Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polonia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2019

Pod-Grzybki 183

Na początek dobra wiadomość. Jak wiadomo, „globalne ocieplenie” oznacza tyle, że gdzieś od XIX w. wychodzimy pomału z trwającej od schyłku średniowiecza tzw. małej epoki lodowej i wkraczamy w okres kolejnego optimum klimatycznego, zmierzając do temperatur jakie panowały mniej więcej tysiąc lat temu. Ma to jednak swoje konsekwencje – otóż na Syberii zaczyna się roztapiać wieczna zmarzlina. To zaś powoduje, iż zagrożone jest wszystko, co na owej zmarzlinie wybudowano – domy, drogi, instalacje wydobywcze ropy i gazu, cała infrastruktura... Jak wyczytałem, dotychczasowy obszar wiecznej zmarzliny obejmuje jakieś 60 proc. terytorium Rosji. Tak więc, drodzy Państwo, niedługo Rosja przestanie być problemem – po prostu utonie w bagnie.


*

Maja Ostaszewska level hard. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wystrzeliła ze spostrzeżeniem, że „świnie mruczą swoim dzieciom jakby kołysanki”, ponadto wyznała, iż ze względu na jej popularność, nie podzielenie się swymi przemyśleniami w internecie byłoby „marnotrawstwem potencjału”. Cóż, mam nadzieję, że zanim PiS odbierze Mai Ostaszewskiej internet, zdąży jeszcze zademonstrować jakąś piosenkę, której nauczyła się podpatrując zwyczaje trzody chlewnej – bardzo chciałbym usłyszeć w jej wykonaniu jakąś, ehem, świńską kołysankę...

*

Olga Tokarczuk się rozkręca, pokazując oblicze fanatycznej eko-weganki. Podczas spotkania z czytelnikami we Wrocławiu stwierdziła, że „za 50 lat będziemy wstydzili się, że jedliśmy mięso. Jestem pewna, że tak się stanie. Myślę, że mięso będzie obłożone ogromną akcyzą i tylko najbogatsi ludzie będą sobie mogli na to pozwolić”. Oczywiście Olga Tokarczuk sama tego nie wymyśliła – przymusowe odejście od mięsa to bowiem pomysł krążący już od dawna wśród zielonych totalitarystów na Zachodzie. Taka Tokarczuk czy Sylwia Spurek jedynie przeszczepiają te importowane koncepcje na nasz grunt. Konsekwencją, czego noblistka zresztą nie ukrywa, będzie powrót do czasów, gdy możliwość jedzenia mięsa była wyznacznikiem statusu społecznego – cała reszta ludzkości zostanie wtrącona w odgórnie zaplanowaną nędzę. Osobiście sądzę jednak, że opodatkowanie mięsa nie wystarczy – trzeba wprowadzić kartki i karę śmierci za nielegalny ubój. W ten sposób będziemy mieli stan wojenny i okupację w jednym. Niech żyje „Nowy Zielony Ład”!


*

Z powyborczych remanentów. Wiecie Państwo jak zagłosowała Polonia? Otóż PiS wygrało jedynie w USA. W Europie Zachodniej natomiast bezapelacyjnie zwyciężyła Koalicja Obywatelska – od Wielkiej Brytanii po Niemcy – na co zdecydowany wpływ mieli masowi migranci zarobkowi z lat 2007-2015. I to jest zagadka, bowiem wychodzi na to, że Polacy z zagranicy zagłosowali na tych, którzy podczas swych rządów wypchnęli ich na emigrację. Są wdzięczni, że mogą tyrać na niemieckich budowach i zmywać gary w londyńskich knajpach?


*

Ale są i wieści weselsze. Do Sejmu nie dostał się Stanisław Piotrowicz – postać jak mało która obciążająca wizerunkowo obóz „dobrej zmiany”. Do dziś nie potrafię pojąć, jak można było uczynić PRL-owskiego prokuratora twarzą reformy sądownictwa. Naczalstwo PiS-u jednak brnie dalej i jak wieść niesie namawia posłów, którzy wyprzedzili Piotrowicza na Podkarpaciu, by zrezygnowali z mandatu. Jak rany, mam nadzieję, że nikt się jednak nie ugnie – wystarczy, że do Sejmu dostał się Czarzasty.


