Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Hartman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Hartman. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2019

Pod-Grzybki 182

Habemus Nobel! Szwedzka ekspozytura międzynarodowego lewactwa postanowiła wspomóc polskich ideowych pobratymców przyznając Oldze Tokarczuk swoją środowiskową nagrodę. Jak wiadomo, literackiego Nobla przyznaje się głównie za poglądy – oczywiście, jeśli laureat przy okazji potrafi pisać, to tym lepiej, ale nie jest to warunek konieczny. Podobnie z Noblem pokojowym – taki Barack Obama dostał go tylko za to, że nie jest Georgem W. Bushem. I nasze salony odczytały wyróżnienie trafnie, z miejsca ogłaszając, że jest to ICH noblistka. Ale cieszmy się i my, zawsze mogło być gorzej – przecież równie dobrze Nobla mogła dostać Nurowska.


*

Monika Olejnik rulez! Zarządziła, by odtąd każdy, bez względu na płeć, wiek, stan cywilny i umysłu – paradował mając przy sobie „zamiast lub obok torebki” książkę Olgi Tokarczuk: „spacerujmy po ulicach, parkach, lasach, sklepach, teatrach, kinach i stadionach oraz kościołach i innych miejscach – z książką! Z książką Olgi Tokarczuk”. Czytać na szczęście nie trzeba, co z niejaką ulgą przyjął min. Gliński. W związku z apelem, mam receptę na to, jak uchodzić za osobnika, jak to się mówi na salonach, „na pewnym poziomie” - oczytanego i inteligentnego światowca nadążającego za trendami: 1) kupujemy jakąkolwiek książkę Olgi Tokarczuk (niestety, w stwarzanie pozorów należy zainwestować); 2) wyginamy grzbiet książki, tak by wyglądała na czytaną; 3) ruszamy z nią w miasto zadawać szyku. A co, niech się chamy napatrzą, jak wygląda kulturalny człowiek!


*

Pewien problem może być z zabieraniem książki Olgi Tokarczuk do kina - przecież na sali podczas projekcji jest ciemno. Gdyby jednak Państwo zauważyli, jak w trakcie seansu ktoś uporczywie udaje, że czyta książkę Olgi Tokarczuk, należy zachować spokój – a po filmie dyskretnie się zbliżyć i poprosić o autograf. To zapewne będzie Monika Olejnik.


*

Bonus: gdy w kościele demonstracyjnie zaczniecie się modlić z książki Olgi Tokarczuk zamiast, jak te wsiowe mohery, z książeczki do nabożeństwa i ktoś zwróci wam uwagę – będziecie mogli odtąd zażywać męczeńskiej chwały jako ofiara prześladowań katolickiego ciemnogrodu. Wasze akcje w tzw. eleganckim towarzystwie z miejsca podskoczą o jakieś 50 proc.


*

Mam tylko jeden zgryz – Monika Olejnik zaleciła również zabieranie dzieł Noblistki do lasu. Że też ja tego wcześniej nie wiedziałem! Proszę sobie wyobrazić, że w sobotę byłem właśnie w lesie, na grzybach – i nie miałem ze sobą książki Olgi Tokarczuk! Zamiast tego, jak ostatni prymityw, wziąłem kozik i wiaderko. Jaki wstyd! Teraz przez to faux pas czuję się jak skończony palant.


*

Nieco poważniejąc – nie wiem, jak Państwo, ale ja nie mogłem słuchać tych rytualnych zapewnień „naszych” o „radości” z Nobla dla tej polakożerczej lewaczki. Polityków jeszcze rozumiem – inaczej nie mogli tuż przed wyborami. Ale reszta? Ostatecznie dobił mnie min. Gliński, który by zmazać niewczesne wyznanie, że nie był w stanie doczytać żadnego z jej rozwlekłych dzieł do końca, pośpieszył z zapewnieniem, iż jego ministerstwo wycelowało 700 tys. zł. na tłumaczenia dorobku Tokarczuk na wszystkie możliwe języki. Czyli, mówiąc po ludzku, dorzuciło się do szerzenia w świecie antypolskiej propagandy. No, teraz nawet Papuasi będą mogli zabierać książki Olgi Tokarczuk do dżungli na polowania i czytać o tym, jak to Polacy ciemiężyli niewolników.



*

Zmieńmy temat. Polacy nie przestają mnie zadziwiać. Opublikowano wyniki sondażu z którego wynika, że 66 proc. respondentów jest za zniesieniem celibatu księży. Zarazem, w dość rozpowszechnionym nurcie tzw. ludowego antyklerykalizmu panuje opinia o „pazerności klechów”. Ehem, drodzy rodacy, wyobraźcie sobie, że ten „pazerny kler” ma jeszcze na utrzymaniu rodziny... Nic wam się tu nie gryzie? Jak to mawiają w internetach – fuck logic...


