Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eliciarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eliciarze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 sierpnia 2010

Kosmopolita.


Naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy.

I. „Ja nie wiem, co ja jestem”.

Miałem niedawno okazję rozmawiać z pewnym człowiekiem... no właśnie, jak go określić? Formalnie jest to Polak pochodzący ze Śląska, mieszkający obecnie w Niemczech i podwójny, polsko – niemiecki obywatel, przemieszczający się w interesach miedzy oboma krajami. Zapytany o samoidentyfikację, odparł z rozbrajającą szczerością (i wyraźnym śląskim akcentem): „Ja nie wiem, co ja jestem”. Kosmopolityczny człowiek sukcesu, spełniony biznesmen, słowem – chodzący ideał „Wyborczej”, gdyby nie to, że wykształcenie zakończył pewnie gdzieś w okolicach zawodówki (świadczył o tym ubogi zasób słów i niezdolność do formułowania własnych wypowiedzi, zastępowana wykrzykiwaniem gazetowych sloganów), zaś wiekowo oscylował około sześćdziesiątki.

Jak to bywa przy wódce, rozmowa zeszła na politykę. Okazało się, że rozmówca prezentuje zestaw poglądów charakterystyczny dla mediodajnianego mainstreamu w tak krystalicznej formie, że było to wręcz... fascynujące. Do tego dochodziło uwielbienie dla Niemiec i sformułowania (z pozycji wyższości) typu: „wy, Polacy...”

W punktach dałoby się to przedstawić następująco:

- po co grzebać się w przeszłości (rozpamiętywać krzywdy, wywlekać jakieś papiery jak te popaprańce z IPN-u);

- Kaczory to zacięte, złośliwe kurduple, gnębiący niewinnych ludzi (przykład – doktor Mirosław G.);

- obrońcy Krzyża to banda zdewociałych fanatyków;

- Polska za Kaczorów jazgotała na Rosję niczym ratlerek na buldoga, zamiast siedzieć cicho;

- uznanie własnej niższości powinno cechować Polskę również w stosunku do Niemiec;

- Lech Kaczyński z „tymi, no wiesz, innymi” nie powinien był pchać się do Gruzji, bo tylko wnerwił Rosję;

- jak będziemy wobec mocarstw grzeczni, to może pozwolą nam sobie z nimi pohandlować (a jak pozwolą, mamy się cieszyć i nie podskakiwać);

- na podobnej zasadzie lepiej dać sobie spokój z naciskaniem na wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej...

... i te de, i te pe.

Jako, że jestem przyzwyczajony, iż w niemal każdym towarzystwie (prócz Niepoprawnych;)) jestem odosobniony ze swymi poglądami, podjąłem z facetem polemikę, która sama w sobie była wielce frapująca – on był dla mnie obiektem badawczym jako modelowy okaz wykorzenienia podpartego intelektualnym gulaszem serwowanym przez mediodajnie, ja dla niego – przykładem patrioty o poglądach jakie do tej pory znał jedynie z medialnych przekazów i które mają rzekomo ograniczać się do garstki moherowych staruszek.

Jednym z większych komplementów, jakimi obdarzył mnie rozmówca, było stwierdzenie, że nadawałbym się do tych „popaprańców” od Wałęsy – Cenckiewicza i tego drugiego, jak mu tam... Facet nie mógł uwierzyć, że to co dla niego jest formą anatemy, dla niektórych może być powodem do dumy.

II. Pokolenie Marii Peszek.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wg mnie takich jak on będzie przybywać. O ile w pokoleniu mojego rozmówcy – pięćdziesięcio, - sześćdziesięcio latków, takie totalne wykorzenienie jest zjawiskiem jeszcze stosunkowo rzadkim (nawet komuniści, by chronić swe biografie deklarują jakąś formę patriotyzmu), o tyle „pokolenie Marii Peszek” faktycznie w przypadku „sytuacji militarnej” może masowo „spieprzać jak najdalej”, gdyż jak naucza Marek Kondrat „Polska nie jest najważniejsza”. Postawa charakteryzująca się zacytowanym na początku tekstu stwierdzeniem „ja nie wiem, co ja jestem”, choć może wyrażona lepszą polszczyzną będzie się upowszechniać. Patrzenie na czubek własnego nosa i brak wspólnotowych więzi od dwudziestu lat umiejętnie hodowane i nobilitowane przez intelektualny parnas, wsparte tendencjami demograficzno – społecznymi powoduje, że za chwilę decydujący wpływ na sprawy Polski będzie miało pokolenie rozpieszczonych, ukierunkowanych na hedonizm („róbta co chceta”) jedynaków. Degrengolada szkolnictwa z okrojonymi do absurdu lekcjami historii i jechaną na brykach literaturą dopełnia obrazu spustoszenia.

Można powiedzieć, że opisywany tu polsko – niemiecki Ślązak jest swoistym prekursorem tych, którzy wnet nadejdą. Odnoszę wrażenie, że doskonale dogadałby się z zebraną niedawno na Krakowskim Przedmieściu za sprawą Dominika Tarasa młodocianą barbarią. Łączy ich bowiem jeszcze jedno: tłumione poczucie prowincjonalizmu każące pogardliwie traktować wszelkie przejawy polskości i z cielęcym zachwytem wpatrywać się we wszystko, co pochodzi z „Reichu”, czy szerzej – Zachodu.

Po dwudziestu latach można śmiało powiedzieć, że naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy. A że produkty owego eksperymentu „nie wiedzą, co oni są”? Tym lepiej. Taka wiedza tylko zamyka nas w zaścianku i budzi „demony polskiego patriotyzmu”, jednym słowem – same z nią problemy...

III. Epilog.

Następnego dnia dotarła do mnie wieść, że ów człowiek wspominając naszą dyskusję powiedział wspólnym znajomym: „no, z takim patriotą to ja jeszcze nie gadałem”. Nie wiem, czy powinienem uznać to za komplement. Czy odezwała się w nim nutka niechętnego podziwu, czy przeciwnie – takich jak ja traktuje jako skazaną na wymarcie zoologiczną ciekawostkę...

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 7 lipca 2010

Polityka mrożonego g...na.


Prezydentura Bronisława Komorowskiego w aspekcie międzynarodowym.

Tym, którym tytuł niniejszej notki wydaje się zbyt drastyczny / niesmaczny, wyjaśniam, iż na termin „polityka mrożonego gówna” natknąłem się w książce Wiktora Suworowa pt. „Klęska”, a konkretnie - w motcie rozdziału 6 zawierającym cytat z „Literaturnej gaziety”(20.11.1996r.), którym to plastycznym sformułowaniem rosyjski tygodnik opisał ostatnie 30 lat istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to niewspółmiernym kosztem usiłowano przedłużyć życie i prestiż międzynarodowy skrajnie niewydolnego sowieckiego systemu. Innymi słowy - „mrożono” radzieckie g...no, żeby nie śmierdziało.

Pozwoliłem sobie ową metaforę potraktować nieco szerzej.

Uprzedzam – to długi wywód.

I. Głosowanie „pożytecznych idiotów”.


Jak wiadomo, Polacy zgodnie z życzeniem pani Cornelii Pieper, tudzież reszty międzynarodowego Salonu wybrali na prezydenta Bronisława Komorowskiego. To dobry moment, by przyjrzeć się naszej międzynarodowej (szczególnie regionalnej) pozycji w perspektywie ostatniego dwudziestolecia.

Pozornie jest OK. Weszliśmy do głównych zachodnich struktur – UE, NATO... W praktyce jednak nasza realna podmiotowość jest nader ograniczona.

Spójrzmy.

1)
Niemiecka agentura wpływu tresuje słowiańskich ubermenschen w rozumieniu tego, co należy postrzegać jako „europejskie” i „modernizacyjne”, a co – jako „szowinistyczne” i „zaściankowe”. Przy czym, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co jest „europejskie” zgodne jest z interesem Niemiec, zaś to co „zaściankowe” jest z tymże interesem sprzeczne. Pełne satysfakcji pomruki niemieckiej prasy i politycznego mainstreamu na zwycięstwo Bronisława Komorowskiego, okraszone „modernizacyjną” retoryką, są wielce wymowne.

2) Rosyjska agentura wpływu tresuje z kolei mieszkańców Priwislańskiego Kraju co do tego, jakie nasze zachowania sprzyjają „ociepleniu”, czy wręcz „pojednaniu” i rozwijaniu konstruktywnej współpracy, jakie zaś są „niekonstruktywne”, a wręcz „wrogie”. I tu również, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co służy „ociepleniu” i „pojednaniu” zgodne jest z interesem Rosji, zaś to co „niekonstruktywne” jest z tymże interesem sprzeczne. Wydawać pełnych satysfakcji odgłosów na elekcję Komorowskiego Rosjanie nie muszą. Od momentu przekazania im smoleńskiego śledztwa i bez tego trzymają nas w gołębim uścisku pojednania. Ich milczenie w sprawie beneficjenta moskiewskiego jarłyku również jest wielce wymowne. Gdyby zwyciężył ktoś im niemiły, z pewnością zaczęli by krzyczeć.

3) Amerykańska agentura wpływu tresuje „Polaczków” w sztuce „bycia dobrym sojusznikiem”, „wiarygodnym partnerem” i w umiejętnościach podtrzymywania „więzi atlantyckich”. Przy czym, „bycie dobrym sojusznikiem / wiarygodnym partnerem” każdorazowo zbiega się z interesami Stanów Zjednoczonych... i tak dalej. Każdy, kto przeczytał poprzednie akapity, wie o co mi chodzi.

