Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Cameron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Cameron. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Między brexitem, a polexitem

Mocny, eurosceptyczny głos jest nam w tej chwili niezwykle potrzebny – bez tego istnieje realna groźba, że zanim dojdzie do społecznego przebudzenia Unia ugotuje nas jak żabę.


I. Brexitowe paroksyzmy

Jak wiemy, sprawa brexitu utknęła w martwym punkcie, wskutek czego przywódcy pozostałych państw Unii Europejskiej zdecydowali 10 kwietnia 2019 r. o przełożeniu daty opuszczenia przez Wlk. Brytanię struktur europejskich do 31 października 2019 r. Oznacza to, że Brytyjczycy będą musieli przeprowadzić eurowybory i wprowadzą swoich deputowanych do Parlamentu Europejskiego – przynajmniej na kilka miesięcy, co samo w sobie jest dość groteskowe. No chyba (bo w tej sprawie od początku nic nie jest pewne), że wcześniej dogadają się między sobą na jakich zasadach chcą wyjść z Unii – a Unia tę propozycję zaakceptuje. W tej chwili możliwe są tak naprawdę wszystkie opcje: brytyjski parlament akceptuje umowę wynegocjowaną przez Theresę May; przegłosowana zostaje któraś z kilku opcji alternatywnych leżących na stole – począwszy od „twardego brexitu”, poprzez różne warianty pośrednie, aż po zorganizowanie powtórnego referendum; parlament nie dochodzi do porozumienia i 31 października Wielka Brytania wychodzi z UE bez umowy; Theresa May prosi o kolejne odłożenie „deadline'u”, a UE się zgadza; no i wreszcie – brytyjski rząd podkula ogon i wycofuje wniosek brexitowy. Tę ostatnią możliwość poddał wyspiarzom w charakterze ewidentnie motywowanego politycznie orzeczenia Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzekł mianowicie, że wystarczy jednostronne wycofanie wniosku przez Wlk. Brytanię i wszystko zostaje po staremu, bez konieczności zgody organów unijnych i reszty członków UE. Jednak to „koło ratunkowe” (za którym optuje Donald Tusk, który kilkukrotnie podkreślił, że Wlk. Brytania zawsze może zmienić zdanie), jest w istocie zatrutym podarunkiem – skorzystanie z niego oznaczałoby bowiem bezprzykładne upokorzenie i polityczną klęskę Londynu. W strukturach unijnych Brytyjczycy mieliby status pariasów i nie przepuszczono by żadnej okazji do zemsty za próbę buntu mogącego zapoczątkować demontaż unijnego projektu. Niemniej, jak pokazała niedawna historia, niczego wykluczyć nie można.

Ze strony brukselskiej biurokracji i naczelnych unijnych mandarynów gra jest natomiast jasna: jeżeli nawet brexitu nie da się powstrzymać, to trzeba przynajmniej maksymalnie go utrudnić i przeczołgać rebeliantów. Podsycać wewnętrzne spory i podziały, organizować medialną histerię, straszyć konsekwencjami i generalnie „męczyć temat”, tak by sami Anglicy mieli go w końcu powyżej uszu. Piszę „Anglicy”, bo to oni przeważają wśród eurosceptyków na Wyspach, a np. Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w Unii Europejskiej – po referendum z 23 czerwca 2016 r. grożono wręcz secesją Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa, co mogłoby mieć o tyle zabawny skutek, że mieszkaniec Londynu aby udać się do Glasgow czy Edynburga potrzebowałby wizy... Cichą nadzieją europejskich elit jest powtórne referendum, w myśl zasady „głosowania aż do skutku”, co przerobiono przy okazji ratyfikowania przez Irlandię Traktatu Lizbońskiego. W szerszym aspekcie natomiast, brexitowe paroksyzmy mają odnieść skutek wychowawczy i odstraszyć potencjalnych następców. Reszta Europy ma widzieć, że opuszczenie eurostruktur to droga przez mękę, skutkująca rozlicznymi konfliktami, również wewnętrznymi, dla kraju opuszczającego UE, groźba zapaści gospodarczej (na razie nie wiadomo na ile realna, lecz wystarczy o tym mówić, by wywołać negatywny odzew na rynkach), destabilizacji waluty itp. Przesłanie tej lekcji brzmi: nawet o tym nie myślcie.


II. Czego chce Londyn?

Inna sprawa, że również polityczne elity Wielkiej Brytanii, delikatnie mówiąc, się nie popisały – i to począwszy od mimowolnego ojca brexitu, premiera Davida Camerona. Samemu będąc przeciwnikiem brexitu, użył obietnicy przeprowadzenia referendum czysto instrumentalnie – by ugruntować swoją pozycję w szeregach Torysów, spacyfikować opcję antyeuropejską w partii i odebrać polityczny tlen ugrupowaniom eurosceptycznym w rodzaju Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage'a. Prognozy przedwyborcze wskazywały, że będzie musiał rządzić w koalicji z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami, więc – jak wówczas kalkulował – obiecując referendum niczym nie ryzykuje, bo na jego przeprowadzenie nie zgodzi się koalicjant. Okazało się, że przedobrzył – Partia Konserwatywna wygrała samodzielną większością, na co najprawdopodobniej miała wpływ właśnie referendalna obietnica. Cameron nie miał wyjścia – wbrew sobie musiał rozpisać referendum, do ostatniej chwili agitując za pozostaniem w Unii, spraszając na gościnne występy Angelę Merkel, Donalda Tuska, a nawet schodzącego ze sceny Baracka Obamę, który zagroził, że w razie wyjścia z UE Wielka Brytania spadnie na szary koniec krajów mogących się ubiegać o ekskluzywne stosunki z Waszyngtonem. Efekt był odwrotny do zamierzeń – Anglicy odebrali tę nachalną propagandę jako próbę mieszania się obcych w ich wewnętrzne sprawy i zagłosowali za wyjściem. Formalnie referendum nie jest wprawdzie dla rządu wiążące, ale cała tradycja brytyjskiej demokracji sprawiła, że tego głosu nie można było zignorować – każda siła polityczna, która by się odważyła na taki krok byłaby skończona. Wynik referendum był dla klasy politycznej na Wyspach szokiem – Cameron podał się do dymisji i przekazał pałeczkę (oraz bałagan do posprzątania) Theresie May (która, nawiasem, również prywatnie jest przeciwniczką brexitu), więcej – nawet gardłujący wcześniej za brexitem politycy, jakby wystraszyli się konsekwencji i przycichli. Boris Johnson, który wydawał się logicznym kandydatem na „brexitowego” premiera podziękował za zaszczyt, a szef UKIP Nigel Farage nagle ogłosił, że wycofuje się z życia politycznego, bowiem „wypełnił już swą misję” - teraz wprawdzie wrócił na czele Partii Brexitu, ale o tym za chwilę.

