mainstreamu – na zasadzie: dziś „pisowcy” wezmą się za nas, jutro za was, więc połączmy siły – toteż obserwowany obecnie wewnętrzny sojusz zjednoczonego obozu beneficjentów III RP w imię „obrony demokracji” narzucał się sam. Na powyższe nałożyły się antagonizmy, nazwijmy to, kastowo-kulturowe. Już samo podwójne zwycięstwo „pisiorów” pod wodzą „kurdupla” było dla dotychczasowej „klasy uprzywilejowanej” i jej społecznego zaplecza lubiącego siebie określać mianem „Polski jasnej” nie do zniesienia. Gdy zaś okazało się, że PiS ma zamiar na serio zabrać się za ich naturalne żerowiska, za nic mając ustalone przez ostatnie ćwierćwiecze hierarchie i nadęte autorytety, doszło do sprzężenia całkiem przyziemnych interesów z poczuciem urażonej godności. „Mohery” wkraczające z przytupem w zastrzeżone dotąd rewiry – to musiało zostać odebrane jako policzek i nieuprawnioną uzurpację. Szerzej ten typ emocji opisałem w świąteczno-noworocznym tekście „Portret KOD-owca” („Polska Niepodległa” nr 50-52 23.12.2015-12.01.2016) - polecam.

Kolejnym błędem, potencjalnie kosztownym politycznie, była „ucieczka do przodu” - czyli zaproszenie przez ministra Waszczykowskiego Komisji Weneckiej, co po czasie przyznał zresztą Jarosław Kaczyński. Mimo tego, że stanowisko Komisji ostatecznie wcale nie było tak miażdżące jak spodziewały się tego środowiska opozycyjne (Komisja przyznała m.in. że konstytucję naruszyła zarówno poprzednia jak i obecna władza, wezwała też obie strony w parlamencie do „znalezienia rozwiązania” kryzysu), to medialno-propagandowy przekaz na kraj i zagranicę oczywiście skoncentrował się tylko na elementach krytycznych wobec PiS. Reakcji różnych międzynarodowych gremiów tylko patrzeć.

III. W przededniu wojny domowej

Niezależnie jednak od wymienionych tu zastrzeżeń co do błędów Prawa i Sprawiedliwości, trzeba powiedzieć sobie jasno – za konsekwentne podgrzewanie atmosfery odpowiada Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz z jego politycznymi emanacjami. Zresztą nic dziwnego, grają bowiem wedle schematu „im gorzej, tym lepiej”, czując za plecami poparcie płynące z obcych ośrodków, dla których obecny rząd dążący do odzyskania przez Polskę w kluczowych obszarach podmiotowości, stanowi zagrożenie różnorakich interesów. Toteż doprowadzenie do stanu wrzenia, wręcz wojny domowej, jest wspólnym celem uczestników „kodowskich” demonstracji, sił politycznych pozostających na obcym jurgielcie, Brukseli, Berlina, Moskwy, międzynarodowego biznesu... słowem – wszystkich, którym suwerenna Polska jest nie na rękę. Jak można sądzić po nagłaśnianych sygnałach zza Atlantyku, tyczy się to również Stanów Zjednoczonych – ktoś trafnie zauważył, że Waszyngton uwielbia przewerbowaną agenturę i zapewne chętniej widziałby w Warszawie kogoś pokroju Leszka Millera z czasów Starych Kiejkutów. Opcja niepodległościowa, pretendująca do samodzielności, stanowi tylko utrudnienie – i najwyraźniej w oczach USA PiS zaczęło za bardzo targać smyczą, choćby domagając się w zamian za poparcie gwarancji bezpieczeństwa w postaci stałych baz NATO.

Czeka nas zatem wiosenna wojna domowa połączona z obcą interwencją (oby tylko na polu dyplomatycznym i gospodarczym). Platforma, Nowoczesna, kodowcy itd. nawet nie ukrywają, że liczą właśnie na ingerencję – bo też, na podobieństwo Targowicy, silni są przede wszystkim zewnętrznym poparciem. Wyrok TK jest kolejnym krokiem na drodze do spodziewanej konfrontacji, dając wygodny asumpt do eskalowania wrogich działań w imię obrony „konstytucyjnego porządku” i „demokracji”. Wprawdzie Węgry ustami Viktora Orbana już zapowiedziały, że nie poprą żadnych sankcji przeciwko Polsce, ale zapewne Bruksela poszuka sposobów na ominięcie węgierskiego weta, tym bardziej, że Berlinowi zależy na zdyscyplinowaniu krnąbrnego wasala. Schetyna otwarcie mówi o „Majdanie w Warszawie”, a warto pamiętać, że taki Soros ma w organizowaniu i sponsorowaniu różnych „majdanów” spore doświadczenie. Możemy zatem spodziewać się chociażby ulicznych burd i prowokacji. KOD, który zdążył zarejestrować się jako stowarzyszenie, ma otwartą drogę do przyjmowania funduszy – zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych, legalizowanych jako datki z „puszek”.

I tutaj dochodzimy do organizacji pozarządowych funkcjonujących w Polsce na zasadzie agentury wpływu podpiętej pod zagraniczne źródła finansowania – czasem, jak w przypadku darowizn z fundacji afiliowanych bądź przy CDU, bądź to przy SPD, wprost z niemieckiego budżetu. W tym kontekście nigdy dość przypominania o roli jaką odegrało założone przez Balcerowicza, a współpracujące m.in. z Fundacją Adenauera, Forum Obywatelskiego Rozwoju w kampanii wyborczej 2007 roku, co opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - FOR z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” zmobilizowało „grupę docelową” 3 mln młodych wyborców, co otworzyło Platformie drogę do wygranej. Aktywizacja chociażby „Amnesty International” i innych NGO'sów, które za PO siedziały cicho, nie pozostawia złudzeń co do ich politycznego oblicza. Na dobrą sprawę, należałoby organizacje korzystające z zagranicznego sponsoringu uznać za obcych dywersantów i stosownie do tego traktować. W końcu, jak wojna – to wojna!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wi%C4%99c-wojna

http://blog-n-roll.pl/pl/portret-kod-owca

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (16-22.03.2016)

czwartek, 15 maja 2014

Berlińscy ciecie w Warszawie

Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat?

I. Nagły atak dobrej pamięci

To już wolno mówić o niemieckich pieniądzach? - pomyślałem sobie, gdy rozpętała się zadyma na tle „berlińskiej pożyczki” KL-D, czyli kuźni kadr „aferałów”. No, ale bez względu na to, że nagły atak dobrej pamięci Pawła „Lucky Casino” Piskorskiego ewidentnie podyktowany został przedwyborczymi rozgrywkami, dobrze się stało. Pierwsze tabu zostało przełamane, więc może medialny mainstream, zwłaszcza ten po prawej stronie, zainteresuje się również czasami nieco późniejszymi, a znalazłoby się sporo interesujących tropów, o czym za chwilę.

Rewelacja Piskorskiego jest dla mnie przede wszystkim potwierdzeniem tego, co wielu zapewne przeczuwało – mianowicie, że polska scena polityczna od samego zarania III RP formatowana była przez zewnętrzne potęgi na zasadzie jurgieltniczej. Moskiewską pożyczkę dostali postkomuniści, więc naturalną koleją rzeczy również i Berlin chciał mieć własnych konfidentów. Nie ma jak wyhodowanie u sąsiada politycznej agentury wpływu realizującej zlecone jej interesy.

II. Wybory 2007 i Fundacja Adenauera

W każdym razie, skoro już wolno mówić o różnych ciemnych sprawkach związanych z finansowaniem przez ościenne mocarstwa naszej rzeczywistości politycznej, to pozwolę sobie przypomnieć tekst Rewizora czyli śp. Jacka Maziarskiego „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Świadczy on bowiem, że „berlińska pożyczka” dla KL-D była zaledwie początkiem długofalowej współpracy.

W telegraficznym skrócie: w artykule opisana jest „kuchnia” akcji „Zmień kraj. Idź na wybory” ze słynnym hasłem „zabierz babci dowód”. Okazuje się, że mocodawcą była Fundacja Adenauera należąca do niemieckich chadeków i finansowana niemal w całości z niemieckiego budżetu. Jej polskim kolaborantem było Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau znane też pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju, założone przez Leszka Balcerowicza wraz z m.in. Tadeuszem Syryjczykiem, Janem Wejchertem, Władysławem Bartoszewskim, Andrzejem Olechowskim i innymi postaciami z podobnej politycznej parafii. FOR następnie powołało wraz z ponad 150 podmiotami do życia Koalicję „21 października.pl”.

W efekcie, pod wpływem kampanii której klipy emitowały bezpłatnie największe media w Polsce (koszt cennikowy reklam – ok. 3 mln. zł), zmobilizowano do udziału w wyborach ok 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową najsilniej popierającą Platformę. Ten właśnie elektorat przeważył szalę zwycięstwa wyborczego w 2007 roku na korzyść PO. Może warto by pójść tym tropem i prześledzić powiązania z Berlinem, głównie poprzez system fundacyjno-stypendialny, różnych środowisk wspierających partię Donalda Tuska? Podrzucam ten trop dziennikarzom śledczym zupełnie za darmo – w końcu, skoro można już mówić o pieniądzach KL-D, to może nadeszła pora, by posunąć się o krok dalej, tym bardziej, że tekst Rewizora, choć odbił się szerokim echem w internecie, to przez inne media, również te z pretensjami do niezależności, opozycyjności itd., został kompletnie zignorowany.

