Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory parlamentarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory parlamentarne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2019

Pod-Grzybki 169

Kampania wyborcza pomału zamienia się w film grozy – przynajmniej dla PO-KO. Oto SLD rozzuchwalone sukcesem, jakim dla tego schodzącego reliktu poprzedniej epoki było wprowadzenie swoich ludzi do PE w ramach Koalicji Europejskiej, zaproponowało Platformie kandydatów na wspólne listy do Sejmu. Trzymajcie się Państwo foteli: Jerzy Jaskiernia, Marek Dyduch, Tadeusz Iwiński, Lech Nikolski, Longin Pastusiak. Był kiedyś taki horror pt. „Reanimator”, w którym szalony medyk ożywiał trupy. I właśnie w takiej roli przejdzie do historii Grzegorz Schetyna – jako reanimator zdechłej postkomuny.


*

Chociaż, z drugiej strony, może to być element przemyślanej strategii, bazującej na modnej od jakiegoś czasu nostalgii za latami '90 (tzw. najntisami). Wyobraźmy sobie ten gabinet zombies: Jaskiernia – minister sprawiedliwości, Dyduch – szef KPRM, Iwiński – minister spraw zagranicznych, Nikolski na czele MSWiA, Pastusiak – minister edukacji narodowej (a co, w końcu profesor!). Wystarczy dołożyć do tego w pakiecie Marka Belkę, jako ministra finansów plus dwucyfrowe bezrobocie – i powrót do lat młodości obecnego pokolenia 40-latków (czyli najtwardszego segmentu elektoratu obozu III RP) zapewniony!


*

Tymczasem platformersi udowadniają, że „umią w internety” i lansują kolejne hitowe hasztagi na Twitterze. Był już #TwójSzwab, potem #POrozwalajmy, następnie #ForumPogromowe i wreszcie - #ForumPogrobowe. Zwróćcie Państwo uwagę, że to się układa w pewien ciąg logiczny – wiadomo wszak, że nikt tak nie POrozwala, jak TwójSzwab robiąc POgromy, po których wszyscy wylądują w grobie (zbiorowym, jak wynika z kontekstu). Nie ma to, jak szczerość i spójność programowa. Tylko po co Schetyna chrzanił, że czas na pokazanie programu wyborczego przyjdzie po wyborach? Przecież już teraz widać go jak na dłoni.


*

Eko-wiadomości: mała Inga skutecznie zaszantażowała klimat i wciąż mamy jesień. Drogie dziecko, osiągnęłaś co chciałaś, udowodniłaś, że posiadasz supermoce – więc teraz, proszę cię, wyluzuj! Ja chcę, żeby w lipcu było lato!


*

Na zakończenie coś wyjątkowo bulwersującego. Jak poinformował na antenie Radia Maryja min. Piotr Gliński, dyrektor muzeum POLIN prof. Dariusz Stola odmówił Marcie Kaczyńskiej i Ruchowi Społecznemu im. Lecha Kaczyńskiego zorganizowania międzynarodowej konferencji poświęconej wkładowi Lecha Kaczyńskiego w relacje polsko-żydowskie. Przypomnijmy, że śp. prezydent Lech Kaczyński był jednym z inicjatorów powołania muzeum POLIN i politykiem, który dla stosunków polsko-żydowskich zrobił doprawdy o wiele więcej, niż było to konieczne, z odstąpieniem od ekshumacji w Jedwabnem włącznie. Odmowa zorganizowania poświęconej mu konferencji z ewidentnie małostkowych, politycznych przyczyn jest gorzkim podsumowaniem naiwnej wiary w budowanie wzajemnych relacji na bazie wspaniałomyślnych gestów z polskiej strony. Czy będzie również lekcją na przyszłość? Przekonamy się jesienią, gdy powróci temat „ustawy 447”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

sobota, 12 września 2015

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?

Kukiz chce z jednej strony wejść w buty prawdziwego polityka, do czego nie bardzo się nadaje choćby ze względów charakterologicznych, z drugiej – pozostać kontestatorem-outsiderem.
 

I. Antysystemowe gry i zabawy

Gdy po wyborach prezydenckich pisałem tekst „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie” wiązałem z ruchem tworzącym się wokół pana Pawła spore nadzieje. Dziś, po kilku miesiącach cokolwiek mi wychłódło, do czego przyczynił się sam „woJOWnik”. Miotanina programowo-organizacyjna pokazuje, że chyba przerósł go sukces. Kukiz chce z jednej strony wejść w buty prawdziwego polityka, do czego nie bardzo się nadaje choćby ze względów charakterologicznych, z drugiej – pozostać kontestatorem-outsiderem. Wybuchowy temperament, podszyty artystyczną histerią może sprawdzać się na scenie, ale jest poważną przeszkodą w uprawianiu polityki. Czym innym jest solowy popis w wyborach prezydenckich (choć wsparty sztabową krzątaniną za kulisami), a czym innym gra zespołowa w wyborach parlamentarnych. Rozumiem, że Kukiz nie chciał być marionetką dolnośląskich „etatowych samorządowców”, ale bez zaplecza i struktur niczego się nie osiągnie. Kukiz w końcu to zrozumiał i wszedł w alians z częścią narodowców, tłumacząc to właśnie posiadaniem przez nich wypracowanych latami struktur. Spowodował zresztą przez to rozłam w Ruchu Narodowym – panowie Winnicki i Bosak spragnieni poselskich foteli jak kanie dżdżu, odsunęli z funkcji wiceprzewodniczącego Mariana Kowalskiego, bo okazał się zbyt ideowy i najwyraźniej nie pojął w porę aktualnej mądrości etapu, krytykując zakradające się na listy ruchu Kukiza spady po Palikocie i inne lewactwo, które – nazwijmy tu uprzejmie - „pragmatycznym” liderom RN jakoś nie przeszkadza.

Różne przetasowania wśród „antysystemowców” są dla mnie, przyznam się, mocno rozczarowujące. Miałem nadzieję, że rozsądek jednak zwycięży i jakoś się dogadają - kukizowcy, narodowcy, Braun, Nowa Prawica... niestety, najwyraźniej zwyciężyły partykularne ambicyjki. Szkoda, bo jeżeli ruch Kukiza wejdzie do Sejmu (a tu już pojawia się znak zapytania), to z o wiele mniejszą ilością szabel, niż mogło to być w przypadku większego bloku. Tym samym zanika podstawowy walor tej formacji - dyscyplinowanie PiS, by nie wystygło w swych przedwyborczych, reformatorskich zapałach. Każdy aparat partyjny ma bowiem skłonność do obrastania w piórka i kierowania się własnymi, odrębnymi interesami - i PiS nie jest tu bynajmniej żadnym wyjątkiem. Ta prawidłowość sprawia, iż w Sejmie potrzebny jest trybun ludowy ze znacznym poparciem, utrzymujący tym samym odpowiednie ciśnienie radykalizmu, tak by rządzący nie mogli się wygodnicko wymiksować z przedwyborczych zapowiedzi.

