Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greta Thunberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greta Thunberg. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 191

PiS odpowiedział na sędziowski rokosz zmierzający do anarchizacji wymiaru sprawiedliwości i zgłosił projekt „ustawy dyscyplinującej”, zakazującej sędziom aktywności politycznej, tudzież innych zachowań nie licujących z powagą pełnionej funkcji, w tym m.in. podważania statusu kolegów nominowanych przez obecną KRS czy odmowy stosowania obowiązujących ustaw. Oczywiście, rozległ się wrzask w kraju i za granicą, niemiecka prasa i Bruksela dostały szału, zapowiadane są kolejne protesty uliczne ze świeczkami – słowem, standard. I teraz kilka spraw: czy PiS podtrzyma ustawę? Czy nie ulegnie naciskom? Czy nie wycofa się rakiem, jak to już nieraz bywało – choćby pod presją „pytań prejudycjalnych”, jakie niechybnie zostaną skierowane do TSUE? Krótko mówiąc – czy się znów nie wystraszy własnej odwagi? Ot, pytania, pytania...


*

A tymczasem prezes największej partii opozycyjnej, czyli sędziowskiego stowarzyszenia „Iustitia”, sędzia Krystian Markiewicz wyznał, iż „jest mu wstyd” gdy jeździ na Zachód z powodu tego co dzieje się w Polsce i zaapelował do rządu o „podjęcie rozmów” odnośnie wymiaru sprawiedliwości. Kurczę, mam nadzieję, że nikt z PiS-u na to nie pójdzie. Żadnych rozmów panowie! Czas pogaduszek się skończył, teraz to całe rozbezczelnione towarzycho trzeba po prostu wziąć za pysk.


*

Widzieli Państwo już clip „Maty” (czyli Matczaka-juniora) „Patointeligencja”? Chciałbym móc napisać, że ja też nie, ale jakoś się przemogłem – głównie po to, byście nie musieli sami oglądać tego szajsu. Pochwalę się, że dotrwałem gdzieś do trzeciej minuty, zanim przytłoczyło mnie stężenie syfu i ogólnej żenady. Generalnie jest tak: paniczyk z dobrego domu, uczęszczający do prestiżowego warszawskiego Liceum im. Stefana Batorego bawi się w cieplarniany buncik i rapuje o tym, jak to młodzież pije, ćpa i gzi się po kątach – chyba, by zagłuszyć egzystencjalną pustkę, czy coś takiego. Wcale nie dlatego, że po prostu lubią ostre melanże, gdzieżby – w końcu to inteligencja, chociaż może nieco „pato”. O, jak rany, po prostu rewelacja – za moich czasów ab-so-lut-nie takich rzeczy nie było... Ale spoko, za chwilę mu przejdzie – skończy szkołę, pójdzie na studia, zaliczy aplikację i zostanie autorytetem moralnym, jak tatuś.


*

A skoro już jesteśmy przy patologiach, to... ehem, w tym miejscu, jeżeli przypadkiem czyta to jakaś osoba nieletnia, uprasza się o staranne ominięcie wzrokiem niniejszej notki. -----------------------------------------------

Już? No to lecimy. Otóż jeden z większych serwisów „dla dorosłych” opublikował swoje statystyki – i nie pisałbym (ani nawet nie wiedział) o tym, gdyby nie to, że postanowiła je przytoczyć na swej stronie internetowej „Wyborcza” - i to w podobno poważnym serwisie „BIQdata”. W każdym razie, okazało się, że w Polsce wśród najchętniej oglądanych „produkcji” króluje kategoria „milf” (to taki skrótowiec, ale pozwólcie, że nie będę go rozwijał, powiedzmy, że umownie chodzi o tzw. „mamuśki”, choć to bardzo eufemistyczne tłumaczenie). Dane te musiały najprawdopodobniej dotrzeć do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – i dlatego jest tak pewna wygranej z Andrzejem Dudą.


*

Natomiast w Niemczech króluje... a nie, to jednak zbyt obleśne. Rany gościa, te szkopy, to dopiero są borciuchy...


*

Abp. Stanisław Gądecki nałożył knebel na dwóch księży – Daniela Wachowiaka i Adama Pawłowskiego, którzy byli inicjatorami listu protestującego przeciw pochówkowi w poznańskiej katedrze abp. Juliusza Paetza (wiadomo dlaczego). Od tej pory duchowni nie mogą udzielać się w mediach i serwisach społecznościowych. Dla ks. Wachowiaka jest to już druga kara, po tym jak został zesłany do parafii w Piłce w Puszczy Noteckiej za krytykowanie „tęczowego” Jaśkowiaka. Przy tym wszystkim, jak podaje „Do Rzeczy”, dekret biskupi formalnie dotyczy... jakichś bzdur sprzed roku – skarg parafian z Poznania i takich tam. Kara biskupia to jedno – ale nie mieć nawet tyle cywilnej odwagi, by napisać otwartym tekstem o co faktycznie chodzi, to już doprawdy słabizna. Jak widać, w polskim Kościele hierarchicznym wciąż w najlepsze kwitnie podstawowe wyznanie – kult świętego spokoju.


*

Tomasz Lis wybrał się do Olsztyna przeprowadzić wywiad ze zrewoltowanym sędzią Juszczyszynem – i jak raz, trafił go udar, po którym wylądował w szpitalu. Panie Tomaszu, dużo zdrowia – i proszę na przyszłość pamiętać, by profilaktycznie co jakiś czas spuszczać z głowy nieco ciśnienia. Jak widać, zawsze jest ryzyko, że od nadmiaru emocji pęknie jakaś żyłka.


*

Olga Tokarczuk (ksywa - „Gorgona”) dała w Szwecji popis w swoim stylu – do wstydu za „kolonializm”, „niewolnictwo” i „antysemityzm” dorzuciła „wstyd” za nieprzyjmowanie przez Polskę „uchodźców” - a wszystko dlatego, że miejscowi pokazali jej wioskę potiomkinowską w postaci modelowej, „multikulturowej” biblioteki dziecięcej. Noblistkę w szczególności urzekło „bogactwo” napływające wraz z migrantami oraz „potencjał sposobów myślenia, wrażliwości, puli genetycznej”. Aż szkoda, że gospodarze nie zabrali jej do jakiejś „no-go zony” na przedmieściach Malmoe. Tam dopiero mogłaby się ponapawać wrażliwością importowanych „lokalsów” - a przy odrobinie szczęścia, również i o „ubogacenie” „puli genetycznej” nie byłoby trudno.


*

Greta Thunberg przy okazji szczytu COP25 oskarżyła o wywołanie kryzysu klimatycznego „kolonialny, rasistowski i patriarchalny system opresji”. Za rok ogłosi, że jest czarną, transpłciową lesbijką i zażyczy sobie dziecka z próbówki pod choinkę. A jeśli go nie otrzyma, napadnie świętego Mikołaja wrzeszcząc: „How dare you? You have stolen my dreams and my childhood!”.