*

Kolejna dobra wiadomość – nie pomogła słynna przedwyborcza herbatka z Jarosławem Kaczyńskim i do Sejmu nie wszedł również naczelny wegetariański eko-oszołom „dobrej zmiany”, czyli Krzysztof Czabański. Może teraz będzie miał więcej czasu, żeby zająć się repolonizacją mediów, zamiast rujnować branżę hodowli zwierząt futerkowych pomysłami rodem z głowy Sylwii Spurek i Olgi Tokarczuk? Jako poseł jak nic ochoczo zgłosiłby 100-proc. akcyzę na mięso, a wyborcy za 500+ mogliby kupić sobie co najwyżej szczaw i mirabelki.


*

Schetyna wygrał wybory! Konkretnie – zmiażdżył rywali w obu wrocławskich więzieniach i w areszcie śledczym. Na 1360 oddanych głosów zgarnął aż 427, a Koalicja Obywatelska łącznie dostała 671 głosów – czyli ponad 49 proc. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego PO tak obawia się ewentualnego wdrożenia programu „Cela+”. Przecież za kratkami będą się czuli jak w domu, wśród swojaków.


*

Tymczasem w obozie Zjednoczonej Prawicy rozpoczynają się jakieś dziwne powyborcze harce - gowinowcy i ziobryści tak się wbili w dumę z tytułu tego, że udało im się wprowadzić po 18 posłów, że zaczynają stawiać Kaczyńskiemu jakieś warunki. Panowie, ci wasi posłowie wjechali na plecach PiS, a wyborcy nie kojarzą nawet nazw tych waszych partyjek. Gdybyście poszli samodzielnie, mielibyście guzik z pętelką, więc może trochę wyluzujcie, dobra?


*

Na Krystynę Jandę zawsze można liczyć. Tysiąc osób – nawet po stronie lewicowo-liberalnej - może mówić jej, żeby wreszcie się zamknęła, bo obrażanie wyborców PiS i mieszkańców prowincji tylko dodatkowo utwierdza ich w niechęci do PO i lewicy, ale nie – ta obsesja jest od niej silniejsza. Jak wiemy, po wyborach zamieściła na Facebooku grafikę z wyliczeniem, za ile złotych w przeliczeniu na dobę PiS „kupił” sobie wyborców różnymi programami socjalnymi (wyszło 8 zł. 75 gr.), porównując tę kwotę z ceną, jaką w Warszawie należy zapłacić za noc z prostytutką (ponoć 2256 zł.). Wyszło, że wyborcy PiS to tanie dziwki. Żeby było śmieszniej, okazało się, że grafika pochodzi od zaprzysięgłego wolnorynkowca i zwolennika... Konfederacji. Janda ma prawo czuć się zniesmaczona, bo jej teatrzyki tylko od 2005 do 2017 r. otrzymały łącznie 15 mln. zł. dotacji, z czego w samym 2017 r. było to 2 mln. 450 tys. - a więc 6 712 zł. dziennie. No i wszystko jasne – trudno, by tak luksusowa kurtyzana nie czuła odrazy do jakichś tanich ulicznic. Tylko zaniżają stawki i psują jej interes.


*

Na zakończenie – PiS musiałby upaść na głowę, by zgodnie z obawami Mai Ostaszewskiej zabierać celebrytom internet. Przecież nikt nie napędza im skuteczniej wyborców. Są w tym lepsi niż Wałęsa.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

niedziela, 3 czerwca 2018

Kryzys jest szansą! - cz.2

Narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - a, biorąc pod uwagę chociażby kontekst międzynarodowy, koniunktura jest jak rzadko kiedy.