*

Jeszcze przed wyborami Klaudia Jachira złożyła na policji zawiadomienie o przestępstwie – stała się mianowicie obiektem tzw. gróźb karalnych wysyłanych jej przez rozjuszonych internautów. Krótko mówiąc – czołowa polityczna hejterka i prowokatorka, godna następczyni Palikota, żali się, że sama stała się obiektem hejtu ze strony tych, których obrażała. Słowem - ani mózgu, ani honoru. No chyba, że Jachira to lepsza cwana gapa i celuje w pokojowego Nobla, jako ofiara „politycznej przemocy”. I wiecie co? Wcale nie jest bez szans.


*

Czerscy niczym św. Jerzy pokonali smoka! Konkretnie, twitterowicza o nicku „Smok05”. Tak im zalazł za skórę, udzielając się nie tylko na Twitterze, ale i na internetowym forum „Gazety Wyborczej”, że uskutecznili „dziennikarskie śledztwo” - i podali jego dane. Imię i nazwisko, miasto zamieszkania, firmę w której pracuje, PESEL... Słowem, Stefan Michnik może nie jest na Czerskiej obecny ciałem, ale duchem – na pewno. No, to teraz czekam na ujawnienie adresów dziennikarzy „Wyborczej” - w końcu, jak można , to można.


*

Jerzy Stuhr próbował załagodzić słynne słowa o „folwarcznych chłopach”. Wyszło na to, że on bynajmniej nie uważa, iż wszyscy chłopi są nienawistni i chcą się mścić na „elitach”. Są też chłopi „dobrzy”. Krótko mówiąc, „arystokrata” Stuhr podzielił plebs na ten potulny, słuchający się autorytetów i salonów oraz na chamów zbuntowanych. Dobrze rymuje się to z wypowiedzią pawianogrzywego prof. Radosława Markowskiego, który ze swych parnasów ocenił, że elektorat PiS „nie ma kwalifikacji obywatelskich”. Profesor wie co mówi, wszak przed laty zasłynął propozycją wprowadzenia w Polsce apartheidu – pisowski „ciemnogród” miałby zostać „instytucjonalnie oddzielony” od postępowego, platformerskiego „jasnogrodu”. Inny „kwalifikowany obywatel” z tej stajni, to nasz ulubieniec prof. Jan Hartman, który niegdyś, gdy Platformie spadły słupki dał wyraz swej obywatelskiej trosce słowami: „Tusku, k...a, zrób coś! Obiecaj ludziom lody, albo co”. I teraz wyobraźmy sobie tę komisję weryfikacyjną: Stuhr, Markowski, Hartman, siedzący za stołem i oceniający „kwalifikacje obywatelskie” kolejnych delikwentów. Uff, mało brakowało...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

niedziela, 29 października 2017

Kto ma krew na rękach?

Krew tego człowieka mają na swych rękach cyniczni manipulatorzy i specjaliści od wywoływania masowej histerii usadowieni w polityczno-medialnej „totalnej opozycji”.


I. Cynizm i hipokryzja

W czwartek 19 października ok. godz. 16:30 przed Pałacem Kultury i Nauki podpalił się 54-letni mężczyzna. Płomienie udało się ugasić, lecz desperat doznał rozległych obrażeń i został w stanie ciężkim przewieziony do szpitala. Szybko okazało się, że do tragicznego kroku popchnęły go względy polityczne – zostawił list w którym szczegółowo wyjaśnia swoje motywy, obarczając winą obecny rząd: „chciałbym, aby prezes PiS i PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża, i że mają moją krew na swoich rękach”.

Spuściłbym nad tym wydarzeniem zasłonę milczenia, gdyby nie jeden aspekt – otóż tragedia z miejsca została wykorzystana przez media i osoby publiczne kojarzone z tzw. totalną opozycją. Szczyt bezwstydu pobił na swym blogu na stronach tygodnika „Polityka” prof. Jan Hartman, uchodzący – co ważne – za etyka. We wpisie zatytułowanym „Podziękowanie dla samobójcy” (!) porównał czyn człowieka spod PKiN do samospalenia Ryszarda Siwca na Stadionie X-lecia w proteście przeciw udziałowi PRL w inwazji na Czechosłowację w 1968 r. Najbardziej jednak bulwersujące są dalsze słowa Hartmana, który wprost wyraża nadzieję na polityczne zyski z ewentualnej śmierci samobójcy: „Ta śmierć (pytacie, czy na nią czekam? I tak, i nie…) będzie (byłaby) w historii reżimu Kaczyńskiego cezurą”. Rozumieją Państwo? Etyk Hartman jest w rozterce, bo nie wie, czy życzyć temu człowiekowi śmierci – „i tak, i nie...”. A czym owe wątpliwości są spowodowane? Ano, wyjaśnia to w końcówce wpisu: „Jeśli ten człowiek umrze, nasz niemrawa i nierówna walka z reżimem PiS będzie miała nowy symbol i nowego bohatera. Stanie się odtąd poważniejsza – bo w polityce powaga jest następstwem czyjejś śmierci. I za to – niezależnie od tego, czy samobójca przeżyje, czy nie – chciałbym mu już dziś z uszanowaniem podziękować”. Krótko mówiąc, „totalna opozycja” potrzebuje tej śmierci jako symbolu do wciągnięcia na sztandary. To jest polityczny kanibalizm.

