Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antypolonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antypolonizm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 kwietnia 2019

Nowa szkoła antypolonizmu

Nowa polska szkoła historii Holocaustu” to kolejna odsłona wojny o pamięć, w której jedyną ofiarą mają być Żydzi, zaś dla Polaków zarezerwowana jest rola współsprawców ludobójstwa.


I. Stara szkoła antypolskiej hagady

W ostatnich tygodniach objawił się nam dość pokraczny twór, nazwany przez jego animatorów „Nową polską szkołą historii Holocaustu”. Już w samej nazwie kryje się fałsz, bowiem nie jest to ani „szkoła”, ani „nowa”, ani „polska” i nade wszystko - nie zajmuje się badaniem historii w klasycznym, naukowym znaczeniu. Jedynym prawdziwym członem nazwy jest holocaust, na którym żerują autorzy, traktując jednak ludobójstwo w wielce specyficzny sposób – jako pokarm dla swoich antypolskich obsesji.

Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Otóż dotychczasowy dorobek „szkoły” nie przynosi żadnych przełomowych odkryć – jest to raczej zbiór znanych od dziesięcioleci polakożerczych sloganów i klisz, sprowadzających się do imputowania nam czynnego współudziału w zagładzie Żydów. Wedle tej narracji, Polacy to ciemna, zindoktrynowana przez Kościół antysemicka tłuszcza, która, gdy tylko nadarzyła się okazja, rzuciła się mordować Żydów. Co za tym idzie, podczas okupacji powszechnym zjawiskiem miało być wydawanie i zabijanie Żydów, urządzanie pogromów i szmalcownictwo, zaś przypadki ratowania to wyjątki na tyle nieliczne, że wręcz nieistotne w porównaniu do masowych, antyżydowskich postaw. Widzimy więc, że nie ma tu nic nowego – z podobnymi antypolskimi stereotypami w kontekście niemieckiej okupacji i holocaustu mamy do czynienia od dawna. Cały wysiłek „badawczy” akolitów owej „szkoły” skupia się jedynie na „udowadnianiu” założonych z góry tez za pomocą wybiórczego, manipulatorskiego traktowania materiałów źródłowych, a niekiedy wręcz preparowania zwyczajnych kłamstw. Nie jest to zatem żadna szkoła historyczna, tylko podszywający się pod takową kolejny ośrodek antypolskiej propagandy.

Wreszcie, trudno tu mówić o jej „polskim” charakterze, bowiem gros jej przedstawicieli jest Polakami co najwyżej formalnie, z obywatelstwa. Cała ich postawa świadczy o tym, że polskości serdecznie nienawidzą, mają ją w głębokiej pogardzie, nie utożsamiają się z polskim narodem, a formułując wobec Polaków zarzuty kolaboracji z „nazistami” i współudziału w zagładzie ewidentnie biją się w cudze piersi. Wystarczy zresztą ich posłuchać – mówiąc o rzekomych polskich zbrodniach nigdy nie formułują zarzutów w pierwszej osobie. Nie mówią - „myśmy to zrobili”, „to nasza wina”. Każdorazowo oskarżenia podawane są w osobie trzeciej – to „Polacy mordowali”, „polscy chłopi dokonali pogromu”, „rabowali” itd. Widać wyraźnie, że Polacy to dla nich ciało obce – nie poczuwają się do jakiejkolwiek wspólnoty z nimi i tylko czystym przypadkiem, z racji miejsca urodzenia, mówią tym samym językiem. W konsekwencji, rozliczając Polaków z ich postaw podczas II wojny światowej, czynią to z perspektywy zewnętrznego obserwatora, wręcz obcokrajowca, w najmniejszym stopniu nie utożsamiając się z historią polskich losów. Tak więc, słowo „polska” w nazwie rzekomej „szkoły” jest zawłaszczeniem i nadużyciem.