I. Stanowczość popłaca

No proszę, wystarczy minimum asertywności w połączeniu z elementarną koordynacją działań i okazuje się, że można się postawić nawet Żydom. Taka mniej więcej płynie lekcja z zadymy wokół pomnika katyńskiego w Jersey City. Nawiasem, sam pomnik uważam za nadekspresyjny kicz, ale może taki właśnie skuteczniej przemawia do amerykańskiej wrażliwości. Mniejsza jednak o walory artystyczne monumentu – w momencie ataku obowiązkiem Polski było stanąć twardo w jego obronie, bo szanujące się państwo i naród nie mogą pozwolić, by jakiś pętak rozstawiał nas po kątach. To się udało – wreszcie zaktywizowała się nasza dyplomacja, podjęto współpracę z amerykańską Polonią, nawiązano kontakty z innymi mniejszościami etnicznymi, weteranami, a nawet częścią środowisk żydowskich, które napomniały burmistrza Stevena Fulopa, by nie robił zbędnej siary, bo na stole leżą ważniejsze karty do rozegrania. Nie ma wątpliwości, że Fulop chciał podłączyć się pod antypolską nagonkę, by ugrać przy tej okazji kilka punktów na własne polityczne konto – najwyraźniej jednak przestrzelił, co na szczęście udało się nam wykorzystać. Zakładając, że dotrzyma porozumienia i pomnik faktycznie stanie raptem kilkadziesiąt metrów dalej, a grunt zostanie wydzierżawiony polskiej społeczności na 99 lat, to można ogłosić sukces.

W tym miejscu pozostaje jedynie żałować, że nasze władze nie zagrały analogicznie w przypadku ustawy 447 – bo jak się okazuje, przy pewnej determinacji istniała możliwość jeśli nawet nie zablokowania aktu, to może chociaż wykreślenia najgroźniejszych z naszego punktu widzenia zapisów o mieniu bezdziedzicznym. Podejrzewam zresztą, że zaangażowanie w sprawę pomnika w Jersey City miało na celu częściowe zatarcie fatalnego wrażenia, jakie wywarła na opinii publicznej nasza bierność w o wiele ważniejszej kwestii wspomnianej ustawy. Cóż, łatwiej jest potykać się z jakimś burmistrzem niż z Kongresem i potężnym „przemysłem holocaust”, zwłaszcza gdy w grę wchodzą gigantyczne pieniądze. Na osłodę PiS postanowiło przedstawić swoją bierność jako cnotę, urządzając przy okazji po raz kolejny kpiny w żywe oczy z patriotycznego elektoratu. Tak bowiem należy odczytywać wystąpienie Adama Bielana w Telewizji Republika, podczas którego tłumaczył nam, że „radykalne” organizacje żydowskie nie są ukontentowane kształtem JUST Act, albowiem ten jest w ich opinii zbyt łagodny i rzekomo nie daje realnych możliwości nacisku na restytucję mienia bezspadkowego. Innymi słowy, mamy się cieszyć, bo mogło być gorzej. Zapewne mogło, ale nie da się też ukryć, że mogło być lepiej, gdyby polskie państwo cokolwiek w tej sprawie zrobiło i nie chwytało za ręce amerykańskiej Polonii, która jako jedyna podjęła konkretne działania lobbyingowe.


II. „Elastyczność” gluta

Rozwodzę się nad tymi dwoma przypadkami, bowiem skupiają one jak w soczewce rozchwianie pisowskiej polityki – od gromko ogłoszonego szturmu (nowelizacja Ustawy o IPN) do rejterady (rozpaczliwe „odkręcanie” konfliktu z Żydami i zamrożenie „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), kompensowanej następnie kolejną szarżą na drugorzędnym odcinku frontu (pomnik w Jersey City). Słowem, mamy potwierdzenie tego, o czym pisałem w poprzedniej „Polsce Niepodległej”, wytykając PiS-owi niezgulstwo i podszytą tchórzostwem skłonność do kapitulanctwa przedstawianą jako „elastyczność”. Tymczasem elastyczność prawdziwa, to umiejętność sprawnego manewrowania połączona z asertywnością na kluczowych odcinkach. Przy takim podejściu, rozmaite kryzysy stają się szansą na ugranie czegoś dla siebie. PiS natomiast postępuje dokładnie odwrotnie – potrafi być stanowczy w kwestiach mniejszej wagi, natomiast chowa się do mysiej dziury gdy przychodzi do rozgrywki głównej. Takie nastawienie zaś oznacza, że każdy kryzys staje się z miejsca poważnym zagrożeniem. W efekcie, zamiast sprężystości cisowego łuku mamy „elastyczność” gluta.

