Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olga Tokarczuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olga Tokarczuk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Pod-Grzybki 195

Na początek mały remanent, bo nagromadziło mi się kilka refleksji, które nie zmieściły się w poprzednich „Pod-Grzybkach”. Otóż generalissimus Senatu, Tomasz Grodzki (ksywa „Copertfield”) wystawił na aukcji WOŚP Jurasa Owsiaka (ksywa „Puszkin”) kolację ze sobą. I to jest ten poziom samouwielbienia, który chyba na zawsze pozostanie poza zasięgiem mojej percepcji. Jak rozdęte ego trzeba mieć, by uważać, że ludzie będą się zabijać o przywilej chwilowego obcowania z Trzecią Osobą? A z drugiej strony – jak trzeba mieć zryty beret, by na coś takiego wyrzucać kasę? No i przede wszystkim – kto za tę całą wyżerkę zapłaci?


*

A wspomniane ego Tomasza Grodzkiego rośnie w postępie geometrycznym. Jak na niego, zaczął jednak skromnie. Najpierw, gdy na skutek politycznych układanek w łonie „totalnej opozycji” został marszałkiem Senatu, uwierzył we własną wielkość. To z kolei sprawiło, iż uznał że Telewizja Publiczna to w zasadzie taki prywatny kanał na You Tube i zaczął wygłaszać „orędzia” podczas których, wyraźnie napawając się własnym głosem, chrzanił jakieś nieprzytomne banialuki (konia z rzędem temu, kto jest w stanie cokolwiek z tych wystąpień powtórzyć z pamięci), stając się kimś w rodzaju politycznego patostreamera. Na kolejnym etapie wziął do ręki OTUĘ, w której wyczytał, że jest „trzecią osobą w państwie” i tak zaczął się tytułować – bo wszak Trzecia Osoba, to brzmi dumnie, o wiele lepiej, niż byle „marszałek”. Podbudowany w ten sposób stwierdził, iż uczyni Senat alternatywnym ośrodkiem polityki zagranicznej, a w dalszej perspektywie – po prostu alternatywnym rządem, do czego asumpt dały mu konszachty z ościennymi ambasadorami i międzynarodowymi instytucjami, którym oczywiście tylko w to graj. I w tym momencie zaczął już ocierać się nie tylko o poziom pychy, ale wręcz zdradzieckie praktyki magnaterii z czasów upadku I Rzeczypospolitej. Biorąc to wszystko do kupy, nasuwa się tylko jeden wniosek – w tym tempie, jeszcze przed Wielkanocą generalissimus Grodzki ogłosi się Trzecią Osobą Boską.


*

O ile Trzecia Osoba (chwilowo jeszcze nie-Boska) coraz bardziej się nadyma, to Kwachu zalicza spektakularny upadek – na aukcję WOŚP wystawił bowiem... swój krawat. Jak rany, co za nędza. Wyobrażacie to sobie? Budzi się taki rano z kaca – i nagle uświadamia sobie, że przecież zaraz finał imprezy „Puszkina”, więc warto o sobie przypomnieć i rzucić coś na licytację. Grzebie nerwowo w szafie, przegląda bambetle – i bingo! Dam krawat! Nawet mało używany, w sumie i tak już mi się nie podoba, a tę plamę po łyskaczu da się jakoś zaprać... niech się Juras cieszy... Kwachu, kurczę, nie mogłeś chociaż pół litra wystawić? Żal ci było, że kto inny wypije?


*

Tak, wiem, chore dzieci i te sprawy... chlip, chlip. Tylko jestem jakoś dziwnie przekonany, że te wszystkie celebryty, tudzież inne osoby, z przeproszeniem, publiczne, mają te biedne dzieci najgłębiej jak tylko się da. Pomyślmy tylko: to są z reguły ludzie, którzy jak na polskie warunki ociekają wręcz kasą – i zamiast wrzucić do tej puszki jakiemuś małolatowi sterczącemu na mrozie pod kościołem choćby parę stówek, urządzają pchli targ połączony z wyprzedażą na OLX-ie, opychając w świetle kamer jakieś zbędne badziewie i pozując z tego tytułu na wielkich „filantropów”. Hipokryzja bije aż pod niebo. Choroba, nawet świeżo ozłocona Olga Tokarczuk wrzuciła na aukcję „replikę medalu noblowskiego”. Tak się składa, że mam gdzieś jeszcze na półce grę „Monopol” z replikami dolarów – na taką licytację będą jak znalazł.


*

No dobra, zmieniamy temat. Rząd pokazuje, że „umie w internety”. Minister cyfryzacji Marek Zagórski ogłosił plan walki z pornografią w sieci... tak, wiem, że już samo to jest dość zabawne – ale za to jaki to plan! Otóż min. Zagórski (swoją drogą, dzięki tej inicjatywie w ogóle dowiedziałem się, że ktoś taki istnieje) w trosce o moralną czystość nieletnich wykoncypował sobie, że przyciśnie dostawców przeglądarek internetowych, by ci domyślnie blokowali dostęp do stron „dla dorosłych”. A jeśli ktoś mimo to uparłby się, by pooglądać sobie jakąś ruję i poróbstwo? Aaa – taki delikwent musiałaby się zgłosić do Ministerstwa Cyfryzacji po specjalny „klucz dostępu” odblokowujący zakazane treści. Dowcip w tym, że taki klucz byłby wydawany IMIENNIE – bo wnioskujący musiałby udowodnić swoją pełnoletność poprzez okazanie dowodu osobistego. Czujecie to Państwo? Te kolejki chętnych z podaniami w trzech egzemplarzach, te ministerialne serwery padające pod nawałą wniosków składanych on-line... i ta rządowa BAZA DANYCH puchnąca od haków na różnych świntuchów... Super, jeśli „dobra zmiana” chce ulicznych protestów na skalę tych przeciw ACTA – właśnie jest na najlepszej drodze.


*

Tyle, że ten pomysł jest również poroniony od strony czysto technicznej, o czym wie każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o internecie – a w szczególności nastolatkowie obeznani z tym medium od dziecka. Wbrew temu, co najprawdopodobniej wydaje się ministrowi cyfryzacji (CYFRYZACJI!), rynek przeglądarek to nie tylko Microsoft, Google czy Mozilla. Jest tego trochę więcej - a po wprowadzeniu proponowanych rozwiązań wręcz zaroiłoby się w odpowiedzi na rynkowe zapotrzebowanie od kolejnych „niekoncesjonowanych” produktów. Nie wspominając już o takich „mykach” pozwalających omijać lokalne blokady, jak serwery proxy czy szyfrowanie VPN, z których potrafi dziś korzystać każde dziecko. Tylko minister cyfryzacji (olaboga...) o tym nie wie. Tak więc, Panie Zagórski – niestety, nie „umisz” Pan w internety. Co więcej, swoim pomysłem zdradził Pan kompletną ignorancję. A jeśli mi Pan nie wierzy – proszę się skonsultować z pierwszym z brzegu pracującym w resorcie informatykiem. Gwarantuję, że skutecznie wybije Panu te bzdury z głowy. A tak przy okazji, przypomniał mi się mem dość dobrze obrazujący opisany tu absurd. Zbigniew Ziobro patrzy w obiektyw przerażonym wzrokiem i mówi: „stary, bez kitu – te pornosy, co dziś oglądałeś, to naprawdę jest patologia,,,”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (24-30.01.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 191

