Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa Ojczyzn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa Ojczyzn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2019

Brexit – lekcja na 2019 rok

Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewole lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.

I. Krótka historia brexitu

Śmiem twierdzić, że zawirowania związane z brexitem oraz to, jaki ostatecznie kształt przybierze, będzie jedną z najważniejszych lekcji jaką przyniesie 2019 rok dla naszych politycznych elit. W tej chwili bowiem wciąż nie wiemy na jakich zasadach Wielka Brytania pożegna się z Unią Europejską, więcej – nie mamy nawet stuprocentowej pewności, czy do brexitu w ogóle dojdzie. Ale po kolei.

Główna lekcja do odrobienia jest taka, że nie można igrać ze społecznymi nastrojami – zwłaszcza, jeśli nie jest się przygotowanym na każdą ewentualność. Błąd ten ewidentnie popełnił David Cameron i szerzej – eurosceptyczna część brytyjskiej sceny politycznej. Przypomnijmy, że Cameron nie był zwolennikiem rozwodu z Brukselą. Obietnicę referendum w sprawie brexitu potraktował czysto instrumentalnie, jako element kampanii wyborczej – zakładał bowiem, że Partia Konserwatywna będzie musiała rządzić w koalicji z Liberalnymi Demokratami i z niewygodnego referendum uda się wywinąć zwalając winę na koalicjanta. I tu los spłatał mu pierwszego figla – Torysi wygrali samodzielną większością, do czego kampanijna obietnica mogła się w znaczącym stopniu przyczynić. Krótko mówiąc, Cameron przedobrzył i nie chcąc stracić twarzy, musiał rozpisać plebiscyt – tym bardziej, że znajdował się pod ostrzałem mediów i zadeklarowanych eurosceptyków w rodzaju Nigela Farage'a.

Podczas kampanii przedreferendalnej do zmasowanego szturmu ruszyły największe tabloidy, grając na nastrojach izolacjonistycznych i antyimigranckich, w czym walny udział miała masowa migracja na Wyspy pracowników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przedstawianych jako pasożyty zaniżające płace i żerujące na systemie opieki socjalnej (migrantów muzułmańskich raczej nie odważano się zaczepiać). Efektem była późniejsza fala przemocy wobec mieszkających na Wyspach Polaków. Cameron najwyraźniej nie docenił potencjału tego typu resentymentów, podobnie jak tego, że sama UE wśród wyspiarzy jest postrzegana (zresztą trafnie) jako narzędzie dominacji Niemiec – tych samych, których Brytyjczycy pokonali w dwóch kolejnych wojnach, a które dziś szarogęszą się w Europie, kolonizując ją gospodarczo i dyktując innym swoje warunki. W tym kontekście nie dziwi, że prounijna agitacja w wydaniu prominentnych eurokratów z Donaldem Tuskiem na czele przyniosła efekt przeciwny do zamierzonego, podobnie jak pogróżki Baracka Obamy, że w przypadku brexitu Wielka Brytania znajdzie się na szarym końcu państw zabiegających o ekskluzywne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tego typu głosy odbierano jako bezceremonialną próbę zewnętrznej ingerencji w suwerenny wybór narodu.

Efekt znamy – 23 czerwca 2016 r. za brexitem opowiedziało się niemal 52 proc. głosujących przy 72 procentowej frekwencji. Bulwarówka „The Sun” uczciła wynik głosowania pierwszą stroną przedstawiającą wschód słońca i nagłówkiem „Dzień Niepodległości”.


