Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paneuropeizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paneuropeizm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2019

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

… czyli, od paneuropeizmu do eurokołchozu.

I. Paneuropejczyk

W analizach wskazujących na coraz bardziej totalniackie oblicze jakie przybiera współczesna Unia Europejska, słusznie przypomina się jej ideologicznych antenatów, takich jak Antonio Gramsci czy Altiero Spinelli. W cieniu tej dwójki pozostaje jednak jeszcze jedna postać, która wywarła nie mniejszy wpływ na kształt współczesnej Europy oraz umeblowanie umysłów brukselskich elit. Mowa o jednym z prekursorów europejskiego federalizmu – Richardzie Coudenhove-Kalergim. Ten austriacki arystokrata (pełne nazwisko – Richard Nicolaus hrabia Coudenhove-Kalergi) urodzony w 1894 r. w Tokio (zm. 1972) jako syn austro-węgierskiego dyplomaty Henryka Jana Marii Coudenhove-Kalergiego i Japonki Mitsu Aoyamy, zasłynął jako twórca idei paneuropeizmu – kolejnej niebezpiecznej i potencjalnie wręcz zbrodniczej utopii, jaka legła u podstaw „zjednoczonej Europy”, a której założenia wdrażane są przez brukselską kastę mandarynów i patronujących im przywódców czołowych państw kontynentu z przerażającą skrupulatnością.

Pozornie mogłoby się wydawać, że paneuropeizm jest wykwitem nieszkodliwego idealizmu. Sformułowana w latach 20. XX w. doktryna (główne dzieła Kalergiego „Pan-Europa”, „Praktyczny idealizm” oraz trzytomowa „Walka o Paneuropę” to odpowiednio lata 1923, 1925 i 1925-1928) przewidywała zjednoczenie Europy „od Polski po Portugalię”, m.in. zakładając potrzebę oporu przed rosnącą w siłę sowiecką Rosją. Nie bez wpływu było tu również doświadczenie okropieństw Wielkiej Wojny, czemu w przyszłości miała zapobiec paneuropejska federacja. Jeśli jednak poskrobać głębiej, okazuje się, że mamy do czynienia tak naprawdę z precyzyjnym planem zniszczenia Europy w jej tradycyjnym, historycznym i kulturowym kształcie. Jest to więc kolejna odsłona wojny wydanej cywilizacji łacińskiej.


II. Stany Zjednoczone Europy

Jakie oblicze miała wg Coudenhove-Kalergiego przybrać Europa przyszłości? Byłyby to Stany Zjednoczone Europy – na wzór Stanów Zjednoczonych Ameryki, które (podobnie jak Szwajcaria) były inspiracją dla austriackiego filozofa. Już samo to wyklucza istnienie państw jako suwerennych podmiotów – w grę może wchodzić co najwyżej jakaś szczątkowa autonomia lecz oczywiście bez możliwości secesji. W tak rozumianej, zunifikowanej Europie jakiekolwiek „exity” nie byłyby możliwe. Podejściu temu hołdują również dzisiejsze elity europejskie, stąd ich nieopanowana wściekłość po brytyjskim referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej – teraz jeszcze nie były w stanie zapobiec Brexitowi, lecz gdy spojrzymy na sposób negocjacji z Londynem, ewidentnie mający zniechęcić potencjalnych naśladowców, widzimy że ich celem jest właśnie Europa „bezalternatywna”. Nie bez przyczyny reakcją na Brexit było ogłoszenie „przyśpieszenia i pogłębienia integracji”, tak by nie dopuścić do kolejnych wystąpień z UE. Ogłoszony wspólny budżet strefy euro (na razie szczątkowy, ale jest to dopiero pierwszy krok), wzmożone naciski na ociągające się kraje członkowskie by przyjęły eurowalutę czy intensyfikacja zabiegów o powołanie europejskiej armii z prawdziwego zdarzenia są wyraźnym sygnałem, że koncepcja Kalergiego wciąż pozostaje nadrzędnym celem zawiadywanego odgórnie procesu integracji.