III. Berliński cieć w Warszawie

Polecam również przyjrzenie się historii powiązań Pawła Grasia z niemieckim biznesmenem Paulem Roglerem, które opisałem onegdaj w notce „Berliński łącznik?”. Zapewniam, że słynne cieciowanie w willi w Zabierzowie, na którym skoncentrowały się niegdyś media, jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Znajomość Grasia i Roglera sięga bowiem 1989 roku, kiedy to poznali się w ówczesnych Niemczech Zachodnich, zaś w 1990 roku Rogler, który wcześniej prowadził w bawarskim miasteczku Selb punkt ksero, pojawił się w Polsce jako właściciel firmy informatycznej Rotronik EDV-Entwicklungen i założył polską filię o nazwie Pro-Holding, której szefem został Graś. Graś następnie (1993 r.) kupił od sekretarza rady nadzorczej Pro-Holding spółkę Agemark. W 1994 Agemark kupuje słynną willę w Zabierzowie, a w końcu (1996 r.) Agemark wraz z willą odkupuje od Grasia Paul Rogler. Dodajmy, że Agemark praktycznie nie wykazywał żadnej biznesowej aktywności, często kończył rok „pod kreską” (podobnie jak Pro-Holding, który Rogler w końcu sprzedał – lecz tylko po to, by zwiększyć kapitał zakładowy Agemarku), zaś jedynym godnym uwagi majątkiem firmy jest właśnie znana willa.

Widzicie w tym jakikolwiek biznesowy sens? Podsumujmy. 1) Niemiecki „przedsiębiorca” (obecnie emeryt) ładuje pieniądze w działalność przynoszącą straty i nie wycofuje się z niej po dziś dzień, zaś jego „firma informatyczna” Rotronik nie ma nawet strony internetowej i adresu e-mail. 2) Firmy-krzak, którym patronuje w Polsce mają za zadanie wyłącznie zapewnić lokum Grasiowi. 3) Rogler nie sprzedaje willi w Zabierzowie, ani nie wynajmuje jej na rynkowych zasadach, by odzyskać choć część utopionych pieniędzy...

Nadmienię jeszcze, że miasteczko Selb położone w 1989 w pobliżu granic NRD i Czechosłowacji uchodziło za miejsce spotkań agentów służb specjalnych. Czego szukał tam w 1989 roku student Paweł Graś, który powrócił do Polski jako dyrektor filii „firmy informatycznej”? Przypomnijmy, że późniejsze polityczne zainteresowania Grasia oscylowały przeważnie wokół spec-służb i resortów siłowych. Może więc Graś jest starannie hodowanym niemieckim agentem, natomiast Rogler albo go prowadzi, albo jest „słupem” za którego plecami stoi ktoś jeszcze? Innymi słowy – czy Paweł Graś jest berlińskim okiem i uchem przy Donaldzie Tusku?

Na zakończenie – czy przy takich powiązaniach może dziwić fakt, iż Angela Merkel była w stanie skutecznie zakazać Tuskowi kandydowania na prezydenta, bo najwyraźniej potrzebny był jej na stanowisku premiera jako strażnik i gwarant niemieckich interesów w Polsce? Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat, jak miało to miejsce w przypadku „berlińskiej pożyczki” KL-D. Skoro już wolno mówić o niemieckich pieniądzach w polskim życiu publicznym...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

http://niepoprawni.pl/blog/346/berlinski-lacznik

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr.19 12.05-18.05.2014

piątek, 19 kwietnia 2013

Organizacje pozarządowe jako agentura wpływu

Pozornie apolityczne organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju, by realizować interesy swych mocodawców.

I. Pułkownik Putin... ma rację!

Od jakiegoś czasu tzw. „społeczność międzynarodowa” zapowietrza się z oburzenia na poczynania cara Władimira Władimirowicza Putina, który postanowił wziąć za twarz organizacje pozarządowe – zwłaszcza te, które finansowane są z zagranicy. „Siłowicy” robią kipisze w biurach, rekwirują twarde dyski, każą spowiadać się z dochodów i podatków – no, słowem, zgroza i rzecz nie do uwierzenia w „starych demokracjach”. Stary czekista uznał najwyraźniej, że „społeczeństwo obywatelskie” to wprawdzie wielce fajna rzecz dla międzynarodowego wizerunku i w ogóle, ale bez przesady i Rosja powinna paru pięknoduchom pokazać, że gołą d... nie nastraszą jeża, jak powiadają starzy knajacy. Ja oczywiście nie mam złudzeń, że zimnokrwisty satrapa nie robi tego w żadnym tam wzniosłym „interesie Rosji”, tylko w jak najbardziej przyziemnym interesie swoim i swojej czekistowskiej kliki, żeby mu się „raby” przypadkiem nie zbuntowały i nie urządziły jakiejś kolorowej rewolucji sponsorowanej przez nie wiadomo kogo - taki bowiem jest sens proklamowanej w Rosji „suwerennej demokracji”, która oznacza suwerenność władzy wobec społeczeństwa.

Dostało się nawet dwóm ekspozyturom „strategicznego partnera” w interesach – czyli niemieckim fundacjom: im. Konrada Adenauera (podpiętej pod CDU) oraz Fundacji im. Friedricha Eberta (której patronuje SPD). W związku z tym ponoć między Berlinem a Moskwą nastąpiła polityczna „epoka lodowcowa”, która jednakże nie przeszkadza obu stronom kręcić wspólnych biznesów. Kanclerz Angela Merkel podczas spotkania na Targach Przemysłowych w Hanowerze nie omieszkała nadmienić, iż „Niemcy opowiadają się za rozwojem (w Rosji) silnego społeczeństwa obywatelskiego z wieloma organizacjami pozarządowymi”, ale ponieważ jak wiadomo realizacja podobnych postulatów godziłaby w same podstawy „suwerennej demokracji”, to Putin odwinął się wypomnieniem, że NGO's (organizacje pozarządowe) otrzymały w ciągu ostatniego roku „28 mld rubli" (ok. 684 mln euro) z zagranicy. Tamci rzecz jasna protestują, że nieprawda i nie aż tyle, ale niewykluczone, że kremlowski kagiebista ma swoje dane o kwotach otrzymywanych przez żarliwych demokratów „pod stołem”.

Jak można się domyślać, ta masowa skala zagranicznego finansowania cokolwiek go niepokoi, w związku z czym on wolałby wiedzieć, choćby na wszelki wypadek, skąd pochodzą, jakimi kanałami i na co są przeznaczane te pieniądze. No i czy wszystkie „dotacje” są przez zachodnie jaczejki szczerze i uczciwie państwu rosyjskiemu deklarowane.

A teraz napiszę coś, co Czytelnikom znającym mój stosunek do Rosji i reżimu Putina może wydać się z lekka szokujące: otóż Putin w tym co robi ma cholernie dużo racji. Oczywiście, te szykany wobec rosyjskich NGO's uskutecznia w interesie swej dyktatury, czyli wspomnianej już „suwerennej demokracji”, ale nie zmienia to podstawowego faktu, że problem – w szerszym kontekście - jest realny.

II. NGO's, czyli „zabierz babci dowód”

Przyłóżmy bowiem sytuację do naszych uwarunkowań: u nas również działa od groma i ciut ciut pozapaństwowych instytucji krzewiących, a jakże, „społeczeństwo obywatelskie” i inne takie historie – i również w ogromnej mierze finansowane są z zagranicy.

No to usiądźmy i zastanówmy się: czy ich deklarowana działalność pokrywa się z realnymi celami, jakie chcą osiągnąć? Czy ich prominentni i potężni sponsorzy nie załatwiają w ten sposób jakichś swoich interesów? Czy, mówiąc krótko, nie mamy aby do czynienia z rozbudowanymi agenturami wpływu, finansowanymi tak przez tzw. „stare demokracje” i różne lobbies? Agenturami pozostającymi na dobrą sprawę poza kontrolą i bezkarnie korumpującymi miejscowe elity polityczne, biznesowe, naukowe i kulturalne? Jaki interes ma, dajmy na to, finansowa hiena George Soros w „rozwijaniu społeczeństwa obywatelskiego” w Polsce za pomocą Fundacji Batorego i indukowaniu Polakom do mózgownic różnych postępackich miazmatów rękoma nadwiślańskich kolaborantów? Albo dogmatu o konieczności przystąpienia do strefy euro?

Mnie osobiście, gdy usłyszałem o oburzeniu Angeli Merkel na wieść, że pułkownik Putin zrobił kuku rosyjskiej filii Fundacji Adenauera, przypomniał się pamiętny tekst Rewizora (czyli śp. Jacka Maziarskiego, dziś już chyba można to ujawnić) „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”.

Dla tych, którzy jakimś cudem nie znają jeszcze wspomnianego artykułu, przedstawię go w telegraficznym skrócie. Otóż Autor opisał jak to Fundacja Adenauera (finansowana zresztą niemal w całości z niemieckiego budżetu) rękami swego „partnera” czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju (m.in. Leszek Balcerowicz, Tadeusz Syryjczyk, Jan Wejchert, Władysław Bartoszewski, Andrzej Olechowski, Marek Safjan, Andrzej Zoll, Jacek Fedorowicz) rozpętała przed wyborami 2007 roku akcję „Zmień kraj. Idź na wybory”. Doproszono do tego przedsięwzięcia szereg innych organizacji zrzeszonych w ramach „koalicji 21 października.pl”, a spoty i reklamy prasowe zamieszczały bezpłatnie największe krajowe media. Cennikowy koszt – 3 mln zł.

Celem kampanii było zmobilizowanie młodych wyborców, z badań bowiem wynikało, iż są grupą najbardziej wspierającą Platformę. Przypomnę, że haniebne hasło „zabierz babci dowód” to właśnie dzieło rzeszy krajowych kolaborantów Fundacji im. Konrada Adenauera. Zamiar się powiódł. W raporcie końcowym czytamy: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii.” Istny majstersztyk. Umocowana w ten sposób u władzy Dyktatura Matołów z Ober-Matołem na czele rządzi nami po dziś dzień. Ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami.

III. O polską podmiotową demokrację

Opisany powyżej przykład pokazuje z jaką łatwością pozornie apolityczne i szermujące szczytnymi hasłami organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju i manipulować całymi segmentami społeczeństwa, by realizować interesy swych mocodawców. Szczególnie w Polsce - z jej długą tradycją jurgieltu, kolaboracji i zaprzaństwa – powinniśmy być wyczuleni na różne podchody zagranicznych wujków kokietujących nas brzęczącymi kusząco sakiewkami.