*

Dawno nic nie było tutaj o „Zonie Wolnego Słowa” - a tymczasem jej szefostwo kultywuje swój model biznesowy i tradycyjnie nie płaci ludziom, na co poskarżyli się pracownicy TV Republika. Ciekawe, czy Sakiewka będzie miał... no właśnie - chyba nawet nie tyle przyzwoitości, by przed Bożym Narodzeniem wypłacić zaległe pensje, ale przynajmniej nie życzyć pracownikom „wesołych Świąt”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51-52 (20.12.2019-02.01.2020)

piątek, 11 października 2019

Pod-Grzybki 180

Na rozgrzewkę dowcip z internetu: co się urodzi ze związku Róży THUN z Adrianem ZandBERGiem? Greta THUN-BERG.


*

Przy okazji – sądząc po mieszanych reakcjach świata na ostatnie wystąpienie „św. Grety od klimatu” w ONZ, żagiel z napisem „Greta Thunberg” niedługo zostanie zwinięty. Po prostu mała Greta zaczęła się medialnie „zużywać” - została, jak to się mawia, „przehajpowana” i jej nadaktywność robi się przeciwskuteczna – część ludzi ciągnie sobie z niej łacha, a część zwyczajnie wnerwia swoimi przemądrzałymi kazaniami. I wtedy, gdy nagle wokół niej zrobi się pusto, będzie miała pełne prawo stanąć przed swoimi rodzicami i zapytać, kto ukradł jej dzieciństwo.


*

Ekologia w działaniu. Na jedną z warszawskich wysp położonych na Wiśle sprowadzono swojego czasu stado 60 kóz, które miały robić za naturalne kosiarki i wyjadać różne chaszcze. Niestety, okazało się, że do tej pory padło już 30 zwierząt, które ich opiekun – zatrudniony na czarno bezdomny – musiał na polecenie zleceniodawców zakopywać lub wyrzucać do rzeki. Coś niesamowitego. Koza to przecież bydlę słynące z niesamowitej odporności na trudne warunki – a nawet i to udało się władzom Warszawy schrzanić. Niech zgadnę – opiły się wody z Wisły po „kontrolowanym zrzucie” Trzaskowskiego? I czy w tej sprawie zabrała już głos bojowniczka o „międzygatunkowe siostrzeństwo”, Sylwia Spurek?


*

Swoją drogą, chciałbym być świadkiem spotkania Sylwii Spurek z Krystyną Jandą – może Janda zaprosiłaby panią Sylwię do eleganckiej restauracji w której, jak chwaliła się kilka miesięcy temu aktorka, podano by „okonia z risotto i pietruszką”, a następnie „polędwicę wołową z foie gras i kasztanami”? A Spurek w odpowiedzi wetknęłaby Jandzie w gardło metalową rurę i zmusiła do połknięcia tych pyszności za jednym razem? Rany, jak ja chciałbym to zobaczyć!


*

Warszawiacy są niewzruszeni. Jak wynika z sondażu, blisko 70 proc. mieszkańców stolicy uważa, że „kałboj” Trzaskowski w sprawie awarii „Czajki” stanął na wysokości zadania. I moim skromnym zdaniem ten sondaż wcale nie musiał zostać „skręcony” - opisuje po prostu stan ducha i umysłów wielkomiejskiego elektoratu. Trzaskowski może więc spać spokojnie, bo choćby nawet wykonał „kontrolowany zrzut” nie tylko do Wisły, ale wprost na głowy warszawiaków, to oni ze spokojem się obetrą, a następnie i tak zagłosują na niego tyle razy, ile będzie trzeba – byle tylko nie dopuścić „pisiorów” do władzy. Zgadzam się tutaj z diagnozą Patryka Jakiego, który odbił się od tego mentalnego muru podczas wyborów samorządowych: „jeszcze się zdziwicie wynikiem Jachiry”.


*

Tymczasem Jerzy Stuhr odkrył w sobie domorosłego socjologa i zawyrokował, że głosujący na PiS to potomkowie chłopów folwarcznych, którzy się mszczą za „wielowiekowe ciemiężenie”. Wynikałoby z tego, że wśród pisowców panuje wręcz wzorowa „świadomość klasowa” rodem z nauk marksizmu-leninizmu. Jest tylko jeden problem: przytłaczająca większość obecnych Polaków to właśnie potomkowie chłopstwa, bo warstwy wyższe zostały wyrżnięte w kolejnych kataklizmach dziejowych. Tak, tak, panie Stuhr – ta „oświecona”, wielkomiejska klasa średnia również dopiero co wyrwała się z folwarcznych czworaków, czego zresztą potwornie się wstydzi i głosując na „europejczyków” z PO rozpaczliwie próbuje w symboliczny sposób odciąć się od własnych korzeni. Tyle, że folwarczna mentalność co i rusz wyłazi na wierzch – czego dowodem jest chociażby wspomniane wyżej poparcie dla Trzaskowskiego i gromadny rechot z wygłupów Klaudii Jachiry. Jak podoba się panu taka diagnoza?


*

Jak oni nienawidzą tego 500+... Władze Warszawy ogłosiły, że nie dostały wystarczających środków na wypłaty świadczenia i będą musiały je wstrzymać – co szybko okazało się nieprawdą, bo pieniądze zostały przekazane w prawidłowej ilości. I ten nieudolny przedwyborczy sabotaż mówi o Platformie więcej niż tysiąc słów – a także o wiarygodności zapewnień, że „nic co zostało dane nie będzie odebrane”. Przecież ich boli serce na widok tych miliardów płynących do kieszeni „motłochu” i aż przebierają nogami, by wreszcie się do nich dobrać. Zresztą, kto wie, czy właśnie się nie dobrali – do Ratusza powinna natychmiast wkroczyć kontrola, by wyjaśnić to „manko Trzaskowskiego”. Trzaskowski, nie świruj - oddawaj ludziom kasę!


*

Ale komu oddawać – tym zapyziałym nierobom, mieszkającym w ciemnych klitkach z pamiętającą ubiegły wiek meblościanką ze Swarzędza? Tak przecież, zgodnie z wyborczym klipem PO, żyją „zwykli Polacy” roszczeniowo jęczący, że „coś tam, coś tam”. Słowem, czyste marnotrawstwo. A do roboty, nieroby, dorabiać sobie w „para-dokumentach”! A jakby co, to ten wasz „swarzędz” za kolejnych 20 lat na fali nostalgii będzie designerskim hitem – jak dziś mebelki z głębokiego PRL-u. Potraktujcie to jak inwestycję - wystarczy tylko konserwować i wnuczek spienięży za grubą kasę. A z „rozdawnictwem” się pożegnajcie. W końcu, jak klarował towarzysz Szmaciak: „pula nie jest do kradzieży / pula się cała nam należy”!


*

Przed wyborami uaktywniła się Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) i wyprodukowała dwie rezolucje – w pierwszej zaapelowała o „bezwarunkową odpowiedzialność dyscyplinarną” za kwestionowanie ideologii LGBT (casus prof. Nalaskowskiego), w drugiej zaś zadekretowała klimatyczny dogmat religii „globalnego ocieplenia”, domagając się „pilnych i zdecydowanych działań” w stylu godnym samej Grety Thunberg. Cóż, skoro polskie uczelnie łapią się w najlepszym razie do czwartej setki światowych rankingów, to naszym luminarzom wszechnauk pozostaje już tylko gorliwie epatować lewactwem w nadziei, że ktoś zauważy i doceni poprzebieranych w birety i gronostaje ormowców politycznej poprawności. A ja, zainspirowany przez KRASP, widzę już przyszłość „nowego zielonego ładu” do którego zmierzamy. Widzę ją wyraźnie, jak nigdy dotąd. W mej proroczej wizji każdy człowiek będzie musiał obowiązkowo poruszać się ze szczotką wetkniętą w d..., żeby zamiatać za sobą „ślad węglowy”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (04-10.10.2019)

niedziela, 29 września 2019

Klimatyczne zdziecinnienie

Współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.

