Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludobójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludobójstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2018

Czy Grecja sprocesuje Niemcy?

Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.

I. Wyrównać rachunki

Jak doniósł „Der Spiegel”, Grecja od listopada ma rozpocząć polityczną ofensywę w sprawie niemieckich reparacji za II wojnę światową. Sygnał dał kilka tygodni temu premier Aleksis Tsipras, podkreślając, iż sprawa odszkodowań to „historyczny obowiązek”, co niedawno potwierdził prezydent Prokopis Pawlopulos podczas obchodów upamiętniających ofiary hitlerowskiej okupacji. Stosowny raport w tej sprawie został przygotowany już w sierpniu 2016 r., jednak ze względu na trudne położenie zbankrutowanej Grecji i konieczność układania się z wierzycielami, trzymano go do tej pory w zamrażarce. Teraz jednak sytuacja się zmieniła – Grecja z końcem sierpnia zakończyła realizację ostatniego, trzeciego planu pomocowego, budżet (po odjęciu kosztów obsługi długu) zaczyna wychodzić na prostą, więc rząd w Atenach zapalił zielone światło. Raport o reparacjach ma zostać poddany w parlamencie pod głosowanie, a równolegle wystartuje kampania informacyjna. Jak twierdzi „Spiegel”, kolejnym etapem będzie przedstawienie greckiego stanowiska na forum międzynarodowym: przed Parlamentem Europejskim, Radą Europejską, ONZ, a także w samych Niemczech. Następny krok to oficjalne zaprezentowanie roszczeń niemieckiemu rządowi, a wobec spodziewanego odrzucenia żądań – wytoczenie procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.

Kwota o którą toczy się gra jest niebagatelna: niemal 280 mld. euro (dokładnie 279,8 mld.), z czego 269,5 mld. przypada na odszkodowania, zaś 10,3 mld. euro to obecna wartość nieoprocentowanego kredytu, jakiego okupowana Grecja została zmuszona udzielić III Rzeszy. Warto tu dodać, że formalnie rzecz biorąc Niemcy wypłaciły już Grecji reparacje – stało się tak wskutek dwustronnej umowy zawartej w 1960 r., na mocy której Grecja otrzymała 115 mln. marek. Co więcej, do umowy włączono wówczas klauzulę, że suma ta zaspokaja wszystkie roszczenia. Jednak zważywszy, iż sama pożyczka z 1942 r. opiewała na 476 mln. reichsmarek, niemieckie „odszkodowanie” było wręcz śmiesznie niskie – szczególnie jeśli dodać zniszczenia wojenne i okupacyjny rabunek kraju. Dziś zatem rząd w Atenach postanowił wyrównać rachunki.


II. Zemsta za „bratnią pomoc”

Termin nie jest bynajmniej przypadkowy, bowiem w wyniku kryzysu finansowego Grecja padła po raz kolejny ofiarą niemieckiego dyktatu – tym razem w kwestii przyjęcia „pomocy międzynarodowej” i zablokowania możliwości wyjścia ze strefy euro. Nie od rzeczy będzie przypomnienie, jak się to odbywało. Po pierwsze, Grecja nie powinna była zostać przyjęta do strefy euro – zrobiono to wyłącznie na skutek presji Niemiec, dla których wspólna waluta stała się narzędziem ekonomicznej eksploatacji kontynentu i blokowania konkurencyjności słabszych gospodarek. Zatem Grecji (ale też i Włochom) „podrasowano” odpowiednie wskaźniki (z pełnym błogosławieństwem władz UE i organów finansowych) i wciągnięto do eurolandu, wskutek czego grecka gospodarka z dnia na dzień utraciła konkurencyjność (euro było silniejsze od drachmy, co odbiło się na możliwościach eksportowych). W efekcie Grecja została sprowadzona do roli rynku zbytu dla wyżej rozwiniętych krajów, głównie Niemiec – i to na kredyt. Wzrost gospodarczy w tamtym okresie napędzany był długiem, a wierzycielami w znacznej mierze były niemieckie instytucje finansowe. W takich warunkach wystarczyło globalne tąpnięcie, by cała piramida zawaliła się z hukiem.