Dla samego Kukiza najkorzystniejsze byłoby, gdyby wytrwał w swej programowej abnegacji demonstrowanej w kampanii prezydenckiej i poprzestał na ogólnikowym pokrzykiwaniu o rozwaleniu systemu oraz JOW-ach. W momencie, gdy zaczął wikłać się w szczegóły programowe okazało się, że po pierwsze – ma w głowie niezłą kaszę, a jego postulaty są od sasa do lasa; po drugie – jego wiedza merytoryczna pozostaje na poziomie gazetowych nagłówków; po trzecie wreszcie – nie jest w stanie sprawnie zwerbalizować tego, co chce przekazać odbiorcom. Do powyższego dochodzą pokraczne dla antyestablishmentowego radykała posunięcia w rodzaju konsultacji programowych ze specjalistami z Centrum Adama Smitha (coś takiego mógłby zrobić np. Petru, a nie antysystemowiec), czy korzystanie z porad byłego funkcjonariusza SB. To ostatnie może być zresztą po prostu wynikiem ogólnych prawideł gry na naszej scenie politycznej. Najwyraźniej każdy kto chce zaistnieć musi mieć „swojego ubeka”, tak jak niegdyś każdy ziemianin miał „swojego Żyda” - i tylko od sprawności intelektualnej oraz siły charakteru zależy, kto w tym układzie jest realnie górą: czy polityk (ziemianin) wysługuje się swoim ubekiem (Żydem), czy to jednak ubek (Żyd) kręci politykiem (ziemianinem). Krótko mówiąc – Kukiz jako „polityk niepolityczny”, czyli taki, który funkcjonując w polityce nie myśli jednocześnie charakterystycznymi dla niej kategoriami ma swój sens, natomiast Kukiz usiłujący jednak do prawideł politycznych się dostosować jest kompletnie bez sensu.

Innymi słowy, gdyby Kukiz poszedł do wyborów w szerszej koalicji, to po pierwsze - nie musiałby udawać, że ma jakiś program poza JOW-ami; po drugie - nie musiałby się troszczyć o zaplecze organizacyjne, bo te zapewniłyby koalicyjne ugrupowania; po trzecie - nie musiałby się biedzić nad samodzielnym układaniem list, bo jego ludzie wzięliby tyle, ile wynikałoby z wynegocjowanego parytetu, a więc - i tu po czwarte - mógłby dalej odgrywać rolę w której czuje się najlepiej: odjechanego kontestatora i showmana, który chce zniszczyć system. A tak - nie dość, że wszystko musi robić sam, to jeszcze przytłoczony partyjną robotą traci walor świeżości i wdzięk zbuntowanego outsidera.

II. Fałszywa strategia prawicowego mainstreamu

Pisząc o Kukizie, nie sposób nie zatrącić o słynną rozmowę w TV Republika z „funkcjonariuszką” Zony Wolnego Słowa Katarzyną Gójską-Hejke, czyli prawicową odmianą tefałenowskiej „Stokrotki”. O samym wywiadzie napisałem już w „Pod-Grzybkach”, więc nie będę się tu powtarzał, natomiast chciałbym uczynić go punktem wyjścia do nieco szerszej refleksji. Otóż, Kukiz przychodząc do, mówiąc jego językiem, „PiS-owskich k...ew”, poczynił jak sądzę błędne założenie – liczył mianowicie na potraktowanie łagodniejsze, niż w mediach reżimowych. I tu się naciął, albowiem media „niepokorne” jadą w wyborczym rydwanie PiS, ich celem jest samodzielna większość, więc naturalne, że nie mógł liczyć na żadną taryfę ulgową. I dla PO i dla PiS kukizowcy oraz reszta antysystemowców są jedynie zawadą, zatem powinien założyć z góry, że będzie obrywał i od jednych i od drugich. Poza tym, „niepokorni” przejmują metody mainstreamu, tylko wektor skierowany jest w przeciwną stronę. Z jednym wyjątkiem – w grillowaniu Kukiza obie strony sporu idą ręka w rękę, choć tylko jedna z nich ma w tym realny interes i jest to strona rządowa. Natomiast PiS-owi i jego mediom jedynie wydaje się, że osłabianie Kukiza gra na ich korzyść. Jest dokładnie odwrotnie i temu błędnemu rozeznaniu własnych interesów poświęcę teraz kilka zdań.

PiS i związane z nim media będące - jak w przypływie szczerości wyznał Sakiewicz - pasem transmisyjnym na linii partia – elektorat, atakując czy to Kukiza, czy narodowców, nie rozumieją jednego: otóż ruchy antysystemowe, mogłyby w Polsce spełniać podobną rolę jak węgierski Jobbik. Jobbik, będący formalnie w opozycji wobec Orbana, zagospodarowuje z radykalnych pozycji ten segment elektoratu, który jest z różnych względów niechętny Fideszowi, a tym samym nie dopuszcza do odzyskania znaczenia przez tamtejszych liberałów i postkomunę. Z punktu widzenia Orbana taki układ jest wręcz idealny, bo zapewnia mu status niekwestionowanego lidera na węgierskiej scenie politycznej. Ale takie podejście dla naszych politycznych orłów-sokołów jest zbyt trudne. Oni wolą marzyć o zgarnięciu całej puli. Otóż nie, nie zgarną. Przypominam, że mimo iż większość wyborców Kukiza poparła w II turze Dudę, to jednak 40% zagłosowało mimo wszystko na Komorowskiego. Gdyby Kukiz mógł liczyć chociażby na przychylną neutralność prawicowego mainstreamu, to miałby szansę spacyfikować w wyborach parlamentarnych sporą część elektoratu Platformy. A tak - ludzie ci pójdą głosować w październiku na PO. Tak więc, obiektywnie patrząc, atakując Kukiza, udziela się wsparcia dotychczasowemu układowi. Że robią to media reżimowe - rozumiem. Ale w wydaniu mediów opozycyjnych podobna strategia zakrawa na samobójcze szaleństwo.

Chciałbym zobaczyć miny tych wszystkich mądralińskich, epatujących dziś na prawo i lewo triumfalizmem, trąbiących że PiS idzie po samodzielną lub wręcz po konstytucyjną większość i dlatego należy wygniatać antysystemową konkurencję, gdy się okaże, że owszem, udało się zgnoić Kukiza na tyle, że nie wejdzie do sejmu, lub osiągnie niewiele ponad 5 procent, ale PiS mimo to nie będzie miał większości ani widoków na jawnego bądź cichego koalicjanta. Chociaż nie - oni nie będą mieli sobie nic do zarzucenia i zwalą całą winę na „plankton”, który z pewnością w ramach jakiejś mrocznej agenturalnej gry „odebrał” PiS-owi głosy, choć jako żywo elektorat PiS-u i radykałów to nie jest ta sama bajka.

III. JOW-y powiatowe

Na zakończenie jeszcze kilka słów o JOW-ach. Nie są one oczywiście cudownym remedium na wszelkie patologie życia publicznego (jak zachwalają kukizowcy), podobnie jak nie są dopustem Bożym, czym straszą nas ich przeciwnicy. Nie sądzę, by odsetek szemranych typków w parlamencie podniósł się znacząco w porównaniu ze stanem obecnym, podobnie jak nie wzrosła by korupcja polityczna (teraz to niby różne lobbies nie kupują ustaw? Kupują na potęgę i co więcej – czynią to systemowo, bo wystarczy dogadać się z partyjną wierchuszką, a poselskie maszynki do głosowania podniosą łapki zgodnie z odgórnymi wytycznymi). Natomiast moim skromnym postulatem jest, by ustalić „na sztywno” granice okręgów wyborczych – np. by pokrywały się one z granicami administracyjnymi powiatów. Uniknęlibyśmy wtedy zmory JOW-ów, czyli manipulacji okręgami, tak by pokrywały się one z preferencjami wyborczymi ludności korzystnymi dla tej czy innej opcji politycznej. Granic powiatów nie można zmieniać z równą łatwością bez narażania państwa na administracyjny paraliż. W Polsce mamy obecnie 380 powiatów, zatem dodatkową korzyścią byłoby ograniczenie liczby sejmowych pasożytów – mała rzecz, a cieszy. I tu, muszę wyznać, mam nielichy zgryz – iść na tę referendalną szopkę Komorowskiego z pytaniami pisanymi na kolanie w nocy „z środy na czwartek”, czy jednak wybrać się na grzyby (o ile wreszcie spadnie deszcz)? Jeszcze nie wiem – pewnie zdecyduję się w ostatniej chwili.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie”

„Kukiz – polityk niepolityczny”

„Pod-Grzybki 18”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (02-08.09.2015)

środa, 24 czerwca 2015

POgrzeb na raty

Do jesieni z Platformy zostaną zgliszcza, zaś szarpanina jaką obserwujemy obecnie przypomina pogrzeb na raty.