PiS odpowiedział na sędziowski rokosz zmierzający do anarchizacji wymiaru sprawiedliwości i zgłosił projekt „ustawy dyscyplinującej”, zakazującej sędziom aktywności politycznej, tudzież innych zachowań nie licujących z powagą pełnionej funkcji, w tym m.in. podważania statusu kolegów nominowanych przez obecną KRS czy odmowy stosowania obowiązujących ustaw. Oczywiście, rozległ się wrzask w kraju i za granicą, niemiecka prasa i Bruksela dostały szału, zapowiadane są kolejne protesty uliczne ze świeczkami – słowem, standard. I teraz kilka spraw: czy PiS podtrzyma ustawę? Czy nie ulegnie naciskom? Czy nie wycofa się rakiem, jak to już nieraz bywało – choćby pod presją „pytań prejudycjalnych”, jakie niechybnie zostaną skierowane do TSUE? Krótko mówiąc – czy się znów nie wystraszy własnej odwagi? Ot, pytania, pytania...


*

A tymczasem prezes największej partii opozycyjnej, czyli sędziowskiego stowarzyszenia „Iustitia”, sędzia Krystian Markiewicz wyznał, iż „jest mu wstyd” gdy jeździ na Zachód z powodu tego co dzieje się w Polsce i zaapelował do rządu o „podjęcie rozmów” odnośnie wymiaru sprawiedliwości. Kurczę, mam nadzieję, że nikt z PiS-u na to nie pójdzie. Żadnych rozmów panowie! Czas pogaduszek się skończył, teraz to całe rozbezczelnione towarzycho trzeba po prostu wziąć za pysk.


*

Widzieli Państwo już clip „Maty” (czyli Matczaka-juniora) „Patointeligencja”? Chciałbym móc napisać, że ja też nie, ale jakoś się przemogłem – głównie po to, byście nie musieli sami oglądać tego szajsu. Pochwalę się, że dotrwałem gdzieś do trzeciej minuty, zanim przytłoczyło mnie stężenie syfu i ogólnej żenady. Generalnie jest tak: paniczyk z dobrego domu, uczęszczający do prestiżowego warszawskiego Liceum im. Stefana Batorego bawi się w cieplarniany buncik i rapuje o tym, jak to młodzież pije, ćpa i gzi się po kątach – chyba, by zagłuszyć egzystencjalną pustkę, czy coś takiego. Wcale nie dlatego, że po prostu lubią ostre melanże, gdzieżby – w końcu to inteligencja, chociaż może nieco „pato”. O, jak rany, po prostu rewelacja – za moich czasów ab-so-lut-nie takich rzeczy nie było... Ale spoko, za chwilę mu przejdzie – skończy szkołę, pójdzie na studia, zaliczy aplikację i zostanie autorytetem moralnym, jak tatuś.


*

A skoro już jesteśmy przy patologiach, to... ehem, w tym miejscu, jeżeli przypadkiem czyta to jakaś osoba nieletnia, uprasza się o staranne ominięcie wzrokiem niniejszej notki. -----------------------------------------------

Już? No to lecimy. Otóż jeden z większych serwisów „dla dorosłych” opublikował swoje statystyki – i nie pisałbym (ani nawet nie wiedział) o tym, gdyby nie to, że postanowiła je przytoczyć na swej stronie internetowej „Wyborcza” - i to w podobno poważnym serwisie „BIQdata”. W każdym razie, okazało się, że w Polsce wśród najchętniej oglądanych „produkcji” króluje kategoria „milf” (to taki skrótowiec, ale pozwólcie, że nie będę go rozwijał, powiedzmy, że umownie chodzi o tzw. „mamuśki”, choć to bardzo eufemistyczne tłumaczenie). Dane te musiały najprawdopodobniej dotrzeć do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – i dlatego jest tak pewna wygranej z Andrzejem Dudą.


*

Natomiast w Niemczech króluje... a nie, to jednak zbyt obleśne. Rany gościa, te szkopy, to dopiero są borciuchy...


*

Abp. Stanisław Gądecki nałożył knebel na dwóch księży – Daniela Wachowiaka i Adama Pawłowskiego, którzy byli inicjatorami listu protestującego przeciw pochówkowi w poznańskiej katedrze abp. Juliusza Paetza (wiadomo dlaczego). Od tej pory duchowni nie mogą udzielać się w mediach i serwisach społecznościowych. Dla ks. Wachowiaka jest to już druga kara, po tym jak został zesłany do parafii w Piłce w Puszczy Noteckiej za krytykowanie „tęczowego” Jaśkowiaka. Przy tym wszystkim, jak podaje „Do Rzeczy”, dekret biskupi formalnie dotyczy... jakichś bzdur sprzed roku – skarg parafian z Poznania i takich tam. Kara biskupia to jedno – ale nie mieć nawet tyle cywilnej odwagi, by napisać otwartym tekstem o co faktycznie chodzi, to już doprawdy słabizna. Jak widać, w polskim Kościele hierarchicznym wciąż w najlepsze kwitnie podstawowe wyznanie – kult świętego spokoju.


*

Tomasz Lis wybrał się do Olsztyna przeprowadzić wywiad ze zrewoltowanym sędzią Juszczyszynem – i jak raz, trafił go udar, po którym wylądował w szpitalu. Panie Tomaszu, dużo zdrowia – i proszę na przyszłość pamiętać, by profilaktycznie co jakiś czas spuszczać z głowy nieco ciśnienia. Jak widać, zawsze jest ryzyko, że od nadmiaru emocji pęknie jakaś żyłka.


*

Olga Tokarczuk (ksywa - „Gorgona”) dała w Szwecji popis w swoim stylu – do wstydu za „kolonializm”, „niewolnictwo” i „antysemityzm” dorzuciła „wstyd” za nieprzyjmowanie przez Polskę „uchodźców” - a wszystko dlatego, że miejscowi pokazali jej wioskę potiomkinowską w postaci modelowej, „multikulturowej” biblioteki dziecięcej. Noblistkę w szczególności urzekło „bogactwo” napływające wraz z migrantami oraz „potencjał sposobów myślenia, wrażliwości, puli genetycznej”. Aż szkoda, że gospodarze nie zabrali jej do jakiejś „no-go zony” na przedmieściach Malmoe. Tam dopiero mogłaby się ponapawać wrażliwością importowanych „lokalsów” - a przy odrobinie szczęścia, również i o „ubogacenie” „puli genetycznej” nie byłoby trudno.


*

Greta Thunberg przy okazji szczytu COP25 oskarżyła o wywołanie kryzysu klimatycznego „kolonialny, rasistowski i patriarchalny system opresji”. Za rok ogłosi, że jest czarną, transpłciową lesbijką i zażyczy sobie dziecka z próbówki pod choinkę. A jeśli go nie otrzyma, napadnie świętego Mikołaja wrzeszcząc: „How dare you? You have stolen my dreams and my childhood!”.


