Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SLD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SLD. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2019

Przed bitwą o prezydenturę

Już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!

I. Przypływy i odpływy

Jednym z ciekawszych zagadnień w powyborczych remanentach jest analiza przepływów elektoratów poszczególnych ugrupowań w porównaniu z wyborami 2015 r. Z sondaży exit i late poll IPSOS wynika, iż najbardziej stabilny elektorat ma PiS – pozostało przy nim 90 proc. wyborców z 2015 r., 4 proc. przeszło do PSL a po 2 proc. do KO i Konfederacji. Do tego PiS wykazało się dużym potencjałem mobilizacyjnym – spośród wyborców, którzy nie głosowali w 2015, a poszli do urn teraz, PiS zgarnęło 23 proc., choć trzeba zauważyć, że tu lepsza okazała się Koalicja Obywatelska z wynikiem 27 proc, a tuż za plecami uplasowała się idąca pod szyldem SLD Lewica – 22 proc. To daje odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo poprawy wyniku, PiS nie zwiększyło stanu posiadania w Sejmie – konkurenci wykazali się większym bądź zbliżonym przyrostem „świeżych” głosów. Po raz kolejny potwierdza się teza, że „rezerwowy” elektorat PiS trudniej nakłonić do głosowania, co stanowi wyzwanie przed wiosenną kampanią prezydencką.

Większość sejmową dla PiS-u, poza zdyscyplinowanym „twardym” elektoratem, uratowały przepływy wśród ugrupowań opozycyjnych. Na KO zagłosowało 69 proc. wyborców Platformy z 2015, a 16 proc. przeszło do Lewicy. PiS ugrało tu zaledwie 4 proc., zaś PSL – 9. Jeszcze większemu rozczłonkowaniu uległ dawny elektorat Nowoczesnej – 54 proc. poszło do KO, 28 do Lewicy, 9 do PSL, a po 4 proc. zebrały PiS i Konfederacja. Z lewicowej koalicji (tzw. „Zlew”) z 2015 r. 71 proc. zostało przy Lewicy, a 18 proc. przeszło do KO. Potwierdziło się więc, że oba główne bloki opozycyjne – liberalny i lewicowy będą „kanibalizowały” sobie nawzajem zbliżony elektorat. Z wyborców PSL przy ludowcach pozostało 68 proc. wyborców, zaś po 9-10 proc. odebrały im KO, Lewica i PiS.

Ciekawie sprawy się mają z wyborcami Kukiz'15. Aż 24 proc. zgarnęła Konfederacja, po 22 proc. - PiS i PSL, 16 proc. - KO, a 12 proc. - Lewica. Wynika z tego, że PSL utrzymał na powierzchni transfer Kukiza (co jest pewnym zaskoczeniem), warto też dodać, że ludowcy przytulili 11 proc. spośród tych, którzy nie głosowali w 2015 r.

Tu uwaga pod adresem Konfederacji. Potwierdziło się to, o czym kiedyś tu pisałem – walenie w PiS z nadzieją, że właśnie tam znajdzie się potencjalnych wyborców jest bez sensu. Podstawowe „żerowiska” wolnościowców i narodowców są dwa: były elektorat Kukiza oraz praca nad pozyskaniem świeżego elektoratu – spośród osób, które nie głosowały w 2015, a poszły do wyborów w 2019, Konfederacji przypadło aż 15 proc. Tędy droga panowie do poszerzania wyborczej bazy, podgryzanie PiS-u nic wam nie da, możecie co najwyżej połamać sobie zęby.


II. Co się dzieje z Polonią?

Teraz kolejna sprawa, może nieco marginalna, ale mogąca mieć wpływ na wybory prezydenckie, gdyby w drugiej turze doszło do walki „łeb w łeb”. Chodzi o wyniki wyborcze wśród Polonii, szczególnie z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej, gdzie łącznie wzięło udział w wyborach 215,9 tys. naszych rodaków (w skali świata – 314 tys.). Otóż PiS wygrało bodaj jedynie w USA i Kanadzie. W całej reszcie państw zwyciężyła KO, a PiS niekiedy notowało nawet trzecie miejsce, za Lewicą. Ogółem KO zdobyła za granicą 38,95 proc. głosów, PiS – 24,89 proc., Lewica – 20,67 proc., Konfederacja – 11,39 proc., PSL – 4,11 proc. To jest wprost niebywałe zważywszy, iż większość głosów oddano w Europie Zachodniej i można domniemywać, że gros z nich pochodziło od ostatniej fali migracji Polaków – tych wypchniętych za chlebem głównie za rządów PO-PSL. Zagłosowali zatem na tych, przez których musieli wyjechać z kraju, szukając godnych warunków życia. Tu uwaga – w USA zagłosowało 29,5 tys. osób, a np. w Wielkiej Brytanii – ponad 88,5 tys., w Niemczech zaś – 46 tys. Zmienia się więc geograficzny ciężar rozlokowania polonijnych wyborców.

Generalnie jednak z powyborczych danych wyłania się dla PiS obraz pozytywny – zwiększyło swoje poparcie niemal w całej Polsce, praktycznie w każdej gminie. Jednak w perspektywie wyborów prezydenckich należy pamiętać, że w drugiej turze, gdy pozostanie dwóch kandydatów, będziemy mieli do czynienia z plebiscytem „za” lub „przeciw”. Można się spodziewać, że kandydat opozycji, kim by nie był, zsumuje rozproszone głosy obozu „anty-PiS”. To, co nie działa w przypadku wyborów partyjnych, gdzie dodatkowo mamy metodę d'Hondta (elektoraty poszczególnych partii idących w koalicji nie muszą się prosto „dodawać”, jak to stało się w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego), może zadziałać przy okazji wyborów prezydenckich, w których decyduje prosta, arytmetyczna większość bez różnych „przeliczników”. Przedsmak tego mieliśmy już teraz przy większościowych wyborach senackich – opozycyjny „pakt senacki” pozbawił PiS dotychczasowej przewagi w izbie wyższej parlamentu.