Słowem, istna komedia pomyłek. Na tym jednak nie koniec, szybko bowiem okazało się, że brytyjskie elity polityczne nie mają cienia pomysłu na to, jak przeprowadzić rozwód z Brukselą, nie wspominając już o jakiejkolwiek spójnej koncepcji, czy przygotowanym zawczasu planie na taką okoliczność. Najwyraźniej brexit uznawano za poręczne hasło w walce o głosy wyborców, ale nikt tak naprawdę nie brał takiej możliwości na poważnie. Efektem była rozpaczliwa improwizacja, strategię wymyślano w biegu, przez co Theresa May przystąpiła do negocjacji kompletnie nieprzygotowana, czego negocjatorzy unijni nie omieszkali skrzętnie wykorzystać. Symbolem porażki jest tzw. irlandzki backstop, zakładający brak granicy między Republiką Irlandii a Irlandią Północną do czasu wynegocjowania stosownej umowy – to trochę tak, jakby w przypadku polexitu Polska musiała zaakceptować częściowe pozostanie w UE Pomorza Zachodniego, albo Ziemi Lubuskiej, czy Śląska, ze względu na ekonomiczne związki tych regionów z Niemcami.

Skutkiem powyższego jest obecny stan zawieszenia – Wielka Brytania niby wychodzi, ale jakby jedną nogą, nie będąc w stanie ostatecznie sfinalizować brexitu. Patrząc na rozgrywki w tamtejszym parlamencie i kolejne głosowania, nie sposób nie zadać sobie pytania: o co chodzi brytyjskiej klasie politycznej? Czego tak naprawdę chce? Zjeść ciastko i mieć ciastko? Prawdopodobnie znaczna część wyspiarskich elit żyła do tej pory imperialnymi mitami wyobrażając sobie, że rozwód będzie bezbolesny i na ich warunkach – a teraz nie może dojść do siebie po tym, jak rzeczywistość boleśnie skorygowała te wyższościowe urojenia. Zachodzi też podejrzenie swoistej gry pozorów – będziemy tak długo prezentować nieprzejednaną postawę, aż koniec końców... z brexitu nic nie wyjdzie. Może społeczeństwo zmęczy się przedłużającą się awanturą i machnie ręką: „no to już zostańmy”? W grę może wchodzić również chęć odegrania się na Brukseli: ani nie wyjdziemy, ani nie zostaniemy – i co nam zrobicie? Odrzucenie bodaj ośmiu (!) wariantów brexitu sprawia wrażenie celowej obstrukcji. I pomyśleć, że przywykliśmy sądzić, że to polska klasa polityczna nie może ze sobą dojść do ładu... Tymczasem jednak nastroje społeczne buzują – nowa Partia Brexitu Nigela Farage'a, który znów wyczuł polityczną krew, przoduje w sondażach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (27 proc., o 5 pkt. proc. więcej, niż następna Partia Pracy), a i sama UE może stracić cierpliwość i skończy się „twardym” brexitem po 31 października – czyli Wlk. Brytania de facto zostanie z Unii wyrzucona, co oznacza, że będzie musiała od zera żmudnie negocjować przyszłe relacje z kontynentem.


III. Do czego powinna dążyć Polska?

Opisuję tak szczegółowo ten ponury spektakl, bo jest to wielka lekcja również dla nas. Skoro takie problemy ma Wielka Brytania – co by nie mówić, państwo silniejsze, lepiej poukładane i z mocniejszą pozycją międzynarodową niż Polska – to jak by to wszystko wyglądało w naszym przypadku? Jak wiadomo, najlepiej (i najtaniej) jest uczyć się na cudzych błędach, dlatego z brexitowej telenoweli należy wyciągnąć konstruktywne wnioski. Po pierwsze – konstruktywnym rozwiązaniem nie jest tani radykalizm spod znaku „opuszczamy eurokołchoz bez względu na wszystko i natychmiast”, w czym celuje część gorącokrwistych narodowców. Szybko bowiem może się okazać, iż odzyskana w ten sposób „niepodległość” jest mocno iluzoryczna (o skutkach ekonomicznych zamkniętych granic nie wspominając – czy nam się to podoba, czy nie, jesteśmy obecnie przyspawani „na sztywno” do niemieckiej gospodarki). Tym bardziej, że te same kręgi na jednym oddechu żądają wycofania z Polski – i tak symbolicznych - wojsk amerykańskich. To recepta na pozostanie sam na sam z Rosją – bez militarnego parasola NATO i instytucjonalnego ze strony UE. Rosja wprawdzie dzięki temu być może wreszcie przestałaby się „czuć zagrożona” - tyle, że Rosja „czuje się zagrożona” zawsze wtedy, gdy nie może kogoś bezkarnie napaść. W scenariuszu radykalnym wreszcie by mogła.

Z drugiej strony – konstruktywnym podejściem nie jest również zarzekanie się, że dla naszej obecności w UE „nie ma alternatywy” - jak głosi z uporem godnym lepszej sprawy PiS, sterroryzowany medialnie wrzaskami „totalnej opozycji” o polexicie. W ten sposób sami ustawiamy się w pozycji petenta i skazujemy na przegraną w kolejnych sporach z Brukselą. Uprawianie polityki „bezalternatywnej” - i co gorsza, obnoszenie się z tym – nigdy nie jest korzystne. Co do opcji uprawianej przez rodzimą Targowicę, to rzecz jasna nie ma o czym mówić – popieranie federalizacji Unii i przystąpienie do strefy euro w oczywisty sposób prowadzi do utraty nie tylko formalnej niepodległości, ale również resztek jakiejkolwiek podmiotowości i oznacza ostateczne zredukowanie Polski do roli niemieckiej kolonii w ramach Mitteleuropy.