My zaś mamy europejsko – dobrosąsiedzko - transatlantycki „obowiązek” zaspokoić trzech głównych graczy. Na raz. Nie licząc graczy pomniejszych, którzy również mają swoje interesy.

Istna międzynarodowa kamasutra.

II. Międzynarodowa dziwka.


No cóż. Skoro zrządzeniem historii (aczkolwiek nie bez własnej winy) od schyłku I Rzeczypospolitej jesteśmy międzynarodową dziwką, zawsze w służbie komuś, zawsze, z przeproszeniem, dymaną w interesie obcych potencji, to przynajmniej powinniśmy nauczyć się wyciągania maksimum profitów z naszego nieszczęsnego położenia. Opanować sztukę dojenia klienta. Dzięki umiejętnemu rozgrywaniu sprzecznych interesów stron wyrywających sobie postaw czerwonego sukna, można było wiele osiągnąć dla naszej korzyści. Tyle, że nasi parnasiarze z chronicznym deficytem niezawisłości ducha tego nie potrafią. Potrafią jedynie wpatrywać się z cielęcym zachwytem parweniuszy w kolejnych możnych protektorów, słuchać i wypełniać polecenia

Inteligentna dziwka zostaje z czasem burdelmamą. Dziwka głupia kończy w rynsztoku.

Mieliśmy szansę zostać „burdelmamą” naszego „postjagiellońskiego” regionu. Szansę tę zmarnowaliśmy.

Teraz rozgrywanie wzajemnych animozji rywalizujących o Polskę mocarstw będzie nader utrudnione. Może wręcz niemożliwe. Z prostego powodu: wczorajsi rywale najwyraźniej porozumieli się (przynajmniej z grubsza) co do wpływów w Polsce. Przy czym, w owym trójporozumieniu prym wiodą, jak przed rozbiorami, Niemcy (wówczas – Prusy) i Rosja.

Stanom Zjednoczonym przypadła ciut pośledniejsza rola Austrii, tym bardziej, iż „obamowcy” swe geopolityczne interesy skierowali w inne punkty globu, od naszego regionu wymagając jednego: świętego spokoju. Albo spokoju jakiegokolwiek, niechby nawet bezprzymiotnikowego. Co nie znaczy, że nie skorzystają z kawałka tortu, gdy tylko nadarzy się okazja.

I tu trzeba będzie pilnować na jakich warunkach dopuścimy amerykańskie firmy do ewentualnej eksploatacji gazu łupkowego.

No dobra, poniosła mnie fantazja. Już widzę, jak tego dopilnujemy...

III. „Mrożona” polityka wschodnia.


Mieliśmy niemal dwadzieścia lat, by stworzyć w regionie, którego jesteśmy ponoć „naturalnym liderem”, sprawną i rozbudowaną agenturę wpływu. No, wiecie – instytuty, centra badawcze, fundacje... Mogliśmy pozyskać dla tych inicjatyw miejscowe autorytety. Albo wykreować własne. Poszłyby za tym media, za mediami zaś – ludzie. Głosowaliby po naszemu, tak jak dziś większość Polaków głosuje po myśli Niemiec i Rosji. Dla poważnego państwa dwie dekady na realizację takiego zadania to aż nadto.

Gdybyśmy byli poważnym państwem, zrobilibyśmy to.

Tymczasem Ukraina pod rządami Janukowycza bezpowrotnie osuwa się w rosyjską strefę wpływów. O Białorusi nie ma nawet co gadać. Pribałtika również okazała się wyzwaniem ponad nasze możliwości. Tym bardziej, że co i rusz, różni „dobrzy ludzie” ostrzegali nas przed „wymachiwaniem szabelką” i „aktywną polityką wschodnią”.

Posłuchaliśmy „dobrych ludzi”. I przegraliśmy region. Jedyny antrakt w spektaklu naszej niemocy, to okres między „pomarańczową rewolucją” (przełom lat 2004/2005), a wygraną ekipy Tuska (2007), z późniejszym heroicznym epizodem wyprawy pięciu przywódców pod przewodem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w sierpniu 2008 (wbrew woli Rządu RP!). Zwieńczeniem - tragiczny finał w Smoleńsku.

Dlaczego nie potrafiliśmy stworzyć skutecznej agentury wpływu i szerzej – konsekwentnej polityki zagranicznej? Bo analogiczna agentura innych państw usadowiona u nas do tego nie dopuściła. A nasi parnasiarze i podążający w ślad za nimi eliciarze byli aż nadto chętni by się światłym zaleceniom „życzliwych” nam „partnerów” podporządkować, wszelkie przejawy zbytniej samodzielności Polski traktując jako szkodliwą chimerę.

Poczynania obecnej ekipy rządzącej, świadomie odchodzącej od idei „polityki jagiellońskiej”, która tak drażniła dysponentów rezydujących u nas agentur wpływu, na rzecz „płynięcia z głównym nurtem” oznacza jedno: wybór Bronisława Komorowskiego na prezydenta III RP jest sygnałem, iż w kwestii stosunków międzynarodowych będziemy kontynuować „politykę mrożonego g..na”. Nie zmieni tego faktu kurtuazyjne nazwanie tego co Polska zrobi „polityką piastowską”, powrotem do „realizmu” (w miejsce wcześniejszych rzekomych „mrzonek”), czy czymkolwiek innym.

Zostaniemy z „partnerstwem wschodnim” - wirtualnym bytem nie przekładającym się na realia. Wszystko okraszone uśmiechami ze strony tych, którzy porozumieli się co do naszego losu.

Niby funkcjonujemy w „przestrzeni międzynarodowej”, niby się z nami liczą i prawią czułe słówka... Łajno, póki co, jest zmrożone.

***

Po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego pojawił się rządowy apel o 500 dni spokoju. Przekładając z języka sloganów na język konkretów, oznacza to: dajcie nam 500 dni polityki mrożonego... sami wiecie czego. Nie tylko w warstwie zagranicznej, którą zarysowałem powyżej, lecz również w polityce wewnętrznej. Rząd będzie udawał, że rządzi. Media wzmogą pijarowską kołysankę, nucącą, iż modernizacja postępuje i szafa gra, zaś Prezydent Bronisław Komorowski jest witany z przyjazną akceptacją we wszystkich stolicach i na wszystkich planetach Wszechświata.

Ale historia ma to do siebie, że prędzej czy później przychodzi czas odwilży. I wtedy to, co było zamrożone, nagle daje znać o sobie.

A my zostaniemy z twarzami w tym, co odmarzło.

Gadający Grzyb


Inne moje notki o podobnej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kres-pomaranczowej-ukrainy

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/komorowski-polecial-po-jarlyk
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/aksamitny-protektorat
http://niepoprawni.pl/blog/287/po-co-te-wybory

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 7 października 2009

O różnicy między elitami.


Elity niemieckie kierują się interesem narodowym. Elity polskie kierują się interesem własnym.

Tyle się ostatnio działo, że w tej chwili mało kto już pamięta, iż całkiem niedawno, zanim media przeorała sprawa Polańskiego i afera hazardowa, jednym z wiodącym tematów były niemieckie wybory do Bundestagu, które odbyły się 27.09.2009.

Elity niemieckie.

Mediodajnie donosiły o kolejnych drganiach sondażowych słupków, komentatorzy komentowali i snuli prognozy na przyszłość… Tymczasem, z polskiego punktu widzenia, to czy za Odrą rządzić będzie lewica, czy tzw. centroprawica, jest doskonale obojętne, bowiem strategiczne cele państwa niemieckiego są od dłuższego czasu niezmienne. Tamtejsze elity polityczne, przekazują je sobie niczym pałeczkę w sztafecie, niezależnie od rządzącej opcji.

Cele te sprowadzają się do dwóch punktów:

1) Strategiczny sojusz z Rosją przypieczętowany położeniem rury bałtyckiej;

2) Dążenie do podporządkowania sobie Unii Europejskiej i uczynienie z niej poręcznego narzędzia umacniania politycznej hegemonii, szczególnie w odniesieniu do Polski i innych krajów naszego regionu. Służy temu m.in. nacisk na zakończenie procesu ratyfikacyjnego tzw. traktatu lizbońskiego, przy jednoczesnym zagwarantowaniu sobie dowolności w przyjmowaniu unijnych regulacji (vide - przyjęta niedawno ustawa o pierwszeństwie prawa krajowego, w przypadku konfliktu z prawem unijnym).

Powtórzę – cele te są niezmienne, niezależnie od tego, czy rządzi SPD, czy też CDU/CSU w sojuszu z FDP. W tej materii obie frakcje mogą się między sobą różnić co najwyżej rodzajem medialnych grymasów. Dała temu jasno wyraz Angela Merkel, która wbrew naiwnym nadziejom niektórych komentatorów nie zerwała z prorosyjskim kursem G. Schroedera i z pełną determinacją dąży do wybudowania gazociągu bałtyckiego, mając gdzieś zastrzeżenia krajów (zwanych kurtuazyjnie „partnerami”), które inwestycja ta pomija, tudzież ekonomiczną opłacalność projektu, o „solidarności energetycznej” nie wspominając.

Krótko mówiąc, elity niemieckie kierują się długofalowym interesem swojego państwa, niezależnie od partyjnej przynależności, tudzież afiliacji ideowych.