Wniosek? Decydować będą detale, może nawet śladowe ilości głosów. Zatem, przede wszystkim należy utrzymać mobilizację we własnych wyborczych szeregach – śmiertelnym błędem może się okazać chociażby lekceważenie konserwatywnego elektoratu „odpuszczonego” na rzecz poszukiwań mitycznego „centrum”. Po drugie – trzeba zdwoić wysiłki w kierunku pozyskania wyborców niezdecydowanych, a tym bardzo często imponuje sprawczość i zdecydowanie w działaniu. Po trzecie wreszcie – nie warto zrażać do siebie wyborców Konfederacji wrzaskami o „agenturze” i „ruskich onucach”. Tych kilka procent może się okazać w maju 2020 r. języczkiem u wagi.


III. Przed kampanią wiosenną

To ostatnie kieruję szczególnie pod adresem prorządowych mediów – zarówno publicznych, jak i prywatnych. Jeśli TVP Kurskiego zrobi Dudzie „kampanię” równie finezyjnie ciosaną siekierą, jak ta na rzecz PiS-u, to może być licho. Już lepiej nie robić żadnej – przypomnę, że w 2015 r. Andrzej Duda wygrał mimo tego, że media publiczne nie były jeszcze w rękach „dobrej zmiany”. Sekowanie Konfederacji, pozbawianie głosu w państwowych mediach, pomijanie przy podawaniu wyników sondażowych – słowem, cały ten repertuar nieczystych chwytów, jaki TVP zaprezentowała ostatnio – jest nie tylko chamski. Jest przede wszystkim przeciwskuteczny, co pokazał wyborczy wynik i pozostaje mieć nadzieję, że zostaną z tego wyciągnięte właściwe wnioski, również personalne. Redaktorowi Sakiewiczowi natomiast, jeśli faktycznie leży mu na sercu reelekcja obecnego prezydenta, a nie jakieś własne, partykularne interesiki, doradzałbym, by wiosną powstrzymał się od kuriozalnych apeli w rodzaju tego, jaki przed wyborami parlamentarnymi wystosował do Konfederacji o wycofanie się ze startowania w wyborach. Takie głosy jedynie działają odstręczająco na elektorat na prawo od PiS – to po prostu jest obraźliwe, sugeruje bowiem, że wyborcy Konfederacji nie mają prawa do swej reprezentacji. Warto również dać sobie na wstrzymanie z gardłowaniem o „gawnojedach” i „pożytecznych idiotach” - bo to właśnie od nich, od tego miliona wyborców z hakiem, może zależeć wynik prezydenckiej batalii.

Ujmę to jeszcze inaczej: każdorazowo, gdy celebryci i tzw. intelektualiści z obozu „totalnej opozycji” - te wszystkie Jandy, Nurowskie, Markowskie, Hartmany, Stuhry i Matczaki – zabierają głos obrzygując z całą właściwą im butą i pogardą zwyczajnych ludzi, mieszkańców prowincji, wyzywając ich od ciemnego motłochu, patologii kupionej za „pińćet” i co tam jeszcze mają w swym repertuarze obelg – zacieramy ręce, czyż nie? Cieszymy się i nagłaśniamy każdy taki przypadek, bo doskonale wiemy, że potraktowani w ten sposób wyborcy prędzej odgryzą sobie rękę, niż zagłosują na lewactwo. No więc, dlaczego niektórzy z naszego obozu w podobny sposób zachowują się wobec wyborców Korwina, Brauna czy narodowców? Naprawdę uważacie, że to działa i tamci skruszeni i zawstydzeni przerzucą swoje głosy na PiS? Otóż nie, nie przerzucą – takie potraktowanie odniesie tylko jeden skutek: w kluczowym momencie, w drugiej turze wyborów prezydenckich zostaną w domu. Dlatego już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

niedziela, 21 lipca 2019

Pod-Grzybki 169

Kampania wyborcza pomału zamienia się w film grozy – przynajmniej dla PO-KO. Oto SLD rozzuchwalone sukcesem, jakim dla tego schodzącego reliktu poprzedniej epoki było wprowadzenie swoich ludzi do PE w ramach Koalicji Europejskiej, zaproponowało Platformie kandydatów na wspólne listy do Sejmu. Trzymajcie się Państwo foteli: Jerzy Jaskiernia, Marek Dyduch, Tadeusz Iwiński, Lech Nikolski, Longin Pastusiak. Był kiedyś taki horror pt. „Reanimator”, w którym szalony medyk ożywiał trupy. I właśnie w takiej roli przejdzie do historii Grzegorz Schetyna – jako reanimator zdechłej postkomuny.


*

Chociaż, z drugiej strony, może to być element przemyślanej strategii, bazującej na modnej od jakiegoś czasu nostalgii za latami '90 (tzw. najntisami). Wyobraźmy sobie ten gabinet zombies: Jaskiernia – minister sprawiedliwości, Dyduch – szef KPRM, Iwiński – minister spraw zagranicznych, Nikolski na czele MSWiA, Pastusiak – minister edukacji narodowej (a co, w końcu profesor!). Wystarczy dołożyć do tego w pakiecie Marka Belkę, jako ministra finansów plus dwucyfrowe bezrobocie – i powrót do lat młodości obecnego pokolenia 40-latków (czyli najtwardszego segmentu elektoratu obozu III RP) zapewniony!