Na stronach tejże internetowej „Polityki” wtóruje Hartmanowi Adam Szostkiewicz, również przywołujący Ryszarda Siwca i piszący – jakże by inaczej – o niezgodzie na „dzielenie społeczeństwa przez rządzących”. Oczywiście, nie mógł zmilczeć również Jacek Żakowski - w komentarzu na „WP.pl” mamy znów nawiązanie do Siwca, ponadto też do Jana Palacha, który dokonał samospalenia w 1969 r. w Pradze, połączone z obłudnym wezwaniem (do PiS oczywiście), by zaprzestać eskalowania politycznych emocji... Porażający cynizm i hipokryzja. Już tłumaczę dlaczego.


II. Ofiary rządu PO

Po pierwsze, mężczyzna spod Pałacu Kultury bynajmniej nie był „pierwszym” od czasów Ryszarda Siwca człowiekiem, który zdecydował się na podobny czyn – jak próbuje się nam wmówić. Nie dalej jak sześć lat temu, w 2011 r., pod Kancelarią Premiera Donalda Tuska podpalił się Andrzej Żydek – były funkcjonariusz CBŚ i inspektor urzędu skarbowego na warszawskiej Pradze. Andrzej Żydek został zaszczuty przez swych przełożonych, a w końcu zwolniony z pracy za próby wyjaśniania nieprawidłowości polegających na zaniechaniu ścigania przestępstw skarbowych, co prowadziło do ich taśmowego przedawniania i ogromnych strat Skarbu Państwa. Kontrola z Ministerstwa Finansów ukręciła sprawie łeb, winnych nie znaleziono. Jedyną ofiarą stał się zbyt dociekliwy urzędnik, którego zwolnienie z pracy z nieformalnym „wilczym biletem” zepchnęło w biedę. Listy pisane do Donalda Tuska i innych polityków (m.in. Julii Pitery) pozostały bez odpowiedzi. W jednym z nich czytamy: „(...) jak to się dzieje, że osoby co do których istnieje podejrzenie popełnienia wielu przestępstw pozostają bezkarne, a ja za to, że miałem odwagę sprzeciwić się takim działaniom i odmówić brania udziału w popełnianiu przestępstw zostałem zepchnięty na margines życia w tym »demokratycznym i praworządnym kraju«?”.

Żonie zostawił list ze słowami: „Kochana żono, piszę do Was ostatni raz. W sensie psychicznym i fizycznym jestem wrakiem człowieka. Zniszczyli mi życie i wiarę w jakiekolwiek wartości. Zostało mi jedyne, honorowe wyjście. Po mojej śmierci zgłoś się po rentę. Jej komornik nie zajmie. I ratuj co się da, ratuj mieszkanie”. Pan Andrzej na szczęście przeżył próbę samobójczą, mieszka dziś wraz z rodziną na południu Polski.

Dwa lata później, w 2013 r., również przed Kancelarią Premiera, podpalił się pochodzący z Kielc 56-letni Andrzej Filipiak. Poprosił żonę o 30 zł na bilet i wsiadł w pociąg do Warszawy. Do samobójstwa popchnęła go bieda, na którą nie było miejsca w oficjalnym propagandowym przekazie „zielonej wyspy”. Z powodów zdrowotnych utracił pracę, nie był w stanie wraz z rodziną przeżyć z głodowych zapomóg i zasiłków. Płonącego mężczyznę próbowali ratować protestujący równolegle przed KPRM związkowcy – niestety, obrażenia były zbyt poważne i kilka dni później Andrzej Filipiak zmarł.

Te tragedie nie pasują jakoś opozycyjnym komentatorom do obrazka.


III. Stado szakali

Teraz kolejna rzecz. Do samospalenia pod PKiN doszło w rocznicę zamachu na Marka Rosiaka dokonanego przez Ryszarda Cybę 19 października 2010 r. - i śmiem twierdzić, że oba wydarzenia są awersem i rewersem tego samego medalu. W obu przypadkach mamy bowiem do czynienia z zainfekowaniem toksyczną, nienawistną propagandą – reakcja, czyli agresja skierowana przeciw innym, bądź przeciw sobie, jest tylko kwestią indywidualnej konstrukcji psychicznej danego człowieka. List Cyby nie pozostawia wątpliwości, spójrzmy: „Na początku chciałbym przeprosić pokrzywdzonych za to co zrobiłem, ale winę ponosi PiS. Jarosław Kaczyński i Lech Kaczyński, który spóźnił się na samolot i nie chciał się spóźnić się na uroczystości, doprowadził do katastrofy smoleńskiej przez zmuszenie załogi samolotu do lądowania w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych i słabo wyposażonym lotnisku. Według mnie to Lech Kaczyński jest największym mordercą Polskim od czasu II wojny światowej”. Mamy tu odzwierciedlenie medialnego jazgotu rozpętanego po tragedii smoleńskiej w skali 1:1.

