Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOŚP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOŚP. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Pod-Grzybki 195

Na początek mały remanent, bo nagromadziło mi się kilka refleksji, które nie zmieściły się w poprzednich „Pod-Grzybkach”. Otóż generalissimus Senatu, Tomasz Grodzki (ksywa „Copertfield”) wystawił na aukcji WOŚP Jurasa Owsiaka (ksywa „Puszkin”) kolację ze sobą. I to jest ten poziom samouwielbienia, który chyba na zawsze pozostanie poza zasięgiem mojej percepcji. Jak rozdęte ego trzeba mieć, by uważać, że ludzie będą się zabijać o przywilej chwilowego obcowania z Trzecią Osobą? A z drugiej strony – jak trzeba mieć zryty beret, by na coś takiego wyrzucać kasę? No i przede wszystkim – kto za tę całą wyżerkę zapłaci?


*

A wspomniane ego Tomasza Grodzkiego rośnie w postępie geometrycznym. Jak na niego, zaczął jednak skromnie. Najpierw, gdy na skutek politycznych układanek w łonie „totalnej opozycji” został marszałkiem Senatu, uwierzył we własną wielkość. To z kolei sprawiło, iż uznał że Telewizja Publiczna to w zasadzie taki prywatny kanał na You Tube i zaczął wygłaszać „orędzia” podczas których, wyraźnie napawając się własnym głosem, chrzanił jakieś nieprzytomne banialuki (konia z rzędem temu, kto jest w stanie cokolwiek z tych wystąpień powtórzyć z pamięci), stając się kimś w rodzaju politycznego patostreamera. Na kolejnym etapie wziął do ręki OTUĘ, w której wyczytał, że jest „trzecią osobą w państwie” i tak zaczął się tytułować – bo wszak Trzecia Osoba, to brzmi dumnie, o wiele lepiej, niż byle „marszałek”. Podbudowany w ten sposób stwierdził, iż uczyni Senat alternatywnym ośrodkiem polityki zagranicznej, a w dalszej perspektywie – po prostu alternatywnym rządem, do czego asumpt dały mu konszachty z ościennymi ambasadorami i międzynarodowymi instytucjami, którym oczywiście tylko w to graj. I w tym momencie zaczął już ocierać się nie tylko o poziom pychy, ale wręcz zdradzieckie praktyki magnaterii z czasów upadku I Rzeczypospolitej. Biorąc to wszystko do kupy, nasuwa się tylko jeden wniosek – w tym tempie, jeszcze przed Wielkanocą generalissimus Grodzki ogłosi się Trzecią Osobą Boską.


*

O ile Trzecia Osoba (chwilowo jeszcze nie-Boska) coraz bardziej się nadyma, to Kwachu zalicza spektakularny upadek – na aukcję WOŚP wystawił bowiem... swój krawat. Jak rany, co za nędza. Wyobrażacie to sobie? Budzi się taki rano z kaca – i nagle uświadamia sobie, że przecież zaraz finał imprezy „Puszkina”, więc warto o sobie przypomnieć i rzucić coś na licytację. Grzebie nerwowo w szafie, przegląda bambetle – i bingo! Dam krawat! Nawet mało używany, w sumie i tak już mi się nie podoba, a tę plamę po łyskaczu da się jakoś zaprać... niech się Juras cieszy... Kwachu, kurczę, nie mogłeś chociaż pół litra wystawić? Żal ci było, że kto inny wypije?


*

Tak, wiem, chore dzieci i te sprawy... chlip, chlip. Tylko jestem jakoś dziwnie przekonany, że te wszystkie celebryty, tudzież inne osoby, z przeproszeniem, publiczne, mają te biedne dzieci najgłębiej jak tylko się da. Pomyślmy tylko: to są z reguły ludzie, którzy jak na polskie warunki ociekają wręcz kasą – i zamiast wrzucić do tej puszki jakiemuś małolatowi sterczącemu na mrozie pod kościołem choćby parę stówek, urządzają pchli targ połączony z wyprzedażą na OLX-ie, opychając w świetle kamer jakieś zbędne badziewie i pozując z tego tytułu na wielkich „filantropów”. Hipokryzja bije aż pod niebo. Choroba, nawet świeżo ozłocona Olga Tokarczuk wrzuciła na aukcję „replikę medalu noblowskiego”. Tak się składa, że mam gdzieś jeszcze na półce grę „Monopol” z replikami dolarów – na taką licytację będą jak znalazł.


