Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Korona-brexit

Ciekawe, co okaże się skuteczniejsze – brytyjska zimna krew, czy europejskie dmuchanie na zimne?

Wielka Brytania po raz kolejny daje dowód swej oryginalności. Podczas gdy kraje kontynentalnej Europy wprowadzają kolejne obostrzenia odwołując rozgrywki sportowe, zamykając kina, teatry, restauracje i rezygnując z imprez masowych, Brytyjczycy walczą z pandemią COVID-19 na własny, z pozoru flegmatyczny sposób. Rząd Borisa Johnsona postanowił mianowicie zabrać się za problem od zupełnie innej strony – modelując społeczne zachowania i idąc w kierunku uzyskania tzw. zbiorowej odporności. Tu istotna uwaga – ponieważ sytuacja jest bardzo dynamiczna, to niewykluczone, że to, co ze względu na cykl wydawniczy tygodnika piszę w poniedziałkowy wieczór, do piątku, gdy „Gazeta Finansowa” trafi do Państwa rąk, ulegnie pewnej dezaktualizacji. Na razie jednak nie zanosi się, by władze brytyjskie miały w najbliższym czasie dokonać gwałtownego zwrotu w swej polityce i wprowadzić drastyczne rozwiązania na wzór pozostałych europejskich państw. Mamy więc póki co swoisty „korona-brexit” - i kto wie, czy długofalowo właśnie ta odrębna ścieżka postępowania nie okaże się w ostatecznym rozrachunku skuteczniejsza oraz, co również jest nie bez znaczenia, znacznie mniej dolegliwa dla gospodarki.

W czym rzecz? Zacznijmy od tego, że przy brytyjskim rządzie działa rozbudowana instytucja o nazwie Scientific Pandemic Influenza Group on Modelling w skład której wchodzą zespoły zajmujące się modelowaniem matematycznym, psychologią i ekonomią behawioralną oraz rzecz jasna epidemiologią. Ich zadaniem jest oszacowanie, kiedy i jakie środki zaradcze wprowadzać, by osiągnąć optymalny efekt „spłaszczenia” krzywej zachorowań. Z przeprowadzonych analiz wynika, iż czekają nas (bo dotyczy to nie tylko Wlk. Brytanii, ma to być generalna prawidłowość) dwie fale epidemii. Pierwsza, obecna, ma wyhamować już wkrótce i ulec w miesiącach letnich „zawieszeniu”. Natomiast od jesieni-zimy nastąpić ma druga fala – i to o wiele poważniejsza. Zdaniem rządu zatem nie ma sensu wprowadzać już dziś „lockdownu” państwa. Kolejna rzecz – należy wziąć pod uwagę, że 80 proc. zarażeń przebiega bezobjawowo lub przypomina niegroźne przeziębienie. Generalna zasada wygląda tak, że im młodsza osoba, tym ryzyko poważnego przebiegu choroby jest mniejsze, zaś dzieci niemal w ogóle nie są narażone na komplikacje. Tak więc szkoły i uczelnie funkcjonują normalnie – co ma, wbrew pozorom, walor profilaktyczny. Zamknięcie szkół spowodowałoby bowiem, że dzieci musiałyby siedzieć w domach, często pod opieką dziadków, co właśnie dla tych drugich mogłoby skończyć się tragicznie. No chyba, że rodzicie otrzymaliby wolne – ale to z kolei odbiłoby się na gospodarce.

Rząd zatem stawia na działania punktowe – apeluje do seniorów, by zostawali w domach oraz namawia do przestrzegania zasad higieny, w tym słynnego już częstego mycia rąk. No i nie szaleje z przeprowadzaniem testów na koronawirusa. Znaczenie ma tu stan chronicznie niedoinwestowanej brytyjskiej służby zdrowia, która w minionych latach padła ofiarą kolejnych cięć budżetowych. Dość powiedzieć, że proporcjonalnie do liczby mieszkańców tamtejsze szpitale dysponują dwukrotnie mniejszą liczbą łóżek, niż Polska. Po prostu brytyjski system opieki zdrowotnej nie wytrzymałby nagłej „inwazji” chorych. A zatem, należy skupić się na osobach starszych, zaś cała reszta, mówiąc brutalnie, może koronawirusa „przechorować” - i przy okazji się uodpornić.

No właśnie. Wprawdzie rząd oficjalnie odżegnuje się od takich planów, twierdząc, że nabycie zbiorowej odporności będzie co najwyżej efektem ubocznym, ale przyjęta strategia prowadzi do jednoznacznych wniosków. Jeżeli większość populacji (ponad 60 proc.) złapie wirusa, to nastąpi efekt „herd immunity” („odporności stadnej”), przez co społeczeństwo będzie bardziej odporne w momencie nadejścia spodziewanej drugiej fali zachorowań (polecam tu ciekawy tekst behawiorysty Radosława Zyzika pt. „Brytyjski brak(?) odpowiedzi na pandemię SARS-CoV-2” na portalu Linkedin). Ponadto, zdaniem brytyjskich naukowców ludzie zarażają się głównie we własnych domach, zatem im więcej czasu spędzają poza nimi, tym lepiej. Na dodatek, zbyt wczesne wprowadzenie kwarantanny mogłoby skutkować „efektem zmęczenia” - ludzie znużeni ciągłym przebywaniem w domach i przestrzeganiem rygorystycznych zasad zaczęliby je w końcu łamać, co postawiłoby pod znakiem zapytania skuteczność całej akcji izolacyjnej. Lepiej więc z tym zaczekać do momentu, kiedy naprawdę nie będzie już innego wyjścia – a takowy wg brytyjskiego rządu jeszcze nie nastąpił.

Trzeba przyznać, że taka polityka wymaga żelaznych nerwów i asertywności w obliczu alarmistycznych doniesień. Jak dotąd, zarówno Boris Johnson, jak i większość brytyjskiego społeczeństwa te warunki spełnia. Z drugiej strony, Wielka Brytania ze swym premierem znalazła się pod największym od czasu brexitu ostrzałem europejskich rządów i mediów, przerażonych postępowaniem Londynu. Ciekawe, co okaże się skuteczniejsze – brytyjska zimna krew, czy europejskie dmuchanie na zimne?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12-13 (20.03-02.04.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Życie po Brexicie

Dalszym losom Wielkiej Brytanii warto się pilnie przyglądać – jak niejednokrotnie pisałem, może się bowiem okazać, że poza Unią też istnieje życie.