I wtedy nastąpił drugi akt greckiej tragedii – pozostająca pod wpływem Berlina „trojka” (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska) narzuciły Grecji „plan pomocowy” polegający... na dalszym zadłużeniu kraju (bo cala ta „pomoc”, to nic innego jak kolejne pożyczki). Ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis miał plan wyjścia ze strefy euro (w innym wariancie – wprowadzenia greckiej „waluty pomocniczej” równoległej do euro), zaś premier Tsipras zapowiedział referendum w sprawie przyjęcia uzależniającej na dekady finansowej „bratniej pomocy”. To jednak oznaczałoby, że Niemcy nie zobaczą większości swoich pieniędzy utopionych w greckich papierach dłużnych. „Dyktator” EBC Mario Draghi odpowiedział więc wstrzymaniem kroplówki dla greckich banków, co spowodowało ich czasowe zamknięcie i wybuch społecznej paniki. Poskutkowało - wystraszeni Grecy zaaprobowali „pomocowy dyktat”, premier Tsipras grzecznie podpisał to, co mu kazano, Janis Warufakis musiał podać się do dymisji – a Grecja przyjmując wsparcie zaczęła w ekspresowym tempie nabijać swój dług publiczny i wyprzedawać majątek narodowy. Na dodatek, cała „pomoc” opierała się na fikcyjnej inżynierii finansowej (teoretycznie EBC nie może wspierać niewypłacalnych państw strefy euro) – otóż, by uzasadnić wypłatę kolejnych transzy EBC przyjął założenie, że „zabezpieczeniem” będą... greckie obligacje. Innymi słowy, iluzję wypłacalności bankruta miały podtrzymywać jego „śmieciowe” papiery wartościowe – udzielono więc kredytu pod zastaw... poprzednich długów – wszystko po to, by wypłacone pieniądze mogły poprzez grecki budżet wrócić do Niemiec i uratować tamtejsze banki. W ten sposób „przepompowano” ok. 300 mld. euro, które Grecja ma spłacić, co w praktyce jest oczywiście niewykonalne.

W kontekście powyższego, trudno nie odnieść wrażenia, że podniesienie sprawy reparacji jest swoistą zemstą za tamtą, narzuconą siłą „bratnią pomoc”. Zwróćmy uwagę, że owe 280 mld. euro wojennych odszkodowań niemal wystarczyłoby na odwrócenie skutków międzynarodowej interwencji i pozwoliło Grekom złapać oddech – a może nawet wymiksować się z eurolandu. Warto zatem całej sprawie bacznie się przyglądać.


III. Sojusz poszkodowanych

Jednak sprawa greckich roszczeń może być kluczowa również ze względu na nasze roszczenia reparacyjne – tym bardziej, że mamy solidniejsze podstawy prawne niż Grecy, a i straty wojenne ponieśliśmy nieporównywalnie większe. Wg ustaleń politologa Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa mogą one sięgać ok 845 mld. dolarów (stan na rok 2014) – a po doliczeniu odsetek za zwłokę jeszcze więcej. Możemy więc mówić nawet o kwocie w okolicach biliona dolarów. Sporządzona we wrześniu 2017 r. opinia prawna Biura Analiz Sejmowych podkreśla m.in., że słynna deklaracja rządu PRL z 1953 r. zrzekająca się odszkodowań dotyczyła jedynie NRD i nie miała podstaw w ówczesnej konstytucji – umowy międzynarodowe leżały bowiem w gestii Rady Państwa. Dodatkowo, ustalenia poczdamskie, w myśl których mieliśmy zaspokajać swoje roszczenia z puli ZSRR są nader wątpliwe, bowiem w zamian za „odszkodowania” zmuszeni byliśmy dostarczać ZSRR kontyngenty węgla po zaniżonych cenach, co stawia pod znakiem zapytania charakter owych świadczeń. W późniejszych latach sprawę roszczeń wobec RFN przedstawiciel PRL podnosił chociażby na XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ – ponadto, nigdy nie zawarliśmy z niemieckim rządem umowy zamykającej ten temat (chociażby na wzór umowy z 1929 r., regulującej sprawę odszkodowań za I wojnę światową). No i wreszcie, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia odnośnie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości oraz roszczeń z ich tytułu.

Podsumowując, sądzę, że warto z Grekami zawrzeć nieformalny „sojusz poszkodowanych”, który obejmowałby wzajemne wspieranie się na arenie międzynarodowej – a może nawet z Namibią, która również walczy o sprawiedliwość za ludobójstwo rdzennej ludności z czasów kolonialnych (lata 1904-1908). Póki co bowiem, Niemcy stali się prawdziwymi mistrzami świata w epatowaniu „moralnymi rozliczeniami” przy jednoczesnym unikaniu materialnej odpowiedzialności za swe zbrodnie. Poza wszystkim, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy trzeba będzie opuścić brukselski grajdół, obcinający metodą salami naszą suwerenność – tym bardziej, że i finansowo obecność w UE staje się coraz mniej opłacalna. Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby wówczas znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Namibia a sprawa polska

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Od reparacji do „polexitu”

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Reparacje – polska broń atomowa

Teutońska buta

Reparacje – polska odpowiedź


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (12-18.10.2018)

piątek, 25 sierpnia 2017

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Niemcy to prawdziwi mistrzowie świata w wybaczaniu samym sobie, a ich ofiary wychodzą każdorazowo na pazernych, małostkowych niewdzięczników.