*

No dobra, zmieniamy temat. Rząd pokazuje, że „umie w internety”. Minister cyfryzacji Marek Zagórski ogłosił plan walki z pornografią w sieci... tak, wiem, że już samo to jest dość zabawne – ale za to jaki to plan! Otóż min. Zagórski (swoją drogą, dzięki tej inicjatywie w ogóle dowiedziałem się, że ktoś taki istnieje) w trosce o moralną czystość nieletnich wykoncypował sobie, że przyciśnie dostawców przeglądarek internetowych, by ci domyślnie blokowali dostęp do stron „dla dorosłych”. A jeśli ktoś mimo to uparłby się, by pooglądać sobie jakąś ruję i poróbstwo? Aaa – taki delikwent musiałaby się zgłosić do Ministerstwa Cyfryzacji po specjalny „klucz dostępu” odblokowujący zakazane treści. Dowcip w tym, że taki klucz byłby wydawany IMIENNIE – bo wnioskujący musiałby udowodnić swoją pełnoletność poprzez okazanie dowodu osobistego. Czujecie to Państwo? Te kolejki chętnych z podaniami w trzech egzemplarzach, te ministerialne serwery padające pod nawałą wniosków składanych on-line... i ta rządowa BAZA DANYCH puchnąca od haków na różnych świntuchów... Super, jeśli „dobra zmiana” chce ulicznych protestów na skalę tych przeciw ACTA – właśnie jest na najlepszej drodze.


*

Tyle, że ten pomysł jest również poroniony od strony czysto technicznej, o czym wie każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o internecie – a w szczególności nastolatkowie obeznani z tym medium od dziecka. Wbrew temu, co najprawdopodobniej wydaje się ministrowi cyfryzacji (CYFRYZACJI!), rynek przeglądarek to nie tylko Microsoft, Google czy Mozilla. Jest tego trochę więcej - a po wprowadzeniu proponowanych rozwiązań wręcz zaroiłoby się w odpowiedzi na rynkowe zapotrzebowanie od kolejnych „niekoncesjonowanych” produktów. Nie wspominając już o takich „mykach” pozwalających omijać lokalne blokady, jak serwery proxy czy szyfrowanie VPN, z których potrafi dziś korzystać każde dziecko. Tylko minister cyfryzacji (olaboga...) o tym nie wie. Tak więc, Panie Zagórski – niestety, nie „umisz” Pan w internety. Co więcej, swoim pomysłem zdradził Pan kompletną ignorancję. A jeśli mi Pan nie wierzy – proszę się skonsultować z pierwszym z brzegu pracującym w resorcie informatykiem. Gwarantuję, że skutecznie wybije Panu te bzdury z głowy. A tak przy okazji, przypomniał mi się mem dość dobrze obrazujący opisany tu absurd. Zbigniew Ziobro patrzy w obiektyw przerażonym wzrokiem i mówi: „stary, bez kitu – te pornosy, co dziś oglądałeś, to naprawdę jest patologia,,,”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (24-30.01.2020)

niedziela, 3 lutego 2019

Pod-Grzybki 146

Dominikanin o. Ludwik Wiśniewski podczas wiecu wyborczego w gdańskiej Bazylice Mariackiej, który zwołano pod pretekstem pochówku zamordowanego Pawła Adamowicza, palnął przemówienie, jakiego nie powstydziliby się najostrzejsi zagończycy „totalnej opozycji”. Odnotowuję ten incydent, bo dzięki niemu teraz już wiadomo, jak wyglądałby Stefan Niesiołowski w habicie.


*

Tyle, że szanownemu Niesio... to jest, o. Wiśniewskiemu coś się przy okazji pomerdało. Powiedział mianowicie: „Człowiek posługujący się językiem nienawiści, człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju i będziemy odtąd tego przestrzegać”. Chorobcia, wszystko niby słusznie – ale na samym starcie torpedować kampanię prezydencką Tuska?


*

Tak nawiasem – tysiące gdańszczan po śmierci Pawła Adamowicza zapaliło na ulicy znicze. Pytanie: czy widział ktoś jakichś nienawistnych pisowców, którzy by im w tym przeszkadzali? Szczali, bluzgali i wrzeszczeli do starszych kobiet „pokaż cycki”? Ktoś? Coś?