Elity (?) nadwiślańskie.


Tymczasem, nasze, z przeproszeniem, „elity” polityczno – medialne śledziły z wypiekami wewnątrzniemiecki wyścig o władzę, jakby ewentualne przetasowanie na tamtejszej scenie politycznej rzeczywiście coś w sytuacji Polski zmieniało.

Teraz będę złośliwy.

Wybory do Bundestagu zmieniają bowiem wiele, tyle że nie w sytuacji Polski jako takiej, ile w sytuacji wspomnianych wyżej nadwiślańskich pseudoelit. Zmienia się bowiem główny rozdawca dóbr, którymi nasi eliciarze są żywotnie zainteresowani: grantów, wyjazdów zagranicznych, kursokonferencji organizowanych w miłych zakątkach globu, dotacji na przeróżne „europejskie” inicjatywy, apanaży w fundacjach itp. W takiej sytuacji przestaje dziwić pasja z jaką śledzono wyborczy kołowrót za naszą zachodnią granicą. Warto bowiem wiedzieć, kto przez następne kilka lat będzie trzymał kasę i kto będzie dysponentem rozlicznych faworów. Pod czyj gust warto zacząć śpiewać, gdzie antyszambrować, do kogo się umizgiwać i komu się podlizać.

No bo, bądźmy szczerzy, co ambitnemu eliciarzowi ma do zaoferowania taka Polska? Gnicie na prowincjonalnym uniwersytecie, wycieranie sejmowych korytarzy, permanentne poczucie wstydu z powodu swej polskości, ciemnogrodu, antysemityzmu, religianckiej zaściankowości…

Dla naszych „elit” polskość wiąże się z obciachem. Jest kłopotliwym balastem obciążonym najgorszymi stereotypami, w które to stereotypy, wyobcowane ze społecznej tkanki eliciarstwo święcie wierzy, upatrując w nich przeszkodę na świetlanej drodze modernizacji. Skoro zaś „z tym narodem nic nie da się zrobić”, należy „ten kraj” modernizować m i m o narodu, poczynając oczywiście od samych siebie. Owej terapii z polskich kompleksów, służyć mają, rzecz jasna, wymienione wyżej dobra, którymi hojnie szafuje dłoń niemieckiego sponsora.

Jednakowoż, owa dłoń rozdająca miłe sercu zaszczyty za pośrednictwem rozmaitych agend i fundacji, bądź też via Bruksela, nie jest ślepa i wymaga podstawowej lojalności, wyrażającej się m.in. w kosmopolitycznym zrozumieniu nieuniknionych procesów „integracji”, którym to „zrozumieniem” nasze elity wykazują się nad wyraz chętnie i ochoczo się mu poddają, przepoczwarzając się z zakompleksionych gąsienic, żerujących na polskiej kapuście, w piękne europejskie motyle spijające nektar z euro - niemieckich kwiatów. Ta autotresura jest na tyle zaawansowana, że „młody wykształcony itd.” nie zauważa, iż „integracja”, jakoś tak się składa, pracuje przede wszystkim na rzecz Niemiec, a przeciw mniejszym graczom, same zaś Niemcy bynajmniej nie poddają się jej bezwarunkowo, czego wyrazem jest wspomniana wcześniej, przyjęta przez Bundestag ustawa.

Zakończenie.


Podsumowując - elity niemieckie kierują się interesem narodowym, zaś wysoka pozycja społeczna i płynące z niej profity są zapłatą za skuteczną pracę dla dobra kraju. Elity polskie (?) kierują się interesem własnym, zaś status i korzyści są rodzajem jurgieltu otrzymywanego z obcych rąk za wyrzeczenie się polskiej racji stanu. Zresztą, spora część osiągnęła już takie stadium intelektualnej deprawacji, że nawet nie zdaje sobie sprawy w czym uczestniczy.

Stopień urobienia mózgownic naszych mądralińskich znakomicie ukazała Katarzyna, cytując w swej notce (www.niepoprawni.pl/blog/181/trwa-wojna-szalenstwa-z-rozsadkiem-kto-ja-wygra) opinie uczestników wrześniowego I Ogólnopolskiego Kongresu Politologii.

„Polski nie będzie. A to, jak szybko zniknie ona z mapy świata, zależy od stopnia zrozumienia procesu integracji.”


Doprawdy, z takimi „zintegrowanymi” duchowo i intelektualnie elitami, możemy mieć pewność, że nasza Rzeczpospolita rychło również „zintegruje się” na amen. A naród będzie przecierał w zdumieniu oczy, nijak nie mogąc dojść kto, kiedy i dlaczego nas tak urządził.

Gadający Grzyb

P.S. Podziękowania dla Katarzyny za notkę „Trwa wojna szaleństwa z rozsądkiem” - kto ją wygra?”. www.niepoprawni.pl/blog/181/trwa-wojna-szalenstwa-z-rozsadkiem-kto-ja-wygra

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 30 stycznia 2009

Dobrzy faszyści...

Dobrzy faszyści z cycem + uchachany Michnik

czyli o saloniarskich konserwatystach słów kilka.

I. Publicystyczne soft – porno w roli sprzączki figowej.

Którejś leniwej niedzieli, gdy w standartowym stanie średnio znudzonego Polaka, polegiwałem sobie na kanapie cykając od niechcenia pilotem po rodzimo - cudzoziemskich mediodajniach, natrafiłem na wykwit telepublicystycznej działalności redaktora Tomasza Wołka, pod nazwą „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Mniejsza z tym, co mówili zaproszeni goście – bo mówili to, czego można się spodziewać. Spójrzmy zresztą na przekrój dyskutantów: Wiesław Dębski – „Trybuna”, Jerzy Baczyński – „Polityka”, Maciej Łętowski – niezależny. Jak odgaduję zamysł gospodarza tych cyklicznych nasiadówek, zapewne Dębski robić ma za lewicę, Sroka - Baczyński za centrum (już jest fajnie), Maciej Łętowski zaś za tzw. „cywilizowaną prawicę”.

Fajnie jest tak leżeć sobie i nabijać się wewnętrznie z bandy konformistycznych bubków, którzy masturbują się nawzajem intelektualnie, „pięknie się różniąc”. Dokładnie tak, jak w filmikach soft – porno nadawanych nocną porą na antenie tej samej stacji - „bohaterowie” niby robią, co trzeba, ale bez efektu. Skąd to znam, zapytacie, (ach, ten retoryczny młot na prawicowców). Czy godzi się oglądać takie filmy – ależ godzi się, godzi – tylko należy z tej pseudopornograficznej „sztuki” wysnuć praktyczne wnioski – przywołując Mleczkę – „Obywatelu! Nie pieprz bez sensu !”.

Wspomnijmy dla porządku, że „plusoujemny” wałęsowski szlagwort po raz pierwszy wykorzystał Rafał Ziemkiewicz, używając go jako tytułu swej audycji w „Radiu Plus” ( nota bene w zupełnie innym kontekście – była to świetna próba przeszczepienia na polski grunt amerykańskiej konwencji talk radio; odkłamania absurdów zarówno nadwiślańskiej, jak i ogólnoświatowej political correctness ).

Tak, po prawdzie, gdy Wołkowe „Plusy…” wystartowały, śledziłem je przez jakiś czas w miarę regularnie. Czyniłem tak z czystej ciekawości, na zasadzie – a może jednak? Może będzie to kawałek w miarę rzetelnej publicystyki w zakłamanej mediorzeczywistości? Zresztą, w pierwszych odsłonach RAZ był honorowym gościem, dając tym samym placet gospodarzowi na dalsze dysponowanie cytatem. Wołkowi nie stało dowcipu by doszperać się w odmętach historii równie zgrabnego bonmociku, więc to, co wpadło mu w ręce skrzętnie zawłaszczył dla swoich potrzeb.

Sam Ziemkiewicz, po okresie karencji, przestał w wołkowym saloniku bywać, ku nieskrywanej uldze prowadzącego., który, wraz z kolejnymi odcinkami programu, nawet nie próbował ukryć fizjonomicznej irytacji, ilekroć Ziemkiewicz otwierał twarz i tworzył zbędny dysonans perorując wbrew saloniarskim dogmatom. Jak sądzę, rozstali się bez żalu.

Zaś stacja, której imienia nie powiem, by wypełnić obowiązki polityczno – oligarchiczno – ustawowe, trzyma wciąż na antenie program Wołka w charakterze sprzączki figowej, wypełniającej niezbędne minimum „misji” między durnymi serialami a pokazami gołych cycków.

II. Dobrzy faszyści.

Zdziwko.

„Ale, ale…” – jak bełkotał przy okazji swych ukraińskich wojaży nasz, szczęśliwie były, eksprezydent ze stakanem w ręku – po co w ogóle się nad tym całym Wołkiem rozwodzę?
Ano, po to, gdyż się dziwię. I, jak powiedziałby poeta, sam własnemu zdziwieniu nie mogę się nadziwić. Przykład Tomasza Wołka i opisywanego wyżej programu stanowi bowiem exemplum szerszego zjawiska, które określam mianem „saloniarskiego konserwatyzmu”. Każdorazowo, gdy widzę facjaty tego typu person naszego życia publicznego, bądź gdy czytam ich teksty, międlą mi się w głowie wciąż te same, upierdliwe pytania:

Co jest, do diaska, z ludźmi, którzy mienią się konserwatystami, a w praktyce robią to, co robią?