I. Lewacka furia

Na początek proponuję Państwu mały eksperyment. Proszę sobie wejść na jakiś portal „Agory” - nieważne, czy będzie to gazeta.pl, czy strony „Gazety Wyborczej” - i poczytać komentarze czytelników pod jakimkolwiek artykułem dotyczącym Brexitu. Poziom emocjonalnego zacietrzewienia dorównuje chyba tylko sytuacjom, gdy na tapetę wchodzi PiS, Kaczyński, bądź reforma sądownictwa. Rzeka jadowitego hejtu pod adresem „brytoli” w niczym nie ustępuje tej wylewanej dzień w dzień na „pisiorów” i „hołotę przekupioną za pińćset”. Można wręcz powiedzieć, iż Brytyjczycy wraz ze swym rządem są dla lemingów w kontekście relacji międzynarodowych tym samym, czym na krajowym podwórku PiS i jego wyborcy. Wszystko to podszyte jest złośliwą schadenfreude, że już-już za moment Wielka Brytania dostanie za swoje – załamią się finanse i gospodarka, Szkocja dokona secesji, Unia zablokuje granice i najdalej za kilka lat „mała Brytania” przyjdzie pokornie prosić się w łachę, żeby Bruksela znów łaskawie ją przyjęła do „europejskiej wspólnoty”. Przypomina to wypisz-wymaluj internetowe proroctwa głoszące, że wskutek pisowskiego „rozdawnictwa” Polska zbankrutuje niczym Grecja lub Wenezuela i dopiero wtedy skruszony „motłoch” z Podkarpacia i Podlasia (bo wg głębokiego przekonania czytelników „Wyborczej” tylko ów prowincjonalny plebs korzysta z 500+ i reszty świadczeń) otrzeźwieje i skruszony zagłosuje na ludzi „światłych i na poziomie”, przywracając „naturalną” społeczną hierarchię i uznając swój podrzędny status wobec „elit”. Czytając te wykwity frustracji odnosi się wrażenie, że obywatele Wielkiej Brytanii swą decyzją wyrządzili naszym „europejczykom” osobistą zniewagę – podobnie, jak „polski ciemnogród” obraził ich uparcie głosując nie na tych, na których powinien.

Skąd ta złość i poczucie urazy? Gdybym miał zabawić się w domorosłego psychologa powiedziałbym, iż zwolennicy „obozu III RP” zainwestowali całe swoje jestestwo, wszystkie emocje w ogólnie pojmowaną „europejskość”, stawiając ją zarazem w opozycji do polskości. Europejskość w tym rozumieniu jest synonimem wszystkiego, co w tej grupie pozytywnie się kojarzy – postępu, dobrobytu, nowoczesności, laicyzacji, modernizacji i cywilizacyjnych standardów. Słowem – sukcesu. I na odwrót – polskość z kolei jest dla nich symbolem obciachu, zacofania, parafiańszczyzny, klerykalizmu, bardaku, nieróbstwa, roszczeniowości i ciemnoty. Krótko mówiąc – powodem do nieustannego poczucia wstydu. Stąd ten horyzont aspiracji sprowadzający się do skrupulatnego „implementowania” kolejnych wytycznych wraz z idącym w pakiecie odpowiednio „postępowym” światopoglądem, by – w jakimś czasowym horyzoncie – móc wreszcie zrzucić z siebie ten duszący ciężar utożsamianego z polskością prowincjonalizmu i móc się ogłosić „europejczykiem”. Więcej – zostać uznanym za takowego przez „białych ludzi” z Brukseli, Berlina i Paryża. Symptomatyczne są tu słowa Moniki Olejnik, która zapytana jakie ma poglądy, odpowiedziała: „normalne, europejskie”. A jakie poglądy są „europejskie”? Ano takie, jakie na danym etapie są podawane wyznawcom do wierzenia przez lokalne elity pełniące rolę pasów transmisyjnych między zachodnią „metropolią”, a tutejszymi koloniami.


II. Koniec „europejskiego snu”

Jak łatwo zauważyć, takie podejście oznacza, że Polska tym ludziom tak naprawdę nie jest do niczego potrzebna – ich sen o kosmopolitycznej „nowoczesności” doskonale zaspokaja „Europa bez granic” pod światłym nadzorem kasty brukselskich mandarynów, zaś jedynym marzeniem jest, by owi mandaryni uznali ich za „swoich”. I do głów im nie przyjdzie, że właśnie tego typu postawa świadczy o głębokich kompleksach prowincjonalnego parweniusza, który jedyne poczucie własnej wartości czerpie z tego, jak jest oceniany w oczach tych, którzy mu imponują. Nawet dyżurna narracja obozu III RP o „bezprzykładnym sukcesie Polski” podszyta jest właśnie tymi kompleksami – ów „sukces” w ich ujęciu zasadza się przecież właśnie na tym, że jesteśmy chwaleni przez zagraniczne elity. Polskie osiągnięcia nabierają więc wartości dopiero po przejrzeniu się w lustrze kurtuazyjnych komplementów naszych zachodnich mentorów, a „modernizująca się” Polska liczy się jedynie jako okres przejściowy przed roztopieniem się w europejskim tyglu. I z podobnych przyczyn ludzie ukształtowani w tej formacji duchowo-intelektualnej tak żywiołowo nienawidzą PiS-u i jego wyborców – bo reprezentują wszystko to, czym „fajnopolaków” nauczono do głębi pogardzać i przynoszą „wstyd przed światem”.