Ciekawostka na marginesie – obecny kształt instytucjonalny UE również nawiązuje częściowo do projektu Kalergiego. Głosił on bowiem potrzebę powołania dwuizbowego parlamentu z Izbą Narodów reprezentującą Europejczyków i Izbą Państw w skład której wchodziliby przedstawiciele europejskich rządów. Ta pierwsza nosi dziś nazwę Parlamentu Europejskiego, ta druga zaś to Rada Unii Europejskiej i Rada Europy.

Kolejne, realizowane od czasów powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, założenie Coudenhove-Kalergiego, to głęboka unifikacja gospodarcza kontynentu. Europa stanowić ma jednolity system ekonomiczny ze „zracjonalizowaną” produkcją nad którą czuwa centralny ośrodek władzy gospodarczej. Jeżeli spojrzymy pod tym kątem na radosną twórczość Komisji Europejskiej i podległych jej agend, wówczas te sterty pozornie absurdalnych zakazów i nakazów, rozmaitych kwot produkcyjnych, począwszy od mleka i innych płodów rolnych, a skończywszy na limitach CO2, całe to prostowanie bananów i wojny z tradycyjnymi żarówkami oraz tysięczne normy wdrażane pod pozorem przychylenia nieba poddanym (bo o obywatelach trudno już tu mówić) – wszystko to nagle zaczyna nabierać sensu. Co więcej, Coudenhove-Kalergi był również prekursorem wojny gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi, w których upatrywał głównego rywala Europy. Wspomniane ujednolicenie gospodarki służyć miało właśnie uczynieniu Europy realną konkurencją dla USA, do czego nie byłyby zdolne poszczególne państwa narodowe. Być może pamiętają jeszcze Państwo tzw. strategię lizbońską (2000 r.) wg której Europa miała do 2010 r. wyprzedzić w rozwoju Stany Zjednoczone? Skutek był wprawdzie zerowy, ale tego typu plany, wciąż popularne wśród eurokratów, wypływają właśnie z ducha paneuropeizmu.


III. Eugenika społeczna

Dziś niektóre fragmenty „Paneuropy” brzmią wręcz profetycznie, chociażby te stwierdzające już w pierwszej połowie lat 20., że Europa jest na drodze do kolejnej wojny (co wypełniło się, jak wiemy, w 1939 r.). Rzecz w tym, że prócz rozwiązań instytucjonalnych będących prefiguracją dzisiejszej Unii Europejskiej - mających uczynić Europę liczącym się graczem w globalnej skali i zapobiec wyniszczającym wojnom - Richard Coudenhove-Kalergi był również propagatorem dalece posuniętej inżynierii społecznej, bez której pełna integracja kontynentu nie byłaby możliwa. Za jedno z głównych zagrożeń uważał nacjonalizm, toteż stał na stanowisku, że poszczególne narodowości muszą ustąpić przyszłemu „narodowi europejskiemu”, do którego powstania należy doprowadzić poprzez eliminację kulturowych partykularyzmów oraz swoistą eugenikę, zakładającą mieszanie się ras i wyhodowanie w ten sposób „nowego człowieka”.

Poglądy te najdobitniej wyraził w dziele „Praktyczny idealizm” (1925). Oddajmy teraz głos samemu autorowi: „Człowiek w dalszej przyszłości będzie mieszańcem. Dzisiejsze rasy i kasty staną się ofiarą wzmagającej się łatwości pokonywania przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Ta euroazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna zewnętrznie do egipskiej, zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości”. Widzimy zatem, że w obecnym szaleństwie eurokratów oraz politycznych i prywatnych sponsorów ideologii multikulturalizmu nie ma przypadku. Realizują oni po prostu program swojego duchowego poprzednika, mający na celu zglajszachtowanie europejczyków i przekształcenie ich w jednorodną masę. Otwarcie na oścież drzwi przed migracyjną falą z Bliskiego Wschodu i Afryki jak najbardziej mieści się w koncepcji eugeniki społecznej Coudenhove-Kalergiego.

Co więcej, nad tym jednolitym narodem pieczę ma sprawować „arystokracja ducha”, która zajęłaby miejsce tradycyjnych warstw przywódczych. Tutaj taranem wg Kalergiego miał być socjalizm, niszczący dotychczasową arystokrację i wyłaniający w jej miejsce nową. Dawne „niesprawiedliwe nierówności” miałyby zostać zastąpione... „nierównościami sprawiedliwymi” - gdzie miejsce w społecznej hierarchii wynikałoby z naturalnych przymiotów. Coś nam to przypomina? Wystarczy spojrzeć na współczesną „arystokrację brukselską”, ową nadętą pychą „kastę mandarynów”, by zorientować się, że również i ten element dorobku bohatera niniejszego tekstu jest jak najbardziej po ich myśli. Stąd też ich wstręt przed poddaniem się demokratycznej weryfikacji i dążenie do zawiadywania Europą z pominięciem woli obywateli, w których upatruje się co najwyżej „nawóz historii” - masę przeznaczoną do urabiania w jedynie słusznym duchu przez samozwańczych demiurgów nowego ładu.


IV. Droga do eurokołchozu

Richard Coudenhove-Kalergi po II wojnie światowej założył (1947 r.) Europejską Unię Parlamentarną, do końca życia zabiegając o urzeczywistnienie swych utopii – a że zmarł w 1972 r., to miał okazję ujrzeć jednoczącą się Europę na własne oczy. Nie dziwi więc, że jako pierwszy został w 1950 r. uhonorowany Nagrodą Karola Wielkiego – tą samą, którą później otrzymali m.in. Bronisław Geremek, Donald Tusk oraz szereg prominentnych eurokratów (chciałoby się powiedzieć - współczesnych „arystokratów ducha”). Sam Coudenhove-Kalergi doczekał się stowarzyszenia swojego imienia z siedzibą w Wiedniu – przyznaje ono co dwa lata Nagrodę Europejską, której laureatami są takie postaci jak Jean-Claude Juncker, Herman van Rompuy czy Angela Merkel. Dziś, po niemal 100 latach od publikacji jego programowych dzieł, perspektywa federacyjnej Europy w której „państwa narodowe winny być gotowe do oddania swej suwerenności” (Angela Merkel) wydaje się być bliska jak nigdy wcześniej. Warto o tym pamiętać, gdy przyjdzie głosować w wiosennych wyborach do europarlamentu – bo wszystko wskazuje na to, że to już ostatni dzwonek, by powstrzymać realizację opętańczych wizji duchowych ojców-założycieli eurokołchozu.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Śmierć eurokomunie!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (16-29.01.2019)

niedziela, 28 października 2018

Śmierć eurokomunie!

Należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm. A zatem – śmierć eurokomunie!

I. Skacowana Europa

Paroksyzmy szarpiące obecnie Unią Europejską jako żywo przypominają schyłkowy okres Związku Radzieckiego. Na czele mamy strupieszałe politbiuro, dogmatycznie trzymające się martwej ideologii i coraz bardziej kurczowo ściskające cugle władzy – pod spodem zaś narasta kryzys, społeczne zniecierpliwienie, wzmagają się tendencje odśrodkowe. Nic dziwnego, skoro licząc od powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (1952 r.) minęło już 66 lat. Unia wkracza zatem pomału w wiek „breżniewowski”, ze wszystkimi tego objawami – postępującym sklerotycznym zwapnieniem, doktrynerstwem i organiczną niezdolnością do przyznania, że zabrnęło się w ślepą uliczkę. Wystarczy zresztą spojrzeć na brukselskie elity, które niezależnie od metrykalnego wieku są przesiąknięte tym starczym uwiądem ducha. Jedyną odpowiedzią na bolączki integracji jest recepta „więcej tego samego”, co kojarzy się ze swojskim „klina klinem” i „czym się strułeś, tym się lecz”. Zresztą Juncker - „Jelcyn Europy” - najwyraźniej sądzi, że permanentne stosowanie takiej kuracji na własnym organizmie można przełożyć na polityczną praktykę i w związku z tym ma się za eksperta od rozwiązywania unijnych problemów. Problem w tym, że na dłuższą metę proponowana terapia kończy się degrengoladą organizmu i zgonem pacjenta.

Ale póki co, obowiązuje zawołanie – więcej Europy w Europie! Więcej „integracji”, czyli okrawania suwerenności krajów członkowskich i przenoszenia kompetencji na centralne instytucje zarządzane przez niewybieralną, urzędniczą „nadzwyczajną kastę”, której funkcjonowanie stanowi żywe zaprzeczenie transparentności i demokratycznego republikanizmu. Więcej procedur, nadzoru, dyrektyw – i przede wszystkim, więcej władzy dla Brukseli, w tym uprawnień do ingerowania w wewnętrzne sprawy państw. Jeśli się da, to zgodnie z traktatami, jeśli nie – to nawet wbrew nim, metodą uzurpowania sobie kolejnych uprawnień. Do tego sprowadzają się kolejne koncepty reformatorskie, w tym również słynna „Europa dwóch prędkości” z twardym jądrem w postaci strefy euro, a także pomysły federalistyczne w rodzaju „Stanów Zjednoczonych Europy” i „superpaństwa” - co ostatnio wyłożył w swym programowym artykule szef niemieckiego MSZ Heiko Maas.

Na dodatek, podobnie jak breżniewowskiemu ZSRR, Unii Europejskiej kończą się gospodarcze baterie. Strefa euro robi bokami i sprowadza się już niemal otwarcie do eksploatowania słabszych gospodarek przez Niemcy oraz w mniejszym zakresie inne kraje bogatej Północy. Nie dziwi więc, że zadłużona po uszy Francja pod rządami Macrona jest orędownikiem wprowadzenia wspólnego budżetu strefy euro, co oznaczałoby „uwspólnotowienie długów” - na co z kolei nie chce zgodzić się Angela Merkel, bo w takim scenariuszu Niemcy ze swoją nadwyżką budżetową musiałyby się solidnie dorzucić do wspólnego kotła, zamiast jak do tej pory spijać śmietankę i sztorcować wszystkich dookoła, że nie są dość gospodarni. Z kolei Włochy czy Grecja najchętniej by się ze wspólnej waluty wymiksowały, ratując konkurencyjność swoich gospodarek zdewaluowanym lirem i drachmą. Ta gospodarcza zapaść będzie wprawdzie rozłożona w czasie, lecz przy obecnym stanie rzeczy jest nieuchronna, bowiem funkcjonowanie oparte o motywowaną politycznie i ideologicznie wspólną walutę – swoisty „rubel transferowy” - z której gospodarczo korzystają niemal wyłącznie Niemcy, jest na dłuższą metę niemożliwe. Widząc to, Wlk. Brytania zdecydowała się na brexit nawet za cenę „twardego” rozwodu.


II. Ideologiczny obłęd

Obrazu zapaści dopełnia ideologiczny obłęd w duchu „gramscizmu-spinellizmu” - czyli eurokomunizm oraz wdrażane z uporem maniaka projekty będące już nawet nie inżynierią, a wręcz eugeniką społeczną, mające na celu wyhodowanie człowieka sowieckiego, tj. „nowego Europejczyka”. Służyć ma temu polit-poprawna tresura od kołyski aż po grób i planowa społeczna dezintegracja uskuteczniana metodą „szatkowania” narodów – dzielenia ich na kolejne, coraz węższe, zantagonizowane mniejszości; wreszcie – ostateczny taran w postaci masowej imigracji ludności arabskiej i afrykańskiej. Jest to zresztą skrupulatnym wypełnieniem zaleceń twórcy „paneuropeizmu” - hr. Richarda Coudenhove-Kalergiego (1894-1972), który już w dwudziestoleciu międzywojennym snuł wizje „Stanów Zjednoczonych Europy” oraz europejskiego narodu jako „euroazjatycko-negroidalnej rasy przyszłości, podobnej zewnętrznie do egipskiej”, która „zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości”. Tenże Coudenhove-Kalergi na czele zjednoczonej Europy widział niewybieralną „arystokrację ducha”, zaś instytucje centralne „superpaństwa” z założenia miały być niedemokratyczne. Jak widać, współczesna Unia podąża właśnie w tym wskazanym jeszcze przed wojną kierunku, więcej – właśnie tak została u swego zarania pomyślana. Coudenhove-Kalergim przyjdzie być może zająć się szerzej w osobnym tekście, tu jeszcze wspomnę tylko, że laureatami nagrody jego imienia są m.in. Angela Merkel, Herman van Rompuy (poprzednik Tuska) i Jean-Claude Juncker.

Pojawia się jednak światełko w tunelu – bynajmniej nie wszyscy są zwolennikami „reform” idących w kierunku coraz większego zamordyzmu. Ciekawym przykładem jest Janis Warufakis – były lewicowy grecki minister finansów w rządzie Tsiprasa, który w szczycie greckiego kryzysu zadłużeniowego chciał wyprowadzić Grecję ze strefy euro. Dziś trafnie diagnozuje systemową niewydolność eurolandu, przyrównuje brukselski system władzy do „oświeconego despotyzmu” i piętnuje hegemonię Niemiec. Problem w tym, że o ile na poziomie diagnoz ma rację, o tyle jego recepty podążają w kierunku kolejnej lewackiej utopii – postuluje wprawdzie demokratyzację unijnych instytucji, jednak miałyby one być wybierane przez jakiś ogólnoeuropejski „demos”, na rzecz którego działa w swym ugrupowaniu DiEM25 (Ruch Demokracji w Europie 2025) – czyli, znów kłania się Coudenhove-Kalergi.

O wiele więcej nadziei można wiązać z ruchami narodowymi i antysystemowymi (tzw. „populiści”) rosnącymi w siłę w całej Europie, a niekiedy wręcz dochodzącymi do władzy, jak niedawno we Włoszech. Rysuje się szansa, że partie te po przyszłorocznych eurowyborach zyskają znaczące miejsce w Parlamencie Europejskim, inicjując rozsadzanie od wewnątrz brukselskiego grajdołu. Odwołują się one często do cywilizacyjnej tożsamości, sprzeciwiają migracji, podkreślają wagę suwerenności i konieczność uzyskania realnego wpływu społeczeństw na reformowanie Europy – a do tego skutecznie kolonizują swymi postulatami mainstream, który by nie zatonąć politycznie, przejmuje część ich programu, jak np. CSU w Niemczech, podchwytująca hasła AfD.


III. Śmierć eurokomunie!

Jaka zatem powinna być Europa? Cóż, nie będę tu zbyt odkrywczy: to Europa Ojczyzn, rozumiana jako związek suwerennych, podmiotowych państw połączonych wspólnym rynkiem gwarantującym otwarte granice, swobodę przemieszczania się ludzi i wymiany handlowej. Zwróćmy uwagę, jaki status ma obecnie Norwegia: jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i należy do strefy Schengen, pozostając względnie niezależną od politycznej, brukselskiej „czapy”. Bezpieczeństwo natomiast zapewnia jej (na ile to obecnie możliwe) członkostwo w NATO. I właśnie te trzy filary mają stanowić o kształcie przyszłej Europy: wspólny obszar gospodarczy, strefa Schengen i sojusz militarny (NATO). Trawestując ewangeliczną maksymę – wszystko co ponadto, ode Złego pochodzi. Krótko mówiąc, przyszła Unia Europejska powinna podążać w kierunku de-integracji (nie mylić z dezintegracją), której finalnym celem będzie swoista gospodarcza konfederacja 28 „Norwegii”. Nawet kwestia tak fetyszyzowanej dziś „liberalnej demokracji”, winna być jedynie opcjonalna – to, jaką formę rządów obierze sobie dane państwo jest wyłącznie jego wewnętrzną sprawą i nikomu nic do tego. Zwłaszcza unijni dygnitarze, którzy dziś mienią się strażnikami demokracji, sami nie mając najmniejszego demokratycznego mandatu, powinni milczeć.

Oczywiście, taki „demontaż” wymagałby drastycznego ograniczenia roli unijnej biurokracji i brukselskiego centrum politycznego z jego aspiracjami do przypisywania sobie kolejnych kompetencji. Rozsmakowani we władzy i poczuciu własnej ważności, a jednocześnie izolowani od realnego życia, pozostający w urzędniczej złotej klatce „brukselczycy” rzecz jasna dobrowolnie nie ustąpią - dlatego powinni zostać do tego zmuszeni przez państwa narodowe. Ci samozwańczy mandaryni, ta groteskowa parodia arystokracji, ma zostać sprowadzona do właściwych rozmiarów: minimalnej liczby urzędników obsługujących funkcjonowanie wspólnoty, bez żadnych uprawnień władczych względem poszczególnych państw. W szczególności zaś należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm spod znaku Gramsciego, Spinellego i Coudenhove-Kalergiego. To jest ten antycywilizacyjny trąd, ten jad zatruwający i przeżerający Europę. A zatem – śmierć eurokomunie!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa podmiotowość Lewiatana


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (24.10-06.11.2018)