Co zatem pozostaje? Przede wszystkim musimy wiedzieć, czego chcemy i co leży w naszym realnym interesie. Wg mnie, w pierwszym rzędzie musimy sprzeciwiać się przekształcaniu Europy w „superpaństwo”, jakieś nowe „Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego” i dążyć do zwrotu ku źródłom – czyli Unii Europejskiej rozumianej jako „Europa Ojczyzn”. A tak się składa, że zaczęły na tym odcinku wiać sprzyjające wiatry. W całej Europie rosną w siłę partie i ruchy tożsamościowe – od Włoch po Finlandię (w Finlandii niedawno drugie miejsce zajęła antyimigrancka Partia Finów, przegrywając o ułamek procenta z socjaldemokratami). Włoski wicepremier i lider Ligi Matteo Salvini montuje międzynarodowy sojusz pod kątem zbudowania największej frakcji w nowym europarlamencie – detronizacja zdominowanej przez Niemców pseudo-chadeckiej EPL, byłaby naprawdę osiągnięciem mogącym zapoczątkować stopniowy odwrót od obecnego, federalistycznego kierunku UE, spuentowanego przez Angelę Merkel słynną frazą o tym, iż „państwa narodowe muszą być gotowe do zrzeczenia się swej suwerenności”. I tu niestety, PiS daje ciała. Jak donoszą niemieckie media, PiS nie zamierza być w jednej frakcji z Salvinim - „bo Putin”. Tym samym, składa ofiarę z politycznej skuteczności na rzecz czystości ideologicznej. Wszystko wskazuje na to, że rządząca Polską partia pozostanie w kieszonkowej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów razem z będącymi „na wylocie” z Unii Torysami – i będzie miała tak samo guzik do powiedzenia, jak obecnie. Na dodatek, może się przyczynić do zachowania pozycji przez nieformalny sojusz chadeków i socjalliberałów, nie mówiąc już o tym, że zostając na marginesie PiS wystawia Polskę na grillowanie, bo frakcja Salviniego nie będzie miała interesu, żeby nas bronić przed różnymi Timmermansami. Zgroza, oni chyba nigdy się nie nauczą...

Ale, prócz rozgrywek wewnątrzunijnych, nie powinniśmy zapominać o opcji polexitu, traktując ją wprawdzie jako ostateczność, lecz ostateczność jak najbardziej realną i wyobrażalną. Apeluję o to od lat i będę powtarzał przy każdej okazji: Polska musi mieć przygotowany plan ewentualnościowy, mapę drogową, na wypadek konieczności wyjścia z Unii – m.in. po to, by nie znaleźć się w obecnej sytuacji Wlk. Brytanii i nie powielać jej błędów. Owa mapa drogowa, prócz strategii negocjacyjnych, powinna zawierać takie elementy, jak określenie, w jakich okolicznościach nasza dalsza obecność w UE stanie się nieakceptowalna z punktu widzenia państwowych i narodowych interesów oraz do uzyskania jakiego statusu w relacjach z UE powinniśmy dążyć. Jest też element trzeci – jak oswajać Polaków z perspektywą polexitu. Póki co bowiem, nasi rodacy wciąż w dużej mierze traktują Unię z mieszaniną podszytego kompleksami podziwu i nabożnego lęku – jedyne wahnięcie w tych nastrojach nastąpiło podczas kryzysu migracyjnego, co jest jakąś wskazówką. Należy mówić, że członkostwo to kwestia kalkulacji i w pewnych okolicznościach może się zwyczajnie nie opłacać – politycznie, gdy postępująca federalizacja pozbawi nas prawa do samostanowienia i ekonomicznie – gdy suma zysków i strat zacznie grać na naszą niekorzyść (a to może stać się już wkrótce, wraz z nową, chudszą dla nas, perspektywą budżetową). Okrojenie budżetu może mieć zresztą dla nas ozdrowieńcze skutki, gdyż źródłem uwielbienia Polaków dla UE są dwie rzeczy: strefa Schengen i kasa, dlatego jak ognia boją się sporów z Brukselą, bo jeszcze Unia się zdenerwuje, zamknie granice i odbierze pieniądze. Jako państwo i społeczeństwo uzależniliśmy się od finansowej szprycy, niczym ćpun, któremu diler zrobił promocję – odwyk zatem z pewnością nam nie zaszkodzi. Powrót z krainy ułudy do twardej rzeczywistości może sprawić, że Polacy zaczną zwracać uwagę również na inne aspekty naszego członkostwa – jak chociażby okrawanie metodą salami suwerenności państwowej.

No i wreszcie – jaki miałby być finał ewentualnego polexitu? Na pewno nie leży w naszym interesie twardy exit. Ideałem byłoby wystąpienie z polityczno-biurokratycznych struktur przy pozostaniu w strefie Schengen i Europejskim Obszarze Gospodarczym (EOG), uzyskując status zbliżony do Norwegii i państw EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu). Co ciekawe, podczas marcowych głosowań w parlamencie brytyjskim zgłoszono właśnie taki postulat, co pokazuje, że nie jest to jakaś kompletna egzotyka. Dałoby nam to większą swobodę manewru (również w polityce wewnętrznej, co staje się palącym zagadnieniem po doświadczeniach z Timmermansem i szytymi na polityczne zamówienie wyrokami TSUE) przy zachowaniu korzyści płynących z wymiany handlowej.

Wspominałem tu o PiS-ie, ale warto też zwrócić uwagę na zyskującą w sondażach Konfederację grupującą różne siły antysystemowe. Ugrupowanie to może mieć zbawienny, dyscyplinujący wpływ na partię rządzącą – zarówno w europarlamencie, jak i w przyszłym Sejmie, również w kontekście debaty o UE. Mocny, eurosceptyczny głos jest nam w tej chwili niezwykle potrzebny – bez tego istnieje realna groźba, że zanim dojdzie do społecznego przebudzenia, będzie już po wszystkim, a Unia przy nieudolności PiS-u ugotuje nas jak żabę. Tak czy inaczej, najbliższe eurowybory w odróżnieniu od wszystkich poprzednich są naprawdę wyjątkowe – to one zadecydują, czy znajdziemy się w Europie suwerennych państw, czy też trzeba będzie ewakuować się na niepewną szalupę polexitu.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 06 (Maj 2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Brexit – lekcja na 2019 rok

Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewole lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.