Trzeba podkreślić, że ta postawa nie wynika jedynie z braku politycznej sprawności. Równie ważną rolę odgrywa poczucie względnego komfortu oraz związana z nim skłonność do wygodnictwa i chodzenia po najmniejszej linii oporu. Tak należy tłumaczyć postawienie na „bezalternatywny” sojusz z USA przy jednoczesnym zamykaniu oczu na prosty fakt, że w ten sposób sami wydajemy się na łaskę i niełaskę naszego aktualnego hegemona, co później skutkuje szeregiem przykrych następstw – począwszy od wymuszanej na nas ustępliwości w relacjach z Ukrainą i Litwą (bo Waszyngton chce mieć spokój na wschodniej flance i nie życzy sobie konfliktów między wasalami), a skończywszy na potencjalnie rujnujących nas „odszkodowaniach” za pożydowskie mienie i podtrzymywaniu kosztownej fikcji „strategicznego partnerstwa” z Izraelem. O dokonującym się na naszych oczach zaprzepaszczeniu szansy na status kluczowego węzła Nowego Jedwabnego Szlaku szkoda nawet mówić – główne trasy handlowe pójdą na południe i północ od nas, na czym skorzystają m.in. Węgry i Austria oraz Rosja i Niemcy, które właśnie dogadały się co do transportu chińskich towarów drogą morską na linii Kaliningrad – Rostock. A więc ceną za zignorowanie Chin na amerykańskie życzenie będzie powstanie logistycznego odpowiednika Nord Streamu.

Dzieje się tak dlatego, że PiS ma świadomość, iż na krajowym politycznym rynku nikt po prawej stronie nie jest w stanie mu zagrozić. Toteż, przynajmniej póki co, może sobie pozwolić na ignorowanie coraz bardziej rozczarowanej części patriotycznego elektoratu – w myśl zasady, że wyborcy i tak nie mają innej opcji, niż zagłosować na partię Kaczyńskiego w kolejnych wyborach. Po co zatem się starać i podejmować ryzyko? W razie czego malkontentów spacyfikuje się za pomocą uzależnionych od partii mediów, które ogłoszą ich „ruskimi agentami”. Tak to przynajmniej wygląda w optyce pisowskich decydentów.


III. Narodowa alternatywa?

Jednak narastająca frustracja wyborców jest faktem – wystarczy zajrzeć do internetu, by przekonać się, że po kolejnych blamażach i ustępstwach w ludziach aż się gotuje. Podobnie oskarżenie o agenturalność (niegdyś zabójcze) od dłuższego już czasu traci swoją moc oddziaływania. Stało się to, co kiedyś przewidywałem: metoda moralnego szantażu na „ruskiego agenta” wytarła się i zdewaluowała od ciągłego nadużywania - niczym równie śmiertelny niegdyś zarzut „antysemityzmu”. Ludzie zwyczajnie przestają się bać i coraz głośniej formułują swoje niezadowolenie. To zaś oznacza, że wcale nie „muszą” w kolejnych wyborach zagłosować na jedynie słuszną partię monopolizująca dziś propaństwowość i patriotyzm, z których to haseł coraz częściej przy bliższym sprawdzeniu pozostaje wydmuszka. Mogą po prostu zostać w domach.

Ale równie dobrze ktoś może ich głosy zagospodarować i zmobilizować przy okazji przynajmniej część ogromnej rzeszy biernych wyborców. I tu wrzucam kamyczek do ogródka środowisk narodowych. To, co pisałem odnośnie szansy jaką daje kryzys, dotyczy również ich. Obecna zadyszka rządu połączona z rosnącym zniecierpliwieniem prawicowej opinii publicznej stwarza naturalną przestrzeń w którą mogliby (i powinni) wkroczyć narodowcy. Generalnie, prawdziwym nieszczęściem dla obecnej sceny politycznej jest brak liczącego się ugrupowania na prawo od PiS – bo za takowe nie można uznać amorficznego i wstrząsanego konfliktami ruchu Kukiza. Potrzeba partii, która niczym szczupak w stawie powolnych karpi z jednej strony mobilizowałaby PiS do działania, z drugiej zaś przedstawiała czytelną alternatywę, unikając przy tym miazmatów prorosyjskiego „słowianofilstwa”.