Co sprawia, że gotowi są zaprzedać siebie dla towarzystwa osób, w oczach których mogą liczyć, co najwyżej, na status „dobrego faszysty”?

Pieniądze? Eliciarskie pragnienie poczucia przynależności do „wyższych sfer”?

Widzę tu różne postaci – Tomasz Wołek, Piotr Wierzbicki (pierwszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”(sic!), toczący swego czasu ostre boje z salonowymi parnasiarzami), Aleksander Hall, Cezary Michalski (tu uwaga - ten ma własne ambicje…), Jarosław Gowin (choć ten ostatnio podpadł)…

Co nimi wszystkimi powoduje?

Demiurgiczne rojenia.

Z Michalskim sprawa jest stosunkowo prosta - zadziałał tu syndrom niezaspokojenia intelektualno - demiurgicznych ciągot a’la Michnik. Redaktor Cezary widzi „prawicę” idącą z duchem czasu (czyli odpowiednio „europejską” co do poglądów i praktyki), lecz z ambicjonalnych względów z Salonem mu nie po drodze – pragnąłby bowiem stworzyć własny ośrodek myśli i czynu, gdzie sam piastowałby funkcję „Michnika – oberparnasiarza”, czytaj, intelektualno-politycznej wyroczni. Po lewej stronie podobne ciągoty zdaje się zdradzać Sierakowski. Łączy ich jedno – nie po to tyle się nastudiowali i naczytali różnych mądrości, by teraz łykać, jak karmna gęś kluski, wskazówki podtykane im pod gęby przez autorytety i tkwić w szeregu, czekając na łaskawy awans towarzyski, podczas gdy miejsca w lożach parnasiarzy są zajęte od dawien dawna, role zaś rozdzielone. Salonowi parnasiarze cierpią bowiem na przypadłość analogiczną do znanego powiedzenia o sędziach Sądu Najwyższego USA – nigdy nie rezygnują, zaś umierają stanowczo zbyt rzadko. Michalski tworzy zatem własną alternatywę (co samo w sobie mogło by być intrygującym urozmaiceniem), nie dostrzegając jednak, iż jego propozycje prowadzą de facto do modelu prawicy w stylu współczesnej „Starej Europy”, gdzie nominalni chadecy są do tego stopnia sterroryzowani, iż gotowi są przegłosować cokolwiek – od gejowskich pseudomałżeństw po eutanazję.

Niemniej, Michalski, orząc na progresywistycznym poletku, czyni to, jakby tu rzec, ciut z osobna.

Co z innymi?

Błędne kalkulacje.

Gryzę się i toczę wojnę z myślami – a może to jest tak, że niektórzy po prostu błędnie kalkulowali? Jak np. Wołek, wypuszczając niegdyś Jacka Łęskiego i Rafała Kasprówa na Kwacha. „Wakacje z agentem” walnie przyczyniły się do upadku „Życia”, w myśl oligarchicznej zasady: masz na pieńku z władzą – nie masz reklam, bo jak damy ci reklamy, to wtedy sami będziemy mieć z władzą na pieńku, a tego nie chcemy, bo szkodzi to naszym interesom. Wołek – notoryczny wałęsiarz - wtedy przedobrzył. Z czasem skruszał, zwłaszcza po nietrafionej próbie reanimacji swej gazety. A że w słowach jest gładki, jak nie przymierzając, Helenka Kurcewiczówna przed orgią dziewiczych tortur, zafundowanych jej przez Sienkiewicza, to rychło na fali antykaczystowskiej histerii przystosował się do odpowiednich nurtów. Teraz Salon na nowo „odkrył” Wałęsę… i Wołek na tym odcinku znakomicie się znalazł, tym bardziej, że na każdym kroku demonstruje właściwą odrazę w stosunku do lustracji. Dodajmy do tego kasę za figuranckie stanowisko w stacji… której imienia konsekwentnie nie powiem…

Czy tylko mnie chce się od tego rzygać?

Wypalenie, syndrom niedopieszczenia i głód akceptacji.

No, dobrze, ale kasa to tylko kasa – nie zaspokaja ona wszystkich potrzeb duchowych konserwatysty pretendującego do Salonu.

Jest jeszcze zwyczajne, ludzkie wypalenie i pragnienie spokojnej emerytury, stabilizacji po latach bezowocnego użerania się z komuną i post – komuną. Jak długo można znosić rolę wiecznego opozycjonisty, który w wolnej Polsce otoczony jest pogardą i zbiera cięgi nie tylko od postkomunistów (to naturalne), lecz również od swoich, całkiem niedawnych, towarzyszy broni? Jak długo można znosić chorobę chronicznego ostracyzmu zafundowanego przez tych, z którymi, całkiem niedawno przecież, „ramię w ramię”…itd.…itp.…

Czy to syndrom niedopieszczenia, czy wyrachowanie, czy też pomieszanie powyższych składników skłoniło starszych „walczaków” do zejścia na pozycje maskotek kontentujących się np. fuchą recenzenta muzyki poważnej? Może też było coś na rzeczy w kolejnych nie spełnionych miłościach – taki Piotr Wierzbicki (autor m. in. niezapomnianej satyry „Podręcznik Europejczyka”, czy „Traktatu o gnidach”), zakochiwał się kolejno w Wałęsie, ROP-ie i Olszewskim… potem były jeszcze jakieś kolejne przelotne miłostki (obserwowałem to z perspektywy czytelnika „Gazety Polskiej”)… zaś na koniec „dał se siana” stwierdzając, że zawsze czuł się „warszawskim inteligentem” – i – zapewne zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż obecna „warszawka” ma się do przedwojennej inteligencji jak pięść do nosa, zgodził się na „wybiórczy” ersatz, byle by poczuć się choć na chwilę „między swemi”. Zyskać poczucie środowiskowej akceptacji.

Tyczy się to również innych saloniarskich konserwatystów.

Jakoś mi szkoda pastwić się tu szczególnie nad Aleksandrem Hallem, którego kolejne inicjatywy polityczne, kończyły się sromotnymi klapami (Partia Konserwatywna, Stronnictwo Konserwatywno – Ludowe) przyprawiając na poziomie lokalnym, uczciwych samorządowych pozytywistów o permanentny ból głowy (nie wiem, jak było gdzie indziej, ale w mojej miejscowości w latach 90-tych sympatykami Halla byli naprawdę wartościowi ludzie – przeważnie nauczyciele z powołania – wyzbyci rutyniarskiego belferstwa społecznicy, którym „chciało się chcieć”). A potem, Hall, który (chyba?) miał nadzieję na stworzenie prawicy „pięknie różniącej się” od udecji, sam został przez nią pożarty, znikając z politycznego horyzontu zaraz po przegranych wyborach w 2001 r., w których startował z ramienia PO. Wszechmocna wówczas „Agora” (przypomnę, były to czasy sprzed afery Rywina), w tak zwanym międzyczasie, użyczała mu swych łamów jako felietoniście. No i cóż, komplementowano go jako „Don Kichota polskiej prawicy”, wydano mu książkę ze zbiorem felietonów „Widziane z prawej strony”…zaś potem, jakoś tak, po cichu, wypadł z obiegu.

Do obecnego obiegu wróciła jego żona w charakterze „ministerki” od edukacji. Tu już nie ma nawet pozorów konserwatyzmu.

Dom, cichy kąt… i psy.

Śmiem twierdzić, ze w przypadku większości z saloniarskich konserwatystów mamy do czynienia, w różnych proporcjach, z wypadkową opisanych wyżej przyczyn, które kumulując się latami sprawiły, że bohaterowie niniejszego tekstu postanowili znaleźć jak śpiewał „Dżem” „…dom, cichy kąt i psa”.

I, faktycznie, znaleźli Dom – tyle, że w Domu tym jest Salon. A w Salonie reguły życia i hierarchię ustalają parnasiarze. „Dobrzy faszyści” dostali – jak z łaski – cichy kąt. Lecz psa nie dostali. Sami stali się psami.

I Salon odpowiednio ich traktuje – to skarci, to pogłaszcze…

Mózg mi wylatuje spod czupryny, gdy o tym myślę.

III. Łaska pańska… pstry koń… i PAX na salonach.

I po co to wszystko? Jeszcze raz pytam: po kiego ch…a im to było?

Status „dobrego faszysty” można wszak stracić z łatwością odwrotnie proporcjonalną do trudu włożonego w jego osiągnięcie.

Przekonał się o tym ostatnio choćby Jarosław Gowin, który był tolerowany ze względu na przynależność do partii, z którą „GW” aktualnie sympatyzuje. Gdy tylko przedstawił odmienne zdanie w kwestii „in vitro”, ten skądinąd umiarkowany, łagodny konserwatysta z miejsca zaczął robić w „Wyborczej” za fundamentalistycznego, religijnego radykała, pryncypialnie obsobaczanego zarówno z pozycji fachowo – profesorskich, jak i ideologiczno – kulturowych.

Inni są ostrożniejsi. Mądrzejsi. Tak się bowiem dziwnie składa, iż deklarując przywiązanie do konserwatywnych wartości, interpretują je w taki sposób, by nie naruszyć przepisów etykiety, czytaj – tak, by efekt końcowy tej dwójmyśleniowej dedukcji był zgodny z aktualną linią wiodącego organu. Wymaga to wprawdzie nielichej ekwilibrystyki umysłowej, jednak ich cyrkowe intelekty z wprawą wyćwiczonego akrobaty są w stanie tej sztuce sprostać.

