Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tvp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tvp. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

„Kura” wyleciał z kurnika?

Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych.

I. Łańcuch błędów

Zagadka: co się robi w momencie, gdy na dobre rozkręca się kampania wyborcza? Odpowiedź: wywołuje się wojenkę domową we własnym obozie politycznym. Do takich wniosków można dojść obserwując awanturę wokół podpisania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy abonamentowej i dymisji Jacka Kurskiego. Ostatni raz tak spektakularne i rozgrywane na oczach opinii publicznej frontalne starcie w obozie władzy mieliśmy przy okazji sporu pałac prezydencki – rząd, zakończonego dymisją Antoniego Macierewicza. Tyle, że wtedy PiS nie miał na karku kluczowych wyborów. Teraz buldogi znów wylazły spod dywanu i zaczęły się żreć na oczach wyborców. Ktoś chyba doszedł do wniosku, że jest za dobrze i trzeba sobie pogorszyć notowania. Zwróćmy uwagę - „totalnej opozycji” udało się sprawić rękoma samego PiS, by kwestia rekompensaty dla mediów publicznych, będąca dotąd sporem na linii rząd-opozycja, przekształciła się w wewnętrzny konflikt w szeregach Zjednoczonej Prawicy. Mistrzowie, po prostu mistrzowie...

Mamy tutaj do czynienia z całym łańcuchem błędów. Błędem numer jeden było procedowanie ustawy o rekompensacie dla mediów publicznych w przededniu kampanii prezydenckiej. Nikt nie przewidział konfliktogennego potencjału takiego ruchu? Owszem, TVP i Polskiemu Radiu należy się wyrównanie utraconych wpływów z abonamentu – ale tę sprawę trzeba było załatwić albo zaraz po wyborach parlamentarnych, albo poczekać z nią do zakończenia wyborów prezydenckich. Przez te kilka miesięcy TVP by nie zbankrutowała – w ostateczności mogłaby się poratować linią kredytową w banku. Tymczasem PiS podał opozycji na tacy znakomity temat do „grzania”, na dodatek okraszony bonusem w postaci „palca” posłanki Lichockiej. Wymarzony pretekst do urządzania demagogicznej małpiarni, co opozycja natychmiast wykorzystała, podbijając stawkę nośnym społecznie żądaniem przekazania tych 1,95 mld. zł. „na onkologię” (przy czym do opinii publicznej jakoś nie przebiła się informacja, że „zapomoga” dla mediów publicznych zostanie wypłacona nie jako żywa gotówka, lecz w formie obligacji do spieniężenia w kolejnych transzach).

Błędem numer dwa było podesłanie uchwalonej w takiej atmosferze ustawy rozpoczynającemu kampanię Andrzejowi Dudzie „do wykonu”, nawet bez prób pozorowania jakichkolwiek konsultacji. To ważne, bo taka symboliczna nasiadówka w Pałacu Prezydenckim stanowiłaby komunikat, że ustawa jest efektem szerokiego porozumienia w obozie władzy. Można było nawet urządzić teatrzyk, na zasadzie – rząd/parlament chce dla TVP, dajmy na to, 3 mld. zł., na co Duda odpowiada – nie, to za dużo, dajmy 2 mld. I w ten sposób kwota, jaka miała i tak od początku trafić do państwowych mediów, jawiłaby się jako efekt kompromisu, co pozwoliłoby Andrzejowi Dudzie zaznaczyć swą podmiotowość i zachować twarz. Tymczasem PiS postawił stojącego u progu kampanii prezydenta w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, podsyłając mu „zgniłe jajeczko” i traktując go tym samym niczym „Adriana” - „człowieka-długopis” rodem z memów „Soku z Buraka”.

Na powyższe nakłada się dodatkowo „błąd pierworodny” - czyli chroniczna niemożność uchwalenia ustawy medialnej, która załatwiłaby kwestię finansowania i statusu publicznych mediów raz na zawsze, bez konieczności corocznej łataniny ich budżetu subwencjami (bo rekompensaty przyznawano również w poprzednich latach). Była na to cała kadencja, a zajmować się tym miał osobiście szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.


II. „Kurnik” TVP

Żeby nie było, że odpowiedzialnością obarczam jedynie stronę partyjno-rządową. Andrzej Duda również mógł się powstrzymać przed żądaniem dymisji Jacka Kurskiego, a ustawę chociażby skierować do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie przeczekałaby sobie spokojnie do końca maja. Ale nie – nagła szansa na uwalenie nielubianego „Kury” okazała się zbyt kusząca. Kto wie, kiedy znów trafiłaby się taka okazja? Bóg mi świadkiem, że nie należę, delikatnie mówiąc, do fanów Jacka Kurskiego i topornego stylu jaki prezentuje zarządzana przez niego TVP – ale moment, podobnie jak z uchwaleniem ustawy abonamentowej, był najgorszy z możliwych.

Generalnie, wokół TVP i Kurskiego zbiegają się linie najróżniejszych podziałów i sprzecznych interesów. Do zaprzysięgłych wrogów Kurskiego należą chociażby wspomniany wyżej Krzysztof Czabański i Joanna Lichocka (członek pięcioosobowej Rady Mediów Narodowych). Przypomnijmy, że ta dwójka już w sierpniu 2016 r. usiłowała przeprowadzić medialny „pucz”, doprowadzając do odwołania Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Trzeba było osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego, by RMN wycofała się rakiem ze swej decyzji i to w dość kuriozalny sposób: formalnie odwołany Kurski pozostał p.o. prezesa do czasu „konkursu” na stanowisko szefa TVP, który to „konkurs” wygrał – cóż za niespodzianka – tenże Jacek Kurski... Nic więc dziwnego, że od tamtego blamażu stronnictwo Czabańskiego dyszało żądzą zemsty – a że Andrzej Duda dał im sposobność, by „Kurę” utrącić, to skwapliwie z niej skorzystali. Czabański w ekspresowym tempie zarządził korespondencyjne głosowanie – i wszystkich pięciu członków Rady Mediów Narodowych zagłosowało za odwołaniem prezesa TVP. Wytworzył się przy tym egzotyczny sojusz między „pisowcami”, a przedstawicielami opozycji – Juliuszem Braunem i Grzegorzem Podżornym (z ramienia Kukiz'15). Fajnie się bawią, nie ma co...

Komu natomiast potrzebna była „kurska” TVP? Przede wszystkim okołopisowskim ośrodkom medialnym, które z dotychczasowego rozdania czerpały swoje partykularne korzyści – to ich przedstawiciele brylowali na antenie, reklamując przy tym siłą rzeczy swoje media. Wystarczy prześledzić z których redakcji w ostatnim czasie podnosiły się najmocniejsze głosy w obronie aktualnego układu. Z całą pewnością natomiast TVP w swej obecnej formule nie była potrzebna widzom – również elektoratowi PiS (który i bez tego ma sprecyzowane poglądy), a już w szczególności mitycznemu „umiarkowanemu wyborcy”. Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych. Wszystkie badania pokazują, że elektorat PiS (w odróżnieniu od wyborców „totalnych”, nie oglądających niczego poza TVN) jest najbardziej pluralistyczny i otwarty - ogląda nie tylko „Wiadomości”, ale również „Fakty” TVN i „Wydarzenia” Polsatu. Słowem, konfrontuje różne punkty widzenia i nie pozwala robić sobie wody z mózgu. Traktowanie tych ludzi jak „ciemnego ludu”, któremu trzeba wbić partyjny przekaz do głów młotkiem, jest dla nich zwyczajnie obraźliwe. Biorąc to pod uwagę, nie dziwi, że Andrzej Duda wolał się od „kurnika” TVP dystansować (zresztą z wzajemnością).