I. Pielgrzymka klimatyczna

Cały świat wstrzymał oddech. Młodociana klimatystka Greta Thunberg przemówiła podczas inauguracji nowojorskiego szczytu klimatycznego ONZ. 16-letnie bożyszcze ekologistów (nieustająco przypominam: ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) dało do wiwatu zgromadzonym dostojnikom, ale zanim przejdziemy do szczegółów speechu, zwrócę uwagę na całą otoczkę poprzedzającą ów wiekopomny moment. Otóż, jak wiemy, szwedzka aktywistka klimatyczna, by nie pozostawiać po sobie „śladu węglowego” wyruszyła za ocean nie samolotem, lecz „zeroemisyjnym” jachtem użyczonym do tego celu przez księstwo Monaco, słynące poza tym z wyścigów Formuły1 i będące wielką przystanią luksusowych, paliwożernych, dieslowskich jachtów. Hipokryzja aż wyje. Jednostka pływająca panienki Thunberg była jednak do tego stopnia ascetyczna, że nie wyposażono jej nawet w prysznic i toaletę, zaś naturalne potrzeby załatwiano do „niebieskiego wiaderka”, z dumą zaprezentowanego przez kapitana łajby przed wyruszeniem w rejs. Rodziło to uzasadnione obawy, że po zejściu na amerykański ląd małą Gretę będzie poprzedzała specyficzna atmosfera – tak jak we wspomnieniach mieszkańców Kresów wkroczenie do ich miejscowości Armii Czerwonej poprzedzał narastający smród. Biorąc pod uwagę powyższe obawy, nie dziwi, że świat - a przynajmniej uczestnicy szczytu i obsługujący go dziennikarze - przed wejściem na mównicę naszej współczesnej ascetki woleli na wszelki wypadek wstrzymać oddech. Na szczęście okazało się, że Greta przed swym występem została wykąpana i odziana w czyste szaty, tak więc świat mógł wypuścić z ulgą powietrze z płuc i od tej pory wszyscy oddychali już w miarę swobodnie – no chyba, że ktoś się zakrztusił wysłuchując nieprzytomnych banialuków wygadywanych przez „klimatyczną Joannę d'Arc”.

Pozostaje do wyjaśnienia jeszcze zagadka „niebieskiego wiaderka” ze zgromadzoną zawartością: czy poddano je utylizacji, czy też zachowano na wieczną pamiątkę dla potomności? Zważywszy, że dotąd Gretę Thunberg zdążono okrzyknąć „mesjaszem naszych czasów” i „współczesnym Dawidem”, to rzeczone wiaderko ma szansę stać się cenną relikwią rodzącego się na naszych oczach kultu współczesnej klimatycznej świętej i obiektem mistycznej adoracji roztaczającym wokół powalający „odor sanctitatis”. W dobie wystawiania w muzeach słoików z fekaliami nic nie stoi na przeszkodzie, by pójść o krok dalej i uczynić również takie utensylium przedmiotem religijnego uwielbienia. Kościół św. Grety z niecierpliwością czeka na tę duchową, hm, strawę.

Małostkowi zawistnicy podnosili wprawdzie, że cała eskapada okupiona została wielokrotnie większym „śladem węglowym”, niż gdyby panna Thunberg udała się do Nowego Jorku normalnie samolotem – bo i tak trzeba było wysłać drugą zmianę załogi, by sprowadziła jacht z powrotem do Europy, a i pierwsza zmiana też powróci drogą lotniczą. Sądzę jednak, iż klimat doskonale zdaje sobie sprawę, że to wszystko odbyło się dla jego własnego dobra i zbytnio się nie obrazi. W końcu, skoro cała ludzkość pada przed szwedzką nastolatką na twarz, to i klimatowi nie pozostaje nic innego, jak ugiąć przed jej majestatem kolano.


II. Homilia św. Grety

W każdym razie, po tych budujących napięcie przygotowaniach nastąpił punkt kulminacyjny – Greta Thunberg przystąpiła do wygłaszania swych nauk. Czegóż tam nie było! Ciskała z wysokości gromy na klimatyczną gnuśność wiernych, wytykała odstępstwa od doktryny, podkreślała błędy i wypaczenia, potępiała zdradę i zaprzaństwo oraz niecne uczynki wyrządzone klimatowi i bliźnim, napominała, że czas jest bliski, straszyła wiekuistym potępieniem... Słowem, byliśmy świadkami płomiennej homilii wygłoszonej przez najwyższą kapłankę apokaliptycznej sekty klimatystów. Wszystko podkreślone ekstatyczną mimiką i tonem głosu, tak by do każdego dotarło, że z klimatem nie ma żartów, proroctwa się dopełniają i jeśli się nie nawrócimy, zostaniemy spaleni żywym ogniem.

Wsłuchajmy się w jej słowa, cytowane obficie i należną czcią przez portal gazeta.pl: „To wszystko jest złe. Nie powinno mnie tu być. Powinnam być w szkole po drugiej stronie oceanu. Mimo to wy wszyscy przychodzicie do nas, młodych ludzi, po nadzieję?! Jak śmiecie?! Ukradliście moje marzenia i moje dzieciństwo swoimi pustymi słowami”. Padły słowa o „rozpadających się ekosystemach”, „masowym wymieraniu” i opieszałości w walce ze zbrodniczym dwutlenkiem węgla: „Jak śmiecie udawać, że da się to rozwiązać za pomocą dotychczasowych działań i jakichś technicznych rozwiązań?! Przy dzisiejszym poziomie emisji pozostały budżet emisji CO2 zniknie kompletnie za mniej niż osiem i pół roku”. I wreszcie, groźba nieuchronnej kary: „Nie pozwolimy wam się z tego wywinąć. Właśnie tutaj, właśnie teraz nakreślamy linię. Świat się budzi. I zmiana nadchodzi - czy wam się to podoba, czy nie”.

Pamiętajmy – jest źle, bo Grecie Thunberg ktoś ukradł dzieciństwo i marzenia. Jakiś zły polityk zabrał jej kucyka? Ktoś powiedział, że nie ma jednorożców i św. Mikołaja?