Swoją drogą, ciekaw jestem, czy powstają jakiekolwiek raporty zbiorcze dotyczące funkcjonowania „organizacji pozarządowych” uczestniczących w szeroko rozumianym życiu politycznym. W jaki sposób są finansowane, kto jest z nimi powiązany, jakie fundusze otrzymują z zagranicy, jakie podejmowały w ostatnim czasie inicjatywy i kto z nimi współpracował? Jeśli polskie służby specjalne powinny się czymś zajmować, to tego typu zagadnieniami w pierwszej kolejności. I publikować ogólnie dostępne raporty cyklicznie - rok do roku.

A wracając do pułkownika Putina, którego ostatnia działalność zainspirowała niniejszą notkę: ja tam oczywiście wszystkim agenturom pracującym w Rosji – tym całym „Adenauerom” i tak dalej - życzę długiej i owocnej działalności, bo im słabsza Rosja i im bardziej ciśnienie podbechtanego „społeczeństwa obywatelskiego” podminowuje tamtejszy system władzy, tym lepiej dla Polski. Ale uważam jednocześnie, że powinniśmy z tym zewnętrznie sponsorowanym i zadaniowanym tałatajstwem zrobić porządek na swoim podwórku. Po to, by stać się – tak, właśnie – prawdziwie suwerenną demokracją. Nie w znaczeniu putinowskim, lecz w naszym: własnym i podmiotowym – polskim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

PS. Tekst Rewizora:

http://niepoprawni.pl/blog/80/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

poniedziałek, 12 marca 2012

Partia Gazpromu w Polsce


Polski Urząd Regulacji Energetyki zachował się jak gazpromowska agentura wpływu. Zapłacimy za to wszyscy.


I. Skandal z rewersem wirtualnym

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do istnienia „partii Gazpromu w Polsce”, której przedstawiciele ulokowani są w najróżniejszych instytucjach – nie wyłączając administracji państwowej, to niedawno mogliśmy zaobserwować jej działanie w praktyce.

Oto, jak podała „Wyborcza”, od marca obowiązuje nowa taryfa za przesył gazu rurociągiem jamalskim, drastycznie redukująca opłacalność tzw. rewersu wirtualnego. O co chodzi z tym rewersem? Otóż, od czterech miesięcy istnieje możliwość wirtualnego transportu tańszego gazu z Niemiec - do Lwówka k. Poznania lub do Włocławka - za pomocą jamalskiej rury. Polega to na tym, że zamawia się gaz u niemieckiego dostawcy, a następnie „wymienia” się go na gaz dostarczony fizycznie z Rosji. Za operację odpowiada spółka Gaz System. Opłacalność tego „wirtualnego transportu” wynika nie tylko z niższej ceny „niemieckiego” gazu, ale również z dotychczasowej preferencyjnej stawki płaconej za wejście do rury przy rewersie wirtualnym - wynosiła ona dotąd 13,12 zł za 1000 m3 gazu. Jeśli zważymy, iż w tym roku za pomocą rewersu wirtualnego możemy sprowadzić aż 3,7 mld m3 gazu, czyli niecałą 1/3 całkowitego zapotrzebowania Polski, zaś wydobycie własne zaspokaja ponad 1/3 (ok. 5 mld m3), to okazałoby się, że za przepłacony gaz z Rosji bulilibyśmy w o wiele mniejszym wymiarze, niż wynikałoby to z „wynegocjowanej” przez Waldemara Pawlaka umowy.

Niestety, nie ma tak dobrze, albowiem ni z tego, ni z owego EuRoPol Gaz, zawiadujący polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego wprowadził nową stawkę za rewers wirtualny w wysokości 26,70 zł za 1000 m3 – ponad dwukrotnie wyższą od dotychczasowej! Formalnie w EuRoPol Gazie panuje równowaga udziałów między PGNiG a Gazpromem (po 48% udziałów, 4% ma Gas Trading), jednak to Gazprom jako dostarczyciel surowca gra tam pierwsze skrzypce, a szefem przedsiębiorstwa jest Aleksander Miedwiediew, zatem logiczne jest, iż będzie on reprezentował rosyjskie interesy, z którymi koliduje możliwość kupowania przez Polskę tańszego gazu z kierunku niemieckiego. To jedno.

II. Pod dyktando Gazpromu

Jednak prawdziwy skandal tkwi gdzie indziej. Mianowicie, według EuRoPol Gazu, dwukrotna podwyżka opłaty została wprowadzona... na pisemne wezwanie prezesa Urzędu Regulacji Energetyki! Innymi słowy, polski urząd i prezes Marek Woszczyk zachowali się jak gazpromowska agentura wpływu, redukując opłacalność rewersu wirtualnego. Import z Niemiec wciąż będzie stosunkowo korzystny, ale zwiększone koszty odbiją się w cenach gazu, za który zapłacimy wszyscy. Zyska na tym jedynie EuRoPol Gaz – czyli Gazprom i Rosja.

Dodatkowego smrodku przydaje sprawie moment podniesienia opłat, następuje on bowiem niedługo po tym, jak Polska skierowała do Trybunału Arbitrażowego w Sztokholmie pozew przeciw Gazpromowi i spółce Gazprom Eksport w którym domagamy się zmiany zasad ustalania cen i obniżenia ich o 10 procent. Warto pamiętać, iż w chwili obecnej płacimy ponad 500 dol. za 1000 m3, podczas gdy zachodni odbiorcy rosyjskiego gazu płacą średnio o 1/4 taniej, zaś Rosja dodatkowo jeszcze te ceny im obniża. Nam Rosja podobnych obniżek konsekwentnie odmawia i to by było tyle, jeśli chodzi o „korzystną formułę cenową” o której bredził wicepremier Waldemar Pawlak podczas pamiętnych gazowych negocjacji.

Efekt jest taki, że bardziej opłaca się nam odkupywać rosyjski gaz od Niemców. Nasi zachodni partnerzy sprowadzają surowiec z Rosji po tak korzystnych cenach, że nawet po doliczeniu marży ten niby-niemiecki gaz jest i tak o ok. 15% tańszy niż ten sam gaz kupowany bezpośrednio od Rosjan! Zresztą, w założeniu sprowadzanie gazu za pomocą rewersu wirtualnego miało być elementem nacisku na Gazprom, by w końcu obniżył nam stawki, tak jak uczynił to wobec zachodnich kontrahentów.

III. Dziwna niemożność

Po raz kolejny daje o sobie znać brak dywersyfikacji dostaw i oddanie de facto w rosyjskie ręce jamalskiej magistrali. I tu muszę przypomnieć o tzw. gazociągu słubickim, o którym pisałem w notce „Zapomniany gazociąg”. W skrócie: chodzi o gazociąg wybudowany w 2001 roku przez niemiecki koncern EWE, przebiegający pod Odrą w rejonie Słubic i zaopatrujący w gaz kilkadziesiąt gmin w woj. lubuskim. Niemcy do 2009 roku wybudowali ok. 1200 km gazociągów i oferowali Polsce możliwość sprzedaży do 2 mld m3 gazu rocznie. Do pełni szczęścia brakowało wybudowania 30 – 40 km rurociągu, który podłączyłby infrastrukturę niemieckiego koncernu do polskiej sieci przesyłowej. W ten sposób podpięlibyśmy się do europejskiego systemu przesyłowego z ominięciem „jamalu” i moglibyśmy dziś sprowadzać tańszy gaz z kierunku zachodniego bez zawracania sobie głowy różnymi „rewersami” i stawkami za wejście do rosyjskiej rury.

Niestety, mimo opracowania w 2004 roku studium wykonalności projektu i uzyskania pozwoleń na budowę, sprawa rozbiła się o postawę państwowego monopolisty, czyli spółki Gaz-System, zawiadującej polskimi gazociągami, która nie wyraziła zgody na podłączenie magistrali słubickiej do swojej sieci. Byłaby to oczywiście zaledwie namiastka dywersyfikacji, ale w naszej sytuacji nawet to byłoby nie do pogardzenia i dawało jakąś kartę przetargową wobec Gazpromu.

Tymczasem mamy niekorzystną umowę obowiązującą do 2022 roku, budowa gazoportu w Świnoujściu się ślimaczy, nie mówiąc już o Nord Streamie spłycającym tor podejściowy do portu, gaz łupkowy to melodia przyszłości i to niepewnej, zważywszy na antyłupkowy lobbing oraz dziwne machloje wokół koncesji, zaś Gazprom funduje stypendia dla doktorantów UW, werbując świeży narybek dla swej i tak potężnej agentury wpływu.

Partia Gazpromu w Polsce działa w ukryciu ale pełną parą. Przejawy jej aktywności można od czasu do czasu zaobserwować przy takich okazjach jak negocjacje gazowe, czy opisywana tu decyzja Urzędu Regulacji Energetyki. Jednak najlepszym dowodem na jej wszechobecność jest permanentny bezwład i niemożność naszego kraju we wszystkich inicjatywach, które mogłyby zagrozić interesom rosyjskiego giganta pełniącego funkcję czołowej broni w imperialnym arsenale Kremla.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 5 kwietnia 2011

Triumf dezinformacji


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu wręczyłbym sobie 10 kwietnia 2011 roku bukiet goździków i butelkę samogonu.



I. Operacja - dezinformacja.


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu, który od pierwszych godzin po katastrofie smoleńskiej ruszył do odkręcania jej możliwych skutków społecznych, wręczyłbym sobie 10 kwietnia bukiet goździków i butelkę samogonu. Nieformalna „Operacja – dezinformacja” zakończyła się bowiem pełnym powodzeniem.


Nie trzeba było nawet działań stricte agenturalnych (choć i takie z pewnością miały miejsce). Wystarczył widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu, by nadwiślańskie łże-elity w poczuciu zagrożenia same, z własnej i nieprzymuszonej woli, rzuciły się do roboty w charakterze moskiewskiej „agentury opinii”.


Temu miało służyć bezustanne wspieranie rosyjskiej wersji wydarzeń, z której chyba nic nie okazało się prawdą i rzucanie się z opętańczym wrzaskiem na każdego, kto śmiał kwestionować sens polsko-rosyjskiego „pojednania” przed wyjaśnieniem przyczyn katastrofy. Temu służyć miały idące w dziesiątki medialne „wrzutki”, wszystkie bez wyjątku fałszywe, ale z których nikt się nie wycofał i za które nikt nie przeprosił.