I. Krótka historia brexitu

Śmiem twierdzić, że zawirowania związane z brexitem oraz to, jaki ostatecznie kształt przybierze, będzie jedną z najważniejszych lekcji jaką przyniesie 2019 rok dla naszych politycznych elit. W tej chwili bowiem wciąż nie wiemy na jakich zasadach Wielka Brytania pożegna się z Unią Europejską, więcej – nie mamy nawet stuprocentowej pewności, czy do brexitu w ogóle dojdzie. Ale po kolei.

Główna lekcja do odrobienia jest taka, że nie można igrać ze społecznymi nastrojami – zwłaszcza, jeśli nie jest się przygotowanym na każdą ewentualność. Błąd ten ewidentnie popełnił David Cameron i szerzej – eurosceptyczna część brytyjskiej sceny politycznej. Przypomnijmy, że Cameron nie był zwolennikiem rozwodu z Brukselą. Obietnicę referendum w sprawie brexitu potraktował czysto instrumentalnie, jako element kampanii wyborczej – zakładał bowiem, że Partia Konserwatywna będzie musiała rządzić w koalicji z Liberalnymi Demokratami i z niewygodnego referendum uda się wywinąć zwalając winę na koalicjanta. I tu los spłatał mu pierwszego figla – Torysi wygrali samodzielną większością, do czego kampanijna obietnica mogła się w znaczącym stopniu przyczynić. Krótko mówiąc, Cameron przedobrzył i nie chcąc stracić twarzy, musiał rozpisać plebiscyt – tym bardziej, że znajdował się pod ostrzałem mediów i zadeklarowanych eurosceptyków w rodzaju Nigela Farage'a.

Podczas kampanii przedreferendalnej do zmasowanego szturmu ruszyły największe tabloidy, grając na nastrojach izolacjonistycznych i antyimigranckich, w czym walny udział miała masowa migracja na Wyspy pracowników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przedstawianych jako pasożyty zaniżające płace i żerujące na systemie opieki socjalnej (migrantów muzułmańskich raczej nie odważano się zaczepiać). Efektem była późniejsza fala przemocy wobec mieszkających na Wyspach Polaków. Cameron najwyraźniej nie docenił potencjału tego typu resentymentów, podobnie jak tego, że sama UE wśród wyspiarzy jest postrzegana (zresztą trafnie) jako narzędzie dominacji Niemiec – tych samych, których Brytyjczycy pokonali w dwóch kolejnych wojnach, a które dziś szarogęszą się w Europie, kolonizując ją gospodarczo i dyktując innym swoje warunki. W tym kontekście nie dziwi, że prounijna agitacja w wydaniu prominentnych eurokratów z Donaldem Tuskiem na czele przyniosła efekt przeciwny do zamierzonego, podobnie jak pogróżki Baracka Obamy, że w przypadku brexitu Wielka Brytania znajdzie się na szarym końcu państw zabiegających o ekskluzywne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tego typu głosy odbierano jako bezceremonialną próbę zewnętrznej ingerencji w suwerenny wybór narodu.

Efekt znamy – 23 czerwca 2016 r. za brexitem opowiedziało się niemal 52 proc. głosujących przy 72 procentowej frekwencji. Bulwarówka „The Sun” uczciła wynik głosowania pierwszą stroną przedstawiającą wschód słońca i nagłówkiem „Dzień Niepodległości”.


II. Nauczka dla „secesjonistów”

Był to szok – nie tylko dla unijnych eurokratów i liberalnych elit Zjednoczonego Królestwa, lecz również dla świata tamtejszej polityki, z premierem Cameronem i znaczną częścią konserwatystów włącznie. Okazało się szybko, że brytyjscy politycy zwyczajnie nie przewidzieli takiego obrotu spraw i nie mają przygotowanych żadnych planów wedle których mogliby poprowadzić negocjacje rozwodowe z Brukselą. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że zwykło się uważać Brytyjczyków za zdroworozsądkowych i wyrachowanych aż do cynizmu graczy, zawsze planujących na kilka ruchów do przodu. W tym przypadku jednak tak nie było. Nawet najgłośniejszy przeciwnik Unii Europejskiej – ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage – jakby stracił rezon i ogłosił, że wycofuje się z czynnej polityki. David Cameron natomiast podał się do dymisji.

Ciężar negocjacji przyjęła na siebie następczyni Camerona – Theresa May, uruchamiając Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Wszystko odbywało się w biegu, w atmosferze improwizacji – począwszy od kwestii handlowych, a skończywszy na statusie obywateli państw UE na Wyspach i Brytyjczyków na kontynencie. Efektem jest obecny impas – porozumienie niby jest dogadane, ale nie wiadomo czy wejdzie w życie.

Z drugiej strony, euromandaryni po początkowym paroksyzmie niekontrolowanej wściekłości w stylu „jak oni śmieli”, popisach frustracji i straszenia katastroficznymi konsekwencjami, tudzież demonstrowaniu obrazy („a niech sobie idą”), przyjęli taktykę polegającą na maksymalnym utrudnianiu procedury opuszczenia struktur UE. Intencja była jasna: żmudne negocjacje mają być nauczką – nie tyle nawet dla Wielkiej Brytanii, ile dla potencjalnych naśladowców. Pozostałe państwa członkowskie mają się przekonać, że „exit” to droga przez mękę, a Bruksela zrobi wszystko, by „secesja” obyła się na najbardziej niekorzystnych warunkach jak tylko się da, mącąc przy okazji wewnątrz kraju opuszczającego wspólnotę. Temu służyć mają nawoływania do ponownego referendum w myśl starej, sprawdzonej zasady „głosowania aż do skutku” (co przerobiła np. Irlandia przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego), czy wykorzystywanie w charakterze V kolumny brytyjskich euroentuzjastów, starających się do ostatniej chwili storpedować brexit. Ostatnio zaś dołączył Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jawnie prowokacyjnym orzeczeniem, wedle którego kraj opuszczający Unię może w każdej chwili jednostronnie wycofać swój wniosek – co byłoby dla Wlk. Brytanii upokarzającą klęską. Warto nadmienić, że swoją rolę odgrywa przyśpieszenie federacyjnych tendencji, czemu otwarcie dała wyraz kanclerz Merkel ogłaszając, że państwa narodowe powinny być gotowe na przekazanie swej suwerenności.