III. Klimatyczna pajdokracja

No dobrze, żarty na bok. Cały ten żenujący spektakl jest kolejnym świadectwem upadku cywilizacji. Spójrzmy – jakaś zindoktrynowana, fanatyczna nastolatka, borykająca się z szeregiem emocjonalnych ułomności jest przyjmowana na światowych salonach, by pleść napisane jej przez klimatycznych piarowców brednie. Wychodzi na mównicę ONZ i opiernicza zebranych dostojników na czym świat stoi – a wszyscy, jak jeden mąż, pokornie jej słuchają i żaden ani piśnie. W jednym Greta Thunberg ma rację: ona faktycznie powinna być w tej chwili w szkole, zamiast szlajać się po świecie z jednego klimatycznego „eventu” na drugi – i to z błogosławieństwem rodziców, którzy zapewniają, że podczas podróży Greta się uczy... „pogłębiając swoją wiedzę o klimacie”, czyli mówiąc po ludzku, nasiąkając „ekologiczną” politgramotą. Znamy to z własnej historii – tych wszystkich absolwentów wieczorowych kursów marksizmu-leninizmu, rzucanych następnie na „front walki ideologicznej”, tych „pryszczatych” stalinistów „ruszających z posad bryłę świata”. I dokładnie kimś takim jest Greta Thunberg, tylko w mniej siermiężnym, bardziej atrakcyjnym opakowaniu. Bo też, co opisał niedawno brytyjski „Sunday Times”, za fenomenem „aktywistki” stoi profesjonalne zaplecze piarowskie, bogate NGO'sy i ekologiczny przemysł, szykujący się do wielkiego skoku na rządowe zamówienia publiczne z zakresu wdrażania „zielonych technologii”. Zresztą, jej ojciec, aktor Svante Thunberg, jest zawodowym impresariem, prowadzącym dotąd karierę żony i matki Grety – śpiewaczki operowej Maleny Ernman. Teraz przerzucił się na promowanie córki, czyniąc z niej idealny dla współczesnych mediów produkt marketingowy. Patrząc pod tym kątem, można Grecie, wykorzystywanej i manipulowanej przez otoczenie tylko współczuć – szczególnie, że jak wszystko wskazuje, naprawdę uwierzyła w swe posłannictwo.

Nie ma natomiast usprawiedliwienia dla świata dorosłych, którzy na niej żerują, bądź z wyrachowaną powagą wysłuchują jej „przesłań” - bo „tak trzeba”, bo gdyby odmówili przyjęcia „prorokini”, zjadłyby ich żywcem lewackie media. Podobnie było z aktywnością słynnego wokalisty Bono, wygłaszającego kilka lat temu rzewne kocopoły na kolejnych szczytach typu G-20. Dziś natomiast mamy będące pokłosiem promowania Grety Thunberg „młodzieżowe strajki klimatyczne”, nad którymi pochylają się głowy państw, a media nagradzają uczestników pełnym zachwytu cmokaniem.

O czym to świadczy? O postępującym zdziecinnieniu. „Dobra”, „idealistyczna” młodzież poucza zacofanych „starych”. Starożytni ukuli na to termin „pajdokracja” oznaczający „rządy dzieci”. Czym kończy się zrównywanie dzieci z dorosłymi wie każdy, kto przeczytał powiastkę Janusza Korczaka o królu Maciusiu I. Tyle, że ta współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (27.09-03.10.2019)

Dziecięca krucjata Global Warming Industry

Macherom stojącym za plecami „oddolnego” ruchu klimatycznego marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem.

Niech młodzi ludzie protestujący w Europie pojadą manifestować do Polski i pomogą mi przekonać tych, których ja nie mogę” - powiedział dziennikarzom Emmanuel Macron, odpytywany na okoliczność opóźnień w realizacji unijnej polityki klimatycznej. Wszystko w kontekście ONZ-owskiego szczytu klimatycznego, którego główną gwiazdą stała się młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg oraz zainspirowanego przez nią Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, jaki miał miejsce 20 września w 150 krajach świata, w tym 37 państwach europejskich. Cóż, my raczej nie będziemy podsyłać Macronowi protestujących, bo ma ich aż w nadmiarze. Niedługo stuknie okrągły rok protestów „żółtych kamizelek” z kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi, setkami rannych demonstrantów i policjantów i tysiącami zatrzymanych. Protestów, dodajmy, podczas których francuskie siły porządkowe wykazały się niespotykaną brutalnością – bestialskie pacyfikacje umożliwiło przeniesienie do „zwyczajnego” prawodawstwa przepisów zarezerwowanych wcześniej dla stanu wyjątkowego, wprowadzonego po zamachach terrorystycznych. W ten sposób, formalnie „stan wojenny” zniesiono tylko po to, by... trwał on nadal, tym razem już jako element „cywilnej” codzienności. Ostatni weekend, to znów starcia z demonstrantami i ponad 100 aresztowanych osób. Ale nad tym żaden Timmermans się nie pochyli, bo protesty „żółtokamizelkowego” plebsu są z gruntu niesłuszne ideologicznie i idą w poprzek wielkich interesów możnych tego świata.

Przypomnijmy, iż ruch „żółtych kamizelek” jest osobistym dziełem Macrona i jego projektu „transformacji energetycznej” zakładającej odejście od paliw kopalnych na rzecz „zielonych technologii”, którego koszta przerzucono na najuboższe warstwy społeczne i dogorywającą pod brzemieniem kolejnych obciążeń fiskalnych klasę średnią, głównie z chronicznie niedoinwestowanej francuskiej prowincji. Zapalnikiem było radykalne podniesienie akcyzy na paliwo, zwłaszcza dieslowskie, co było o tyle perfidnym zagraniem, że wcześniej francuski rząd przez dziesięciolecia promował samochody dieslowskie za pomocą całego systemu zachęt, wskutek czego dziś we Francji jeździ najwięcej diesli w Europie. W zamian ledwo wiążącym koniec z końcem ludziom zaproponowano dopłaty do aut elektrycznych, co zważywszy na ich cenę, zakrawa na drwinę.

Ale, czego się nie robi, by dogodzić „zielonemu przemysłowi”, który w histerii na tle globalnego ocieplenia wyczuł wielką kasę i w związku z tym zmontował gigantyczny, ogólnoświatowy lobbying złożony z „ekologicznych” NGO'sów, agencji piarowskich, mediów i profesjonalnych grup nacisku antyszambrujących w gabinetach decydentów? Nie wspominając już o globalnej finansjerze, żywotnie zainteresowanej nowym polem do spekulacji? Ten cały konglomerat, który pozwalam sobie określać jako „Global Warming Industry” zbyt wiele już zainwestował, by się wycofać – a warunkiem opłacalności „zielonych technologii” jest wydębienie od rządów odpowiednich preferencji finansowych oraz sztuczne zawyżenie cen tradycyjnych źródeł energii poprzez opodatkowanie, by zdławić ich konkurencyjność. Efektem będzie skokowy wzrost wszelkich kosztów życia: od cen towarów po obciążenia podatkowe – bo ktoś tę „zieloną transformację” musi przecież sfinansować i na pewno nie będą to globalne korporacje.