Podobnie z listem pozostawionym przez mężczyznę spod Pałacu Kultury. Jako powody samopodpalenia wylicza 15 punktów będących streszczeniem tego, co przelewa się w mediach przez 24 godziny na dobę od wyborów 2015 r. - terror, faszyzm, dyktatura, PRL, wyrzucą nas z Europy... Tę zmasowaną intoksykację podbijają dodatkowo histeryczne wypowiedzi celebrytów oraz hasła skandowane na opozycyjnych wiecach. W manifeście samobójcy wszystko to jest oddane w skondensowanej formie. Mowa jest m.in. o ograniczaniu wolności obywatelskich, niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego i niezależnych sądów, łamaniu konstytucji, marginalizacji i ośmieszaniu Polski na arenie międzynarodowej, wycince Puszczy Białowieskiej, nienawistnych „miesięcznicach smoleńskich”, niszczeniu autorytetów (Lech Wałęsa), wrogości wobec „uchodźców” i „mniejszości” (LGBT), ubezwłasnowolnieniu mediów publicznych, upartyjnieniu służb specjalnych, reformie oświaty, ignorowaniu protestów w służbie zdrowia... Wypisz, wymaluj – agenda „totalnej opozycji”.

Trzeba przy tym zauważyć, że tragiczne kroki Andrzeja Żydka i Andrzeja Filipiaka spowodowane były ich namacalnymi, życiowymi doświadczeniami – biedą i bezprawiem. Oni mieli okazję na własnej skórze popróbować uroków „zielonej wyspy” i „polityki miłości”. W odróżnieniu od nich, Cyba i desperat z Placu Defilad posunęli się do drastycznych kroków pod wpływem czysto wirtualnego, medialnego Matrixu, który skutecznie im wmówił, że Kaczyńscy winni są Smoleńska, a Polska stacza się w otchłań totalitaryzmu.

A zatem na pytanie, kto ma krew na rękach, odpowiadam: krew tego człowieka mają na swych rękach cyniczni manipulatorzy i specjaliści od wywoływania masowej histerii usadowieni w polityczno-medialnej „totalnej opozycji”. Czy się cofną? Ależ gdzież tam - oni dziś nie posiadają się ze szczęścia, jak cytowany tu Jan Hartman, że wreszcie udało się kogoś skutecznie podbechtać i będą na tej tragedii żerować niczym stado szakali.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ryszard Cyba i system kłamstwa

Mordercy zza biurek


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (27.10-02.11.2017)

piątek, 30 maja 2014

Zgorszenie dla Żydów i głupstwo dla pogan

my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” - św. Paweł Apostoł, I List do Koryntian.

„Deklarację wiary lekarzy” podpisało już ponad trzy tysiące przedstawicieli zawodów medycznych i studentów, nic więc dziwnego, że lobby aborcyjne ogarnął prawdziwy popłoch. To wotum dziękczynne za kanonizację Jana Pawła II obliguje bowiem jego sygnatariuszy do przestrzegania magisterium Kościoła w kwestii ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Czyli, ze znalezieniem chętnych do wyskrobania dziecka potencjalnym „Agatom” będzie jeszcze trudniej niż do tej pory, co bardzo nie spodobało się byłej minister zdrowia, pani Ewie Kopacz, która jak się zdaje nic sobie nie robi z zaciągniętej na siebie ekskomuniki i nadal świętokradczo przystępuje do Komunii. Osobną sprawą jest kręgosłup moralny księży, którzy jej tejże Komunii udzielają, bo chyba nie mogą zasłaniać się niewiedzą.

Przypomnijmy dla porządku treść owej deklaracji, autorstwa dr med. Wandy Półtawskiej.

 

DEKLARACJA WIARY

Lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej.

Nam – lekarzom – powierzono strzec życie ludzkie od jego początku...

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:

  • ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,

  • moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.

Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” - powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim

  • aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji,

  • potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

6. UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

Wysokim uznaniem darzymy tych lekarzy i członków służby zdrowia, którzy w pełnieniu swojego zawodu ponad wszelką ludzką korzyść przenoszą to, czego wymaga od nich szczególny wzgląd na chrześcijańskie powołanie. Niech niezachwianie trwają w zamiarze popierania zawsze tych rozwiązań, które zgadzają się z wiarą i prawym rozumem oraz niech starają się dla tych rozwiązań zjednać uznanie i szacunek ze strony własnego środowiska. Niech ponadto uważają za swój zawodowy obowiązek zdobywanie w tej trudnej dziedzinie niezbędnej wiedzy, aby małżonkom zasięgającym opinii, mogli służyć należytymi radami i wskazywać właściwą drogę, czego słusznie i sprawiedliwie się od nich wymaga.”

Paweł VI, Humanae vitae, 27.

Biorąc pod uwagę powyższe, nic dziwnego, że na takie jednoznaczne dictum zawyły ze zgrozy wszystkie kręgi piekieł z niezawodną w takich razach „Gazetą Wyborczą” na czele. Utrudnia to bowiem robotę agitacyjno-propagandową polegającą na lansowaniu katolicyzmu w wersji gender, co wychwyciła Ewa Siedlecka przyrównując zachowanie sygnatariuszy Deklaracji do zachowania „organizacji antygenderowych”, które – a jakże – mają „nakręcać nienawiść”.