*

Dawno nic nie było tutaj o „Zonie Wolnego Słowa” - a tymczasem jej szefostwo kultywuje swój model biznesowy i tradycyjnie nie płaci ludziom, na co poskarżyli się pracownicy TV Republika. Ciekawe, czy Sakiewka będzie miał... no właśnie - chyba nawet nie tyle przyzwoitości, by przed Bożym Narodzeniem wypłacić zaległe pensje, ale przynajmniej nie życzyć pracownikom „wesołych Świąt”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51-52 (20.12.2019-02.01.2020)

niedziela, 15 grudnia 2019

Pod-Grzybki 190

Olga Tokarczuk wygłosiła wykład noblowski, podczas którego szczególną uwagę zwracała jej nader słuszna ideologicznie „stylówa”. Należy przyznać, że w czarnym „mundurku” prezentowała się niczym sam przewodniczący Mao - a do tego jeszcze te okrągłe okularki a la Beria... Ale był i swojski akcent: piętrząca się dumnie na głowie koafiura – czyli poczciwy, staropolski kołtun ze sfilcowanych włosów. Tytuł wykładu ponoć brzmiał: „szampon – twój wróg!”.


*

Klaudia Jachira dała popis głębokiej wiedzy ekologicznej. W rozmowie w Radiu Plus stwierdziła: „Nie dajmy sobie wmówić, że kornik drukarz, niszczy polską przyrodę, bo on jest częścią polskiej przyrody”. To dość oryginalne podejście, ale ja poszedłbym jeszcze dalej - „częścią przyrody” jest również tasiemiec. Rozumiem, że gdy pani Klaudia go złapie (a wystarczy nieumyte jabłko), to w imię kultywowania swej głębokiej, ekologicznej świadomości będzie troskliwie hodować to sympatyczne stworzonko we własnych jelitach?


*

Rokoszu „nadzwyczajnej kasty” ciąg dalszy. Podbechtana przez TSUE Izba Pracy Sądu Najwyższego w osobach Piotra Prusinowskiego, Bohdana Bieńka oraz Dawida Miąsika ogłosiła w specjalnym wyroku, iż Izba Dyscyplinarna tegoż SN „nie jest sądem w rozumieniu prawa UE”. Uważam, że w odpowiedzi Izba Dyscyplinarna powinna zdelegalizować skład orzekający Izby Pracy – chociażby za rażącą obrazę przepisów prawa i uzurpowanie sobie kompetencji Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli proces ten nabierze odpowiedniej dynamiki, to istnieje szansa, że stopniowo różne frakcje sędziowskie powyrzucają się nawzajem z zawodu i skończy się ten cały bajzel na kółkach, dzięki czemu będzie można wszystko zaorać i zorganizować wymiar sprawiedliwości od zera.


*

A podstawy prawne by się znalazły – sędziowie bowiem nie mogą należeć do partii politycznych ani związków zawodowych, a gołym okiem widać, że taka „Iustitia” pełni rolę zarówno jednego, jak i drugiego, zaś formuła organizacyjna stowarzyszenia jest zwykłym mydleniem oczu, mającym ukryć rzeczywisty, jawnie polityczny charakter tego gremium, co znakomicie widać na antyrządowych manifestacjach. Zatem PiS, jeśli jeszcze zostało tam cokolwiek z niegdysiejszych reformatorskich zapałów, powinien bez ceregieli rozgonić to towarzycho na cztery wiatry. Znając nastawienie większości zwykłych Polaków do sędziowskiej „kasty”, taki krok przysporzyłby rządowi popularności większej, niż wszystkie pięćsetplusy, trzynaste emerytury i gadanie o „polskiej wersji państwa dobrobytu”.


*

Krótko, bo nawet nie chce mi się o tym strzępić klawiatury. Stanisław Piotrowicz został sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Duda płakał, jak zaprzysięgał.


*

Polskie służby przechwyciły prawie 2 tony pierwszorzędnej, kolumbijskiej kokainy o wartości 2 mld. zł., w związku z czym w półświatku celebrycko-politycznym zapanowała żałoba większa, niż po zatrzymaniu Cezarego P., zwanego „dealerem gwiazd”. Najgorsze, że cały ten towar pójdzie teraz do utylizacji, co jest czystym marnotrawstwem. Białe noski różnych „Radziów” i „Sławków” długo jeszcze po tej stracie pozostaną zwieszone na kwintę. Jak tu żyć w tym pisowskim reżimie, który człowiekowi nawet „krechy” żałuje? Chlip, chlip.


*

Krzysztof Mieszkowski ubolewa nad stanem moralnym polskiego narodu popierającego PiS: „Wielkie poparcie moralnie czystego jednolitego narodu jakim w dalszym ciągu cieszy się PiS, mimo kolejnych, zatrważających spektakularnych afer, jest pytaniem o moralnie czysty naród i źródła tej czystości moralnej”. Wyraźnie widać tu tęsknotę za „moralną odnową”, która w stanie wojennym była – przypomnijmy – jednym z haseł junty Jaruzelskiego. Hasłem, dodajmy, nieubłaganie wcielanym w życie – funkcjonowały nawet, jak głosił popularny dowcip, Zmotoryzowane Odwody Moralnej Odnowy. Czyżby właśnie to miał na myśli inny opozycyjny luminarz, Władysław Frasyniuk, gdy wykrzykiwał na demonstracji „je...ć pisiora”?


*

Opozycyjne media kręcą g...burzę, bo Polska Fundacja Narodowa miała opłacać Edmundowi Jannigerowi loty do USA oraz wikt i opierunek (hotel i takie tam) – w sumie na równowartość 25 tys. zł. Ech, chłopak nauczył Macierewicza jak ogarnąć laptopa i te wszystkie internety, a teraz paru złotych mu żałują. Sknery jedne.


*

Studenci łódzkiej filmówki zaprotestowali przeciw wizycie Romana Polańskiego – zarówno z powodu tej starej sprawy z 13-latką, jak i nieco nowszych oskarżeń ze strony jakiejś przeterminowanej aktorki o niegdysiejsze „molestowanie”. Najlepsze były w tym wszystkim komentarze czytelników agorowego portalu Gazeta.pl pod odnośnym artykułem: otóż chyba żaden z nich nie zatrybił, że młodzi filmowcy protestowali z pozycji skrajnie lewicowych, anty-patriarchalnych (bo jak wiadomo, molestuje jedynie patriarchat). Natomiast czerskie lemingi jak jeden mąż uznały, że w łódzkiej Szkole Filmowej zalęgły się jakieś... katolickie mohery, bo lewactwo wciąż im się kojarzy z rewolucją seksualną rodem z lat 60- i 70-tych. A tu niespodzianka: po latach rozpasania lewackie wahadło odbiło w przeciwnym kierunku. Dziś obowiązującą mądrością etapu na lewicy jest skrajna pruderia – przynajmniej jeśli chodzi o relacje heteroseksualne, bo waginosceptycy mogą się bzykać bez ograniczeń, a kto uważa inaczej, ten homofob i faszysta. Ale w relacjach damsko-męskich podobne zachowania to już patriarchalna mizoginia i w ogóle „me too” - nawet jeżeli do niedawna było dokładnie na odwrót. Skomplikowane? I właśnie o to chodzi feministkom, które narzuciły ten skrajnie pruderyjny dyskurs – by nikt nie czuł się do końca pewnie i każdorazowo musiał od nowa ubiegać się o akceptację i certyfikat ideologicznej poprawności. Wedle nowej dogmatyki zanika różnica między gwałtem, a grubym dowcipem czy kurtuazyjnym pocałunkiem w dłoń – wszystko to jest wrzucone do wspólnego worka z napisem „zachowania przemocowe”. I tak oto lewactwo zjadło własny ogon wkraczając w nowy etap: purytanizmu, nad którym pieczę będą sprawowały zakutane pod szyję, zasuszone „ciotki rewolucji”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (13-19.12.2019)

niedziela, 17 listopada 2019

Nobel dla Tokarczuk – nagroda czy wynagrodzenie?