*

Lecz co tam ojczulek Wiśniewski. Hanna Gronkiewicz-Waltz poprosiła o ochronę, bo „miała nieprzyjemny incydent”. Cóż, rozumiem konfuzję, niemniej nieprzyjemne incydenty się zdarzają, zwłaszcza w pewnym wieku, gdy przestają trzymać zwieracze - ale żeby zaraz rządowa ochrona? Nie wystarczą pampersy?


*

Zapomniałbym. Po finale WOŚP zatrzymano jakiś pierdylion internetowych hejterów i postawiono zarzuty szefowi firmy ochroniarskiej. Nie zadano pytań jednemu człowiekowi. I nikt nie odważy się ich zadać. ON ma immunitet od przepisów o imprezach masowych.


*

Żądza zemsty niszczy demokrację równie skutecznie jak nienawiść” - załkała „Wyborcza.pl”. I jest to o tyle dobre, że dokładnie w tym samym czasie na sabacie Fundacji Batorego poświęconym praworządności sędzia Irena Kamińska (ta od „nadzwyczajnej kasty ludzi”) wypaliła, że chodzi jej właśnie o zemstę, a zawtórowała jej prof. Monika Płatek. Ciekawe, czy ktoś od Michnika powie obu paniom, żeby się nie wygłupiały, bo „niszczą demokrację”? Czy jednak samopoczucie sędzi Kamińskiej jest od demokracji ważniejsze, a każda ręka podniesiona na „kastę” musi zostać odcięta?


*

Na marginesie ubolewań nad szerzącą się „nienawiścią”. Socjolog Marcin Palade przeprowadził na Twitterze sondę z pytaniem: „czy Jarosław i Jacek Kurski powinni zniknąć z przestrzeni publicznej”? Odpowiedzi (9 tys. osób): 91 proc. - TAK, 9 proc. - NIE. I to, moim zdaniem, jest właściwy trop jeśli chodzi o obniżenie temperatury debaty publicznej. Gołym okiem widać, że obaj bracia Kurscy okupując przeciwne strony barykady zajmują się tym samym: prostacką propagandą, manipulowaniem, jątrzeniem i szczuciem. A zatem, obaj Kurscy - WON! Swoją drogą, najlepszym początkiem deeskalacji plemiennej wojny domowej byłoby, gdyby jakimś cudem Kaczyński dogadał się z Michnikiem, że każdy z nich zwalnia swojego Kurskiego.


*

Jednak nie. To głupi pomysł. Zamienią się miejscami i nikt nie zauważy różnicy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (30.01-12.02.2019)

niedziela, 11 stycznia 2015

Owsiak, uczeń Waltera

Nie byłoby tego kombinatu jakim w krótkim czasie stała się WOŚP bez związków Jerzego Owsiaka z Walterem Chełstowskim.


Przyznam się, że gdy myślę o Piotrze Wielguckim, znanym również jako bloger Matka Kurka, mam mieszane uczucia. Pamiętam bowiem jego internetową działalność z czasów, gdy był w blogosferze jednym z najbardziej toksycznych przedstawicieli antyprawicowego hejterstwa. Jego pseudonim „Matka Kurka” miał być zresztą w zamyśle kpiną z ojca Rydzyka. Ot, żarcik taki. W pewnym momencie jednak mu się odmieniło i zaczął krytykować Platformę, tudzież postokrągłostołowy establishment – równie radykalnie, jak kiedyś PiS i „moherów”. W naturalny sposób powstaje więc pytanie czy niegdysiejszy Szaweł stał się faktycznie Pawłem oraz na ile ta przemiana jest szczera, ile zaś w tym wystudiowanej pozy i autopromocji „na wiecznego kontestatora”.

Jak by jednak nie patrzeć, to właśnie Matka Kurka po swej metamorfozie poczynił największe zasługi w poderwaniu mitu dyżurnego świątka III RP - „Jurka” Owsiaka i charytatywno-biznesowego konglomeratu stworzonego wokół Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Proszę spojrzeć – tyle lat zapełniania gazetowych szpalt artykułami dowodzącymi szkodliwości publicznej działalności Owsiaka i nic. Groch o ścianę. Trzeba było dopiero Wielguckiego, który z właściwą sobie inteligencją i determinacją – bo co by o nim nie mówić, Kurka to inteligentna bestia – zabrał się do analizowania finansów Orkiestry i powiązanych z nią podmiotów.