*

Tymczasem platformersi udowadniają, że „umią w internety” i lansują kolejne hitowe hasztagi na Twitterze. Był już #TwójSzwab, potem #POrozwalajmy, następnie #ForumPogromowe i wreszcie - #ForumPogrobowe. Zwróćcie Państwo uwagę, że to się układa w pewien ciąg logiczny – wiadomo wszak, że nikt tak nie POrozwala, jak TwójSzwab robiąc POgromy, po których wszyscy wylądują w grobie (zbiorowym, jak wynika z kontekstu). Nie ma to, jak szczerość i spójność programowa. Tylko po co Schetyna chrzanił, że czas na pokazanie programu wyborczego przyjdzie po wyborach? Przecież już teraz widać go jak na dłoni.


*

Eko-wiadomości: mała Inga skutecznie zaszantażowała klimat i wciąż mamy jesień. Drogie dziecko, osiągnęłaś co chciałaś, udowodniłaś, że posiadasz supermoce – więc teraz, proszę cię, wyluzuj! Ja chcę, żeby w lipcu było lato!


*

Na zakończenie coś wyjątkowo bulwersującego. Jak poinformował na antenie Radia Maryja min. Piotr Gliński, dyrektor muzeum POLIN prof. Dariusz Stola odmówił Marcie Kaczyńskiej i Ruchowi Społecznemu im. Lecha Kaczyńskiego zorganizowania międzynarodowej konferencji poświęconej wkładowi Lecha Kaczyńskiego w relacje polsko-żydowskie. Przypomnijmy, że śp. prezydent Lech Kaczyński był jednym z inicjatorów powołania muzeum POLIN i politykiem, który dla stosunków polsko-żydowskich zrobił doprawdy o wiele więcej, niż było to konieczne, z odstąpieniem od ekshumacji w Jedwabnem włącznie. Odmowa zorganizowania poświęconej mu konferencji z ewidentnie małostkowych, politycznych przyczyn jest gorzkim podsumowaniem naiwnej wiary w budowanie wzajemnych relacji na bazie wspaniałomyślnych gestów z polskiej strony. Czy będzie również lekcją na przyszłość? Przekonamy się jesienią, gdy powróci temat „ustawy 447”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

poniedziałek, 5 listopada 2018

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?

O ile pogłoski o śmierci PSL okazały się przesadzone, o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

I. Proroczy psalm

Nie odmówię sobie nawiązania na wstępie do próby rozpętania medialnego shitstormu wokół Psalmu 33 ze słowami „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość”, śpiewanego podczas Mszy Św. w wyborczą niedzielę 21 października. Kolejne redakcje biły rekordy głupoty, dopatrując się złamania ciszy wyborczej i partyjnej agitacji. Trzeba było dopiero wyjaśnień przedstawicieli Episkopatu i przewodniczącego PKW, którzy musieli tłumaczyć tym cymbałom (ze szczególnym uwzględnieniem „Superstacji”), że dobór czytań z Pisma św. nie zależy od widzimisię jakiegoś księdza czy biskupa, tylko jest „na sztywno” przypisany do kolejnych dni w roku. Reguluje to ustanowiony przez Stolicę Apostolską lekcjonarz, obowiązujący w Kościele Katolickim na całym świecie. Cóż, przynajmniej dziennikarskie lewactwo dowiedziało się czegoś nowego – całe zamieszanie pokazuje jednak stopień kulturowego wykorzenienia tego towarzystwa i poziom obsesji na tle obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. Ma to znaczenie o tyle, że te wybory w dużej mierze były samorządowymi tylko z nazwy. O wiele większą wagę, szczególnie w przypadku sejmików i dużych miast, miało symboliczne opowiedzenie się po stronie „PiS lub anty-PiS” - również w aspekcie cywilizacyjno-kulturowym.

Przed nami wprawdzie jeszcze dogrywka, jednak napięcie (może poza Gdańskiem i Krakowem) raczej już opadło, dlatego warto pokusić się o chłodną refleksję tego, co się wydarzyło – korygując przy okazji pewne wnioski formułowane na gorąco, pod wpływem świeżych emocji.

Przede wszystkim, trzeba przyznać, że słowa biblijnego psalmu okazały się prorocze – zwycięstwo PiS jest o wiele większe, niż początkowo się wydawało. W wyborach do sejmików wojewódzkich partia rządząca osiągnęła rezultat 34,13 proc. i tym samym pobiła rekord AWS z 1998 r. (33,32 proc.). Przełożyło się to na 254 miejsca i odebranie palmy pierwszeństwa Platformie Obywatelskiej, która w 2010 r. zdobyła 222 mandaty. Jak już wiemy oznacza to wygraną w 9 województwach i samodzielne rządy w 6 z nich – plus, być może, koalicję z Bezpartyjnymi Samorządowcami w sejmiku dolnośląskim. A zatem, zarówno w liczbach bezwzględnych (PiS w skali kraju zebrało 5 267 667 głosów – kolejny rekord w wyborach samorządowych), jak i procentowo, mamy triumf – i można tylko ubolewać nad kampanijną opieszałością niektórych struktur terenowych, bo władza w kilku kolejnych sejmikach również była na wyciągnięcie ręki.

To jednak jeszcze nie wszystko. Otóż PiS zanotowało również bezprecedensowy wynik w wyborach powiatowych, zwyciężając w 162 powiatach spośród ogólnej liczby 380 (czyli w 43 proc.). To oznacza następny rekord – i tu od razu muszę uderzyć się w piersi, napisałem bowiem przed tygodniem, że na prowincji PiS nie może mierzyć się z PSL. Jak widać może, bowiem ludowcy zachowali władzę jedynie w 40 powiatach.