Temu wreszcie miało służyć relacjonowanie sporu wokół „wyjaśniania” przyczyn katastrofy a la MAK w taki sposób, by przeciętny odbiorca nic z tego nie rozumiał, tylko odnosił mętne wrażenia, że „oni” - politycy - „znów się kłócą”, zaś „pisiory” z Jarosławem Kaczyńskim na czele pragną ukręcić na tragedii swoje brudne, polityczne lody.


Ta samorzutna operacja, w której większość uczestników zastraszona widmem nawrotu „kaczyzmu” pozwoliła się tyleż aktywnie, co bezinteresownie wykorzystać w charakterze agentów wpływu i opinii, zakończyła się, jak napisałem, pełnym powodzeniem. Wbito, mówiąc Maciejem Szczepańskim, miliony gwoździ w milion desek. Jakie są efekty teraz, na kilka dni przed rocznicą 10. kwietnia?


II. Operacja – dezintegracja.


Zanim spróbuję odpowiedzieć na powyższe, wtrącę uwagę bardziej ogólną. Od zarania III RP jej beneficjenci z powodów o których oni wiedzą a my rozumiemy, lub przynajmniej się domyślamy, doznają niepohamowanego drżenia łydek na widok jakichkolwiek oddolnych społecznych ruchów czy inicjatyw, które nie są przez naszych „bogów demokracji” kontrolowane. Ruchy takie mają być nieodmiennie i z definicji populistyczne, ksenofobiczne, obarczone piętnem katoendeckich demonów i oświetlone poblaskiem stosów, tudzież „nazistowskich” pochodni. Oczywiście wiemy dobrze, że nie o to chodzi, że tak tylko gadają by zamaskować strach całkiem innego rodzaju – lęk przed strąceniem ze „sprywatyzowanego” Parnasu w otchłań potępienia.


Właśnie dlatego wszelkie oznaki jednoczenia się poważnej części społeczeństwa muszą być duszone w zarodku i dlatego też kwietniowe widoki z Krakowskiego Przedmieścia sprawiły, że prócz opisanej wyżej dezinformacji, mającej przykryć współodpowiedzialność ekip Tuska i Putina, prowadzono powiązaną operację dezintegracyjną, tak by Polacy po staremu skoczyli sobie do oczu i gardeł, zaś atmosfera Żałoby Narodowej stała się odległym wspomnieniem.


I tę operację również wykonano na medal. Obrazki zajść spod Krzyża przed Pałacem Prezydenckim i tendencyjne relacjonowanie ich przez wiodące mediodajnie, to tylko jej najbardziej spektakularny przejaw. Prawdziwa katastrofa wniknęła jednak w społeczną tkankę znacznie głębiej.


III. Rzyganie Smoleńskiem.


To co w moim odczuciu jest prawdziwym triumfem dezinformacyjno-dezintegracyjnej operacji, to obrzydzenie smoleńskiego tematu tzw. szerokim rzeszom społecznym. „Szerokie rzesze społeczne”, że tak przypomnę, składają się bowiem z ludzi, którzy nie interesują się na co dzień polityką, nie chodzą na wybory, starają się jakoś tam urządzić w nieprzyjaznym świecie i są na tyle zaprzątnięci codzienną orką socjalno-bytową, że nie mają ani czasu, ani chęci, ani – zazwyczaj - kwalifikacji intelektualnych, by rozgryzać czemu otaczająca rzeczywistość jest im aż tak wroga.


Aha, jeszcze jedno - ludzie ci również nie śledzą blogosfery i nawet najgenialniejsze wpisy nigdy do nich nie dotrą. Oglądają za to telewizję w pełnym przekonaniu, że są w ten sposób należycie poinformowani. Wspominam o tym dlatego, że zdajemy się – my, blogerzy i generalnie, aktywna część prawicowej opcji – ulegać ułudzie, iż „docieramy”. No, bo klikalność rośnie, mnożą się inicjatywy, frekwencja na kolejnych miesięcznicach przyzwoita, filmy „okołosmoleńskie” sprzedają się, na pokazach tłumy, nakład „Gazety Polskiej” skoczył o jakiś miliard procent... i tak dalej. Bardzo to przyjemne samopoczucie, że zacytuję młodszego lejtnanta Miszkę Zubowa.


A potem spotykasz przechodnia, albo pogadasz z wujkiem Władkiem u cioci na imieninach i okazuje się, że ludzie „rzygają Smoleńskiem”. Sam usłyszałem to ostatnio z ust cenionej przeze mnie osoby i to - w zasadzie - inteligentnej i kumatej. Owo „rzyganie Smoleńskiem”, co charakterystyczne, wypowiadane lub wręcz wykrzykiwane jest na wysokim emocjonalnym diapazonie. „Rzygam Smoleńskiem” mówią często ludzie co do których istniała nadzieja wyrwania ich z „prywatnościowego” marazmu; którzy przeżywali, którzy przez moment, pod wpływem kwietniowej traumy coś poczuli... a teraz reagują na hasło „Smoleńsk” ledwie kontrolowaną agresją. Jasne, parę osób rok temu ocknęło się na dobre – widujemy ich m.in. na blogach i w komentarzach, jednak są to wyjątki potwierdzające ponurą regułę.


Uśmiercenie społecznej aktywizacji zanim tak naprawdę miała szansę się narodzić to kolejny goździk do bukietu i kolejny łyk dobrze zapracowanego samogonu dla tych, którzy będą świętować (tak właśnie, świętować!) 10 kwietnia.


IV. Pasy transmisyjne.


Zwrócę jeszcze raz uwagę na emocjonalność demonstrowanej odrazy do wszystkiego co wiąże się z tematem katastrofy. Zupełnie tak, jakby jakiś czarnoksiężnik podmienił te pozytywne, pełne zadumy, patriotyczne uczucia sprzed roku na żrący jad zatruwający dusze. Ale to żadne czarnoksięstwo – zwykła, dość ordynarna socjotechnika, jednak skuteczna w warunkach starannie kontrolowanego oligopolu opinii, gdy zagoniony człowiek nie ma czasu na zastanawianie się, co tak naprawdę jest mu wkładane do głowy.


Cóż bowiem widzi? Ano widzi, że jest mu coraz ciężej, że po spłacie raty kredytu za mieszkanie coraz mniej zostaje na życie, a tymczasem politycy kłócą się o Smoleńsk / Krzyż / Pomnik – wstaw dowolne. Zupełnie jakby to miało kogokolwiek nakarmić, prawda? Przy czym burdy nieodmiennie wszczyna „pisowska opozycja”, na co rząd i sojusznicze mediodajnie reagują pełnym niesmaku grymasem: „no sami widzicie, jacy oni są...” I to działa. Telewidz patrzy na spreparowany pod niego obrazek i czuje jak rośnie w nim niekontrolowana furia. Zabieg ten, powtarzany dzień w dzień na przestrzeni roku, implantuje tę furiacką wściekłość i frustrację w duszę, mózg, krwiobieg... I obiekt manipulacji nawet nie pomyśli, że odbiera tylko taki przekaz, jaki chcą mu zapodać dyżurni didżeje od oglądu rzeczywistości. A „pasy transmisyjne” w przeciwieństwie do ludzkiej psychiki się nie męczą. „Pasy transmisyjne” funkcjonują bez wytchnienia.


W ten sposób nawet kryzys i nieudolność rządu przejawiającą się w tysięcznych, mniejszych lub większych sprawach, można emocjonalnie, „pozamózgowo” przypisać... opozycji i katastrofie smoleńskiej, której przecież „wszyscy mają dosyć”. Przy czym, warto to dopowiedzieć, naturalny ludzki przesyt jakąkolwiek tematyką udało się przekuć już chyba na stałe w zapiekłą złość na „pisuarów”. Majstersztyk. Goździk – kielich - rąsia, towarzysze.


V. Wolni Polacy czy „polactwo”?


Kończąc pomału tę niewesołą diagnozę, wspomnę o jeszcze jednym aspekcie, który uświadomiła mi osoba od „rzygania Smoleńskiem”. Otóż, między „rzyganiem Smoleńskiem” a obrazowaniem swej heroicznej (bez żadnej ironii) walki o utrzymanie się na powierzchni w miarę normalnego życia, powiedziała coś w tym guście: „po to wybieramy polityków, by byli za nas odpowiedzialni”. Trudno w tym kontekście nie wspomnieć refleksji Ziemkiewicza, że „polactwo” cechuje mentalność pańszczyźnianego chłopa, który w warunkach demokracji głosuje po prostu na dziedzica folwarku, który to dziedzic ma następnie obowiązek zatroszczyć się o swych „folwarcznych”.


Po 10.04.2010 była szansa, by jakąś część ludzi myślących (?) w ten sposób wyrwać z mentalnych czworaków, tak by doszli choćby do punktu opisywanego przez Chłodnego Żółwia: że ta odpowiedzialność działa w obie strony i my, wyborcy, powinniśmy nieustannie pilnować naszych wybrańców niczym krówek na pastwisku, aby nie właziły w szkodę. Tak powinni postępować Wolni Polacy, by nie stoczyć się do poziomu „polactwa”. I do tego właśnie ci, którzy w najbliższą rocznicę będą odbierali swoje samogony i goździki, starają się za wszelką cenę nie dopuścić.


***


Kiedy Dziesiątego Kwietnia spotkamy się na różnych uroczystościach, pamiętajmy więc o tym, że choćby optycznie było nas wielu, to nie odzwierciedlamy społecznej normy. Normą są natomiast ci, którzy – użyję jeszcze raz tej upodlającej frazy – „rzygają Smoleńskiem”.


Gadający Grzyb


Podobna tematyka: http://niepoprawni.pl/blog/287/socjologia-obojga-narodow

środa, 23 marca 2011

Kłamstwa Aleksandra Miedwiediewa


...czyli „Hodowla agentury wpływu III”.