Nobel dla Olgi Tokarczuk to inwestycja w toczącą się w Polsce wojnę kulturową.

I. „Miasto w lustrach”

W pierwszych słowach niniejszego artykułu chciałbym pogratulować... nie, wcale nie Oldze Tokarczuk lecz znakomitemu publicyście Stanisławowi Michalkiewiczowi, który już ponad dwa lata temu w zamieszczonym na łamach „Polski Niepodległej” felietonie pt. „Wyścigi starozakonne” przewidział, iż pani Tokarczuk najwyraźniej rychtowana jest na laureatkę literackiego Nobla. Używając często cytowanej przez pana Stanisława zagłobowskiej frazy - „proroctwa go wspierały”! W drugich słowach natomiast pragnąłbym pogratulować... samemu sobie, bowiem należę do nielicznego grona osób, które przeczytały cokolwiek naszej świeżo upieczonej noblistki od początku do końca. Wprawdzie nie była to rzecz wielka, ale za to unikalna. Otóż proszę sobie wyobrazić, że gdzieś tak na przełomie lat 80. i 90. trafił mi w ręce numer pisma społeczno-kulturalnego „Okolice” wydawanego przez jakąś socjalistyczną organizację młodzieżową – nie pamiętam już dokładnie, ale było to chyba ZSMP. W każdym razie, do pisma w charakterze osobnej wkładki został dołączony niewielki, kilkunastostronicowy tomik wierszy Olgi Tokarczuk zatytułowany „Miasto w lustrach”. Jak udało mi się teraz doczytać, zbiorek ten zawierał poezje zamieszczane uprzednio w „Życiu Literackim”. Jeszcze wcześniej natomiast Olga Tokarczuk publikowała pod pseudonimem „Natasza Borodin” opowiadania w „Na przełaj” - zaczęła w 1979 r., a więc miała wtedy raptem 17 lat (ur. w 1962 r.). Ładne osiągnięcie. Wracając jednak do tomiku – jest to pierwszy „druk zwarty” późniejszej noblistki, więc śmiało mogę powiedzieć, że czytałem jej pełnowymiarowy debiut. Co więcej, wiersze te nigdy nie doczekały się wznowienia w formie osobnego wydawnictwa, więc dziś „Miasto w lustrach” jest swoistym białym krukiem, nie do kupienia w normalnym obrocie – jeżeli już, to może zalega w jakichś bibliotecznych archiwach. A więc, brawo ja – czytałem coś, czego nie przeczytał niemal nikt inny, mogę zadawać szyku.

Dlaczego sądzę, że „Miasto w lustrach” mogła przeczytać raptem garstka osób? Bo tych całych „Okolic” praktycznie nikt nie kupował. W moim miasteczku periodyk ten kurzył się wciśnięty gdzieś na tyły witryny kiosku „Ruchu” całymi miesiącami – aż w końcu skuszony anonsowanym na okładce „arkuszem literackim” zdecydowałem się go kupić. I wiecie co? Nie żałuję. Pamiętam bowiem, że wiersze te wywarły na mnie – wówczas nastoletnim pochłaniaczu różnorakiej literatury – naprawdę spore wrażenie. W szczególności utkwił mi w pamięci poemat pt. „Oddział psychogeriatryczny”, świadczący o niepospolitej wrażliwości dwudziestoparoletniej autorki, potrafiącej wczuć się w położenie starych ludzi, cierpiących na różne związane z podeszłym wiekiem zaburzenia świadomości. Dziś chętnie podrzuciłbym ten wiersz różnym Pszoniakom i innym specjalistom od „świrowania”. Czuć było przez skórę, że Olga Tokarczuk wie o czym pisze – dopiero znacznie później dowiedziałem się, że skończyła psychologię i z zawodu jest psychoterapeutką, a Wikipedia podaje, że na studiach udzielała się jako wolontariuszka opiekując się osobami chorymi psychicznie. Ślady tych doświadczeń są w jej ówczesnej poezji nader wyraźne.

Później jakoś zniknęła z mojego czytelniczego radaru, a gdy zrobiło się o niej głośno – już jako o powieściopisarce - jakoś mi wychłódło, na co zapewne miała wpływ jej prezentowana publicznie postawa i poglądy oraz fakt, że stała się literacką ikoną lewackich salonów. Ale nie tylko. Jej wiersze nie były bowiem łatwą lekturą. Trochę trwało zanim się z nimi oswoiłem i przetrawiłem, stwierdziłem więc, że zapewne w podobnym stylu uprawia swoje pisarstwo – a brnięcie przez kilkaset stron „poetyckiej prozy” prezentującej „strumień świadomości” trąciło mi nieco masochizmem. Co innego wiersz, a co innego napisana w ten sposób powieść. Zmusiłem się do przeczytania Prousta – i wystarczy. To moje maksimum czytelniczego samoumęczenia.

Pocieszam się, że nie jestem jedyny, bo najwyraźniej do identycznych wniosków doszedł sam prof. Gliński, który jak wyznał, nie doczytał żadnej z książek Olgi Tokarczuk do końca. Czuję się więc usprawiedliwiony. Czekam, aż min. Gliński ogłosi, że szczęśliwie dotarł do ostatniej strony któregoś z jej dzieł, to może wtedy zacisnę zęby i zabiorę się za jakichś „Biegunów” - póki co, zadowalam się błogą świadomością, że czytałem Olgę Tokarczuk zanim stało się to modne.


II. Upadek prestiżu

Ale też umówmy się – w tej całej wrzawie wokół Nobla literatura odgrywa zupełnie marginalną rolę, więc nie ma najmniejszego powodu, by akurat przy tej okazji roztrząsać artystyczną wartość twórczości pani Olgi. Tak się bowiem składa, że literacki Nobel od dawna już przestał mieć cokolwiek wspólnego z jakąkolwiek aktywnością twórczą – stanowi ona jedynie dogodny pretekst by uhonorować laureata za poglądy. Jest to, inaczej mówiąc, wewnątrzśrodowiskowa nagroda lewackich salonów, które drogą cierpliwego „marszu przez instytucje” skutecznie skolonizowały szwedzką Akademię i obecnie wyróżnia się nią postępowych aktywistów, zasłużonych na polu walki z cywilizacją łacińską, na zmianę z afirmowaniem różnych egzotycznych kultur – o których, w przeciwieństwie do tradycyjnej kultury i wartości Zachodu - nie można powiedzieć złego słowa.