Pytanie tylko, czy nasi narodowcy potrafią stanąć na wysokości zadania. Projekt stowarzyszenia „Endecja” pod patronatem Rafała Ziemkiewicza umarł, zanim w ogóle zaczął funkcjonować, a sam publicysta został spuszczony po drucie jako samozwańczy ideowy „guru”. Obecnie zatem sytuacja wygląda tak, że istnieje sporo ruchów, stowarzyszeń, tudzież oddolnych inicjatyw robiących wiele dobrego w pracy ideowo-wychowawczej, potrafiących raz do roku skrzyknąć się na Marsz Niepodległości, lecz nie znajduje to żadnego przełożenia na polityczny potencjał. Na dodatek, środowiska te są mało odporne na różnych idiotów i prowokatorów, kompromitujących ich w oczach opinii publicznej – zawsze prędzej czy później wyskoczy jakiś pajac z kukiełką Żyda, kogoś innego przyłapią na „hailowaniu” czy krojeniu torcika z „wunderwafelkami” i cały rozsądny przekaz narodowego mainstreamu idzie psu w gardło. Na powyższe nakładają się partykularne ambicyjki poszczególnych „wodzów”, nieuchronnie rozpraszające zbiorowy potencjał „Indian”. W konsekwencji, narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - bo kilku polityków z tego nurtu, którzy zabrali się do Sejmu razem z Kukizem, delikatnie mówiąc, nie czyni wiosny. A, biorąc pod uwagę kontekst międzynarodowy i rosnącą popularność tego typu ruchów zarówno w naszym regionie, jak i na zachodzie, koniunktura jest jak rzadko kiedy. Pora zatem obudzić się z drzemki i chwytać okazję, bo lada chwila może być za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kryzys jest szansą!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (23.05-05.06.2018)

poniedziałek, 2 marca 2015

Czy służby dyplomatyczne sabotują udział Polonii w wyborach?

Służby konsularne robią co mogą, by utrudnić Polakom w USA wydawanie paszportów, bez których udział w głosowaniu jest niemożliwy.

Jeżeli ktoś miał nadzieję, że fałszerstwa i inne hece z jakimi mieliśmy do czynienia przy okazji ostatnich wyborów samorządowych to tylko jednorazowy wyskok, albo wypadek przy pracy kilku nieudolnych decydentów, to śpieszę donieść, że nic podobnego. Kilka dni temu otrzymałem informację zza oceanu, że w konsulacie RP w Nowym Jorku trwa intensywna podgatowka, aby zbyt liczny udział tamtejszej Polonii w majowych wyborach prezydenckich nie popsuł humorów platformerskich urzędników. Oto na adres kontaktowy Niepoprawnego Radia PL przyszedł mail od zaniepokojonego słuchacza z New Jersey, w którym donosi, iż służby konsularne robią co mogą, by utrudnić Polakom w USA wydawanie paszportów, bez których udział w głosowaniu jest niemożliwy.

Pierwszą przeszkodą jest długi czas oczekiwania na wydanie paszportu – standardowo wynosi on ok. 8 tygodni, jednakże z niewiadomych przyczyn w okresie wyborczym okres ten wydłuża się jeszcze bardziej. Kolejnym wymogiem stawianym przez konsulat jest osobiste stawiennictwo w celu złożenia wniosku paszportowego – i to, jak możemy przeczytać na stronach internetowych placówki, wyłącznie po dokonaniu uprzedniej elektronicznej rejestracji w systemie „E-konsulat”. Składanie wniosku pocztą, czy jakąkolwiek inną drogą jest niemożliwe. Oddajmy głos słuchaczowi: „(...) z tego co wiem, przynajmniej konsulat RP w N.Y. robi bardzo wiele aby utrudniać ludziom wyrobienie paszportu. Na moje pytanie czy wreszcie będą wnioski paszportowe do pobrania ze strony konsulatu powiedziano mi 'nie ma i nie będzie' wtedy naiwnie zapytałem dlaczego, a pani konsul wyjaśniła 'bo taka jest decyzja'. Cóż, pani konsul generalnej Urszuli Gacek gratulujemy pryncypialności w spławianiu nachalnych petentów. Z pewnością zostanie to zauważone i docenione gdzie trzeba.

Teraz sobie wyobraźmy sytuację chętnego do wzięcia udziału w wyborach. Najpierw rejestracja elektroniczna w celu umówienia wizyty (ale, jak wiemy, samego wniosku o paszport tą drogą złożyć już nie można), następnie często długa i uciążliwa podróż do konsulatu i złożenie wniosku, potem minimum dwumiesięczny okres oczekiwania i wreszcie kolejna podróż w celu odebrania dokumentu. Nie ma to jak „frontem do klienta”.

Ale to nie koniec. Z kolejnego maila dowiedziałem się, że konsul honorowy w Filadelfii również nie dysponuje wnioskami paszportowymi – te przywożone są każdorazowo z Nowego Jorku na dyżur konsularny. Dowcip w tym, że o takowy dyżur pani konsul honorowa wraz z tamtejszą Polonią nie są w stanie się doprosić. Konsulat Generalny nie potrafi nawet podać jakiegokolwiek terminu. Jednak i to jeszcze nie wszystko. Następna blokada dotyczy samej możliwości głosowania – nawet osób dysponujących polskim paszportem. Znów oddaję głos mojemu korespondencyjnemu rozmówcy: „(...) robimy starania o utworzenie komisji wyborczej w Filadelfii. Wszystko zależy od decyzji konsula generalnego. Jeżeli takiej komisji wyborczej nie uda się utworzyć, to prawdopodobnie najbliższa będzie jakieś 1,5 godziny jazdy samochodem. Na razie na takie argumenty z mojej strony dostałem odpowiedź od pani konsul, że przecież można głosować korespondencyjnie, a decyzję o utworzeniu komisji podejmie konsul 'w miarę potrzeb i możliwości'.”.

Zwróćmy uwagę: wniosków paszportowych korespondencyjnie złożyć nie można, podobnie jak pobrać formularza ze strony konsulatu „bo taka jest decyzja”. Ale gdy zaangażowani obywatele przy wsparciu konsula honorowego chcą utworzyć komisję wyborczą, by ułatwić głosowanie rodakom, pada odpowiedź, że przecież można korespondencyjnie, więc jaki problem... Ile osób zniechęcą te biurokratyczne utrudnienia? Podejrzewam zresztą, że właśnie o to chodzi, wszystko to razem wzięte sprawia bowiem wrażenie celowego sabotowania udziału amerykańskiej Polonii w wyborach prezydenckich. Skądinąd wiadomo, że wśród Polaków w USA przeważają nastroje patriotyczne i prawicowe, stąd też trudno wyobrazić sobie, by boleściwie nam panujący belwederski wuj narodowy cieszył się tam poparciem – w przeciwieństwie do np. Andrzeja Dudy. Lepiej więc zawczasu zadbać, by jak najmniej zwolenników politycznego przeciwnika poszło do urn. Niska frekwencja w wyborach za oceanem w naturalny sposób gra na korzyść Komorowskiego. Mamy zatem do czynienia z niebywałym skandalem – polskie służby dyplomatyczne świadomie i z premedytacją grają na rzecz jednego z kandydatów, starając się osłabić potencjał wyborczy konkurencji.

Zakończę apelem do Polonii – ruszajcie po paszporty i nie dawajcie się zbyć urzędnikom. Polski paszport i udział w wyborach to Wasze niezbywalne prawo. A do posłów Prawa i Sprawiedliwości apeluję, by składali interpelacje i zastosowali wszelkie możliwe naciski, by ułatwić wydawanie dokumentów Polakom mieszkającym za granicą. Kto wie, czy głosy naszych rozsianych po świecie rodaków w finalnym rozrachunku nie okażą się na wagę złota.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 9 (27.02-05.03.2015)