I. Mistrzowie samorozgrzeszenia

Od momentu, kiedy Jarosław Kaczyński poruszył temat reparacji wojennych za II WŚ, obserwujemy wzmożony alert wśród niemieckiego lobby nad Wisłą. Widać, że Berlin w tak żywotnej dla siebie sprawie postawił na nogi wszystkich swoich jurgieltników, co ma dla nas tę zaletę, że możemy oszacować liczebność i wpływy tej współczesnej V kolumny w szeroko rozumianej sferze publicznej. Dowiedzieliśmy się więc, że żądanie odszkodowań zrujnuje nasze relacje nie tylko ze „strategicznym sąsiadem”, lecz wręcz z całą Europą, że Niemcy już dawno zrewanżowali się nam wpuszczając Polskę do Unii, a poza tym łożą na euro-fundusze z których korzystamy, no i wreszcie, że Kaczyński chce w ten sposób wyprowadzić nas z UE. Niemcy ze swej strony poinformowały lakonicznie, że kwestię reparacji uważają za zamkniętą. Resztę roboty tradycyjnie odwala za niemiecki rząd tamtejsza prasa.
To jest zresztą dość charakterystyczne dla postępowania Berlina. Najpierw po dokonaniu jakiejś zbrodni Niemcy udają, że nic się nie stało, wykorzystując to, że poszkodowany nie czuje się na siłach upomnieć o swoje. Następnie, gdy sprawa zaczyna wychodzić na światło dzienne, padają jakieś zdawkowe przeprosiny, okraszone czasem finansowym ochłapem nijak mającym się do rzeczywistych szkód – w międzyczasie zaś na obszarze dawnych zbrodni trwa ofensywa niemieckiego kapitału przedstawiana jako niemal altruistyczne dobrodziejstwo podnoszące z ruin zacofaną gospodarkę dawnej ofiary. W końcu zaś, gdy na porządku dziennym staje problem realnego zadośćuczynienia, Niemcy robią wielkie oczy: teraz? po tylu latach? Przecież te sprawy mamy już dawno za sobą - przeprosiliśmy, dostaliście pieniądze, dzięki naszym inwestycjom wasz kraj się rozwija... czego jeszcze chcecie? Słowem, Niemcy to prawdziwi mistrzowie świata w wybaczaniu samym sobie. Więcej – stawiają się za wzór rozliczeń z „trudną przeszłością”, szantażując tym moralnie inne narody: macie się rozliczyć ze swych win, tak jak zrobiliśmy to my, Niemcy. W efekcie, ich ofiary domagając się sprawiedliwości wychodzą każdorazowo na pazernych, małostkowych niewdzięczników. Powtarzam – mistrzostwo świata.

