Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja śmierci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja śmierci. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Europa w mackach cywilizacji śmierci

8. poprawka do konstytucji była po prostu reliktem dawnej, katolickiej Irlandii – kraju, którego już od dawna nie ma.


I. Szturm cywilizacji śmierci

A więc stało się – po przeprowadzonym 25 maja referendum w sprawie liberalizacji aborcji, Irlandia dołączyła do strefy cywilizacji śmierci, która tym samym oplotła swymi mackami niemal cały kontynent. Przypomnijmy, że obecnie obowiązująca 8. poprawka do konstytucji wprowadzona w 1983 r. pozwala na aborcję jedynie w przypadku skrajnego zagrożenia życia matki – w innych sytuacjach zabicie dziecka zagrożone jest karą do 14 lat więzienia. Irlandczycy w głosowaniu opowiedzieli się za zniesieniem tego zapisu większością 66,4 proc. przy frekwencji 64,1 proc. Media donoszą, że obrońcy życia zwyciężyli tylko w jednym okręgu wyborczym na północy kraju – Donegal. Do proaborcyjnej ofensywy rzucono wszystkie siły – począwszy od premiera Leo Varadkara, poprzez hojnie sponsorowane przez Sorosa organizacje pozarządowe, a skończywszy na globalnych, lewackich mediach społecznościowych – Facebook i Google. Efektem było poparcie dla postulatów aborcjonistów we wszystkich grupach wiekowych za wyjątkiem osób 65-plus.

Zwraca uwagę potężna dysproporcja w przekazie medialnym towarzyszącym kampanii – zwolennicy życia mieli do dyspozycji w zasadzie tylko przekaz bezpośredni, „face to face”. Telewizje niepodzielnie zdominowane były przekazem proaborcyjnym. Specyficzną furorę zrobił spot „Amnesty International”, w którym ciążę przedstawiono jako wyjątkowo irytujące doświadczenie wpływające na poczucie komfortu kobiety – wg materiału AI przybranie na wadze, poranne mdłości i niemożność samodzielnego pomalowania paznokci u stóp są wystarczającymi powodami, by pozbyć się rosnącego w brzuchu bachora. Najwyraźniej zasłużona niegdyś organizacja walcząca o prawa człowieka pozazdrościła polskiej piosenkarce Natalii Przybysz, która postanowiła zabić swoje dziecko z powodu zbyt małego metrażu i niechęci do męczącej przeprowadzki. Przybysz za swój „coming-out” została „superbohaterką” „Wysokich Obcasów” - tutaj, w Polsce, sądziliśmy wtedy, że niżej upaść nie można, lecz okazało się, że celebrytka jedynie zaimplementowała na krajowym gruncie szersze zjawisko, które można by określić jako „aborcję lifestylową”. Swoją drogą, ów trend przewidział dawno temu amerykański pisarz Philip K. Dick w słynnym opowiadaniu „Przed-ludzie” - tam z kolei żona zwraca się do męża słowami: „zróbmy sobie skrobankę”, argumentując, że ostatnio stało się to modne wśród jej koleżanek, a dziecko bywa męczące. Dodajmy, iż w przedstawionych przez autora Stanach Zjednoczonych przyszłości, wskutek „demokratycznego kompromisu” Kongres ustalił, że dusza wstępuje w ciało człowieka w wieku 12 lat – zatem „aborcję” można przeprowadzić również na dziecku jak najbardziej urodzonym. Jak widać, jeszcze wiele przed nami.


II. Nożyce Zuckerberga

Kolejną cechą charakterystyczną irlandzkiej kampanii referendalnej była wprowadzona przez Google i Facebooka cenzura internetu. Nie od dziś wiadomo, że dla szeroko rozumianej prawicy to internet jest wiodącym środkiem przekazu – z tradycyjnych mediów elektronicznych bowiem treści konserwatywne już dawno zostały wyrugowane, a środowiska pro-life prezentowane są w nich jako zgraja agresywnych, niebezpiecznych ekstremistów. Możliwości stwarzane przez media społecznościowe są zatem w praktyce jedyną drogą dotarcia do szerszego grona odbiorców. Tym razem jednak lewackie kierownictwo wspomnianych koncernów, świadome swej monopolistycznej pozycji, wykazało się czujnością i postanowiło prewencyjnie blokować wszystkie treści związane z referendum – co przy lewicowym przechyle pozostałych mediów wytworzyło rażącą nierównowagę na rzecz zwolenników morderstw prenatalnych. Oczywiście, żadna z organizacji pozarządowych, na co dzień tak pilnie monitorujących procesy wyborcze w poszczególnych krajach, nie raczyła odnotować tej jawnej ingerencji w kampanię.

Warto nadmienić, że formalnie stanowisko internetowych potentatów było pokłosiem afery z „Cambridge Analytica”, którą cynicznie wykorzystano do wyrugowania z sieci postulatów pro-life. Facebook i Google są korporacjami jednoznacznie zorientowanymi ideologicznie po stronie skrajnej lewicy obyczajowej, blokowanie prawicowego przekazu przy jednoczesnej tolerancji dla ekstremalnego lewactwa od dawna jest ich znakiem rozpoznawczym – dotąd jednak odbywało się to „punktowo”, poprzez banowanie poszczególnych stron i profili. Teraz po raz pierwszy pod pretekstem dochowania „obiektywizmu” sięgnięto po blokadę całościową, totalną i spodziewać się należy, że Irlandia stała się poligonem doświadczalnym przed kolejnymi wyborami w innych krajach – gdy tylko będzie zachodziła obawa, że głosowanie mogą wygrać „elementy niepożądane”, wówczas do akcji wkroczą cenzorskie nożyce Zuckerberga. W najbliższej przyszłości powyższe może dotyczyć także Polski.