Spójrzmy zresztą na najwybitniejszych luminarzy tego samozwańczego gremium. Jan Tomasz Gross – z wykształcenia socjolog; Barbara Engelking – socjolog kultury; Jacek Leociak – polonista i literaturoznawca; Andrzej Leder – filozof kultury i psychoterapeuta; no i wreszcie historycy - Dariusz Libionka i Jan Grabowski. Jak się zdaje, wszystkich ich łączy żydowskie pochodzenie i lewicowo-liberalny światopogląd, a większość z nich do fachu historyka została niejako wtórnie przyuczona. Taka to i „polska szkoła historyczna” - tworzona przez lewackich pseudohistoryków i bez Polaków.

Cechą charakterystyczną uprawianej przez nich działalności jest przyjęcie w całości i bez zastrzeżeń dominujących w środowiskach żydowskich antypolskich resentymentów, znajdujących wyraz w polakożerczej propagandzie, której punktem centralnym jest przedstawienie nas jako współsprawców holocaustu. Znajduje to wyraz w „metodzie badawczej” sprowadzającej się do wyszukiwania argumentów mających to współsprawstwo potwierdzić oraz pomijania faktów, które tej naczelnej tezie zadają kłam. Innymi słowy, nie spisują historii, lecz tworzą nienawistną hagadę – rodzaj legendy, w której ważniejsze od historycznej prawdy jest tzw. ogólne przesłanie. Widzimy tu jak w soczewce różnice cywilizacyjne w podejściu do prawdy: w cywilizacji łacińskiej prawda to obiektywnie istniejący stan rzeczy do odkrycia którego należy dążyć; w cywilizacji żydowskiej natomiast prawda ma charakter względny i użytkowy - może być przedmiotem targów i negocjacji, a prawdziwe jest to, co w danej chwili jest wygodne. Doskonale podsumował to w wywiadzie dla Radia Maryja ks. prof. Waldemar Chrostowski, który na dialogu z Żydami zjadł zęby (zanim uciekł z krzykiem): „My pytamy, co jest dobre, oraz szukamy obiektywnego dobra i zasad, które można uogólnić na wszystkich ludzi. Natomiast Żydzi pytają, co jest dobre dla Żydów. Także w odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwe, interesuje ich to, co jest prawdziwe dla Żydów, a więc co wybrać z tego, co się wydarzyło, by interpretacja historii i teraźniejszości oraz wizja przyszłości były korzystne z perspektywy żydowskiej”. I właśnie z takim podejściem mamy do czynienia w przypadku tzw. „Nowej polskiej szkoły historii Holocaustu”. Zatem prawidłowa nazwa powinna brzmieć: „Stara szkoła antypolskiej hagady”.


II. Antypolski sabat w Paryżu

Najnowszym wykwitem tej antypolskiej hucpy była słynna paryska konferencja, która odbyła się w dniach 22-22 lutego br. z udziałem m.in. prof. Jacka Leociaka, prof. Jana Grabowskiego, dr-a Andrzeja Ledera, Jana Tomasza Grossa, Aliny Skibińskiej i dr Karoliny Panz. Uczestnicy reprezentowali głównie dwie instytucje: Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN oraz Żydowski Instytut Historyczny, przy czym część prelegentów to również współautorzy głośnej książki „Dalej jest noc” (o której więcej za chwilę) – można powiedzieć, że „dzieła kanonicznego” dla „Starej szkoły antypolskiej hagady”. Jak wiemy, padały tam skandaliczne oskarżenia, w czym szczególnie brylowali Jacek Leociak, Jan Grabowski i Andrzej Leder. Ten pierwszy, odnosząc się do negowania przez Polaków ich rzekomego współsprawstwa w Holocauście, zabłysnął kwestią: „Wcześniej jednak trzeba zniszczyć historyczne relacje, świadectwa i dokumenty zdeponowane w archiwach, zastępując je podróbkami; wmówić żyjącym jeszcze ofiarom i świadkom, że nie widzieli tego, co widzieli; wykopać szczątki żydowskich ofiar z anonimowych grobów rozsianych po Polsce i włożyć tam kamienie. Tego oczywiście zrobić się nie da. Pozostają więc tylko zaklęcia, mistyfikacje, odprawianie publicznych rytuałów”. Wszystko wykrzyczane na wysokim emocjonalnym diapazonie i okraszone wymachiwaniem rękami, z niedwuznaczną sugestią, że Polacy chcą się wybielić fałszując historię. Z kolei J.T. Gross powtórzył swą znaną tezę, że Polacy na wsiach wymordowali więcej Żydów niż Niemcy. Natomiast Jan Grabowski uraczył zebranych swymi „obliczeniami” wedle których Polacy mieli w tzw. trzeciej fazie Holocaustu (czyli już po likwidacji gett) zabić ok. 250 tys. Żydów. Skąd ta liczba? Jak odkrył ambasador w Paryżu Jakub Kumoch (który zadał sobie trud zdobycia i opisania nagrań z konferencji), wg Grabowskiego przeżyło zaledwie 1,8 proc. ukrywających się Żydów. W domyśle – resztę wymordowali Polacy. Tymczasem ów 1,8 proc. to jedynie odsetek przebadanych przypadków! „To przyczynek do tego, jak powstają »liczby Grabowskiego«” - konkluduje ambasador Kumoch.