Niepisane reguły dystrybuowania literackiego Nobla coraz bardziej przypominają dawną „Nagrodę Stalinowską” - a i laureaci światopoglądowo nierzadko zbliżeni są do takich tuzów pióra jak Aleksiej Tołstoj czy Ilja Erenburg. Oczywiście, jeśli dany autor potrafi przy okazji pisać, to tym lepiej, ale nie jest to warunek konieczny – czego widomym przykładem są Noble dla włoskiego komunistycznego trefnisia Dario Fo czy przelanych na papier sadomasochistycznych obsesji Elfriede Jelinek. Osobiście przypuszczam zresztą, że wkrótce doczekamy się literackiego Nobla przyznanego analfabecie – chociażby jakiemuś szamanowi z afrykańskiej wioski, potrafiącemu „ekspresyjnie wyrażać siebie” poprzez sugestywne rytualne tańce lub tatuaże. W końcu, nie można nikogo dyskryminować tylko za to, że przynależy do innego kręgu kulturowego. A wyszykowanie uzasadnienia w stylu: „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia” - ileż to roboty? I niech ktoś się potem spiera na temat „narracyjnej wyobraźni” i „przekraczania granic jako formy życia” w wydaniu nagrodzonego szamana...

Tak więc, czasy gdy Nobla otrzymywali Sienkiewicz i Reymont, a nawet Czesław Miłosz, odeszły bezpowrotnie. Dziś zwyczajnie nie sposób sobie wyobrazić, by ta nagroda powędrowała do kogokolwiek, kto nie wylegitymowałby się odpowiednim światopoglądem. Niemożliwością jest, by nagrodzony został, dajmy na to, Jean Raspail – autor proroczego „Obozu świętych” czy natchnionego „Pierścienia Rybaka”. Inna sprawa, czy ten pryncypialny monarchista przyjąłby lewackie trofeum. Więcej – szwedzcy akademicy najwyraźniej wychodzą z założenia, że „wiara bez uczynków jest martwa” i sama twórczość, choćby najwybitniejsza, nic nie znaczy, jeśli nie jest poparta odpowiednią dawką aktywizmu w przestrzeni publicznej. Nie bez kozery przy okazji nagradzania wymienionych wyżej Dario Fo i Jelinek z lubością podkreślano komunistyczne zaangażowanie pierwszego i feminizm drugiej. Krótko mówiąc – chcesz dostać Nobla, musisz „świergolić” niezgorzej od socrealistycznych propagandystów. Podobnie rzecz się ma z Noblem pokojowym – taki Barack Obama dostał go na zachętę tylko dlatego, że nie był znienawidzonym przez światową lewicę Georgem W. Bushem. W przeszłości nagradzano również jakieś aktywistki od sadzenia drzew i aż dziw bierze, że w tym roku nie wyróżniono Grety Thunberg – może zostawiono ją sobie na później? Nawet „Noble” ekonomiczne (własc. Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla) podlegają modom – był czas, gdy nagradzano gospodarczych liberałów pokroju Miltona Friedmana, teraz z kolei najczęściej nagradza się ekonomistów lewicowych, co moim skromnym zdaniem potwierdza tezę, że ekonomia nie jest nauką ścisłą. Efektem ubocznym jest jednak postępujący upadek prestiżu nagrody – czy ktokolwiek, spoza siedzących w branży zawodowców, jest w stanie wymienić noblistów sprzed dwóch - trzech lat?


III. Reguły gry

Ubiegający się o Nobla kandydaci doskonale zdają sobie sprawę z reguł gry. U nas, zanim noblowskim „papabile” stała się Olga Tokarczuk, dyżurnym pretendentem był poeta Adam Zagajewski, który nie przepuścił żadnej okazji do rytualnego wyrażania odrazy, jaką napawa go polski ciemnogród i prawica utożsamiana przezeń z PiS-em. Czynił to wytrwale, zarówno w mediach polskich, jak i zagranicznych, stwierdzając chociażby w wywiadzie dla niemieckiego „Tagesspiegel”, iż „ukradziono nam nasz kraj” oraz ubolewając nad brakiem „ducha postępu” i „wewnętrznym konserwatyzmem” sporej części polskiego społeczeństwa. Najwyraźniej jednak Adam Zagajewski to już w oczach noblowskiego komitetu przebrzmiała melodia – może mimo jasno deklarowanych sympatii i antypatii jest zbyt mało wyrazisty? Nie rokuje na przyszłość? Co innego Olga Tokarczuk – stosunkowo jeszcze młoda eko-feministka z dreadami, zaangażowana lewicowa działaczka, uczestniczka wszelkich możliwych „manif”, „czarnych protestów” i „marszy równości”, pryncypialnie chłoszcząca polską historię i teraźniejszość. Ta jest perspektywiczna, ta się nada – tym bardziej, że sama zainteresowana przy wsparciu wydawców czyniła wszystkie niezbędne kroki, by dać się poznać z właściwej strony.

Wrócę tu jeszcze na chwilę do wspomnianego na wstępie profetycznego felietonu Stanisława Michalkiewicza. Otóż opisał on Międzynarodowe Targi Książki w Londynie podczas których promowano „Księgi Jakubowe”, zauważając iż autorka historię XVIII-wiecznego żydowskiego szarlatana Jakuba Franka wykorzystuje „w charakterze pretekstu do obnażenia prawdziwego i co tu ukrywać – odrażającego wizerunku mniej wartościowego tubylczego narodu polskiego, który nie tylko »kolonizował«, ale w dodatku straszliwie uciskał »mniejszości«, a zwłaszcza – tę najważniejszą”, zatem „nic dziwnego, że zarządcy stajni właśnie ją wystawili w Londynie do wyścigów starozakonnych. Jeśli się sprawdzi, to może nawet wystawią ją do gonitwy o nagrodę Nobla, dzięki czemu kiedyś dostąpi zaszczytu zajęcia miejsca w samym centrum łona Abrahama (...)”. Efektem tych zabiegów była nagroda Bookera w 2018 r. - i gdyby nie skandal w szwedzkiej Akademii, być może już wtedy otrzymałaby Nobla, o czym świadczy fakt, że nagrodę dostała właśnie za 2018 rok. Rok temu bowiem literackiego Nobla nie przyznano z powodu afery przeciekowo-seksualnej. Mianowicie, mąż jednej z członkiń kapituły Katariny Frostenson, niejaki Jean-Claude Arnault, miał wynosić na zewnątrz ustalenia Komitetu, a na dodatek molestować lub zgoła zgwałcić osiemnaście kobiet, w tym następczynię tronu, księżniczkę Wiktorię. Wskutek skandalu Akademię opuściło szereg członków i potrzeba było czasu, by uzupełnić szeregi. W tym roku więc nadrobiono zaległości.