Jednak w warunkach funkcjonowania państw nominalnie demokratycznych nawet potężna oligarchia władzy i pieniądza musi liczyć się do pewnego stopnia z nastrojami tłumu. Toteż rzucono wielkie siły i środki na odcinek medialnej propagandy oraz badań naukowych mających uzasadniać konieczność odejścia od dotychczasowego modelu surowcowo-energetycznego, przy jednoczesnym zamilczaniu i piętnowaniu sceptyków, zwanych oskarżycielsko „negacjonistami klimatycznymi”. Modelowym przykładem jest tu kariera wspomnianej Grety Thunberg, za którą – jak wykrył brytyjski „Sunday Times” - stoją zawodowi lobbyści na usługach „zielonego sektora” ostrzącego sobie zęby na największe w historii zamówienia publiczne. Jednak sama Greta gromiąca na światowych salonach przywódców za opieszałość w redukowaniu emisji gazów cieplarnianych, to za mało – potrzebuje zaplecza w postaci zindoktrynowanych mas na ulicach. I tu właśnie kłania się niedawny „Globalny Strajk dla Klimatu”, którego kluczowym komponentem były protesty młodzieżowe. Macherom stojącym za plecami tego „oddolnego” ruchu marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem. Mnie zaś przychodzi na myśl znana z wojen krzyżowych krucjata dziecięca z 1212 r. Tłumy rozmodlonych dzieci miały wyzwolić „czystością serc” Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Załadowano je na kupieckie statki, po czym te, które przeżyły podróż, wylądowały jako żywy towar na saraceńskich targach niewolników. Dzisiejsi pożyteczni idioci ideologii „klimatyzmu” gotują sobie i nam podobny los – ku uciesze „Global Warming Industry”, którego bonzowie już podliczają spodziewane zyski.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Global Warming Industry

Żółte kamizelki czyli francuska wiosna


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (27.09-03.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Rejs Grety Thunberg i jego przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

I. „Święta” Greta od niebieskiego wiaderka

Szkoda, że eko-wagarowiczka Greta Thunberg w ramach swej morskiej eskapady na szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku nie zahaczyła o Grenlandię. Wszyscy w zasadzie wiemy o co biega z tym rejsem, ale dla porządku pokrótce przypomnę. Otóż 16-letnia obecnie Greta, robiąca za współczesną inkarnację Pippi Langstrump skrzyżowanej z klimatyczną Joanną d'Arc, zasłynęła w ubiegłym roku za sprawą notorycznych wagarów podszytych ekologicznym „ideolo”. Młoda ekologistka (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” natomiast jest ideologią) urywała się z lekcji, by pod budynkiem szwedzkiego parlamentu protestować przeciw globalnemu ociepleniu, który to format medialny (wraz z charakterystycznymi warkoczykami) zapożyczyła u nas w te wakacje 13-letnia Inga Zasowska, nie zapłaciwszy wszakże swej szwedzkiej koleżance tantiem autorskich. Jak można mniemać, po rozpoczęciu roku szkolnego mama Ingi nie pozwoli jednak córce wagarować – choćby dlatego, że nie będzie mogła liczyć na wspólny, ekscytujący rejs sponsorowany przez rodzinę książęcą z Monaco. Cóż, „zbuntowana klimatycznie” szwedzka panienka z dobrego domu i artystycznej rodziny (matka jest śpiewaczką operową, ojciec aktorem) jest dla świata bardziej interesująca i nikt nie zamierza entuzjazmować się polską podróbką, skoro na wyciągnięcie ręki ma bardziej autentyczny i postępowy skandynawski oryginał – a i zainteresowanie tutejszych mediów po chwili wzmożenia wyraźnie opadło.

W każdym razie, mała Greta wybrała się do Nowego Jorku drogą morską, by nie zostawiać po sobie tzw. „śladu węglowego”, jaki generuje w postaci emisji CO2 podróż samolotem. Niemiecki „Bild” szybko jednak wykrył, że logistyczna obsługa rejsu „kosztuje” klimat dużo więcej, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem normalnie poleciała na ONZ-owski szczyt, jak wszyscy inni. Okazało się bowiem, że do Nowego Jorku tak czy inaczej musi udać się pięcioosobowy zespół (oczywiście samolotem), by sprowadzić jacht do Europy, ponadto obecna załoga również powróci do domu drogą lotniczą. Żeby było zabawniej, sponsorujące wyprawę księstwo Monaco słynie z „emisyjnych” wyścigów Formuły1 oraz z tego, że jest przystanią dla największych, paliwożernych dieslowskich jachtów, wyklinanych przez eko-aktywistów jako pomniki próżności bogaczy zatruwających dla swej egoistycznej przyjemności oceany i, rzecz jasna, emitujących zbrodnicze CO2.

Ale nic to, grunt, że jacht jest ekstremalnie „ekologiczny” - nie tylko czerpie energię z paneli słonecznych, ale nie ma na pokładzie takich burżuazyjnych fanaberii jak prysznic czy toaleta, wskutek czego naturalne potrzeby, jak oznajmił z dumą kapitan jednostki, załatwiane są do „niebieskiego wiadra”. Zagadką pozostaje, dlaczego podkreślono akurat kolor tego utensylium, bo w końcu i tak wszystko wyląduje w falach oceanu, w związku z czym może wystarczyłoby stare, poczciwe sr*** na rufie, jak to drzewiej bywało – bez konieczności angażowania pośrednika w postaci rzeczonego wiaderka, które, nawiasem mówiąc, zapewne jest zrobione z nieekologicznego plastiku. Przypominam też, że niegdyś na żaglowcach używano drewnianych kubłów na linie, którymi wciągano przez burtę morską wodę do mycia pokładu i osobistych ablucji. Czy niebieskie wiaderko będzie służyło również do tego?

Osobną niewiadomą, rozpalającą moją tyleż dociekliwą co chorą wyobraźnię, jest kwestia, czy klimatyczna święta po zejściu na ląd zatrzyma się w hotelu, gdzie będzie miała okazję wziąć normalną kąpiel, by zmyć z siebie nabyty w trakcie rejsu „odor sanctitatis”. W przeciwnym razie, jej aura mogłaby zmasakrować nienawykłe do takich mistycznych doznań nozdrza oenzetowskich dostojników i powalić ich pokotem na ziemię. Stanowiłoby to zresztą szczytne nawiązanie do znanych z abnegacji średniowiecznych ascetów, mających w pogardzie potrzeby grzesznego ciała i umartwiających je również w ten sposób. Ciekawi mnie także, w jaki sposób święta Greta od klimatu zamierza udać się do kolejnego celu swych peregrynacji – czyli odległego Santiago de Chile, gdzie odbyć się ma klimatyczny szczyt COP25. Być może otrzymała dar błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, a może nawet bilokacji z którego słynęli niektórzy święci. W końcu, małej Grety nigdy nie za wiele, a skoro już za życia parafia kościoła luterańskiego w Malmö okrzyknęła ją „mesjaszem naszych czasów”, zaś Franz Jung - jak najbardziej katolicki biskup niemieckiego Würzburga – przyrównał ją do biblijnego Dawida, to niech czyni z tych darów użytek. Niezawodne media z pewnością nie darują nam kolejnych szczegółów.