Istnym kuriozum był „psychologiczny” wywód Andrzeja Ledera, wedle którego nasączeni antyżydowskimi emocjami Polacy na widok zagłady... poczuli się współwinni i dlatego zaczęli tę winę „wypierać” i „przerzucać na innych” - czyli Niemców, rzeczywistych sprawców zbrodni, zaś „obsesyjne podkreślanie własnych zasług” ma „maskować zawinienie”. Rozumieją Państwo – ziściły się nasze fantazje o mordowaniu Żydów, więc przerzuciliśmy winę na tych, którzy faktycznie mordowali...

Na konferencji byli obecni przedstawiciele Polonii i dr Maciej Korkuć z IPN, który w pewnym momencie zabrał głos i próbował sprostować co grubsze oszczerstwa – organizatorzy jednak skutecznie mu to uniemożliwili. Po konferencji Jacek Leociak usiłował przedstawić ich jako wyjącą i tupiącą antysemicką dzicz – w świetle dostępnego nagrania, nic z tych wymysłów się nie potwierdziło.

Generalnie, konferencja przypominała momentami polityczny więc i antypolski sabat – z oskarżeniami pod adresem polskich władz, oczernianiem IPN-u, organizacji broniących dobrego imienia Polski (np. Reduty Dobrego Imienia) czy „niepokornych dziennikarzy”. Można wręcz odnieść wrażenie, że co bardziej krewkich prelegentów do furii doprowadza świadomość, że Polacy jednak nie dali się ze szczętem zmłotkować pedagogice wstydu, że w większości odrzucają wyssane z palca oskarżenia, dają im odpór i nie pozwalają się wmanipulować w narzucane poczucie winy. Tego nie było w planach. Mieliśmy się kajać i przepraszać, niczym w sprawie Jedwabnego po publikacji ponurych bredni Grossa – swoistego aktu założycielskiego „Nowej szkoły...”. Nie dziwi więc frustracja środowisk żydowskich – już mieli nas pod butem, już prawie nas przerobili na macę, a tu nagle Polacy wreszcie się przebudzili i cała operacja wpędzania nas w żydowskie kompleksy wzięła w łeb. Przedobrzyli i wywołali efekt przeciwny do zamierzonego.


III. Korekta obrazu

Nie oznacza to jednak bynajmniej, że przestaną – w końcu, z oczerniania Polski i Polaków zrobili sobie sposób na życie i motor karier zawodowych. Stąd też wzięła się osławiona książka „Dalej jest noc” - praca zbiorowa pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego - o tym, jak Polacy na prowincji mordowali ukrywających się Żydów za cukier i słoninę. Z punktu widzenia propagandowego jej powstanie było konieczne - „dzieła” Grossa zdążyły się już opatrzyć, sam autor jest w Polsce skompromitowany jako szarlatan, trzeba więc było dołożyć do pieca dwutomową, 1400-stronicową pracą mającą wywołać wrażenie obiektywizmu, naukowej rzetelności i bazującą na nie budzących wątpliwości źródłach z epoki. I początkowo nawet taki efekt osiągnięto (zresztą na omówionej tu paryskiej konferencji w dużej części powtórzono właśnie zawarte w niej tezy i ustalenia). Niestety, na nieszczęście dla autorów, ich pracę wziął na warsztat zawodowy historyk z IPN, dr Tomasz Domański i przeanalizował ją pod kątem źródłoznawczym, czego efektem jest obszerna, 74-stronicowa recenzja pt. „Korekta obrazu?”. Dr Domański zrobił coś, czego autorzy chyba się nie spodziewali – sięgnął do dokumentów na które się powoływali i zweryfikował na ile rzetelnie zostały one przytoczone i zinterpretowane. Efekt jest miażdżący – okazało się, że „Dalej jest noc” to stek manipulacji, a momentami wręcz ordynarnych fałszerstw uszytych pod z góry założoną tezę, nijak się mających do reguł warsztatu historycznego. Kłania się przytoczona wyżej wypowiedź ks. Chrostowskiego o wybiórczym traktowaniu historii, tak by efekt był korzystny z perspektywy żydowskiej. Krótko mówiąc, rzekomo „naukowa” praca okazała się zakłamanym paszkwilem.