III. Post-chrześcijańska Irlandia

Opisywane tu uwarunkowania nie zmieniają jednak faktu, że zdecydowana przewaga zwolenników zabijania dzieci jest efektem głębszych procesów społecznych. Medialna nagonka pomogła jedynie w osiągnięciu spektakularnej większości 2/3, lecz zapewne konstytucyjna poprawka chroniąca życie upadłaby i tak. W ciągu zaledwie jednego pokolenia Irlandia doświadczyła bowiem galopującej sekularyzacji. Dość powiedzieć, że jeszcze w 1983 r. obalona dziś 8. poprawka do konstytucji została (również w referendum) przyjęta większością 66,9 proc. głosów. Innymi słowy, Zielona Wyspa z bastionu katolicyzmu w ekspresowym tempie stoczyła się na pozycję kolejnego kraju post-chrześcijańskiego. Katolicki publicysta i działacz społeczny Grzegorz Górny znaczną część winy przypisuje tu głośnemu skandalowi pedofilskiemu, który wstrząsnął irlandzkim Kościołem, nieodwracalnie podrywając jego autorytet. Na domiar złego, tamtejsza hierarchia zareagowała w najgorszy możliwy sposób – chroniąc winnych i nieudolnie usiłując zamieść sprawę pod dywan, jakby nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszym świecie takiej afery zwyczajnie nie da się ukryć, szczególnie jeśli działa się w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu medialnym. Skutkiem było masowe odwrócenie się wiernych od katolicyzmu utożsamianego w powszechnym odbiorze z hipokryzją, cynizmem i zakłamaniem. Drastycznie spadła też liczba powołań – obecnie w całym państwie funkcjonuje zaledwie jedno seminarium duchowne.

Swoje zrobiła też bliskość Wielkiej Brytanii i płynące stamtąd antywzorce kulturowe. Tajemnicą poliszynela były wyprawy irlandzkich kobiet w ramach „turystyki aborcyjnej”, stopniowo wdrażano również kolejne punkty lewackiej agendy obyczajowej. Można powiedzieć, że lewica zaliczyła na wyspie wyjątkowo skuteczny marsz przez instytucje, skutecznie urabiając społeczną świadomość. Wszak zaledwie trzy lata temu, 22 maja 2015 r., Irlandczycy większością 62 proc. głosów opowiedzieli się za wprowadzeniem homomałżeństw, a wcześniej (w 2010 r.) zalegalizowano jednopłciowe związki partnerskie. Ekspresowe tempo, zważywszy, że jeszcze do 1993 r. nielegalne były nawet akty homoseksualne. Niszczeniu tradycyjnej rodziny sprzyja również TUSLA (rządowa Agencja ds. Dzieci i Rodziny) będąca odpowiednikiem osławionych niemieckich Jugendamtów, mogąca pod byle pretekstem odbierać dzieci ich rodzicom na wzór analogicznych instytucji działających w przeżartych „postępem” krajach skandynawskich. Patrząc pod tym kątem, 8. poprawka do konstytucji była po prostu reliktem dawnej, katolickiej Irlandii – kraju, którego już od dawna nie ma.


IV. Propaganda śmierci

Premier Leo Varadkar zapowiada, że jeszcze w tym roku prawo aborcyjne zostanie zliberalizowane – aborcja ma być dozwolona „na żądanie” do 12 tygodnia, a w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety lub poważnego uszkodzenia płodu – do 24 tygodnia ciąży. Lobby aborcyjne zapowiada teraz szturm na Irlandię Północną – po referendum na siedzibie partii Sinn Fein w Dublinie zawisł banner z wymownym hasłem „Północ będzie następna”. Paradoksalnie, przeciwna liberalizacji jest lojalistyczna, protestancka Demokratyczna Partia Unionistyczna. Jednak nie ma się co łudzić – „postęp” dotrze i tam. Zbyt wielkie siły i środki są zaangażowane w propagandę śmierci, a depopulacja rdzennych Europejczyków mająca ułatwić zaprowadzenie utopii „multi-kulti” pozostaje nieodmiennie priorytetem lewactwa i jego sponsorów.

Również w Polsce możemy się spodziewać narastającej presji i wzmożonej „pierekowki dusz” - „czarne protesty” sponsorowane przez powiązane z Sorosem organizacje to zaledwie początek. Wspomniana Amnesty International od dawna w alarmistycznym tonie donosi o zagrożeniu „praw reprodukcyjnych” w naszym kraju, postulując m.in. zniesienie klauzuli sumienia. Większość Polaków wprawdzie póki co jest przeciwna liberalizacji, ale przykład Irlandii pokazuje, że ten stan nie jest dany raz na zawsze. Tym bardziej niepokoi, delikatnie mówiąc, ambiwalentny stosunek PiS do kwestii ochrony życia i dziwna ustępliwość przed lobby cywilizacji śmierci. Zostaliśmy w Europie praktycznie sami na placu boju. Nie łudźmy się, że nam odpuszczą.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

TUSLA – Jugendamt po irlandzku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (06-19.06.2018)

niedziela, 20 maja 2018

Wielka Brytania – lewackie imperium zła

Cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki.

I. Machina śmierci

W poniedziałek, 14 maja, w Liverpoolu odbył się pogrzeb Alfiego Evansa. „Małego wojownika” na trasie konduktu pogrzebowego żegnały tysiące ludzi, w tym kibice miejscowego klubu piłkarskiego – Evertonu. Była to ostatnia odsłona batalii, która przykuła uwagę całego świata – niespełna dwuletni chłopiec i jego zdesperowani rodzice podjęli nierówną walkę z nieludzkim systemem lekarsko-urzędniczo-sądowym. Jeżeli ktoś potrzebował dowodu na istnienie cywilizacji śmierci, to za sprawą brytyjskiej machiny państwowej otrzymał go w wyjątkowo dobitnej formie. Najpierw lekarze – ci sami, którzy nie tylko nie potrafili Alfiemu pomóc, ale nawet go zdiagnozować – zadecydowali wbrew woli rodziców, że ich dziecko ma umrzeć. Później zaś decyzja ta uzyskała wsparcie wszelkich możliwych państwowych organów, z najwyższymi instancjami sądowniczymi włącznie. Na funkcjonariuszach systemu nie zrobił wrażenia nawet fakt, że chłopiec po odłączeniu go od aparatury medycznej samodzielnie oddychał. Odmówiono przyjęcia do wiadomości, że małemu przyznano włoskie obywatelstwo, a związany z Watykanem szpital Bambino Gesu zaoferował dalsze leczenie. Nie miało znaczenia, że wojskowy samolot medyczny gotów był przetransportować Alfiego w każdej chwili do rzymskiej kliniki. Zignorowano również apel tak chętnie przy innych okazjach cytowanego papieża Franciszka. Sędzia Justice Hayden stwierdził wręcz, że zabiegi włoskiego rządu „uchybiają standardom międzynarodowej dyplomacji”, a przewiezienie chłopca „nie leży w jego interesie”, dorzucając jeszcze uwagę o „fanatyzmie” jednego z członków rodziny Evansów. Swoje dołożył zeznający przed sądem lekarz reprezentujący szpital Alder Hey, twierdząc, że na transport nie pozwala „zły stan zdrowia” dziecka. Przypomnijmy, że mówimy o sytuacji, kiedy arbitralnie skazano chłopca na śmierć, a tlen i wodę podano mu dopiero po wielu godzinach, pod ewidentną presją rodziców i opinii publicznej. Jednak, koniec końców, zgodnie z „planem paliatywnym” (tak określono procedurę eutanazyjną) wycieńczony Alfie Evans zmarł 28 kwietnia o 2:30 w nocy. 9 maja skończyłby dwa lata.

A zatem woli brytyjskiej Korony stało się zadość, zaś lekarze, którzy zgodnie z tamtejszym prawem reprezentowali „interes dziecka” przeciwstawiany (zapewne subiektywnej i niemiarodajnej, jak wynika z orzeczenia sądu) opinii rodziców, mogą wreszcie spokojnie odetchnąć. Państwo pokazało swą moc i udowodniło niedowiarkom, że pozostaje panem życia i śmierci poddanych królowej. W tle mamy jeszcze faszerowanie chłopca szczepionkami aplikowanymi wg standardowego „rozdzielnika” bez brania pod uwagę, iż jest to przypadek szczególny, po których jego stan konsekwentnie się pogarszał - i podejrzenie, że gdyby ukończył drugi rok życia, rodzice mogliby dochodzić gigantycznych odszkodowań z tytułu powikłań. Lepiej więc było go zawczasu zabić - nie ma dziecka, nie ma problemu. Wpisuje się to zresztą w mroczną tradycję Alder Hey Hospital, mającego na swoim koncie m.in. nielegalne pobieranie i handel narządami zmarłych dzieci, a także niewyjaśnione zgony małych pacjentów. No i wreszcie postać sędziego Haydena – zwolennika aborcji i eutanazji oraz aktywisty LGBT opowiadającego się za prawem do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Słowem, klasyczny produkt lewackiej obróbki ideologicznej, oddelegowany na odcinek wymiaru sprawiedliwości.


II. Imperium zła

Jak na ironię, w tym samym czasie media ekscytowały się narodzinami kolejnego „royal baby” - i muszę powiedzieć, że obserwując tę schizofrenię, miałem nieodparte wrażenie obcowania z jakimś satanistycznym obrzędem. Zabójstwo Alfiego Evansa wyglądało wręcz na coś w rodzaju mordu rytualnego - bo też determinacja wszystkich organów brytyjskiego państwa w dążeniu do zamordowania tego chłopca była wprost nieludzka. Może u nich jest taka niepisana tradycja, że gdy w rodzinie królewskiej rodzi się nowy potomek, to jakieś inne dziecko musi zostać uśmiercone - i z jakichś względów padło akurat na Alfiego? Biorąc pod uwagę zbrodniczą historię brytyjskiego imperium, wcale by mnie to nie zdziwiło – podobnie, jak nie dziwi mnie paniczny lęk jego przedstawicieli przed modlitwą. Zaraz po śmierci Alfiego włoski zakonnik o. Gabriele Brusco wspierający chłopca i jego rodzinę, został zmuszony przez miejscowych biskupów do opuszczenia Wlk. Brytanii. Wcześniej natomiast został odwołany ze szpitala – jego obecność przy Alfiem i modlitwy były nie na rękę personelowi. Nie pozwolono mu nawet na udzielenie sakramentu namaszczenia chorych. Już po wszystkim, Episkopat Anglii i Walii w pełni poparł poczynania szpitala i organów państwa – najwyraźniej wśród poddanych królowej obowiązuje żelazna lojalność wobec Korony, a duchowieństwo zobowiązane jest do wspierania poczynań Imperium, nawet jeśli są one skrajnie lewackie i jawnie antychrześcijańskie. W Polsce również mieliśmy namiastkę powyższego. Otóż policja na wezwanie brytyjskich dyplomatów rozgoniła pokojowe spotkania modlitewne pod konsulatami w Warszawie, Lublinie i Krakowie, zorganizowane w dniu urodzin Alfiego – 9 maja. Powód? Modlitwa za duszę małego tak przeraziła przedstawicieli Imperium Zła, że zaczęli „obawiać się o swoje bezpieczeństwo”.

Krótko mówiąc, cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki. Kolejną cechą tego, co mieliśmy właśnie okazję zobaczyć, jest porażająca swą perfidią hipokryzja - orędownikami i kapłanami nowego imperialnego paradygmatu są bowiem stada lewackich doktrynerów mieniących się „liberałami”, pokroju wspomnianego wyżej sędziego Haydena. Dla urzeczywistnienia swych ideologicznych założeń gotowi są nawet zabić – bo wszak uśmiercenie Alfiego Evansa było w istocie mordem sądowym. Ów tępy dogmatyzm przekłada się na priorytety działań aparatu państwa w których poczesną rolę odgrywa zwalczanie inaczej myślących – w imię zamordystycznie pojmowanego „liberalizmu”, ma się rozumieć. A to z kolei oznacza, że Wielka Brytania, przy zachowaniu wszystkich „wolnościowych” pozorów stała się państwem szalejącego, lewackiego faszyzmu.


III. Wróg publiczny

Taki system, rzecz jasna, potrzebuje wroga, którego istnienie legitymizowałoby systematyczną likwidację swobód w przestrzeni prywatnej i publicznej – począwszy od władzy rodzicielskiej, a skończywszy na wolności słowa, jaka do niedawna była znakiem firmowym Zjednoczonego Królestwa. Wrogiem tym jest obecnie „prawicowy ekstremizm” oznaczający każdego, kto odstaje choćby o włos od zadekretowanej linii. Przykładowo, na własnej skórze odczuli to przywódcy antyimigranckiego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen skazani na kary więzienia (odpowiednio – 18 i 36 tygodni) za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Owo „szerzenie nienawiści” polegało m.in. na sprzeciwie wobec islamizacji Wielkiej Brytanii, przejawiającej się chociażby długoletnią bezkarnością gangów pakistańskich stręczycieli i gwałcicieli nieletnich dziewcząt w Rotherham, Rochdale, Telford i wielu innych miastach – przy bierności policji obawiającej się oskarżeń o „rasizm”. Z kolei w Newcastle urzędnicy mieli zakaz mówienia o przynależności etnicznej sprawców, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Paul Golding przypłacił już pobyt za kratami dotkliwym pobiciem i złamaniem nosa. Z podobnych powodów do aresztu trafił inny aktywista – Tommy Robinson, znany polskim odbiorcom ze świetnego wideoreportażu o Marszu Niepodległości. Pozornie to wszystko jest odległe od sprawy Alfiego Evansa, lecz w rzeczywistości mamy do czynienia z elementami tej samej, totalniackiej układanki.

Dwa lata temu kibicowałem Brexitowi, widząc w nim szansę na uwolnienie się tego kraju spod lewackiej okupacji Brukseli. Dziś okazuje się, że Wlk. Brytania wyszła z Unii tylko po to, by praktykować lewactwo na własną rękę i w jeszcze bardziej restrykcyjnej formie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (19-24.05.2018)

niedziela, 13 lipca 2014

Pełnomocnik Lucyfera na Polskę

By wizja prof. Hartmana zatriumfowała, należy wyrugować konkurencyjne systemy normatywne - z Dekalogiem na czele.

I. Zemsta Jasnogrodu

Nagonka na profesora Bogdana Chazana nie jest, jak próbują to przedstawiać niektórzy komentatorzy, zabiegiem socjotechnicznym Platformy mającym odwrócić uwagę publiki od problemów rządu Tuska i afery taśmowej. Owszem, PO się do polowania ochoczo podłączyła, wykorzystując do tego celu państwowe instytucje i licząc właśnie na efekt „tematu zastępczego”, jednak źródło tkwi moim zdaniem gdzie indziej. Jest to mianowicie zemsta ideologicznego establishmentu III RP za „deklarację jasnogórską”. Ówże establishment jak wiemy od ćwierćwiecza trudzi się nad wykorzenieniem Polaków, którzy by stać się europejczykami mają „wyrzec się swej polskości”. Aby tak się stało, należy przede wszystkim zniszczyć, lub przynajmniej zmarginalizować wpływ Kościoła i głoszony przezeń system wartości.

Nic więc dziwnego, że ogłoszenie „Deklaracji wiary lekarzy” podpisanej przez ok. trzy tysiące przedstawicieli zawodów medycznych wywołało zbiorowe wycie demonów ulokowanych w piekielnych kręgach mediodajni i uniwersyteckich katedr. Szczególną wściekłością zareagował profesor Jan Hartman, co do którego żywię silne podejrzenie, iż jest osobistym pełnomocnikiem Lucyfera na Polskę. Imię „Lucyfer” oznacza bowiem „Niosący Światło” (łac. lux – światło, ferre – nieść) i profesor Hartman niosąc pochodnię nieubłaganego Postępu niestrudzenie indoktrynuje nas właśnie w takim demonicznym duchu. Zwrócę przy tym uwagę, że czyni to ze wzmożoną zajadłością od kiedy został prominentnym członkiem-założycielem loży B'nai B'rith Polin i jej wiceprzewodniczącym, zupełnie jakby z tego tytułu otrzymał jakieś nadzwyczajne plenipotencje.

II. Anty-deklaracja Hartmana

Ponieważ rzeczą diabelską jest parodiowanie, wykoślawianie i negowanie dzieła Bożego, toteż i profesor Hartman nie uchylił się od tego szatańskiego obowiązku. W odpowiedzi na „Deklarację wiary lekarzy” spłodził on mianowicie „Deklarację obywatelską” w której otwartym tekstem zanegował prawo lekarzy, funkcjonariuszy publicznych i pozostałych przedstawicieli zawodów zaufania publicznego do posiadania własnego sumienia. To znaczy, teoretycznie sumienie każdy może posiadać, czemu nie, jednak wyciąganie z faktu posiadania sumienia jakichkolwiek konsekwencji podczas pełnienia obowiązków zawodowych ma być surowo zakazane pod groźbą sankcji karnych. Innymi słowy, sumienie ma być systemowo łamane, czyli w praktyce – unieważnione. Oznacza to, jak łatwo zauważyć, aborcję sumienia a w efekcie – także duszy, co miłośnikom Oświecenia musi być szczególnie miłe. Jako że utrzymują oni, iż duszy nie posiadają, zatem grzechem przeciw postępowej doktrynie równości i sprawiedliwości byłoby, gdyby jedni ludzie byli posiadaczami duszy i sumienia, a inni – nie. Profesor Hartman postanowił więc ową nierówność zapobiegliwie zlikwidować, tak by nikt nie mógł dostąpić zbawienia i koniec końców wszyscy ludzie w braterskim uścisku trafili do tego samego piekielnego kotła.

W preambule do swej anty-deklaracji prof. Hartman pisze: „Sygnatariuszom osławionej „Deklaracji Jasnogórskiej” polecam wzięcie do lewej ręki swojej żałosnej fanatycznej elukubracji, rodem z czasów inkwizycji i stosów, a do prawej tego, co tu przedstawiam. Oto miara waszego zacofania i waszej zdrady wobec obywatelskiej powinności.” Dalej jest już tylko lepiej i weselej („Życie stało się lepsze, towarzysze, życie stało się weselsze”). Spójrzmy: „Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej i wartości, na których opierają się zawarte w niej normy, jak również prawo RP i przepisy regulujące wykonywane przez nas zawody są podstawą naszej działalności zawodowej oraz etosu, który wypełnia tę działalność treścią moralną” - pisze w pierwszym punkcie nasz delegat piekieł. Radzę się dobrze wczytać w ten fragment oznacza on bowiem w tłumaczeniu z polskiego na nasze, że źródłem etosu a co za tym idzie – moralności („treść moralna”) są przepisy prawa – jakie by one nie były. Moralne jest to, co zgodne z prawem, cała reszta zaś to prywatne przekonania nie mające nic do rzeczy, albowiem potencjalni sygnatariusze w punkcie drugim deklarują, iż nie będą przedkładać „innych systemów normatywnych (np. prawa religijnego czy też prawa obcego państwa) ponad prawo polskie”. Punkt trzeci natomiast głosi, że „Jesteśmy świadomi faktu, że życie moralne społeczeństwa opiera się na publicznie obowiązujących normach, których wyrazem jest między innymi prawo, nie zaś na najsilniej nawet ugruntowanych przekonaniach jednostek”, dalej zaś jest o tym, że w przypadku konfliktu sumienia orzekać ma „zwierzchność” tudzież odpowiednie organy. Jak łatwo zauważyć, jeśli „zwierzchność” lub „organy” każą lekarzowi abortować dziecko, to lekarz ma schować mordę i sumienie w kubeł i ze śpiewem na ustach przystąpić do skrobanki. Potem jest jeszcze sporo rytualnych zaklęć o tolerancji, demokracji, równości, wolności i innych ślicznościach, jednak clou deklaracji zawarte jest właśnie w trzech pierwszych punktach, intentio legis zaś wyłożone mamy w cytowanym wyżej fragmencie preambuły.

III. Program cywilizacji śmierci

Co to oznacza? Otóż mamy dokument proklamujący rodzaj laickiego totalitaryzmu lekko tylko skryty za demokratycznymi pozorami, co zresztą przewidział papież Jan Paweł II mówiąc w proroczym natchnieniu, że „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Profesor Hartman przedstawia nam zatem tekst programowy cywilizacji śmierci, której wyznawcy mają się wyrzec jednego z podstawowych darów Bożych, czyli wolnej woli, przedkładając nad nią posłuszeństwo wobec prawa stanowionego. Tego typu stanowisko wynika wprost z doktryny pozytywizmu prawniczego, głoszącej iż prawo funkcjonuje niezależnie od norm moralnych. Prawem jest to, co zostało uchwalone jako prawo, koniec kropka. Doktryna ta legła u podstaw dwudziestowiecznych systemów totalitarnych z narodowym socjalizmem i komunizmem na czele. Jak pamiętamy, hitlerowscy zbrodniarze przyjmowali linię obrony mówiącą, że jedynie stosowali się do obowiązującego prawa, względnie „tylko wykonywali rozkazy”. Rodzimi esbecy również twierdzą, że byli przecież legalnymi funkcjonariuszami legalnej państwowej służby. Dokładnie tego samego podejścia wymaga od nas profesor Hartman i wątpię, by jako filozof nie zdawał sobie z tego sprawy.

Jaką treścią ma zamiar nasz agent Lucyfera wypełnić projektowany Nowy Wspaniały Świat? Tu należy się odwołać do krążącego po sieci wywiadu, którego udzielił kiedyś Grzegorzowi Miecugowowi w programie „Inny punkt widzenia”. Oto cytaty:

„Jeśli człowiek może coś poddać regulacji i swojej władzy racjonalnej, to prędzej czy później tak się stanie. Będzie uważane za coś niemoralnego i niewłaściwego zdawać się na przypadek. W prokreacji prawdopodobnie ustali się etyczny standard, że prokreacja powinna być odpowiedzialna, a więc przebiegać pod kontrolą etyczną. (...) Nie ma żadnej oczywistości moralnej na rzecz przewagi moralnej którejkolwiek strony alternatywy: prokreacji całkowicie dowolnej, zdanej na przypadek i prokreacji ograniczonej i kierowanej. Nie ma tu żadnej oczywistej intuicji moralnej, że jedno jest lepsze od drugiego. Sądzę, że taka eugenika prewencyjna stanie się za jakiś czas standardem, a poza tym, ludzie mogąc wpływać na cechy swojego potomstwa, co najmniej na płeć, a pewnie na różne inne cechy, być może będą się na to decydować, chociaż może się to nam nie podobać.”

„To nam się wydaje próżne i paskudne, ale trzeba odróżnić swoje intuicje, czy jakieś odczucia, czy wrażenia od porządku przewidywania. Możemy przewidywać, że to przestanie być w wielu kręgach uważane za niewłaściwe, niestosowne, małoduszne, małostkowe i że ludzie się będą na to decydować, i że będzie przybywać ludzi udoskonalonych genetycznie. Nadal jeszcze ludzi. Może w przyszłości także istot, które będą bardziej zmanipulowane genetycznie, nie będą podpadały pod gatunek człowieka. Z tym też się musimy liczyć, w końcu gatunek ludzki istnieje niedługo”. (cytaty za redakcją Marzeny Nykiel)

***
Mamy więc założenia formalno-instytucjonalne, wyrażone w „Deklaracji obywatelskiej”, oraz treść, którą mają być wypełnione. Jednak, by wizja prof. Hartmana zatriumfowała, należy, zgodnie z totalniackim duchem, wyrugować konkurencyjne wobec państwa systemy normatywne, z Dekalogiem na czele. O to właśnie toczy się gra. Czy w świetle powyższego może zatem dziwić los profesora Chazana i retoryka oraz zestaw argumentacyjny które towarzyszą nagonce? Boże, chroń nas przed „państwem filozofów”...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/zgorszenie-dla-%C5%BCyd%C3%B3w-i-g%C5%82upstwo-dla-pogan#.U8FYeUDd7uB

http://niepoprawni.pl/blog/287/czarne-oceany-prof-hartmana

 

czwartek, 25 kwietnia 2013

Czarne oceany prof. Hartmana

„Bioetyka” - przynajmniej w laickim wydaniu – zajmuje się obecnie wynajdywaniem moralnego uzasadnienia dla kolejnych szaleństw cywilizacji śmierci.

I. Certyfikat trzeźwości

Profesor Jan Hartman, który od czasu gdy został wiceprzewodniczącym loży B'nai B'rith jakoś tak dziwnie zhardział i co rusz poucza ciemnych autochtonów w kwestiach etyki, wziął się ostatnio za wystawianie certyfikatu trzeźwości Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Było to, jak pamiętamy, podczas imprezy inicjatywy Europa Plus, która miała być wesołym lewicowym spędem, a za sprawą ostrego nawrotu choroby filipińskiej eks-prezydenta skończyło się czymś w rodzaju „Kac Wawa”. I tu pan profesor poczuł się w obowiązku ratować sytuację poprzez wystosowanie publicznego zapewnienia, że przez dwie godziny siedział z Aleksandrem Kwaśniewskim „twarzą w twarz” przy „wodzie mineralnej” i ten miał być „trzeźwy jak dziecko” - co stoi w jaskrawej sprzeczności z tym co wszyscy widzieli w trakcie konferencji prasowej.

Przyznam się, że w pierwszej chwili naszło mnie brzydkie podejrzenie, że szacowny pan filozof specjalizujący się w zagadnieniach bioetycznych zwyczajnie kłamie w żywe oczy. Może zresztą został oddelegowany, żeby pilnować Kwaśniewskiego by ten się nie nawalił i nie narobił poruty, a teraz stara się wyłgać z niewykonanego zadania, jednak po namyśle dochodzę do wniosku, że między jego słowami, a stanem byłego prezydenta nie musi być sprzeczności. Wyobraźcie sobie bowiem, że spędzacie bite dwie godziny sam na sam z profesorem Hartmanem. Któż po takim doświadczeniu nie pognałby natychmiast na kilka głębszych?

II. Czarne oceany

Zapytacie może, dlaczego Kwaśniewski po tete-a-tete z Janem Hartmanem musiał, ale to zwyczajnie musiał się zalać i po co ja w ogóle wyciągam tę dość już przebrzmiałą historię? Ano dlatego, że praźródło całej kompromitacji znajduje się w poglądach głoszonych przez pana profesora, które z biegiem czasu formułowane są coraz śmielej i bardziej dosadnie, zaś dzięki temu iż pan ten robi od pewnego czasu za dyżurnego „autoryteta” od bioetyki, jego poglądy zakorzeniają się w debacie publicznej.

Najpierw jednak mała dygresja. Otóż genetyczne manipulacje, eugenika, kontrola urodzeń na masową skalę i związane z tym różnorakie skutki znajdują się nie od dziś w polu zainteresowania literatury science fiction. W tym kontekście warto wspomnieć o klasycznym opowiadaniu Philipa K. Dicka „Przedludzie” gdzie opisano możliwość dokonywania aborcji do 12 roku życia, albowiem Kongres w demokratycznym głosowaniu uznał, iż dopiero wtedy dusza wstępuje w ciało, co można poznać po tym, że dziecko w tym mniej więcej okresie nabywa zdolność przyswojenia algebry.

Na naszym podwórku podobną problematykę poruszył Marek S. Huberath w opowiadaniu „Kara większa”, nieco później zaś Jacek Dukaj w powieści „Czarne oceany”, przy której na chwilę się zatrzymam. W świecie Dukaja mamy do czynienia z rozdzieleniem seksu i prokreacji – dzieci klas uprzywilejowanych powstają niemal wyłącznie w wyniku sztucznego zapłodnienia, zaś ich genotyp jest „rzeźbiony” zgodnie z obstalunkiem zgłoszonym przez „rodziców” - mamy więc „fenoaryjczyków”, „fenoafrykanów”, „fenoazjatów” i tak dalej. Maluchy rozwijają się od zarodka w specjalnych inkubatorach, zaś akty płciowe między ludźmi regulowane są przez ściśle sformalizowane rytuały i przebiegają pod nadzorem rejestratorów wyspecjalizowanych kancelarii, które wszystko nagrywają dla celów dowodowych, by uniknąć pozwów o gwałt, molestowanie czy urażenie uczuć i związanych z tym rujnujących odszkodowań.

III. Prewencyjna eugenika profesora Hartmana

Pisarze S-F rzecz jasna konstruują tego typu ponure obrazy w celach ostrzegawczych – mówią nam „nie idźmy tą drogą”, bo w ostatecznym rozrachunku zafundujemy sobie piekło na Ziemi. Proszę sobie jednak wyobrazić, iż podobne wizje to dla prof. Hartmana sam miód i cymes. Oto bowiem w krążącej po sieci rozmowie z Grzegorzem Miecugowem z cyklu „Inny punkt widzenia”, pan profesor-bioetyk rozsnuwa przed nami świetlaną perspektywę prokreacji poddanej „kontroli etycznej” w ramach „eugeniki prewencyjnej”, która mocą postępowego determinizmu ma stać się powszechnym standardem.

Oddajmy głos profesorowi (cytaty podaję za redakcją Marzeny Nykiel):

„Jeśli człowiek może coś poddać regulacji i swojej władzy racjonalnej, to prędzej czy później tak się stanie. Będzie uważane za coś niemoralnego i niewłaściwego zdawać się na przypadek. W prokreacji prawdopodobnie ustali się etyczny standard, że prokreacja powinna być odpowiedzialna, a więc przebiegać pod kontrolą etyczną. (...) Nie ma żadnej oczywistości moralnej na rzecz przewagi moralnej którejkolwiek strony alternatywy: prokreacji całkowicie dowolnej, zdanej na przypadek i prokreacji ograniczonej i kierowanej. Nie ma tu żadnej oczywistej intuicji moralnej, że jedno jest lepsze od drugiego. Sądzę, że taka eugenika prewencyjna stanie się za jakiś czas standardem, a poza tym, ludzie mogąc wpływać na cechy swojego potomstwa, co najmniej na płeć, a pewnie na różne inne cechy, być może będą się na to decydować, chociaż może się to nam nie podobać.”

I dalej:

„To nam się wydaje próżne i paskudne, ale trzeba odróżnić swoje intuicje, czy jakieś odczucia, czy wrażenia od porządku przewidywania. Możemy przewidywać, że to przestanie być w wielu kręgach uważane za niewłaściwe, niestosowne, małoduszne, małostkowe i że ludzie się będą na to decydować, i że będzie przybywać ludzi udoskonalonych genetycznie. Nadal jeszcze ludzi. Może w przyszłości także istot, które będą bardziej zmanipulowane genetycznie, nie będą podpadały pod gatunek człowieka. Z tym też się musimy liczyć, w końcu gatunek ludzki istnieje niedługo”.

Proszę zwrócić uwagę, że o ile w „Czarnych oceanach” Dukaja mieliśmy jednak do czynienia z pewnym marginesem swobody, bo genotyp potomstwa „rzeźbiono” zgodnie z wytycznymi rodziców, którzy nie musieli pytać nikogo o zgodę, to u Hartmana mamy lekko tylko zawoalowaną zapowiedź czystego totalniactwa – do tego bowiem sprowadzają się zapowiedzi „kontroli etycznej” prowadzącej do „prokreacji ograniczonej i kierowanej” w ramach „prewencyjnej eugeniki”. Podobnie u Dicka, o zamordowaniu dziecka decydowali jednak rodzice, państwo zaś pełniło rolę, powiedzmy, „usługową” realizując zlecenie zabójstwa. Krótko mówiąc, wizja pana bioetyka przerasta mroczną wyobraźnię pisarzy – to ci umysł!

Nietrudno też zgadnąć, iż sam pan profesor czuje się niejako w naturalny sposób predestynowany do pełnienia roli nadrzędnej w całym tym frankensteinowskim z ducha interesie – jako ober-nadzorca i prorok wyznaczający „etyczne standardy” regulowanej prokreacji. Regulacji takowej będą przecież w praktyce strzegły jakieś omnipotentne struktury państwowe z samym panem profesorem, bądź jego intelektualnymi wychowankami na czele.

Nasuwa się przy okazji również szerszy wniosek – taki mianowicie, iż cała ta „bioetyka” - przynajmniej w laickim wydaniu – zajmuje się obecnie wyłącznie wynajdywaniem moralnego uzasadnienia dla kolejnych szaleństw cywilizacji śmierci. Tak kończy się duchowe wykorzenienie. A wydawałoby się, że z racji etniczno-kulturowych Hartman powinien mieć dobrze przyswojoną legendę o golemie wraz z nauką dotyczącą konsekwencji tego typu zabaw.

***

No i teraz powiedzcie sami – jeżeli prof. Hartman bawił Aleksandra Kwaśniewskiego przez dwie godziny tego typu prometejskimi wizjami, to czy można mieć pretensje, że ten po wszystkim musiał się napić? Nie każdy ma odporność Grzegorza Miecugowa, który wysłuchiwał profesora z kamienną twarzą. Zrozummy człowieka...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-natalni-przedludzie

http://niepoprawni.pl/blog/287/kill-hartman

wtorek, 12 lutego 2013

Rezygnacja Benedykta XVI – echa i refleksje

Proszę sobie zrekonstruować listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

I. Medialne echa

Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze ochłonąć po rezygnacji Benedykta XVI z godności Biskupa Rzymu, a już z różnych stron postanowiono nas ubogacić szeregiem cennych przemyśleń.

Po pierwsze, dowiedzieliśmy się, że była to bardzo dobra decyzja, bo oszczędziła wszystkim spektaklu publicznego dogorywania, jaki zafundował światu Jan Paweł II, budząc tym w hedonistyczno-nihilistycznych tzw. „ośrodkach opiniotwórczych” i pozostającej pod ich wpływem gawiedzi uczucie głębokiego dyskomfortu. Narracja ta pojawiła się m.in. w ściekach, czyli tzw. „forach” pod artykułami na gazeta.pl. Nie wiem, czy Państwo to pamiętają, ale oni nie mogli wprost zdzierżyć, że Papież poprzez swe pokorne cierpienie dawał światu ostatnią, potężną katechezę, idącą w poprzek eutanazyjnym trendom rozszalałej cywilizacji śmierci. Tym razem odetchnęli z ulgą – nie będzie powtórki.

Po drugie, oznajmiono nam, że był to papież „słaby i konserwatywny”, który postanowił odejść, bo nie był w stanie oczyścić stajni Augiasza, jaką jest watykański dwór, którą to mądrością uraczył nas prof. Jan Hartman na łamach „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, ciekawe, co skłoniło redaktora Chrabotę, by wpuszczać akurat przy tej okazji na łamy członka think tanku „Plan zmiany" 
Ruchu Palikota i rady polityczno-programowej SLD, czyli instytucji znanych ze swego żarliwego katolicyzmu. Może zresztą musiał, bo nie sposób nie zauważyć, iż medialna kariera prof. Hartmana niebywale przyśpieszyła po restytucji w 2007 roku loży B'nai B'rith Polin, on sam zaś jako jej członek-założyciel i wiceszef (od lutego 2012) jakoś tak dziwnie zhardział.

Po trzecie wreszcie, dzięki różnym „wujkom dobra rada” wiemy, jaki powinien być kolejny papież – postępowy, młody i najlepiej spoza Europy. Tu mamy do czynienia z klasycznym „wishful thinking” skupiającym jak w soczewce antyreligijne przesądy lewactwa, które będzie w stanie zaakceptować Kościół Rzymski dopiero wówczas, gdy ten wyprze się własnego nauczania na wzór choćby takich anglikanów. Na tym potencjalnym papieżu z Azji lub Afryki mogą się zresztą lewacy nieźle przejechać, bowiem tak się składa, że tamtejsze Kościoły lokalne są często bardziej zachowawcze od zliberalizowanych do bólu wspólnot europejskich, których hierarchowie posuwają się niekiedy wręcz do zanegowania katolicyzmu – tak w sferze nauczania moralnego, jak i dogmatyki. Polecam tu choćby książkę Terlikowskiego „Koń trojański w mieście Boga – pół wieku po Soborze”.

Ciekawe, tylko co powiedzą, gdy zdarzy się „papa negro” będący katolickim odpowiednikiem obyczajowych poglądów Johna Godsona. Zaczną wyzywać go od „czarnuchów”?

II. Refleksje

Nie ukrywam, że rezygnację Benedykta XVI przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Trudno oczywiście oczekiwać heroizmu na miarę Jana Pawła II, nie ulega jednak wątpliwości, że Joseph Ratzinger papieżem być nie chciał. Wedle jego słów, modlił się wręcz, by kardynałowie wybrali na Stolicę Piotrową kogoś innego. Czy Benedykta XVI przygniotła odpowiedzialność, wiek, choroba, czy może kombinacja wszystkich tych czynników – pewnie nigdy się nie dowiemy. Najgorzej byłoby, gdyby się okazało, że kardynał Ratzinger postanowił po prostu wrócić do pracy naukowej i pisania prac teologicznych gdzieś w klasztornych murach, gdyż – niezależnie od ich wartości – następca św Piotra nie jest panem samego siebie, bo to nie on się postawił na czele Kościoła, tylko został tam postawiony z inspiracji Ducha Świętego. Byłaby to Jonaszowa dezercja od odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie wchodzi to w rachubę.

Co pozostanie po papieżu Benedykcie XVI? Sądzę, że wbrew medialnym kliszom, wcale nie „kontynuacja pontyfikatu Jana Pawła II”, tylko przede wszystkim kontynuacja jego własnego dzieła jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kiedy to jako „pancerny kardynał” i „rottweiler Pana Boga” kładł tamę rozpanoszonemu „duchowi Soboru”. Będzie zapamiętany jako niezłomny obrońca doktryny i nauczania Kościoła, który walnie przyczynił się do powściągnięcia modernistycznego nowinkarstwa „postępowych” teologów, bicz Boży na odstępstwa „teologii wyzwolenia” (to jeszcze jako prefekt KNW), reanimator rytu trydenckiego Mszy Świętej oraz papież, który sprowadził dialog ekumeniczny do właściwych proporcji.

Zresztą, proszę zrekonstruować sobie listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Ilustracja z portalu wPolityce.pl

sobota, 10 listopada 2012

Wybory bez ekscytacji

Wybory w USA: z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama.

I. Zero ofert

Jakoś nie potrafiłem wykrzesać z siebie ekscytacji tegorocznymi wyborami prezydenckimi w USA. Głównie z tej przyczyny, że z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama. Wizyta nadzianego mormona w Polsce rozwiewała co do tego wszelkie wątpliwości. Wydeklamowanie paru zdań o Papieżu i obowiązkowe ściśnięcie grabuli z Bolesławem W., plus foto do wyborczego portfolio w zestawie, pokazywało, że w optyce republikańskich sztabowców Polska wciąż tkwi gdzieś na przełomie lat 80 i 90 zeszłego stulecia, pod świeżym wrażeniem dopiero co zakończonej prezydentury Reagana, które przekładało się – nie do końca słusznie – na sympatię do Busha seniora.

Tymczasem, realia się zmieniają. Polacy, zakosztowawszy unijnej „michy”, wyraźnie w swej sympatii do USA – dotąd często bezkrytycznej – „wychłódli”, do czego walnie przyczyniły się również wojny w Iraku i Afganistanie, odbierane u nas jako niepotrzebne awantury, w które zaangażowaliśmy się za bezdurno, nie mając w tamtym regionie świata żadnych interesów i nie otrzymując niczego w zamian. Obecnie, zamiast poklepywania po pleckach i zapewnieniach o „sojuszu”, tudzież „strategicznym partnerstwie” (też coraz rzadszych zresztą) wolelibyśmy jakieś konkretne oferty. Taką ofertą była tarcza antyrakietowa George'a W. Busha – Romney zaś nie potrafił się nawet zdobyć na jasną deklarację w sprawie podzielenia się know-how i modelu współpracy przy eksploatacji złóż gazu łupkowego.

Pozostaje mieć nadzieję, że nasi rodacy z czasem nabiorą podobnej wyrachowanej rezerwy również wobec unijnych struktur, którym jak na razie gremialnie czapkują, niczym pańszczyźniany przed dziedzicem, tyleż zauroczeni blichtrem brukselskich Białych Bwana, co powodowani nadzieją na rzucony grosz.

II. „Change” nie przejdzie

Jedyne, co mogłoby nieco rozgrzać atmosferę również z naszej perspektywy, to kwestie światopoglądowe. Obama, to wiadomo - lewak, wywodzący się z antytradycji kontrkultury lat -60 i -70 montowanej przez campusowych „użytecznych idiotów” (Lenin) i „gawnojedów” (Suworow). Najchętniej uczyniłby Stany Zjednoczone poligonem doświadczalnym wszelkich szaleństw cywilizacji śmierci, będącej integralnym elementem Antycywilizacji Postępu. To wciąż pozostaje największym niebezpieczeństwem prezydentury „czarnego mesjasza lewicy” ze względu na promieniowanie amerykańskich wzorców w świecie.

Ale, i tu trudno mi było popadać w gorączkę – przede wszystkim, ze względu na miałkość kontrkandydata, któremu mormoński konserwatyzm nie przeszkadzał wielokrotnie zmieniać zdania w tak kluczowej kwestii, jak aborcja. Owszem, można przyjąć, że Ameryka Romneya byłaby pewnie nieco bardziej zachowawcza obyczajowo i trochę bardziej wolnorynkowa niż ta z wizji „change” Obamy, za którą to „zmianą” kryje się po prostu socjalizm i „europeizacja” wedle najgorszych biurokratycznych wzorców rodem z Brukseli, ale cóż... pierwsza kadencja Obamy pokazuje, że Ameryka wciąż dysponuje ciałami odpornościowymi na postępackie szaleństwa i kolejną kadencję „mesjasza” zwyczajnie przeczeka, stosując bierny opór. No, chyba, że Obama po prostu tę Amerykę zbankrutuje, powiększając dług publiczny o kolejne nieprzytomne biliony dolarów.

III. I tylko McCaina żal...

Nie ukrywam, że patrząc na zakończone niedawno starcie, żałowałem przegranej cztery lata temu kandydatury Johna McCaina. Był to człowiek, który na własnej skórze zakosztował uroków sowietyzmu – w północnowietnamskiej mutacji – i na resztę życia pozbył się wszelkich złudzeń co do tego systemu i jego dzisiejszych spadkobierców. Tortury w wietnamskim gułagu dla jeńców nie złamały go, przeciwnie – utwierdziły w antykomunistycznych przekonaniach. Koresponduje to poniekąd z wypowiedzią Andrzeja Gwiazdy, który stwierdził niegdyś, że z Syberii wracały dwa rodzaje ludzi – jedni złamani i przekonani o sowieckiej wszechpotędze, jak Jaruzelski; inni natomiast zahartowani i z niezłomną wolą oporu. McCain zdecydowanie należał do tych drugich – powrócił z wietnamskiego „sybiru” jako człowiek ulepiony z żelaznej gliny.

Jego nieprzejednany stosunek do sowieckiego imperializmu – dorównujący niemal postawie Reagana – znajdował przełożenie również na czasy obecne, kiedy to czekistowski reżim z pułkownikiem Putinem na czele usiłuje wskrzesić dawne mocarstwo. Słynne zdanie – „spojrzałem w oczy Putina i zobaczyłem w nich trzy litery K-G-B” mówi samo za siebie.

Tak sobie myślę, że z McCainem w Białym Domu, Polska miałaby dziś zupełnie inny status na arenie międzynarodowej, szczególnie w naszym regionie. Putinowskiej Rosji o wiele trudniej byłoby wyciągać łapy po nas i inne kraje dawnego bloku. Przede wszystkim zaś, nie do pomyślenia byłoby to, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 na Siewiernym. Czekiści zwyczajnie by się na to nie odważyli.

IV. Bez Jacka Kwiecińskiego

A poza tym, obserwując te wybory - tych wszystkich zauroczonych Obamą telewizyjnych prezenterów, te panienki z błyskiem w kroku wysmętniające się nad sprawnością czytania z telepromptera z jednej, i profesora Lewickiego obskakującego w czerwonym szaliku jako dyżurny republikanin redakcje wszelkich możliwych mediodajni z drugiej strony – widząc tę całą żenadę i pompowaną na siłę atmosferę politycznego show, uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje w naszym dziennikarstwie ś.p. Jacka Kwiecińskiego.

Nikt tak nie potrafił – czy to w dwuzdaniowych, cudownie lapidarnych „Odcinkach”, czy w pogłębionych analitycznych tekstach na łamach „Gazety Polskiej” wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, sprowadzić medialne stereotypy do właściwych proporcji, wygrzebać naprawdę istotne, a u nas skrzętnie pomijane aspekty amerykańskiej polityki. Wszystko przystępnie, nierzadko z gryzącym sarkazmem, a jednocześnie z niebywałą erudycją i znajomością rzeczy jaką dają tylko dziesięciolecia obserwowania amerykańskich spraw z perspektywy o wiele szerszej, niż medialno-polityczne bajorko Wschodniego Wybrzeża. Dziś nikt już nie jest w stanie „dotknąć” Ameryki tak jak ON.

I tym spóźnionym hołdem dla Mistrza pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą notkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/