Ale zostawmy „Wyborczą”, bo szczęśliwie coraz mniej ludzi ją czyta, a przejdźmy do telewizorni. Oto w jednej ze szczekaczek miałem wątpliwą przyjemność wysłuchać pani Senyszyn, która w swym charakterystycznym, skrzeczącym stylu usiłowała dokument wykpić. Z kolei w innej mediodajni masowego rażenia oburzony prof. Hartman grzmiał coś o pozbawianiu lekarzy-sygnatariuszy prawa do wykonywania zawodu.

I wiecie co? Jakoś nie podniosło mi to ciśnienia, momentalnie bowiem przypomniałem sobie fragment I Listu do Koryntian, w którym św. Paweł pisze: „my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan”.

Czyli, wszystko się zgadza, jest dokładnie tak jak ujął to przed dwoma tysiącami lat Apostoł. Szczery Żyd Hartman, wiceprzewodniczący organizacji B'nai B'rith – Loża Polin, zanosił się wręcz zgorszeniem, a równie szczera poganka Senyszyn usiłowała przedstawić Deklarację jako „głupstwo”. Przy okazji - jeśli ktoś tu zechce sprostować, twierdząc, że Senyszyn jest ateistką, to odpowiem, że ateizm jest niczym innym jak formą religii - wiarą w nieistnienie Boga, czyli współczesną odmianą pogaństwa właśnie. Skoro zatem wszystko zgadza się z Pismem, to nie ma się czym przejmować. Jest bowiem tak, jak przepowiedział św. Paweł Apostoł. A zatem, miejmy spokój w sercach - Alleluja i do przodu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 2 lutego 2014

...i po Knesecie

Zastanawiam się, czy okoliczności towarzyszące wizycie izraelskiej delegacji w Auschwitz nauczą czegoś naszych „dialogistów”.

I. Pożyteczni „dialogiści”

Kneset, Kneset... i po Knesecie – chciałoby się powiedzieć komentując wizytę izraelskich parlamentarzystów w Auschwitz 27 stycznia 2014 roku. Wbrew nadziejom pożytecznych „dialogistów” nie podpisano wspólnej deklaracji w której znalazłoby się wezwanie do zaprzestania używania przez media oszczerczej zbitki „polskie obozy zagłady”, co przedstawiano nam jako cukierek w zamian za który mielibyśmy przymknąć oko na obrady izraelskiego parlamentu w de facto eksterytorialnych warunkach, z obstawą własnych formacji zbrojnych. Do sesji Knesetu wprawdzie nie doszło, choć wszystko wskazuje na to, że takie właśnie były pierwotne plany – o czym donosiły media w październiku 2013. Portal jewish.org.pl pisał: „Kneset chce zorganizować największą zagraniczną sesję w historii”, natomiast „Dziennik” jeszcze w przeddzień wizyty uraczył nas nagłówkiem „Izraelski parlament przyjeżdża do Polski na uroczyste obrady”. Widać, że do ostatniej chwili nie było jasności co do charakteru obchodów.

Mniejsza jednak o zamieszanie protokolarno-semantyczne, bowiem to co wprawia w autentyczne zażenowanie, to gotowość naszych „dialogistów” do zaakceptowania sesji obcego parlamentu na polskim terytorium, oznaczające w swej istocie czasowe wyłączenie fragmentu kraju spod polskiej jurysdykcji na warunkach analogicznych do statusu jakim cieszą się np. ambasady. Na portalu „Frondy” mieliśmy do czynienia z prawdziwym festiwalem tego typu deklaracji, poczynając od samego naczelnego portalu Tomasza Terlikowskiego, poprzez ks. Roberta Skrzypczaka, po redaktora naczelnego „Nowej Konfederacji” Bartłomieja Radziejewskiego, oświadczającego iż „posiedzenie Knesetu w Krakowie to dla Polski dobre wydarzenie” i rojącego o nawiązaniu do przedrozbiorowego „Sejmu Czterech Ziem”. Warto sobie zapamiętać te głosy, albowiem mówią one wiele o mentalności osób, którym „dialog” pomylił się z usłużną gorliwością wobec „starszych i mądrzejszych”. Ta lekceważąca niefrasobliwość z jaką potraktowali rację stanu, lub też (w wariancie przychylnym) błędne tejże racji odczytanie pokazuje, że postkolonialna mentalność nie jest obca również tym, którzy jej przejawy widzą przy wielu innych okazjach – zmienia się jedynie patron, któremu gotowi są służyć.

II. Nici z cukierka

Zresztą, z ponoć przyobiecanego nam cukierka nic nie wyszło, gdyż do podpisania wspólnej deklaracji potępiającej określenie „polskie obozy zagłady” nie doszło – pretekstem było odwołanie (z powodu śmierci żony) przyjazdu przewodniczącego Knesetu Yuli Edelsteina. I tu pojawia się pytanie, czy aby nie mieliśmy do czynienia z daleko posuniętym „chciejstwem” strony polskiej - zważmy, iż ze strony żydowskiej próżno było dopatrywać się tego rodzaju wypowiedzi. Edelstein mówił jedynie o działaniach, „które należy podjąć, by nic podobnego nie wydarzyło się w przyszłości w żadnym miejscu na świecie, szczególnie w odniesieniu do Żydów”, oraz o antysemityzmie, który „zwłaszcza w Europie, osiągnął poziom niespotykany od czasów Holokaustu” - czyli standard. Przypuszczam, że tragedia losowa będąca przyczyną odwołania wizyty wybawiła izraelską delegację z kłopotu jakim były dla niej oczekiwania strony polskiej, nic bowiem nie stało na przeszkodzie by ową deklarację podpisano w innym składzie sygnatariuszy – choćby przez obecnych w Auschwitz naczelnych (aszkenazyjskiego i sefardyjskiego) rabinów Izraela.