Ciekaw jestem, czy zdają sobie sprawę z tego, że w oczach salonowych parnasiarzy pełnią rolę prawicowych „użytecznych idiotów”, że stanowią jedynie dopełnienie obrazka środowiska „ludzi rozumnych”, alibi dla prób intelektualnego zawłaszczenia przestrzeni publicznej. Innymi słowy, są dla Salonu tym samym, czym był PAX, tudzież „księża – patrioci” dla PZPR-u. Dzięki nim bowiem parnasiarze mogą głosić z właściwym sobie bezwstydem, iż „rozsądna prawica” podziela ich wyważone przekonania, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, zaś „środowisko” obejmuje całe spektrum akceptowalnych poglądów. Wszystko, co poza nimi „od diabła pochodzi” - ma na wieki wieków pozostać fanatyczną, oszalałą ekstremą z pochodniami w faszystowskich dłoniach.

IV. Zakończenie, czyli księża i rabini.

Kończąc te przydługie refleksje chciałbym przypomnieć stary szmonces o tym, jak ksiądz starał się nawrócić rabina. Po dłuższym czasie z pomieszczenia w którym toczyła się dysputa, wychodzi spocony, czerwony na twarzy rabin i zgromadzonej w korytarzu publiczności rzuca: „uff… trochę to trwało, ale w końcu udało mi się go przekonać”. Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że analizowani powyżej „dobrzy faszyści” znaleźli się w sytuacji owego księdza nawróconego na judaizm. Z jednym zastrzeżeniem – oni nawet nie próbowali „rabinów” nawracać.

I chyba nie jest im nawet specjalnie głupio.

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdanie z Wołkowych „Plusów” zapodane w cz. I nie dotyczy ostatniej niedzieli. Nie wiem, nie oglądałem – i jakoś dziwnie nie jestem ciekaw…



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl 26.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/dobrzy-faszysci

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Owsiak nauczyciel…


…czyli Adam Michnik „od młodzieży”…

… czyli (mimowolny?) hodowca lemingów.

Wszyscy o Owsiaku, to ja też – a co mi tam Perskie oko.

I. Retrospekcja.

W latach 90-tych, gdy byłem jeszcze licealnym, 90-procentowym "użytecznym idiotą" (pozostałe 10% to awersja do komuny - zasługa ś.p. Babci) i Owsiak był dla mnie bohaterem, w naszym miasteczku, z inicjatywy dwóch rzutkich, młodych księży, powstała inicjatywa polegająca na skrzyknięciu się lokalnych rockowych kapel i wspólnym charytatywnym koncercie na rzecz miejscowego szpitala. Salę i nagłośnienie udostępnił za darmo MDK, zaś za zebrane pieniądze zostały zakupione komplety pościelowe, bo na to, w czym leżeli pacjenci, żal było patrzeć. Skontaktowaliśmy się uprzednio listownie z Owsiakiem, wyjaśniając sprawę, ten zaś na użytek naszego koncertu przysłał serduszka. Krótko - pozwolił, byśmy "na legalu" podpięli się pod jego markę. Osobiście sądzę, że bez tego logo przedsięwzięcie miałoby mniejsze powodzenie. To był pozytyw – J.O. mógł przecież odmówić, lub zażądać, by zebraną kasę przesłać do "centrali".

Generalnie – zbiórka i doposażanie szpitali jest OK (bez ironii – to naprawdę wielkie osiągnięcie – co zaś robią z tym sprzętem obdarowane szpitale, to już inna sprawa). Zarazem ta sama zbiórka stanowi gigantyczny policzek dla wszystkich kolejnych rządów nie potrafiących, mimo nieustannych pozororeform, skutecznie rozwiązać problemów służby zdrowia.

II. Owsiakowszczyzna.

Tylko, że Owsiak nie jest jedynie działaczem społecznym. WOŚP i inicjatywy typu Przystanek Woodstock są dla niego również narzędziem do forsowania wśród młodzieży dość obrzydliwej ideologii o lewackiej proweniencji rodem z (zachodniego) roku ’68 – czyli formą promocji dorobku „pokolenia gównojadów” (dlaczego tak ich nazwałem – o tym będzie w osobnym tekście). Owszem, „Miłość, Przyjaźń, Muzyka” i „Stop narkotykom, stop przemocy” to bardziej pozytywne hasła niż „Sex, drugs & rock’n’roll”, które tylu wpędziło do grobu. Problem w tym, że z powyższych prohibicyjnych sloganów, niewiele ostaje się w praktyce. Rozmawiałem z wieloma woodstockowiczami – obraz, który się wyłania z ich opowieści jest bliższy temu, co pokazała TV Trwam, niż oficjalnym hasłom Owsiaka. Gdybyż to był jeszcze autentyczny, płynący z serca, buntowniczy nonkonformizm – ale, niestety, nie.

Mógłby na ten temat coś powiedzieć Piotr Lisiewicz z „GP”, który „w temacie” obrazoburczego spontanu (happeningi Akcji Alternatywnej „Naszość”) ma bogate, autopsyjne doświadczenia. Rozszyfrował on swojego czasu Owsiaka bezbłędnie, stwierdzając, że jest to po prostu „aparatczyk oddelegowany na odcinek młodzieży”. Gdy komuna nie mogła poradzić sobie z Pomarańczową Alternatywą, z pomocą pośpieszył Owsiak animując, (cytat z pamięci). „koncesjonowane, pseudoluzackie Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników”. Ówcześni kontrkulturowcy, (którym, przypomnę, w PRL-u nie było tak komfortowo, jak ich współczesnym epigonom), reagowali ponoć na Owsiaka dość alergicznie. Sam „Sie ma”, po roku ’89, ze swoją niby - to - młodzieżową gadką, gładziutko doszlusował do michnikowego salonu, szybko awansując w tamtejszej nieformalnej hierarchii do statusu jednego z nader obiecujących eliciarzy. Orkiestra rosła, (to nie zarzut, oddaję sprawiedliwość organizacyjnej sprawności J.O.), a wraz z nią rósł Owsiak. Rósł, dodajmy, również we własnych oczach. Bardzo szybko poczuł się w prawie ustalać, kogo młodzież powinna lubić i popierać, a kto ma kojarzyć się z obciachem.

Tu szybki wtręt, bo zapomnę – oglądam właśnie konferencję prasową Owsiaka, na której, prócz żądania, by TVP na przyszłość podwoiła czas antenowy dla Orkiestry, stwierdził m.in., że „cudem jest, gdy zagłosujemy na kogoś bardzo dziwnego, kto obejmie bardzo ważne stanowisko”. Zostało to przyjęte zbiorowym, domyślnym chichotem przez licznie zgromadzonych kuchcików medialnych jadłodajni (zwanych, niekiedy, „po uprzejmości”, reporterami). Bez komentarza.

Wracając do naszego barana – przewodnika młodzieżowego stada. Pamiętacie okładkę jego książki, na której oddzielił płotem tych, z którymi było mu wtedy po drodze od innych, za tymże płotem pozostających? Jak raz, ta selekcja pokrywała się z rozkładem ówczesnych sympatii i antypatii „Wyborczej”. Dopełnieniem wzmiankowanej okładki może być „Akademia sztuk przepięknych” z Woodstocku – wystarczy spojrzeć na gości, m.in.: Kazimiera Szczuka, Monika Olejnik, Kamil Durczok, Tomasz Raczek, Jacek Żakowski, Manuela Gretkowska, Zbigniew Hołdys (z nim mam problem, związany z sentymentem do starego Perfectu – wygląda mi w tym całym towarzystwie na poczciwego „użytecznego idiotę”), et, jak napisałby Łysiak, tutti quanti (w luźnym tłumaczeniu – „i reszta ferajny”). Do tego dodajmy stałą współpracę z pseudohinduistyczną sektą Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny (znane, od mantry, jako „Hare Krishna” – tu, z kolei, sporo do powiedzenia miałby Robert Tekieli). Destrukcja duchowo – cywilizacyjna wprzęgnięta do charytatywno - medialnego rydwanu.

Generalnie, „młodzieżowe” zaangażowanie Jerzego Owsiaka kojarzy mi się z „walterowską” działalnością Jacka Kuronia – tyle, że dostosowaną do naszych czasów. To samo pionierskie zacięcie, by przeflancować młode umysły – u Kuronia na komunizm, u Owsiaka na posthippisowsko - kontrkulturowe grządki, podlane saloniarskimi imponderabiliami. I, co gorsza, to działa. Jest to ogarniająca co roku dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy młodziaków systematyczna hodowla lemingów. (Wiem, co piszę – gdybym, czystym przypadkiem, nie trafił swojego czasu na kilku ludzi, dziś zaczytywałbym się w „Wyborczej” i głosował jak Pan Bóg, tj. Michnik/Owsiak, przykazał). Ciekawe, czy sam Owsiak zdaje sobie w pełni sprawę z tego co robi, i z potencjalnych długofalowych skutków swej działalności. Czasami jawi się jako pozytywistyczny społecznik, zdolny wykrzesać niesamowity entuzjazm ze starszych i młodszych, czasami zaś jako bezwzględny demiurg ugniatający ideologicznie młode, nieopierzone mózgownice. Wot, taki Adam Michnik „od młodzieży”.