Skutek jest taki, że z wynegocjowanego porozumienia nikt nie jest w Wlk. Brytanii zadowolony – Theresa May może robić jedynie dobrą minę do złej gry, lecz wciąż nie jest w stanie zebrać w parlamencie większości dla zatwierdzenia umowy. Część posłów (nawet w szeregach konserwatystów) jest za pozostaniem w UE, część natomiast uważa, że zasady brexitu są na tyle niekorzystne, że lepiej już wyjść „na twardo”, bez żadnej umowy (co może nastąpić 29 marca 2019). Kością niezgody jest tzw. irlandzki bezpiecznik zakładający, że jeżeli nie uda się wynegocjować w okresie przejściowym nowej umowy handlowej, Wlk. Brytania pozostanie w unii celnej z UE. Póki co, Theresa May przełożyła głosowanie w Izbie Gmin na 14 stycznia. Dodatkowo w tle majaczy groźba, że w przypadku „twardego” brexitu, Szkocja zażąda referendum w sprawie niepodległości (Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w UE). Obecnie brytyjski rząd mobilizuje 3,5 tys. żołnierzy na wypadek wybuchu społecznych niepokojów.


III. Plan polexitu

Jaka nauka płynie z tego dla Polski? Przede wszystkim taka, że rządzący już teraz powinni opracować plan ewentualnościowy na wypadek konieczności polexitu – o co zresztą już od dawna apeluję. Być może nigdy nie trzeba będzie go uruchamiać, ale „mapę drogową” naszego wyjścia z UE należy mieć bezwzględnie, by uniknąć błędów popełnionych przez Brytyjczyków. Ideałem byłoby osiągnięcie statusu Norwegii – członka strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Po drugie, zamiast wbijać ludziom do głów, że dla UE „nie ma alternatywy”, należy jasno komunikować, że nasze członkostwo to kwestia interesu – gdy przestanie się opłacać lub gdy UE podąży w kierunku grożącym utratą suwerenności, trzeba będzie ją opuścić. Jeżeli w wyborach do europarlamentu sukces odniosą ugrupowania tożsamościowe i antyfederacyjne, wówczas otworzy się droga do zreformowania Unii w duchu „Europy ojczyzn” - wspólnoty niepodległych krajów połączonych wspólnym rynkiem. Jeżeli jednak zwyciężą siły forsujące niebezpieczną utopię „superpaństwa” - wtedy trzeba będzie ten eurokołchoz opuścić. Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewolę lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (28.12.2018-03.01.2019)

sobota, 9 lipca 2016

Brexit, czyli Dzień Niepodległości

Na przykładzie brytyjskim może się okazać, że poza Unią Europejską też istnieje życie.

I. „Brexit” jako wypadek przy pracy

23 czerwca 2016 przejdzie do historii jako nowy Dzień Niepodległości – rzecz jasna za sprawą „Brexitu”, tego dnia bowiem obywatele brytyjscy zadecydowali stosunkiem głosów 51,9% do 48,1% przy frekwencji 72,2% o opuszczeniu Unii Europejskiej, co wywołało u brukselskich mandarynów spazm niekontrolowanej wściekłości. Jednak ten Dzień Niepodległości i wyzwolenia spod brukselskiej opresji nie musi się wcale zakończyć na Wielkiej Brytanii – równie dobrze może zapoczątkować reakcję łańcuchową i stać się symbolicznym początkiem dekompozycji europejskiego „domu niewoli” z którego zaczną się wynosić kolejni lokatorzy. W tym sensie, 23 czerwca ma szansę stać się świętem wolności Europy Narodów tłamszonych dotąd postępującymi uroszczeniami unijnych eurokratów konsekwentnie dążących do ubezwłasnowolnienia krajów członkowskich.

Co ciekawe, jednym z najbardziej zaskoczonych wynikiem wydaje się być David Cameron, który stał się zakładnikiem własnej obietnicy – jako że zobowiązał się w toku poprzedniej kampanii wyborczej do przeprowadzenia referendum. Do pewnego momentu wszystko wydawało się być pod kontrolą – Cameron skutecznie zaszantażował unijnych decydentów i wytargował znaczące ustępstwa dotyczące m.in. kwestii imigracyjnych. Zdawało się więc, że brytyjski premier zje ciastko i będzie miał ciastko – wróci do kraju w glorii zwycięzcy (pierwszy plus), przeprowadzi referendum w którym uspokojeni obywatele opowiedzą się za dalszą obecnością w UE (drugi plus) i na dodatek pozbawi eurosceptycznego paliwa politycznych konkurentów (trzeci plus). Cameron bowiem występować z Unii nie chciał – groźba „Brexitu” była dla niego jedynie politycznym instrumentem w rozgrywce z Brukselą i Berlinem – i faktycznie, do pewnego momentu pozornie panował nad sytuacją. Okazało się jednak, że przelicytował. Owszem, zaszachował Brukselę i wydębił od niej to, na czym mu zależało, ale zarazem uwolnił z butelki separatystycznego dżinna, zaś im bardziej zbliżał się termin referendum, tym więcej wiatru w żagle dostawali „secesjoniści”.