II. Klęska postkomuny

Warto jeszcze nadmienić, że jeśli chodzi o sejmiki, to na korzyść PiS zagrał chyba podobny mechanizm, jak w wyborach parlamentarnych w 2015 r. Wtedy, jak pamiętamy, samodzielne rządy Zjednoczonej Prawicy zagwarantował niespodziewanie słaby wynik koalicji zgrupowanej wokół SLD, która wylądowała pod ośmioprocentowym progiem wyborczym. Teraz podobnie – lewicowa koalicja padła, paradoksalnie, ofiarą mobilizacji obozu „anty-PiS”, który poparł Koalicję Obywatelską (na rzecz KO SLD straciło 17,5 proc. głosów z 2014 r.). W efekcie, komitet SLD – Lewica Razem uciułał w sejmikach ledwie 11 mandatów – i jedynie w woj. śląskim będzie języczkiem u wagi. Jak to ujął tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz - „opatrzność czuwała”. O ile zatem pogłoski o śmierci PSL okazały się, mimo wyraźnych strat tego ugrupowania, przesadzone - o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

A skoro wspomnieliśmy o PSL – ludowcy stracili niemal milion głosów (inna sprawa, że w 2014 r. prócz machlojek zagrała na ich korzyść niesławna „książeczka” wyborcza, co dało im znaczącą nadreprezentację). Utrata władzy w sejmikach, w tym w świętokrzyskim „bastionie”, to jedno – lecz równie bolesne jest, że w regionach PSL zostało „wyczyszczone” także na poziomie powiatów. Słowem, tam gdzie wygrało PiS, było to zwycięstwo totalne - rzekłbym nawet, że ponad stan, zważywszy na dysproporcję w liczbie członków obu partii (PiS - 34 508, PSL - 100 320). To zaś dla ludowców oznacza wytrącenie z rąk ich podstawowego atutu – czyli możliwości załatwiania Posad Swoim Ludziom. Mowa nie tylko o krzesłach radnych, ale przede wszystkim o dziesiątkach tysięcy stanowisk urzędniczych czy w przedsiębiorstwach komunalnych. Nie bez przyczyny kilka dni temu na portalu gazeta.pl ukazał się dramatyczny artykuł wieszczący czystkę kadrową w przejętych przez PiS województwach. A warto zauważyć, że dla PSL-owców te posady mają nie tylko znaczenie materialne – to również symbol awansu społecznego. Przez ostatnie lata zdążyli przyzwyczaić się do garniturów i garsonek, pokończyli różne kursy, ustawili krewnych i znajomych – a teraz co? Owszem, zapewne zostało im jeszcze całkiem sporo gmin, ale przecież dla wszystkich stanowisk nie wystarczy. Przewiduję płacz i frustrację – a dla „peselu” utrata marki „dobrego pracodawcy” może być początkiem końca.


III. Przed maratonem 2019

Dla odmiany, PiS w stosunku do 2014 r. zyskało ponad 2 mln. głosów – i jest to dobra odskocznia przed wyborami parlamentarnymi. Wprawdzie w porównaniu z 2015 r. mamy ubytek ok. 450 tys. głosów (5 267 667 przy 5 711 671 w 2015), lecz z kolei KO straciła w stosunku do łącznego wyniku Platformy i Nowoczesnej aż 750 tys. głosów, na dodatek sondażowe przepływy elektoratu wg exit polls pokazują, że elektorat PiS jest o wiele bardziej stabilny, co nieźle rokuje na przyszłość.

Ale, żeby nie było tak słodko – w tzw. miastach prezydenckich PiS poniosło klęskę. Druga tura wprawdzie jeszcze przed nami lecz patrząc realistycznie, PiS ma szanse może na kilkanaście prezydenckich foteli spośród 107. Podkreślmy – nie chodzi o największe metropolie, ale przeważnie o ośrodki średniej wielkości. Jest to niewątpliwie lekcja do odrobienia i sądzę, że kierownictwo partii powinno przyjrzeć się uważnie lokalnym oddziałom – z opcją radykalnego „przewietrzenia”. Co ciekawe, transfery socjalne oraz lokalne inwestycje niekoniecznie mają wpływ na polityczne wybory mieszkańców – teoretycznie program 500+ powinien zmobilizować np. beneficjentów z warmińsko-mazurskiego czy zachodniopomorskiego. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Pouczający jest też przypadek Świnoujścia – mimo inwestycji w gazoport i „klepnięcia” budowy tunelu pod Świną, PiS w tym mieście przegrało.

I tu dotykamy wspomnianego na wstępie aspektu cywilizacyjnego. Najwyraźniej, nie tylko wielkie miasta postrzegają PiS jako element „prowincjonalny” i kulturowo obcy – również te średnie mają swoje wielkomiejskie i „europejskie” aspiracje. Dodatkową specyfiką jest głosowanie na kandydatów „niezależnych”, demonstracyjnie odcinających się od partyjnych szyldów. Warto zwrócić uwagę na przykład Katowic, gdzie PiS „podłączyło się” pod bezpartyjnego kandydata – inaczej nie byłoby sukcesu. Jak przekonać do siebie ten segment elektoratu – oto zagadka, którą sztabowcy PiS będą musieli rozwikłać, bo o ile metropolie nie muszą mieć decydującego wpływu na wynik w skali ogólnopolskiej, to już łączny rezultat w dużych i średnich miastach może zaważyć na końcowym sukcesie bądź porażce.