II. Narzędzie „Global Warming Industry”

No dobrze, ale czemu zacząłem od Grenlandii? Otóż, gdyby Greta Thunberg zboczyła nieco z kursu i zahaczyła o tę wyspę, mogłaby zobaczyć chociażby zrekonstruowaną osadę Wikingów, stanowiska archeologiczne i usłyszeć, że jej praprzodkowie w liczbie kilku tysięcy żyli tam w najlepsze między X a XIV wiekiem, prócz parania się łowiectwem hodowali bydło a nawet uprawiali rolę, ponadto na „zielonym lądzie” funkcjonowało biskupstwo i docierał handel morski... Wszystko dzięki tzw. średniowiecznemu optimum klimatycznemu, gdy przeciętna temperatura była wyższa niż obecnie, a lodowce nad którymi dziś ekologiści załamują ręce miały o wiele mniejszy zasięg. Wikingów wymroziła dopiero rozpoczynająca się w XIV w. „mała epoka lodowa”, z której teraz od stosunkowo niedawna (gdzieś od XIX w.) szczęśliwie wychodzimy. Może spojrzałaby wówczas innym okiem na „topniejące lodowce”, a nawet uświadomiła sobie, że walka z „globalnym ociepleniem” to w rzeczywistości skazane na niepowodzenie próby „zawrócenia” klimatu z powrotem do kończącego się właśnie okresu ochłodzenia? A całe to „globalne ocieplenie”, to nic innego jak rozpoczynająca się epoka kolejnego klimatycznego optimum? Może wręcz odważnie zapytałaby, jaki był poziom mórz i oceanów w czasie średniowiecznego ocieplenia i czy topniejące wówczas lodowce zatopiły pół Europy, czym straszy się nas obecnie? I o ile ów poziom wzrósł od czasu rewolucji przemysłowej, kiedy to rzekomo ocieplany przez człowieka klimat zaczął topić narosłe od XIV-XV w. masy lodu?

Niestety, to biedne dziecko nie będzie miało takiej szansy, stanowi bowiem idealny produkt „Global Warming Industry” i zarazem ofiarę ideologicznego prania mózgów. Co najbardziej obrzydliwe, wykorzystywane jest przez własnych rodziców do uprawiania celebryckiego eko-lansu. Już w zeszłym roku jej matka wydała książkę, w której prócz obowiązkowego biadolenia nad klimatem rozpisywała się o chorobie Grety i jej siostry (zespół Aspergera), a premiera dziwnym trafem zbiegła się w czasie z początkiem słynnego „szkolnego strajku klimatycznego” Grety. Mamy zatem klasyczne robienie „fejmu” na „modnej” chorobie, brylowanie za sprawą córki na różnych „klimatycznych” galach i w kolorowych czasopismach, zaś sama Greta „dała twarz” prospektowi emisyjnemu kreującej się na „ruch społeczny” eko-spółki „We Don't Have Time”, wg specjalistów wielokrotnie zwiększając jej wartość. Wystarczy zresztą posłuchać „przesłań” Grety Thunberg, w których motyw „braku czasu” (by powstrzymać „zmiany klimatyczne”) przewija się jak mantra. Wszystko wskazuje więc na to, że fenomen Grety Thunberg jest typową piarowską „wydmuszką” - zręczną kreacją jej rodziców i speców od marketingu. Trzeba dodać, że prócz zespołu Aspergera, Greta cierpi również na ADHD, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne oraz „mutyzm wybiórczy” (wybiórczość mówienia – osoba w jednych sytuacjach mówi, w innych milknie – np. w szkole, czy wśród obcych), czemu na ogół towarzyszy m.in. wycofanie i nadwrażliwość emocjonalna.

I ta straumatyzowana nastolatka, z definicji podatna na różne „aktywistyczne” sugestie, zamiast zostać poddana stosownym terapiom, ustawiana jest na szpicy globalnej, ideologicznej batalii i cynicznie utwierdzana przez bliższe i dalsze otoczenie w swych obsesjach. Jest po prostu mięsem armatnim, narzędziem służącym do nakręcania spirali moralnego i emocjonalnego szantażu – bo któż by się nie wzruszył, widząc dzielną dziewczynkę bohatersko przełamującą własne ograniczenia w imię „słusznej” sprawy i działającej – jak sama zapewne szczerze wierzy – dla dobra całej planety? Nawiasem, czy jej słynne „programowe” unikanie samolotów aby na pewno ma przyczyny ideowe? Czy nie wynika po prostu ze zwykłej fobii przed lataniem, jaka jest udziałem wielu ludzi?


III. Zielony totalitaryzm

Biorąc pod uwagę powyższe - jaka jest prawdziwa przyczyna słynnego rejsu Grety Thunberg? I nie mam tu na myśli jej osobistych – jak wspomniałem, zapewne szczerych – motywacji, lecz intencje przyświecające macherom stojącym za jej plecami, specom od propagandy, dla których Greta jest wymarzonym instrumentem manipulowania światową opinią publiczną i masowymi emocjami. Otóż ten rejs i jego klimatyczne przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

Widok dzielnej dziewczynki przemierzającej odważnie ocean ma nas zawstydzić. Mamy – ludzie bogatego Zachodu – poczuć głęboki dyskomfort psychiczny z powodu naszego rozpasanego stylu życia: tych lotów samolotami, podróży w najdalsze zakątki świata i nieustannego „śladu węglowego” jaki za sobą zostawiamy. Wstyd to potężny bodziec dyscyplinujący – u nas michnikowszczyzna jechała na tym patencie przez dobre ćwierć wieku, a na niektórych nawet dziś on działa. By zagłuszyć ów dyskomfort, poddani tresurze ludzie może nie wyrzekną się dobrowolnie dotychczasowego modelu życia, ale będą bardziej skłonni popierać ekologiczne postulaty, wpłacać datki na stosowne organizacje, w miarę możności kupować droższe produkty z nalepką „eko” oraz głosować na partie i polityków głoszących „zielone” programy – aby tylko uspokoić sumienie w błogim przeświadczeniu, że się „coś” zrobiło dla wspomożenia walki z ociepleniem. A gdy już właściwe siły spod znaku „Global Warming Industry” zdobędą wystarczające wpływy i władzę, to urządzą całą ludzkość na „zielono” - czy się to będzie komuś podobało czy nie. I tak niepostrzeżenie sami założymy sobie na szyje „ekologiczne” obroże – to, co miało być teoretycznie świadomym, indywidualnym wyborem, nagle stanie się surowo egzekwowanym przymusem. Samochód, mięso, tworzywa sztuczne? Zapomnij – zabronione! I jeszcze masz świergolić z ekologicznego klucza, deklarując kolejne „cele klimatyczne”, niczym dawni stachanowcy podejmujący „dobrowolne zobowiązania” śrubujące normy pracy. Witamy w zielonym totalitaryzmie.

Temu właśnie służy ta propagandowa „pokazucha” sporządzona wedle klasycznych, sowieckich wzorców – w stalinowskim ZSRR ubrano by Gretę w pionierski mundurek z czerwonym krawatem i kazano pływać ku chwale przodującego ustroju, tudzież w imię zwycięstwa socjalizmu, która to idea i dziś nie jest obca światowemu eko-lewactwu. A potem byłyby wizyty w szkołach, domach dziecka, zakładach pracy... czyli tak jak obecnie, z tą różnicą, że Greta Thunberg wizytuje ekologiczne wiece i konferencje. Wszystko to w atmosferze nieustającego moralnego szantażu – patrz, dzielna Greta płynie przez ocean w łajbie bez sracza – a ty co? Ile zmarnowałeś dziś wody w łazience? Wylegujesz się w wannie, zamiast brać szybki prysznic? Myjesz się pod bieżącą wodą, zamiast w misce, by potem spłukać mydlinami kibel? Wstydziłbyś się! Ten szantaż bazuje na czystym irracjonalizmie, ale właśnie o to chodzi – jechać na emocjach, nieustannie podgrzewać zbiorową histerię, tak by nikt nie miał chwili by ochłonąć i pomyśleć, czy aby to wszystko ma elementarny sens. Bo jak się zastanowić – jaka korzyść płynie z rejsu Grety? Co on ma pokazać? Że ludzkość powinna cofnąć się do epoki żaglowców i w imię redukcji emisji CO2 zrezygnować z transoceanicznego transportu statkami spalinowymi? Joseph Conrad, któremu zdarzało się pomstować na parowce zabijające romantyzm morskich podróży i redukujące rolę człowieka w starciu z siłami natury, byłby zachwycony.