Pierwsza rzecz dotyczy obszaru badań – badano losy ukrywających się Żydów w wybranych powiatach. Tyle, że autorzy podeszli do tej materii nader swobodnie, wybierając bez wyraźnego klucza a to powiaty przedwojenne, to znów jednostki terytorialne Generalnego Gubernatorstwa, a nawet jedynie fragmenty powiatu – z powiatu bielskiego (Bielsk Podlaski) „odkrojono” jego wschodnią część. Czyżby dlatego, by nie badać nastawienia wobec Żydów ludności białoruskiej, stanowiącej wówczas niemal połowę populacji pominiętego obszaru? Druga sprawa, znacznie poważniejsza, to sposób potraktowania okupacyjnych realiów. Otóż autorzy nie wspominają o skali terroru niemieckiego przeciw polskiej ludności, o wszechobecnej atmosferze zastraszenia i drakońskich karach (na czele z karą śmierci grożącą za niepodporządkowanie się okupacyjnym rozporządzeniom), co wszak miało istotny wpływ na postawy wobec Żydów – chociażby w kwestii udzielania im pomocy. Co więcej, w książce stosowany jest termin „administracja niemiecko-polska” sugerujący jakąś formę autonomii „polskich” struktur administracyjnych. Tymczasem, nawet jeśli Niemcy pozostawiali na stanowiskach przedwojennych wójtów czy burmistrzów, to jedynie w charakterze wykonawców poleceń nowych, okupacyjnych władz, bez jakiegokolwiek marginesu decyzyjnej samodzielności – zwłaszcza w odniesieniu do Żydów. Podobnie potraktowano takie formacje jak „granatowa” policja, straż pożarna czy leśna, które zostały zmilitaryzowane. Nie zająknięto się, że Niemcy powołali całkowicie nową służbę („Polnische Polizei”) do której wcielili przymusowo przedwojennych policjantów – porzucenie jej szeregów traktowane było jako dezercja i groziło surowymi karami, np. obozem koncentracyjnym. „Granatowa” policja podporządkowana była niemieckiej Policji Porządkowej i wykonywała narzucone jej rozkazy – była więc to część okupacyjnej administracji niemieckiej, działająca w ramach niemieckiego państwa. Tego wszystkiego czytelnik jednak się nie dowie. Zamiast tego dostaje obraz przypominający okupowaną Francję, gdzie faktycznie obok władz niemieckich działała przedwojenna francuska administracja.