A już za moment czeka nas kolejna poważna batalia o przyszłość Polski – i to nie tylko o utrzymanie samodzielnych rządów obozu patriotycznego. Również wiosenne wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne jak nigdy wcześniej, bowiem za sprawą rosnących w siłę ugrupowań antysystemowych szykuje się możliwość przemeblowania europejskiej sceny politycznej w pożądanym przez nas kierunku. Biorąc to pod uwagę, mocna reprezentacja PiS mogłaby znacząco przyczynić się do poprawy pozycji Polski w trudnych relacjach z Brukselą.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (02-08.11.2018)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Przyszła koalicja: PO-SLD



Ostatnie poczynania Platformy Obywatelskiej to przygotowywanie gruntu pod przyszłą koalicję z SLD.



I. Oczyszczanie przedpola.


Pamiętają może Państwo ile to było niedawno wrzasku w reżimowych mediodajniach, że PiS planuje po jesiennych wyborach koalicję z SLD? Mówiąc pół żartem pół serio, trudno o lepszy przykład psychologicznego mechanizmu przeniesienia, czyli przypisania własnych intencji przeciwnikowi. Mówiąc zaś zupełnie poważnie, była to operacja mająca na celu wymuszenie na PiS deklaracji, że takowa koalicja nie jest brana pod uwagę, po to by oczyścić sobie przedpole. Na podobnej zasadzie Michnik i jego środowisko pryncypialnie gromiło wszelkie inicjatywy podjęcia rozmów z PZPR wychodzące z konkurencyjnych podziemnych środowisk, by następnie samemu dogadać się z komunistami i stać się jedynymi po stronie „opozycyjnej” beneficjentami owoców „okrągłego stołu”.


Cóż – Platforma to typowa bezideowa partia władzy (w języku propagandy IIIRP mówi się o takich - „pragmatycy”), więc różne wolty i zakręty nie szkodzą jej tak, jak ugrupowaniom podkreślającym tradycjonalną ideowość (tacy w języku propagandy IIIRP zwani są dla odmiany „populistami”). W tym kontekście przestaje więc dziwić platformiany zwrot w lewo, zaś zmiana retoryki ma tu służyć wyłącznie przygotowaniu gruntu pod powyborczą koalicję z SLD. Ma oswoić elektoraty obu partii z myślą o przyszłym sojuszu, tak by ten mariaż był do przełknięcia dla opinii publicznej i jawił się jako naturalna konsekwencja przebytej politycznej drogi.


II. Zapateryzm light.


Opisywany ideowy fikołek PO przejawia się przede wszystkim ukłonami pod adresem tzw. lewicy kulturowej. Nagle okazało się, że „związki partnerskie” są OK, nie wyklucza się możliwości adopcji dzieci przez homoseksualistów, zaczęło się podszczypywanie Kościoła (słynne „nasz rząd nie będzie klękał przed księdzem”). Ten zapateryzm w wersji light, lub bardziej swojsko - złagodzony palikotyzm, wprawiał początkowo fanów PO w pewne zakłopotanie, bowiem Platforma chciała uchodzić do tej pory za ugrupowanie umiarkowane, unikające ostrych konfrontacji cywilizacyjno-światopoglądowych, czego wyrazem był bezwład decyzyjny w kwestii zapłodnień in vitro i kokietowanie Kościoła rekolekcjami w Łagiewnikach.


Lewicowy zwrot uzyskał oficjalne potwierdzenie na sobotniej konwencji Platformy, tym bardziej, że został wsparty konkretnymi transferami takich ludzi jak Arłukowicz czy Rosati oraz liberalnej obyczajowo Kluzik-Rostkowskiej. Dodajmy do tego decyzje o wstawianiu na dobre miejsca działaczy SdPl na listach wyborczych, co budzi zresztą niezadowolenie terenowych struktur PO, które czują się wykorzystane (na zasadzie - my tu orzemy w terenie, a miejsca na listach dostają „obcy”). Jeżeli rysowany tu scenariusz się sprawdzi, to po wyborach może się okazać, że różni lewicowi „dysydenci” wcale nie odeszli od swych macierzystych ugrupowań tak daleko...


III. A co z Gowinem?


Charakterystyczna jest w tym kontekście postępująca marginalizacja platformerskich konserwatystów. Na konwencji Platformy zabrakło Gowina (formalnym powodem absencji była hospitalizacja jego wnuka), co trudno interpretować inaczej niż jako sprzeciw wobec obranego przez partię kursu. Zresztą, jak się zdaje nikt z działaczy nie płakał z powodu jego nieobecności, bowiem w tworzącej się konfiguracji Gowin i jego zwolennicy nie są już nawet listkiem figowym, tylko wręcz zawalidrogami.


Gowinowi nie zazdroszczę – będzie musiał bowiem niedługo dokonać trudnego wyboru: albo tkwić w oficjalnie zblatowanej z postkomunistami Platformie i tracić resztki twarzy, albo zrobić rozłam i wzbogacić pejzaż politycznego planktonu, tworząc co najwyżej koalicję z Prawicą RP Marka Jurka czy resztkami po PJN. Teoretycznie możliwe byłoby przejście do Prawa i Sprawiedliwości, lub jakaś forma współpracy, ale tylko pod warunkiem przełamania pewnych barier psychologicznych po obu stronach.


IV. Domknięcie systemu.


W tej układance nie można oczywiście pominąć Pałacu Prezydenckiego wokół którego odtwarza się środowisko polityczne dawnej Unii Demokratycznej, której idee fixe od zawsze był „historyczny kompromis” między „światłą” częścią dawnej solidarnościowej opozycji a „liberałami” wywodzącymi się z PZPR. Przy błogosławieństwie Pałacu, tudzież wsparciu służb „tajnych widnych i dwupłciowych” oraz mediów ten scenariusz jest bliższy realizacji niż kiedykolwiek.