III. Bądźmy mądrzejsi od politykierów

Zadziwiająca jest przy tym słabość, jaką ma do Kurskiego Jarosław Kaczyński, który najwyraźniej wierzy, że taka medialna kłonica jest niezbędna do mobilizowania „żelaznego elektoratu”. Rzecz zdumiewająca tym bardziej, że jak dotąd jedyną namacalną „zasługą” Kurskiego było... wypromowanie Konfederacji – czyli konkurenta przełamującego monopol PiS po prawej stronie. Jego TVP bojkotowała i oczerniała polityków „Konfy” tak konsekwentnie, że w końcu osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Kaczyński dotąd zdawał się pozostawać na to wszystko ślepy - ale nawet Naczelnik musiał jednak poświęcić swego protegowanego w imię zażegnania politycznego kryzysu.

Cały ten konflikt pokazuje, jak wiele złej krwi nagromadziło się w minionych latach w obozie Zjednoczonej Prawicy. Tam literalnie nikt nikomu nie ufa, poszczególne frakcje gryzą się między sobą jak wściekłe psy – i wystarczył stosunkowo niewielki detonator, by wszystko to wylało się na widok publiczny. Jeżeli poszczególnych politykierów i koterii nie powstrzymała przed skoczeniem sobie do oczu nawet perspektywa absolutnie kluczowych wyborów, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze – i cała nadzieja, że w maju wyborcy okażą się mądrzejsi od własnych wybrańców.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lichocka do szafy!

Finansowanie mediów publicznych – do zmiany

Media państwowe, nie „publiczne”

Zrobieni w abonament


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (13-19.03.2020)

niedziela, 20 października 2019

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


I. Mało brakowało

O mały włos... Naprawdę, niewiele brakowało, by Zjednoczona Prawica pożegnała się z samodzielną większością w Sejmie. Ostatecznie udało się zachować stan posiadania z 2015 r. - czyli 235 mandatów. I to jest niewątpliwie sukces – przy największej od 1989 r. frekwencji (61,74 proc.) ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło nowych wyborców (43,59 proc. przy 37,58 proc. w 2015 r.), zyskując 6,1 pkt. proc. W liczbach bezwzględnych – w 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, zaś w 2019 - 8 051 935, co oznacza przyrost głosów o 2 340 248. Można więc powiedzieć, że plan minimum został wykonany. Jednocześnie jednak nie da się ukryć, że apetyty były dużo większe i liczono na znaczący przyrost miejsc z Sejmie. Dał temu zresztą wyraz w swym wystąpieniu Jarosław Kaczyński, mówiąc „otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”, w innym miejscu stwierdzając z kolei, iż jego partię czeka refleksja nad tym „co spowodowało, że poważna część społeczeństwa jednak uznała, że nie należy nas popierać”. A jest się nad czym zastanawiać – warto tu przypomnieć pogłębione badanie socjologiczne pt. „Polityczny cynizm Polaków”, które omawiam szerzej w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. Wg tego badania, twardy elektorat PiS wynosi obecnie 35 proc., zaś „elektorat rezerwuarowy” to kolejne 20 proc. - czyli łącznie 55 proc. Z tych „rezerw” PiS-owi udało się pozyskać 8,59 proc., a więc mniej niż połowę. Wystarczyło, by obronić dotychczasową pozycję – ale tylko tyle. Czyli, niby „pykło”, lecz jakoś nie do końca. Autorzy przywołanego badania zwracali uwagę, że „rezerwowy” elektorat PiS rzadziej chodzi do wyborów, niż analogiczne elektoraty ugrupowań opozycyjnych, co znajdowało potwierdzenie w późniejszych sondażach wskazujących na demobilizację wyborców Zjednoczonej Prawicy. W najbliższym czasie obóz rządzący czeka więc poważna orka nad aktywizacją potencjalnych zwolenników, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, bo wbrew pozorom druga kadencja Andrzeja Dudy wcale nie jest przesądzona.

W Sejmie jednak PiS przynajmniej się obronił. Nie da się natomiast usprawiedliwić porażki w Senacie. W 2015 r. PiS wprowadził 61 senatorów, by w tej kadencji stracić 12 miejsc i tym samym większość w izbie wyższej parlamentu. To oczywiście nie jest jeszcze tragedia, ale może spełnić się scenariusz o którym pisałem przed tygodniem - „izba refleksji” może zostać zamieniona przez „totalną opozycję” w „izbę obstrukcji”. W kluczowych sprawach trzeba będzie się zmagać z próbami sabotowania ustaw, wszystko będzie szło o wiele wolniej. Tu trzeba zauważyć, że nawet tzw. „senatorowie niezależni” wywodzą się z obozu opozycyjnego, więc naprawdę ciężko będzie ciułać głosy dla poszczególnych projektów. Odnoszę wrażenie, że PiS rzucił wszystkie siły w kampanii na odcinek sejmowy, licząc iż przewagę w Senacie osiągnie siłą rozpędu. Tymczasem na tym froncie partie opozycyjne zwarły szyki, wystawiając w ramach „paktu senackiego” w większości okręgów jednego kandydata, by nie rozpraszać głosów – i ta taktyka się sprawdziła.

Dodatkowo, w wyborach do Sejmu obóz „anty-PiS” (PO-KO, Lewica, PSL) uzyskał w skali kraju łącznie 8 958 824 głosy – a więc o ponad 900 tys. więcej od Zjednoczonej Prawicy. Jeśli doliczyć Konfederację z 1 256 953 głosami, przewaga wynosi grubo ponad 2 miliony. PiS może dać na mszę w intencji metody d'Hondta premiującej największe ugrupowania.


II. Przełamanie duopolu

No właśnie, jaki szerszy obraz wyłania się z tych wyborów? Przede wszystkim okazuje się, że Polacy nie życzą sobie systemu dwupartyjnego. Polityczny duopol i wieczna nawalanka na linii PiS-PO dla wielu stała się zwyczajnie nużąca, co zaowocowało „kontrolnym” oddaniem głosu na którąś z alternatywnych opcji. Świadczy o tym nie tylko dwucyfrowy wynik lewicy startującej pod szyldem SLD (12,56 proc.), ale nadspodziewany sukces PSL z Kukizem (8,55 proc.), a nade wszystko Konfederacji (6,81 proc.). Ta ostatnia dwójka to chyba największe zaskoczenie. Okazało się, że wbrew moim nadziejom Kukiz nie pogrzebał ludowców i ten fenomen godzien jest osobnych analiz.