I teraz te wszystkie emocje i aspiracje w które bez reszty się zaangażowali dostały cios w postaci Brexitu. Okazuje się, że Unia Europejska nie dla wszystkich jest miarą wszechrzeczy, słowa Junckera, Timmermansa czy Verhofstadta nie muszą być wyrocznią, a kierunek obrany na budowę europejskiego superpaństwa nie jest jedynie słusznym, bezalternatywnym prawem historii. I na dodatek, ta negacja nie wyszła z jakichś tam Węgier lecz z poważnego, dużego kraju, będącego jedną z największych gospodarek świata. To jak policzek wymierzony w wyznawaną przez tutejszych postępowców religię europeizmu. A nade wszystko – wyjątkowo bolesny dysonans poznawczy. To zaś z kolei wywołuje agresję, której dają upust w opisany na wstępie sposób. Kolejną przyczyną owej agresji jest pojawiający się między wierszami lęk – a co, jeśli na Wielkiej Brytanii się nie skończy? Jeśli za jej przykładem pójdą następni, w tym Polska? Taki scenariusz równałby się zburzeniu ich całego oglądu rzeczywistości. I jak tu żyć?


III. Brukselska arogancja

Dokonuję tej wiwisekcji najbardziej zaangażowanych tutejszych wyznawców „europeizmu”, bo moim zdaniem pasuje ona również w znacznej mierze do przedstawicieli brukselskich elit. Może poza jednym – zamiast kompleksu niższości, unijni mandaryni prezentują nieuleczalny kompleks wyższości, manifestujący się niezmienną pychą i aroganckim przeświadczeniem o własnej nieomylności. Cała reszta jednak się zgadza. Na brytyjskie referendum kasta „brukselczyków” zareagowała furią ocierającą się wręcz o odmowę przyjęcia wyników do wiadomości, czego przejawem były niedwuznaczne sugestie, by powtórzyć głosowanie – w domyśle, aż do skutku, czyli „zadowalającego” rezultatu. Gdy okazało się, że Wielka Brytania to nie Irlandia, którą udało się w podobnym duchu skutecznie „zmłotkować” i przymusić do akceptacji Traktatu Lizbońskiego – unijna wierchuszka postawiła na maksymalne utrudnianie negocjacji rozwodowych i stawianie zaporowych warunków. Było to zagranie mające z jednej strony na celu odstraszenie potencjalnych naśladowców, polegające na wysłaniu czytelnego sygnału: „nawet nie myślcie o żadnych exitach, bo to droga przez mękę”; z drugiej zaś – obliczone na zmęczenie brytyjskiej opinii publicznej, by w kolejnych wyborach zagłosowała „właściwie”, porzucając marzenia o niepodległości. W końcu jednak wyborcy przemówili, stawiając jednoznacznie na Borisa Johnsona, który obiecał szybkie sfinalizowanie Brexitu. Słowa dotrzymał - od północy 31 stycznia 2020 r. Wielka Brytania przestała być członkiem Unii Europejskiej.

Teraz jeszcze zostały do wynegocjowania warunki dalszej współpracy – i już widać, że nie będzie łatwo, bowiem Bruksela idzie w zaparte, żądając by Wielka Brytania pozostając poza Unią respektowała „europejskie standardy” - czyli wciąż implementowała wszystkie urodzone w Brukseli dyrektywy, co dla Brytyjczyków jest nie do przyjęcia. Widać zatem wyraźnie, że urzędnicze elity UE są impregnowane na jakąkolwiek autorefleksję i nie mają zamiaru rewidować swej obłędnej polityki spod znaku „więcej Europy” - więcej unifikacji, regulacji i okrawania suwerenności państw członkowskich. To ważna wskazówka również i dla nas, oznaczająca, że dzień, gdy kwestia polskiej obecności w UE stanie na ostrzu noża, zbliża się wielkimi krokami. A dalszym losom Wielkiej Brytanii warto się pilnie przyglądać – jak niejednokrotnie pisałem, może się bowiem okazać, że poza Unią też istnieje życie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

piątek, 4 stycznia 2019

Brexit – lekcja na 2019 rok

Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewole lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.

I. Krótka historia brexitu

Śmiem twierdzić, że zawirowania związane z brexitem oraz to, jaki ostatecznie kształt przybierze, będzie jedną z najważniejszych lekcji jaką przyniesie 2019 rok dla naszych politycznych elit. W tej chwili bowiem wciąż nie wiemy na jakich zasadach Wielka Brytania pożegna się z Unią Europejską, więcej – nie mamy nawet stuprocentowej pewności, czy do brexitu w ogóle dojdzie. Ale po kolei.

Główna lekcja do odrobienia jest taka, że nie można igrać ze społecznymi nastrojami – zwłaszcza, jeśli nie jest się przygotowanym na każdą ewentualność. Błąd ten ewidentnie popełnił David Cameron i szerzej – eurosceptyczna część brytyjskiej sceny politycznej. Przypomnijmy, że Cameron nie był zwolennikiem rozwodu z Brukselą. Obietnicę referendum w sprawie brexitu potraktował czysto instrumentalnie, jako element kampanii wyborczej – zakładał bowiem, że Partia Konserwatywna będzie musiała rządzić w koalicji z Liberalnymi Demokratami i z niewygodnego referendum uda się wywinąć zwalając winę na koalicjanta. I tu los spłatał mu pierwszego figla – Torysi wygrali samodzielną większością, do czego kampanijna obietnica mogła się w znaczącym stopniu przyczynić. Krótko mówiąc, Cameron przedobrzył i nie chcąc stracić twarzy, musiał rozpisać plebiscyt – tym bardziej, że znajdował się pod ostrzałem mediów i zadeklarowanych eurosceptyków w rodzaju Nigela Farage'a.

Podczas kampanii przedreferendalnej do zmasowanego szturmu ruszyły największe tabloidy, grając na nastrojach izolacjonistycznych i antyimigranckich, w czym walny udział miała masowa migracja na Wyspy pracowników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przedstawianych jako pasożyty zaniżające płace i żerujące na systemie opieki socjalnej (migrantów muzułmańskich raczej nie odważano się zaczepiać). Efektem była późniejsza fala przemocy wobec mieszkających na Wyspach Polaków. Cameron najwyraźniej nie docenił potencjału tego typu resentymentów, podobnie jak tego, że sama UE wśród wyspiarzy jest postrzegana (zresztą trafnie) jako narzędzie dominacji Niemiec – tych samych, których Brytyjczycy pokonali w dwóch kolejnych wojnach, a które dziś szarogęszą się w Europie, kolonizując ją gospodarczo i dyktując innym swoje warunki. W tym kontekście nie dziwi, że prounijna agitacja w wydaniu prominentnych eurokratów z Donaldem Tuskiem na czele przyniosła efekt przeciwny do zamierzonego, podobnie jak pogróżki Baracka Obamy, że w przypadku brexitu Wielka Brytania znajdzie się na szarym końcu państw zabiegających o ekskluzywne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tego typu głosy odbierano jako bezceremonialną próbę zewnętrznej ingerencji w suwerenny wybór narodu.