II. Pierwsze ludobójstwo XX w.

Polska nie jest jedynym obiektem takich zabiegów, bowiem i niemieckie zbrodnie nie ograniczają się bynajmniej do czasów II wojny światowej. Tak się składa, że odszkodowań (30 mld. euro) za zbrodnie z czasów kolonializmu od blisko trzech lat domaga się również Namibia (dawna Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia). W tym roku, zniechęcona bezskutecznością rokowań na poziomie międzyrządowym, zapowiedziała wniesienie pozwu do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. I to jest dobry moment, by przyjrzeć się kolonialnemu dziedzictwu II Rzeszy – nie jest bowiem tak, że Hitler wziął się z powietrza i sam z siebie wymyślił rasistowską ideologię oraz metody masowej, przemysłowej eksterminacji. Wszystko to – z morderczym skutkiem - zostało uprzednio przetestowane przez kajzerowskie Niemcy w afrykańskich koloniach na początku XX wieku.
Namibijskie roszczenia dotyczą głównie okresu z lat 1904-1908, kiedy to (odpowiednio w r. 1904 i 1905) powstanie wznieciły miejscowe ludy Herero i Nama (Namaqoa) zwane przez Niemców Hotentotami. Poszło o ziemię – Herero i Nama to plemiona pasterskie, których tereny były bezwzględnie ograniczane przez władze kolonialne i oddawane niemieckim osadnikom. Wreszcie w 1903 r. ogłoszono powstanie rezerwatów dla ludności tubylczej, na wzór tych dla amerykańskich Indian. To był moment decydujący – autochtoni pod dowództwem Samuela Maharero chwycili za broń. W odwecie, przysłany do Afryki 15-tysięczny korpus ekspedycyjny pod dowództwem gen. Lothara von Trotha przystąpił do planowej eksterminacji obu plemion. 11 sierpnia 1904 r. wojska niemieckie dokonały rzezi Herero w bitwie na płaskowyżu Waterberg, zaś niedobitków zepchnięto na skraj pustyni Kalahari, odcinając im dostęp do źródeł wody, gdzie skazano ich na śmierć z głodu i pragnienia.
Lothar von Trotha prowadził świadomą politykę wyniszczenia rdzennej ludności, zaś całokształt działań stanowił pierwowzór rozwiązań zastosowanych później przez hitlerowską III Rzeszę na okupowanych terenach, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Wschodniej. Resztki ludów Herero i Nama zamknięto w obozach koncentracyjnych (podpatrzonych u Anglików, którzy w ten sposób rozprawili się z Burami), gdzie umierali od wycieńczającej pracy i z głodu (do jedzenia dostawali surowy ryż bez możliwości ugotowania). Niezdolnych do pracy dobijano. Śmiertelność w obozach sięgała 60 proc. Lekarze dokonywali na więźniach zbrodniczych eksperymentów medycznych (np. próbując leczyć szkorbut poprzez wstrzykiwanie opium). Z upodobaniem oddawali się również preparowaniu czaszek oraz dokonywaniu „naukowych” pomiarów w celu uzasadnienia teorii „higieny rasowej”. Wprowadzono zakaz „mieszania się krwi”, zaś von Trotha w stosunku do autochtonów używał określenia „podludzie” („untermenschen”). Oba plemiona pozbawiono ziemi, którą przekazano niemieckim kolonistom – tu warto nadmienić, iż już wówczas święciła triumfy koncepcja „lebensraumu” („przestrzeni życiowej”) sformułowana przez geografa politycznego i etnologa Friedricha Ratzela, podobnie jak termin „herrenvolk” („naród panów”). Podobne rozwiązania podczas II Wojny Światowej III Rzesza planowała wdrożyć w ramach „Generalplan Ost”. Ba, w ludobójstwie czynny udział brał pierwszy gubernator Afryki Południowo-Zachodniej – Heinrich Goering, ojciec Hermana Goeringa. Podsumowując, w Namibii zastosowano wszystko to, co później spotkało nas, Polaków.
Przyjmuje się szacunkowo, że w sumie zginęło ok. 100 tys. Herero (80 proc. populacji) i 10 tys. Nama (ok. połowy). ONZ oficjalnie uznaje wydarzenia w Namibii za pierwsze ludobójstwo XX wieku. Sama Namibia dostała się po I Wojnie Światowej pod mandat Ligi Narodów, następnie zaś pod panowanie RPA. Niepodległość uzyskała ostatecznie w 1990 r.
Inną niemiecką zbrodnią jest chociażby krwawe stłumienie przez gubernatora Gustava Adolfa von Goetzen powstania Maji-Maji z lat 1905-1907 wszczętego przez 20 plemion zamieszkujących ówczesną Niemiecką Afrykę Wschodnią (obecnie Tanzania, Burundi i Rwanda). Tu również zastosowano taktykę pełnego wyniszczenia – masowe mordy i palenie wiosek (później w okupowanej Polsce zwane pacyfikacjami), niszczenie pól uprawnych, wywoływanie pożarów buszu. W efekcie większość rdzennej ludności wymarła z głodu – ocenia się, że było to łącznie ponad 300 tys. ludzi, zaś skutkiem ubocznym wywołanej sztucznej klęski głodu było rozprzestrzenienie się kanibalizmu. Dziś Tanzania zapowiada wniesienie własnych roszczeń przeciw Niemcom i pilnie przygląda się działaniom Namibii.

III. Niemieckie „nein”

Jaką odpowiedź maja Niemcy? Postępują zgodnie z opisanym na wstępie schematem. Gdy już nie dało się ukrywać faktu i rozmiarów ludobójstwa, zaczęli podnosić, że przecież od 1990 r. wypłacają Namibii „pomoc rozwojową” na łączną sumę 1 mld. euro. Ponadto inwestują w tamtejszą gospodarkę jako kluczowy partner i „dostawca” turystów chętnie odwiedzających dawną kolonię, w której wciąż można znaleźć np. ulicę Bismarcka. Ma to być wyrazem „historycznej i moralnej odpowiedzialności Niemiec”. Warto dodać, że gros terenów uprawnych wciąż należy do spadkobierców niemieckich kolonistów. W końcu, na odczepnego, rząd w Berlinie zaproponował utworzenie specjalnego funduszu w wysokości 100 mln. euro, co namibijski rząd ze wzgardą odrzucił.
Ach, zapomniałbym – w 2004 r. minister współpracy gospodarczej Heidemarie Wieczorek-Zeul „przeprosiła w imieniu Niemców” - oficjalnych przeprosin ze strony niemieckiego państwa jednak nie było, co nie dziwi, gdyż takowe stanowiłyby mocny argument na rzecz zasadności roszczeń. Zamiast tego Niemcy wydelegowały do „dialogowania” i „pojednania” swój Kościół Ewangelicki i zwróciły wypreparowane czaszki Herero, same zaś stoją na stanowisku, że konwencja ONZ z 1948 r. w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa nie działa wstecz. Unikają przy tym jak ognia terminu „odszkodowania”, by nie tworzyć precedensu umożliwiającego falę kolejnych roszczeń. Miast tego mówią ogólnikowo o „transferach finansowych”, zaś pełnomocnik ds. Namibii Ruprecht Polenz twierdzi, że powinno chodzić o „kwestie polityczno-moralne”, a nie o „fikcyjne szacunki szkód i zliczanie ich na przestrzeni stu lat”.
Jak widać, prędzej wyciśnie się wodę z kamienia, niż z Niemca pieniądze – no chyba, że jest się Żydem. I tym tropem poszli przedstawiciele ludów Herero i Nama, którzy wnieśli osobny pozew przed sądem amerykańskim, wynajmując adwokata Kena McCalliona, który wcześniej reprezentował ofiary holocaustu („Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni” - argumentował wódz Herero, Sam Kambazembi). Może jest to i dla nas jakaś podpowiedź? W każdym razie, na przykładzie Namibii widzimy, że czeka nas długa i wyboista droga do której musimy się naprawdę solidnie przygotować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (23-29.08.2017)