II. Nauczka dla „secesjonistów”

Był to szok – nie tylko dla unijnych eurokratów i liberalnych elit Zjednoczonego Królestwa, lecz również dla świata tamtejszej polityki, z premierem Cameronem i znaczną częścią konserwatystów włącznie. Okazało się szybko, że brytyjscy politycy zwyczajnie nie przewidzieli takiego obrotu spraw i nie mają przygotowanych żadnych planów wedle których mogliby poprowadzić negocjacje rozwodowe z Brukselą. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że zwykło się uważać Brytyjczyków za zdroworozsądkowych i wyrachowanych aż do cynizmu graczy, zawsze planujących na kilka ruchów do przodu. W tym przypadku jednak tak nie było. Nawet najgłośniejszy przeciwnik Unii Europejskiej – ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage – jakby stracił rezon i ogłosił, że wycofuje się z czynnej polityki. David Cameron natomiast podał się do dymisji.

Ciężar negocjacji przyjęła na siebie następczyni Camerona – Theresa May, uruchamiając Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Wszystko odbywało się w biegu, w atmosferze improwizacji – począwszy od kwestii handlowych, a skończywszy na statusie obywateli państw UE na Wyspach i Brytyjczyków na kontynencie. Efektem jest obecny impas – porozumienie niby jest dogadane, ale nie wiadomo czy wejdzie w życie.

Z drugiej strony, euromandaryni po początkowym paroksyzmie niekontrolowanej wściekłości w stylu „jak oni śmieli”, popisach frustracji i straszenia katastroficznymi konsekwencjami, tudzież demonstrowaniu obrazy („a niech sobie idą”), przyjęli taktykę polegającą na maksymalnym utrudnianiu procedury opuszczenia struktur UE. Intencja była jasna: żmudne negocjacje mają być nauczką – nie tyle nawet dla Wielkiej Brytanii, ile dla potencjalnych naśladowców. Pozostałe państwa członkowskie mają się przekonać, że „exit” to droga przez mękę, a Bruksela zrobi wszystko, by „secesja” obyła się na najbardziej niekorzystnych warunkach jak tylko się da, mącąc przy okazji wewnątrz kraju opuszczającego wspólnotę. Temu służyć mają nawoływania do ponownego referendum w myśl starej, sprawdzonej zasady „głosowania aż do skutku” (co przerobiła np. Irlandia przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego), czy wykorzystywanie w charakterze V kolumny brytyjskich euroentuzjastów, starających się do ostatniej chwili storpedować brexit. Ostatnio zaś dołączył Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jawnie prowokacyjnym orzeczeniem, wedle którego kraj opuszczający Unię może w każdej chwili jednostronnie wycofać swój wniosek – co byłoby dla Wlk. Brytanii upokarzającą klęską. Warto nadmienić, że swoją rolę odgrywa przyśpieszenie federacyjnych tendencji, czemu otwarcie dała wyraz kanclerz Merkel ogłaszając, że państwa narodowe powinny być gotowe na przekazanie swej suwerenności.

Skutek jest taki, że z wynegocjowanego porozumienia nikt nie jest w Wlk. Brytanii zadowolony – Theresa May może robić jedynie dobrą minę do złej gry, lecz wciąż nie jest w stanie zebrać w parlamencie większości dla zatwierdzenia umowy. Część posłów (nawet w szeregach konserwatystów) jest za pozostaniem w UE, część natomiast uważa, że zasady brexitu są na tyle niekorzystne, że lepiej już wyjść „na twardo”, bez żadnej umowy (co może nastąpić 29 marca 2019). Kością niezgody jest tzw. irlandzki bezpiecznik zakładający, że jeżeli nie uda się wynegocjować w okresie przejściowym nowej umowy handlowej, Wlk. Brytania pozostanie w unii celnej z UE. Póki co, Theresa May przełożyła głosowanie w Izbie Gmin na 14 stycznia. Dodatkowo w tle majaczy groźba, że w przypadku „twardego” brexitu, Szkocja zażąda referendum w sprawie niepodległości (Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w UE). Obecnie brytyjski rząd mobilizuje 3,5 tys. żołnierzy na wypadek wybuchu społecznych niepokojów.