Efekt znamy – 23 czerwca 2016 r. za brexitem opowiedziało się niemal 52 proc. głosujących przy 72 procentowej frekwencji. Bulwarówka „The Sun” uczciła wynik głosowania pierwszą stroną przedstawiającą wschód słońca i nagłówkiem „Dzień Niepodległości”.


II. Nauczka dla „secesjonistów”

Był to szok – nie tylko dla unijnych eurokratów i liberalnych elit Zjednoczonego Królestwa, lecz również dla świata tamtejszej polityki, z premierem Cameronem i znaczną częścią konserwatystów włącznie. Okazało się szybko, że brytyjscy politycy zwyczajnie nie przewidzieli takiego obrotu spraw i nie mają przygotowanych żadnych planów wedle których mogliby poprowadzić negocjacje rozwodowe z Brukselą. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że zwykło się uważać Brytyjczyków za zdroworozsądkowych i wyrachowanych aż do cynizmu graczy, zawsze planujących na kilka ruchów do przodu. W tym przypadku jednak tak nie było. Nawet najgłośniejszy przeciwnik Unii Europejskiej – ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage – jakby stracił rezon i ogłosił, że wycofuje się z czynnej polityki. David Cameron natomiast podał się do dymisji.

Ciężar negocjacji przyjęła na siebie następczyni Camerona – Theresa May, uruchamiając Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Wszystko odbywało się w biegu, w atmosferze improwizacji – począwszy od kwestii handlowych, a skończywszy na statusie obywateli państw UE na Wyspach i Brytyjczyków na kontynencie. Efektem jest obecny impas – porozumienie niby jest dogadane, ale nie wiadomo czy wejdzie w życie.

Z drugiej strony, euromandaryni po początkowym paroksyzmie niekontrolowanej wściekłości w stylu „jak oni śmieli”, popisach frustracji i straszenia katastroficznymi konsekwencjami, tudzież demonstrowaniu obrazy („a niech sobie idą”), przyjęli taktykę polegającą na maksymalnym utrudnianiu procedury opuszczenia struktur UE. Intencja była jasna: żmudne negocjacje mają być nauczką – nie tyle nawet dla Wielkiej Brytanii, ile dla potencjalnych naśladowców. Pozostałe państwa członkowskie mają się przekonać, że „exit” to droga przez mękę, a Bruksela zrobi wszystko, by „secesja” obyła się na najbardziej niekorzystnych warunkach jak tylko się da, mącąc przy okazji wewnątrz kraju opuszczającego wspólnotę. Temu służyć mają nawoływania do ponownego referendum w myśl starej, sprawdzonej zasady „głosowania aż do skutku” (co przerobiła np. Irlandia przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego), czy wykorzystywanie w charakterze V kolumny brytyjskich euroentuzjastów, starających się do ostatniej chwili storpedować brexit. Ostatnio zaś dołączył Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jawnie prowokacyjnym orzeczeniem, wedle którego kraj opuszczający Unię może w każdej chwili jednostronnie wycofać swój wniosek – co byłoby dla Wlk. Brytanii upokarzającą klęską. Warto nadmienić, że swoją rolę odgrywa przyśpieszenie federacyjnych tendencji, czemu otwarcie dała wyraz kanclerz Merkel ogłaszając, że państwa narodowe powinny być gotowe na przekazanie swej suwerenności.

Skutek jest taki, że z wynegocjowanego porozumienia nikt nie jest w Wlk. Brytanii zadowolony – Theresa May może robić jedynie dobrą minę do złej gry, lecz wciąż nie jest w stanie zebrać w parlamencie większości dla zatwierdzenia umowy. Część posłów (nawet w szeregach konserwatystów) jest za pozostaniem w UE, część natomiast uważa, że zasady brexitu są na tyle niekorzystne, że lepiej już wyjść „na twardo”, bez żadnej umowy (co może nastąpić 29 marca 2019). Kością niezgody jest tzw. irlandzki bezpiecznik zakładający, że jeżeli nie uda się wynegocjować w okresie przejściowym nowej umowy handlowej, Wlk. Brytania pozostanie w unii celnej z UE. Póki co, Theresa May przełożyła głosowanie w Izbie Gmin na 14 stycznia. Dodatkowo w tle majaczy groźba, że w przypadku „twardego” brexitu, Szkocja zażąda referendum w sprawie niepodległości (Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w UE). Obecnie brytyjski rząd mobilizuje 3,5 tys. żołnierzy na wypadek wybuchu społecznych niepokojów.


III. Plan polexitu

Jaka nauka płynie z tego dla Polski? Przede wszystkim taka, że rządzący już teraz powinni opracować plan ewentualnościowy na wypadek konieczności polexitu – o co zresztą już od dawna apeluję. Być może nigdy nie trzeba będzie go uruchamiać, ale „mapę drogową” naszego wyjścia z UE należy mieć bezwzględnie, by uniknąć błędów popełnionych przez Brytyjczyków. Ideałem byłoby osiągnięcie statusu Norwegii – członka strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Po drugie, zamiast wbijać ludziom do głów, że dla UE „nie ma alternatywy”, należy jasno komunikować, że nasze członkostwo to kwestia interesu – gdy przestanie się opłacać lub gdy UE podąży w kierunku grożącym utratą suwerenności, trzeba będzie ją opuścić. Jeżeli w wyborach do europarlamentu sukces odniosą ugrupowania tożsamościowe i antyfederacyjne, wówczas otworzy się droga do zreformowania Unii w duchu „Europy ojczyzn” - wspólnoty niepodległych krajów połączonych wspólnym rynkiem. Jeżeli jednak zwyciężą siły forsujące niebezpieczną utopię „superpaństwa” - wtedy trzeba będzie ten eurokołchoz opuścić. Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewolę lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (28.12.2018-03.01.2019)

środa, 13 czerwca 2018

Wielka Brytania – państwo lewackiego faszyzmu

Czy brytyjskie władze wysłuchają petycji ws. Tommy'ego Robinsona? Czy też może liczą po cichu, że problem niepokornego aktywisty sam się „rozwiąże”?