niedziela, 13 sierpnia 2017

Namibia, a sprawa polska

W Namibii, podobnie jak w okupowanej Polsce, doszło do ludobójstwa, zbrodni wojennych, terroru i masowej grabieży mienia.



Jak wiemy, od niedawna przedstawiciele partii rządzącej z Jarosławem Kaczyńskim na czele postanowili podnieść w przestrzeni publicznej temat niemieckich odszkodowań za II Wojnę Światową. Zasadniczo, rzecz nie jest nowa, bo już wcześniej pod patronatem Lecha Kaczyńskiego – wówczas prezydenta Warszawy – powstało oszacowanie strat wyrządzonych przez Niemców w stolicy, zatem obecnie powracamy do tematu – tyle, że w skali ogólnopolskiej. I tu powstaje pytanie – czy Polska ma zamiar dochodzić swych roszczeń na poważnie, czy też mamy do czynienia jedynie z polityczną demonstracją w odpowiedzi na połajanki i próby wtrącania się Berlina w nasze wewnętrzne sprawy. Jeżeli bierzemy pod uwagę pierwszą ewentualność, to warto pilnie się przyglądać poczynaniom Namibii, która domaga się od Niemiec odszkodowania w wysokości 30 mld. euro za zbrodnie i straty materialne z okresu kolonizacji.

Sprawa dawnej Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej ma więcej punktów stycznych z Polską, niż mogłoby się to na pozór wydawać. Podobnie jak w okupowanej Polsce doszło tam do ludobójstwa, zbrodni wojennych, terroru i masowej grabieży mienia. Podobnie jak w Polsce ogromną rolę odegrała szowinistyczna ideologia okupantów-kolonizatorów. Wreszcie, podobnie jak w przypadku Polski, Niemcy są dla współczesnej Namibii kluczowym partnerem ekonomicznym, zaś gospodarka namibijska w znacznym stopniu uzależniona jest od niemieckich inwestycji oraz turystów licznie odwiedzających dawną kolonię. Więcej – Berlin podnosi, że od 1990 r. udziela rządowi w Windhuk (namibijska stolica) pomocy rozwojowej, której rozmiary oszacowano jak do tej pory na ok. miliard euro. Brzmi znajomo?

Porównajmy to z głosami w Polsce, które na wieść o możliwości domagania się reparacji wojennych z miejsca zaczęły argumentować w „niemieckim” duchu – że nie możemy zaogniać stosunków ze strategicznym europejskim partnerem, niemieckie inwestycje i wymiana handlowa są dla nas kluczowe, no i wszak otrzymywane środki unijne w dużej mierze finansowane są z niemieckiego budżetu. Cóż, jak widać, tego typu obiekcje nie przeszkodziły Namibii upomnieć się o swoje.

A jest się o co upominać. W latach 1904 – 1908 doszło bowiem w wyniku powstań ludów Herero i Nama do planowej eksterminacji rdzennej ludności przez korpus ekspedycyjny dowodzony przez gen. Lothara von Trotha. Była tam obecna pełna paleta rozwiązań zastosowanych później przez III Rzeszę w okupowanej Europie, szczególnie w Polsce: obozy koncentracyjne, tortury, praca przymusowa, masowe egzekucje, zbrodnicze eksperymenty medyczne, ustawodawstwo rasowe zakazujące „mieszania krwi”, wyrugowanie autochtonów z ziemi przekazanej następnie kolonistom (obecnie wciąż w znacznej mierze znajduje się w rękach ich niemieckich potomków). Ogółem, szacuje się, że zginęło wówczas ok. 100 tys. Herero (ok. 80 proc. populacji) i 10 tys. Nama (ok. połowy). W 1985 r. ONZ uznała tę zbrodnię za pierwsze ludobójstwo w XX w. Namibia, która po I Wojnie Światowej przeszła pod zarząd RPA, niepodległość uzyskała w 1990 r.