III. Plan polexitu

Jaka nauka płynie z tego dla Polski? Przede wszystkim taka, że rządzący już teraz powinni opracować plan ewentualnościowy na wypadek konieczności polexitu – o co zresztą już od dawna apeluję. Być może nigdy nie trzeba będzie go uruchamiać, ale „mapę drogową” naszego wyjścia z UE należy mieć bezwzględnie, by uniknąć błędów popełnionych przez Brytyjczyków. Ideałem byłoby osiągnięcie statusu Norwegii – członka strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Po drugie, zamiast wbijać ludziom do głów, że dla UE „nie ma alternatywy”, należy jasno komunikować, że nasze członkostwo to kwestia interesu – gdy przestanie się opłacać lub gdy UE podąży w kierunku grożącym utratą suwerenności, trzeba będzie ją opuścić. Jeżeli w wyborach do europarlamentu sukces odniosą ugrupowania tożsamościowe i antyfederacyjne, wówczas otworzy się droga do zreformowania Unii w duchu „Europy ojczyzn” - wspólnoty niepodległych krajów połączonych wspólnym rynkiem. Jeżeli jednak zwyciężą siły forsujące niebezpieczną utopię „superpaństwa” - wtedy trzeba będzie ten eurokołchoz opuścić. Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewolę lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (28.12.2018-03.01.2019)

niedziela, 28 października 2018

Śmierć eurokomunie!

Należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm. A zatem – śmierć eurokomunie!

I. Skacowana Europa

Paroksyzmy szarpiące obecnie Unią Europejską jako żywo przypominają schyłkowy okres Związku Radzieckiego. Na czele mamy strupieszałe politbiuro, dogmatycznie trzymające się martwej ideologii i coraz bardziej kurczowo ściskające cugle władzy – pod spodem zaś narasta kryzys, społeczne zniecierpliwienie, wzmagają się tendencje odśrodkowe. Nic dziwnego, skoro licząc od powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (1952 r.) minęło już 66 lat. Unia wkracza zatem pomału w wiek „breżniewowski”, ze wszystkimi tego objawami – postępującym sklerotycznym zwapnieniem, doktrynerstwem i organiczną niezdolnością do przyznania, że zabrnęło się w ślepą uliczkę. Wystarczy zresztą spojrzeć na brukselskie elity, które niezależnie od metrykalnego wieku są przesiąknięte tym starczym uwiądem ducha. Jedyną odpowiedzią na bolączki integracji jest recepta „więcej tego samego”, co kojarzy się ze swojskim „klina klinem” i „czym się strułeś, tym się lecz”. Zresztą Juncker - „Jelcyn Europy” - najwyraźniej sądzi, że permanentne stosowanie takiej kuracji na własnym organizmie można przełożyć na polityczną praktykę i w związku z tym ma się za eksperta od rozwiązywania unijnych problemów. Problem w tym, że na dłuższą metę proponowana terapia kończy się degrengoladą organizmu i zgonem pacjenta.

Ale póki co, obowiązuje zawołanie – więcej Europy w Europie! Więcej „integracji”, czyli okrawania suwerenności krajów członkowskich i przenoszenia kompetencji na centralne instytucje zarządzane przez niewybieralną, urzędniczą „nadzwyczajną kastę”, której funkcjonowanie stanowi żywe zaprzeczenie transparentności i demokratycznego republikanizmu. Więcej procedur, nadzoru, dyrektyw – i przede wszystkim, więcej władzy dla Brukseli, w tym uprawnień do ingerowania w wewnętrzne sprawy państw. Jeśli się da, to zgodnie z traktatami, jeśli nie – to nawet wbrew nim, metodą uzurpowania sobie kolejnych uprawnień. Do tego sprowadzają się kolejne koncepty reformatorskie, w tym również słynna „Europa dwóch prędkości” z twardym jądrem w postaci strefy euro, a także pomysły federalistyczne w rodzaju „Stanów Zjednoczonych Europy” i „superpaństwa” - co ostatnio wyłożył w swym programowym artykule szef niemieckiego MSZ Heiko Maas.

Na dodatek, podobnie jak breżniewowskiemu ZSRR, Unii Europejskiej kończą się gospodarcze baterie. Strefa euro robi bokami i sprowadza się już niemal otwarcie do eksploatowania słabszych gospodarek przez Niemcy oraz w mniejszym zakresie inne kraje bogatej Północy. Nie dziwi więc, że zadłużona po uszy Francja pod rządami Macrona jest orędownikiem wprowadzenia wspólnego budżetu strefy euro, co oznaczałoby „uwspólnotowienie długów” - na co z kolei nie chce zgodzić się Angela Merkel, bo w takim scenariuszu Niemcy ze swoją nadwyżką budżetową musiałyby się solidnie dorzucić do wspólnego kotła, zamiast jak do tej pory spijać śmietankę i sztorcować wszystkich dookoła, że nie są dość gospodarni. Z kolei Włochy czy Grecja najchętniej by się ze wspólnej waluty wymiksowały, ratując konkurencyjność swoich gospodarek zdewaluowanym lirem i drachmą. Ta gospodarcza zapaść będzie wprawdzie rozłożona w czasie, lecz przy obecnym stanie rzeczy jest nieuchronna, bowiem funkcjonowanie oparte o motywowaną politycznie i ideologicznie wspólną walutę – swoisty „rubel transferowy” - z której gospodarczo korzystają niemal wyłącznie Niemcy, jest na dłuższą metę niemożliwe. Widząc to, Wlk. Brytania zdecydowała się na brexit nawet za cenę „twardego” rozwodu.


II. Ideologiczny obłęd

Obrazu zapaści dopełnia ideologiczny obłęd w duchu „gramscizmu-spinellizmu” - czyli eurokomunizm oraz wdrażane z uporem maniaka projekty będące już nawet nie inżynierią, a wręcz eugeniką społeczną, mające na celu wyhodowanie człowieka sowieckiego, tj. „nowego Europejczyka”. Służyć ma temu polit-poprawna tresura od kołyski aż po grób i planowa społeczna dezintegracja uskuteczniana metodą „szatkowania” narodów – dzielenia ich na kolejne, coraz węższe, zantagonizowane mniejszości; wreszcie – ostateczny taran w postaci masowej imigracji ludności arabskiej i afrykańskiej. Jest to zresztą skrupulatnym wypełnieniem zaleceń twórcy „paneuropeizmu” - hr. Richarda Coudenhove-Kalergiego (1894-1972), który już w dwudziestoleciu międzywojennym snuł wizje „Stanów Zjednoczonych Europy” oraz europejskiego narodu jako „euroazjatycko-negroidalnej rasy przyszłości, podobnej zewnętrznie do egipskiej”, która „zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości”. Tenże Coudenhove-Kalergi na czele zjednoczonej Europy widział niewybieralną „arystokrację ducha”, zaś instytucje centralne „superpaństwa” z założenia miały być niedemokratyczne. Jak widać, współczesna Unia podąża właśnie w tym wskazanym jeszcze przed wojną kierunku, więcej – właśnie tak została u swego zarania pomyślana. Coudenhove-Kalergim przyjdzie być może zająć się szerzej w osobnym tekście, tu jeszcze wspomnę tylko, że laureatami nagrody jego imienia są m.in. Angela Merkel, Herman van Rompuy (poprzednik Tuska) i Jean-Claude Juncker.

Pojawia się jednak światełko w tunelu – bynajmniej nie wszyscy są zwolennikami „reform” idących w kierunku coraz większego zamordyzmu. Ciekawym przykładem jest Janis Warufakis – były lewicowy grecki minister finansów w rządzie Tsiprasa, który w szczycie greckiego kryzysu zadłużeniowego chciał wyprowadzić Grecję ze strefy euro. Dziś trafnie diagnozuje systemową niewydolność eurolandu, przyrównuje brukselski system władzy do „oświeconego despotyzmu” i piętnuje hegemonię Niemiec. Problem w tym, że o ile na poziomie diagnoz ma rację, o tyle jego recepty podążają w kierunku kolejnej lewackiej utopii – postuluje wprawdzie demokratyzację unijnych instytucji, jednak miałyby one być wybierane przez jakiś ogólnoeuropejski „demos”, na rzecz którego działa w swym ugrupowaniu DiEM25 (Ruch Demokracji w Europie 2025) – czyli, znów kłania się Coudenhove-Kalergi.

O wiele więcej nadziei można wiązać z ruchami narodowymi i antysystemowymi (tzw. „populiści”) rosnącymi w siłę w całej Europie, a niekiedy wręcz dochodzącymi do władzy, jak niedawno we Włoszech. Rysuje się szansa, że partie te po przyszłorocznych eurowyborach zyskają znaczące miejsce w Parlamencie Europejskim, inicjując rozsadzanie od wewnątrz brukselskiego grajdołu. Odwołują się one często do cywilizacyjnej tożsamości, sprzeciwiają migracji, podkreślają wagę suwerenności i konieczność uzyskania realnego wpływu społeczeństw na reformowanie Europy – a do tego skutecznie kolonizują swymi postulatami mainstream, który by nie zatonąć politycznie, przejmuje część ich programu, jak np. CSU w Niemczech, podchwytująca hasła AfD.


III. Śmierć eurokomunie!

Jaka zatem powinna być Europa? Cóż, nie będę tu zbyt odkrywczy: to Europa Ojczyzn, rozumiana jako związek suwerennych, podmiotowych państw połączonych wspólnym rynkiem gwarantującym otwarte granice, swobodę przemieszczania się ludzi i wymiany handlowej. Zwróćmy uwagę, jaki status ma obecnie Norwegia: jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i należy do strefy Schengen, pozostając względnie niezależną od politycznej, brukselskiej „czapy”. Bezpieczeństwo natomiast zapewnia jej (na ile to obecnie możliwe) członkostwo w NATO. I właśnie te trzy filary mają stanowić o kształcie przyszłej Europy: wspólny obszar gospodarczy, strefa Schengen i sojusz militarny (NATO). Trawestując ewangeliczną maksymę – wszystko co ponadto, ode Złego pochodzi. Krótko mówiąc, przyszła Unia Europejska powinna podążać w kierunku de-integracji (nie mylić z dezintegracją), której finalnym celem będzie swoista gospodarcza konfederacja 28 „Norwegii”. Nawet kwestia tak fetyszyzowanej dziś „liberalnej demokracji”, winna być jedynie opcjonalna – to, jaką formę rządów obierze sobie dane państwo jest wyłącznie jego wewnętrzną sprawą i nikomu nic do tego. Zwłaszcza unijni dygnitarze, którzy dziś mienią się strażnikami demokracji, sami nie mając najmniejszego demokratycznego mandatu, powinni milczeć.

Oczywiście, taki „demontaż” wymagałby drastycznego ograniczenia roli unijnej biurokracji i brukselskiego centrum politycznego z jego aspiracjami do przypisywania sobie kolejnych kompetencji. Rozsmakowani we władzy i poczuciu własnej ważności, a jednocześnie izolowani od realnego życia, pozostający w urzędniczej złotej klatce „brukselczycy” rzecz jasna dobrowolnie nie ustąpią - dlatego powinni zostać do tego zmuszeni przez państwa narodowe. Ci samozwańczy mandaryni, ta groteskowa parodia arystokracji, ma zostać sprowadzona do właściwych rozmiarów: minimalnej liczby urzędników obsługujących funkcjonowanie wspólnoty, bez żadnych uprawnień władczych względem poszczególnych państw. W szczególności zaś należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm spod znaku Gramsciego, Spinellego i Coudenhove-Kalergiego. To jest ten antycywilizacyjny trąd, ten jad zatruwający i przeżerający Europę. A zatem – śmierć eurokomunie!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa podmiotowość Lewiatana


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (24.10-06.11.2018)