Wprost nie do uwierzenia, że nikt wcześniej nie wpadł na pomysł by szczegółowo prześledzić jawne przecież sprawozdania. Może zwyczajnie nikomu się nie chciało? Łatwiej było napisać tysięczny tekst o tym, że Owsiak robi ludziom wodę z mózgów i oburzać się, że na Przystanku Woodstock napruta młodzież tarza się w błocie i kopuluje gdzieś po krzakach. Mainstream reagował na te jałowe biadolenia szyderczym śmiechem z ponurych, prawicowych nieudaczników, co to sami nie potrafią zrobić niczego sensownego. Aż przyszedł na to wszystko Matka Kurka i po prostu zajrzał Owsiakowi do kieszeni. Wtedy nagle nastąpiło zbiorowe olśnienie i zrobił się szum - do tego stopnia, że w końcu Owsiak dufny w swą nietykalność wytoczył blogerowi proces, który najprawdopodobniej okaże się punktem zwrotnym dla „Jurka” i jego „Melonów”. Już teraz z różnych zakątków Polski dobiegają informacje, że lokalne samorządy albo ograniczają swe zaangażowanie w tegoroczny finał WOŚP, albo wręcz rezygnują z jego organizacji – rzecz w minionych latach nie do pomyślenia. Widać wyraźnie, że emocjonalno-medialny terror na jakim Owsiak do tej pory jechał słabnie i sądzę, że to początek trwałej tendencji.

Dlaczego jednak ten tekst zatytułowałem „Owsiak, uczeń Waltera”? Otóż postawię tu tezę, że nie byłoby tego kombinatu jakim w krótkim czasie stała się WOŚP i nie byłoby czego dzisiaj obalać bez związków Jerzego Owsiaka z Walterem Chełstowskim. Przy różnych okazjach podkreśla się milicyjne pochodzenie pana Jerzego i tu upatruje się genezy jego oszałamiającej kariery, ale sądzę że prawdziwą dźwignią była właśnie znajomość z Chełstowskim. Walter Chełstowski przypomnę, to menago od peerelowskiego szołbizu, twórca festiwalu w Jarocinie i generalnie macher robiący w młodzieży. Taki specjalista od śpiewu i mas, którego zadaniem było kanalizowanie energii, tak by gówniarze buntowali się pod nadzorem sprawdzonych fachowców w specjalnie zorganizowanych im do tego miejscach.

Skąd Chełstowskiemu wzięło się akurat zamiłowanie do działki młodzieżowej? Z domu jak sądzę, jego mama bowiem, czyli Jolanta Chełstowska, była działaczką harcerską i to w samej centrali, gdzie zajmowała się instruktażem i pisała o tym książki. Młodszy Chełstowski, któremu rodzice uznali za stosowne w 1951 roku dać na imię Walter, okazał się więc spadkobiercą organizatorskiej działalności wśród młodzieży, tylko zgodnie ze specyfiką czasów zamiast harcerstwa wybrał tzw. „kontrkulturę”. Owsiak okazał się nader pojętnym uczniem Waltera o czym świadczy jego epizod z Towarzystwem Przyjaciół Chińskich Ręczników pomyślanym jako odpowiedź na Pomarańczową Alternatywę. I właśnie ten format – pseudokontestacja pod nadzorem i z odpowiednim propagandowym instruktażem - przeniesiono żywcem w charakterze ideologicznej otoczki towarzyszącej WOŚP. W skrócie, chodzi o to samo co za komuny – by szlachetne odruchy skanalizować a finalnie utożsamić z lojalnością wobec III RP i jej establishmentu społeczno-politycznego. A jak komu mało, to może „kontrkulturowo” wyżyć się na Woodstocku.

To wszystko, jasna sprawa, nie byłoby możliwe bez koneksji, wpływów i znajomości takiego wyjadacza jak Chełstowski – nota bene, współzałożyciela WOŚP. Bez tego Owsiak nie miałby co liczyć chociażby na promocję ze strony publicznej telewizji wraz z jej polityczną „czapą”. Można się tylko domyślać, biorąc pod uwagę przeszłość Chełstowskiego, jak głęboko to wszystko sięga i jakie powiązania mogą wchodzić w grę. Tym większy sukces (niezależnie od intencji) Matki Kurki, który się z tym wszystkim zmierzył.