III. Panie kochany, co z nich wyrośnie?


Jerzy Owsiak w i e, że cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród młodzieży, która bezkrytycznie odbiera jego image wiecznie młodego duchem hippisowskiego wujka. Dochodzi do tego bezbłędna intuicja medialna, połączona z instynktem językowym - J.O. natychmiast wyłapuje slangowe nowinki i umiejętnie używa ich zarówno przed kamerami, jak i w trakcie bezpośrednich spotkań. Potrafi uderzyć we właściwą strunę w odpowiednim momencie. Gdy trzeba, dopieści patriotyzm, komplementując ulicznych rozdawaczy serduszek, innym razem huknie z grubej rury na nielubianych polityków, lub na TVP ograniczającą jego inicjatywie czas antenowy. Pytanie, ile w tym szczerych intencji by dotrzeć i aktywizować ludzi dla chwalebnego dzieła, a ile michnikoidalnego zadufania we własną potęgę i dzierżenie rządu młodych dusz, które ruszą wkrótce „z posad bryłę świata” (tak, tak – i taka fraza padła z ust Owsiaka podczas wspomnianej wyżej praso – konferencji).

Nie wiem, czy bohater tego tekstu zdaje sobie sprawę z tego, że te same dzieciaki, które dziś wystają na ulicach, przed kościołami i centrami handlowymi, wkrótce wyrosną z „owsiakowszczyzny” i, zderzywszy się z życiem, zaczną drapać się po głowach, myśląc sobie, że to jednak nie tak pięknie, że jednak nie wszyscy ludzie są dobrzy i, w ostatecznym rozrachunku, ludziska wyznaje maksymę, znaną jako „O.W.D.” („Ochroń Własną D…ę”). Większość z nich, stwierdzi zapewne, że wciśnięto im humbug i, tak na wszelki wypadek, postanowią nie wierzyć nikomu i niczemu. W efekcie - koncentrując się na życiu osobistym, zasilą rosnącą rzeszę biernych wyborców („moja chata z kraja”). Innym, pozostaną po młodości naznaczonej Owsiakiem pewne altruistyczne i społecznikowskie odruchy, lecz przepojeni suflowaną im tyleż dyskretnie, co krzykliwie (nie, to nie jest oksymoron – Jerzy Owsiak potrafi to łączyć) przez „owsia-guru” indoktrynacją, dołączą do stada lemingów (wykształciuchów, eliciarzy), którzy, by zagłuszyć nękające ich podskórne ssanie duszy, zagłosują karnie na tych, co trzeba, traktując to jako element konformistycznego, środowiskowego rytuału. Zrobią to chociażby po to, by, zaczepieni przez innych eliciarskich znajomych („a na kogo głosowałeś?”), nie musieli kłamać. Wierząc święcie, że podtykana im pseudointelektualna spyża jest kwintesencją mądrości tego świata, pójdą w posły, ministry, biznesy, sądy, dyrektory – i, spotykając wokół podobnych sobie, będą się utwierdzać w autoprzekonaniu, że wybrali najlepiej, jak mogli.

I to oni, całkiem niedługo, będą rządzić Polską.

Nie żartuję.

Część zaś (najmniej liczna), jeśli będzie miała farta i spotka na swej drodze kilku wartościowych ludzi, stanie się rzeczywistymi nonkonformistami – za cenę permanentnego niezrozumienia, graniczącego z pogardą – również wśród najbliższych. Ale cóż, rola nonkonformisty nigdy nie była łatwa. Naczelnego Nonkonformistę, którego wyznajemy, spotkały baty i upodlająca śmierć na krzyżu. A potem Tryumf Zmartwychwstania…

Cholera, piszę, nie przymierzając, jak Tekieli przed Wielkanocą.

To ja już będę kończył.

Gadający Grzyb

P.S. Chciałem ściągnąć okładkę książki Owsiaka (tę z płotem…), ale nie mogłem się jej doszperać. Gdyby ktoś na nią trafił w necie – wrzućcie ją. Zaprawdę, powiadam Wam, warto ją uwiecznić.

Jeszcze link:

http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID358765084,index.html

(tu mała wzmianka: kilka lat temu, czytałem komentarz, w którym Korwin chwalił
Owsiaka za to, że ten… przyczynia się swoją działalnością do prywatyzacji
służby zdrowia! Zapewne sam Korwin, gdyby go zapytać, udowodniłby, jak to on,
błyskotliwie i nienagannie od strony logicznej, że pomiędzy oboma felietonami
nie ma sprzeczności…)

pierwotna publikacja 12.01.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/owsiak-nauczyciel%E2%80%A6

niedziela, 11 stycznia 2009

Czy PiS ma szansę na przyciągnięcie młodych ludzi?

Jarosław Kaczyński mówi do młodych.

(Bloggerska próba analizy).

Namnożyło się ostatnio analiz na temat sytuacji wokół PiS-u – co jest nie tak wewnątrz partii, jak zwiększyć społeczne poparcie, rozszerzyć bazę wyborczą – słowem, temat - rzeka. Ja dzisiaj chciałbym zająć się tylko jednym z nurtów owej rzeki. W tytule postawiłem pytanie, którego nie sposób sobie nie zadać w kontekście następnych wyborów. Czy Prawo i Sprawiedliwość ma szansę skutecznie powalczyć o młody elektorat – ten sam, który, skutecznie ogłupiony lansowaną w mediach i szeptanej propagandzie tezą, że Kaczory to obciach, w ostatnich wyborach gremialnie zagłosował na Platformę?

Ma szansę, jak najbardziej, należy tylko trafnie zdefiniować charakterystykę tego młodzieżowego „targetu” – kim są ci ludzie, jakie mają potrzeby i aspiracje; następnie zaś podjąć stosowne działania.

Część I

(diagnoza)

W telegraficznym skrócie „platformiana młodzież”, są to ludzie na starcie życiowej drogi, przeważnie uczniowie starszych klas liceum i studenci, z silną potrzebą szeroko rozumianego awansu. W owym „szeroko rozumianym awansie” wyróżniam trzy podstawowe składniki.

1) Awans intelektualny

W sensie zdobycia „papierowego” wykształcenia – termin „wykształciuch” pasuje tu, ale nie wyczerpuje wszystkich objawów chorobowych – o zwalczaniu wewnętrznej „wykształciuchowszczyzny” i zaspokajaniu głębszych potrzeb intelektualnych nieco więcej będzie w postulacie tworzenia think – thanków - Cz. II p. 3).

2) Awans środowiskowy.

Wbrew mitom, na PO głosowała nie tylko młodzież wielkomiejska. Spora część pochodzi z prowincji, do większych ośrodków wyjechała na studia, zaś głosowanie na Platformę potraktowała jako swoisty probierz przynależności do „lepszej” Polski – tej bardziej nowoczesnej, cool, wyzbytej „moherowej” zaściankowości. Wielu z nich zżera mniej lub bardziej uświadamiany kompleks prowincjusza, chcą więc za wszelką cenę dostosować się do „elit” (lub tego, co jako „elity” zostaje im przedstawione). Czynią to w sferze werbalnej i wyborczej – snobizm ów sprawia, że rechoczą z niewybrednych dowcipów o Kaczorach, zaś wybory stały się dla nich testem lojalnościowym. Popularnie zwie się ich „lemingami”; ja wolę określenie „eliciarz”, którego używałem zresztą w poprzednich tekstach. „Eliciarz”, to pojęcie pojemne i wielowątkowe, przyjdzie omówić je szerzej w osobnym elaboracie, tu powiem jedynie, że eliciarza cechuje m.in. głęboka wewnętrzna potrzeba autoidentyfikacji z tymi, których uważa za „lepsze towarzystwo”, między którymi chciałby się znaleźć, krótko - tymi, którzy mu imponują. Zarazem towarzyszy mu nieustanny lęk przed środowiskowym ostracyzmem, który sprawia, że gotów będzie się podpisać pod każdą publicystyczną, intelektualną i polityczną modą, jaką przedstawią mu „parnasiarze” (zwani również „autorytetami”). Słowem, „eliciarz”, to aspirant do Salonu na wiekuistym okresie próbnym, niczym sługa wampira ( - yyeeesss, Masta’), któremu „Pan”, pozwala się żywić jeno krwią pośledniejszych stworzeń, lecz który nie traci nadziei, że wreszcie dane mu będzie dostąpić ostatecznej inicjacji… Eliciarz nie musi być zresztą młodociany – nocne moczenie się, którego doznawała jeszcze nie tak dawno choćby część naszych artystów i publicystów, żyjących w permanentnym zalęknieniu, że „ktoś ich zbudzi o piątej nad ranem” świadczy, że przypadłość ta jest uniwersalna i dotyka najróżniejsze grupy społeczno - zawodowe. Starsi eliciarze są już w znacznej mierze straceni, ale o młodych trzeba walczyć, zanim nie dokona się w nich głęboka internalizacja tego rodzaju postawy.

3) Awans materialny.