Oświadczenie byłoby dla delegacji żydowskiej nielichym problemem, kładłoby się bowiem w poprzek zarówno polityce historycznej Niemiec (obecnie głównego partnera Izraela w Europie), jak i interesom środowisk żydowskich, które na „polskim antysemityzmie” i „współudziale w holocauście” opierają propagandowo swe roszczenia majątkowe – od pewnego czasu z oficjalnym już zaangażowaniem się izraelskiego rządu w ramach projektu HEART. Tezę o polskim „chciejstwie” może potwierdzać informacja, iż treść stosownego fragmentu oświadczenia została uzgodniona jedynie pomiędzy... kancelarią Sejmu a sejmową komisją spraw zagranicznych (projektodawcą było PiS). Ani słowa o uzgodnieniach ze stroną izraelską. Fragment ów miał brzmieć: „Parlamentarzyści polscy i izraelscy sprzeciwiają się używaniu w domenie publicznej fałszywych sformułowań o polskich obozach śmierci i polskich obozach koncentracyjnych".

III. Monopolizacja Auschwitz

Sama uroczystość przebiegła w duchu typowej izraelskiej propagandy historycznej, mającej na celu swoistą „monopolizację holocaustu”. Mimo międzynarodowego składu sesji międzyparlamentarnej (delegaci z 20 krajów), nie padło bodaj ani jedno słowo o nie-żydowskich ofiarach Auschwitz, w tym o pomordowanych tam Polakach – i tu już nie ma wytłumaczenia, że na przeszkodzie stanęła nieobecność Yuli Edelsteina. Świat ma zapomnieć, lub wręcz nigdy się nie dowiedzieć, że w Auschwitz ginął ktokolwiek poza Żydami – taki „mesydż” płynie z obchodów. Inaczej może międzynarodowa opinia publiczna doszła by do niewygodnego wniosku, że „sakralizacja” holocaustu nie ma aż tak mocnego uzasadnienia, co mogłoby ją uodpornić na moralny szantaż będący podstawą wymuszeń rozbójniczych „holocaust industry”.

Co ciekawe, wyjątkowo przytomny głos opublikował na swym blogu Jan Hartman w tekście „Do przyjaciół Żydów”. Warto przytoczyć kilka fragmentów: „Czym my dziś jesteśmy dla Was? Otoczeniem obozów? Nudną niwą, zamieszkałą przez niegodnych uwagi kmieciów? Mało interesującym krajem we wschodniej Europie?”; „Zdobądźcie się na przemyślenie swojego stosunku do Polaków i Polski, własnych uprzedzeń i własnej urazem i urazą podszytej obojętności. Powiedzcie, że trzeba sprzeciwić się zarówno antysemityzmowi, który wciąż jeszcze, w różnych, często podstępnych i przewrotnych formach truje polskie dusze, jak i antylechityzmowi Żydów, wyrażającym się w nader stronniczym oglądzie historii naszych relacji, w przesądach i niemądrych kliszach, a przede wszystkim w tej zakłamanej obojętności, wyrażającej się w mówieniu, bez żadnego zażenowania, że „u nas nie ma problemu z niechęcią do Polaków”.”

Zwrócę jeszcze uwagę na reakcję Władysława Bartoszewskiego, który pytany przez portal wPolityce.pl w groteskowym stylu skomentował obchody Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu: „Tę wizytę organizował Sejm, a nie ja. Premier jej nie organizował, ani MSZ. Czyli do rozmowy jest wyłącznie biuro prasowe Sejmu oraz kierownictwo Sejmu, ci, którzy organizują i prowadzą. Ja nie byłem ani o to pytany, ani nie organizowałem”, po czym odłożył słuchawkę. No cóż, moim skromnym zdaniem wypada tylko się cieszyć, iż tzw. „profesor” nie maczał palców w wizycie, bo pamiętam, że gdy przewodził w 2009 roku polskiej delegacji na praskiej konferencji „Mienie ery Holocaustu”, to efektem była deklaracja z Teresina, która wraz z „dodatkowymi zaleceniami” (np. by przy tzw. „restytucji mienia” stosować „alternatywne formy dowodów własności”) stanowiła programową podwalinę dla powołania w 2011 roku organizacji HEART.

IV. Jonny From the Depths

Na zakończenie słów parę o panu Jonnym Danielsie, szefie fundacji „From the Depths”, będącej organizatorem izraelskiej wizyty (szerzej pisałem o tym w notce „Knesset From the Depths”), który przy tej okazji zaliczył mini-tournee po mediodajniach. Mimo, iż Daniels jest profesjonalnym piarowcem funkcjonującym na styku izraelskich sił zbrojnych, rządu i biznesu, to w wywiadach zaskakująco plącze się w zeznaniach.