Gadający Grzyb

P.S. Jestem niezwykle usatysfakcjonowany, że niniejszy artykuł z „Warszawskiej Gazety” zainspirował pana Macieja Marosza z portalu Niezależna.pl. Byłoby wprawdzie miło, gdyby podał źródło swego dziennikarskiego natchnienia, ale nie bądźmy małostkowi – w końcu rola dostarczyciela tematu (niechby i anonimowego) dla Strefy Wolnego Słowa jest nobilitacją samą w sobie... -------> http://niezalezna.pl/63129-jak-chelstowski-stworzyl-owsiaka-zanim-pojawila-sie-wosp-bylo-robta-co-chceta

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:
http://podgrzybem.blogspot.com/2009/01/owsiak-nauczyciel_11.html

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 2 (09-15.01.2015)

Ilustracja: https://ewastankiewicz.wordpress.com/

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Owsiak nauczyciel…


…czyli Adam Michnik „od młodzieży”…

… czyli (mimowolny?) hodowca lemingów.

Wszyscy o Owsiaku, to ja też – a co mi tam Perskie oko.

I. Retrospekcja.

W latach 90-tych, gdy byłem jeszcze licealnym, 90-procentowym "użytecznym idiotą" (pozostałe 10% to awersja do komuny - zasługa ś.p. Babci) i Owsiak był dla mnie bohaterem, w naszym miasteczku, z inicjatywy dwóch rzutkich, młodych księży, powstała inicjatywa polegająca na skrzyknięciu się lokalnych rockowych kapel i wspólnym charytatywnym koncercie na rzecz miejscowego szpitala. Salę i nagłośnienie udostępnił za darmo MDK, zaś za zebrane pieniądze zostały zakupione komplety pościelowe, bo na to, w czym leżeli pacjenci, żal było patrzeć. Skontaktowaliśmy się uprzednio listownie z Owsiakiem, wyjaśniając sprawę, ten zaś na użytek naszego koncertu przysłał serduszka. Krótko - pozwolił, byśmy "na legalu" podpięli się pod jego markę. Osobiście sądzę, że bez tego logo przedsięwzięcie miałoby mniejsze powodzenie. To był pozytyw – J.O. mógł przecież odmówić, lub zażądać, by zebraną kasę przesłać do "centrali".

Generalnie – zbiórka i doposażanie szpitali jest OK (bez ironii – to naprawdę wielkie osiągnięcie – co zaś robią z tym sprzętem obdarowane szpitale, to już inna sprawa). Zarazem ta sama zbiórka stanowi gigantyczny policzek dla wszystkich kolejnych rządów nie potrafiących, mimo nieustannych pozororeform, skutecznie rozwiązać problemów służby zdrowia.

II. Owsiakowszczyzna.

Tylko, że Owsiak nie jest jedynie działaczem społecznym. WOŚP i inicjatywy typu Przystanek Woodstock są dla niego również narzędziem do forsowania wśród młodzieży dość obrzydliwej ideologii o lewackiej proweniencji rodem z (zachodniego) roku ’68 – czyli formą promocji dorobku „pokolenia gównojadów” (dlaczego tak ich nazwałem – o tym będzie w osobnym tekście). Owszem, „Miłość, Przyjaźń, Muzyka” i „Stop narkotykom, stop przemocy” to bardziej pozytywne hasła niż „Sex, drugs & rock’n’roll”, które tylu wpędziło do grobu. Problem w tym, że z powyższych prohibicyjnych sloganów, niewiele ostaje się w praktyce. Rozmawiałem z wieloma woodstockowiczami – obraz, który się wyłania z ich opowieści jest bliższy temu, co pokazała TV Trwam, niż oficjalnym hasłom Owsiaka. Gdybyż to był jeszcze autentyczny, płynący z serca, buntowniczy nonkonformizm – ale, niestety, nie.