Największa manipulacja dotyczy jednak sposobu potraktowania źródeł. Na porządku dziennym jest pomijanie obecności przy egzekucjach czy wyłapywaniu Żydów niemieckich żandarmów i żołnierzy – zamiast tego, uwypuklana jest rola polskiej ludności jako samodzielnych sprawców zbrodni. Dochodzi do tego, że z cytowanych dokumentów, relacji świadków usuwa się wzmianki o niemieckim sprawstwie kierowniczym. Jeżeli Niemcy zapędzili do przeczesywania lasu miejscowych chłopów, to czytelnik dowiaduje się, że to polscy chłopi z widłami polowali w lesie na Żydów. To samo dotyczy policji żydowskiej. Przykładowo, jeżeli w wyłapywaniu „zabunkrowanych” Żydów w gettach brała udział żydowska policja, niemieccy żandarmi i „granatowi” policjanci, to autorzy pomijają w opisie dwie pierwsze formacje, lub marginalizują ich rolę, informując jedynie o „polskich” policjantach. W tym celu posługują się wyrywaniem specjalnie dobranych fragmentów z kontekstu, a nawet cytowaniem jedynie „pasujących” wycinków poszczególnych zdań. Inny sposób manipulacji, to odwoływanie się do powojennych procesów sądowych przeciw szmalcownikom – często bez wspominania, że rzekomy „szmalcownik” został uniewinniony (i to przez stalinowski sąd, w apogeum sowieckiego terroru), bo w trakcie przewodu sądowego okazywało się np. że padł ofiarą donosu sąsiada, który w ten sposób chciał wyrównać jakieś prywatne porachunki. Tego typu przykładów dr Domański przytacza dosłownie dziesiątki. Autorzy paszkwilu ewidentnie liczyli na to, że nikomu nie będzie się chciało sprawdzać co naprawdę jest w źródłach na które się powołują – i się przeliczyli. Dr Domański sprawdził i podał efekty weryfikacji do publicznej wiadomości.

Odwrotnie jest gdy w grę wchodzi kolaboracja Żydów – prócz przemilczania, stosuje się tu szeroką paletę usprawiedliwień, z naczelnym wytrychem: „strategią przetrwania”. Okazuje się, że zagrożony śmiercią Żyd miał prawo w imię przetrwania zrobić wszystko, z denuncjowaniem innych Żydów włącznie. Polacy do własnej „strategii przetrwania” prawa nie mieli. Polecam lekturę - broszurę „Korekta obrazu?” łatwo „wyguglać”, jest do pobrania w formie PDF ze stron IPN.


IV. Wojna o miliardy

Podsumowując, „Nowa polska szkoła historii Holocaustu” to kolejna odsłona wojny o pamięć, wg której jedyną ofiarą mają być Żydzi, zaś dla Polaków zarezerwowana jest rola współsprawców ludobójstwa – a na prowincji wręcz sprawców głównych, jeśli nie jedynych. Wpisuje się ona w nurt ogólnoświatowego, żydowskiego antypolonizmu z miliardowymi roszczeniami „restytucyjnymi” organizacji spod znaku „holocaust industry” w tle. Tu nie ma miejsca na dialog i jakąkolwiek merytoryczną dyskusję, co dobitnie potwierdził paryski sabat. Żydowska polityka historyczna będzie realizowana z całą bezwzględnością – niestety, jak pokazuje suta dotacja MKiDN na książkę „Dalej jest noc”, również za nasze pieniądze.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 05 (Kwiecień 2019)

wtorek, 26 lutego 2019

Konsekwencje rejterady

Należy głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu.


I. „Ogromny sukces”

Trudno dziś nie roześmiać się gorzko czytając wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Sieci” jeszcze przed katastrofalną konferencją bliskowschodnią w Warszawie. Prezes rządzącej partii powiedział wtedy: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, były to oczekiwania dobrze ulokowane” (cyt. za wPolityce.pl). Jak widać, roszada na stanowisku szefa rządu na nic się zdała, bo też i zdać się nie mogła. Wiara w to, że personalna podmianka i jakieś ocieplenie wizerunkowe będzie w stanie powstrzymać rozpędzoną machinę polakożerstwa inspirowaną przez „holocaust industry” dowodzi w najlepszym razie naiwności. Gra toczy się o zbyt wielkie pieniądze i polityczne interesy, by strona przeciwna ot, tak sobie zrezygnowała z ataków, bo Polska wykazała się gestem dobrej woli i chęcią załagodzenia sporu. Przeciwnie – każde takie ustępstwo z naszej strony odczytywane było jako przejaw słabości i dowód na to, że wystarczy nas jeszcze trochę przycisnąć, jeszcze bardziej zmłotkować nienawistnym przekazem, byśmy w końcu ze szczętem położyli uszy po sobie i zaczęli sypać kasą.