To dlatego doniesienia „Bilda” o ekologicznym absurdzie całej tej rejzy spotkały się z gniewną reakcją ekologistów: nieważne, ile tam tego CO2 poszło do atmosfery, liczy się symbol! Dawanie świadectwa! Zwrócenie uwagi na problemy planety! Zupełnie, jakbyśmy do tej pory nie byli bombardowani tym agit-propem od rana do nocy. Ale nie – my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo! I niech mi ktoś powie, że za „ekologizmem” nie stoi kolejna, totalniacka z ducha ideologia...


IV. Nawóz historii

Myślicie Państwo, że przesadzam? A gdzie tam – otóż warto wiedzieć, czym będzie się zajmował szczyt ONZ, który zaszczyci swą obecnością i radykalną przemową nasza „św. Greta od klimatu”. Mianowicie, jednym z tematów będzie przyjęcie raportu IPCC (oenzetowskiej agendy – Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) poświęconego w znacznej mierze rolnictwu. Na cenzurowanym znalazła się hodowla bydła, mająca odpowiadać za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych za sprawą człowieka, co ma stanowić emisyjny odpowiednik całej branży transportowej. Autorzy postulują zatem ograniczenie produkcji mięsa i zmniejszenie jego spożycia – bo krowy wydalają metan, a poza tym żrą paszę i chleją cenną wodę. Szaleństwo? Niemożliwe? Problem w tym, że doświadczenie uczy, iż takie szajby zawsze zaczynają się od niewinnych początków i tzw. dobrych chęci – a potem, ni stąd ni zowąd, stają się globalnym „standardem” sankcjonowanym przez międzynarodowe konwencje i skrupulatnie egzekwowanym. Niedawno w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT-u na mięso z 7 do 19 proc., a towarzyszą temu głosy, iż takie rozwiązanie powinno zostać wprowadzone na poziomie unijnym. Przyjęcie raportu IPCC będzie pierwszym krokiem w tym kierunku i „podkładką” do dalszych restrykcji przeciw „mięsożercom” „dewastującym planetę”. Krótko mówiąc – mięso zostanie opodatkowane tak samo, jak energetyka za sprawą limitów CO2.

To jednak nie koniec „klimatycznej pedagogiki wstydu”. Już teraz furorę robi tzw. „flygskam” – czyli po szwedzku „wstyd przed lataniem”, pod który podpięła się Greta Thunberg. Podróż samolotem ma wiązać się z publicznym napiętnowaniem. Zwróćmy uwagę – chodzi już nie tylko o samochody, paliwożerne SUV-y, czy prywatne helikoptery i odrzutowce, ale o zwykłe samoloty rejsowe. Co jeszcze zostawia „ślad węglowy”? W skrócie – wszystko, nawet posiadanie dzieci. Jak oświecili nas naukowcy ze szwedzkiego Lund University oraz kanadyjskiego University of British Columbia, posiadanie dziecka i jego „obsługa” generuje 58,6 tony CO2 rocznie. Widać zatem, że drogie mięso to dopiero wstęp do globalnej depopulacji. Idę zresztą o zakład, że za chwilę pod pręgierz trafi również rolnictwo „roślinne” - i to nie tylko za sprawą szkodliwości nawozów sztucznych, ale także tych naturalnych – bo wszak obornik i gnojówka zawierają ten upiorny, cieplarniany metan...

Do czego to prowadzi? Do wymuszonej biedy. Ludzkość, zwłaszcza ta na Zachodzie, zdaniem ekologistów jest zbyt bogata, zbyt rozpasana. Należy zatem wziąć ją za twarz – by przestała jeść, kupować, mnożyć się (to już się w znacznej mierze udało) i generalnie konsumować. Należy narzucić jej odgórnie życie wg wytycznych „zrównoważonego rozwoju”, co w istocie jest po orwellowsku zakłamanym synonimem ubóstwa i zastoju. Dlatego trzeba doprowadzić do sztucznego zawyżenia wszelkich możliwych kosztów życia – począwszy od prądu, poprzez paliwo, odzież, produkty codziennego użytku, aż po żywność. Oczywiście ów model „zaprogramowanego ubóstwa” w praktyce obowiązywał będzie tylko szare, ludzkie masy – czyli marksistowski „nawóz historii”. Oświecone elity ducha i pieniądza po staremu będą pić szampana w imieniu podległego im ludzkiego bydła. Dobra rada: na widok Grety Thunberg i jej podobnych najlepiej zatkać uszy i uciekać z krzykiem. A jeśli komuś naprawdę leży na sercu zrównoważony tryb życia, to warto zacząć od przestrzegania dni postnych – w ciągu roku trochę się ich uzbiera.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji

Niemcy całe na biało


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 10 (Wrzesień 2019)

Pod-Grzybki 174

Na początek winien jestem wyjaśnienie – w poprzednich „Pod-Grzybkach” głupio się rąbnąłem pisząc, że Kukiz zerwał wywiad z internetową telewizją Takt.tv (przypomnę, że Kukiz dociskany o JOW-y dał popis cynizmu mówiąc, że gdyby chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również należałoby z takim hasłem iść do wyborów i je poprzeć). Otóż rzeczony wywiad pochodzi z kampanii wyborczej 2015 r. Redaktorzy Takt.tv wtedy na prośbę Kukiza nie puścili jego popisów do sieci – zdecydowali się upublicznić materiał dopiero teraz, w reakcji na sojusz „antysystemowca” z PSL. Ale nie ma tego złego – dziś Kukiz próbując ratować twarz podkreśla, że PSL wpisał JOW-y do umowy koalicyjnej. Dzięki temu „odświeżonemu” wywiadowi z poprzedniej kampanii wiemy już przynajmniej, ile to hasełko jest warte – jak napisałem tydzień temu, tyle samo co te „zielone gruszki” na wierzbie.


*

Rafał Ziemkiewicz, którego najpierw (za „jazdę” po LGBT) wyrzuciła należąca do Bauera „Interia”, miał pisać felietony do springerowskiego tabloidu o wdzięcznym tytule „Fuckt” (w oryginale tę nazwę pisze się chyba jakoś inaczej, ale mniejsza). Niestety, naczelna „Fucktu” napotkała na jakiś tajemniczy opór materii, wskutek którego Ziemkiewicza „zawiesiła” (i Tomasza Lisa, jednak różnica między nimi jest taka, że Ziemkiewicz potrafi pisać, a Lis nie). Niech zgadnę – Mark Dekan przysłał kolejny okólnik z wytycznymi? Tak kończy się kolaboracja ze szkopami.