I. Polityka maniakalno-depresyjna

Wygląda na to, że przegrane wybory prezydenckie wpędziły Platformę Obywatelską w swoistą cyklofrenię. Najpierw mieliśmy fazę depresyjnego stuporu, ostatnio zaś PO, bez żadnych etapów pośrednich, przeskoczyła gładko w stan hiperaktywności – jak to czasem bywa na moment przed agonią, gdy choremu się polepsza i pełen optymizmu zaczyna snuć plany na przyszłość. Jak wyczytałem, w fazie „maniakalnej” u pacjenta występują m.in.: gonitwa myśli, halucynacje lub urojenia, podniecenie psychoruchowe, przymus mówienia, zawyżona samoocena i brak krytycyzmu. Wszystko się zgadza. Najpierw mieliśmy sabat w Jachrance na którym pani premier oznajmiła, że lekiem na całe zło i kluczem do wygrania wyborów parlamentarnych będzie wynajęcie stu „hejterów” do robienia PiS-owi czarnego piaru w sieci; następnie myśl tę rozwinęła twórczo pani Kidawa-Błońska formułując skrzydlaty postulat, że członkowie Platformy mają przejść hejterskie szkolenie; w międzyczasie zaś ukuto teorię, iż wszystko generalnie jest OK, Polska rośnie w siłę, ludziom żyje się dostatniej, jest wzrost PKB, budują się autostrady, tylko ogłupiały naród tego nie rozumie, bo Partia oderwała się od mas i zapomniała o tym wszystkim społeczeństwu powiedzieć. Jak poprawi się „komunikację społeczną” i aparat przestanie się alienować, to wszystko wróci do normy i będzie gites-tenteges. Nie było żadnych afer, arogancji władzy, wszystkie niepowodzenia są winą „płatnych sk...synów” - słowem, pełna lewitacja w innym wymiarze, z całkowitym ignorowaniem rzeczywistości.

Co ciekawe, podobna przypadłość na tle urojeniowym udzieliła się części wyznawców przewodniej siły narodu, czego widomym znakiem był nadesłany do „Wyborczej” list niejakiego dr Kazimierza Bulandry w odpowiedzi na krytyczny felieton pozycjonującej się pod nowe rozdanie Moniki Olejnik: „uważam, że zarówno premier Tusk, jak i wicepremier Bieńkowska zostawili nasz kraj w kwitnącej kondycji”, minister Sienkiewicz jedynie „wyrażał w PRYWATNEJ rozmowie swój niepokój o stan państwa”, a w ogóle, to „rząd - zamiast się samobiczować, dowodząc gawiedzi swych wyimaginowanych win - powinien poprawić politykę informacyjną”. Doprawdy, żal mi wyborców, którzy do tego stopnia zaangażowali się emocjonalnie po jedynie słusznej stronie, bo muszą przeżywać teraz niezłą traumę, a będzie już tylko gorzej.

II. Państwo, to k... MY!

Jednocześnie mamy do czynienia z nasilającymi się objawami demencji, co uwidacznia się w niezbornej miotaninie, której najnowszą odsłoną jest postawienie na wariant „socjalistycznej odnowy”, bo tak należy odczytywać falę dymisji po upublicznieniu przez Stonogę akt śledztwa w sprawie afery podsłuchowej. Że wicie-rozumicie, może jednak faktycznie z tymi taśmami wyszło nieładnie, ale my tutaj, prawda, odsuniemy towarzyszy, którzy zawiedli zaufanie, partia się oczyści i teraz będzie po nowemu. Do tego, partyjna nomenklatura – niczym za nieboszczki PZPR – stopiła się we własnym mniemaniu z państwem jako takim do tego stopnia, że zwyczajnie nie potrafi się już komunikować z odbiorcami inaczej, niż językiem aparatu. Zwróćmy uwagę na kuriozalne przeprosiny Ewy Kopacz: „Wiemy, jak wiele trudnych chwil mieli w ostatnim czasie, a może w ciągu ostatniego roku, wyborcy Platformy Obywatelskiej, którzy bardzo często oburzeni, poirytowani, słuchali tych nagrań. Im się należą przeprosiny. I ja dzisiaj w imieniu Platformy Obywatelskiej bardzo serdecznie przepraszam”.

Innymi słowy, Kopacz przeprasza „wyborców PO” - nie Polaków. Ustępujący urzędnicy mówią, że to dla „dobra Platformy” - nie „dobra Polski”, a tak w ogóle, to nie czują się winni, tylko nie chcą stanowić wizerunkowego obciążenia dla Partii i Rządu. Wniosek nasuwa się jeden: oni są tak odklejeni, tak wsobnie skoncentrowani na wewnętrznych rozgrywkach, że nawet nie są w stanie zdobyć się na hipokryzję, by choćby udawać, że coś takiego jak Polska i Polacy jest na liście ich priorytetów. Utożsamienie państwa z własną kliką stało się dla nich po ośmiu latach czymś równie naturalnym jak oddychanie. „Państwo to k... MY” - kolesie, koterie, biznesy, przewały, intrygi, dojenie kasy - i w imię tego możemy przeprosić, a nawet się poświęcić, to są wartości zrozumiałe, uszyte na naszą miarę.

No dobrze, ale kogo w szczególności miała na myśli pani Kopacz mówiąc o „wyborcach platformy”? W kontekście powyższego, to chyba oczywiste. Zrośnięty z partią aparat urzędniczo-biurokratyczny i zblatowany biznes czerpiący profity na styku ze światem polityki – jak w przypadku tych miliardów wyprowadzanych z KGHM o których mówił Paweł Wojtunik w rozmowie z Bieńkowską. Oni teraz faktycznie mają prawo być wściekli i przerażeni, partia ewidentnie zawaliła sprawę jako gwarant układu, dostatnie życie za chwilę może się skończyć, zostaną za kilka miesięcy pogonieni w diabły, biznesy na publicznej kasie się urwą, wypracowane dojścia i kontakty szlag trafi... tak, im należą się przeprosiny. Bo przecież nie tym jeleniom, którzy głosowali myśląc, iż w ten sposób kupują sobie symboliczną przynależność do lepszej, nowoczesnej Polski, by z tych pozycji napawać się poczuciem wyższości nad „moherami”.