Przez moment wydawało się, że tendencję odwróci zabójstwo deputowanej Partii Pracy Jo Cox przez tzw. „samotnego ekstremistę” - zresztą, o czym pisałem w innym miejscu, moim zdaniem była to ukartowana na zimno, krwawa prowokacja. „Brexit” był realnym zagrożeniem dla rozmaitych interesów – choćby kreatorów koniunktur z londyńskiego City i politycznego establishmentu - postanowiono więc uciec się do ostateczności i złożyć nieszczęsną Jo Cox na ołtarzu odwrócenia społecznych nastrojów. Ot, taka bandycka „socjotechnika wstrząsu”. Reakcje „rynków” były entuzjastyczne – bezpośrednio po zamachu umocnił się funt, poszły w górę giełdowe indeksy, a komentatorzy jednoznacznie twierdzili, że śmierć labourzystowskiej posłanki powstrzyma „Brexit”. Fakt, sondaże w których do tej pory zyskiwali zwolennicy „Brexitu” nagle się wyrównały, a w niektórych wręcz na prowadzenie wysunęli się „unioniści” - co, nawiasem mówiąc, może świadczyć o tym, że brytyjskie badania opinii są w newralgicznych momentach tak samo wiarygodne jak nasze, stając się elementem wojny propagandowej. Jednak, gdy przyszła godzina prawdy, okazało się że nie pomogło nawet wywijanie trupem posłanki. Jo Cox zginęła na darmo. Jest w tej całej ponurej sprawie pocieszający aspekt: władcy marionetek są wprawdzie potężni i pozbawieni skrupułów oraz zdolni do najgorszych łajdactw - ale na szczęście nie są wszechmocni i im również czasem coś się nie udaje. Ach, na marginesie – jedną z bardziej radosnych konsekwencji „Brexitu” będzie najprawdopodobniej odłożenie ad Calendas Graecas umowy TTIP – szefowie globalnych korporacji powieszą chyba za to Camerona na suchej gałęzi.

Generalnie, Cameron zaliczył chyba najbardziej kosztowny wypadek przy pracy, jaki można sobie wyobrazić – nie tylko ze względu na dymisję i spektakularny koniec kariery, ale również przez to, że niechcący popchnął swój kraj (a może i resztę Europy) w bardzo ciekawą podróż w nieznane.

II. Brukselscy mandaryni

Owa podróż zapowiada się naprawdę interesująco. Raptem kilka miesięcy temu Pew Research Center przeprowadziło badanie w 10 wybranych krajach UE, których ludność stanowi łącznie 80% mieszkańców UE i które wytwarzają 82% unijnego PKB. Wynika z niego gwałtowny wzrost nastrojów eurosceptycznych – łącznie wprawdzie 51% ocenia UE pozytywnie, lecz w dużej mierze odpowiadają za to... Polacy (72% zwolenników) i Węgrzy (61%). W innych krajach nie jest już tak entuzjastycznie: w Grecji aż 71% ocenia Unię negatywnie, we Francji – 61%, więcej sceptyków odnotowano również w Wlk. Brytanii i Hiszpanii, z kolei w Niemczech przewaga ocen pozytywnych nad negatywnymi wynosi tylko 2% (50% do 48%). Oczywiście, właśnie dlatego nikt nie będzie przeprowadzał dalszych referendów, bo nagle okazałoby się, że ta cała „europejska konstrukcja” pruje się jak dziadowskie gacie. Jednak przykład „Brexitu” może być o tyle zaraźliwy, że do większego znaczenia mogą dojść ugrupowania niechętne zarówno Unii jako takiej, jak i – przede wszystkim – forsowanemu modelowi integracji (42% badanych podnosiło, że państwa narodowe powinny odzyskać część przekazanych Brukseli kompetencji) – a wtedy wszystko jest możliwe. Na dodatek jeszcze może się na przykładzie brytyjskim okazać, że poza Unią Europejską też istnieje życie i wcale nie jest ona takim bezalternatywnym rozwiązaniem, jak się ją przedstawia.

Coś z tego musiało dojść również do świadomości europejskich mandarynów i dlatego zaproponowali rozpaczliwą ucieczkę do przodu w postaci napisanego na kolanie przez wicekanclerza Niemiec Sigmara Gabriela i przewodniczącego PE Martina Schulza planu skonstruowanego na zasadzie – więcej tego samego! Czyli - więcej integracji, więcej kompetencji przekazanych na poziom unijnej „centrali” do niewybieralnych urzędników, a wszystko to miałoby zostać przeforsowane przez Parlament Europejski z pominięciem krajów członkowskich. Innymi słowy – trzeba szybko zacisnąć pętlę, zanim Wielka Brytania znajdzie potencjalnych naśladowców.

Powyższe oznacza, że eurokraci nie tylko niczego nie zrozumieli, ale też stanowczo odmawiają uczenia się na błędach. Poza wszystkim innym bowiem, na decyzji Brytyjczyków zaważyły również emocje generowane za sprawą arogancji i tępego, doktrynerskiego dogmatyzmu zakutych, brukselskich mandarynów. Dążenie wbrew wszystkiemu do realizacji ideologicznego projektu europejskiego superpaństwa, które przy obecnym układzie sił może przybrać jedynie kształt współczesnej mutacji „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego”, to ostatnia rzecz jakiej pragną narody Europy. Jeśli dołożyć do tego kastowe interesy brukselskiej klasy urzędniczej, która z jednej strony jest organem wykonawczym berlińskiego hegemona, dziś uosabianego przez cesarzową Angelę; z drugiej – punktem usługowym dla międzynarodowych koncernów; z trzeciej zaś – zajęta jest intensywnym pielęgnowaniem własnej wielkości i wyższościowych urojeń, co wyraża się zarówno w rozdętej do granic śmieszności celebrze, jak i produkowaniem stert biurokratycznej makulatury w postaci tych wszystkich „dyrektyw”, „zaleceń” i całej reszty śmiecia przekazywanego parlamentom krajowym do „implementacji” - jeśli to wszystko, powiadam, złożyć do kupy, to otrzymujemy przepis na bunt, gdy ciągłe przykręcanie unijnej śruby przekroczy granice tolerancji kolejnych krajów i społeczeństw.