Szczerze mówiąc, tu właśnie widzę najszersze pole do skutecznego pozyskiwania młodego elektoratu. Siłą rzeczy, większość młodych wyborców nie ma dostępu do ściśle reglamentowanych, skorporacjonizowanych i sfamiliaryzowanych, często wysoko płatnych zawodów. A pragnienie awansu jest tu silne, oj silne… Poza ogólnie znanymi i znienawidzonymi, z prawnikami na czele, są tu najróżniejsze profesje jak chociażby… animator kultury, czy… pilot wycieczek! (kto ciekaw, niech sprawdzi w bazie danych o zawodach regulowanych w Polsce, aczkolwiek nawet ta lista nie jest pełna – link: http://www.buwiwm.edu.pl/eu/public/db/index.php?fullinfo=true). Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że nawet studenci prawa wiedzeni omówionymi wyżej eliciarskimi ciągotami, głosowali w większości na Platformę. Rzecz w tym, że niebawem czeka ich tyleż bolesne, co nieuchronne rozczarowanie. Zaczną odbijać się, wraz ze swymi aspiracjami, od „szklanego sufitu”, co spowoduje traumatyczny wzrost otrzeźwiającej frustracji (to, wbrew pozorom, nie oksymoron), której w dobie kryzysu, nie rozładuje już zmywak na Wyspach. Nie od rzeczy będzie wtedy przypomnieć które to, jako bodaj jedyne ugrupowanie polityczne w III RP starało się poszerzyć dostęp do zawodów prawniczych. A także kto, i z jakich pobudek starania te storpedował.

I tu przechodzimy do środków zaradczych.

Przypominanie o inicjatywie zablokowanej przez miłościwie nam panujący Wiadomy Trybunał, to jedno. Należy jednak przystąpić do działań pozytywnych.

Część II

(propozycje)

1) Wysiłek ustawodawczy…

…czyli - zgłaszać dobrze przemyślane i bezbłędne od strony sztuki legislacyjnej projekty ustaw deregulujących kolejne skorporacjonizowane (lub w inny sposób reglamentowane prawnie) zawody. Musi to przybrać formę wręcz „ofensywy ustawodawczej”. Bezbłędność legislacyjna jest tu ważna gdyż, primo – pozwoli łatwo odeprzeć od strony merytorycznej nieuchronny kontratak PO i sprzęgniętych z nią przekaziorów; secundo – stanowi naturalne podglebie dla ustaw uchwalanych już po ew. zwycięskich wyborach. Innymi słowy – niech choć raz w dziejach III RP inicjatywy ustawodawcze zgłaszane przez opozycję przydadzą się do czegokolwiek po zmianie władzy… Niech „pełne szuflady” wreszcie zafunkcjonują.

2) Nie dawać łatwego żeru wrogim przekaziorom…

…czyli kwestie wizerunkowe. Pamiętacie kampanię prezydencką Lecha Kaczyńskiego, gdy przedstawił się jako polityk stateczny i konserwatywny, ale jednak sympatyczny i przyjazny ludziom? To zadziałało. Wiem, że każda medialna obróbka to temat drażliwy dla obrabianych liderów („nie jestem margaryną” – L. K.) i realia społeczno – przekaźnikowe też już inne (wtedy przekaziory wciąż wychodziły z szoku po aferze Rywina). Niemniej jednak, zalecałbym jako plan minimum usunięcie z widoku publicznego mamroczących, buraczanych facjat raczących kamery (i, co za tym idzie, rzesze mediotrawców) wrażeniem, jakby mieli potknąć się zaraz o własne buty. Być może, są bezcenni w robocie wewnątrzpartyjnej, dyscyplinującej, jednak przed kamerami przynoszą więcej szkody niż pożytku. Wiem, że to szalenie płytkie – wystawiać „gadaczy” do kamer w zależności od pijarowskiego potencjału, ale niestety, tak to działa – merytoryczny background nie przebije się bez odpowiedniego opakowania. Czytaliście „Małego Księcia”? Pamiętacie tureckiego astronoma, którego nikt nie chciał słuchać, bo był ubrany w szlafrok? Został wysłuchany (i doceniony) dopiero wtedy, gdy przebrał się w zachodnie ciuchy.

3) Think – thanki…

…czyli instytucje składające się z wysokiej klasy fachowców sympatyzujących z daną opcją polityczno - światopoglądową. Stanowią one niezbędne intelektualne zaplecze dla każdej nowoczesnej partii. Muszą też mieć pewien zakres autonomii – nawet, gdy wodzowi pewne sugestie nie „idą” po aktualnej myśli, w dłuższej perspektywie to zawsze procentuje. Warto wydać na to część otrzymanej z budżetu podatniczej krwawicy. Bez nich nie będzie postulowanych w pierwszym podpunkcie projektów ustaw. A już na pewno nie na pożądanym poziomie. A poza wszystkim – gdzie obiecujący, młody człowiek mógłby się lepiej spełnić intelektualnie i znaleźć ewentualną odskocznię do dalszej kariery, a przy okazji wyzbyć się co bardziej upierdliwych objawów, tudzież przyczyn, eliciarstwa? Pamiętacie, co pisałem kilka akapitów wyżej, że o młodych eliciarzy warto walczyć, zanim eliciarska postawa nie przeżre ich dusz do głębi (dla zapominalskich – cz. I p. 2)? I o pogłębionym awansie intelektualnym, którego potrzebę jakaś część z nich czuje (cz. I p.1)? Pod odpowiednią pieczą wyrosnąć mogą piękne kwiaty.

Część III

(retrospekcje)

1. Retrospekcja ogólnopolityczna

PiS, by zjednać sobie młodzież, powinien wyzbyć się wizerunku partii zamkniętej, nie tracąc przy tym konserwatywnych pryncypiów. Trudna to sztuka, zwłaszcza w nieprzyjaznej medialnej atmosferze. Ale… da się! Spójrzmy choćby na sukces Muzeum Powstania Warszawskiego i cały ruch młodych ludzi, którzy się wokół niego zgromadzili. Wielka to zasługa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i tych, których potrafił odpowiednio dobrać. To nie umrze. Będzie żyć i procentować.

Jednak co do samego PiS-u, prezes powinien jednak wyzbyć się, doklejonego słusznie, czy też nie, wizerunku sułtana otoczonego przez eunuchów – potakiwaczy (być może przez Dorna przemawiało rozgoryczenie… niemniej jednak, jest coś na rzeczy). Nieznośny mezalians z Samoobroną i LPR jest tu dodatkowym garbem, który będzie wypominany PiS-owi po wsze czasy. Tak, wiem że wtedy nie dało się inaczej, ale wrażenie wśród młodych pozostaje – zresztą, pamiętam, jak Jarosław Kaczyński przyznał, że jego największym błędem w tamtych czasach była, po załamaniu się koalicyjnych rozmów z PO i późniejszym niezatwierdzeniem budżetu, negatywna rekomendacja do Prezydenta co do przyśpieszonych wyborów. Wszystko, co stało się później, było prostą konsekwencją tego błędu – ale któż chce dziś o tym pamiętać… Może jakiś zdolny pisarz spłodzi ku pokrzepieniu serc nowelę, a może wręcz powieść z gatunku historii alternatywnej, w której, w newralgicznym momencie, gdy PiS momentami górował nad PO w sondażach, jednak rozpisano wybory i doczekaliśmy się IV RP ).

2. Retrospekcja osobista.

Poświęciłem tu sporo miejsca kwestiom pijarowsko – wizerunkowym, ale nie bez przyczyny. Otóż, w moim przypadku, przysłowie, „zapomniał wół, jak cielęciem był” – nie działa. Pamięć bywa upierdliwa, ale niech tam, „nic to”. Pamiętam, gdy kolega polecił mi, bym kupił w kiosku „Najwyższy Czas!” (jeszcze w starym, „płachtowym” formacie – któż to pamięta?). Z pewną taką nieśmiałością podszedłem do okienka niczym młoda laska po pierwsze „alwaysy”. Pani, po długiej grzebaninie, wydobyła spod lady plik powiązanych taśmą, nie przeznaczonych zapewne do wyjmowania na widok publiczny niszowych, prawicowych pisemek (to były, przypomnę, lata 90 – te) – i wydobyła wreszcie „NCz!”. Czytając to - to, przeżyłem niedowierzanie graniczące z szokiem – to takie rzeczy można wypisywać? Legalnie?! To był „turning point of my game”. Wiele to pokazuje zarówno o ówczesnym stanie mojego umysłu, jak i o atmosferze polityczno – medialnej tamtych czasów.

Czemu o tym „kombatantuję”? Otóż, dla młodzieżowego „targetu”, treść którą byli by ewentualnie skłonni zaabsorbować, pozostaje daleko w tyle za formą – wiem, że jest to dość bezwzględna ocena, ale jeśli forma przybliży ich do treści – to czemu nie?

Kiedy popierałem UPR – wierzcie mi, w swoim środowisku należałem do baaardzo nielicznych wyjątków – przyszło mi znosić zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem i docinki o „pajacu z muszką”. Oczywiście, zero merytorycznych argumentów, zero wiedzy na temat programu UPR – liczyło się to, że Korwin jest „clownem” z przyprawioną gębą fanatycznego ekscentryka, który pragnąłby zamknąć kobiety „w kuchni” i „przy garach”.

Na UPR przestałem głosować dopiero po wielu latach wyborów parlamentarnych i prezydenckich – zraziła mnie chroniczna nieskuteczność tej partii. Zbyt wielu znajomych też nie nawróciłem. Po długich przekonywaniach byli w stanie przyznać mi „teoretycznie” rację, a później… głosowali, jak głosowali.

I dlatego właśnie tak rozwlekam się nad medialną nieporadnością PiS-u. Jeżeli będzie dalej tak, jak jest, to będziemy mieli Kaczorów w roli Korwina i UPR – medialnych pajaców i dyżurnych clownów „fleka kontaktowego”. Nawet, gdyby mieli 2,5% poparcia., to i tak będą ich flekować. Za nocne, mokre zmory przeżywane „o piątej nad ranem”.