No i wreszcie Konfederacja – wydawało się, że wysoka frekwencja pogrzebie antysystemowców, którzy dotąd nie byli w stanie przebić szklanego sufitu kilkuset tysięcy głosów. Swój triumf (bo tak należy na to patrzeć) konfederaci zawdzięczają przede wszystkim mobilizacji najmłodszego elektoratu (18-29 lat) – z tej grupy wiekowej zagłosowało na nich ponad 20 proc., co jest trzecim wynikiem po PiS i KO. I tu nie tyle kamyczek, co wręcz głaz należy wrzucić do propagandowego aparatu PiS. Stawiam tezę, że do sukcesu Konfederacji walnie przyczyniła się przaśna, toporna propaganda TVP Jacka Kurskiego. Bojkotowanie, jak by nie było, ogólnopolskiego komitetu wyborczego balansującego w sondażach na granicy progu wyborczego było tak bezczelne i groteskowe, że zwyczajnie musiało przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie zapraszanie polityków Konfederacji przy jednoczesnym pompowaniu lewicy, przypieczętowane aferą z pominięciem przy podawaniu sondażowych wyników, za co TVP przegrała (zasłużenie) proces w trybie wyborczym – ta ostentacyjna stronniczość aż gryzła w oczy. Nic więc dziwnego, że na ostatniej prostej konfederatów „zagospodarował” TVN, prezentując polityków tej formacji już nie jako „faszystów”, lecz wyważonych, zdroworozsądkowych wolnorynkowców. Kurski najwyraźniej zapomniał, że TVP nie jest jedyną telewizją w Polsce i sam „sprezentował” Konfederację konkurencji – a ta nie omieszkała skwapliwie skorzystać z podarunku. Jeżeli ktoś powinien beknąć za wynik PiS poniżej oczekiwań, to w pierwszym rzędzie powinien być to „Kura”. Tu znów odwołam się do wspomnianego wyżej badania – otóż wynika z niego, że wyborcy prawicowi mają często bardzo krytyczny stosunek do przekazu mediów publicznych – a na dodatek na ogół oglądają również programy informacyjne pozostałych stacji oraz, co równie ciekawe, często nie życzą sobie zbyt miażdżącej przewagi politycznej PiS, instynktownie szukając jakiejś przeciwwagi.

Generalnie jednak, układ w Sejmie wskutek wejścia Konfederacji jest wręcz idealny. Wbrew rachubom TVN-u, konfederaci nie pozbawili PiS samodzielnej większości i partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymała władzę – ale nie „bezkarną”. Wielokrotnie formułowałem tu pogląd, że Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nad sobą „bata” - i to z prawej strony, by nie zastygło w pysze i samozadowoleniu. Dzięki Konfederacji, partia rządząca odebrała niezbędną lekcję pokory, a do stawu z pisowskimi karpiami wdarł się przebojem antysystemowy szczupak, który zadba o to, by nie obrosły tłuszczem. Taki „dyscyplinator” może się okazać zbawienny w pewnych sprawach typu polityka wschodnia, brak asertywności w relacjach z USA czy żydowskie roszczenia majątkowe. Jeśli tylko nie zaczną zanadto „kucować”, to 11 posłów Konfederacji może okazać się wartościowym uzupełnieniem obecnego składu parlamentu. A dla PiS rada na przyszłość – pogódźcie się z tym, że istnieje bardziej radykalna grupa wyborców (zwłaszcza młodych), których nie da się „zakopać” i którzy zwyczajnie mają prawo do swej parlamentarnej reprezentacji.


III. Przed bitwą prezydencką

Niewątpliwie te wybory pokazały, że w narodzie zaczyna coś podskórnie buzować. Zdiagnozowanie tego fermentu to zadanie dla PiS w najbliższych miesiącach. Warto zauważyć wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – wprawdzie startowała z najbardziej przyjaznego KO okręgu warszawskiego, ale ponad 416 tys. głosów i tak robi wrażenie. Wygrała tu „matczynym” wizerunkiem - w czym przypominała jako żywo... Beatę Szydło z 2015 r. Może za wcześnie wyciągać daleko idące wnioski, ale jeśli PO zdecyduje się ją wystawić w wyborach prezydenckich, to może być problem. Podsumowując, PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O co toczy się gra

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

niedziela, 10 lutego 2019

Barwy kampanii

O ile przekaz z „zaszczuciem” Adamowicza skierowany jest do „totalsów”, o tyle przekaz z taśm Birgfellnera ma zbulwersować i odstręczyć od PiS „normalsów”.

I. Adamowicz jako knebel

Napisałem niedawno, że w ciągu doby od zabójstwa Pawła Adamowicza ukształtował się przekaz, który zdominuje obie tegoroczne kampanie wyborcze. Zasadniczo nie wycofuje się z tej diagnozy, acz wprowadzić trzeba do niej jedną, istotną korektę: wygląda na to, że propagandowa narracja „totalnej opozycji” będzie nieco bardziej zniuansowana – a to za sprawą taśm Birgfellnera. Atak będzie zatem przebiegał dwutorowo, obsługując różne segmenty elektoratu. Najtwardsze jądro będzie ekscytowane i utrzymywane w zwartości sprawą zabójstwa prezydenta Gdańska, czemu dodatkowo sprzyjać mają wybory uzupełniające, w których jako faworytka startuje jego zastępczyni Aleksandra Dulkiewicz. Ze względu na dramatyczne okoliczności, gdańskie wybory będą miały wydźwięk ogólnopolski, a spodziewane zwycięstwo Dulkiewicz będzie próbowała zdyskontować Platforma Obywatelska, świeżo pogodzona nad urną Adamowicza z układem „małej Sycylii”. Obóz „totalnych” zresztą nawet niespecjalnie ukrywa, że chce z morderstwa zrobić coś na kształt własnego Smoleńska – z odpowiednio spreparowaną legendą, jakoby Adamowicza zaszczuła pisowska „nienawiść”, ze szczególnym uwzględnieniem TVP Jacka Kurskiego. A zatem, wedle tej legendy, PiS i media publiczne mają „krew na rękach” i podbechtały zabójcę do zbrodni – w związku z tym, wobec siewców nienawiści nie obowiązują żadne cywilizowane standardy. Można pluć, poniżać, dopuszczać się aktów agresji, cementując w ten sposób najbardziej zaciekłych wyborców. Jakakolwiek próba obrony ze strony rządowej będzie zaś przedstawiana jako cyniczne odwracanie kota ogonem.

To zakładanie knebla odbywa się na naszych oczach – wszelkie przypomnienia o różnych mętnych interesach byłego włodarza Gdańska, jego kontach bankowych i niejasnościach w oświadczeniach majątkowych jest kwitowane jako „szczucie” i „mowa nienawiści”. Z wyjątkową gorliwością włączyła się w ten spektakl pogrążona w żałobie wdowa, zaliczając medialne tournée podczas którego lansowała właśnie tego typu „story”. Podobnie rzecz się ma z pytaniami o zabezpieczenie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jerzy Owsiak, który początkowo wyraźnie spanikował i ogłosił swoją rezygnację z funkcji prezesa WOŚP, po kilku dniach odzyskał rezon – zupełnie jakby dostał gwarancję, że nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i zachowa status bezkarnej, świętej krowy III RP. PiS-owi z przyczyn politycznych niezręcznie jest uderzać w „Jurka” i dociekać na jakiej zasadzie omija prawo nie zgłaszając finałów WOŚP jako imprez masowych. Wystarczy sobie przypomnieć, jakie morze histerycznego wrzasku wylało się swojego czasu na ministra Błaszczaka, gdy chciał zakwalifikować Przystanek Woodstock jako imprezę podwyższonego ryzyka, by mieć odpowiedź, dlaczego odpowiednie służby nie drążą tematu bezpieczeństwa na wydarzeniach organizowanych przez „Jurasa” i poprzestały na nękaniu szefa agencji ochroniarskiej oraz ściganiu internetowych hejterów. Tak więc i na tym odcinku PiS spychany jest do defensywy.