I. Pan prezes polemizuje.


Na stronach „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł Aleksandra Miedwiediewa, wiceprezesa Gazpromu i dyrektora generalnego przedsiębiorstwa Gazprom Export, które wspólnie z Europol Gazem (gdzie Miedwiediew jest z kolei przewodniczącym Rady Nadzorczej) są fundatorami programu stypendialnego dla doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego. Tekst ten, pod znamiennym tytułem „Nie szkolimy rosyjskich agentów” jest polemiką z wcześniejszym artykułem Artura Bazaka „Doktoranci pułkownika Putina”, w którym autor przeanalizował najróżniejsze aspekty umowy stypendialnej podpisanej przez warszawską uczelnię.


Przypomnę, że umowa ta przewiduje „finansowanie badań naukowych dotyczących zagadnień stosunków międzynarodowych, w szczególności współpracy polsko-rosyjskiej w dziedzinie biznesu, zarządzania, ochrony środowiska i gospodarki energetycznej itp.” (§ 1 p.3 Regulaminu programu). Ponieważ i ja zajmowałem się wzmiankowanym stypendium w dwóch tekstach cyklu „Hodowla agentury wpływu” (szczegóły – TU i TU), pozwolę sobie odnieść się do polemiki rosyjskiego dostojnika, jest ona bowiem dość charakterystyczną ściemą, rojącą się od kłamstw, półprawd, przemilczeń i manipulacji.


II. Niedźwiedzia propaganda.


a) Reductio ad absurdum.


Już na początku Miedwiediew (albo pijarowiec, który mu tekst napisał) stosuje mało wyszukany chwyt erystyczny, nazwijmy go „reductio ad Bondum”, mający ośmieszyć wątpiących w szczerość intencji Gazpromu („Uważam za stosowne wyjaśnić sprawę tak, aby czytelnicy omyłkowo nie utożsamili uniwersyteckiego kampusu z planem nowego filmu o Jamesie Bondzie.”) W ten sposób absurdalizuje fundamentalny zarzut, że stypendium będzie służyć werbowaniu agentury wpływu i więcej już do tej niewygodnej sprawy nie wraca. Tak na marginesie – pobrzmiewa tu ton typowy dla naszych „elit”, które przez 20 lat III RP w podobnym stylu, bez próby merytorycznej polemiki wyśmiewały „oszołomów i „spiskomaniaków”. Widać piętno tej samej sowieckiej szkoły.


b) Wolność badań po rosyjsku.


Dalej pan Aleksander zapewnia gorliwie o niezależności programu stypendialnego. Nie wspomina jednak, że UW będzie składał fundatorom raport z dokonań doktorantów na gazpromowym wikcie, oraz że Gazprom kusi stypendystów możliwością praktyk i zatrudnienia. Czyli – pisz co chcesz, ale jeśli chcesz mieć widoki na posadę i karierę... Dodatkowo, warto przypomnieć, że Gazprom oferował stypendia kilku polskim uczelniom. Odmówiły m.in. Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zgodził się tylko „carski” Uniwersytet Warszawski.


c) Gazowe dobrodziejstwa.


Szczytem bezczelności jest przedstawianie jako dowodu na dążenie do poprawy relacji polsko-rosyjskich... ubiegłorocznego kontraktu gazowego, który ma być „korzystny dla obu stron”. Przypomnę, że do negocjacji w trybie awaryjnym wmieszała się Komisja Europejska obawiając się totalnej dominacji Rosji na naszym rynku, a i tak zostaliśmy zapchani po gardło rosyjskim gazem (maks. 11 mld m3 rocznie) sprzedawanym Polsce w wymiarze rocznym o ok. pół miliarda dolarów drożej niż przeciętnie krajom zachodnim. To już nie jest półprawda – to ordynarne kłamstwo obliczone na niewiedzę czytelników.


d) Apolityczna polityczność.


Następnym punktem na mapie manipulacji Miedwiediewa jest przedstawienie Gazpromu jako normalnej giełdowej firmy, której charakter (w tym udział państwa) nie różni się od charakteru analogicznych przedsiębiorstw państw zachodnich. Niedowiarkom (konkretnie – Bazakowi) autor zarzuca „utrwalanie zimnowojennych stereotypów”. I znów – ani słowa o opanowaniu Gazpromu przez towarzyszy „siłowików” z Łubianki; ani słowa o tym, że gra surowcami wpisana jest jako immanentny i główny składnik w strategię Rosji dążącej do odzyskania postsowieckiej strefy wpływów i „przywiązania” do siebie państw Zachodu (pisałem o tym w notce „Nowa Zimna Wojna”). Wreszcie, Aleksander Miedwiediew milczy o „autorze” surowcowej strategii – czyli samym Władimirze Putinie, który napisał (najprawdopodobniej zresztą splagiatowany) doktorat w którym postulował wzmocnienie pozycji Rosji dzięki częściowej nacjonalizacji branży surowcowo-energetycznej i użyciu jej w charakterze narzędzia neoimperialnej polityki Kremla.


Co ciekawe, Miedwiediew jednym tchem zapewnia nas o apolitycznym i czysto biznesowym charakterze Gazpromu, podczas gdy w tym samym tekście pisze wprost o wkładzie firmy w poprawę polsko-rosyjskich relacji i przełamanie zimnowojennych stereotypów, a więc o stricte politycznej roli zarządzanego przez siebie przedsiębiorstwa. Już tylko ta fundamentalna sprzeczność w krótkim przecież tekście obnaża kruchutkie podstawy „niedźwiedziej” propagandy, którą rosyjski dostojnik raczy publiczność.


e) Korupcja? U nas?? Tylko szeroka współpraca...


No nic, jedźmy dalej. W ostatniej części artykułu zostają wymienione firmy partycypujące w projekcie Nord Stream, jednak szef Gazprom Eksport skromnie przemilcza, że to Rosja i Gazprom były i są spiritus movens całego przedsięwzięcia, z małpią złośliwością spłycając gazociągiem północny tor podejściowy do Świnoujścia (gdzie powstaje gazoport) i blokując tym samym możliwość zawijania do portu największych statków.


Casus Schroedera, jego posadki w Nord Stream’ie i zarzut korumpowania zachodnich polityków Miedwiediew „zbija” przykładem Joschki Fischera zaangażowanego przy Nabucco, a poza tym, przecież na całym świecie byli politycy angażują się w biznesowe doradztwo... Tradycyjnie – prawda, ale nie cala. Po pierwsze – Nabucco to póki co projekt mocno wirtualny zaś rura bałtycka finiszuje z realizacją; po drugie – Nabucco jest europejską inwestycją, więc Joschka Fischer działa niejako na rzecz europejskiego bezpieczeństwa energetycznego (a nie, jak Schroeder, na korzyść rywala); po trzecie – tak ostentacyjne wynagrodzenie niemieckiego eks-kanclerza za „przychylność” jest jednak czymś niebywałym w naszym kręgu cywilizacyjnym.


f) O dalsze umacnianie sojuszu...


No i na koniec pada deklaracja, że „Gazprom nadal będzie współpracował z tymi, którzy są gotowi odrzucić przestarzały paradygmat zimnej wojny”. Dalej zaś czytamy, iż „pierwsi polscy doktoranci wniosą cenny wkład w pogłębianie stosunków między Rosją a Polską w najbliższych miesiącach”. Czyli, mamy wyłożone już wprost, bez owijania w bawełnę polityczne intencje przyświecające programowi stypendialnemu, podjeżdżające retoryką z czasów umacniania sojuszu z bratnim Związkiem Radzieckim. Powyższy cytat jest niemal otwartą deklaracją, że Gazprom i Rosja pragną wyhodować sobie nad Wisłą grono przyjaznych ekspertów młodego pokolenia, czyli kogo? Ano, agentów wpływu właśnie, inaczej nazwać tego nie sposób. Szczerość zapewne mimowolna, ale jakże cenna...


III. Do kogo ta mowa, czyli podręczny zestaw agitatora.


Podsumowując, warto zadać sobie pytanie jaki cel przyświecał Aleksandrowi Miedwiediewowi, czyli innymi słowy – do kogo ta mowa? Owszem, artykuł Bazaka odbił się pewnym echem na rosyjskich portalach, ale w Polsce – znacznie mniejszym, nie wywołał medialnej zawieruchy a stypendiami dla warszawskich doktorantów mało kto się interesuje. Dlatego sformułuję tu hipotezę, że tekst Miedwiediewa jest tak naprawdę nie tyle polemiką, ile przesłaniem do partii Gazpromu w Polsce. Podany w nim został zestaw pro-gazpromowskich „argumentów”, którymi mają się posługiwać zapraszani do mediodajni rzecznicy „ocieplenia” i „otwarcia” na gospodarcze relacje z Rosją - zarówno ci uchodzący za ekspertów w typie np. Tadeusza Iwińskiego, jak i „pożyteczni idioci” - różni "olbrychscy" tego świata.


A że argumenty cieniutkie i łatwe do obalenia? Że ocierają się o toporną propagandę? Nieważne, monopol opinii, szczególnie w dominujących mediach, sprawi że szerokiej rzeszy odbiorców wydadzą się słuszne i bezalternatywne. Dlatego artykuł Miedwiediewa warto sobie zachować choćby po to, by sprawdzać kto z publicystów, ekspertów i polityków będzie w najbliższym czasie posługiwał się zasuflowanym w omówionej publikacji podręcznym „zestawem agitatora”.


Gadający Grzyb

wtorek, 8 lutego 2011

Hodowla agentury wpływu II


Naukowy przyczółek partii Gazpromu w Polsce inauguruje działalność.



I. Werbunek rozpoczęty!


Jak donosi piórem Artura Bazaka portal wPolityce.pl, na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczęła się pierwsza tura naboru na przyszłych rosyjskich agentów wpływu, mających docelowo funkcjonować w charakterze ekspertów w polskiej branży surowcowo - energetycznej.


