I. Błazenada
Oni
chyba nigdy się nie nauczą. Oto przez świat przelewa się fala
bezprzykładnego, antypolskiego hejtu inspirowanego przez Izrael i
żydowską diasporę: codzienne bluzgi, konfabulacje, szkalowanie –
wszystko zaś sprowadzające się do oburzenia, że paszkwilantom nie
będzie wolno mówić o „polskich obozach” i przypisywać nam
niemieckich zbrodni. Co w tym momencie robi rząd „dobrej
zmiany”? W najlepsze zajmuje się futrowaniem tychże środowisk
żydowskich, co w obecnej sytuacji przekłada się na sponsorowanie
antypolonizmu. Ów
sponsoring jest wielowymiarowy – polityczno-wizerunkowy,
moralny i finansowy. Przejawia się zarówno działaniem, jak i
zaniechaniem. Co więcej, w zestawieniu z buńczucznymi zapowiedziami,
że nikt nam nie będzie dyktował ustaw i generalnie nie oddamy nawet
guzika od munduru, sprawia to wszystko wrażenie ogólnej błazenady –
a z błaznami nikt się nie liczy.
Spójrzmy.
II. Sponsoring
polityczno-wizerunkowy
Akt
pierwszy, to ekspresowe powołanie operetkowego „zespołu ds.
dialogu historyczno-prawnego” i jego wycieczka do Izraela,
mająca „wyjaśnić” nasze dobre intencje stojące za
nowelizacją ustawy o IPN.
Jeżeli to miał być zabieg wizerunkowy pokazujący światu naszą dobrą
wolę, to był strzałem w kolano. Po pierwsze, tłumaczenie oznacza
potwierdzenie winy, zatem międzynarodowa opinia publiczna jeśli w
ogóle dostrzegła tę rozpaczliwą inicjatywę, musiała wysnuć wniosek,
że ci Polacy faktycznie mają coś za uszami, skoro tak gorliwie
zabiegają o audiencję w Izraelu. Po drugie, Izrael tę wyciągniętą
rękę kompletnie, pardon
my french,
olał – zostaliśmy przez kogoś tam łaskawie wysłuchani i
odesłani do domu z kwitkiem. Rewizyta analogicznej delegacji z
drugiej strony nie jest przewidziana. Aż nie do uwierzenia, że skoro
strona polska wiedziała, że cała awantura została sprokurowana na
zimno – ze względu na izraelskie wybory, potrzebę odwrócenia
uwagi od korupcyjnych problemów premiera Netanjahu, wreszcie
wymuszenie na nas „odszkodowań” - to taka paniczna
reakcja może stronę izraelską tylko utwierdzić w przeświadczeniu, że
jej linia prowadzenia konfliktu jest słuszna. I utwierdziła. Punkt
dla Izraela (i nasz samobój), który zasponsorowaliśmy politycznie.
Akt
drugi, to sprawa ujawnienia poufnych notatek – zarówno tej ze
stycznia, przetrzymanej w MSZ, z pogróżkami amerykańskich dyplomatów
odnośnie ustawy o IPN i ustawy reprywatyzacyjnej, jak i tej w której
rzekomo miano stwierdzić, że prezydent Duda i premier Morawiecki są w
Białym Domu osobami niepożądanymi.
Co do pierwszej, podejrzewam tu „świnię” podłożoną
resortowi sprawiedliwości przez premiera Morawieckiego. Nie od dziś
wiadomo, że Morawiecki z Ziobrą szczerze się nienawidzą –
rywalizują o przywództwo po starzejącym się Kaczyńskim i jeden
utopiłby drugiego w łyżce wody. A że MSZ jest pod kuratelą
Morawieckiego, to cóż prostszego jak zasugerować przetrzymanie
ostrzegawczego dokumentu, tak by Ministerstwo Sprawiedliwości
nieświadome okoliczności wkopało się radykalną ustawą? Mateusz
Morawiecki nie zaszedłby w bankowości tak wysoko, gdyby nie był
wytrenowany w takim „korporacyjnym judo”. Natomiast
wyciek owej notatki z Min. Sprawiedliwości jest klasycznym działaniem
obronnym: „patrzcie, my niewinni, to tamci nie przekazali nam
informacji”. Z kolei o upublicznienie notatki z waszyngtońskiej
ambasady z groźbą amerykańskiego „embarga” na wizyty
prezydenta i premiera śmiało można podejrzewać złogi z „korporacji
Geremka” nie wyczyszczone przez ponad dwa lata rządów PiS.