Rząd w Windhuk w kwestii odszkodowań prowadzi politykę dwutorową. Z jednej strony negocjuje z rządem w Berlinie, z drugiej zaś przygotowuje pozew do wniesienia przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Osobnym wątkiem jest sprawa założona przed amerykańskim sądem przez wodzów plemion Herero i Nama w której prócz odszkodowań domagają się dopuszczenia jako strona do toczących się między Windhuk a Berlinem negocjacji. Co ciekawe, przedstawiciele ludów Herero i Nama otwarcie inspirują się skutecznymi działaniami organizacji żydowskich – ich adwokatem jest Ken McCallion wcześniej reprezentujący ofiary holocaustu, zaś wódz Herero Sam Kambazembi stwierdził wprost: „Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni”.

Ze swej strony Niemcy pod pozorami elastyczności wynikającymi z poprawności politycznej, stosują taktykę twardego „nein”. Wprawdzie w 2004 r. uznały swoje historyczne winy i nawet złożyły przeprosiny – ale konsekwentnie uchylają się od odpowiedzialności materialnej. Jedynym jak do tej pory ustępstwem z ich strony była propozycja urągliwego w swej istocie „odfajkowania” tematu poprzez utworzenie specjalnego funduszu pomocowego o wartości 100 mln. euro. Polak mógłby mieć tu uczucie deja vu – w podobny sposób wszak Niemcy pozbyli się odpowiedzialności za wykorzystywanie polskich robotników przymusowych. Tyle, że w odróżnieniu od Polski, Namibia taką jałmużną się nie zadowoliła. Przede wszystkim jednak Niemcy protestują przeciw terminowi „odszkodowania”, konsekwentnie używając ogólnikowej formułki „transfery finansowe” - i nawet niespecjalnie ukrywają, że nie chcą w ten sposób otwierać furtki do przyszłych roszczeń ze strony państw europejskich, ze szczególnym uwzględnieniem Polski.

Powtórzę – warto obserwować namibijską batalię, bowiem rysuje się tu dla nas pewien wzorzec postępowania. Może nie od rzeczy byłoby nawiązać z rządem w Windhuk bliższe kontakty w celu wymiany doświadczeń?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 32-33 (11-24.08.2017)

czwartek, 20 czerwca 2013

„Nasze matki, nasi ojcowie” jako test zderzeniowy

Musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić.

I. Postkolonialny kulturkampf

Oglądam sobie trzeci odcinek dzieła niemieckiej propagandy historycznej „Nasze matki, nasi ojcowie” emitowany w ramach postkolonialnego kulturkampfu w państwowej Telewizji Polskiej i nachodzi mnie refleksja, że jednego Niemcom nie można odmówić: konsekwencji mianowicie. Już kanclerz Gerhard Schroeder stwierdził, iż „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca” i ta linia jest realizowana niezależnie od politycznych konfiguracji w Berlinie. To znaczy, kierunek został zadekretowany znacznie wcześniej – jątrzące plotki powiadają, że zbitka „polskie obozy koncentracyjne” została wprowadzona na łamy prasy przez specsłużby RFN, rekrutujące się często spośród byłych hitlerowców – Schroeder jedynie to oficjalnie zalegalizował. Immanentnym składnikiem owej linii propagandowej jest przemodelowanie wizerunku Niemców ze sprawców we współofiary hitleryzmu i II Wojny Światowej. Wojny, którą wywołali oczywiście jacyś bezosobowi „naziści”, zmuszając spokojnych Teutonów do brania udziału we wszystkich tych okrucieństwach.

Aby ów obrazek zyskał cechy pozoru wiarygodności, należy dodatkowo wtłoczyć do głów masowej publiczności dwa elementy: wojna tak naprawdę zaczęła się dopiero 22 czerwca 1941 roku, wraz z atakiem na ZSRS (i tu mamy – proszę zauważyć – idealną zbieżność z sowiecką, i postsowiecką polityką historyczną), a w zagładzie Żydów brali czynny udział z gruntu antysemiccy Polacy. Natomiast jeżeli jakichś zbrodni dokonywali sami Niemcy, to po pierwsze – wynikało to z logiki wojny, po drugie zaś – czynili to wbrew sobie i z najwyższą niechęcią. O ataku na Polskę przeprowadzonym wspólnie i w porozumieniu z Sowietami na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, oraz ludobójstwie dokonywanym na Polakach po prostu nie mówimy. Ten element należy wyrugować ze świadomości urabianych odbiorców.