W ten oto sposób system polityczny IIIRP zostanie ostatecznie domknięty i nawet powstanie PJN plus dalsza ewolucja w stronę przystawki PO (mimowolnie lub nie) wpisuje się w ten obrazek. Tak się bowiem składa, że w czasach, kiedy powstawały PiS i Platforma, licytujące się do pewnego momentu w radykalnej krytyce Trzeciej i postulatach budowy Czwartej RP, wielu ludzi znalazło się w każdym z tych ugrupowań „przypadkowo”. Taki Poncyliusz czy Kluzik-Rostkowska zdecydowanie bardziej pasują do Platformy, zaś pewnie w PO znalazłoby się trochę osób bardziej nadających się do Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli PJN zostanie do reszty zwasalizowane, lub się rozpadnie na tych którzy pójdą w ślady Kluzik-Rostkowskiej i tych, którzy wdzieją wór pokutny i powrócą do PiS-u, zaś platformerscy „konserwatyści” zdecydują się na secesję, to porządkowanie sceny politycznej znajdzie swój logiczny finał. Będzie „centrolew” z PO i SLD kontra „centroprawica” reprezentowana przez PiS i plankton, zaś między nimi obrotowy koalicjant, czyli PSL reprezentujące lobby „agrarne”.


V. Orkiestra czeka. Czy może czekać Polska?


Na zakończenie zwrócę uwagę, że to co w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości miało być szczytem politycznego cynizmu i wyrachowania (owa mityczna koalicja z SLD), w wykonaniu Platformy przedstawiane jest jako odpowiedzialne działanie respektujące demokratyczną wolę obywateli. Tak się bowiem składa, że TVP, jakby reagując na nową, prolewicową linię Partii i Rządu, przeprowadziła sondaż zaprezentowany w niedzielnych (dzień po konwencji PO) „Wiadomościach” i skwapliwie przedrukowany na stronach internetowych „Wyborczej”, z którego wynika, że większość obywateli życzy sobie koalicji PO-SLD. Jest to wyraźny sygnał, że propagandowa orkiestra czeka tylko na znak, by przystąpić do szturmu na świadomość wyborców.


Co z tym wszystkim ma zrobić PiS? Dobre pytanie. Póki co nie zanosi się bowiem na miażdżącą wygraną w stylu Orbana. Owszem, PiS może czekać na ostateczny krach wszystkiego, jeszcze przed końcem następnej kadencji i zgarnięcie całej puli, pamiętając doświadczenia z poprzednimi koalicjantami będące wynikiem błędnej decyzji o nierozpisywaniu przedterminowych wyborów przy okazji „kryzysu budżetowego”. Osobiście obstawiam, że spodziewane załamanie nastąpi – z różnych przyczyn - po Euro 2012, a więc niedługo. Tak więc PiS może ten rok-dwa poczekać. Pytanie, czy może czekać Polska.


Gadający Grzyb

piątek, 12 marca 2010

Trudne małżeństwo.


Relacja PiS – elektorat w kontekście przymiarek do koalicji z SLD. Próba analizy.



1) Futbolowo - małżeńska analogia.

Życie polskiego zwolennika prawicy jest jak życie kibica piłki nożnej – długie okresy cierpienia i przeżywania klęsk, przeplatane krótkimi chwilami euforii, gdy naszym patałachom uda się odnieść jakiś sukces.

Mimo to, kibic trwa z ukochaną drużyną – w doli i niedoli, w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i niedostatku. Innymi słowy – jeśliś, na swoje nieszczęście, Polaku, związał się emocjonalnie z jakąkolwiek emanacją swego patriotycznego jestestwa – czy to w formie futbolowej drużyny, czy też prawicowej partii politycznej - bądź przygotowany na najgorsze. Zawczasu możesz ustawić się w sytuacji żony poniewieranej przez męża - bydlaka, podpierającej się maksymą: „niechby pił, niechby bił, byle był”.

Ale, do jasnej, są granice. Taką granicę przekroczyli np. aktualni właściciele Legii Warszawa (ci od „ITI – sp…aj!”), co „zaowocowało” permanentnym kibicowskim bojkotem i postawiło pod znakiem zapytania opłacalność koncernowej inwestycji w klub z ulicy Łazienkowskiej – i to mimo niemal półmiliardowej dotacji otrzymanej od miasta rządzonego przez platformerską ekipę Hanny Gronkiewicz - Waltz. Bo nawet, gdy powstanie piękny stadion - któż go zapełni?

2) Aroganckie poczucie bezalternatywności.

Na podobnej granicy balansuje w tej chwili Prawo i Sprawiedliwość, wypuszczając kolejne balony próbne mające na celu wysondować, czy „twardy” elektorat zaakceptowałby mariaż z SLD. Nikt nie przekona mnie, że panowie Adam Hofman, Michał Kamiński, czy Adam Lipiński mówią to co mówią - ot tak, sami z siebie, bez wiedzy prezesa. Sądzę, że za wspomnianymi „balonami” stoi tyleż głębokie, co aroganckie przekonanie o „bezalternatywności” PiS dla prawicowego elektoratu, czego dowodem są cytowane przez Tomasza Sakiewicza słowa Adama Lipińskiego, że cokolwiek partia zrobi, to zwolennicy i tak na nią zagłosują, bo nie mają innego wyjścia. (niezalezna.pl/article/show/id/31458)

Najwyraźniej, PiS uznał, że ma na tyle mocną pozycję po „prawej stronie", by poczuć się władnym dyrygować swoim „zasobem elektoratu", który wszystko przełknie, wytłumaczy sobie, że tak być powinno, bo w imię wyższych celów i tak dalej… i pobieży do urny z kartką w zębach.