IV. Inwestycja w wojnę kulturową

Zważywszy na te zaszłości, nie sądzę by akurat chęć wpłynięcia na wybory w Polsce była bodźcem dla szwedzkich akademików. Oni patrzą znacznie szerzej. Nobel dla Olgi Tokarczuk to inwestycja w toczącą się w Polsce wojnę kulturową. Tak się bowiem składa, że nasz kraj pozostaje dla postępowej Europy istnym utrapieniem – nie chcemy przyjmować „uchodźców”, opieramy się multi-kulti, a genderyzm, feminizm, ideologia LGBT i skrajne eko-szajby również jakoś nie chcą się zbytnio przyjmować na naszym gruncie. Do tego jeszcze dający się zaobserwować renesans narodowej dumy, przywiązania do tradycji i chrześcijańskich wartości, połączony z odrzuceniem pedagogiki wstydu. Nawet jeśli ktoś nie jest przesadnie religijny, to i tak na ogół hołduje, nazwijmy to, „zdroworozsądkowemu konserwatyzmowi”. Słowem, Polska wciąż nie chce odmawiać lewackiego pacierza. Rządy PiS w tym kontekście, to z punktu widzenia europejskiego lewactwa jedynie powierzchowny objaw głębszej, społecznej choroby, z której Polaków należy „wyleczyć”. I taka jest wymowa tego Nobla – wspomożenie ideologicznych pobratymców w ich antycywilizacyjnej krucjacie.

Tokarczuk znakomicie nadaje się w tej batalii na symbol. Chwyta w lot co, kiedy i komu należy mówić i jest na tyle inteligentna, by importowane lewackie schematy dostosować do lokalnej specyfiki. Skąd np. wzięły się wypominane jej dziś słowa o polskich „kolonizatorach” i „posiadaczach niewolników”? To lekko zmodyfikowana kalka lewicowego dyskursu z zachodnich kampusów. Zachód, jak wiadomo, kaja się po dziś dzień za epokę kolonializmu i eksploatacji niewolniczej siły roboczej. Olga Tokarczuk sprytnie podpięła się pod tę narrację – a że Polska nie miała kolonii? Nie szkodzi – nazwiemy „koloniami” obszary na wschodzie, a „niewolnikami” - chłopów pańszczyźnianych. Zagajewski na to nie wpadł – a ona, owszem.

Wystarczy przejść do porządku dziennego nad tym, że Polska nikogo nie podbiła, tylko połączyła się z Litwą (i zajętymi wcześniej przez nią ziemiami ruskimi) w drodze dobrowolnej unii, a rzekomi „kolonizatorzy”, czyli magnackie rody, wywodzili się z litewskiego i rusińskiego bojarstwa – a więc swoi „kolonizowali” swoich; że alternatywą dla tych ziem było trafienie pod władzę moskiewskiej despotii; że pańszczyzna była wówczas europejskim standardem, a mimo to nie doświadczyliśmy u nas krwawych wojen chłopskich na skalę, jaka była udziałem np. Niemiec; że zakres swobód i religijnej tolerancji w Polsce był ewenementem na skalę Europy... O tym wszystkim zwyczajnie nie należy mówić – na Zachodzie i tak nie będzie się tego chciało nikomu sprawdzać, za to tenże umoczony w zbrodnie kolonializmu Zachód chętnie posłucha, że Polacy wcale nie byli lepsi i jeszcze na dodatek mordowali Żydów. Taka „narracja” warta jest nawet Nobla...

A więc ów Nobel, to nie tyle nagroda, ile wynagrodzenie – i motywacja na przyszłość. Zostało to zresztą prawidłowo zrozumiane przez tutejszą lewicę. Symptomatyczne są tu słowa publicystki „Wysokich Obcasów” Aleksandry Klich: „Nobel dla Olgi Tokarczuk to znak, że świat nas nie zostawił, patrzy na nas, wie, co się dzieje w Polsce. I znak kierunku, w którym powinniśmy iść”. To nie jest Nobel dla Polski. To jest Nobel przyznany jednej z wojujących ze sobą opcji światopoglądowych. Radykalna lewica w Polsce dostała z rąk Komitetu Noblowskiego swoją świętą – bardziej ogarniętą i samodzielną w formułowaniu myśli niż Greta Thunberg i zarazem w dziedzinie prowokacji ulepszoną intelektualnie wersję Klaudii Jachiry. Od tej pory kwestionowanie lewackiej dogmatyki, każdy konserwatywny przekaz, każda próba polemiki będzie mogła zostać podciągnięta pod „atakowanie noblistki”. Przedsmak tego mieliśmy tuż po wyborze, gdy lewackie salony, nawet nie ukrywając, że uważają tego Nobla za swoją kolektywną własność, na wyprzódki zaczęły wyciągać kto tam kiedyś powiedział coś złego na „naszą noblistkę”. Oni wycisną tego Nobla do imentu, a i sama laureatka jasno pokazała, że nie zamierza poprzestać na literackich splendorach i będzie przekuwała otrzymane wyróżnienie na polityczny oręż. Na szczęście, zarówno ze względu na mniejsze niż niegdyś znaczenie nagrody, jak i na ogólną odporność jaką nabyli Polacy na lewicowe miazmaty, jej przekaz będzie oddziaływał głównie na już przekonanych – a gdy ktoś zaciekawiony sięgnie po książki, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć odpadnie jak Gliński.

Na koniec jeszcze słówko o rzekomym „męczeństwie” Olgi Tokarczuk – zresztą, jak widzimy, sowicie wynagrodzonym. Otóż jestem skłonny zgodzić się, że artyście wolno więcej – przekraczać granice i prowokować. Ale z drugiej strony, artysta dokonując transgresji niejako podpisuje weksel in blanco, wyrażając z góry zgodę na to, że jego akcja może się spotkać z reakcją. Tymczasem nasze artystyczne pieszczochy domagają się gwarancji prowokowania bez ryzyka. I tu się mylą – tak lekko nie ma i nie będzie. Nobel nie może oznaczać knebla, immunitetu na krytykę. Podstawa, to nie dać się zwariować i nie ulegać szantażowi „na noblistkę”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 12 (Listopad 2019)

wtorek, 29 października 2019

Pod-Grzybki 183

Na początek dobra wiadomość. Jak wiadomo, „globalne ocieplenie” oznacza tyle, że gdzieś od XIX w. wychodzimy pomału z trwającej od schyłku średniowiecza tzw. małej epoki lodowej i wkraczamy w okres kolejnego optimum klimatycznego, zmierzając do temperatur jakie panowały mniej więcej tysiąc lat temu. Ma to jednak swoje konsekwencje – otóż na Syberii zaczyna się roztapiać wieczna zmarzlina. To zaś powoduje, iż zagrożone jest wszystko, co na owej zmarzlinie wybudowano – domy, drogi, instalacje wydobywcze ropy i gazu, cała infrastruktura... Jak wyczytałem, dotychczasowy obszar wiecznej zmarzliny obejmuje jakieś 60 proc. terytorium Rosji. Tak więc, drodzy Państwo, niedługo Rosja przestanie być problemem – po prostu utonie w bagnie.


*

Maja Ostaszewska level hard. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wystrzeliła ze spostrzeżeniem, że „świnie mruczą swoim dzieciom jakby kołysanki”, ponadto wyznała, iż ze względu na jej popularność, nie podzielenie się swymi przemyśleniami w internecie byłoby „marnotrawstwem potencjału”. Cóż, mam nadzieję, że zanim PiS odbierze Mai Ostaszewskiej internet, zdąży jeszcze zademonstrować jakąś piosenkę, której nauczyła się podpatrując zwyczaje trzody chlewnej – bardzo chciałbym usłyszeć w jej wykonaniu jakąś, ehem, świńską kołysankę...

*

Olga Tokarczuk się rozkręca, pokazując oblicze fanatycznej eko-weganki. Podczas spotkania z czytelnikami we Wrocławiu stwierdziła, że „za 50 lat będziemy wstydzili się, że jedliśmy mięso. Jestem pewna, że tak się stanie. Myślę, że mięso będzie obłożone ogromną akcyzą i tylko najbogatsi ludzie będą sobie mogli na to pozwolić”. Oczywiście Olga Tokarczuk sama tego nie wymyśliła – przymusowe odejście od mięsa to bowiem pomysł krążący już od dawna wśród zielonych totalitarystów na Zachodzie. Taka Tokarczuk czy Sylwia Spurek jedynie przeszczepiają te importowane koncepcje na nasz grunt. Konsekwencją, czego noblistka zresztą nie ukrywa, będzie powrót do czasów, gdy możliwość jedzenia mięsa była wyznacznikiem statusu społecznego – cała reszta ludzkości zostanie wtrącona w odgórnie zaplanowaną nędzę. Osobiście sądzę jednak, że opodatkowanie mięsa nie wystarczy – trzeba wprowadzić kartki i karę śmierci za nielegalny ubój. W ten sposób będziemy mieli stan wojenny i okupację w jednym. Niech żyje „Nowy Zielony Ład”!


*

Z powyborczych remanentów. Wiecie Państwo jak zagłosowała Polonia? Otóż PiS wygrało jedynie w USA. W Europie Zachodniej natomiast bezapelacyjnie zwyciężyła Koalicja Obywatelska – od Wielkiej Brytanii po Niemcy – na co zdecydowany wpływ mieli masowi migranci zarobkowi z lat 2007-2015. I to jest zagadka, bowiem wychodzi na to, że Polacy z zagranicy zagłosowali na tych, którzy podczas swych rządów wypchnęli ich na emigrację. Są wdzięczni, że mogą tyrać na niemieckich budowach i zmywać gary w londyńskich knajpach?


*

Ale są i wieści weselsze. Do Sejmu nie dostał się Stanisław Piotrowicz – postać jak mało która obciążająca wizerunkowo obóz „dobrej zmiany”. Do dziś nie potrafię pojąć, jak można było uczynić PRL-owskiego prokuratora twarzą reformy sądownictwa. Naczalstwo PiS-u jednak brnie dalej i jak wieść niesie namawia posłów, którzy wyprzedzili Piotrowicza na Podkarpaciu, by zrezygnowali z mandatu. Jak rany, mam nadzieję, że nikt się jednak nie ugnie – wystarczy, że do Sejmu dostał się Czarzasty.


*

Kolejna dobra wiadomość – nie pomogła słynna przedwyborcza herbatka z Jarosławem Kaczyńskim i do Sejmu nie wszedł również naczelny wegetariański eko-oszołom „dobrej zmiany”, czyli Krzysztof Czabański. Może teraz będzie miał więcej czasu, żeby zająć się repolonizacją mediów, zamiast rujnować branżę hodowli zwierząt futerkowych pomysłami rodem z głowy Sylwii Spurek i Olgi Tokarczuk? Jako poseł jak nic ochoczo zgłosiłby 100-proc. akcyzę na mięso, a wyborcy za 500+ mogliby kupić sobie co najwyżej szczaw i mirabelki.


*

Schetyna wygrał wybory! Konkretnie – zmiażdżył rywali w obu wrocławskich więzieniach i w areszcie śledczym. Na 1360 oddanych głosów zgarnął aż 427, a Koalicja Obywatelska łącznie dostała 671 głosów – czyli ponad 49 proc. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego PO tak obawia się ewentualnego wdrożenia programu „Cela+”. Przecież za kratkami będą się czuli jak w domu, wśród swojaków.


*

Tymczasem w obozie Zjednoczonej Prawicy rozpoczynają się jakieś dziwne powyborcze harce - gowinowcy i ziobryści tak się wbili w dumę z tytułu tego, że udało im się wprowadzić po 18 posłów, że zaczynają stawiać Kaczyńskiemu jakieś warunki. Panowie, ci wasi posłowie wjechali na plecach PiS, a wyborcy nie kojarzą nawet nazw tych waszych partyjek. Gdybyście poszli samodzielnie, mielibyście guzik z pętelką, więc może trochę wyluzujcie, dobra?


*

Na Krystynę Jandę zawsze można liczyć. Tysiąc osób – nawet po stronie lewicowo-liberalnej - może mówić jej, żeby wreszcie się zamknęła, bo obrażanie wyborców PiS i mieszkańców prowincji tylko dodatkowo utwierdza ich w niechęci do PO i lewicy, ale nie – ta obsesja jest od niej silniejsza. Jak wiemy, po wyborach zamieściła na Facebooku grafikę z wyliczeniem, za ile złotych w przeliczeniu na dobę PiS „kupił” sobie wyborców różnymi programami socjalnymi (wyszło 8 zł. 75 gr.), porównując tę kwotę z ceną, jaką w Warszawie należy zapłacić za noc z prostytutką (ponoć 2256 zł.). Wyszło, że wyborcy PiS to tanie dziwki. Żeby było śmieszniej, okazało się, że grafika pochodzi od zaprzysięgłego wolnorynkowca i zwolennika... Konfederacji. Janda ma prawo czuć się zniesmaczona, bo jej teatrzyki tylko od 2005 do 2017 r. otrzymały łącznie 15 mln. zł. dotacji, z czego w samym 2017 r. było to 2 mln. 450 tys. - a więc 6 712 zł. dziennie. No i wszystko jasne – trudno, by tak luksusowa kurtyzana nie czuła odrazy do jakichś tanich ulicznic. Tylko zaniżają stawki i psują jej interes.


*

Na zakończenie – PiS musiałby upaść na głowę, by zgodnie z obawami Mai Ostaszewskiej zabierać celebrytom internet. Przecież nikt nie napędza im skuteczniej wyborców. Są w tym lepsi niż Wałęsa.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

niedziela, 20 października 2019

Pod-Grzybki 182

Habemus Nobel! Szwedzka ekspozytura międzynarodowego lewactwa postanowiła wspomóc polskich ideowych pobratymców przyznając Oldze Tokarczuk swoją środowiskową nagrodę. Jak wiadomo, literackiego Nobla przyznaje się głównie za poglądy – oczywiście, jeśli laureat przy okazji potrafi pisać, to tym lepiej, ale nie jest to warunek konieczny. Podobnie z Noblem pokojowym – taki Barack Obama dostał go tylko za to, że nie jest Georgem W. Bushem. I nasze salony odczytały wyróżnienie trafnie, z miejsca ogłaszając, że jest to ICH noblistka. Ale cieszmy się i my, zawsze mogło być gorzej – przecież równie dobrze Nobla mogła dostać Nurowska.


*

Monika Olejnik rulez! Zarządziła, by odtąd każdy, bez względu na płeć, wiek, stan cywilny i umysłu – paradował mając przy sobie „zamiast lub obok torebki” książkę Olgi Tokarczuk: „spacerujmy po ulicach, parkach, lasach, sklepach, teatrach, kinach i stadionach oraz kościołach i innych miejscach – z książką! Z książką Olgi Tokarczuk”. Czytać na szczęście nie trzeba, co z niejaką ulgą przyjął min. Gliński. W związku z apelem, mam receptę na to, jak uchodzić za osobnika, jak to się mówi na salonach, „na pewnym poziomie” - oczytanego i inteligentnego światowca nadążającego za trendami: 1) kupujemy jakąkolwiek książkę Olgi Tokarczuk (niestety, w stwarzanie pozorów należy zainwestować); 2) wyginamy grzbiet książki, tak by wyglądała na czytaną; 3) ruszamy z nią w miasto zadawać szyku. A co, niech się chamy napatrzą, jak wygląda kulturalny człowiek!


*

Pewien problem może być z zabieraniem książki Olgi Tokarczuk do kina - przecież na sali podczas projekcji jest ciemno. Gdyby jednak Państwo zauważyli, jak w trakcie seansu ktoś uporczywie udaje, że czyta książkę Olgi Tokarczuk, należy zachować spokój – a po filmie dyskretnie się zbliżyć i poprosić o autograf. To zapewne będzie Monika Olejnik.


*

Bonus: gdy w kościele demonstracyjnie zaczniecie się modlić z książki Olgi Tokarczuk zamiast, jak te wsiowe mohery, z książeczki do nabożeństwa i ktoś zwróci wam uwagę – będziecie mogli odtąd zażywać męczeńskiej chwały jako ofiara prześladowań katolickiego ciemnogrodu. Wasze akcje w tzw. eleganckim towarzystwie z miejsca podskoczą o jakieś 50 proc.


*

Mam tylko jeden zgryz – Monika Olejnik zaleciła również zabieranie dzieł Noblistki do lasu. Że też ja tego wcześniej nie wiedziałem! Proszę sobie wyobrazić, że w sobotę byłem właśnie w lesie, na grzybach – i nie miałem ze sobą książki Olgi Tokarczuk! Zamiast tego, jak ostatni prymityw, wziąłem kozik i wiaderko. Jaki wstyd! Teraz przez to faux pas czuję się jak skończony palant.


*

Nieco poważniejąc – nie wiem, jak Państwo, ale ja nie mogłem słuchać tych rytualnych zapewnień „naszych” o „radości” z Nobla dla tej polakożerczej lewaczki. Polityków jeszcze rozumiem – inaczej nie mogli tuż przed wyborami. Ale reszta? Ostatecznie dobił mnie min. Gliński, który by zmazać niewczesne wyznanie, że nie był w stanie doczytać żadnego z jej rozwlekłych dzieł do końca, pośpieszył z zapewnieniem, iż jego ministerstwo wycelowało 700 tys. zł. na tłumaczenia dorobku Tokarczuk na wszystkie możliwe języki. Czyli, mówiąc po ludzku, dorzuciło się do szerzenia w świecie antypolskiej propagandy. No, teraz nawet Papuasi będą mogli zabierać książki Olgi Tokarczuk do dżungli na polowania i czytać o tym, jak to Polacy ciemiężyli niewolników.



*

Zmieńmy temat. Polacy nie przestają mnie zadziwiać. Opublikowano wyniki sondażu z którego wynika, że 66 proc. respondentów jest za zniesieniem celibatu księży. Zarazem, w dość rozpowszechnionym nurcie tzw. ludowego antyklerykalizmu panuje opinia o „pazerności klechów”. Ehem, drodzy rodacy, wyobraźcie sobie, że ten „pazerny kler” ma jeszcze na utrzymaniu rodziny... Nic wam się tu nie gryzie? Jak to mawiają w internetach – fuck logic...


*

Jeszcze przed wyborami Klaudia Jachira złożyła na policji zawiadomienie o przestępstwie – stała się mianowicie obiektem tzw. gróźb karalnych wysyłanych jej przez rozjuszonych internautów. Krótko mówiąc – czołowa polityczna hejterka i prowokatorka, godna następczyni Palikota, żali się, że sama stała się obiektem hejtu ze strony tych, których obrażała. Słowem - ani mózgu, ani honoru. No chyba, że Jachira to lepsza cwana gapa i celuje w pokojowego Nobla, jako ofiara „politycznej przemocy”. I wiecie co? Wcale nie jest bez szans.


*

Czerscy niczym św. Jerzy pokonali smoka! Konkretnie, twitterowicza o nicku „Smok05”. Tak im zalazł za skórę, udzielając się nie tylko na Twitterze, ale i na internetowym forum „Gazety Wyborczej”, że uskutecznili „dziennikarskie śledztwo” - i podali jego dane. Imię i nazwisko, miasto zamieszkania, firmę w której pracuje, PESEL... Słowem, Stefan Michnik może nie jest na Czerskiej obecny ciałem, ale duchem – na pewno. No, to teraz czekam na ujawnienie adresów dziennikarzy „Wyborczej” - w końcu, jak można , to można.


*

Jerzy Stuhr próbował załagodzić słynne słowa o „folwarcznych chłopach”. Wyszło na to, że on bynajmniej nie uważa, iż wszyscy chłopi są nienawistni i chcą się mścić na „elitach”. Są też chłopi „dobrzy”. Krótko mówiąc, „arystokrata” Stuhr podzielił plebs na ten potulny, słuchający się autorytetów i salonów oraz na chamów zbuntowanych. Dobrze rymuje się to z wypowiedzią pawianogrzywego prof. Radosława Markowskiego, który ze swych parnasów ocenił, że elektorat PiS „nie ma kwalifikacji obywatelskich”. Profesor wie co mówi, wszak przed laty zasłynął propozycją wprowadzenia w Polsce apartheidu – pisowski „ciemnogród” miałby zostać „instytucjonalnie oddzielony” od postępowego, platformerskiego „jasnogrodu”. Inny „kwalifikowany obywatel” z tej stajni, to nasz ulubieniec prof. Jan Hartman, który niegdyś, gdy Platformie spadły słupki dał wyraz swej obywatelskiej trosce słowami: „Tusku, k...a, zrób coś! Obiecaj ludziom lody, albo co”. I teraz wyobraźmy sobie tę komisję weryfikacyjną: Stuhr, Markowski, Hartman, siedzący za stołem i oceniający „kwalifikacje obywatelskie” kolejnych delikwentów. Uff, mało brakowało...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)