Chodzi, rzecz jasna, o umowę stypendialną dla doktorantów zawartą w maju 2010 roku między UW a przedsiębiorstwami Gazprom Export i Europol Gaz. Z tej okazji uczelnię odwiedził wówczas nie byle kto, bo sam wice-szef Gazpromu i zarazem przewodniczący Rady Nadzorczej Europol Gazu, Aleksander Miedwiediew. Program stypendialny przewiduje „finansowanie badań naukowych dotyczących zagadnień stosunków międzynarodowych, w szczególności współpracy polsko-rosyjskiej w dziedzinie biznesu, zarządzania, ochrony środowiska i gospodarki energetycznej itp.” (§ 1 p.3 Regulaminu) Łączna kwota wyłożona na projekt wynosi 432 tys. złotych. W każdej edycji wyłanianych będzie dwóch stypendystów (w ostatniej – trzech), którzy przez okres dwóch lat będą otrzymywali miesięcznie 2.000 zł (zwolnionych od podatku dochodowego). Jak łatwo wyliczyć, na stypendium załapie się łącznie 9 doktorantów w czterech edycjach.


Umowa została podpisana mimo studenckich protestów 19.05.2010, czyli w apogeum manii „ocieplenia” i „pojednania” po smoleńskiej tragedii, kiedy to rozanielone autorytety wzywały do palenia świeczek krasnoarmijcom. Najwyraźniej, wyczuwszy wiatr historii tudzież „mądrość etapu”, władze UW przypomniały sobie skąd wyrastają im nogi i postanowiły spłacić dług wdzięczności wobec ojczyzny fundatora – cara Aleksandra I.


II. Czekistowskie neo-RWPG.


W swej notce „Hodowla agentury wpływu” opublikowanej po podpisaniu majowej umowy, opisywałem zagrożenia związane ze stypendialnym kontraktem. Teraz, przy okazji rozpoczęcia procedury werbunkowej, wypada je choćby skrótowo powtórzyć.


Po pierwsze. Gazprom jest podstawowym narzędziem neoimperialnej polityki Kremla, zmierzającej do odzyskania politycznych wpływów w obszarze postsowieckim m.in. poprzez uzależnienie krajów regionu od dostaw rosyjskich surowców.


Po drugie. W rosyjskiej strategii surowce są wprost określone jako narzędzie polityki zagranicznej Kremla. Co więcej, Władimir Putin w 1997 roku obronił doktorat (najprawdopodobniej zresztą splagiatowany), w którym opisywał koncepcję wzmocnienia strategicznej roli Rosji dzięki zasobom ropy i gazu.


Po trzecie. Na całym świecie normą jest współpraca między placówkami naukowymi a biznesem – z korzyścią dla obu stron, tyle że Gazprom to nie jest normalna firma. To przedsiębiorstwo pozostające pod całkowitą kontrolą ludzi z sowieckich i post-sowieckich specsłużb. Część analityków twierdzi wręcz, że to nie Rosja ma Gazprom i służby, tylko służby i Gazprom mają Rosję. Czy władze UW tego nie wiedzą?


Po czwarte. Mając na uwadze powyższe, zasadne jest domniemanie, że w ten sposób, niewielkim w sumie kosztem (48 tys. zł na jednego stypendystę) Rosja hoduje sobie grono przyjaznych ekspertów z młodej, nie obciążonej PRL-owskimi uwikłaniami generacji. Kreml, jeśli ma w tym interes, potrafi odpłacić wdzięcznością za wdzięczność. Jak napisał Artur Bazak, pozostaje nam uważne śledzenie dalszych karier beneficjentów gazpromowskiej inwestycji w polsko-rosyjską współpracę naukową. Naiwnością bowiem byłoby sądzić, że towarzysze czekiści nie podejmą wszelkich możliwych starań, by zasilić świeżą krwią i mózgami partię Gazpromu w Polsce.


Po piąte. Kiedy za jakiś czas młody dynamiczny specjalista będzie udowadniał ze swadą nieopłacalność gazoportu, kiedy któryś z polityków powoła się na naukowe analizy dowodzące ekonomicznej niezasadności, bądź ekologicznych zagrożeń związanych z wydobyciem gazu łupkowego, wówczas pierwszym pytaniem powinno być, czy jajogłowy stojący za taką analizą nie był aby szczęśliwym stypendystą, działającym obecnie na odcinku surowcowo-energetycznego neo-RWPG.


***


Jeszcze ciekawy szczegół: otóż całą tę imprezę finansuje w połowie Europol Gaz - przedsiębiorstwo zawiadujące polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego, którego 50% udziałów należy do polskiej, państwowej firmy PGNiG. Czyli, wychodzi na to, że przynajmniej częściowo szkolimy rosyjskich agentów za własne pieniądze. Słów brakuje.


III. Pecunia non olet.


Warto nadmienić, że Uniwersytet Jagielloński też otrzymał od Gazpromu podobną propozycję, którą jednak odrzucił. Odmówił przyłożenia ręki do budowy neo-RWPG. Uniwersytet Warszawski takich obiekcji nie miał. Pecunia non olet. Pytanie, czy za przyjęciem stypendialnej oferty Gazpromu stały tylko pieniądze i chęć wpisania się w lansowany przez reżimowo-opiniotwórcze elity klimat polsko-rosyjskiego „pojednania”, czy coś więcej. Pamiętajmy, że środowisko akademickie nie przeszło nawet szczątkowej lustracji, a na każdą wzmiankę o takiej możliwości reaguje histerią dalece wykraczającą poza względy ochrony autonomii uczelni, czy polityczne antypatie.


Zakończę tak, jak zakończyłem notkę z maja ubiegłego roku. „Tuszę, iż listę przyszłych stypendystów z Gazpromowej łaski Uniwersytet Warszawski zamieści na swojej stronie internetowej.


W końcu – czegóż tu się wstydzić?


Nieprawdaż?”


Gadający Grzyb


P.S. Odcinek „Trzeciego punktu widzenia”, gdzie m.in. poruszony został problem gazpromowskich stypendiów: http://www.tvp.pl/kultura/magazyny-kulturalne/trzeci-punkt-widzenia/wideo/06062010/1807214



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 7 lipca 2010

Polityka mrożonego g...na.


Prezydentura Bronisława Komorowskiego w aspekcie międzynarodowym.

Tym, którym tytuł niniejszej notki wydaje się zbyt drastyczny / niesmaczny, wyjaśniam, iż na termin „polityka mrożonego gówna” natknąłem się w książce Wiktora Suworowa pt. „Klęska”, a konkretnie - w motcie rozdziału 6 zawierającym cytat z „Literaturnej gaziety”(20.11.1996r.), którym to plastycznym sformułowaniem rosyjski tygodnik opisał ostatnie 30 lat istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to niewspółmiernym kosztem usiłowano przedłużyć życie i prestiż międzynarodowy skrajnie niewydolnego sowieckiego systemu. Innymi słowy - „mrożono” radzieckie g...no, żeby nie śmierdziało.

Pozwoliłem sobie ową metaforę potraktować nieco szerzej.

Uprzedzam – to długi wywód.

I. Głosowanie „pożytecznych idiotów”.


Jak wiadomo, Polacy zgodnie z życzeniem pani Cornelii Pieper, tudzież reszty międzynarodowego Salonu wybrali na prezydenta Bronisława Komorowskiego. To dobry moment, by przyjrzeć się naszej międzynarodowej (szczególnie regionalnej) pozycji w perspektywie ostatniego dwudziestolecia.

Pozornie jest OK. Weszliśmy do głównych zachodnich struktur – UE, NATO... W praktyce jednak nasza realna podmiotowość jest nader ograniczona.

Spójrzmy.

1)
Niemiecka agentura wpływu tresuje słowiańskich ubermenschen w rozumieniu tego, co należy postrzegać jako „europejskie” i „modernizacyjne”, a co – jako „szowinistyczne” i „zaściankowe”. Przy czym, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co jest „europejskie” zgodne jest z interesem Niemiec, zaś to co „zaściankowe” jest z tymże interesem sprzeczne. Pełne satysfakcji pomruki niemieckiej prasy i politycznego mainstreamu na zwycięstwo Bronisława Komorowskiego, okraszone „modernizacyjną” retoryką, są wielce wymowne.

2) Rosyjska agentura wpływu tresuje z kolei mieszkańców Priwislańskiego Kraju co do tego, jakie nasze zachowania sprzyjają „ociepleniu”, czy wręcz „pojednaniu” i rozwijaniu konstruktywnej współpracy, jakie zaś są „niekonstruktywne”, a wręcz „wrogie”. I tu również, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co służy „ociepleniu” i „pojednaniu” zgodne jest z interesem Rosji, zaś to co „niekonstruktywne” jest z tymże interesem sprzeczne. Wydawać pełnych satysfakcji odgłosów na elekcję Komorowskiego Rosjanie nie muszą. Od momentu przekazania im smoleńskiego śledztwa i bez tego trzymają nas w gołębim uścisku pojednania. Ich milczenie w sprawie beneficjenta moskiewskiego jarłyku również jest wielce wymowne. Gdyby zwyciężył ktoś im niemiły, z pewnością zaczęli by krzyczeć.

3) Amerykańska agentura wpływu tresuje „Polaczków” w sztuce „bycia dobrym sojusznikiem”, „wiarygodnym partnerem” i w umiejętnościach podtrzymywania „więzi atlantyckich”. Przy czym, „bycie dobrym sojusznikiem / wiarygodnym partnerem” każdorazowo zbiega się z interesami Stanów Zjednoczonych... i tak dalej. Każdy, kto przeczytał poprzednie akapity, wie o co mi chodzi.

My zaś mamy europejsko – dobrosąsiedzko - transatlantycki „obowiązek” zaspokoić trzech głównych graczy. Na raz. Nie licząc graczy pomniejszych, którzy również mają swoje interesy.

Istna międzynarodowa kamasutra.

II. Międzynarodowa dziwka.


No cóż. Skoro zrządzeniem historii (aczkolwiek nie bez własnej winy) od schyłku I Rzeczypospolitej jesteśmy międzynarodową dziwką, zawsze w służbie komuś, zawsze, z przeproszeniem, dymaną w interesie obcych potencji, to przynajmniej powinniśmy nauczyć się wyciągania maksimum profitów z naszego nieszczęsnego położenia. Opanować sztukę dojenia klienta. Dzięki umiejętnemu rozgrywaniu sprzecznych interesów stron wyrywających sobie postaw czerwonego sukna, można było wiele osiągnąć dla naszej korzyści. Tyle, że nasi parnasiarze z chronicznym deficytem niezawisłości ducha tego nie potrafią. Potrafią jedynie wpatrywać się z cielęcym zachwytem parweniuszy w kolejnych możnych protektorów, słuchać i wypełniać polecenia

Inteligentna dziwka zostaje z czasem burdelmamą. Dziwka głupia kończy w rynsztoku.