III. Brukselskie ciotki

Zresztą, sądząc po reakcjach, unijni decydenci potraktowali referendalny werdykt Brytyjczyków właśnie w kategoriach buntu – oto niewdzięczna prowincja pokazała palec ich światłej władzy. Oni – jakkolwiek dziecinnie by to nie zabrzmiało – zwyczajnie się obrazili. Poczuli się urażeni w swej dumie przywódców Europy, predestynowanych do przewodzenia stojącym cywilizacyjnie o dwa poziomy niżej masom – i z tego tez tytułu nie biorących nawet pod uwagę możliwości poddania się jakiejkolwiek demokratycznej weryfikacji. Demokracja ma być bowiem pustym rytuałem, w którym lud oddaje głosy idąc za wskazaniami stojących nad nim mędrców. Każdy werdykt nie po myśli odbierany jest natomiast jako wyjątkowo irytująca niesubordynacja, która musi spotkać się z autorytatywnym potępieniem. I do głów im nie przyjdzie, że ten będący dziś kamieniem obrazy „Brexit” zafundowali sobie na własne życzenie. W końcu, jak długo można znosić ustawiczne połajanki, apodyktyczne pouczenia, aroganckie próby meblowania wewnętrznych spraw państwa – a wszystko to z wiecznie nabzdyczoną miną i manierą wścibskiej ciotki?

Przypuszczam, że do samego końca nie dotrze do tych wyalienowanych, odrealnionych klaunów, że powinni nieco spuścić z tonu. Europa potrzebuje przede wszystkim oddechu od ich zapędów – jeżeli UE ma przetrwać, potrzeba powrotu do źródeł i koncepcji „Europy Ojczyzn”. Inaczej już wkrótce będą mogli wydawać „dyrektywy” co najwyżej swoim sekretarkom – oczywiście, jeśli ktokolwiek będzie chciał łożyć na ich nieprzytomne pensje i apanaże.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Cameron szachuje Brukselę

Brexit i krwawa prowokacja

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3965-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (29.06-05.07.2016)

niedziela, 21 lutego 2016

Cameron szachuje Brukselę

Unia Europejska sypie się na naszych oczach i to sprawia, że brukselscy mandaryni robią się bardziej skłonni do ustępstw.

Wygląda na to, że David Cameron dostanie to, czego chciał. Stan „kompromisu” w negocjacjach UE – Wielka Brytania na dzień dzisiejszy wygląda bowiem następująco: ustanowiono „mechanizm zabezpieczający” wedle którego będzie można na maksymalnie cztery lata ograniczyć nowo przybyłym imigrantom z innych krajów UE prawo do świadczeń socjalnych; imigrant, który nie znajdzie pracy w ciągu pół roku, będzie musiał wrócić skąd przybył; ograniczona zostanie dostępność pomocy społecznej dla pracujących przybyszów; zasiłki na dzieci pozostawione w krajach pochodzenia rodziców zostaną obniżone stosownie do poziomu życia w tychże krajach; wprowadzenie „mechanizmu zabezpieczającego” dotyczyć ma sytuacji, gdy imigranci zbytnio obciążają system socjalny kraju przyjmującego, ich napływ zagraża rynkowi pracy, bądź funkcjonowaniu służb publicznych; „mechanizm” zostaje wprowadzony na wniosek danego państwa złożony do Komisji Europejskiej, po czym Rada UE będzie zatwierdzać go kwalifikowaną większością głosów. Powyższe ograniczenia nie dotyczą osób już przebywających w danym państwie.

Z pozostałych kwestii: inicjatywy podejmowane w ramach strefy euro mają być otwarte dla krajów spoza eurogrupy; parlamenty państw członkowskich będą mogły oddalić unijny projekt legislacyjny większością 55 proc. przyznanych im w traktatach europejskich głosów, jeśli uznają, że godzi on w zasadę pomocniczości – oznacza to wzmocnienie parlamentów krajów członkowskich.

Powyższe uzgodnienia mają zostać przyjęte na unijnym szczycie 18-19 lutego. Następnie, najprawdopodobniej 23 czerwca w Wlk. Brytanii ma odbyć się referendum w sprawie „brexitu” - przy czym, o ile projekt zostanie przyjęty przez kraje UE, Cameron namawiać ma rodaków do głosowania za pozostaniem w Unii. Słowem – brytyjski premier zjadł ciastko i ma ciastko. Jak to możliwe?

Otóż Unia Europejska sypie się na naszych oczach i to sprawia, że brukselscy mandaryni robią się bardziej skłonni do ustępstw. David Cameron znakomicie wykorzystał tę sytuację – z jednej strony chaos spowodowany zalewaniem Europy przez hordy barbarii, obnażający słabość instytucjonalną Europy, z drugiej natomiast wzrost tendencji nacjonalistycznych. Do powyższego dochodzi niepewność co do przyszłości europejskiej gospodarki, bowiem kryzys chwilowo jedynie zażegnany wciąż czai się za rogiem i w każdej chwili może powrócić niczym fala niszczącego przypływu, czego symptomy widzimy choćby w Chinach. Wszystko zaś razem bije w Niemcy i przywódczą pozycję Angeli Merkel, która borykać musi się nie tylko z krnąbrnymi „uczniami” w postaci krajów Europy Środkowej i pełzającym buntem Mitteleuropy, ale także z narastającą rebelią w samych Niemczech, a nawet w szeregach własnej partii. W tej sytuacji groźba dalszej dekompozycji Unii poprzez wyjście Wlk. Brytanii jawi się eurokratom niczym senny koszmar – tym bardziej, że wywołać może efekt domina, w europejskich społeczeństwach narasta bowiem zmęczenie kolejnymi władczymi uroszczeniami brukselskich biurokratów, na dodatek, co pokazał kryzys imigracyjny, coraz bardziej oderwanych od rzeczywistości i poruszających się w zaklętym kręgu własnej europoprawnej retoryki.

To wszystko pozwoliło Cameronowi postąpić wedle maksymy Winstona Churchilla „jedyne czego oczekuję, to przyznanie mi racji po rozsądnej dyskusji”. Inna sprawa, że na końcowym etapie do tej „dyskusji” został wydelegowany taki „bulterier” jak Donald Tusk – z tym, że jak się zdaje, miał błogosławieństwo do poczynienia daleko idących ustępstw, o czym świadczą wcześniejsze wypowiedzi innych unijnych dygnitarzy, powtarzających jak mantrę słowo „kompromis”. Okazało się wtedy, że ten sam Martin Schulz tak skory do łajania Polski, wobec Camerona nagle robi się wielce konstruktywny i ugodowy. Brytyjski polityk zagrał twardo i wygrał. Na dodatek Tusk ma go wspierać w czerwcowej kampanii referendalnej, by broń Boże Brytyjczykom nie strzeliło coś do głowy i nie zagłosowali przeciw dalszemu członkostwu w UE. Cameron rzecz jasna nawet nie kryje się z tym, że działa w partykularnym interesie swojego państwa. „Mechanizm zabezpieczający” oznacza bowiem: możesz u nas harować na nasze PKB i dobrobyt, w tym zasilać brytyjski system socjalny swymi składkami, ale jeśli w ciągu czterech lat powinie ci się noga i stracisz robotę – won do siebie, nic tu po tobie. Typowo brytyjski cynizm, lecz może i my powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski dla siebie?