A to nie tak. Partia nie powinna dyrygować wyborcami, tylko wsłuchiwać się w ich głosy. Relacja partia - zwolennicy winna się ucierać na zasadzie wzajemności. Na tym (między innymi) polega demokracja. Aż wstyd to tłumaczyć.

Tymczasem wygląda na to, że Kaczyński za pomocą swych przybocznych sonduje, na ile może pograć ze swymi wyborcami w „salonowca”…

Powiem od razu: ze mną w taką gierkę nie pogra.

3) PiS nad Rubikonem.

Władze PiSu, rojąc o ewentualnym sojuszu z SLD, prześlepiają to samo, co prześlepiły władze ITI, kupując Legię Warszawa: wybudują stadion, który będzie świecił pustkami. Kibice się odwrócą. Bo zostali zdradzeni. W efekcie powstanie „piękny kościół, w którym nie ma Boga”, czyli prawdziwych – ideowych, a nie koniunkturalnych zwolenników. Prawo i Sprawiedliwość nie wyciągnęło żadnych wniosków z ostatnich lat. Albo inaczej: wyciągnęło, tyle że błędne.

Pisowscy decydenci pomyśleli sobie zapewne tak: „skoro wyborcy znieśli koalicję z LPR i Samoobroną, to znaczy że zniosą wszystko”. Otóż nie, nie zniosą. Wyborcy PiS już przy poprzednim mezaliansie zaciskali zęby i „wytrzymywali” ledwo – ledwo. Powyborczy sojusz z SLD na wzór tego z TVP, będzie przekroczeniem Rubikonu, za którym trzeba będzie pożegnać się z wszelkimi projektami uzdrowienia państwa, Czwartej Rzeczypospolitej, oczyszczenia życia publicznego z mafijno – peerelowskich złogów… Zostanie tylko bezideowa gra o władzę dla niej samej. Znikną wszelkie przyczyny dla których znaczna część wyborców głosowała dotychczas właśnie na a nie inną partię.

***

Wyciszenie na ostatnim zjeździe tradycyjnych, najmocniejszych PiSowskich tematów, jak walka z przestępczością (w tym z przestępczością zorganizowaną), czy z różnymi przejawami korupcji i zastąpienie ich retoryką typu „ciepła woda w kranach” (tu w wersji „wakacje w Egipcie”), można odczytywać nie tyle jako błąd, ile jako świadome ustawianie wizerunku pod przyszłą koalicję z SLD. Tak, by z kolei liderzy Sojuszu mogli wyjaśnić swojemu elektoratowi, że ten PiS, to już nie są żadni „prawicowi inkwizytorzy”, tylko dojrzała, nowoczesna i umiarkowana "partia środka".

Marnie to wróży.

4) PiS łaknie własnych „lemingów”.

Nawiązując jeszcze do futbolowej analogii: ITI postanowiło sobie wyhodować na Legii nowych kibiców – z lepszej komercyjnie grupy „targetowej”. Z kolei , Prawo i Sprawiedliwość, najwyraźniej postanowiło wyhodować sobie nowych wyborców – mniej ideowych, mniej niezależnych intelektualnie a przez to bardziej bezkrytycznych. Słowem, PiS postanowiło stworzyć własnych lemingów.

Sposób, w jaki traktowani są na Woronicza konserwatywni publicyści (Wildstein!), których podstawową wadą jest odporność na naciski i to, że nie są „na telefon”, daje do myślenia. W oczach partyjnych macherów ich niezależność przestała być atutem – stała się zbędnym balastem. Na mój nos, może stanowić to przedsmak zmiany nastawienia partii do konserwatywnej części elektoratu, która zaczyna zawadzać w zawiązaniu koalicji z postkomunistami. Patrząc pod tym kątem, wyborcy o wyrazistym profilu ideowym (patriotycznym, antykomunistycznym, cywilizacyjno - światopoglądowym) wraz ze swymi wymaganiami, zaczynają stanowić garb, którego partia może nie mieć ochoty dłużej nosić.

Jeżeli powyższe obawy się potwierdzą, pozostanie jedno – skonstatować, mówiąc językiem sądowym „ostateczny rozkład pożycia” w tym od początku trudnym małżeństwie.

5) Wyborca uprzedmiotowiony.

Nie ukrywam, że jako wyborca Prawa i Sprawiedliwości z każdym rokiem coraz bardziej czuję się uprzedmiotowiony – traktowany jak klient przez patrona, by nie rzec: jak mięso wyborcze, które według przytaczanych już słów Adama Lipińskiego i tak zagłosuje na PiS, bo nie ma innego wyjścia. Nie jest mi, delikatnie mówiąc, z tą świadomością komfortowo. Oczywiście, wyborcy PO nie są traktowani lepiej – tylko (jeszcze?) nie zdają sobie z tego sprawy, uwiedzeni zręczną propagandą i nękani widmem „kaczyzmu”.

Niemniej, jeżeli ów przedmiotowy stosunek partii do „elektoratu”, podszyty pogardą (bo czymże jest mruganie oczkiem do postkomunistów, jak nie wyrazem pogardy dla własnych wyborców) będzie narastał, to obawiam się, że PiS czeka przy urnach niemiłe rozczarowanie. I to niejedno.

***

Zakończę komentarzem, który zamieściłem pod wpisem Budynia78 (www.niepoprawni.pl/blog/3/koalicja-pis-sld-bez-sensu):

W piłkarskim slangu funkcjonuje takie pojęcie, jak „zadryblować się na śmierć". Koalicja z SLD byłaby właśnie takim „zadryblowaniem". "Dryblerzy" Hofman i Kamiński (plus Lipiński) – do drużyny rezerw!