Przykładowo, w Radiu Kraków mówił, że przekonanie Knesetu do wizyty zajęło mu... 10 lat. Zastanawiające, bowiem Daniels ma lat 27, wynikałoby zatem, że zaczął „przekonywać Kneset” już jako 17-latek. Z kolei w wywiadzie dla Onetu twierdził, że na pomysł wpadł sześć miesięcy temu w Krakowie na Festiwalu Kultury Żydowskiej. W tymże wywiadzie nazywa doniesienia o wyjazdowej sesji Knesetu „nieporozumieniem” i dodaje: „Knesset nigdy nie planował odbyć sesji parlamentu w Polsce”. To ostatnie jest ciekawe, jeśli skonfrontować z doniesieniem izraelskiego serwisu ynetnews.com z 29.09.2013, gdzie stoi jak byk, że pierwotnie sesja miała jak najbardziej się odbyć („Knesset to hold session in Auschwitz”), a sam Jonny Daniels jeszcze 17 października 2013 w rozmowie z PAP mówił: Po przyszłorocznych obchodach Międzynarodowego Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Auschwitz, w Krakowie odbędzie się specjalna sesja Knesetu (...) Będzie to wydarzenie bez precedensu - największe zagraniczne posiedzenie izraelskiego parlamentu.”. Czyli sesja miała się odbyć, tyle, że nie w samym obozie, a nieco później, w Krakowie. Wersję o sesji wyjazdowej potwierdza również serwis USA Today pisząc 27.09.2013: „Israeli Knesset plans session in Auschwitz”. No proszę – cały świat wiedział, a tu nagle pan Daniels mówi nam o „nieporozumieniu”... Jak na piarowca, czyli specjalistę od kontrolowanej ściemy, marnie mu poszło.

Dalej w rozmowie z Onetem Daniels przekonuje, że nigdy nie twierdził iż zabiegając o sesję Knesetu „zwrócił się do przyjaciół z polskiego rządu” (wypowiedź ta miała paść w rozmowie z TVN24), zaś „rozmowy z przedstawicielami rządu odbywały się poprzez dyrektora Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Piotra Cywińskiego. To państwowe muzeum, kontrolowane przez Ministerstwo Kultury”. Czyli co – przychodzi pan Daniels do prof. Cywińskiego, mówi, że ma taki a taki pomysł, a pan Cywiński leci w podskokach załatwiać sprawy „na górze”? Mamy wierzyć, że tak to właśnie wyglądało? Bez osobistych kontaktów z polskim rządem i parlamentarzystami przedstawicieli fundacji From the Depths?

Ale to jeszcze nie koniec. Pytany o finansowanie wizyty ucieka się do ogólników: „- Pieniądze pochodzą z tego samego źródła, co nasza inicjatywa. Mówię o oddolnych działaniach. To nie jest tanie przedsięwzięcie. Ludzie, którzy widzą, co organizujemy, przychodzą do nas i mówią: chciałbym wam pomóc, dać coś od siebie. (...) Mógłbym zgromadzić fundusze na tę uroczystość w pięć minut. Pójść do jednego z bogatych darczyńców, który dałby mi wszystkie potrzebne pieniądze. Dla mnie jednak najważniejsze było to, aby zaangażować w ten proces jak najwięcej osób. To również jest elementem zmiany.”. No, no – wspaniały przykład oddolnego „crowdfundingu”, tyle że z informacji cytowanego już ynetnews.com wynika, że sponsorem był anonimowy milioner ocalały z holocaustu (cyt. „The event will not be funded by the Knesset, but by a Holocaust surviving Jewish millionaire who made an anonymous donation for the cause.”). To finansowanie przez bogatego darczyńcę to oczywiście nic złego, ale po co głupio kręcić?

No i wreszcie sprawa nieszczęsnego oświadczenia o „polskich obozach zagłady”. Tu już Jonny Daniels pojechał w swej bezczelności i wykręcaniu kota ogonem po bandzie. Oto co ma do powiedzenia: „Najważniejszą deklaracją będzie to, że będziemy tam razem z polskim rządem. Żadna deklaracja nie zostanie wygłoszona, bo żadnej deklaracji nie ma potrzeby wygłaszać.” No cóż – skrajny niesmak, to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy podczas lektury enuncjacji pana Danielsa.

***

Nie wiem, czy powyższe nauczy czegoś na przyszłość naszych „dialogistów”. Bardzo bym chciał, obawiam się jednak, iż raczej przejdą nad opisanymi tu okolicznościami do porządku dziennego i przy najbliższej okazji słysząc (albo wmawiając sobie, że słyszą) kolejną obietnicę złożoną przez „partnerów w dialogu” i „starszych braci w wierze” znów napalą się jak szczerbaci na suchary.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/knesset-depths#.Uu027_t9BOg

 

wtorek, 12 lutego 2013

Rezygnacja Benedykta XVI – echa i refleksje

Proszę sobie zrekonstruować listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

I. Medialne echa

Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze ochłonąć po rezygnacji Benedykta XVI z godności Biskupa Rzymu, a już z różnych stron postanowiono nas ubogacić szeregiem cennych przemyśleń.