II. Tolerancja represywna

Istotną rolę odgrywa tu Donald Tusk w charakterze suflera narracji. Czyni to w typowy dla siebie sposób – podgrzewając atmosferę i jątrząc za pomocą rzucanych przy różnych okazjach aluzji, insynuacji i niedomówień. Te wszystkie frazy w rodzaju „współczesnych bolszewików” czy gdańskiego apelu, by ocalić Europę, Polskę i Gdańsk przed „nienawiścią i pogardą” mają na celu ustawienie i koordynację przekazu „totalnej opozycji”, utrafiając przy okazji w emocjonalne zapotrzebowanie „anty-PiS-u”. Owo zapotrzebowanie zaś sprowadza się do utwierdzenia w przekonaniu, że reprezentują siły dobra – światłej, postępowej, demokratycznej i generalnie lepszej części Polaków i „europejczyków” walczących z siłami ciemności. A skoro tak, to nie czas na sentymenty i trzeba jechać ostro.

W praktyce zobaczyliśmy to niedawno podczas ataku na wychodzącą z gmachu TVP Magdalenę Ogórek - nienawistne hasła, obelgi, oklejanie samochodu wlepkami, blokowanie wyjazdu... Stąd już naprawdę niedaleko do fizycznej agresji, co w pierwszym momencie przyznała nawet część opozycyjnych dziennikarzy i polityków (np. Dominika Wielowieyska z „Wyborczej”, pisząc, że „to wydarzenie miało cechy linczu”). Tu jednak wkroczył, niczym ober-dyscyplinator, Donald Tusk, podając „właściwą” interpretację wydarzeń: „Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować. A więc, winny jest PiS i TVP oraz sama Magdalena Ogórek. Od tego momentu, jak za dotknięciem różdżki, przekaz skręcił o 180 stopni – nagle okazało się, że demonstranci wyrażali jedynie słuszny „gniew ludu”, forma protestu wcale nie była aż tak agresywna i dolegliwa, a Ogórek perfidnie kreuje się na ofiarę. Dodatkowo, to atakujący z miejsca awansowali do roli „ofiar reżimu”, bo po zajściu śmiała nachodzić ich policja i stawiać jakieś zarzuty. Oznacza to rozgrzeszenie wszelkich ewentualnych aktów przemocy w przyszłości. Uczenie nazywa się to „tolerancją represywną” - ów koncept zakłada dominację świadomej mniejszości (w tej roli widzi siebie obóz „anty-PiS”) nad upokorzoną większością. Innymi słowy, nie ma tolerancji dla naszych wrogów, a wobec „nienawistników” można stosować nienawiść z czystym sumieniem. To właśnie podpowiedział swoim tweetem Tusk, zyskując entuzjastyczny aplauz „totalnych”. Wygląda więc, że Palikot pospieszył się, kasując swój wulgarny wpis o Magdalenie Ogórek i symulując przeprosiny. Następnym razem już nie skasuje, tylko pójdzie na całość, tak jak robił to „podrywając godnościowe podstawy prezydentury Lecha Kaczyńskiego” i szczując po tragedii smoleńskiej.


III. Kaczyński - „oligarcha”

Ale powyższe, to tylko jeden element. Drugi, to taśmy Birgfellnera i sprawa budowy przez Srebrną biurowców w Warszawie. „Wyborcza” na początek wprawdzie ewidentnie przeszarżowała, głosząc, że nagrania zatopią PiS, nie znaczy to jednak, że wycofa się z kampanii. Założenie jest proste – PiS i Jarosław Kaczyński mają być systematycznie grillowani za pomocą dawkowanych co jakiś czas kolejnych stenogramów. I nie ma znaczenia, że na taśmach próżno szukać śladu jakiejkolwiek przestępczej czy choćby wątpliwej etycznie działalności - bo nie o to chodzi. Rzecz w tym, by zawartość odpowiednio opakować powtarzanymi konsekwentnie sugestiami, że mamy do czynienia z aferą, zaś Jarosław Kaczyński jest obłudnikiem pozorującym jedynie skromny tryb życia, podczas gdy tak naprawdę jest rekinem biznesu deweloperskiego i niemalże oligarchą kręcącym szemrane interesy. Intencja jest następująca – mało komu będzie się chciało odsłuchiwać długie rozmowy i przedzierać przez stenogramy. Średnio zorientowany odbiorca, który coś uchwyci jednym uchem ma odnieść wrażenie, że tak „w ogólności” coś tu śmierdzi, a partia i jej prezes deklarujący, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, w rzeczywistości nie są lepsi od reszty polityków. Tego zaś wyborcy nie lubią – mogą przymknąć oko na przekręty, tak jak przymykali przez osiem lat rządów PO, lecz na fałszywych moralistów reagują alergicznie. I właśnie temu mają służyć taśmy – by do PiS przykleiła się opinia zakłamanych świętoszków, którzy po cichu kręcą lody nie gorzej od poprzedników. Podsumowując – o ile przekaz z „zaszczuciem” Adamowicza skierowany jest do „totalsów”, o tyle przekaz z taśm Birgfellnera ma zbulwersować i odstręczyć od PiS „normalsów”.

Póki co, PiS reaguje na zasadzie strażaka gaszącego kolejne pożary – a to zatrzymaniem Misiewicza („nie ma świętych krów”), to znów korupcyjno-łóżkowymi ekscesami „jurnego Stefana”. To jednak mało. Potrzeba zbudowania spójnej narracji neutralizującej atak i przede wszystkim przejścia od reaktywności do narzucenia własnej, ofensywnej retoryki. Na szczęście, jest jeszcze trochę czasu, a „totalni” otwierając przedwcześnie ogień mogą do wyborów wystrzelać się z amunicji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”

„Mowa nienawiści” - knebel na prawicę

#JaCięNieMogę!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (08-14.02.2019)

wtorek, 11 grudnia 2018

Pod-Grzybki 143

Polska potęgą kosmiczną! Na poligonie w Drawsku przeprowadzono właśnie z powodzeniem testy polskiej rakiety suborbitalnej o nazwie – to nie żart – BIGOS-4. Duma naszej technologii wzbiła się na wysokość 15 km, osiągając maksymalną prędkość 2 machów – czyli doganiamy osiągnięcia Wernhera von Brauna i jego V1 oraz V2. Teraz czekamy na kolejne konstrukcje: ŻUREK, FLAKI, no i ma się rozumieć – PIEROGI. A wizytę panu Twardowskiemu na Księżycu złożymy przylatując statkiem kosmicznym SCHABOWY-10,99.


*

Doniesienia z show businessu. Konkurs Eurowizji Junior wygrała 13-letnia polska faszystka Roksana Węgiel z Jasła. Dlaczego faszystka? Sama się zdemaskowała - po zwycięstwie podziękowała „Polsce, rodzinie i Bogu” (co skrzętnie ominął w swej relacji portal „Wyborczej”). Aż dziwne, że postępowy świat nie dochował rewolucyjnej czujności i nie zrobił jej „no pasaran”. No i jeszcze to nieekologiczne nazwisko... O dziwo, żaden lewak nie zaprotestował - a mogli przecież ją pozwać o wywoływanie smogu i efektu cieplarnianego.


*

Wiadomości handlowe. Media doniosły, że do sklepów „znanej sieci handlowej” w pudłach z bananami trafił bonus w postaci paczek kokainy – łącznie ponad 170 kilogramów. I to jest dopiero, proszę Państwa, „black friday”!