Jedno i drugie przełożyło się w efekcie na wizerunkowe samozaoranie,
a co za tym idzie - „sponsoring” strony przeciwnej.
Akt
trzeci polityczno-wizerunkowego sponsoringu, to odesłanie przez
prezydenta Dudę ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.
Pisałem
o tym szerzej w „Warszawskiej Gazecie”,
więc tu tylko pokrótce: ten krok otworzył nowe pole do wywierania na
Polskę nacisków, bo każdy za granicą wie (a w każdym razie tak
sądzi), że Trybunał wyda wyrok na polityczny obstalunek. Na to
nałożyły się kompromitujące wypowiedzi: że ustawa jest „głupia”
(Z. Romaszewska), „nie będzie działała” (S. Karczewski,
marsz. Senatu), że na jej podstawie nie będą stawiane zarzuty (B.
Cichocki, MSZ), tudzież nie będzie miała zastosowania wobec
dziennikarzy (Z. Ziobro). Nic dziwnego, że izraelskie media
triumfalnie odbębniły, że ustawa o IPN została „zamrożona”
- bo jak nie miały skorzystać z takiego prezentu?
Swoistymi
antraktami tej galopującej kompromitacji są wykwity nieporadności
piarowskiej.
Wciąż nie ma specjalnej komórki monitorującej antypolskie harce w
światowych mediach oraz prezentującej polskie oficjalne stanowisko w
poszczególnych kwestiach - podobno rząd intensywnie nad takim
pełnomocnikiem „myśli”. Polska Fundacja Narodowa z
ćwierćmiliardowym budżetem ze spółek skarbu państwa jest pod
parasolem ochronnym min. Glińskiego – otóż, ona dopiero się
„organizuje” i „bada teren”. Może
„zorganizuje się” i „zbada” do końca kadencji
(a może nawet dorobi się anglojęzycznej strony internetowej) –
lecz nie sposób nie zauważyć, że kampanię billboardową o sędziach
potrafiła przeprowadzić ekspresowo, dając przy tym zarobić kolegom.
III. Sponsoring
moralny i finansowy
Akt
czwarty, to sponsoring moralny. Tu znów negatywnym bohaterem jest
prezydent Duda, przepraszający w 50. rocznicę Marca '68 w imieniu
Polski i narodu za winy Gomułki i komunistycznych „chamów”
od Moczara
(„Chcę z całą mocą podkreślić,
że z wielkim żalem pochylamy głowę, także ja, jako prezydent, i tym,
którzy zginęli, zostali wypędzeni, chcę powiedzieć: proszę, wybaczcie
Rzeczpospolitej, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce”).
To jest akt ekspiacji a la Jedwabne: w rodzaju przeprosin
Kwaśniewskiego, czy listu Komorowskiego z passusem, że naród polski
bywał również „sprawcą”. Konsekwencje tych haniebnych
aktów odczuwamy do tej pory – bo skoro byliśmy sprawcami, to
proste „przepraszam” nie wystarczy, trzeba płacić, a
środowiska spod znaku holocaust industry są bardzo sprawne w
monetyzacji tego typu wyrazów skruchy. Tylko patrzeć, jak zaczną się
domagać odszkodowań za mienie po „wypędzonych” w Marcu.