I „młodzież” to kupi, choć sama z siebie nie jest aż tak demonicznie idiotyczna. Po prostu, nie widzi alternatywy.

Dlatego, na dzień dobry, już od teraz, należy przedsięwziąć środki zaradcze. Choćby te, przedstawione w Cz. II mojego jakże oszołamiająco bezczelnego wystąpienia.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 21.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-pis-ma-szanse-na-przyciagniecie-mlodych-ludzi

Klaus vs eurosaloniarze.

Vaclav Klaus 1

Vaclav Klaus jest jednym z nielicznych współczesnych polityków autentycznych - tzn. z kręgosłupem prawdziwych poglądów, a także wizją czeskiej i europejskiej racji stanu. Potrafi jasno i bez ogródek dawać publicznie wyraz swym przekonaniom, oraz podejmować zdecydowane działania w imię ich realizacji. Na tle ugrzecznionych „poprawnościowych” polityków karmiących nas od świtu do zmierzchu drętwą euro – gadką, wyrasta na prawdziwego męża stanu o formacie intelektualnym i horyzontach niedostępnych dla stada zaludniającego brukselskie i strasburskie korytarze, gdzie mdłe banały i pseudodemokratyczne slogany urosły do rangi prawd objawionych konstytuujących obowiązujący kanon myślenia. Vaclav Klaus w i e jakie ma poglądy w kwestii modelu europejskie integracji, czy religii ekologizmu, co wywołuje nieustanną cichą furię wśród tych, co przywykli uważać, że tylko oni są w prawie decydować o kierunku w którym powinien podążać nasz kontynent.

O tym jak gargantuiczne rozmiary przybrała ich pycha i jak dalece czują się władni przywoływać do porządku wszelkich odstępców od jedynie słusznej linii, nie licząc się z nikim i niczym, świadczy opublikowany na stronach „Frondy” zapis rozmowy prezydenta Czech z delegacją prominentnych eurosaloniarzy (Hans Gert Pöttering, Martin Schulz, Graham Watson, Daniel Cohn-Bendit, Brian Crowley, Francis Wurz, Hanne Dahl). (http://fronda.pl/news/czytaj/skandal_w_pradze) Czytałem to i oczy robiły mi się kwadratowe. Gejzery chamstwa i arogancji których erupcje można zaobserwować w niemal każdym akapicie przytaczanego dokumentu; besztanie prezydenta suwerennego państwa, jakby był niesfornym uczniakiem, lub niesubordynowanym podwładnym – trudno o bardziej dobitny przykład, co r e a l n i e kryje się za wygłaszanym do kamer i mikrofonów gładkim eurogadaniem. W rozmowie w cztery oczy medialne hamulce przestały obowiązywać i podskórne wody ohydy rozlały się szeroką rzeką nieczystości.

Ale trafiła kosa na kamień. Klaus nie tylko stanowczo się przeciwstawił aroganckim wrzaskom eurofederastów, dając tym samym jasny sygnał, że nie pozwoli się zastraszyć, ale opublikował przebieg zafundowanego mu przesłuchania, które, jak zapewne sądzili „nasi europejscy przyjaciele” miało pozostać skryte za kotarą poufności.

Dla nas, Polaków, jest to bezcenna lekcja, ze wszech miar godna zapamiętania i wyciągnięcia wniosków, pokazuje bowiem, że prominentni „brukselczycy” traktują Europę, a zwłaszcza jej środkowo – wschodnią część niczym swój prywatny folwark, który czują się władni naginać i modelować dla swych politycznych potrzeb i dla wyznawanej akurat ideologii. Zobaczyliśmy, co kryje się za obracanymi we wszystkie strony słówkami typu „kompromis”, czy „dialog” – bezwzględne obsobaczanie niepokornych w stylu sowieckich genseków dyscyplinujących swych namiestników w demoludach. Czarno na białym widać ile warte są frazesy o demokracji, gdy jeden z narodów (np. Irlandczycy) zagłosuje wbrew woli euroluminarzy. I widzimy wreszcie strategiczne cele do których dążą europejscy eliciarze forsujący Lizbonę: niezależny od nikogo i przed nikim nieodpowiedzialny francusko – niemiecki biurokratyczny totalizm skryty za fasadą instrumentalnie traktowanej demokracji. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy ludowładztwo sprowadza się do czczego formalizmu pustych procedur – wystarczy przypomnieć sobie Rzym epoki pryncypatu – wszak odbywały się tam regularnie demokratyczne – a jakże! – wybory…

Wszystkie wspomniane wyżej tendencje można było oczywiście zaobserwować już od dawna, ale chyba do tej pory nie wybuchły nam wszystkim w twarze, tak otwarcie, rzekłbym – bezczelnie i z taką mocą. Należy więc zadawać pytania, chwytając, gdy trzeba, naszych polityków za klapy marynarek – czy naprawdę traktat lizboński to droga bez alternatywy i jak się ma do niego polska racja stanu? Czy polityka uśmiechów i poklepywania po plecach zamiast twardego stawiania na europejskim forum naszych interesów to aby właściwa droga?

I wreszcie, tak już z czystej ciekawości – jakim to językiem rozmawiają z wami brukselscy europolitycy, gdy nie ma w pobliżu mediów? I czy w przypadku różnicy zdań kiedykolwiek zdobyliście się na postawę, którą zaprezentował prezydent Vaclav Klaus?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 10.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze

Wysokie tony redaktora Wrońskiego.

Niesioł "drapieżny"
Jak wiadomo, podczas sejmowej debaty nad odwołaniem Bronisława Komorowskiego z funkcji marszałka sejmu, Jarosław Kaczyński oskarżył Stefana Niesiołowskiego o sypanie kolegów z Ruchu podczas esbeckich przesłuchań. Dziś dopowiedział, że opierał się na wydanej niedawno książce, gdzie esbecka sypanina Niesiołowskiego została udokumentowana. Książki nie czytałem, więc nie oceniam, na ile zarzuty są uzasadnione, niemniej medialna histeria, która zapanowała po wspomnianej wypowiedzi jest kolejnym dowodem na brak elementarnych hamulców naszych eliciarzy w dokopywaniu znienawidzonym Kaczorom.

Jednym z przejawów wzmiankowanego zjawiska jest telekomentarz red. Pawła Wrońskiego zamieszczony na stronach „Wyborczej” (link - http://wyborcza.pl/10,93566,6024397,Wronski__Kaczynskiemu_brak_poczucia_... ). Wroński stwierdza tam, ni mniej ni więcej, tylko że Kaczyńskiemu „Bóg odmówił poczucia przyzwoitości”; że gdy inni siedzieli w obozach internowania, on (Kaczyński) siedział w domu u mamy i generalnie, z obowiązkowym zniesmaczeniem malującym się na wysoce moralnej fizjonomii, daje wyraz swemu oburzeniu, jak ktoś tak nędzny jak prezes PiS–u śmie porównywać się ze wspaniałością i majestatem obecnego wicemarszałka sejmu (to ostatnie to już moja złośliwa parodia, niemniej atmosfera górnolotnego speechu pana redaktora była właśnie taka).

Redaktor Wroński, uderzając w wysokie tony, nie raczy zauważyć (albo zauważa, ale nie dostrzega…), że codzienne bluzgi Niesioła bryzgające ze wszelkich możliwych przekaziorów, w których półprzytomny niczym głuszec podczas godów wicemarszałek obrzuca inwektywami swych przeciwników, mogłyby wyprowadzić z równowagi anioła, a co dopiero zwykłego śmiertelnika. Gdyby to na mnie takie indywiduum wylewało podobne rzeki pomyj, obiłbym mu gębę szpicrutą, nie kalając sobie ust polemiką. Kaczyński jest najwyraźniej bardziej spolegliwy, odgryzł się więc werbalnie, schodząc na chwilę do poziomu swojego rozmówcy. Oszalałe bluzgi Niesioła, którym z ukontentowaniem użycza swoich łamów również „Wyborcza”, datujące się od momentu, gdy prezes Pis-u odmówił mu miejsca na liście wyborczej (wcześniej w podobnym stylu Naczelny Bluzgacz III RP wyrażał się o Platformie – np. „elegancko opakowana recydywa tymińszczyzny”, „pogrobowcy stalinizmu z KOR” i o Michniku – „fanatyk nienawiści i agresji” – cytaty za „Mitologią świata bez klamek” W. Łysiaka, str. 168) od lat wulgaryzują debatę, a zawodowi podtrzymywacze mikrofonów delektują się owymi wykwitami odębiałego z nienawiści umysłu i codziennymi zaproszeniami do mediów zachęcają do eskalacji paranoidalnego słowotoku. Natomiast, kiedy wreszcie ktoś się naszemu „wrzaskunowi” odwinął w podobnym stylu – o, wówczas nie ma przebacz – wtedy nagle znajdują się odpowiednie wyrazy potępienia rozpisane na poszczególne sekcje medialnej orkiestry…

Cóż, kolejny to przykład degrengolady nadwiślańskiej żurnalistyki, której funkcjonariusze czują się w obowiązku aktywnie współkreować polityczną rzeczywistość. A tak przy okazji – skąd to, całkiem niedawno przecież, dobiegały głosy o „reżimowych dziennikarzach”? I jak w tym kontekście by się Pan teraz określił, panie Wroński?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 04.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wysokie-tony-redaktora-wronskiego