*

Dziennikarze „Superwizjera” TVN, którzy wsławili się „wykryciem” neonazistów w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim dostali nagrodę im. Woyciechowskiego - w wysokości 50 tys. zł. No to trzeba przyznać, że 20 tys. wyłożone na ten żenujący remake „Allo Allo” zwróciło się z ponad dwukrotnym przebiciem. A swoją drogą – za taką kasę sam bym się przebrał za herr Flicka z Gestapo i hailował do białego rana.


*

Z gospodarki. Niemcy otwierają się na pracowników z Ukrainy. Dziwne, przecież niedawno ściągnęli sobie jakieś 2 mln. „inżynierów i lekarzy”. Cóż, „inżynierowie” mają swoje wymagania, więc teraz z kolei trzeba sprowadzić drugie tyle Ukraińców, żeby było komu tyrać na socjal dla nich – oto niemiecka zaradność!


*

Znany z bezkompromisowości dziennikarz Witold Gadowski, któremu Ringier Axel Springer wytoczył proces, wygłosił przed budynkiem sądu ostrzeżenie pod adresem rządu PiS, w kontekście m.in. braku repolonizacji mediów: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”. Taka myślozbrodnia nie mogła ujść płazem, toteż reżimowa TVP Kurskiego na swoim portalu potraktowała Gadowskiego w iście goebbelsowskim stylu, nazywając go „byłym dziennikarzem TVN” i pisząc o „groźbach Gadowskiego” - generalnie, wydźwięk materiału miał zrobić z niego podejrzanego awanturnika. Powiem tak: Gadowskiego szanuję - w odróżnieniu od niegdysiejszych „hipsterów prawicy”, „partyzantów wolnego słowa”, tudzież innych „niepokornych” dziennikarzy, którym, gdy tylko poczuli kasę z rządowych reklam oraz synekur w państwowej telewizji, nagle zmiękły kręgosłupy i zamienili się w topornych, partyjnych propagandzistów.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

piątek, 30 czerwca 2017

Pod-Grzybki 103

Sondaż IBRIS dla „totalnie opozycyjnego” portalu OKO Press: PiS – 41 proc., PO – 26 proc. Kukiz – 12 proc., Nowoczesna – 7 proc. Piotr Pacewicz w komentarzu załkał, iż może to wskazywać „na wypalanie się potencjału protestu w obronie demokracji i państwa prawa i postępującą »normalizację«”. Zaraz, zaraz – czyżby oni naprawdę uliczne spędy ZBOWiD-owców III RP brali za „społeczny potencjał”? Jak by nie patrzeć, opozycyjne totalniactwo się skonsternowało – i to tak, że trzeba było sprzątać podłogę.


*

Paweł Wroński, jeden z bardziej jadowitych dziennikarzy „GW”, napisał na Twitterze: „Polskim imigrantom na Syberii w czasie II WŚ powinno się pomagać na miejscu”. Czyli zesłańcy to wg niego dobrowolni imigranci... Z kolei inna dziennikarka „Wyborczej” dopatrzyła się u patriotycznych laleczek gestu „heilowania”. Najwyraźniej Agora zorganizowała swoim pracownikom kursy kreatywnej głupoty dla matołów i właśnie obserwujemy pierwsze efekty.


*

Ska Keller, niemiecka lewaczka od „Zielonych”, zaproponowała przesiedlanie na Łotwę całych syryjskich wiosek, by imigranci czuli się we wschodniej Europie bardziej swojsko. Czyli mamy „Generalplan Ost” na miarę XXI stulecia. Zapewne uznano, że skoro udało się ze słowiańskimi podludźmi na Zamojszczyźnie, to warto powrócić do sprawdzonych rozwiązań. A jak będą protesty, to się zrobi akcję „Werwolf” - w imię „europejskiej solidarności” oczywiście.


*

Z dziejów niedoli „partyzanta wolnego słowa”. Czytamy powoli, bo to nieco skomplikowane. Otóż Tomasz „Sakiewka” Sakiewicz na zjeździe Klubów „Gazety Polskiej” pożalił się, że władza chce ładować kasę w telewizję publiczną, a przecież jego TV Republika zrobiłaby 10 kanałów za 1/100 tej sumy. Wynika z tego, że Sakiewicz odpalił „Republikę” licząc na sute fundusze po zwycięstwie PiS, a może nawet na przejęcie TVP. Tymczasem najwyraźniej ktoś w PiS-ie dba skrupulatnie o to, by żadne ze środowisk nie wyrosło za bardzo ponad inne i w porę „Zonę Wolnego Słowa” wraz z ambicjami jej szefa przyciął. Co innego 6 mln. na serwis o Puszczy Białowieskiej, a co innego oddanie niepodzielnego rządu dusz na żer politycznych apetytów Sakiewicza. Tylko jeden człowiek ma takie możliwości - kreowania i przycinania różnych ambicjonerów - i wszyscy wiemy, kto to jest. Sakiewka się w tym chyba zorientował i stąd jego niedawna gra na frakcję Macierewicza podczas sporu o Misiewicza. Opowiedzenie się po stronie Macierewicza było w zasadzie otwartym buntem przeciw Prezesowi w ramach rozgrywki o „schedę po Kaczyńskim”. A teraz „Sakiewka” się żali, że nie dostaje tyle kasy ile by chciał i pomstuje na abonament RTV. Innymi słowy, nie ustaje w kopaniu dołków pod „Kurą” i jego sojusznikami Karnowskimi, którzy na dodatek z okazji startu swojej internetowej telewizji dostali darmową promocję w TVP Info o trudnej nawet do przeliczenia wartości. Ech, ciężkie jest życie „partyzanta wolnego słowa” - co się wychyli z lasu, to dostaje po głowie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/



„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (28.06-04.07.2017)

czwartek, 20 czerwca 2013

„Nasze matki, nasi ojcowie” jako test zderzeniowy

Musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić.

I. Postkolonialny kulturkampf

Oglądam sobie trzeci odcinek dzieła niemieckiej propagandy historycznej „Nasze matki, nasi ojcowie” emitowany w ramach postkolonialnego kulturkampfu w państwowej Telewizji Polskiej i nachodzi mnie refleksja, że jednego Niemcom nie można odmówić: konsekwencji mianowicie. Już kanclerz Gerhard Schroeder stwierdził, iż „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca” i ta linia jest realizowana niezależnie od politycznych konfiguracji w Berlinie. To znaczy, kierunek został zadekretowany znacznie wcześniej – jątrzące plotki powiadają, że zbitka „polskie obozy koncentracyjne” została wprowadzona na łamy prasy przez specsłużby RFN, rekrutujące się często spośród byłych hitlerowców – Schroeder jedynie to oficjalnie zalegalizował. Immanentnym składnikiem owej linii propagandowej jest przemodelowanie wizerunku Niemców ze sprawców we współofiary hitleryzmu i II Wojny Światowej. Wojny, którą wywołali oczywiście jacyś bezosobowi „naziści”, zmuszając spokojnych Teutonów do brania udziału we wszystkich tych okrucieństwach.

Aby ów obrazek zyskał cechy pozoru wiarygodności, należy dodatkowo wtłoczyć do głów masowej publiczności dwa elementy: wojna tak naprawdę zaczęła się dopiero 22 czerwca 1941 roku, wraz z atakiem na ZSRS (i tu mamy – proszę zauważyć – idealną zbieżność z sowiecką, i postsowiecką polityką historyczną), a w zagładzie Żydów brali czynny udział z gruntu antysemiccy Polacy. Natomiast jeżeli jakichś zbrodni dokonywali sami Niemcy, to po pierwsze – wynikało to z logiki wojny, po drugie zaś – czynili to wbrew sobie i z najwyższą niechęcią. O ataku na Polskę przeprowadzonym wspólnie i w porozumieniu z Sowietami na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, oraz ludobójstwie dokonywanym na Polakach po prostu nie mówimy. Ten element należy wyrugować ze świadomości urabianych odbiorców.