Gadający Grzyb


P.S. Podczas pisania tekstu wykorzystałem swoje komentarze pod wpisami:

Chłodnego Żółwia - www.niepoprawni.pl/blog/94/pandemia-naszosci-wsrod-blogerow-i-dziennikarzy#comment-56305

Budynia78- www.niepoprawni.pl/blog/3/koalicja-pis-sld-bez-sensu#comment-57367

www.niepoprawni.pl/blog/3/koalicja-pis-sld-bez-sensu#comment-57480

P.S.2 Ilustracja nawiązuje do mojej poprzedniej „PiSowskiej” analizy (grudzień 2008) www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-pis-ma-szanse-na-przyciagniecie-mlodych-ludzi

Nie bez przyczyny, niestety…

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 25 lutego 2010

PiS dał ciała w TVP.


PiS może sobie mieć „Jedynkę” - ale na warunkach SLD!

Historia kompromitacji.


Gdy Prawo i Sprawiedliwość wchodziło w medialny sojusz z SLD, siedziałem cicho i tylko kląłem pod nosem. Gdy oba ugrupowania podzieliły się wpływami, na zasadzie: „Jedynka” dla PiS-u, „Dwójka” dla SLD, TVP Info jako wspólne „kondominium”, zaświtała nawet we mnie iskierka nadziei na przełamanie salonowego monopolu medialnego spod znaku Tusk Vision Network…

O, słodka naiwności…

Oczywiście, cały układ rychło poszedł w diabły, albowiem eseldowscy wyjadacze, pamiętający czasy Roberta Kwiatkowskiego (np. Jacek Snopkiewicz, szef TVP Info), nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali sięgnąć po więcej, szantażując PiS możliwością dogadania się z PO. Gdy dołożymy animozje personalne w łonie „prawicowej” ponoć redakcji „Jedynki”, (Wojciech Hoflik kontra Anita Gargas) można powiedzieć, że PiS podał SLD telewizję na srebrnej tacy. Prawicowi nowicjusze dali się rozegrać jak dzieci.

Trzeba sobie jasno powiedzieć – w walce o wpływy na Woronicza, Prawo i Sprawiedliwość dało haniebnie ciała. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było żałośnie tragiczne.

Jeżeli przy pierwszej poważnej awanturze (o prapremierę „Towarzysza Generała”), rzekoma „prawica” podkula ogon pod siebie i „odpuszcza” Anitę Gargas oraz blokuje powtórkę dokumentu o rekordowej oglądalności w swej kategorii, a także rezygnuje z innych podobnych projektów, oznacza to tylko jedno - PiS może sobie mieć „Jedynkę” ale na warunkach SLD!

Ptaszki ćwierkają, że niepewna jest pozycja innych niezależnych dziennikarzy o konserwatywnych poglądach – Sakiewicza i Wildsteina. W zamian za to SLD ma przymknąć oko na przedwyborczą propagandę na rzecz Lecha Kaczyńskiego.

Już to widzę… Zresztą, nawet gdyby postkomuniści rzeczywiście „nie zauważyli” przedwyborczego, hm – powiedzmy, „pijaru”, to taka, zapewne dość toporna stronniczość, może być wręcz przeciwskuteczna.

Moim skromnym zdaniem, więcej filmów w rodzaju „Towarzysza Generała” (plus powtórki), czy kilka puszczonych w dobrym czasie programów Ziemkiewicza lub Wildsteina (o „Misji Specjalnej” nie wspominając), zrobiłoby więcej dobrego dla tzw. „ogólnego klimatu”, niż jawnie tendencyjnie poprowadzony „Dziennik Telewizyjny”… to jest, chciałem powiedzieć, „Wiadomości”.

Czy tak trudno to zrozumieć?

SLD i Salon zrozumiały doskonale – stąd ich wściekłość i bezprzykładna nagonka. Wiedzieli gdzie uderzyć. Ostatnią rzeczą jakiej sobie życzą, jest nawrót klimatu „moralnego wzmożenia” w usypianym do tej pory elektoracie.

Niestety, najwyraźniej Jarosław Kaczyński po raz kolejny woli postawić na model „BMW” (bierny, mierny ale wierny – czytaj, dyspozycyjny). Ten błąd się zemści. O „dyplomatycznym urlopie” prezesa Ożoga nawet nie chce się pisać.

Teoria spiskowa.

Na marginesie, podzielę się spiskową teorią: jako rzekłem, SLD zaszantażowało PiS możliwością dogadania się z Platformą. Otóż, sądzę że postkomuna już dogaduje się po cichu z PO i dlatego, konsekwentnie, „metodą salami”, będzie rugować z telewizji nie tyle PiS, ile tzw. „pisowskich dziennikarzy”, którym to terminem zwykło się określać tych publicystów, którzy nie płyną z dominującym, salonowo - mainstreamowym prądem. PiS teoretycznie zachowa wpływ na TVP 1, używając starych, sprawdzonych telewizyjnych wycirusów w charakterze czynowników od propagandy (na zasadzie – służyli tamtym, posłużą i nam), którzy to „czynownicy” bez skrupułów zdradzą przy pierwszej okazji.

Jak krótkowzroczne jest takie myślenie, wszyscy niedługo się przekonamy.

Osobiście.

Pozwolę sobie zakończyć tę notkę elementem emocjonalnym: Panie prezesie Jarosławie Kaczyński! Pańska partia, partia na którą głosowałem, zawiązała szemrany politycznie układ z postkomuną, poważnie nadwyrężając tym samym swą wiarygodność. W zamian nie uzyskaliście niczego, poza solidną porcją wstydu.

Warto było?

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl