Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janis Warufakis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janis Warufakis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2018

Śmierć eurokomunie!

Należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm. A zatem – śmierć eurokomunie!

I. Skacowana Europa

Paroksyzmy szarpiące obecnie Unią Europejską jako żywo przypominają schyłkowy okres Związku Radzieckiego. Na czele mamy strupieszałe politbiuro, dogmatycznie trzymające się martwej ideologii i coraz bardziej kurczowo ściskające cugle władzy – pod spodem zaś narasta kryzys, społeczne zniecierpliwienie, wzmagają się tendencje odśrodkowe. Nic dziwnego, skoro licząc od powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (1952 r.) minęło już 66 lat. Unia wkracza zatem pomału w wiek „breżniewowski”, ze wszystkimi tego objawami – postępującym sklerotycznym zwapnieniem, doktrynerstwem i organiczną niezdolnością do przyznania, że zabrnęło się w ślepą uliczkę. Wystarczy zresztą spojrzeć na brukselskie elity, które niezależnie od metrykalnego wieku są przesiąknięte tym starczym uwiądem ducha. Jedyną odpowiedzią na bolączki integracji jest recepta „więcej tego samego”, co kojarzy się ze swojskim „klina klinem” i „czym się strułeś, tym się lecz”. Zresztą Juncker - „Jelcyn Europy” - najwyraźniej sądzi, że permanentne stosowanie takiej kuracji na własnym organizmie można przełożyć na polityczną praktykę i w związku z tym ma się za eksperta od rozwiązywania unijnych problemów. Problem w tym, że na dłuższą metę proponowana terapia kończy się degrengoladą organizmu i zgonem pacjenta.

Ale póki co, obowiązuje zawołanie – więcej Europy w Europie! Więcej „integracji”, czyli okrawania suwerenności krajów członkowskich i przenoszenia kompetencji na centralne instytucje zarządzane przez niewybieralną, urzędniczą „nadzwyczajną kastę”, której funkcjonowanie stanowi żywe zaprzeczenie transparentności i demokratycznego republikanizmu. Więcej procedur, nadzoru, dyrektyw – i przede wszystkim, więcej władzy dla Brukseli, w tym uprawnień do ingerowania w wewnętrzne sprawy państw. Jeśli się da, to zgodnie z traktatami, jeśli nie – to nawet wbrew nim, metodą uzurpowania sobie kolejnych uprawnień. Do tego sprowadzają się kolejne koncepty reformatorskie, w tym również słynna „Europa dwóch prędkości” z twardym jądrem w postaci strefy euro, a także pomysły federalistyczne w rodzaju „Stanów Zjednoczonych Europy” i „superpaństwa” - co ostatnio wyłożył w swym programowym artykule szef niemieckiego MSZ Heiko Maas.

Na dodatek, podobnie jak breżniewowskiemu ZSRR, Unii Europejskiej kończą się gospodarcze baterie. Strefa euro robi bokami i sprowadza się już niemal otwarcie do eksploatowania słabszych gospodarek przez Niemcy oraz w mniejszym zakresie inne kraje bogatej Północy. Nie dziwi więc, że zadłużona po uszy Francja pod rządami Macrona jest orędownikiem wprowadzenia wspólnego budżetu strefy euro, co oznaczałoby „uwspólnotowienie długów” - na co z kolei nie chce zgodzić się Angela Merkel, bo w takim scenariuszu Niemcy ze swoją nadwyżką budżetową musiałyby się solidnie dorzucić do wspólnego kotła, zamiast jak do tej pory spijać śmietankę i sztorcować wszystkich dookoła, że nie są dość gospodarni. Z kolei Włochy czy Grecja najchętniej by się ze wspólnej waluty wymiksowały, ratując konkurencyjność swoich gospodarek zdewaluowanym lirem i drachmą. Ta gospodarcza zapaść będzie wprawdzie rozłożona w czasie, lecz przy obecnym stanie rzeczy jest nieuchronna, bowiem funkcjonowanie oparte o motywowaną politycznie i ideologicznie wspólną walutę – swoisty „rubel transferowy” - z której gospodarczo korzystają niemal wyłącznie Niemcy, jest na dłuższą metę niemożliwe. Widząc to, Wlk. Brytania zdecydowała się na brexit nawet za cenę „twardego” rozwodu.


II. Ideologiczny obłęd

Obrazu zapaści dopełnia ideologiczny obłęd w duchu „gramscizmu-spinellizmu” - czyli eurokomunizm oraz wdrażane z uporem maniaka projekty będące już nawet nie inżynierią, a wręcz eugeniką społeczną, mające na celu wyhodowanie człowieka sowieckiego, tj. „nowego Europejczyka”. Służyć ma temu polit-poprawna tresura od kołyski aż po grób i planowa społeczna dezintegracja uskuteczniana metodą „szatkowania” narodów – dzielenia ich na kolejne, coraz węższe, zantagonizowane mniejszości; wreszcie – ostateczny taran w postaci masowej imigracji ludności arabskiej i afrykańskiej. Jest to zresztą skrupulatnym wypełnieniem zaleceń twórcy „paneuropeizmu” - hr. Richarda Coudenhove-Kalergiego (1894-1972), który już w dwudziestoleciu międzywojennym snuł wizje „Stanów Zjednoczonych Europy” oraz europejskiego narodu jako „euroazjatycko-negroidalnej rasy przyszłości, podobnej zewnętrznie do egipskiej”, która „zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości”. Tenże Coudenhove-Kalergi na czele zjednoczonej Europy widział niewybieralną „arystokrację ducha”, zaś instytucje centralne „superpaństwa” z założenia miały być niedemokratyczne. Jak widać, współczesna Unia podąża właśnie w tym wskazanym jeszcze przed wojną kierunku, więcej – właśnie tak została u swego zarania pomyślana. Coudenhove-Kalergim przyjdzie być może zająć się szerzej w osobnym tekście, tu jeszcze wspomnę tylko, że laureatami nagrody jego imienia są m.in. Angela Merkel, Herman van Rompuy (poprzednik Tuska) i Jean-Claude Juncker.

Pojawia się jednak światełko w tunelu – bynajmniej nie wszyscy są zwolennikami „reform” idących w kierunku coraz większego zamordyzmu. Ciekawym przykładem jest Janis Warufakis – były lewicowy grecki minister finansów w rządzie Tsiprasa, który w szczycie greckiego kryzysu zadłużeniowego chciał wyprowadzić Grecję ze strefy euro. Dziś trafnie diagnozuje systemową niewydolność eurolandu, przyrównuje brukselski system władzy do „oświeconego despotyzmu” i piętnuje hegemonię Niemiec. Problem w tym, że o ile na poziomie diagnoz ma rację, o tyle jego recepty podążają w kierunku kolejnej lewackiej utopii – postuluje wprawdzie demokratyzację unijnych instytucji, jednak miałyby one być wybierane przez jakiś ogólnoeuropejski „demos”, na rzecz którego działa w swym ugrupowaniu DiEM25 (Ruch Demokracji w Europie 2025) – czyli, znów kłania się Coudenhove-Kalergi.

O wiele więcej nadziei można wiązać z ruchami narodowymi i antysystemowymi (tzw. „populiści”) rosnącymi w siłę w całej Europie, a niekiedy wręcz dochodzącymi do władzy, jak niedawno we Włoszech. Rysuje się szansa, że partie te po przyszłorocznych eurowyborach zyskają znaczące miejsce w Parlamencie Europejskim, inicjując rozsadzanie od wewnątrz brukselskiego grajdołu. Odwołują się one często do cywilizacyjnej tożsamości, sprzeciwiają migracji, podkreślają wagę suwerenności i konieczność uzyskania realnego wpływu społeczeństw na reformowanie Europy – a do tego skutecznie kolonizują swymi postulatami mainstream, który by nie zatonąć politycznie, przejmuje część ich programu, jak np. CSU w Niemczech, podchwytująca hasła AfD.


III. Śmierć eurokomunie!

Jaka zatem powinna być Europa? Cóż, nie będę tu zbyt odkrywczy: to Europa Ojczyzn, rozumiana jako związek suwerennych, podmiotowych państw połączonych wspólnym rynkiem gwarantującym otwarte granice, swobodę przemieszczania się ludzi i wymiany handlowej. Zwróćmy uwagę, jaki status ma obecnie Norwegia: jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i należy do strefy Schengen, pozostając względnie niezależną od politycznej, brukselskiej „czapy”. Bezpieczeństwo natomiast zapewnia jej (na ile to obecnie możliwe) członkostwo w NATO. I właśnie te trzy filary mają stanowić o kształcie przyszłej Europy: wspólny obszar gospodarczy, strefa Schengen i sojusz militarny (NATO). Trawestując ewangeliczną maksymę – wszystko co ponadto, ode Złego pochodzi. Krótko mówiąc, przyszła Unia Europejska powinna podążać w kierunku de-integracji (nie mylić z dezintegracją), której finalnym celem będzie swoista gospodarcza konfederacja 28 „Norwegii”. Nawet kwestia tak fetyszyzowanej dziś „liberalnej demokracji”, winna być jedynie opcjonalna – to, jaką formę rządów obierze sobie dane państwo jest wyłącznie jego wewnętrzną sprawą i nikomu nic do tego. Zwłaszcza unijni dygnitarze, którzy dziś mienią się strażnikami demokracji, sami nie mając najmniejszego demokratycznego mandatu, powinni milczeć.

Oczywiście, taki „demontaż” wymagałby drastycznego ograniczenia roli unijnej biurokracji i brukselskiego centrum politycznego z jego aspiracjami do przypisywania sobie kolejnych kompetencji. Rozsmakowani we władzy i poczuciu własnej ważności, a jednocześnie izolowani od realnego życia, pozostający w urzędniczej złotej klatce „brukselczycy” rzecz jasna dobrowolnie nie ustąpią - dlatego powinni zostać do tego zmuszeni przez państwa narodowe. Ci samozwańczy mandaryni, ta groteskowa parodia arystokracji, ma zostać sprowadzona do właściwych rozmiarów: minimalnej liczby urzędników obsługujących funkcjonowanie wspólnoty, bez żadnych uprawnień władczych względem poszczególnych państw. W szczególności zaś należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm spod znaku Gramsciego, Spinellego i Coudenhove-Kalergiego. To jest ten antycywilizacyjny trąd, ten jad zatruwający i przeżerający Europę. A zatem – śmierć eurokomunie!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa podmiotowość Lewiatana


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (24.10-06.11.2018)

poniedziałek, 15 października 2018

Czy Grecja sprocesuje Niemcy?

Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.

I. Wyrównać rachunki

Jak doniósł „Der Spiegel”, Grecja od listopada ma rozpocząć polityczną ofensywę w sprawie niemieckich reparacji za II wojnę światową. Sygnał dał kilka tygodni temu premier Aleksis Tsipras, podkreślając, iż sprawa odszkodowań to „historyczny obowiązek”, co niedawno potwierdził prezydent Prokopis Pawlopulos podczas obchodów upamiętniających ofiary hitlerowskiej okupacji. Stosowny raport w tej sprawie został przygotowany już w sierpniu 2016 r., jednak ze względu na trudne położenie zbankrutowanej Grecji i konieczność układania się z wierzycielami, trzymano go do tej pory w zamrażarce. Teraz jednak sytuacja się zmieniła – Grecja z końcem sierpnia zakończyła realizację ostatniego, trzeciego planu pomocowego, budżet (po odjęciu kosztów obsługi długu) zaczyna wychodzić na prostą, więc rząd w Atenach zapalił zielone światło. Raport o reparacjach ma zostać poddany w parlamencie pod głosowanie, a równolegle wystartuje kampania informacyjna. Jak twierdzi „Spiegel”, kolejnym etapem będzie przedstawienie greckiego stanowiska na forum międzynarodowym: przed Parlamentem Europejskim, Radą Europejską, ONZ, a także w samych Niemczech. Następny krok to oficjalne zaprezentowanie roszczeń niemieckiemu rządowi, a wobec spodziewanego odrzucenia żądań – wytoczenie procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.

Kwota o którą toczy się gra jest niebagatelna: niemal 280 mld. euro (dokładnie 279,8 mld.), z czego 269,5 mld. przypada na odszkodowania, zaś 10,3 mld. euro to obecna wartość nieoprocentowanego kredytu, jakiego okupowana Grecja została zmuszona udzielić III Rzeszy. Warto tu dodać, że formalnie rzecz biorąc Niemcy wypłaciły już Grecji reparacje – stało się tak wskutek dwustronnej umowy zawartej w 1960 r., na mocy której Grecja otrzymała 115 mln. marek. Co więcej, do umowy włączono wówczas klauzulę, że suma ta zaspokaja wszystkie roszczenia. Jednak zważywszy, iż sama pożyczka z 1942 r. opiewała na 476 mln. reichsmarek, niemieckie „odszkodowanie” było wręcz śmiesznie niskie – szczególnie jeśli dodać zniszczenia wojenne i okupacyjny rabunek kraju. Dziś zatem rząd w Atenach postanowił wyrównać rachunki.


II. Zemsta za „bratnią pomoc”

Termin nie jest bynajmniej przypadkowy, bowiem w wyniku kryzysu finansowego Grecja padła po raz kolejny ofiarą niemieckiego dyktatu – tym razem w kwestii przyjęcia „pomocy międzynarodowej” i zablokowania możliwości wyjścia ze strefy euro. Nie od rzeczy będzie przypomnienie, jak się to odbywało. Po pierwsze, Grecja nie powinna była zostać przyjęta do strefy euro – zrobiono to wyłącznie na skutek presji Niemiec, dla których wspólna waluta stała się narzędziem ekonomicznej eksploatacji kontynentu i blokowania konkurencyjności słabszych gospodarek. Zatem Grecji (ale też i Włochom) „podrasowano” odpowiednie wskaźniki (z pełnym błogosławieństwem władz UE i organów finansowych) i wciągnięto do eurolandu, wskutek czego grecka gospodarka z dnia na dzień utraciła konkurencyjność (euro było silniejsze od drachmy, co odbiło się na możliwościach eksportowych). W efekcie Grecja została sprowadzona do roli rynku zbytu dla wyżej rozwiniętych krajów, głównie Niemiec – i to na kredyt. Wzrost gospodarczy w tamtym okresie napędzany był długiem, a wierzycielami w znacznej mierze były niemieckie instytucje finansowe. W takich warunkach wystarczyło globalne tąpnięcie, by cała piramida zawaliła się z hukiem.

I wtedy nastąpił drugi akt greckiej tragedii – pozostająca pod wpływem Berlina „trojka” (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska) narzuciły Grecji „plan pomocowy” polegający... na dalszym zadłużeniu kraju (bo cala ta „pomoc”, to nic innego jak kolejne pożyczki). Ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis miał plan wyjścia ze strefy euro (w innym wariancie – wprowadzenia greckiej „waluty pomocniczej” równoległej do euro), zaś premier Tsipras zapowiedział referendum w sprawie przyjęcia uzależniającej na dekady finansowej „bratniej pomocy”. To jednak oznaczałoby, że Niemcy nie zobaczą większości swoich pieniędzy utopionych w greckich papierach dłużnych. „Dyktator” EBC Mario Draghi odpowiedział więc wstrzymaniem kroplówki dla greckich banków, co spowodowało ich czasowe zamknięcie i wybuch społecznej paniki. Poskutkowało - wystraszeni Grecy zaaprobowali „pomocowy dyktat”, premier Tsipras grzecznie podpisał to, co mu kazano, Janis Warufakis musiał podać się do dymisji – a Grecja przyjmując wsparcie zaczęła w ekspresowym tempie nabijać swój dług publiczny i wyprzedawać majątek narodowy. Na dodatek, cała „pomoc” opierała się na fikcyjnej inżynierii finansowej (teoretycznie EBC nie może wspierać niewypłacalnych państw strefy euro) – otóż, by uzasadnić wypłatę kolejnych transzy EBC przyjął założenie, że „zabezpieczeniem” będą... greckie obligacje. Innymi słowy, iluzję wypłacalności bankruta miały podtrzymywać jego „śmieciowe” papiery wartościowe – udzielono więc kredytu pod zastaw... poprzednich długów – wszystko po to, by wypłacone pieniądze mogły poprzez grecki budżet wrócić do Niemiec i uratować tamtejsze banki. W ten sposób „przepompowano” ok. 300 mld. euro, które Grecja ma spłacić, co w praktyce jest oczywiście niewykonalne.

W kontekście powyższego, trudno nie odnieść wrażenia, że podniesienie sprawy reparacji jest swoistą zemstą za tamtą, narzuconą siłą „bratnią pomoc”. Zwróćmy uwagę, że owe 280 mld. euro wojennych odszkodowań niemal wystarczyłoby na odwrócenie skutków międzynarodowej interwencji i pozwoliło Grekom złapać oddech – a może nawet wymiksować się z eurolandu. Warto zatem całej sprawie bacznie się przyglądać.


III. Sojusz poszkodowanych

Jednak sprawa greckich roszczeń może być kluczowa również ze względu na nasze roszczenia reparacyjne – tym bardziej, że mamy solidniejsze podstawy prawne niż Grecy, a i straty wojenne ponieśliśmy nieporównywalnie większe. Wg ustaleń politologa Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa mogą one sięgać ok 845 mld. dolarów (stan na rok 2014) – a po doliczeniu odsetek za zwłokę jeszcze więcej. Możemy więc mówić nawet o kwocie w okolicach biliona dolarów. Sporządzona we wrześniu 2017 r. opinia prawna Biura Analiz Sejmowych podkreśla m.in., że słynna deklaracja rządu PRL z 1953 r. zrzekająca się odszkodowań dotyczyła jedynie NRD i nie miała podstaw w ówczesnej konstytucji – umowy międzynarodowe leżały bowiem w gestii Rady Państwa. Dodatkowo, ustalenia poczdamskie, w myśl których mieliśmy zaspokajać swoje roszczenia z puli ZSRR są nader wątpliwe, bowiem w zamian za „odszkodowania” zmuszeni byliśmy dostarczać ZSRR kontyngenty węgla po zaniżonych cenach, co stawia pod znakiem zapytania charakter owych świadczeń. W późniejszych latach sprawę roszczeń wobec RFN przedstawiciel PRL podnosił chociażby na XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ – ponadto, nigdy nie zawarliśmy z niemieckim rządem umowy zamykającej ten temat (chociażby na wzór umowy z 1929 r., regulującej sprawę odszkodowań za I wojnę światową). No i wreszcie, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia odnośnie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości oraz roszczeń z ich tytułu.

Podsumowując, sądzę, że warto z Grekami zawrzeć nieformalny „sojusz poszkodowanych”, który obejmowałby wzajemne wspieranie się na arenie międzynarodowej – a może nawet z Namibią, która również walczy o sprawiedliwość za ludobójstwo rdzennej ludności z czasów kolonialnych (lata 1904-1908). Póki co bowiem, Niemcy stali się prawdziwymi mistrzami świata w epatowaniu „moralnymi rozliczeniami” przy jednoczesnym unikaniu materialnej odpowiedzialności za swe zbrodnie. Poza wszystkim, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy trzeba będzie opuścić brukselski grajdół, obcinający metodą salami naszą suwerenność – tym bardziej, że i finansowo obecność w UE staje się coraz mniej opłacalna. Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby wówczas znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Namibia a sprawa polska

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Od reparacji do „polexitu”

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Reparacje – polska broń atomowa

Teutońska buta

Reparacje – polska odpowiedź


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (12-18.10.2018)

niedziela, 28 maja 2017

Czy czeka nas euro-dyktat?

W najbliższym czasie można się spodziewać prawdziwej wojny o złotówkę. Jeśli ją przegramy, konsekwencją będzie euro-dyktat i totalne ubezwłasnowolnienie.


Mieliśmy ostatnio do czynienia z ciekawym balonem próbnym. Oto „Frankfurter Allgemeine Zeitung” wypuścił przeciek (zapewne kontrolowany) z „poufnego” spotkania dwóch eurokomisarzy - Pierre'a Moscovici (Francja, sprawy gospodarcze) oraz łotewskiego wiceprzewodniczącego KE i komisarza ds. euro Valdisa Dombrovskisa – z grupą wyselekcjonowanych eurodeputowanych, na którym Moscovici miał zapowiedzieć wprowadzenie waluty euro we wszystkich krajach członkowskich UE do 2025 r. Samo spotkanie nosiło najwyraźniej charakter instruktażowy – zaproszeni deputowani posłużyć mieli za pasy transmisyjne kolportujące narrację Komisji Europejskiej na forum PE (formalnie chodziło o „dokument refleksyjny”, jaki ma zostać wkrótce opublikowany). Wprawdzie Dombrovskis wszystko zaraz „zdementował” podkreślając, że przyjęcie euro leży w gestii państw członkowskich, lecz trudno nie odnieść wrażenia, że mamy tu zarysowanie linii politycznej Brukseli, która po zwycięstwie Macrona w wyborach prezydenckich we Francji poczuła wiatr w żaglach i będzie w najbliższym czasie dążyć do zacieśniania integracji – również walutowej – wedle recepty „więcej tego samego”, próbując wywierać na kraje członkowskie rozmaite naciski.

Powyższe współgra z zapowiedziami Francji dotyczącymi przyszłości eurolandu sformułowanymi przy okazji spotkania ministrów finansów Francji (Bruno Le Maire) i Niemiec (Wolfgang Schäuble). W planach jest m.in. wspólny rząd gospodarczy strefy euro z ministrem finansów oraz europejski fundusz walutowy, do tego stopniowe ujednolicenie systemów podatkowych i prawa pracy. Wszystko to, jak łatwo zauważyć, służyć ma najsilniejszym graczom – czyli właśnie Francji i Niemcom – oznaczać będzie bowiem zamordowanie w białych rękawiczkach wewnętrznej konkurencyjności między poszczególnymi państwami Unii. W ten sposób zlikwidowany zostanie „dumping” ekonomiczny nad którym tak pieklił się Emmanuel Macron w trakcie kampanii wyborczej a propos likwidacji francuskiej fabryki Whirpoola i przeniesienia produkcji do Polski. Jednak, żeby podobna „urawniłowka” odniosła zamierzony skutek, należy do tak zintegrowanej strefy euro zapędzić wszystkie państwa członkowskie bez wyjątku, pozbawiając je przy okazji resztek możliwości kształtowania samodzielnej polityki gospodarczej. W szczególności dotyczy to tak stosunkowo dużego kraju jak Polska. Nie dziwi więc, że postulat szybkiego rozszerzenia eurolandu na 27 państw padł właśnie z ust francuskiego komisarza, który przecież formalnie za strefę euro nie odpowiada.

Ktoś może powiedzieć, że Polska (ale też Czechy, Węgry, Chorwacja, Rumunia i Bułgaria) nie spełniają przewidzianych kryteriów i nie zanosi się na to, by zaczęły dostosowywać wskaźniki w najbliższym czasie – tak ze względów gospodarczych, jak i politycznych. Do euro nie pali się również Szwecja, a Dania wręcz wynegocjowała traktatowy zapis, że nie będzie musiała do strefy euro przystępować. Spokojnie, „eurozona” nie takie już akcesyjne cuda widziała. Szwecję i Danię można z punktu widzenia Francji i Niemiec zostawić na boku, bo ze względu na wysokie podatki i rozdęte „socjale” nie stanowią konkurencji. Z Europą Środkową jest jednak inaczej.

W tym miejscu warto się zatrzymać nad wywiadem, jakiego były grecki minister finansów, a obecnie lider ruchu DiEM25, Janis Warufakis, udzielił portalowi Forsa.pl. Do skrajnie lewicowej agendy greckiego polityka wprawdzie mi bardzo daleko, ale akurat jego diagnozy dotyczące funkcjonowania euro-waluty są godne uwagi. Przede wszystkim Warufakis zwraca uwagę, że mechanizm strefy euro opierał się na przesunięciu w formie pożyczek nadwyżek z krajów o dodatnim bilansie płatniczym do państw o bilansie ujemnym – skutkiem u tych drugich był fikcyjny wzrost gospodarczy napędzany długiem, co stało się główną przyczyną kłopotów państw południa Europy z Grecją na czele. O milczącej zgodzie na fałszowanie przez Grecję statystyk, by spełniała na papierze wymogi strefy euro powszechnie wiadomo. Ale identyczne kreatywne zabiegi zastosowano również wobec Włoch, które w momencie przyjmowania euro miały 122 proc. PKB długu publicznego! Wszystko na żądanie Niemiec, bowiem Włochy ze swym przemysłem i możliwością dewaluacji lira stanowiłyby dla niemieckiej gospodarki potencjalnie groźną konkurencję. Tak się to robi – i jeśli będzie trzeba, zostanie zastosowane także wobec nas.

Podobną diagnozę stawia Cezary Mech twierdząc, że będziemy przymuszani do wstąpienia do strefy euro – chociażby za pomocą gróźb forsowania na forum unijnym różnych niekorzystnych dla nas rozwiązań. A że dodatkowo zachodni inwestorzy pragną zlikwidować ryzyko związane z ekspozycją walutową swych realizowanych w Polsce przedsięwzięć, to można się w najbliższym czasie spodziewać prawdziwej wojny o złotówkę. Jeśli ją przegramy, konsekwencją będzie euro-dyktat i totalne ubezwłasnowolnienie, a przy najbliższym kryzysie – los Grecji. Czeka nas zatem bodaj najważniejsza w ostatnich latach batalia w obronie polskiej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (26.05-01.06.2017)