III. Gra służb

W tle natomiast toczy się gra rodzimych „siłowików”. Spójrzmy - do dymisji podał się „cywil”, czyli Jacek Cichocki, koordynator ds. służb specjalnych, ale palcem nie tknięto żadnego z szefów bezpieczniackich koterii. Paweł Wojtunik, szef CBA, zwyczajnie odmówił ustąpienia ze stanowiska i zapewne włos z głowy mu nie spadnie do końca kadencji. Wykreowanie Zbigniewa Stonogi na nowego trybuna ludowego bliźniaczo przypomina lansowanie Leppera – znać tu sznyt charakterystyczny dla kolejnych „konstruktów” służb. Kolejna poszlaka, to determinacja, by dotrwać do końca kadencji – gdy prosta logika nakazywałaby „ucieczkę do przodu” w postaci wcześniejszych wyborów, kiedy jeszcze możliwe jest zachowanie jakiegoś stanu posiadania. Do jesieni z Platformy zostaną zgliszcza, zaś szarpanina jaką obserwujemy obecnie przypomina pogrzeb na raty. Jeżeli mimo wszystko, wbrew elementarnemu instynktowi samozachowawczemu, Platforma samobójczo dąży do jesiennych wyborów, to jest widomy znak, że bezpieczniackie koterie postawiły na „projekcie PO” krzyżyk i potrzebują tylko czasu na dokończenie swych gier – choćby na wykreowanie „swojego antysystemowca” pokroju Stonogi, by ten urwał ile się da głosów Kukizowi, a może nawet spacyfikował jego inicjatywę i popierających go samorządowców, którym nagle się zamarzyło odgrywanie roli samodzielnego bytu politycznego. Taki „Kukiz na sterydach” epatujący radykalizmem byłby najlepszym hamulcowym jakichkolwiek istotnych zmian – atakując i torpedując program naprawy państwa właśnie z nieprzejednanych, skrajnych pozycji.

Osobną kwestią jest wpływ zmian geopolitycznych oraz interesów poważnych graczy międzynarodowych pod których „podłączeni” są nasi bezpieczniacy. Platforma była użyteczna w roli notariusza kwitującego podział wpływów w niemiecko-rosyjskim kondominium, przy desinteressement USA. W momencie gdy USA powróciły do gry, a cesarzowa Angela pokłóciła się z carem Władymirem o zasięg Mitteleuropy i Eurazji, okazało się, że w Polsce jest potrzebne nowe rozdanie polityczne oraz zmarginalizowanie wpływów rosyjskich. A że podpięta pod Moskwę frakcja bezpieki nie chce łatwo ustąpić - przynajmniej nie bez jakichś łupów na odchodnym – to mamy wojnę gangów dodatkowo pogrążającą rząd PO. Swoją drogą, Donald Tusk musi sobie gratulować ewakuacji do Brukseli. Zresztą, kto wie – może odpalenie rok temu afery przez tygodnik uchodzący za „drukarkę” służb, uświadomiło mu ostatecznie, że nie ma co kopać się z koniem, tylko trzeba uciekać „do Europy”, bo właśnie rozpoczął się proces likwidacji Platformy? Jeśli tak, byłby to pierwszy akord rozbrzmiewającego dziś tak głośno marszu żałobnego i wyjaśnienie, czemu Donald Tusk nie ukręcił sprawie łba w sposób znany z afery hazardowej, tylko - cytując pretensje Moniki Olejnik - „zostawił to g... swojej następczyni”. Koresponduje z tym opinia cytowanego przez „Wyborczą” jednego z działaczy PO, twierdzącego, iż „pod koniec rządów Donald zamknął się w swoim gabinecie. Mało kogo słuchał, zbyt wolno reagował”. Czyżby wiedział, że żadne „reakcje” tu nie pomogą?

Niezależnie jednak od schadenfreude z jaką można obserwować ostatnie konwulsje partii, która jeszcze do niedawna „nie miała z kim przegrać”, trzeba sobie powiedzieć, iż wizja wedle której „zaprzyjaźnione” mocarstwo przeorganizowuje nam scenę polityczną – nawet jeżeli wskutek owego „przeorganizowania” dojdzie do władzy siła mogąca rozpocząć proces naprawy kraju – musi budzić niepokój. Choćby dlatego, że przy kolejnym obrocie geopolitycznej karuzeli może zostać zdmuchnięta powiewem następnego „resetu”, Polska zaś pozostanie tym, czym jest obecnie – narzędziem w rękach potężniejszych graczy, pozbawionym własnej podmiotowości, zewnątrzsterownym i beznadziejnie uzależnionym od kaprysów światowych koniunktur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1877-pod-grzybki-8

Artykuł opublikowany (pod zmienionym tytułem „To już jest koniec”) w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (17-23.06.2015)

środa, 10 czerwca 2015

Profesor Andrzej Nowak miał rację!

Decydenci Prawa i Sprawiedliwości wczytali się w list profesora Nowaka o wiele uważniej, niż jego polemiści.

Wszyscy pamiętamy jak sądzę głośny list prof. Andrzeja Nowaka na inauguracyjną konwencję wyborczą Andrzeja Dudy, podobnie jak i medialny tumult, który nastąpił po jego publikacji. Profesorowi oberwało się wówczas z rozmaitych stron i z różnych powodów – a to że nie w porę, że publicznie, że szkodnictwo, rozbijactwo itd. Znamy doskonale ten repertuar publicystyczny partyjnych doboszów – zarówno z łamów „oficjalnych” prawicowych mediów, jak i z blogosfery. Dla gorącokrwistych zwolenników PiS każda, choćby najbardziej wyważona, merytoryczna i życzliwa krytyka równa się sabotażowi i wrażej dywersji. Najdalej zapędziła się pani Agnieszka Romaszewska imputując prof. Nowakowi kierowanie się małostkowym resentymentem, bo to nie on został wskazany jako kandydat na prezydenta, które to oskarżenie zostało następnie skwapliwie podchwycone przez rozmnożonych nagle adwersarzy pana profesora – nie mówiąc już o złośliwym przekłamywaniu treści listu, jakoby Nowak chciał wysłać Jarosława Kaczyńskiego do Sulejówka.

Tymczasem, patrząc z perspektywy kilku miesięcy, można co najwyżej podtrzymać zarzut o kiepskim „timingu” - faktycznie, głos tego typu nie pasował do formuły konwencji wyborczej, co zresztą przyznał sam prof. Nowak w późniejszych publicznych wystąpieniach. Cała reszta postulatów i diagnoz natomiast jak najbardziej pozostaje w mocy, co więcej – część już się potwierdziła. Spójrzmy. Po pierwsze, obie tegoroczne elekcje należy traktować jako całość, połowiczny „sukces” w rodzaju II tury, czy kilku mandatów więcej, oznacza porażkę. Po drugie – konieczność dopilnowania uczciwości wyborów. Po trzecie - zgodnie z przewidywaniami, reżimowa propaganda usiłowała straszyć Dudą, jako marionetką Kaczyńskiego i wciąż to robi. Po czwarte – potrzeba przedstawienia Andrzeja Dudy jako nadziei na zmianę. Po piąte – postulat otwarcia się partii na nowe środowiska i nowych wyborców. Po szóste – „opodatkowanie” na rzecz kampanii polityków PiS piastujących funkcje publiczne, w tym parlamentarzystów i eurodeputowanych. Po siódme – generalne „potrząśnięcie” PiS-owskim aparatem partyjnym, który to wątek w różnych formach przewija się w całym liście.

Jeżeli spojrzymy na przebieg zwycięskiej kampanii oraz pierwsze dni po jej zakończeniu, to wyjdzie nam, że decydenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele oraz sztabem wyborczym Andrzeja Dudy wczytali się w list profesora Nowaka o wiele uważniej, niż jego polemiści, co więcej – uwzględnili znakomitą większość zawartych w nim propozycji. Postawiono na marsz ku zwycięstwu, bez kunktatorstwa - i to samo zapowiada się w kontekście wyborów jesiennych. Ruch Kontroli Wyborów wspólnie z Korpusem Ochrony Wyborów PiS spełnił swe zadanie. Duda nie dał się wizerunkowo wmanipulować w rolę narzędzia złowrogiego Prezesa, zaprezentował się natomiast jako nadzieja na lepsze jutro. Wyciągnął rękę do wyborców spoza „twardego” elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, ze szczególnym uwzględnieniem młodych ludzi i zwolenników Kukiza. No i wreszcie, Jarosław Kaczyński, mówiąc poetą, „ugryzł w d...ę” własny aparat robiąc spotkanie dyscyplinujące podczas którego „opodatkował” parlamentarzystów kampanijną daniną oraz zapowiedział, że w okręgach, w których Andrzej Duda nie uzyska dobrego wyniku dotychczasowi partyjni bonzowie będą mogli pożegnać się z „biorącymi” miejscami na listach wyborczych.

Ale to jeszcze nie koniec. Otóż po wyborach Jarosław Kaczyński zapowiedział w TV Republika, że to prezydent elekt jest centralną postacią polskiej polityki i to on właśnie wskaże przyszłego premiera, ten zaś winien złożyć w kancelarii prezydenta podpisaną dymisję z miejscem na datę. Dodał również, że tym premierem wcale nie musi być on. I tu docieramy do postulatu, który najbardziej rozjuszył przeciwników profesora Nowaka – by kandydatem na premiera był ktoś pokroju Andrzeja Dudy, nie zaś prezes Kaczyński, który skoncentrowałby się na rządzeniu partią. Jak wynika z powyższego, prezes PiS wcale nie odżegnuje się od takiej koncepcji. Najwyraźniej zwycięstwo wyborcze pokazało potrzebę prezentowania nowych, nieopatrzonych twarzy, nie obciążonych propagandową „gębą”, jaką nieodwracalnie dla wyborców spoza żelaznego elektoratu PiS obarczony jest Kaczyński – i prezes doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jest tylko jeden problem – należy znaleźć drugiego Andrzeja Dudę i to szybko, by skutecznie zrobić go „twarzą” kampanii parlamentarnej. Warto również wspomnieć o wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na zjeździe Klubów „GP” - zaapelował on mianowicie o otwieranie się na nowych zwolenników, tak by maksymalnie, na wzór węgierski, poszerzyć społeczne poparcie.

Wychodzi więc na to, że Kaczyński nie obraża się na krytykę czy społeczno-polityczną rzeczywistość i potrafi słuchać mądrych rad, co polecam pod rozwagę wszystkim gotowym kilka miesięcy temu rozszarpać prof. Nowaka, miast wyciągnąć z jego listu konstruktywne wnioski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad profesorem Nowakiem”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (05-11.06.2015)

niedziela, 7 czerwca 2015

„Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?”

By dopełnić konfigurację czasu zmiany nieodzowny jest trybun ludowy stojący na czele zrewoltowanych mas – i tutaj Kukiz spada PiS-owi jak z nieba.

I. Dziennikarska wścieklizna

„Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?” - chyba jakoś tak to szło w piosence śpiewanej przez żabę Monikę, rozpoczynającej popularny niegdyś program dla dzieci. Obecnie rolę zbiorowej żaby Moniki (nie mylić ze „Stokrotką”, choć w sumie, może...), pełnią media „nasze” i „nie-nasze” dywagując nad przyszłością niedawnego kandydata na prezydenta. Nowy bodziec rozważaniom dał niedawny sondaż pracowni Estymator dla „Newsweeka”, wedle którego przyszła formacja eks-rockmana zajmuje drugie miejsce (25%), za PiS (36%), a przed Platformą (20%). Jeśli dodać do tego, że wedle CBOS Kukiz jest liderem w rankingu zaufania (58%) przed obydwoma prezydentami (Komorowski i Duda zebrali po 54%), to albo mamy do czynienia z sondażowym „przestawieniem wajchy”, albo szykuje się polityczne trzęsienie ziemi. W przeliczeniu na mandaty okazałoby się bowiem, że PiS miałby w nowym Sejmie 209 posłów, Kukiz – 141, PO – 105, SLD – 5. Reszta stawki plasuje się poniżej progu wyborczego, choć założę się, że PSL jak zwykle uciuła swój rezultat.

Tomasz Lis postanowił na okoliczność powyższych wyników dostać ataku wścieklizny i wyznał, że o mało nie spadł z krzesła (uwaga! kołowacizna to jeden z syndromów choroby), gdyż w wypowiedziach Kukiza są podteksty „jawnie antysemickie”, a poza tym „wszystko w tym człowieku” budzi jego „nieufność” (toczenie piany i agresja – kolejne typowe objawy - ciekawe, czy ma już wodowstręt). Służby weterynaryjne powinny rozważyć rozrzucanie szczepionek w pobliżu redakcji w których bywa pan Tomasz. Na portalu „Dziennika Zachodniego” wyczytałem, że takowe szczepionki zatapiane są m.in. w przynęcie pod postacią małych brunatnych kostek o zapachu mocno zepsutej ryby, a Lisy wyczuwają ją z odległości ok. 800 metrów. Tylko, czy aby nie jest już za późno? I czy przypadłość nie zdążyła się udzielić pani Hani? Gdyby tak się stało obawiam się, że pozostała jedynie recepta Grzegorza Brauna – czyli prewencyjny odstrzał zarażonych dziennikarzy.

II. Program? A po co to komu?

W każdym razie, mediodajnie rozmaitej proweniencji uparły się, by biadolić, iż Kukiz nie dość, że nie stworzył jeszcze swej partii (pardon - „ruchu”), to na dodatek nie ma programu. PROGRAMU nie ma, powtórzę. Skandal. Drodzy Państwo – i co teraz? Co z tą Polską? Jak tu żyć?

A ja się spytam – po jaką cholerę Kukizowi program? Program zawsze może się komuś nie spodobać i spowodować odpływ elektoratu, to raz. Dwa – wszystkie partie mają swoje programy, deklaracje ideowe i całą resztę tej propagandowej makulatury, z której kompletnie nic nie wynika. Nawet Palikot miał program, choć w każdym miesiącu inny. Platforma też miała programy na różne okazje – choćby do ćwiczenia aktywu, jak wyznał niedawno w przypływie szczerości pan Olechowski - służące następnie za wkład do sejmowych niszczarek. PSL jak sądzę też ma jakiś „program”, w którym z pewnością nie ma nic o stołkach, synekurach i zagarnianiu pod siebie, czyli o tym, czym owo ugrupowanie tak naprawdę się trudni, podobnie jak PO. I co? Czujemy się przez to ubogaceni? Wzmożeni intelektualnie? No i wreszcie – czy wyborcy posyłają właśnie do wszystkich diabłów tę całą bandę malwersantów akurat dlatego, że nie realizowała jakiegoś „programu”? A skąd – posyłają ich w cholerę, bo już nie mogą patrzeć na te spasione, bezczelne ryje; bo tej czeredy złodziejskich sukinsynów mają powyżej kokardek i chcą, by ktoś wreszcie zafundował tałatajstwu porządnego kopa w cztery litery. Kukizowe JOW-y też im zresztą wiszą kalafiorem, jeśli już o sprawach programowych mowa. W ostatnich latach jedyną partią usiłującą w mniej lub bardziej kulawy sposób realizować program był PiS w okresie 2005 – 2007 – i kiepsko na tym wyszedł. Zobaczymy jak mu pójdzie drugie podejście, po jesiennych wyborach.

Słowem, wszyscy wokół wywijają programami, a ten się wyłamuje i nie ma. Laboga. Tyle, że w przeciwieństwie do napuszonej obłudy politycznego mainstreamu, Kukiz w swej programowej abnegacji jest przynajmniej szczery. W sumie, jakby wycisnąć jego przesłanie, to wyszłoby coś w rodzaju słynnego cytatu z marszałka Piłsudskiego: „Bić k...y i złodziei, mości hrabio”. I za to właśnie elektorat go wywindował tam gdzie jest teraz, obdarza zaufaniem i pewnie wprowadzi do Sejmu z dobrym wynikiem.

III. Klub generałów

No dobrze, tylko czy Kukizowi uda się w ogóle swój „ruch” stworzyć? Aby zbudować partię (niezależnie od tego jak z formalnego punktu widzenia ów byt polityczny będzie się nazywał) potrzeba kilku rzeczy, między innymi pieniędzy, ale nie tylko. Historia polityczna III RP uczy nas, że tworząc partię co to rzuci kraj w radosny wir odnowy, dobrze jest mieć swojego generała, błogosławiącego na nową drogę życia. Platforma miała w charakterze akuszera Gromosława Czempińskiego, przy narodzinach PJN asystował śp. generał Sławomir Petelicki, komunistom podczas przepoczwarzania się w „socjaldemokrację” patronował tabun czerwonej generalicji z Czesławem Kiszczakiem na czele – poza tym, „człowiek honoru” był ojcem chrzestnym całego postmagdalenkowego systemu politycznego III RP. Ludowcy zapewne też tam kogoś mieli, kluczyk w plecach wujka Bronka dzierży wprawną dłonią gen. Marek Dukaczewski, który prócz tego zasłużył się animowaniem Ruchu Palikota. Poparcie dla Bronisława Komorowskiego ze strony Klubu Generałów, w tym weteranów utrwalania władzy ludowej pokroju panów Kufla i Baryły wraz ze zbowidowskimi przyległościami pokazuje, że także stara gwardia na dźwięk trąbki odruchowo sięga po zetlałe onuce. Nawet narodowcy, szczególnie ci o post-paxowskiej orientacji spoglądali tęsknie ku lampasom generała Tadeusza Wileckiego, cenne rady admirała Marka Toczka również były z uwagą wysłuchiwane. Czy narodzinom PiS-u towarzyszył jakiś generał, tego nie wiem, być może generalski patronat nie jest warunkiem koniecznym, lecz niewątpliwie – sprzyjającym.

Zatem patrzmy, czy w otoczeniu Kukiza pojawi się jakiś mundur o odpowiedniej szarży, ze stażem wskazującym na moc kreowania wybrańców narodu. Póki co, odpukać, nikogo takiego nie ma, jednak sytuacja jest dynamiczna a do wyborów zostało pół roku, więc jeszcze wiele może się wydarzyć. Oczywiście, najazd różnych cwaniaków, karierowiczów stęsknionych za immunitetem, czy wręcz nasłanych agentów należy – jak już tu niedawno pisałem – założyć z góry i wliczyć w koszta, dlatego tak ważne jest, by ów ruch był możliwie najbardziej masowy i oddolny, wtedy możliwości działania agentury będą ograniczone. Ruchu Kontroli Wyborów nie udało się przejąć ani zdezawuować, jest więc nadzieja – wiele jednak będzie tu zależało od kręgosłupa i przytomności pana Pawła. Warto mieć też na uwadze, że zarejestrowanie list wyborczych w całym kraju jest procesem o wiele bardziej skomplikowanym, niż zdobycie 100 tysięcy podpisów pod prezydencką kandydaturą.

IV. Konfiguracja czasu zmiany

Trzymam za Kukiza kciuki, ponieważ przy obecnej tendencji jest on niezbędnym elementem koalicyjnej układanki. Dlatego nie przejmujmy się brakiem programu – program ma PiS, zaś rolą Kukiza z mojego punktu widzenia jest dostarczenie niezbędnych głosów, dźganie głównej (choć już nie bezalternatywnej, jak dotąd) siły opozycyjnej w kuper, tudzież utrzymywanie odpowiedniego ciśnienia radykalizmu przy realizacji postulatu przywracania Polski Polakom. Kukiz jest od wdrożenia hasła Wojciecha Cejrowskiego - „wszyscy won!”, zaś PiS, by zachować twarz, chcąc nie chcąc, przynajmniej w jakiejś mierze będzie musiał ów postulat zrealizować. Innymi słowy, o ile Kaczyński niegdyś, mówiąc Rymkiewiczem, „ugryzł żubra w d...ę”, o tyle teraz PiS-owi, który przez ostatnie lata ugrzązł w opozycyjnych ławach, przyda się ktoś, kto z kolei będzie gryzł w zadki zasiedziałych opozycjonistów.

Na szczęście, ostatnie wydarzenia i wygrana prezydencka batalia pokazują, że PiS zaczął uczyć się na błędach. Profesjonalna i dynamiczna kampania, czerpiąca jak się zdaje pełnymi garściami ze wzorów Obamy, połączona ze zmianą społecznych nastrojów nakręciła koniunkturę, jakiej prawa strona nie miała od czasów afery Rywina. Warto tu wspomnieć o ciekawej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że teraz centralną postacią polityki jest Andrzej Duda, zaś przyszły premier powinien złożyć w kancelarii prezydenta podpisany weksel in blanco w postaci swojej dymisji z pustym miejscem na datę. Tego jeszcze nie grali.

Podsumowując, by dopełnić konfigurację czasu zmiany, każdorazowo nieodzowny jest trybik w postaci trybuna ludowego stojącego na czele zrewoltowanych mas – i tutaj Kukiz spada PiS-owi jak z nieba. Właśnie ten naturszczyk może walnie przyczynić się do gruntownej odmiany oblicza Polski, zanim naturalną koleją rzeczy zużyje się jako kontestator i wsiąknie w system, wyląduje na aucie, bądź zajmie się czymś innym. To jest pięć minut, które należy wycisnąć do ostatka, bo na następne możemy czekać bardzo długo – tak długo, że za ileś lat przyszły elektorat protestu może zagospodarować ktoś o wiele, wiele gorszy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Kukiz – polityk niepolityczny”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (03-09.06.2015)

piątek, 22 maja 2015

Kukiz – polityk niepolityczny

Kukiz jest „niepolitycznym politykiem” - z jednej strony działa w sferze polityki, z drugiej jednak, póki co przynajmniej, nie kalkuluje jak polityk,

I. Konsylium nad Kukizem

Od momentu, gdy Paweł Kukiz zaczął zyskiwać w sondażach przed pierwszą turą wyborów, stał się obiektem licznych i często niewybrednych ataków. Wielu blogerów widziało w nim agenta obozu rządowego, który pod płaszczykiem antysystemowości miał odebrać głosy Andrzejowi Dudzie, tą drogą szli również niektórzy publicyści głównego nurtu prawicy, pilnujący monopolu PiS na pozostawanie jedyną liczącą się siłą opozycyjną. Kandydatowi zarzucano prorosyjskość (ze względu na antybanderowskie wypowiedzi i sprzeciw wobec propozycji dozbrajania Ukrainy), a to wypominano mu niesławną parodię kościelnej pieśni, to znów flirt z Platformą Obywatelską i związki towarzyskie z jej politykami – głównie z Grzegorzem Schetyną. Jakoś nie przypominano za to jego antykomunizmu i piosenki „Virus SLD”, czy tego, że z Platformą wziął rozbrat, gdy okazała się tym, czym jest – partią kolesi, która ostentacyjnie odwróciła się od obywateli i własnego programu, „mieląc” podpisy zebrane pod projektem jednomandatowych okręgów wyborczych – czyli sztandarowym, i to od lat, postulatem Kukiza.

Zresztą, podobny błąd co do Kukiza – tylko w druga stronę - popełnił polityczno-medialny mainstream III RP, który od pewnego momentu zaczął go ewidentnie „pompować” licząc na to, że ze swoim patriotycznym image odbierze głosy Dudzie. Apogeum tego trendu była wizyta w programie Wojewódzkiego i zachęta prowadzącego by głosować na jego gościa. Niewykluczone przy tym, że obaj panowie znają się z dawnych lat, wszak Wojewódzki, zanim stał się reżimowym pajacem, był całkiem niezłym dziennikarzem muzycznym i generalnie kręcił się w branży, o czym wielu już dziś nie pamięta. W pewnym momencie jednak, gdy okazało się, iż pan Paweł odbiera głosy nie temu co trzeba, skończyło się medialne dopieszczanie – symbolem przełożonej wajchy stała się haniebna wrzutka TVN24 o wycofaniu się kandydata z wyborów z powodu choroby ojca. Przy okazji, panie Pawle, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje.

Doprawdy, ciekawie jest w tej chwili obserwować, jak z jednej strony salon III RP ciska gromy na Kukiza i „gówniarzy”, jak to ujął Adam Michnik; z drugiej, wujek Bronek pała raptowną chęcią przeprowadzenia referendum w sprawie JOW; z trzeciej natomiast prawicowe media nagle obchodzą się z Kukizem jak z jajkiem, by przypadkiem nie zrazić jego elektoratu.

II. Pan od JOW-ów

Paradoksalnie, owa miotanina od Sasa do Lasa, zmiany politycznych sympatii i chaotyczne treści wygłaszane przy różnych okazjach pokazują, że Kukiz w swych poczynaniach – czy to słusznych, czy błędnych - jest autentyczny. Wystudiowany i wykreowany od początku do końca przez służby i piarowców był Palikot. Paweł Kukiz natomiast przeniósł w sferę polityki styl bycia rockowego frontmana. Ponad trzydzieści lat scenicznego doświadczenia pozwala mu łapać kontakt z ludźmi, dzięki czemu potrafi do siebie przekonać grupy wyborców, których poza ogólnym sprzeciwem wobec polskiej rzeczywistości nic ze sobą nie łączy. Kukiz jest takim „niepolitycznym politykiem” - z jednej strony działa w sferze polityki, z drugiej jednak, póki co przynajmniej, nie kalkuluje jak polityk, myśli innymi kategoriami. Potrafi np. nie ważąc korzyści i strat nagle wierzgnąć, gdy popierana przez niego opcja nie spełnia oczekiwań – tak jak wierzgnął Platformie i to w czasach, gdy „rachunek ekonomiczny” nakazywałby trzymać, wzorem licznych celebrytów, ze zwycięzcami.

Weźmy jego żelazny postulat, czyli JOW-y. Kukiz przedstawiając w idealistycznym zapamiętaniu JOW-y jako sposób na to, by wyrwać Polskę z rąk partyjnych sitw, zdaje się nie dopuszczać myśli, że w praktyce prowadzą one najczęściej do powstania systemu dwupartyjnego, promując największe organizmy polityczne. Ma to swoją zaletę – w ordynacji większościowej zwycięzca bierze wszystko i nie może się zasłaniać np. koalicjantem, czy destruktywną opozycją. Z drugiej jednak, można zapomnieć o tym, że jakieś oddolne ruchy ni tego ni z owego przemeblują scenę polityczną.

Dlaczego jednak dwie największe partie, PO i PiS – biorąc w nawias to, co mówią w tej chwili – są przeciwnikami JOW-ów, które grałyby na ich korzyść? Z prostego powodu. JOW-y, wzmacniając znaczenie obu partii, zarazem przeorałyby je od wewnątrz. Partie musiałby stawiać na działaczy popularnych w swych okręgach, zabiegających na co dzień o uznanie wyborców, nie zaś jak obecnie – na spadochroniarzy wyznaczanych przez centralę. Jak łatwo zauważyć, taki system jest wielką szansą dla partyjnych dołów i lokalnych działaczy, niszczy natomiast cały mechanizm funkcjonujących dzisiaj partyjnych „podwieszeń”, w którym o miejscu na liście decyduje kto jest czyim człowiekiem, przy czym, im bardziej uosabia model „BMW”, tym dla partyjnych bonzów układających listy lepiej, bo „bierny, mierny, ale wierny” nie sprawi kłopotów. Zatem JOW-y są śmiertelnym zagrożeniem dla partyjnych nomenklatur i stąd taki opór - z ich punktu widzenia bowiem korzystniej jest konserwować patologiczną sytuację, gdy w praktyce kilkadziesiąt osób z partyjnych wierchuszek decyduje o tym, jaki w ogóle będziemy mieli wybór.

III. Przyszły koalicjant?

Jaka przyszłość czeka bohatera niniejszego tekstu? Przed Kukizem stoi wielka szansa na dobry, dwucyfrowy wynik wyborczy – oczywiście, pod warunkiem, że uda mu się do jesieni utrzymać przy sobie bardzo eklektyczny elektorat i przekonać go do głosowania na swoją partię – bo to będzie w istocie partia, niezależnie od tego jaką formalnie przybierze postać. W takiej sytuacji ugrupowanie Pawła Kukiza mogłoby być dla PiS-u cennym koalicjantem. Przestrzegałbym tutaj prawicowe kręgi opiniotwórcze przed powtórką błędu z pierwszej tury wyborów i snuciem narracji, że Kukiz, manipulowany i animowany przez jakieś ciemne moce, odbierze głosy PiS-owi. Nie odbierze, tak jak nie odebrał ich Dudzie. Na Kukiza głosowali bowiem albo ludzie po raz pierwszy uczestniczący w wyborach, albo rozczarowane do PO lemingi – i jeszcze kilka innych grup, które łączy jedno: pokazać „wała” wszystkim partiom, większość z nich ma w nosie nawet Kukizowe JOW-y. Duża część tego elektoratu w życiu nie zagłosowałaby na partię Jarosława Kaczyńskiego – zostali zbyt mocno uwarunkowani propagandowo, większość natomiast zwyczajnie zostałaby w domach twierdząc, że „nie ma na kogo głosować”. Kukiz potrafił ich obudzić, zaktywizować – i chwała mu za to. PiS z rozmaitych względów zagospodarować tego typu elektoratu nie byłby po prostu w stanie.

Rzecz jasna, należy z góry założyć, że w ruchu Kukiza pojawią się jakieś szemrane postaci, agenci lub miałcy karierowicze – tak jest w każdej partii, PiS-u nie wyłączając. Jeśli wspomnimy na przypadek Kaczmarka, oraz spojrzymy gdzie teraz są osoby typu Kluzik-Rostkowska, „Misiek” Kamiński, czy Kazio Marcinkiewicz, to obecność rozmaitych „kretów”, ambicjonerów itp. musimy po prostu wrzucić w koszta działania każdej siły politycznej, jako stały element naszych realiów. Dlatego im bardziej masowa będzie organizacja Kukiza, tym lepiej, bo tym trudniej będzie w niej ryć i przechwycić ją różnym smutnym panom. Trochę jak – uczciwszy proporcje – z pierwszą „Solidarnością”. Agentów było na pęczki, a mimo to, by spacyfikować ten społeczny ruch, trzeba było aż wprowadzenia stanu wojennego i rozprawy siłowej.