II. Kwintesencja propagandy historycznej

Proszę o wybaczenie, że prawię te oczywistości, ale jakoś muszę odreagować, że oglądam tę kłamliwą szmirę, zamiast przełączyć kanał na Puchar Konfederacji. Ciekaw byłem, czy w medialnych doniesieniach na temat niemieckiego serialu nie było histerii i przesady, jak co niektórzy próbowali wmówić nam przed emisją. No i nie było. Wszystkie wymienione powyżej elementy historycznej propagandy znalazły pełne odbicie. Mamy poczciwych „zwykłych Niemców” wmanipulowanych jakimś okrutnym zrządzeniem historii w ten cały „nazizm” i popędzonych ni z tego, ni z owego na front wschodni. Nie dowiadujemy się, jak to się stało, że nagle III Rzesza miała wspólną granicę z ZSRS. Mamy rozterki moralne przedstawicieli wrażliwego i kulturalnego narodu towarzyszące zbrodniom wojennym, zwieńczone martyrologiczną śmiercią jednego z głównych bohaterów, który ruszył samotnie pod kule sowieckiego cekaemu. No i mamy oczywiście zezwierzęconych antysemitów w szeregach AK oraz wśród miejscowego chłopstwa, przedstawionych w duchu idealnej zgodności z majaczeniami Jana Tomasza Grossa.

A wszystko to, drodzy Państwo, jak nas poinformowano, zostało już sprzedane do 60 krajów całego świata. I nie ma siły, żeby to odkłamać. Nawet jeśli pofilmową debatę będzie reemitować ZDF. Gdy wystukuję te słowa lecą właśnie reklamy, a za chwilę zaproszeni eksperci uraczą nas porcją swych mądrości. Ponoć pojawi się między innymi ta baba z Die Tageszeitung – wiecie, o kogo mi chodzi – to ta ponura Niemra, która wszędzie gdzie zostanie zaproszona poucza nadwiślańskich autochtonów o europejskich standardach, tolerancji i innych takich, z misjonarskim zacięciem godnym samego starego Fryca cywilizującego „Irokezów”. O, już wyguglałem - Gabriele Lesser. Tak, to ona właśnie.

No i co z tym wszystkim zrobić? Procesować się? Produkować własne filmy i dystrybuować w świecie? Dobre sobie. Polskie władze prędzej ugryzą się w tyłek, niż podskoczą swym niemieckim patronom, a filmów nawet jeśli by powstały nikt od nas nie kupi, gdyż nikt nie jest zainteresowany odkłamywaniem historii w interesie Polaków. Dla świata Polak-antysemita jest zwyczajnie wygodny – bo z Niemcami warto robić interesy i generalnie żyć z nimi dobrze, a jeśli wiąże się z tym przyjęcie ich optyki na różne historyczne zaszłości – to czemu nie?

III. TVP jako gadzinówka

No i teraz leci sobie ta dyskusja. Jednak tej baby z Tageszeitung nie ma, za to jakiś niemiecki doktor ględzi o wielowątkowości i wielowymiarowości filmowych wątków i postaci, oraz apeluje, byśmy nie dali się skłócić. I tak to jest, proszę Państwa - „polskie obozy” to zaledwie wpadki redakcyjne, Centrum Wypędzonych ma pojednać wszystkich ze wszystkimi i generalnie wszystko będzie dobrze, jeśli tylko nie będziemy się głupio upierać przy jakichś tam faktach historycznych i zaakceptujemy kres niemieckiej pokuty za II WŚ. Mnie już nawet nie chce się oburzać na bezczelność i butę tego doktora Webera w studiu TVP i tego profesora-konsultanta filmu, którzy wmawiają nam, że pokazano wszystkie „blaski i cienie” AK. Oni mają po prostu taką pracę i konkretne zadania do wypełnienia w ramach aparatu niemieckiej propagandy – podobnie jak stacja ZDF. Nadmienię tylko, że ten profesor-konsultant jest niemieckim Żydem, co prowokuje do ciekawych rozważań na temat zbieżności obecnej żydowskiej i niemieckiej polityki historycznej, ze szczególnym uwzględnieniem podziału win i odpowiedzialności, w czego tle widnieją kwestie konkretnych finansowych uroszczeń Przedsiębiorstwa Holocaust.

Oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami z poprzedniej notki, do studia nie zaproszono prof. Bogdana Musiała, który miał być konsultantem serialu ze strony polskiej i którego fundamentalne zastrzeżenia ostentacyjnie zignorowano. Nie wspomniano nawet, że taka sytuacja miała miejsce, co również jest symptomatyczne. Mamy prof. Szarotę i Szewacha Weissa, którzy próbują się jakoś przebić z argumentami do zaproszonych Niemców, podobnie jak Piotr Semka, co oczywiście nie odniesie żadnego skutku, jako że cele tej całej debaty są zupełnie inne – ma ona wyłącznie „zalegalizować” pozorami obiektywizmu emisję tej propagandówki w polskiej telewizji.

Czy stało się dobrze, że ten film jednak w TVP pokazano – w czołowym kanale i w primie timie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić. I już sam fakt emisji z dyskusją w charakterze listka figowego pokazuje, że Niemcy mogą sobie pozwolić na o wiele więcej, niż jeszcze niedawno byliśmy skłonni przypuszczać. Ja oczywiście nie wiem, jakie naciski poszły, ale musiały być odpowiednio wysoko umocowane, bo przecież chyba nikt nie sądzi, że Juliusz Braun samodzielnie zadecydował o zamienieniu na trzy kolejne wieczory TVP1 w szkopską gadzinówkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

sobota, 15 czerwca 2013

Postkolonialny kulturkampf II

W anty-pedagogikę upodlenia, w cały ten postkolonialny kulturkampf, serial „Nasze matki, nasi ojcowie” wpisuje się idealnie. Prawie tak dobrze, jak „Pokłosie” i konfabulacje Grossa.

I. Kulturkampf w TVP

Gdy w kwietniu pisałem notkę „Postkolonialny kulturkampf”, nie wystarczyło mi wyobraźni, by przewidzieć, iż polska państwowa telewizja wyemituje kłamliwy niemiecki chłam - „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zaiste, aż tak dalekowzroczny nie byłem - mimo wszystkich opisanych w przywołanym tekście przykładów kulturowej kolaboracji z berlińską „metropolią” przedstawicieli naszych aspirujących do „europejskości” elit. Elit pozostających nader często na berlińskim jurgielcie. Tak więc przez trzy kolejne wieczory w prime timie będziemy mieli za sprawą prezesa Juliusza Brauna do czynienia z tym groteskowym sabatem ukazującym poczciwych Niemców „uwikłanych” w „trudne czasy” i wojnę, „uwiedzionych” przez złego czarnoksiężnika Hitlera, no i dla kontrastu – zezwierzęconych antysemitów z AK, którzy gdyby tylko mogli dorwać się do tych wszystkich Żydów za drutami koncłagrów, to dopiero pokazaliby jak wygląda „ostatecznie rozwiązanie” w polskim stylu.