II. Kwintesencja propagandy historycznej

Proszę o wybaczenie, że prawię te oczywistości, ale jakoś muszę odreagować, że oglądam tę kłamliwą szmirę, zamiast przełączyć kanał na Puchar Konfederacji. Ciekaw byłem, czy w medialnych doniesieniach na temat niemieckiego serialu nie było histerii i przesady, jak co niektórzy próbowali wmówić nam przed emisją. No i nie było. Wszystkie wymienione powyżej elementy historycznej propagandy znalazły pełne odbicie. Mamy poczciwych „zwykłych Niemców” wmanipulowanych jakimś okrutnym zrządzeniem historii w ten cały „nazizm” i popędzonych ni z tego, ni z owego na front wschodni. Nie dowiadujemy się, jak to się stało, że nagle III Rzesza miała wspólną granicę z ZSRS. Mamy rozterki moralne przedstawicieli wrażliwego i kulturalnego narodu towarzyszące zbrodniom wojennym, zwieńczone martyrologiczną śmiercią jednego z głównych bohaterów, który ruszył samotnie pod kule sowieckiego cekaemu. No i mamy oczywiście zezwierzęconych antysemitów w szeregach AK oraz wśród miejscowego chłopstwa, przedstawionych w duchu idealnej zgodności z majaczeniami Jana Tomasza Grossa.

A wszystko to, drodzy Państwo, jak nas poinformowano, zostało już sprzedane do 60 krajów całego świata. I nie ma siły, żeby to odkłamać. Nawet jeśli pofilmową debatę będzie reemitować ZDF. Gdy wystukuję te słowa lecą właśnie reklamy, a za chwilę zaproszeni eksperci uraczą nas porcją swych mądrości. Ponoć pojawi się między innymi ta baba z Die Tageszeitung – wiecie, o kogo mi chodzi – to ta ponura Niemra, która wszędzie gdzie zostanie zaproszona poucza nadwiślańskich autochtonów o europejskich standardach, tolerancji i innych takich, z misjonarskim zacięciem godnym samego starego Fryca cywilizującego „Irokezów”. O, już wyguglałem - Gabriele Lesser. Tak, to ona właśnie.

No i co z tym wszystkim zrobić? Procesować się? Produkować własne filmy i dystrybuować w świecie? Dobre sobie. Polskie władze prędzej ugryzą się w tyłek, niż podskoczą swym niemieckim patronom, a filmów nawet jeśli by powstały nikt od nas nie kupi, gdyż nikt nie jest zainteresowany odkłamywaniem historii w interesie Polaków. Dla świata Polak-antysemita jest zwyczajnie wygodny – bo z Niemcami warto robić interesy i generalnie żyć z nimi dobrze, a jeśli wiąże się z tym przyjęcie ich optyki na różne historyczne zaszłości – to czemu nie?

III. TVP jako gadzinówka

No i teraz leci sobie ta dyskusja. Jednak tej baby z Tageszeitung nie ma, za to jakiś niemiecki doktor ględzi o wielowątkowości i wielowymiarowości filmowych wątków i postaci, oraz apeluje, byśmy nie dali się skłócić. I tak to jest, proszę Państwa - „polskie obozy” to zaledwie wpadki redakcyjne, Centrum Wypędzonych ma pojednać wszystkich ze wszystkimi i generalnie wszystko będzie dobrze, jeśli tylko nie będziemy się głupio upierać przy jakichś tam faktach historycznych i zaakceptujemy kres niemieckiej pokuty za II WŚ. Mnie już nawet nie chce się oburzać na bezczelność i butę tego doktora Webera w studiu TVP i tego profesora-konsultanta filmu, którzy wmawiają nam, że pokazano wszystkie „blaski i cienie” AK. Oni mają po prostu taką pracę i konkretne zadania do wypełnienia w ramach aparatu niemieckiej propagandy – podobnie jak stacja ZDF. Nadmienię tylko, że ten profesor-konsultant jest niemieckim Żydem, co prowokuje do ciekawych rozważań na temat zbieżności obecnej żydowskiej i niemieckiej polityki historycznej, ze szczególnym uwzględnieniem podziału win i odpowiedzialności, w czego tle widnieją kwestie konkretnych finansowych uroszczeń Przedsiębiorstwa Holocaust.

Oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami z poprzedniej notki, do studia nie zaproszono prof. Bogdana Musiała, który miał być konsultantem serialu ze strony polskiej i którego fundamentalne zastrzeżenia ostentacyjnie zignorowano. Nie wspomniano nawet, że taka sytuacja miała miejsce, co również jest symptomatyczne. Mamy prof. Szarotę i Szewacha Weissa, którzy próbują się jakoś przebić z argumentami do zaproszonych Niemców, podobnie jak Piotr Semka, co oczywiście nie odniesie żadnego skutku, jako że cele tej całej debaty są zupełnie inne – ma ona wyłącznie „zalegalizować” pozorami obiektywizmu emisję tej propagandówki w polskiej telewizji.

Czy stało się dobrze, że ten film jednak w TVP pokazano – w czołowym kanale i w primie timie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić. I już sam fakt emisji z dyskusją w charakterze listka figowego pokazuje, że Niemcy mogą sobie pozwolić na o wiele więcej, niż jeszcze niedawno byliśmy skłonni przypuszczać. Ja oczywiście nie wiem, jakie naciski poszły, ale musiały być odpowiednio wysoko umocowane, bo przecież chyba nikt nie sądzi, że Juliusz Braun samodzielnie zadecydował o zamienieniu na trzy kolejne wieczory TVP1 w szkopską gadzinówkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

niedziela, 13 września 2009

Katyń a ludobójstwo.


Katyń jest przykładem ludobójstwa na tle klasowym, nie ujętego w ONZ-owskiej definicji.

Po wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego negującej ludobójczy charakter zbrodni katyńskiej, przetoczyła się przez „Niepoprawnych” fala postów wykazujących w różny sposób absurdalność jego stanowiska.

Pozwolę sobie spojrzeć na problem nieco inaczej, głównie od strony prawnej, sam Katyń zaś potraktuję jako wyrazisty symbol komunistycznego ludobójstwa w ogóle.

Dla porządku, przypomnę definicję, zawartą w Artykule II. oenzetowskiej „Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa” z 1948 r.:

„W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:

a) zabójstwo członków grupy,

b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,

c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,

d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,

e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy.”


Wybiórcza definicja.

I właśnie w tej definicji tkwi problem.

Jej pierwsza część zawęża bowiem ludobójstwo do zamiaru „zniszczenia w całości lub w części” grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, pomija zaś w swym katalogu podstawową dla komunistycznego światopoglądu kategorię klas społecznych. A właśnie patrzenie przez pryzmat klasowości było motorem napędowym komunistycznego ludobójstwa pod każdą szerokością geograficzną. Zresztą, aby uniknąć w Konwencji marksistowsko – leninowskiego żargonu, można było użyć pojęcia „warstwy (grupy) społeczne”. Nie uczyniono tego. Zastanawiająca wybiórczość, że się tak wyrażę.

Katyń – ludobójstwo klasowe.

Jaki ma to związek z Katyniem? Ano taki, że Katyń jest przykładem ludobójstwa na tle klasowym, nie ujętego w ONZ-owskiej definicji. Bolszewikom nie chodziło o eksterminację narodu polskiego, a (wiem, że zabrzmi to cynicznie) „tylko” o eliminację tych warstw, które mogłyby utrudnić w przyszłości sowietyzację podbitych obszarów. Wśród sowieckich ofiar znaleźli się przedstawiciele różnych narodowości, ras i religii. Łączy ich jedno – byli przedstawicielami klas „wrogich”. Używając komunistycznego języka, do rozwałki przeznaczono „burżuazyjną inteligencję”, „obszarników”, „kapitalistów” – słowem, wszelkiej maści „pasożytów” i „wyzyskiwaczy”. Według podobnego strychulca komuniści mordowali na całym świecie. Likwidowali na skalę masową „wrogie elementy”, by zostawić sobie do zagospodarowania najmniej świadomą ludzką mierzwę.

***

Oczywiście, każdy rozsądnie myślący człowiek, mający w sobie choć krztę zmysłu moralnego wie, iż Katyń (i inne komunistyczne zbrodnie) był ludobójstwem, a jednak na bazie omawianej tu definicji można zaprzeczać ludobójczemu charakterowi tej zbrodni, co od lat z powodzeniem czynią Rosjanie i licznie rozsiani po świecie postsowieccy agenci wpływu. Nie pierwszy to przypadek rozbratu prawa i rozumu.

Osobiście, żywię bardzo brzydkie podejrzenie, że gdy w ONZ trwały prace nad konwencją, „wujek Soso” zrobił wszystko, by masowe mordy motywowane klasowo nie znalazły się w ludobójczym katalogu. Współczesna Rosja korzysta z tej stalinowskiej zapobiegliwości do dziś.

Gadający Grzyb

P.S. Rzecz jasna, w sejmowej uchwale dotyczącej 17 września, słowa o ludobójstwie bezwzględnie powinny się znaleźć, chodzi tu bowiem o wymiar historyczno - polityczno - moralny, a nie prawny. Poza tym, może dzięki temu ktoś zwróci uwagę na żenujący unik zastosowany w oenzetowskiej definicji.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

Konwencja ONZ:

pl.wikisource.org/wiki/Konwencja_ONZ_w_sprawie_zapobiegania_i_karania_zbrodni_ludob%C3%B3jstwa_1948

Inne teksty w tej materii na „Niepoprawnych”:

www.niepoprawni.pl/blog/181/marszalku-pora-na-wor-pokutny-i-popiol-na-glowe

www.niepoprawni.pl/blog/3/czlowiek-uczy-sie-cale-zycie-stefan-niesiolowski-rowniez

www.niepoprawni.pl/blog/740/ludobojstwo-wg-wyborczej

www.niepoprawni.pl/blog/82/niesiolowski-czyli-droga-od-niepodleglosci-do-ruskiego-buca

www.niepoprawni.pl/blog/710/zbrodnia-wojenna-bez-wojny

www.niepoprawni.pl/blog/761/pajac-niesiolowski-katyn

www.niepoprawni.pl/blog/152/bezkregowiec