*

Współczesna Pippi Langstrump czyli młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg wybrała się do Nowego Jorku na szczyt ONZ, by tam pouczać zebranych co do walki z klimatem. Żeby było „zeroemisyjnie” postanowiła (pod opieką ojca) dopłynąć tam jachtem. Okazało się jednak, że cała oprawa logistyczna rejsu zostawi większy „ślad węglowy”, niż gdyby zwyczajnie poleciała przez ocean samolotem. Ot, eko-absurd w pigułce. Na dodatek, by było jeszcze bardziej „ekologicznie”, na jachcie nie ma prysznica ani toalety, zatem po zejściu na ląd małą Gretę będzie poprzedzała odpowiednio gęsta atmosfera. Miejmy jednak nadzieję, że przed swoim wystąpieniem przynajmniej się wykąpie.


*

Na portalu gazeta.pl szaleje jakiś domorosły mistrz „clickbajtowych” nagłówków. Oto jeden z jego popisów: „Nergal poszedł do katolickiej siłowni w USA. Wyrzucili go. Odp*** się od mojego treningu!”. Otóż, nie do „katolickiej”, tylko należącej do YMCA – międzywyznaniowego Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej, co w amerykańskich realiach oznacza głównie różne odłamy protestantyzmu. Ale nagłówek „Nergal wyrzucony z protestanckiej siłowni” nie brzmiałby już tak sensacyjnie, prawda? Po drugie – Nergal miał podkoszulek z logo satanistycznego zespołu, został więc grzecznie wyproszony. A mógł przecież pójść do siłowni dla satanistów. Ewentualnie, do siłowni gdzie pakują murzyni - koniecznie w koszulce z napisem „czarnuchy śmierdzą” i w kapturku Ku-Klux-Klanu. Wtedy dopiero miałby prawdziwe powody do płaczu.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

Podatkowy terror klimatyczny

Jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), będzie stanowić „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa.

„Internety” miały ostatnio kilka chwil szczerej „beki” z eko-absurdów – a to za sprawą transatlantyckiej rejzy 16-letniej Grety Thunberg, szwedzkiej „celebrytki klimatycznej”, która, by nie pozostawiać za sobą „śladu węglowego”, postanowiła udać się na wrześniowy szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku „zeroemisyjnym” jachtem, użyczonym jej na tę okoliczność przez księstwo Monaco. Na pozór wszystko wydawało się super „eko” - jacht wyposażono w panele słoneczne i jest „oszczędny” do tego stopnia, że nie ma na nim nawet prysznica i toalety. Hmm, z opowieści żeglarskich z dawnych czasów wiadomo, że niegdyś „te rzeczy” załatwiało się na rufie, a myto się w morskiej wodzie wciąganej kubłem przez burtę – czyżby czekał nas powrót do tej tradycji? A co z zanieczyszczaniem oceanu produktami przemiany materii? No, ale mniejsza z tym, bo wkraczamy w krępujące tematy. W każdym razie, niemieckie media doniosły, iż cała logistyka wokół „czystego” rejsu będzie skutkowała kilkukrotnie większą emisją CO2, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem zwyczajnie poleciała do Ameryki samolotem. Raz, że do Nowego Jorku musi polecieć 5-osobowa załoga, która sprowadzi jacht z powrotem; dwa, że obecna załoga też będzie musiała powrócić drogą lotniczą, bo tych morskich atrakcji w spartańskich warunkach będą mieli dość po wycieczce w jedną stronę. Nie bez znaczenia jest też sponsor – księstwo Monaco słynie bowiem nie tylko z jak najbardziej „emisyjnych” wyścigów Formuły1, ale również z tego, że stanowi przystań dla wyklinanych przez aktywistów klimatycznych największych i najbardziej paliwożernych jachtów świata. Domyślam się, że panienka Thunberg przed swoim wystąpieniem na forum ONZ jednak umyje się jak normalny człowiek w hotelu – a potem gładko wyleci samolotem do Chile, gdzie ma zamiar wziąć udział w kolejnym szczycie - COP25. Ot, pusta „pokazucha”, typowa dla „ekologistów” (nieustająco w takich sytuacjach przypominam – ekologia to nauka, natomiast „ekologizm” to ideologia). Bo niby co taki rejs ma nam uświadomić – że powinniśmy przestawić się na żaglowce, które dziś stanowią ekskluzywną rozrywkę dla najbogatszych? Joseph Conrad, który pomstował na bezduszne parostatki zabijające romantyzm morskich podróży byłby wniebowzięty.

Ale, w zasadzie dlaczego dzielna potomkini Wikingów postanowiła śladem swych przodków wyprawić się za ocean? I tu już robi się mniej wesoło, bowiem na nowojorskim szczycie ONZ ma zostać przyjęty niedawny, alarmistyczny raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) – oenzetowskiej agendy, która w ramach „walki z klimatem” postanowiła ostatnio wskazać karcącym palcem rolnictwo, a konkretnie hodowlę bydła. Otóż rolnictwo ma odpowiadać za 1/4 emisji gazów cieplarnianych produkowanych przez człowieka, w której to wartości zawiera się 14,5 proc. gazów (głównie metanu) wydalanych przez bydło. Krowy mają ponoć emitować tyle samo gazów, co cała branża transportowa (samochody, statki, samoloty) razem wzięta! Wskutek powyższego, w ramach powstrzymywania „zmian klimatycznych” ludzie powinni ograniczyć spożycie mięsa. Jest to zresztą postulat propagowany od lat przez różne organizacje zawodowych „ekologistów” - np. Greenpeace.

Nawet nie próbuję dociekać, w jaki sposób uczeni oszacowali tę „krowią” emisję. Zauważę tylko, że pokarm roślinny jest mniej kaloryczny od zwierzęcego, więc człowiek żeby się najeść musiałby wtrząchnąć wielokrotnie więcej „zielonki”, co jako żywo przypomina stary dowcip o rozmowie sowieckiego i amerykańskiego żołnierza. Gdy Amerykanin pochwalił się wartością kaloryczną racji żywnościowych w US Army, radziecki sołdat zaprotestował: „Kłamiesz! Nikt nie zje dziennie 30 kilo ziemniaków!”. W raporcie IPCC są również przytomne uwagi – choćby taka, że w krajach zamożnych ludzie masowo cierpią na otyłość, a w biednych wciąż chodzą niedożywieni – ale to jest kwestia globalnej redystrybucji dóbr, a nie wina hodowli zwierząt per se.

Szkopuł w tym, że jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), stanowić on będzie „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa – na takiej samej zasadzie, jak opodatkowano energetykę „kwotami” CO2. Już teraz w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. W zamian rolnicy mieliby otrzymać rekompensaty na „restrukturyzację” produkcji w kierunku bardziej „zrównoważonej”. Rolnicy, rolnikami – ale drakońska podwyżka uderzy głównie w konsumentów. Nie muszę chyba dodawać, że odbije się to na najuboższych warstwach społeczeństwa, dla których mięso stanie się niczym przed wiekami rarytasem jedzonym kilka razy do roku, zaś dla zamożniejszych – wyznacznikiem statusu, podobnie jak dziś droga eko-żywność. Co gorsza, pojawiają się głosy, że aby rozwiązanie było kompleksowe, należałoby je wprowadzić na poziomie Unii Europejskiej – i tu robi się już naprawdę groźnie. A nie prościej powrócić do tradycji przestrzegania dni postnych? Byłoby „eko”, „fit” i „vege”...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34-35 (23.08-05.09.2019)