I. Gag order

Kiedy niedawno opisywałem na łamach „Warszawskiej Gazety” mord sądowy dokonany rękami lekarzy na Alfiem Evansie, nazwałem Wielką Brytanię „lewackim imperium zła”. Sprawa skazanego na 13 miesięcy więzienia Tommy'ego Robinsona pokazuje, że w tym określeniu nie było cienia przesady – więcej, dzisiejszy Albion to kraj szalejącego, lewackiego faszyzmu, którego oficjalną doktryną stały się najdziksze odloty z zakresu political correctness. Hołdują im (lub boją przeciwstawić, co na jedno wychodzi) wszystkie liczące się ugrupowania polityczne z rzekomymi „konserwatystami” włącznie, zaś na straży ideologicznego zamordyzmu postawiono instytucje publiczne, wraz z państwowym aparatem przemocy i wymiarem sprawiedliwości.

Tommy Robinson (własc. Stephen Yaxley-Lennon) – znany brytyjski aktywista społeczny, założyciel English Defence League i dziennikarz obywatelski – naraził się tym, że relacjonował sprzed budynku sądu w Leeds za pomocą smartfona proces gangu pakistańskich gwałcicieli. Uczynił to wbrew sądowemu zakazowi informowania (tzw. gag order) – jest to specyficzne dla Wysp rozwiązanie prawne pozwalające sądowi nałożyć swoisty knebel informacyjny, jeśli podawanie wiadomości o procesie mogłoby zdaniem sędziego wpłynąć na jego przebieg, np. poprzez wywieranie presji społecznej. Swoją drogą, nie za dobrze świadczy to o odporności psychicznej i „niezawisłości” tamtejszych sędziów – ale jakoś organizacje międzynarodowe i NGO'sy tak wyczulone na poziom praworządności w Polsce i na Węgrzech oraz na kwestię transparentności, dziwnym trafem przechodzą nad tym do porządku dziennego.

W każdym razie, Robinson złamał gag order – a że w jego przypadku była to recydywa, to z miejsca został zapakowany przez policję do radiowozu i odwieziony na „dołek”. Należy podkreślić, że jego obecność w żaden sposób nie wpływała na to, co dzieje się na sali rozpraw – nie nawoływał do zamieszek, nie próbował wszczynać awantur. Mimo to, nastąpił ekspresowy proces (w ciągu doby od zatrzymania), w którym jako się rzekło, zasądzono mu trzynaście miesięcy więzienia. I tu uwaga – w przypadku tego wyroku sąd również zarządził zakaz informowania o sprawie. Żadne brytyjskie medium – gazeta, telewizja, radio, portal internetowy – nie miało prawa poinformować opinii publicznej nie tylko o przebiegu rozprawy, ale nawet o samym fakcie skazania! Okazało się, że jeden facet z telefonem komórkowym stanowi śmiertelne zagrożenie dla porządku publicznego i brytyjskiego systemu sprawiedliwości.


II. Pełzający totalitaryzm

Na pierwszy rzut oka, mamy tu konflikt wartości – z jednej strony prawidłowy proces, który ponoć byłby narażony na szwank poprzez upublicznianie jego przebiegu. Z drugiej jednak mamy wolność słowa i prawo do informacji – fundamentalne swobody obywatelskie, którymi szczyci się „najstarsza demokracja świata”. Tyle, że jest to konflikt pozorny – instytucja gag order, pierwotnie mająca stronom postępowania zagwarantować uczciwy i bezstronny proces, uległa w systemie wyspiarskiego sądownictwa wynaturzeniu i dziś służy przede wszystkim do zamykania ust. Ten wybieg jest np. stosowany nagminnie w sprawach o odebranie dziecka rodzicom i przekazanie go pod nadzór wszechwładnej opieki społecznej (dla „dobra dziecka” oczywiście) – co w tamtejszych realiach może się przydarzyć każdemu i pod byle pretekstem. Skrępowani sądowym nakazem milczenia rodzice nie mają prawa nawet nagłośnić swojej krzywdy – bo narażają się na sankcję karną. Innymi słowy, gag order jest po prostu rodzajem prewencyjnej (i represyjnej zarazem) cenzury, często skrywającej stronniczość sędziów. Zatem nie mamy tu konfliktu równorzędnych wartości, lecz starcie wolności z instytucjonalnym, nakładanym „po uważaniu” kagańcem. A to jest już cechą systemów totalitarnych.

Oczywiście, totalniactwo brytyjskie (podobnie, jak resztę zalewaczonego Zachodu) charakteryzuje „rozwodnienie” - nikt nie dekretuje nowego systemu oficjalnie, jest on zaprowadzany stopniowo i tylnymi drzwiami, metodą „gotowania żaby”. Jednak skutek – przy zachowaniu całego demokratycznego sztafażu – jest taki, że w kluczowych momentach wszystkie zainteresowane organy stają w zwartym szeregu i wykazują się ideologiczną dyscypliną godną kompartii – to zaś przekłada się na konkretną politykę państwa.