Mógłby na ten temat coś powiedzieć Piotr Lisiewicz z „GP”, który „w temacie” obrazoburczego spontanu (happeningi Akcji Alternatywnej „Naszość”) ma bogate, autopsyjne doświadczenia. Rozszyfrował on swojego czasu Owsiaka bezbłędnie, stwierdzając, że jest to po prostu „aparatczyk oddelegowany na odcinek młodzieży”. Gdy komuna nie mogła poradzić sobie z Pomarańczową Alternatywą, z pomocą pośpieszył Owsiak animując, (cytat z pamięci). „koncesjonowane, pseudoluzackie Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników”. Ówcześni kontrkulturowcy, (którym, przypomnę, w PRL-u nie było tak komfortowo, jak ich współczesnym epigonom), reagowali ponoć na Owsiaka dość alergicznie. Sam „Sie ma”, po roku ’89, ze swoją niby - to - młodzieżową gadką, gładziutko doszlusował do michnikowego salonu, szybko awansując w tamtejszej nieformalnej hierarchii do statusu jednego z nader obiecujących eliciarzy. Orkiestra rosła, (to nie zarzut, oddaję sprawiedliwość organizacyjnej sprawności J.O.), a wraz z nią rósł Owsiak. Rósł, dodajmy, również we własnych oczach. Bardzo szybko poczuł się w prawie ustalać, kogo młodzież powinna lubić i popierać, a kto ma kojarzyć się z obciachem.

Tu szybki wtręt, bo zapomnę – oglądam właśnie konferencję prasową Owsiaka, na której, prócz żądania, by TVP na przyszłość podwoiła czas antenowy dla Orkiestry, stwierdził m.in., że „cudem jest, gdy zagłosujemy na kogoś bardzo dziwnego, kto obejmie bardzo ważne stanowisko”. Zostało to przyjęte zbiorowym, domyślnym chichotem przez licznie zgromadzonych kuchcików medialnych jadłodajni (zwanych, niekiedy, „po uprzejmości”, reporterami). Bez komentarza.

Wracając do naszego barana – przewodnika młodzieżowego stada. Pamiętacie okładkę jego książki, na której oddzielił płotem tych, z którymi było mu wtedy po drodze od innych, za tymże płotem pozostających? Jak raz, ta selekcja pokrywała się z rozkładem ówczesnych sympatii i antypatii „Wyborczej”. Dopełnieniem wzmiankowanej okładki może być „Akademia sztuk przepięknych” z Woodstocku – wystarczy spojrzeć na gości, m.in.: Kazimiera Szczuka, Monika Olejnik, Kamil Durczok, Tomasz Raczek, Jacek Żakowski, Manuela Gretkowska, Zbigniew Hołdys (z nim mam problem, związany z sentymentem do starego Perfectu – wygląda mi w tym całym towarzystwie na poczciwego „użytecznego idiotę”), et, jak napisałby Łysiak, tutti quanti (w luźnym tłumaczeniu – „i reszta ferajny”). Do tego dodajmy stałą współpracę z pseudohinduistyczną sektą Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny (znane, od mantry, jako „Hare Krishna” – tu, z kolei, sporo do powiedzenia miałby Robert Tekieli). Destrukcja duchowo – cywilizacyjna wprzęgnięta do charytatywno - medialnego rydwanu.

Generalnie, „młodzieżowe” zaangażowanie Jerzego Owsiaka kojarzy mi się z „walterowską” działalnością Jacka Kuronia – tyle, że dostosowaną do naszych czasów. To samo pionierskie zacięcie, by przeflancować młode umysły – u Kuronia na komunizm, u Owsiaka na posthippisowsko - kontrkulturowe grządki, podlane saloniarskimi imponderabiliami. I, co gorsza, to działa. Jest to ogarniająca co roku dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy młodziaków systematyczna hodowla lemingów. (Wiem, co piszę – gdybym, czystym przypadkiem, nie trafił swojego czasu na kilku ludzi, dziś zaczytywałbym się w „Wyborczej” i głosował jak Pan Bóg, tj. Michnik/Owsiak, przykazał). Ciekawe, czy sam Owsiak zdaje sobie w pełni sprawę z tego co robi, i z potencjalnych długofalowych skutków swej działalności. Czasami jawi się jako pozytywistyczny społecznik, zdolny wykrzesać niesamowity entuzjazm ze starszych i młodszych, czasami zaś jako bezwzględny demiurg ugniatający ideologicznie młode, nieopierzone mózgownice. Wot, taki Adam Michnik „od młodzieży”.