Mieliśmy szansę zostać „burdelmamą” naszego „postjagiellońskiego” regionu. Szansę tę zmarnowaliśmy.

Teraz rozgrywanie wzajemnych animozji rywalizujących o Polskę mocarstw będzie nader utrudnione. Może wręcz niemożliwe. Z prostego powodu: wczorajsi rywale najwyraźniej porozumieli się (przynajmniej z grubsza) co do wpływów w Polsce. Przy czym, w owym trójporozumieniu prym wiodą, jak przed rozbiorami, Niemcy (wówczas – Prusy) i Rosja.

Stanom Zjednoczonym przypadła ciut pośledniejsza rola Austrii, tym bardziej, iż „obamowcy” swe geopolityczne interesy skierowali w inne punkty globu, od naszego regionu wymagając jednego: świętego spokoju. Albo spokoju jakiegokolwiek, niechby nawet bezprzymiotnikowego. Co nie znaczy, że nie skorzystają z kawałka tortu, gdy tylko nadarzy się okazja.

I tu trzeba będzie pilnować na jakich warunkach dopuścimy amerykańskie firmy do ewentualnej eksploatacji gazu łupkowego.

No dobra, poniosła mnie fantazja. Już widzę, jak tego dopilnujemy...

III. „Mrożona” polityka wschodnia.


Mieliśmy niemal dwadzieścia lat, by stworzyć w regionie, którego jesteśmy ponoć „naturalnym liderem”, sprawną i rozbudowaną agenturę wpływu. No, wiecie – instytuty, centra badawcze, fundacje... Mogliśmy pozyskać dla tych inicjatyw miejscowe autorytety. Albo wykreować własne. Poszłyby za tym media, za mediami zaś – ludzie. Głosowaliby po naszemu, tak jak dziś większość Polaków głosuje po myśli Niemiec i Rosji. Dla poważnego państwa dwie dekady na realizację takiego zadania to aż nadto.

Gdybyśmy byli poważnym państwem, zrobilibyśmy to.

Tymczasem Ukraina pod rządami Janukowycza bezpowrotnie osuwa się w rosyjską strefę wpływów. O Białorusi nie ma nawet co gadać. Pribałtika również okazała się wyzwaniem ponad nasze możliwości. Tym bardziej, że co i rusz, różni „dobrzy ludzie” ostrzegali nas przed „wymachiwaniem szabelką” i „aktywną polityką wschodnią”.

Posłuchaliśmy „dobrych ludzi”. I przegraliśmy region. Jedyny antrakt w spektaklu naszej niemocy, to okres między „pomarańczową rewolucją” (przełom lat 2004/2005), a wygraną ekipy Tuska (2007), z późniejszym heroicznym epizodem wyprawy pięciu przywódców pod przewodem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w sierpniu 2008 (wbrew woli Rządu RP!). Zwieńczeniem - tragiczny finał w Smoleńsku.

Dlaczego nie potrafiliśmy stworzyć skutecznej agentury wpływu i szerzej – konsekwentnej polityki zagranicznej? Bo analogiczna agentura innych państw usadowiona u nas do tego nie dopuściła. A nasi parnasiarze i podążający w ślad za nimi eliciarze byli aż nadto chętni by się światłym zaleceniom „życzliwych” nam „partnerów” podporządkować, wszelkie przejawy zbytniej samodzielności Polski traktując jako szkodliwą chimerę.

Poczynania obecnej ekipy rządzącej, świadomie odchodzącej od idei „polityki jagiellońskiej”, która tak drażniła dysponentów rezydujących u nas agentur wpływu, na rzecz „płynięcia z głównym nurtem” oznacza jedno: wybór Bronisława Komorowskiego na prezydenta III RP jest sygnałem, iż w kwestii stosunków międzynarodowych będziemy kontynuować „politykę mrożonego g..na”. Nie zmieni tego faktu kurtuazyjne nazwanie tego co Polska zrobi „polityką piastowską”, powrotem do „realizmu” (w miejsce wcześniejszych rzekomych „mrzonek”), czy czymkolwiek innym.

Zostaniemy z „partnerstwem wschodnim” - wirtualnym bytem nie przekładającym się na realia. Wszystko okraszone uśmiechami ze strony tych, którzy porozumieli się co do naszego losu.

Niby funkcjonujemy w „przestrzeni międzynarodowej”, niby się z nami liczą i prawią czułe słówka... Łajno, póki co, jest zmrożone.

***

Po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego pojawił się rządowy apel o 500 dni spokoju. Przekładając z języka sloganów na język konkretów, oznacza to: dajcie nam 500 dni polityki mrożonego... sami wiecie czego. Nie tylko w warstwie zagranicznej, którą zarysowałem powyżej, lecz również w polityce wewnętrznej. Rząd będzie udawał, że rządzi. Media wzmogą pijarowską kołysankę, nucącą, iż modernizacja postępuje i szafa gra, zaś Prezydent Bronisław Komorowski jest witany z przyjazną akceptacją we wszystkich stolicach i na wszystkich planetach Wszechświata.

Ale historia ma to do siebie, że prędzej czy później przychodzi czas odwilży. I wtedy to, co było zamrożone, nagle daje znać o sobie.

A my zostaniemy z twarzami w tym, co odmarzło.

Gadający Grzyb


Inne moje notki o podobnej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kres-pomaranczowej-ukrainy

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/komorowski-polecial-po-jarlyk
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/aksamitny-protektorat
http://niepoprawni.pl/blog/287/po-co-te-wybory

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 23 czerwca 2010

Nowa Zimna Wojna.


Motto: „Zachód przegrywa nową zimną wojnę, niemal nie zauważywszy, że się rozpoczęła.” (E. Lucas).

I. Jak przegrywamy wojnę.

Przeczytałem ostatnio książkę "Nowa Zimna Wojna" autorstwa Edwarda Lucasa, wieloletniego (od 1986 roku) korespondenta "The Economist" w Europie Środkowo – Wschodniej. Rzecz jest kilkusetstronicowym studium polityki rosyjskiej wewnętrznej i zewnętrznej, od upadku ZSRR do czasów współczesnych, ze szczególnym naciskiem na trwającą wciąż epokę Putina. Jak doszedł do władzy, jakimi metodami umocnił swą pozycję, co z tego wynika dla Rosji i świata zachodniego. Niby nic nowego – książka nie przynosi jakichś nieznanych wcześniej, sensacyjnych faktów. Jej podstawową siłą jest natomiast to, że rozproszone informacje przewijające się przez łamy najróżniejszych mediów zbiera w jednym miejscu i poddaje systematyzującej obróbce.

Efektem jest obraz putinizmu w pigułce i bezlitosna konstatacja: Rosja wytoczyła Zachodowi tytułową „Nową Zimną Wojnę”, i co gorsza, wygrywa ją, zaś Zachód zdaje się tego nie dostrzegać (albo nie chce dostrzec, co na jedno wychodzi). Warto dodać, że omawiana pozycja kończy się na 2008 roku. Sytuacja A.D. 2010 przedstawia się jeszcze gorzej, autor wyrażał bowiem np. nadzieję, że projekt Nord Stream nie dojdzie do skutku, zaś UE zdoła wykrzesać z siebie jakieś konkretne posunięcia w sprawie Nabucco. Dziś zapewne pożegnał się już z ostatnimi złudzeniami.

Nie będę streszczał tu rozdziału po rozdziale, generalnie jednak wymowa jest następująca:

- Rosja odbudowuje swoją strefę wpływów na obszarze post – sowieckim;

- lekceważenie tego obszaru przez Zachód jest potencjalnie tragicznym w skutkach błędem;

- Putin pod hasłem „suwerennej demokracji” rozumie skorumpowany systemowo oligarchiczny autorytaryzm, gdzie gospodarka, aparat państwowy i prawo służyć ma umacnianiu władzy wewnętrznej, a nie obywatelom i poszerzaniu wpływów zewnętrznych;

- Rosja dąży do energetycznej „finlandyzacji” Europy (gaz), wykupując udziały w europejskich firmach z branży i dążąc do maksymalizacji eksportu surowców;

- celem rosyjskiej polityki jest rozbicie UE jako spójnej struktury zdolnej do solidarnego występowania na zewnątrz (zwłaszcza wobec Rosji), stąd preferowanie stosunków bilateralnych z poszczególnymi krajami Wspólnoty;

- celem kolejnym jest wbicie klina między Europę i Amerykę przy użyciu m.in. zinfiltrowanych przez agenturę wpływu sił polityczno – biznesowych na Zachodzie;

- charakterystyczną cechą stosunków Rosja – Zachód jest nierównomierność: Rosja za pomocą zależnych przedsiębiorstw wkracza do zachodnich gospodarek, przy pilnym strzeżeniu energetycznego monopolu na własnym terytorium.

II. Impotencja strategiczna.

Porażająca jest krótkowzroczność i strategiczna impotencja państw Zachodu, niezdolnych do dostrzeżenia rzeczywistego charakteru reżimu Putina i funkcjonujących w relacjach z Rosją na zasadzie krótkowzrocznych geszeftów, bez oglądania się na długoterminowe skutki. Momentami sprawia to wrażenie celowego chowania głowy w piasek przez klasę polityczną skrępowaną naciskami przeróżnych lobbies. Rosja natomiast rozgrywa Zachód na zimno, z pełną świadomością celów.

W tym kontekście rozbrajająco brzmią rady Autora z ostatniego rozdziału, co też Zachód powinien zrobić, by nie przegrać nowej zimnej wojny. Streszczę niektóre:

- przywrócenie znaczenia związkom euroatlantyckim;

- wyzbycie się złudzeń co do reżimu Putina;

- żądanie pełnej przejrzystości w odniesieniu do funkcjonujących na zachodnich rynkach rosyjskich przedsiębiorstw;

- solidarność energetyczna;

- postawienie kwestii strategicznych ponad doraźnymi zyskami;

- nieuleganie pokusom dwustronnych ekskluzywnych relacji z pominięciem innych partnerów;

- stanowcze egzekwowanie podjętych przez Rosję zobowiązań...

i te de, i te pe.