A
skoro już jesteśmy przy pieniądzach (bo w relacjach polsko-żydowskich
kwestie moralne ściśle wiążą się z finansowymi) - przed nami akt
piąty. Polskie państwo wyłożyło 180 mln. zł. na budowę Muzeum
Historii Żydów Polskich „Polin”, do tego co roku pokrywa
w większości koszty bieżącej działalności placówki – na dzień
dzisiejszy jest to 8,9 mln. zł. Za te pieniądze przy okazji 50.
rocznicy Marca '68 zorganizowano w muzeum cykl sabatów pod nazwą
„Obcy w domu. Wokół Marca '68”. Do tej pory mieliśmy
takie kwiatki jak wykład dobrze
znanego czytelnikom „Niepodległej”
skrajnie lewackiego psychologa społecznego Michała Bilewicza pt.
„Epidemie
mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?”
okraszony okolicznościową ekspozycją prezentującą „antysemickie”
wpisy z internetu (jak wiadomo, w internecie można znaleźć wszystko)
– sugerujący, że w Polsce narasta atmosfera pogromowa.
Nawiasem, wspomniany Bilewicz dostał niedawno niemal 2 mln. grantu z
Narodowego Centrum Nauki na projekt „Mowa
pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji
werbalnej wobec grup mniejszościowych”.
Następnie
– znów o „języku nienawiści” - debatowali w
doborowym gronie (od lewa do lewa) przedstawiciele „Polin”,
„Press”, „Wyborczej” i „Onetu”
(tyle dobrego, że okazało się, iż kompulsywnie wręcz śledzą
„Warszawską Gazetę”).
Wkrótce zaś jeszcze takie atrakcje, jak przedstawienie teatralne
„Juden (R)aus Arras”: „Jest
rok 1968. Dookoła szaleje antysemicka nagonka. Ze swoim żydowskim
pochodzeniem musi się zmierzyć niepełnosprawny, chory umysłowo
chłopiec. Grozi mu wyjazd z Polski. Aby przetrwać opresję, przetwarza
wrogą rzeczywistość w baśń. Twórcy chcą zadać pytanie o naturę i
mechanizmy antysemityzmu, a także o granice poprawności wobec tematów
żydowskich, obowiązujące w dzisiejszej debacie publicznej”.
Wiem,
że „Polin”, to „zasługa” poprzednie władzy.
Gorzej, że obecnie MKiDN ma spętane ręce – statut placówki
opartej na partnerstwie publiczno-prywatnym (muzeum współtworzą
MKiDN, miasto Warszawa i Żydowski Instytut Historyczny) nie pozwala
zmienić jej szefa ani samego statutu bez jednomyślnej zgody
wszystkich podmiotów. Chcąc
nie chcąc, sponsorujemy więc milionami antypolskie hucpy. I tu
pytanie – czy naprawdę musimy? Czy min. Gliński nie może obciąć
dotacji, tak by muzeum musiało utrzymywać się samo?
Kompletnie
niezrozumiałe w kontekście powyższego są natomiast zapowiedzi –
i tu mamy akt szósty - stworzenia muzeum warszawskiego getta i muzeum
chasydyzmu.
Toż to kompletna groteska – mało nam „Polin”, więc
sfinansujemy jeszcze dwa kolejne potencjalne rozsadniki
antypolonizmu. By dopełnić obrazu tragifarsy, przytoczę Jarosława
Sellina, który stwierdził, iż „współpraca
MKiDN z Muzeum POLIN jest dobra, merytoryczna”.
I niech te słowa będą swoistą codą
dla opisanej tu błazenady.
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
„Rejterada”
„Antysemityzm
urojony”
Koniec
złudzeń
„Polska
– USA: zaufanie traci się tylko raz”
Moratorium,
czyli „uspokajactwo” stosowane
Hucpa
– reaktywacja
Ćwierć
miliarda za nic
Nic
tak nie gorszy, jak prawda
Jedwabne
– czas prawdy
Koniec
epoki „pedagogiki wstydu”
Lekcja
ojkofobii
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w dwutygodniku „Polska
Niepodległa” nr 07 (28.03-17.04.2018)