III. Panie kochany, co z nich wyrośnie?


Jerzy Owsiak w i e, że cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród młodzieży, która bezkrytycznie odbiera jego image wiecznie młodego duchem hippisowskiego wujka. Dochodzi do tego bezbłędna intuicja medialna, połączona z instynktem językowym - J.O. natychmiast wyłapuje slangowe nowinki i umiejętnie używa ich zarówno przed kamerami, jak i w trakcie bezpośrednich spotkań. Potrafi uderzyć we właściwą strunę w odpowiednim momencie. Gdy trzeba, dopieści patriotyzm, komplementując ulicznych rozdawaczy serduszek, innym razem huknie z grubej rury na nielubianych polityków, lub na TVP ograniczającą jego inicjatywie czas antenowy. Pytanie, ile w tym szczerych intencji by dotrzeć i aktywizować ludzi dla chwalebnego dzieła, a ile michnikoidalnego zadufania we własną potęgę i dzierżenie rządu młodych dusz, które ruszą wkrótce „z posad bryłę świata” (tak, tak – i taka fraza padła z ust Owsiaka podczas wspomnianej wyżej praso – konferencji).

Nie wiem, czy bohater tego tekstu zdaje sobie sprawę z tego, że te same dzieciaki, które dziś wystają na ulicach, przed kościołami i centrami handlowymi, wkrótce wyrosną z „owsiakowszczyzny” i, zderzywszy się z życiem, zaczną drapać się po głowach, myśląc sobie, że to jednak nie tak pięknie, że jednak nie wszyscy ludzie są dobrzy i, w ostatecznym rozrachunku, ludziska wyznaje maksymę, znaną jako „O.W.D.” („Ochroń Własną D…ę”). Większość z nich, stwierdzi zapewne, że wciśnięto im humbug i, tak na wszelki wypadek, postanowią nie wierzyć nikomu i niczemu. W efekcie - koncentrując się na życiu osobistym, zasilą rosnącą rzeszę biernych wyborców („moja chata z kraja”). Innym, pozostaną po młodości naznaczonej Owsiakiem pewne altruistyczne i społecznikowskie odruchy, lecz przepojeni suflowaną im tyleż dyskretnie, co krzykliwie (nie, to nie jest oksymoron – Jerzy Owsiak potrafi to łączyć) przez „owsia-guru” indoktrynacją, dołączą do stada lemingów (wykształciuchów, eliciarzy), którzy, by zagłuszyć nękające ich podskórne ssanie duszy, zagłosują karnie na tych, co trzeba, traktując to jako element konformistycznego, środowiskowego rytuału. Zrobią to chociażby po to, by, zaczepieni przez innych eliciarskich znajomych („a na kogo głosowałeś?”), nie musieli kłamać. Wierząc święcie, że podtykana im pseudointelektualna spyża jest kwintesencją mądrości tego świata, pójdą w posły, ministry, biznesy, sądy, dyrektory – i, spotykając wokół podobnych sobie, będą się utwierdzać w autoprzekonaniu, że wybrali najlepiej, jak mogli.

I to oni, całkiem niedługo, będą rządzić Polską.

Nie żartuję.

Część zaś (najmniej liczna), jeśli będzie miała farta i spotka na swej drodze kilku wartościowych ludzi, stanie się rzeczywistymi nonkonformistami – za cenę permanentnego niezrozumienia, graniczącego z pogardą – również wśród najbliższych. Ale cóż, rola nonkonformisty nigdy nie była łatwa. Naczelnego Nonkonformistę, którego wyznajemy, spotkały baty i upodlająca śmierć na krzyżu. A potem Tryumf Zmartwychwstania…

Cholera, piszę, nie przymierzając, jak Tekieli przed Wielkanocą.

To ja już będę kończył.

Gadający Grzyb

P.S. Chciałem ściągnąć okładkę książki Owsiaka (tę z płotem…), ale nie mogłem się jej doszperać. Gdyby ktoś na nią trafił w necie – wrzućcie ją. Zaprawdę, powiadam Wam, warto ją uwiecznić.

Jeszcze link:

http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID358765084,index.html

(tu mała wzmianka: kilka lat temu, czytałem komentarz, w którym Korwin chwalił
Owsiaka za to, że ten… przyczynia się swoją działalnością do prywatyzacji
służby zdrowia! Zapewne sam Korwin, gdyby go zapytać, udowodniłby, jak to on,
błyskotliwie i nienagannie od strony logicznej, że pomiędzy oboma felietonami
nie ma sprzeczności…)

pierwotna publikacja 12.01.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/owsiak-nauczyciel%E2%80%A6