W charakterze zbiorowego listka figowego wystąpią następnie odpowiednio dobrani eksperci, którzy starannie rozważając wszelkie możliwe i niemożliwe racje orzekną, że serial jest słaby, kiczowaty, niezbyt wiernie oddaje wojenną rzeczywistość oraz istotę mechanizmów służących do infekowania mas zbrodniczymi ideologiami – i że generalnie jest to sentymentalna szmira. A ponieważ jest to chała, kicz i nędza, to w zasadzie o co tyle krzyku, skąd ta cała histeria i o co w ogóle tym protestującym oszołomom chodzi? No i koniec końców dobrze, że TVP odważnie ów film nadała, bo dzięki temu Polacy mogli się przekonać, że to w gruncie rzeczy nic strasznego, ot taka trochę okrutna bajka, a z tymi żydożerczymi akowcami też nie ma co przesadzać, bo przecież wszyscy wiemy, że ci cali partyzanci również mieli swoje za uszami i wcale tacy święci nie byli – po prawdzie to określenie „polnische banditen” dość często po prostu oddawało rzeczywistość...

Że co? Że aż tak nie będzie? Może i nie, ale nauczony doświadczeniem wolę raczej przerysować niż niedoszacować możliwy przebieg wydarzeń.

II. Polityka historyczna szkodzi na integrację

Etapem drugim masowego przerabiania mózgów gawiedzi na pulpę będą tzw. „echa medialne” - czyli omówienie „kontrowersyjnego telewizyjnego wydarzenia” w wiodących mediodajniach mainstreamu. Tu, wyznam, szczególnie liczę na „Gazetę Wyborczą” i niezawodnego Bartosza T. Wielińskiego, który to arcyciekawy dziennikarz charakteryzuje się dwoma zasadniczymi przymiotami: po pierwsze - w żadnej spornej sytuacji na linii Polska-Niemcy nie bierze strony polskiej; po drugie – uporczywie i z konsekwentnym samozaparciem robi za pożytecznego idiotę wmawiając nam histerię, niezrozumienie i wyolbrzymianie błahych incydentów. Tak było w przypadku germanizacji dzieci z mieszanych małżeństw przez Jugendamty (w ujęciu Wielińskiego – marginalna sprawa), „polskich obozów koncentracyjnych” (edytorskie wpadki, skrót myślowy oznaczający „geograficzne położenie”), czy ostatnio, gdy zabierał głos w sprawie niemieckich produkcji historycznych, w tym serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Tu wspiął się na wyżyny bezkompromisowego pożytecznoidiotyzmu twierdząc, iż nie ma pojęcia po co Niemcy w ogóle produkują takie słabe filmy... ale ponieważ są słabe, to nie ma co dramatyzować.

Tak się jednak składa, że te słabe, ahistoryczne szmiry są w Niemczech oglądane przez miliony i urabiają masową wyobraźnię, zagospodarowując przestrzeń historyczną w społecznej świadomości. No i jeszcze Niemcy potrafią na nich zarobić, sprzedając swe produkcje za granicę i modelując wyobrażenia na temat wojny oraz „zwykłych Niemców” w kilku innych narodach, które na II Wojnie wyszły lepiej niż Polska, więc co im tam. Tak się robi politykę historyczną, której ponoć „nie ma”, która rzekomo jest anachronizmem w zglobalizowanym świecie i zjednoczonej Europie. No i fakt – u nas tej polityki historycznej rzeczywiście ze świecą szukać, bo Niemcy nam powiedzieli, żebyśmy jej nie robili, gdyż to szkodzi na „pogłębianie integracji”.

III. Anty-pedagogika upodlenia

Ale, że przyroda nie znosi próżni, to w miejsce polityki historycznej (dwuletni epizod rządów PiS można tu pominąć, bo takie rzeczy oblicza się na dziesięciolecia konsekwentnej społecznej inżynierii) mamy swoistą anty-politykę historyczną, zwaną również „pedagogiką wstydu”. Żeby sobie postkolonialni Aborygeni nie wyobrażali za wiele i by przypadkiem nie strzeliło im do głów, że są równie dobrzy jak biali ludzie z Berlina i Monachium, bo wtedy mogliby zacząć fikać, zamiast w poczuciu permanentnej niższości i cywilizacyjnego zacofania karnie wypełniać światłe dyrektywy płynące z metropolii.

I w tę anty-pedagogikę kulturowego upodlenia, w ten cały postkolonialny kulturkampf, serial „Nasze matki...” wpisuje się idealnie. Prawie tak dobrze, jak „Pokłosie” i konfabulacje Grossa. Zresztą, nie dam głowy, czy właśnie twórczość Grossa i film Pasikowskiego (plus związane z nimi medialne kampanie nienawiści do własnego narodu) nie zainspirowały naszych Wielkich Braci zza Odry. Może uznali, że skoro proceder wdeptywania Polaków w mentalne błoto rozwija się tak pomyślnie, to nic się nie stanie jeśli pójdą na totalnego bezczela i zrobią film w którym już bez żadnej żenady w rolach najgorszych szwarccharakterów obsadzą Polaków? I pomyśleć, że kiedyś oburzaliśmy się na antypolskie akcenty w „Liście Schindlera” - przy tym, co obecnie się wyrabia, film Spielberga wydaje się wręcz niewinnym żartem... Tyle, że to wcale nie były żarty. To był pierwszy krok, dający światu sygnał, że można.

Wracając na zakończenie do wątku pofilmowej debaty „ekspertów”, którą zaserwują nam na dobicie. W niemieckiej ZDF też była „debata”. I co z tego? Kto to oglądał, kto pamięta? Debata była i się zmyła, film pozostał. Zasłona dymna „obiektywizmu” spełniła swe zadanie. Ba, przed ostatecznym montażem próbowano się nawet konsultować z prof. Bogdanem Musiałem (jak to wyglądało, profesor Musiał opisuje w wywiadzie dla „Sieci”). Niemcy byli bardzo zdziwieni, bo naukowiec z Polski miał dać placet że z serialem wszystko jest gites tenteges i Polacy wcale się nie gniewają, tymczasem prof. Musiał wyskoczył jak jakiś nieprzytomny z licznymi i fundamentalnymi zastrzeżeniami. No co za człowiek, jak rany. Nie wiedział po co go wzięli na konsultanta, czy jak? No to wkrótce się dowiedział. Ani jednej z jego uwag nie uwzględniono w montażu. Ciekawe, czy zaproszą go do TVP. Pewnie raczej nie, bo jeszcze mógłby coś powiedzieć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

czwartek, 25 lutego 2010

PiS dał ciała w TVP.


PiS może sobie mieć „Jedynkę” - ale na warunkach SLD!

Historia kompromitacji.


Gdy Prawo i Sprawiedliwość wchodziło w medialny sojusz z SLD, siedziałem cicho i tylko kląłem pod nosem. Gdy oba ugrupowania podzieliły się wpływami, na zasadzie: „Jedynka” dla PiS-u, „Dwójka” dla SLD, TVP Info jako wspólne „kondominium”, zaświtała nawet we mnie iskierka nadziei na przełamanie salonowego monopolu medialnego spod znaku Tusk Vision Network…

O, słodka naiwności…

Oczywiście, cały układ rychło poszedł w diabły, albowiem eseldowscy wyjadacze, pamiętający czasy Roberta Kwiatkowskiego (np. Jacek Snopkiewicz, szef TVP Info), nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali sięgnąć po więcej, szantażując PiS możliwością dogadania się z PO. Gdy dołożymy animozje personalne w łonie „prawicowej” ponoć redakcji „Jedynki”, (Wojciech Hoflik kontra Anita Gargas) można powiedzieć, że PiS podał SLD telewizję na srebrnej tacy. Prawicowi nowicjusze dali się rozegrać jak dzieci.