Jak widać, Zachód postępuje dokładnie odwrotnie. Co gorsza, trudno być optymistą co do ewentualnej zmiany tej mieszaniny naiwności i krótkowzrocznego „pragmatyzmu”. A to wrózy bardzo źle również i dla nas.

III. A Polska?

Trudno nie zauważyć, że w tę zachodnią ślepotę ochoczo wpisuje się Polska, zapewne wskutek osławionego „podążania z głównym nurtem”. Przedłużenie tzw. „kontraktu jamalskiego”, zamrożenie budowy gazoportu, oddanie Gazpromowi kontroli nad EuRoPol Gazem, sabotowanie projektu tarczy antyrakietowej, ostatnio zaś groteskowe „pojednanie” i podpisanie przez Uniwersytet Warszawski umowy stypendialnej z Gazpromem dla doktorantów, zupełnie jakby mało było dotychczasowej rosyjskiej agentury...

W tym świetle trudno nie mieć czarnych myśli również co do perspektyw wydobycia w Polsce gazu z łupków bitumicznych, tym bardziej po słowach p.o.p. Bronisława Komorowskiego wyrażającego zatroskanie stanem naszego krajobrazu, który miałby ucierpieć na skutek „odkrywkowej” eksploatacji gazowych złóż.

Mniejsza o to, że pan marszałek bredzi, gdyż amerykańskie firmy pozyskują gaz łupkowy za pomocą zupełnie innych technologii. Komorowski ewidentnie nie wiedział o czym mówi (nie po raz pierwszy zresztą) a mimo to, być może nieświadomie, powtórzył pseudo – ekologiczną propagandę Gazpromu, który stałby się największym przegranym „łupkowej rewolucji”. A to znaczy, że gdzieś musiał tę retorykę usłyszeć, że ktoś „życzliwy” „nasączył” go tego typu kierunkiem myślenia. Pokazuje to do jakiego stopnia otoczenie Komorowskiego przeżarte jest agenturą wpływu. Kwestię, czy sam Komorowski również jest agentem, czy jedynie pożytecznym idiotą delegowanym na urząd w charakterze marionetki, pozostawiam otwartą.

Jedno nie ulega wątpliwości: w prowadzonej przez Putina nowej zimnej wojnie Polska z własnej woli powiela zachodnią receptę na przegraną.

I jeszcze: jak to możliwe, że podobna książka nie powstała do tej pory w Polsce? Nie ma zapotrzebowania?

Gadający Grzyb
pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 29 maja 2010

Hodowla agentury wpływu.


Uniwersytet Warszawski – kolejny przyczółek „partii Gazpromu” w Polsce?

I. Senator Nowosilcow w „Polsze”.

Przez większość mediodajni informacja przeszła bez echa. Sam bym przeoczył, gdyby nie to, że klikając po portalach natrafiłem w „Rzepie” na komunikat, zapowiadający studencki protest przeciw podpisaniu umowy stypendialnej między Uniwersytetem Warszawskim a Gazpromem.

Czym prędzej pośpieszyłem na stronę UW w poszukiwaniu oficjalnego stanowiska władz „ucziliszcza” powołanego w 1816 roku przez Cesarza i Samodzierżawcę Wszechrosyjskiego, a przy okazji - Króla Polski, Aleksandra I. Czyżby szacowne magnificencje powróciły do źródeł? I to nie do tych z czasów Szkoły Prawa i Szkoły Lekarskiej, utworzonych w Księstwie Warszawskim, lecz tych z post – „kongresowiedeńskich” lat Królestwa Polskiego?

Nuu, oto, co ujrzały moje piękne oczy:

a) Uniwersytet Warszawski podpisał „trójstronne porozumienie”.

b) Porozumienie dotyczy pięcioletniego programu stypendialnego dla doktorantów i zostało zawarte „pomiędzy UW a spółkami Gazprom Export i EuRoPol GAZ”.

c) Program stypendialny będzie obejmował „doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy prowadzą badania dotyczące stosunków polsko-rosyjskich: gospodarczych, politycznych czy kulturalnych”.

d)
Na dzień dobry stypendystów będzie osiemnastu, zaś łączna suma ich obrazowania wyniesie 100.000 Euro.

***

Kulturalne ozdobniki z podpunktu c) chyba możemy sobie darować. Póki co, spragnionych wiedzy doktorantów będzie osiemnastu. Za skromne sto tysięcy Euro. Wot, tak na początek. Wybrańcy po uzyskaniu doktoratów, dokooptują zapewne akolitów. Maszynka nabierze rozpędu. Rozkręci się jak ta lala.

Ach, zapomniałbym - „ucziliszcze” odwiedziła przy tej okazji nie byle jaka persona – sam Senator Nowosilc…, to jest, chciałem rzec, wice – szef Gazpromu, Aleksander Miedwiediew. Przypomnę, że Gazprom posiada 48% udziałów w EuRoPolGazie, zaś Aleksander Miedwiediew jest przewodniczącym Rady Nadzorczej wzmiankowanego interesu, kontrolującego biegnący przez Polskę odcinek tzw. „gazociągu jamalskiego”.

II. „Bezstronni fachowcy” od przekonywania.

W taki oto sposób hoduje się „bezstronnych fachowców”, którzy następnie stają się dyżurnymi „twarzami”, występującymi we wszystkich możliwych i niemożliwych mediodajniach. Będą, jako „niezależni eksperci”, rzecz jasna, urabiać opinię publiczną i rozładowywać społecznie napięcie, gdy jakiś oszołom zacznie zbyt głośno krzyczeć o braku dywersyfikacji dostaw gazu i uzależnieniu Polski od rosyjskiej rury. Będą przekonywać o rozlicznych profitach płynących z „konstruktywnej” współpracy między Polską a Rosją i Gazpromem.

Zapewne część z nich – wszak są młodzi, obiecujący itd. dołączy (z dyskretny poparciem mocodawców) do gabinetów politycznych naszych Wielce Ważnych Person, by uważnie baczyć na odpowiednią „owocność” polsko – gazpromowskiej ścisłej współpracy, i aby owa ścisła współpraca, spasi Hospodi! , nie uległa rozluźnieniu.

Kwestię agenturalnego werbunku przyszłych stypendystów należy przyjąć za pewnik. Gazprom nie jest normalną firmą, nawet jak na specyficzne standardy surowcowej branży. Gazprom jest jednym z podstawowych narzędzi realizacji neoimperialnej polityki Rosji. Tak, tejże Rosji, z którą się ostatnio „jednamy”, a która konsekwentnie przywiązuje do siebie Europę za pomocą gazowej smyczy, ze szczególnym uwzględnieniem państw byłego ZSRR i szerzej – RWPG.

Władze Uniwersytetu Warszawskiego powinny o tym wiedzieć. Albo, przynajmniej, zapytać się kogoś w miarę przytomnego, przed podpisaniem stypendialnego dealu.

III. Gazprom czuwa…nad „mądrością etapu”.


Trudno nie interpretować edukacyjno – agenturalnej inicjatywy Gazpromu inaczej, niż w kategoriach kolejnego etapu podporządkowywania sobie polskiej polityki energetyczno – surowcowej. Po sukcesie, nazwijmy to: „polit – biznesowym” (aneks do tzw. „kontraktu jamalskiego” przedłużający dostawy do 2037 roku plus podporządkowanie Rosji EuRoPolGazu) należy ukształtować rzeczników „porozumienia”. Mieć własnych, miejscowych „fachowców” w Priwislańskim Kraju – bezcenne. Wystarczająco giętcy „stypendyści” z pewnością zrozumieją „mądrość etapu”. A że są młodzi, to nikt nie wytknie im konszachtów z komuną.

Ptaszęta ćwierkają, iż Gazprom przymierza się do wypchnięcia z Polski amerykańskich firm zainteresowanych naszymi złożami gazu łupkowego. Zajmie ich miejsce, a że nie dysponuje odpowiednimi technologiami, miast wydobywać, położy na nich swą niedźwiedzią łapę i dalej będzie nam pchał swój – nieswój gaz. Bądź to z Syberii, bądź z „odzyskanych” republik centralno - azjatyckich.

Na zakończenie wątku, uwaga pod adresem władz UW. Czy jedna z kluczowych placówek uniwersyteckich, mimo chronicznego niedoinwestowania, naprawdę musi korzystać ze stypendiów ufundowanych przez firmę będącą prawą ręką i podporą ludobójczego reżimu Putina? Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, iż na całym świecie najróżniejsze firmy mają swoje programy stypendialne i podejmują współpracę – na ogół ku obopólnej korzyści – z instytucjami naukowo – badawczymi. Tylko, jak wspomniałem nieco wyżej, a tu powtórzę wielkimi literami: GAZPROM TO NIE JEST NORMALNA FIRMA.

Dotarło do Magnificencji, czy nie dotarło?

IV. Podsumowanie.

Oj, nie próżnuje ten Gazprom, nie próżnuje… Nie zasypia gruszek w popiele.

Stawiam mój grzybi kapelusz przeciw bananom, że stypendystów Gazpromu czekają świetne kariery. O ile będą lojalni wobec dobroczyńcy.

Przytoczę po raz kolejny główną tezę niniejszej notki - tak hoduje się agenturę wpływu. W niedalekiej przyszłości, widząc młodego, przebojowego doktora z ambicjami, wypowiadającego się w teleokienku i optującego twardo za niebywałymi korzyściami płynącymi z „konstruktywnej” współpracy z Rosją w ogóle, a z Gazpromem w szczególności, warto będzie sprawdzić, czy aby nie był beneficjentem opisywanego tu stypendium.

Tuszę, iż listę przyszłych stypendystów z Gazpromowej łaski Uniwersytet Warszawski zamieści na swojej stronie internetowej.

W końcu – czegóż tu się wstydzić?

Nieprawdaż?

Gadający Grzyb

P.S. O moim grzebaniu w gazie...

Pierwotna publikacja: www.niepoprani.pl