Kolejna pokusa mocno zaznaczająca się w prawicowym dyskursie, to oczekiwanie, iż Prawo i Sprawiedliwość przejmie pełnię władzy, a nawet większość konstytucyjną. Otóż nie - PiS nie zyska samodzielnej większości, na wzór Orbana. Wszelkie tego typu nadzieje to czyste chciejstwo, mrzonki i zawracanie głowy. Dlatego będzie potrzebował cichego bądź jawnego koalicjanta. Platforma takowego „cichego wspólnika” wyhodowała sobie w postaci Janusza Palikota, który cztery lata temu zebrał elektorat protestu, by de facto umacniać obóz władzy. Zatem, skoro PO mogła mieć swojego Palikota, to najwyższa pora, by PiS miało swojego Kukiza. Poza wszystkim – widzieć rząd Kaczyńskiego wspierany m.in. dzięki głosom byłych lemingów – bezcenne. Rzecz jasna, Kukiz to produkt jednorazowego użytku i „zedrze się” w trakcie sejmowej kadencji - lecz zanim to nastąpi, może odegrać pozytywną rolę.

By jednak tak się stało, niezbędne jest zwycięstwo Dudy, które będzie motorem napędowym dla jesiennej kampanii i zapewni rządowi Kaczyńskiego niezbędny komfort działania. Na dzień dzisiejszy, wedle symulacji przeprowadzonej przez Marcina Palade, 45% wyborców Kukiza zostanie w drugiej turze w domach, natomiast 40% zamierza poprzeć Andrzeja Dudę, co w połączeniu z przepływem pozostałych wyborców powinno mu zapewnić 53,3% i pewną wygraną. Oczywiście, przy optymistycznym założeniu, że wybory nie zostaną sfałszowane. Przed nami zatem starcie, które zadecyduje, czy będziemy mieli prezydenta, czy figuranta WSI; czy czeka nas zmiana na lepsze, czy dalsze powolne gnicie obecnego systemu pod patronatem tandemu Kopacz-Komorowski, a tak naprawdę nie wiadomo kogo. Nie schrzańmy tego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (20-26.05.2015)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Sąd nad profesorem Nowakiem

Poza wszystkim innym, prawo do krytyki jest wyrazem podmiotowości i niezależności wyborcy.

List profesora Andrzeja Nowaka przygotowany na konwencję prezydencką Andrzeja Dudy wywołał istną burzę. Przypomnijmy, że profesor nie mogąc z powodu choroby uczestniczyć w wydarzeniu (potwierdzam, nie była to „choroba dyplomatyczna”, w czwartek poprzedzający konwencję rozmawialiśmy z prof. Nowakiem na antenie Niepoprawnego Radia PL i słychać było, że z trudem mówi, dręczył go koszmarny kaszel) wystosował swoiste posłanie do działaczy PiS. Zasadniczą treścią listu było sformułowane w ultymatywnym tonie ostrzeżenie, że albo Prawo i Sprawiedliwość wygra obydwie tegoroczne batalie wyborcze w rozmiarach gwarantujących samodzielne rządy, albo nastąpi jego kres jako głównej siły opozycyjnej („To jest walka na śmierć i życie dla Prawa i Sprawiedliwości. (…) Gdyby teraz okazała się nie zdolna do odebrania władzy tym, którzy Rzeczpospolitą niszczą, to znaczyłoby, że przestała być dobrym narzędziem w służbie Polsce. Polacy będą musieli poszukać innego, a raczej stworzyć inne.”). Innymi słowy – żadnych „połowicznych sukcesów” typu udział w II turze, czy kilka mandatów poselskich więcej. List kończy się znamiennymi słowami: „Trzeba wygrać. Koniecznie. Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”. By to zwycięstwo osiągnąć niezbędne są pewne działania naprawcze, takie jak większe otwarcie się PiS na inne środowiska, potraktowanie obu kampanii – prezydenckiej i parlamentarnej – jako nierozerwalnej całości i wreszcie zaprezentowanie prócz Andrzeja Dudy, równie młodego i dynamicznego kandydata na premiera.

I tu na prawicy zawrzało, bowiem prof. Nowak otwartym tekstem twierdzi, że premierem nie powinien być Jarosław Kaczyński – ten winien skupić się na rządzeniu partią i wypromować kogoś innego. Najdalej w polemice posunęła się chyba Agnieszka Romaszewska insynuując we wpisie na Facebooku, iż przez profesora przemawia urażona ambicja (przez jakiś czas mówiło się o jego kandydowaniu na prezydenta) i generalnie, nastręcza się ze swymi radami („ponurym smędzeniem”) nieproszony i nie w porę.

Cóż, szanuję i cenię panią Romaszewską za jej dorobek, ale w tym przypadku chyba pomyliły się jej role niezależnej dziennikarki i aktywistki partyjnej. Rzecz w tym, że prof. Nowak w podobnym tonie wypowiadał się znacznie wcześniej – list jest w zasadzie podsumowaniem tez wygłaszanych publicznie przy różnych okazjach (choćby we wcześniejszych rozmowach na antenie Niepoprawnego Radia PL). Profesor naprawdę nie wyskoczył ze swym orędziem niczym Filip z konopi – jest ono wynikiem gruntownej intelektualnej refleksji nad kondycją opozycji patriotycznej. Problem jest taki, że PiS wraz ze swymi liderami jest doskonale impregnowany na jakąkolwiek krytykę – choćby najbardziej życzliwą i konstruktywną, niezależnie od tego, czy trwa akurat kampania wyborcza, czy też nie. Można odnieść wrażenie, że obowiązującym tam dogmatem jest wiara w kolektywną mądrość partii, która to kolektywna mądrość z kolei wypływa z indywidualnej mądrości prezesa Kaczyńskiego. Wszelkie niepowodzenia (a tych w ciągu ostatnich ośmiu lat trochę się nagromadziło) kwitowane są bez wyjątku wskazywaniem na niesprzyjające warunki zewnętrzne z nieśmiertelnym wytłumaczeniem „bo media są przeciw nam” na czele. My, prawda, tutaj w partii, musimy jedynie być silni, zwarci, gotowi i ani kroku w bok, a naród w końcu przejrzy na oczy i za którymś razem wreszcie na nas zagłosuje.

Przypadek Agnieszki Romaszewskiej nie jest zresztą odosobniony. To element szerszej choroby toczącej żelazny elektorat PiS, której symptomy mam czasami okazję testować na sobie. Ilekroć napiszę tekst utrzymany w duchu omawianego tu listu prof. Nowaka, prędzej czy później pojawiają się reakcje w stylu „a po co takie pisanie, a dlaczego, czemu taka krytyka ma służyć, to rozbijactwo, defetyzm...” i te de. W skrajnych przypadkach padają wręcz oskarżenia o agenturalność i wysługiwanie się jakimś mrocznym siłom. Tego typu „metodę polemiczną” do absurdu doprowadził ostatnimi czasy portal Fronda.pl, dla którego wszystko co choćby na milimetr odstaje od aktualnej linii partii, z automatu zakwalifikowane zostaje jako „ruska agentura”.

Tymczasem, poza wszystkim innym, prawo do krytyki jest wyrazem podmiotowości i niezależności wyborcy. Idzie tu również o przywrócenie właściwego porządku i hierarchii. W demokracji bowiem politycy – nawet najbardziej „nasi”, patriotyczni i tak dalej – nie są naszymi zwierzchnikami, choć zapewne im może wydawać się inaczej, że wspomnę choćby „doktrynę Lipińskiego” wedle której patriotyczny elektorat nie ma wyboru i „musi” głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Przeciwnie, to my – jako obywatele i wyborcy – jesteśmy zwierzchnikami polityków i jako tacy mamy prawo domagać się od nich określonych działań i zachowań, oraz wytykać im marazm, czy różne zaniedbania. Zasada ta tyczy się również Andrzeja Dudy oraz prezesa Kaczyńskiego. I z tego uprawnienia skorzystał właśnie profesor Nowak.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (13-19.02.2015)