III. Ofiary multi-kulti

W interesującym nas tu przypadku, państwo brytyjskie, hołdujące lewackim urojeniom spod znaku wojującego tolerancjonizmu, multi-kulti, walki z „mową nienawiści” itp. wykazywało się absolutnie świadomą i celową indolencją w kwestii działających w poczuciu bezkarności imigranckich gangów sutenerów i gwałcicieli. Prym wiedli tutaj Pakistańczycy – ich grupy przestępcze funkcjonowały bez przeszkód całymi latami w Newcastle, Rotherham, Rochdale, Oxfordzie, Telford, Derby, Keighley, Peterborough... Liczba ofiar szła w tysiące. Nieletnie dziewczęta gwałcono i zmuszano do prostytucji przy całkowitej bierności lokalnych władz i policji bojących się panicznie oskarżeń o „islamofobię”. Policja niemal każdorazowo uznawała ofiary za „niewiarygodne” i odsyłała dziewczyny z kwitkiem – sprawę ułatwiał fakt, że często pochodziły z nizin społecznych, zatem stereotypowo uznawano je za zwykłe „puszczalskie”. Dopiero, gdy wzburzenia miejscowych społeczności nie dało się już dłużej ignorować, przystąpiono do działania – miejsce miały pierwsze procesy i wyroki (często brak o nich bliższych informacji ze względu na nagminnie stosowany gag order). Były to jednak akcje ewidentnie wymuszone, wokół których budowano medialną atmosferę niedomówień – np. określając sprawców jako „azjatyckich gangsterów” (jużci, Pakistan leży w Azji), bądź w ogóle nie informując o ich etnicznej przynależności, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Słów „islam” czy „muzułmanie” wystrzegano się jak ognia – co jest o tyle bulwersujące, że sami gwałciciele często nie kryli, że kierowały nimi pobudki religijne: w ich oczach nastolatki prowadzące się i ubierające „nieskromnie” nie zasługiwały na nic innego, niż na gwałt. Zazwyczaj zbiorowy.

Jednocześnie głównym „zagrożeniem” zdiagnozowanym przez brytyjskie władze stali się „prawicowi ekstremiści” - czyli ci, którzy ośmielali się głośno artykułować swój sprzeciw. W konsekwencji, w ostatnim czasie na wielomiesięczne kary więzienia skazani zostali m.in. przywódcy antyimigracyjnego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen. Ich skazano za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Na Tommy'ego Robinsona, jak widać, udało się znaleźć inny paragraf – złamanie „świętego” gag order. Dodatkową sankcją „prywatną” było natychmiastowe skasowanie profili ww. „ekstremistów” przez media społecznościowe na których się udzielali. Partnerstwo publiczno-prywatne w pełnej krasie.


IV. Wyrok śmierci?

Jak można było się domyślać, przypadek Robinsona nie zainteresował różnych zawodowych obrońców praw człowieka w rodzaju Amnesty International (wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby w Polsce potraktowano w ten sposób jakiegoś kodziarza, albo „ubywatela RP”). Na szczęście, obudziło się (wreszcie!) brytyjskie społeczeństwo. Protest przeciw zakazowi informowania o skazaniu działacza zgromadził na ulicach Londynu w ostatni weekend maja wielotysięczne tłumy – w efekcie, gag order został cofnięty i o sprawie Robinsona można już mówić legalnie. Wciąż jednak pozostaje w więzieniu – i tu dochodzimy do kolejnego aspektu wydarzeń. Tommy Robinson jest postacią powszechnie znaną, a w angielskich więzieniach muzułmanie stanowią dominującą liczebnie i bardzo agresywną grupę – Paul Golding zdążył już przypłacić pobyt za kratkami ciężkim pobiciem. Oznacza to, że ponad rok w takim otoczeniu może dla Robinsona oznaczać tak naprawdę wyrok śmierci. Dlatego też trwa społeczna akcja zbierania podpisów pod petycją o jego uwolnienie. Czy brytyjskie władze wysłuchają? Czy też może liczą po cichu, że problem niepokornego aktywisty sam się „rozwiąże”?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wielka Brytania – lewackie imperium zła


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (08-14.06.2018)

niedziela, 20 maja 2018

Wielka Brytania – lewackie imperium zła

Cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki.

I. Machina śmierci

W poniedziałek, 14 maja, w Liverpoolu odbył się pogrzeb Alfiego Evansa. „Małego wojownika” na trasie konduktu pogrzebowego żegnały tysiące ludzi, w tym kibice miejscowego klubu piłkarskiego – Evertonu. Była to ostatnia odsłona batalii, która przykuła uwagę całego świata – niespełna dwuletni chłopiec i jego zdesperowani rodzice podjęli nierówną walkę z nieludzkim systemem lekarsko-urzędniczo-sądowym. Jeżeli ktoś potrzebował dowodu na istnienie cywilizacji śmierci, to za sprawą brytyjskiej machiny państwowej otrzymał go w wyjątkowo dobitnej formie. Najpierw lekarze – ci sami, którzy nie tylko nie potrafili Alfiemu pomóc, ale nawet go zdiagnozować – zadecydowali wbrew woli rodziców, że ich dziecko ma umrzeć. Później zaś decyzja ta uzyskała wsparcie wszelkich możliwych państwowych organów, z najwyższymi instancjami sądowniczymi włącznie. Na funkcjonariuszach systemu nie zrobił wrażenia nawet fakt, że chłopiec po odłączeniu go od aparatury medycznej samodzielnie oddychał. Odmówiono przyjęcia do wiadomości, że małemu przyznano włoskie obywatelstwo, a związany z Watykanem szpital Bambino Gesu zaoferował dalsze leczenie. Nie miało znaczenia, że wojskowy samolot medyczny gotów był przetransportować Alfiego w każdej chwili do rzymskiej kliniki. Zignorowano również apel tak chętnie przy innych okazjach cytowanego papieża Franciszka. Sędzia Justice Hayden stwierdził wręcz, że zabiegi włoskiego rządu „uchybiają standardom międzynarodowej dyplomacji”, a przewiezienie chłopca „nie leży w jego interesie”, dorzucając jeszcze uwagę o „fanatyzmie” jednego z członków rodziny Evansów. Swoje dołożył zeznający przed sądem lekarz reprezentujący szpital Alder Hey, twierdząc, że na transport nie pozwala „zły stan zdrowia” dziecka. Przypomnijmy, że mówimy o sytuacji, kiedy arbitralnie skazano chłopca na śmierć, a tlen i wodę podano mu dopiero po wielu godzinach, pod ewidentną presją rodziców i opinii publicznej. Jednak, koniec końców, zgodnie z „planem paliatywnym” (tak określono procedurę eutanazyjną) wycieńczony Alfie Evans zmarł 28 kwietnia o 2:30 w nocy. 9 maja skończyłby dwa lata.

A zatem woli brytyjskiej Korony stało się zadość, zaś lekarze, którzy zgodnie z tamtejszym prawem reprezentowali „interes dziecka” przeciwstawiany (zapewne subiektywnej i niemiarodajnej, jak wynika z orzeczenia sądu) opinii rodziców, mogą wreszcie spokojnie odetchnąć. Państwo pokazało swą moc i udowodniło niedowiarkom, że pozostaje panem życia i śmierci poddanych królowej. W tle mamy jeszcze faszerowanie chłopca szczepionkami aplikowanymi wg standardowego „rozdzielnika” bez brania pod uwagę, iż jest to przypadek szczególny, po których jego stan konsekwentnie się pogarszał - i podejrzenie, że gdyby ukończył drugi rok życia, rodzice mogliby dochodzić gigantycznych odszkodowań z tytułu powikłań. Lepiej więc było go zawczasu zabić - nie ma dziecka, nie ma problemu. Wpisuje się to zresztą w mroczną tradycję Alder Hey Hospital, mającego na swoim koncie m.in. nielegalne pobieranie i handel narządami zmarłych dzieci, a także niewyjaśnione zgony małych pacjentów. No i wreszcie postać sędziego Haydena – zwolennika aborcji i eutanazji oraz aktywisty LGBT opowiadającego się za prawem do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Słowem, klasyczny produkt lewackiej obróbki ideologicznej, oddelegowany na odcinek wymiaru sprawiedliwości.


II. Imperium zła

Jak na ironię, w tym samym czasie media ekscytowały się narodzinami kolejnego „royal baby” - i muszę powiedzieć, że obserwując tę schizofrenię, miałem nieodparte wrażenie obcowania z jakimś satanistycznym obrzędem. Zabójstwo Alfiego Evansa wyglądało wręcz na coś w rodzaju mordu rytualnego - bo też determinacja wszystkich organów brytyjskiego państwa w dążeniu do zamordowania tego chłopca była wprost nieludzka. Może u nich jest taka niepisana tradycja, że gdy w rodzinie królewskiej rodzi się nowy potomek, to jakieś inne dziecko musi zostać uśmiercone - i z jakichś względów padło akurat na Alfiego? Biorąc pod uwagę zbrodniczą historię brytyjskiego imperium, wcale by mnie to nie zdziwiło – podobnie, jak nie dziwi mnie paniczny lęk jego przedstawicieli przed modlitwą. Zaraz po śmierci Alfiego włoski zakonnik o. Gabriele Brusco wspierający chłopca i jego rodzinę, został zmuszony przez miejscowych biskupów do opuszczenia Wlk. Brytanii. Wcześniej natomiast został odwołany ze szpitala – jego obecność przy Alfiem i modlitwy były nie na rękę personelowi. Nie pozwolono mu nawet na udzielenie sakramentu namaszczenia chorych. Już po wszystkim, Episkopat Anglii i Walii w pełni poparł poczynania szpitala i organów państwa – najwyraźniej wśród poddanych królowej obowiązuje żelazna lojalność wobec Korony, a duchowieństwo zobowiązane jest do wspierania poczynań Imperium, nawet jeśli są one skrajnie lewackie i jawnie antychrześcijańskie. W Polsce również mieliśmy namiastkę powyższego. Otóż policja na wezwanie brytyjskich dyplomatów rozgoniła pokojowe spotkania modlitewne pod konsulatami w Warszawie, Lublinie i Krakowie, zorganizowane w dniu urodzin Alfiego – 9 maja. Powód? Modlitwa za duszę małego tak przeraziła przedstawicieli Imperium Zła, że zaczęli „obawiać się o swoje bezpieczeństwo”.

Krótko mówiąc, cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki. Kolejną cechą tego, co mieliśmy właśnie okazję zobaczyć, jest porażająca swą perfidią hipokryzja - orędownikami i kapłanami nowego imperialnego paradygmatu są bowiem stada lewackich doktrynerów mieniących się „liberałami”, pokroju wspomnianego wyżej sędziego Haydena. Dla urzeczywistnienia swych ideologicznych założeń gotowi są nawet zabić – bo wszak uśmiercenie Alfiego Evansa było w istocie mordem sądowym. Ów tępy dogmatyzm przekłada się na priorytety działań aparatu państwa w których poczesną rolę odgrywa zwalczanie inaczej myślących – w imię zamordystycznie pojmowanego „liberalizmu”, ma się rozumieć. A to z kolei oznacza, że Wielka Brytania, przy zachowaniu wszystkich „wolnościowych” pozorów stała się państwem szalejącego, lewackiego faszyzmu.


III. Wróg publiczny

Taki system, rzecz jasna, potrzebuje wroga, którego istnienie legitymizowałoby systematyczną likwidację swobód w przestrzeni prywatnej i publicznej – począwszy od władzy rodzicielskiej, a skończywszy na wolności słowa, jaka do niedawna była znakiem firmowym Zjednoczonego Królestwa. Wrogiem tym jest obecnie „prawicowy ekstremizm” oznaczający każdego, kto odstaje choćby o włos od zadekretowanej linii. Przykładowo, na własnej skórze odczuli to przywódcy antyimigranckiego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen skazani na kary więzienia (odpowiednio – 18 i 36 tygodni) za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Owo „szerzenie nienawiści” polegało m.in. na sprzeciwie wobec islamizacji Wielkiej Brytanii, przejawiającej się chociażby długoletnią bezkarnością gangów pakistańskich stręczycieli i gwałcicieli nieletnich dziewcząt w Rotherham, Rochdale, Telford i wielu innych miastach – przy bierności policji obawiającej się oskarżeń o „rasizm”. Z kolei w Newcastle urzędnicy mieli zakaz mówienia o przynależności etnicznej sprawców, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Paul Golding przypłacił już pobyt za kratami dotkliwym pobiciem i złamaniem nosa. Z podobnych powodów do aresztu trafił inny aktywista – Tommy Robinson, znany polskim odbiorcom ze świetnego wideoreportażu o Marszu Niepodległości. Pozornie to wszystko jest odległe od sprawy Alfiego Evansa, lecz w rzeczywistości mamy do czynienia z elementami tej samej, totalniackiej układanki.

Dwa lata temu kibicowałem Brexitowi, widząc w nim szansę na uwolnienie się tego kraju spod lewackiej okupacji Brukseli. Dziś okazuje się, że Wlk. Brytania wyszła z Unii tylko po to, by praktykować lewactwo na własną rękę i w jeszcze bardziej restrykcyjnej formie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (19-24.05.2018)

niedziela, 21 lutego 2016

Cameron szachuje Brukselę

Unia Europejska sypie się na naszych oczach i to sprawia, że brukselscy mandaryni robią się bardziej skłonni do ustępstw.

Wygląda na to, że David Cameron dostanie to, czego chciał. Stan „kompromisu” w negocjacjach UE – Wielka Brytania na dzień dzisiejszy wygląda bowiem następująco: ustanowiono „mechanizm zabezpieczający” wedle którego będzie można na maksymalnie cztery lata ograniczyć nowo przybyłym imigrantom z innych krajów UE prawo do świadczeń socjalnych; imigrant, który nie znajdzie pracy w ciągu pół roku, będzie musiał wrócić skąd przybył; ograniczona zostanie dostępność pomocy społecznej dla pracujących przybyszów; zasiłki na dzieci pozostawione w krajach pochodzenia rodziców zostaną obniżone stosownie do poziomu życia w tychże krajach; wprowadzenie „mechanizmu zabezpieczającego” dotyczyć ma sytuacji, gdy imigranci zbytnio obciążają system socjalny kraju przyjmującego, ich napływ zagraża rynkowi pracy, bądź funkcjonowaniu służb publicznych; „mechanizm” zostaje wprowadzony na wniosek danego państwa złożony do Komisji Europejskiej, po czym Rada UE będzie zatwierdzać go kwalifikowaną większością głosów. Powyższe ograniczenia nie dotyczą osób już przebywających w danym państwie.

Z pozostałych kwestii: inicjatywy podejmowane w ramach strefy euro mają być otwarte dla krajów spoza eurogrupy; parlamenty państw członkowskich będą mogły oddalić unijny projekt legislacyjny większością 55 proc. przyznanych im w traktatach europejskich głosów, jeśli uznają, że godzi on w zasadę pomocniczości – oznacza to wzmocnienie parlamentów krajów członkowskich.

Powyższe uzgodnienia mają zostać przyjęte na unijnym szczycie 18-19 lutego. Następnie, najprawdopodobniej 23 czerwca w Wlk. Brytanii ma odbyć się referendum w sprawie „brexitu” - przy czym, o ile projekt zostanie przyjęty przez kraje UE, Cameron namawiać ma rodaków do głosowania za pozostaniem w Unii. Słowem – brytyjski premier zjadł ciastko i ma ciastko. Jak to możliwe?

Otóż Unia Europejska sypie się na naszych oczach i to sprawia, że brukselscy mandaryni robią się bardziej skłonni do ustępstw. David Cameron znakomicie wykorzystał tę sytuację – z jednej strony chaos spowodowany zalewaniem Europy przez hordy barbarii, obnażający słabość instytucjonalną Europy, z drugiej natomiast wzrost tendencji nacjonalistycznych. Do powyższego dochodzi niepewność co do przyszłości europejskiej gospodarki, bowiem kryzys chwilowo jedynie zażegnany wciąż czai się za rogiem i w każdej chwili może powrócić niczym fala niszczącego przypływu, czego symptomy widzimy choćby w Chinach. Wszystko zaś razem bije w Niemcy i przywódczą pozycję Angeli Merkel, która borykać musi się nie tylko z krnąbrnymi „uczniami” w postaci krajów Europy Środkowej i pełzającym buntem Mitteleuropy, ale także z narastającą rebelią w samych Niemczech, a nawet w szeregach własnej partii. W tej sytuacji groźba dalszej dekompozycji Unii poprzez wyjście Wlk. Brytanii jawi się eurokratom niczym senny koszmar – tym bardziej, że wywołać może efekt domina, w europejskich społeczeństwach narasta bowiem zmęczenie kolejnymi władczymi uroszczeniami brukselskich biurokratów, na dodatek, co pokazał kryzys imigracyjny, coraz bardziej oderwanych od rzeczywistości i poruszających się w zaklętym kręgu własnej europoprawnej retoryki.

To wszystko pozwoliło Cameronowi postąpić wedle maksymy Winstona Churchilla „jedyne czego oczekuję, to przyznanie mi racji po rozsądnej dyskusji”. Inna sprawa, że na końcowym etapie do tej „dyskusji” został wydelegowany taki „bulterier” jak Donald Tusk – z tym, że jak się zdaje, miał błogosławieństwo do poczynienia daleko idących ustępstw, o czym świadczą wcześniejsze wypowiedzi innych unijnych dygnitarzy, powtarzających jak mantrę słowo „kompromis”. Okazało się wtedy, że ten sam Martin Schulz tak skory do łajania Polski, wobec Camerona nagle robi się wielce konstruktywny i ugodowy. Brytyjski polityk zagrał twardo i wygrał. Na dodatek Tusk ma go wspierać w czerwcowej kampanii referendalnej, by broń Boże Brytyjczykom nie strzeliło coś do głowy i nie zagłosowali przeciw dalszemu członkostwu w UE. Cameron rzecz jasna nawet nie kryje się z tym, że działa w partykularnym interesie swojego państwa. „Mechanizm zabezpieczający” oznacza bowiem: możesz u nas harować na nasze PKB i dobrobyt, w tym zasilać brytyjski system socjalny swymi składkami, ale jeśli w ciągu czterech lat powinie ci się noga i stracisz robotę – won do siebie, nic tu po tobie. Typowo brytyjski cynizm, lecz może i my powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski dla siebie?

No i jeszcze jedno. Niemiecka prasa, by zamaskować porażkę zaczęła pisać o „wzroście znaczenia Tuska”, oraz „dyplomatycznym majstersztyku”. Nie – dyplomatyczny majstersztyk to działania Camerona, Tusk został jedynie wydelegowany do firmowania własną twarzą kapitulacji Brukseli, bo nikt inny nie miał na taką rolę ochoty.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 6 (12-18.02.2016)