Po pierwsze, dowiedzieliśmy się, że była to bardzo dobra decyzja, bo oszczędziła wszystkim spektaklu publicznego dogorywania, jaki zafundował światu Jan Paweł II, budząc tym w hedonistyczno-nihilistycznych tzw. „ośrodkach opiniotwórczych” i pozostającej pod ich wpływem gawiedzi uczucie głębokiego dyskomfortu. Narracja ta pojawiła się m.in. w ściekach, czyli tzw. „forach” pod artykułami na gazeta.pl. Nie wiem, czy Państwo to pamiętają, ale oni nie mogli wprost zdzierżyć, że Papież poprzez swe pokorne cierpienie dawał światu ostatnią, potężną katechezę, idącą w poprzek eutanazyjnym trendom rozszalałej cywilizacji śmierci. Tym razem odetchnęli z ulgą – nie będzie powtórki.

Po drugie, oznajmiono nam, że był to papież „słaby i konserwatywny”, który postanowił odejść, bo nie był w stanie oczyścić stajni Augiasza, jaką jest watykański dwór, którą to mądrością uraczył nas prof. Jan Hartman na łamach „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, ciekawe, co skłoniło redaktora Chrabotę, by wpuszczać akurat przy tej okazji na łamy członka think tanku „Plan zmiany" 
Ruchu Palikota i rady polityczno-programowej SLD, czyli instytucji znanych ze swego żarliwego katolicyzmu. Może zresztą musiał, bo nie sposób nie zauważyć, iż medialna kariera prof. Hartmana niebywale przyśpieszyła po restytucji w 2007 roku loży B'nai B'rith Polin, on sam zaś jako jej członek-założyciel i wiceszef (od lutego 2012) jakoś tak dziwnie zhardział.

Po trzecie wreszcie, dzięki różnym „wujkom dobra rada” wiemy, jaki powinien być kolejny papież – postępowy, młody i najlepiej spoza Europy. Tu mamy do czynienia z klasycznym „wishful thinking” skupiającym jak w soczewce antyreligijne przesądy lewactwa, które będzie w stanie zaakceptować Kościół Rzymski dopiero wówczas, gdy ten wyprze się własnego nauczania na wzór choćby takich anglikanów. Na tym potencjalnym papieżu z Azji lub Afryki mogą się zresztą lewacy nieźle przejechać, bowiem tak się składa, że tamtejsze Kościoły lokalne są często bardziej zachowawcze od zliberalizowanych do bólu wspólnot europejskich, których hierarchowie posuwają się niekiedy wręcz do zanegowania katolicyzmu – tak w sferze nauczania moralnego, jak i dogmatyki. Polecam tu choćby książkę Terlikowskiego „Koń trojański w mieście Boga – pół wieku po Soborze”.

Ciekawe, tylko co powiedzą, gdy zdarzy się „papa negro” będący katolickim odpowiednikiem obyczajowych poglądów Johna Godsona. Zaczną wyzywać go od „czarnuchów”?

II. Refleksje

Nie ukrywam, że rezygnację Benedykta XVI przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Trudno oczywiście oczekiwać heroizmu na miarę Jana Pawła II, nie ulega jednak wątpliwości, że Joseph Ratzinger papieżem być nie chciał. Wedle jego słów, modlił się wręcz, by kardynałowie wybrali na Stolicę Piotrową kogoś innego. Czy Benedykta XVI przygniotła odpowiedzialność, wiek, choroba, czy może kombinacja wszystkich tych czynników – pewnie nigdy się nie dowiemy. Najgorzej byłoby, gdyby się okazało, że kardynał Ratzinger postanowił po prostu wrócić do pracy naukowej i pisania prac teologicznych gdzieś w klasztornych murach, gdyż – niezależnie od ich wartości – następca św Piotra nie jest panem samego siebie, bo to nie on się postawił na czele Kościoła, tylko został tam postawiony z inspiracji Ducha Świętego. Byłaby to Jonaszowa dezercja od odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie wchodzi to w rachubę.

Co pozostanie po papieżu Benedykcie XVI? Sądzę, że wbrew medialnym kliszom, wcale nie „kontynuacja pontyfikatu Jana Pawła II”, tylko przede wszystkim kontynuacja jego własnego dzieła jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kiedy to jako „pancerny kardynał” i „rottweiler Pana Boga” kładł tamę rozpanoszonemu „duchowi Soboru”. Będzie zapamiętany jako niezłomny obrońca doktryny i nauczania Kościoła, który walnie przyczynił się do powściągnięcia modernistycznego nowinkarstwa „postępowych” teologów, bicz Boży na odstępstwa „teologii wyzwolenia” (to jeszcze jako prefekt KNW), reanimator rytu trydenckiego Mszy Świętej oraz papież, który sprowadził dialog ekumeniczny do właściwych proporcji.

Zresztą, proszę zrekonstruować sobie listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Ilustracja z portalu wPolityce.pl