No i jeszcze jedno. Niemiecka prasa, by zamaskować porażkę zaczęła pisać o „wzroście znaczenia Tuska”, oraz „dyplomatycznym majstersztyku”. Nie – dyplomatyczny majstersztyk to działania Camerona, Tusk został jedynie wydelegowany do firmowania własną twarzą kapitulacji Brukseli, bo nikt inny nie miał na taką rolę ochoty.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 6 (12-18.02.2016)

środa, 21 października 2009

Davies - manipulator.


Norman Davies opisuje w „Guardianie” PiS tak, jakby mieszkał w Polsce tydzień, nie wychylając nosa z ulicy Czerskiej.

O dobrej Platformie i złym PiSie.

Profesor Norman Davies raczył na łamach lewackiego dziennika „The Guardian” podzielić się refleksją dotyczącą polskiej sceny politycznej. Otóż, wg Pana Profesora, Platforma jest ogólnie ok., tylko że ta wredna PiSowska opozycja blokuje jej cenne inicjatywy, m.in. używając do tego niecnego celu instytucji prezydenckiego veta. Jest to wstrząsająca wypowiedź, zważywszy, iż pada spod pióra człowieka ukształtowanego w najstarszej z istniejących demokracji świata. Tymczasem, w przytaczanym artykule, spod dobrotliwej maski demokraty niespodziewanie wyłazi gęba lewackiego totalniaka, dopuszczającego zapewne co najwyżej istnienie koncesjonowanej, „konstruktywnej” opozycji.

Profesor Davies ostrzega.


Generalnie, artykuł Daviesa (pisany na szczęście na tyle prostą angielszczyzną, że niżej podpisany był w stanie go zrozumieć) stanowi pisane z pozycji eksperta do spraw polskiej polityki ostrzeżenie dla lidera Torysów, Davida Camerona przed aliansem w Parlamencie Europejskim z partiami prawicowymi z krajów postsowieckich, bowiem partie te (wg autora) nie mają nic wspólnego z angielskim konserwatyzmem „od Burke’a do Margaret Thatcher”. Światły Profesor ostrzega ciemnego Camerona w szczególności przed Prawem i Sprawiedliwością, która to partia ma ponoć przyprawiać o ból głowy każdego analityka, jej program zaś stanowi mieszaninę wątków nacjonalistycznych i socjalistycznych. Autor uprzejmie nie dopowiada, co z takiego „wymieszania” może się urodzić, ale dla lewicowych czytelników „Guardiana” na pewno jest jasne jak słońce, że PiS to taka współczesna mutacja narodowego socjalizmu…

PiS wg Daviesa.

Pozostałe zarzuty Daviesa są równie absurdalne i podane w tak prymitywny sposób, że w Polsce miałyby chyba problem z ukazaniem się nawet w „Wyborczej”. Są to ataki sformułowane na poziomie Niesiołowskiego. Tak więc, brytyjski czytelnik dowiaduje się, (między innymi), iż:

- PiS wszędzie widzi diabelski pakt między liberałami, postkomunistami i wielkim biznesem;

- Kaczyńscy karierę zrobili dzięki Wałęsie, który wszakże szybko ich wywalił, gdyż „sprawiali kłopoty”;

- mściwi bliźniacy w odpowiedzi spalili publicznie jego kukłę i zaczęli rozpowiadać, iż jest komunistycznym agentem;

- bliźniacy Kaczyńscy prowadzą ze społeczeństwem grę w złego (Jarosław) i dobrego (Lech) glinę (w domyśle – nie daj się na to nabrać, Cameronie);

- obiecywali przed wyborami 2005 r. koalicję z PO, zaś po wyborach stworzyli własny rząd przy pomocy ultrakatolickiego Radia Maryja (czytaj - są wiarołomnymi krętaczami);

- na koniec rządów uknuli łapówkarską intrygę wobec własnego wicepremiera i wysłali zbrojną ekipę, by go aresztować (!). (…they tried to plant a bribe on their own deputy prime minister and sent in the equivalent of the armed anti-terror squad to arrest him.)

Davies – salonowy hunwejbin.

Całość tych nieprawdopodobnych idiotyzmów opatrzona jest tytułem – memento: „Watch your step, Dave” (w domyśle – uważaj, Dave, gdyż Kaczyńscy to oszuści z inklinacjami do narodowego socjalizmu i, generalnie, same z nimi kłopoty). W tzw. „zajawce” natomiast, pojawia się sugestia, iż doradcy powinni Cameronowi szepnąć słówko o jego polskich partnerach w Europie…

Nie zdziwiłbym się, gdyby podobne brednie wypisywał gość, który spędził w Polsce tydzień, nie wychylając nosa poza Czerską. Ale Davies – wiadomo. Jego tekst jest smutnym świadectwem niezmierzonych pokładów złej woli i politycznego zacietrzewienia, które każą, było nie było, szacownemu profesorowi, rzucać się z piórem w kocioł politycznej batalii w charakterze hunwejbina jednej ze stron, nie cofając się przed przeinaczaniem faktów, tendencyjnymi interpretacjami i całą resztą podręcznego zestawu manipulatora. W dodatku demoniczny portret PiSu odmalowany jest tak bez finezji, taką grubą krechą, że przemienia się w mimowolną karykaturę.

Kończąc, odpowiem panu profesorowi w jego stylu: Watch your step, Norman, bo źle się bawisz – przede wszystkim ze szkodą dla własnej wiarygodności.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Dzięki dla Huna, za wytropienie artykułu Daviesa.

www.niepoprawni.pl/content/norman-davies-objawia-angolom

www.guardian.co.uk/commentisfree/2009/oct/12/david-cameron-polish-eu-partners