Trzeba sobie jasno powiedzieć – w walce o wpływy na Woronicza, Prawo i Sprawiedliwość dało haniebnie ciała. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było żałośnie tragiczne.

Jeżeli przy pierwszej poważnej awanturze (o prapremierę „Towarzysza Generała”), rzekoma „prawica” podkula ogon pod siebie i „odpuszcza” Anitę Gargas oraz blokuje powtórkę dokumentu o rekordowej oglądalności w swej kategorii, a także rezygnuje z innych podobnych projektów, oznacza to tylko jedno - PiS może sobie mieć „Jedynkę” ale na warunkach SLD!

Ptaszki ćwierkają, że niepewna jest pozycja innych niezależnych dziennikarzy o konserwatywnych poglądach – Sakiewicza i Wildsteina. W zamian za to SLD ma przymknąć oko na przedwyborczą propagandę na rzecz Lecha Kaczyńskiego.

Już to widzę… Zresztą, nawet gdyby postkomuniści rzeczywiście „nie zauważyli” przedwyborczego, hm – powiedzmy, „pijaru”, to taka, zapewne dość toporna stronniczość, może być wręcz przeciwskuteczna.

Moim skromnym zdaniem, więcej filmów w rodzaju „Towarzysza Generała” (plus powtórki), czy kilka puszczonych w dobrym czasie programów Ziemkiewicza lub Wildsteina (o „Misji Specjalnej” nie wspominając), zrobiłoby więcej dobrego dla tzw. „ogólnego klimatu”, niż jawnie tendencyjnie poprowadzony „Dziennik Telewizyjny”… to jest, chciałem powiedzieć, „Wiadomości”.

Czy tak trudno to zrozumieć?

SLD i Salon zrozumiały doskonale – stąd ich wściekłość i bezprzykładna nagonka. Wiedzieli gdzie uderzyć. Ostatnią rzeczą jakiej sobie życzą, jest nawrót klimatu „moralnego wzmożenia” w usypianym do tej pory elektoracie.

Niestety, najwyraźniej Jarosław Kaczyński po raz kolejny woli postawić na model „BMW” (bierny, mierny ale wierny – czytaj, dyspozycyjny). Ten błąd się zemści. O „dyplomatycznym urlopie” prezesa Ożoga nawet nie chce się pisać.

Teoria spiskowa.

Na marginesie, podzielę się spiskową teorią: jako rzekłem, SLD zaszantażowało PiS możliwością dogadania się z Platformą. Otóż, sądzę że postkomuna już dogaduje się po cichu z PO i dlatego, konsekwentnie, „metodą salami”, będzie rugować z telewizji nie tyle PiS, ile tzw. „pisowskich dziennikarzy”, którym to terminem zwykło się określać tych publicystów, którzy nie płyną z dominującym, salonowo - mainstreamowym prądem. PiS teoretycznie zachowa wpływ na TVP 1, używając starych, sprawdzonych telewizyjnych wycirusów w charakterze czynowników od propagandy (na zasadzie – służyli tamtym, posłużą i nam), którzy to „czynownicy” bez skrupułów zdradzą przy pierwszej okazji.

Jak krótkowzroczne jest takie myślenie, wszyscy niedługo się przekonamy.

Osobiście.

Pozwolę sobie zakończyć tę notkę elementem emocjonalnym: Panie prezesie Jarosławie Kaczyński! Pańska partia, partia na którą głosowałem, zawiązała szemrany politycznie układ z postkomuną, poważnie nadwyrężając tym samym swą wiarygodność. W zamian nie uzyskaliście niczego, poza solidną porcją wstydu.

Warto było?

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

Wyfarfalenie „Pontona”.

szczęście Farfała.jpg

W trwającej od tygodnia rozróbie o to, czy Urbański Farfała wypontonuje , czy też ten drugi „Pontona” wyfarfali, mamy za sprawą KRS rozstrzygnięcie: „…and the winner is… Pioootr Faaaarfał!” – i to wbrew twierdzeniom fachowców, że pretendenta dzieli od mistrza kilka kategorii wagowych.

Przekaziory odczytały to jako kolejną kompromitację pokłosia medialnej polityki Kaczorów i aż dławiły się od tłumionej schadenfreude. Oczywiście nie wypadało się wprost cieszyć z victorii nadambitnego wszechpolaka, ale tzw. ogólne nastawienie było aż nadto widoczne. Cóż, na obecnym etapie Farfał jest użyteczny jako element procesu „przywracania ładu medialnego” i złotych proporcji miedzy postkomuną a postudecją ze śladową obecnością kilku salonowych konserwatystów w charakterze paprotek.

Powiew świeżości dał się odczuć natychmiast. Kauczukową giętkością i refleksem wykazała się szefowa TAI Aleksandra Zawłocka, przywracając Hannę Lis do prowadzenia „Wiadomości”. Cóż, bez tego rodzaju „operatywności” nie ma co marzyć o karierze na Woronicza. „Hania nasza kochana” powraca zatem na tele – salony w glorii i chwale nieskalanej dziewicy uciśnionej przez złego smoka (czy też może Raka). Tyle dobrego, że zajmie się na powrót robieniem swojej grubo ciosanej propagandy i skończy się jej łzawe tournee po reżimowych mediach.

Władzuchna ma zatem rozwiązane ręce – może śmiało smażyć spec – ustawę oddającą TVP pod bezpośredni nadzór ministra skarbu. SLD już przebiera nogami w blokach startowych, by „dla dobra mediów publicznych”, w zamian za kilka drobnych uprzejmości ze strony PO, wspomóc odrzucenie prezydenckiego veta. Nie można wszak dopuścić, by TVP rządził jakiś nieestetyczny „post – nazista” i jego klika, którzy mają wprawdzie zasługi w wyfarfaleniu Pontona, ale gdzież im do bezstronności i doświadczenia naszych fachowców…

Do tego dochodzą koncerny medialne liczące na odblokowanie szansy ugryzienia telewizyjnego tortu (nie powtórzą już błędu z czasów afery Rywina – możemy być o to spokojni).

Teraz tylko patrzeć, aż zaczną jeden po drugim znikać z anteny nieprawomyślni dziennikarze, na których tyle napomstowała się „Wyborcza”. Do tej pory zaczynało się zwykle od „rzucania programem” po ramówce, tak by doprowadzić do drastycznego spadku oglądalności, potem zaś ze spokojnym sumieniem można było delikwenta wywalić. Pospieszalski może się utrzyma, ale ekipę „Misji specjalnej”, Sakiewicza, Zalewskiego, Ziemkiewicza, czy Wildsteina pewnie już teraz ignorują na telewizyjnych korytarzach. Nawet Cejrowski ze swym podróżniczym cyklem pewnie nie może spać spokojnie.

Swoją drogą, sam Farfał jest pewnie wniebowzięty. Ile poprezesuje, tyle poprezesuje, ale gdy wchodził do mediów, nie mógł nawet śnić, że tyleż zmienne, co ironiczne koleje losu wywindują go tak wysoko.

Powiadam Wam, będzie się jeszcze działo.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 29.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wyfarfalenie-%E2%80%9Epontona%E2%80%9D