Tak też odebrano naszą bezwarunkową kapitulację w kwestii wycofania się z art.55a Ustawy o IPN penalizującego próby przypisywania państwu bądź narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie niemieckiej III Rzeszy. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela z czerwca 2018 r. łaskawie przyznająca, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, wynegocjowana w Wiedniu pod czujnym okiem Mossadu, była jedynie skromnym cukierkiem, mającym nam osłodzić gorycz porażki i pozwolić polskiemu rządowi zachować twarz przed elektoratem. Bezskutecznie zresztą – bo wbrew propagandzie sukcesu, ludzie jednak w znacznej mierze nie dali się na piękne słówka nabrać i słusznie uznali ekspresową „denowelizację” ustawy o IPN za upokarzającą rejteradę.


II. To nie kryzys, to rezultat

Dziś zbieramy konsekwencję owego „ogromnego sukcesu”. Obecna, kolejna już awantura na linii Polska-Izrael to, trawestując Kisiela, nie jest kryzys, tylko rezultat. Wystarczyło kilka dni, by w świat poszedł przekaz wpływowej amerykańskiej dziennikarki o „polskim reżimie” z którym walczyli powstańcy z getta i „Polakach kolaborujących z nazistami” (to z kolei Benjamin Netanjahu). Potem, po naszych rozpaczliwych interwencjach, nastąpiło tradycyjne mydlenie oczu – przeprosiny na które w świecie mało kto zwrócił uwagę i odwracanie kota ogonem, że „Bibi” nie powiedział tego co powiedział, a tak w ogóle, to został źle zrozumiany, bo chodziło mu o poszczególnych Polaków, a nie o polski naród czy państwo. Wszystko okraszone naciskami sekretarza stanu Mike'a Pompeo, byśmy wreszcie zalegalizowali żydowskie wymuszenie rozbójnicze („ustawa 447” zobowiązuje Departament Stanu do takich działań i Pompeo ten obowiązek, jak widać, wypełnia) i przyjęli w poczet bohaterów narodowych żydowskiego, ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana.

Na koniec, żebyśmy nie mieli już żadnych wątpliwości, p.o. szefa izraelskiego MSZ Israel Kac (formalnie szefem MSZ jest Netanjahu) uraczył nas kolejnymi wykwitami oszczerczej arogancji. Najpierw zastępca Netanjahu w całej rozciągłości podtrzymał słowa swego pryncypała, podkreślając, iż „nie zapomnimy i nie wybaczymy” (polskiej „kolaboracji” z Niemcami), by na koniec obcesowo zażądać, byśmy się odfajkowali („Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać i jak upamiętniać naszych zmarłych”). Przywołanie sloganu o „Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki” oraz dzień późniejsza wypowiedź „Antysemityzm był wrodzony u Polaków przed Holokaustem, podczas, i po nim też” były już tylko postawieniem kropki nad „i”.

Krótko mówiąc, ubiegłoroczna wspólna deklaracja przetrwała raptem 8 miesięcy i właśnie na naszych oczach została unieważniona – ba, spektakularnie wysadzona w powietrze.


III. Symetria i asertywność

Dlaczego izraelscy politycy zdecydowali się na taki krok? Bo uznali, że mogą – to raz. Pokazaliśmy jasno, że łatwo uginamy się pod naciskiem – szczególnie, jeśli ze strony naszego aktualnego protektora zza oceanu przyjdą wytyczne, że mamy wbrew wszystkiemu podtrzymywać fikcję „strategicznego sojuszu” i „dobrych relacji”. Tymczasem, nie ma żadnych „dobrych relacji”, ani tym bardziej „przyjaźni polsko-izraelskiej”. Izrael to w najlepszym razie „sojusznik naszego sojusznika” - i nic więcej. Po drugie – w Izraelu trwa kampania wyborcza i granie na antypolonizmie jest politycznie opłacalne, trafia do masowego elektoratu ukształtowanego przez edukacyjną obróbkę i medialną propagandę utrzymaną w duchu nienawiści do Polaków jako współwinnych holocaustu. Antypolonizm jest obecnie częścią izraelskiej tożsamości. Sami zresztą się do tego przyczyniliśmy haniebnymi przeprosinami za Jedwabne i wstrzymaniem ekshumacji, utrwalając jedynie przekonanie, że mamy coś na sumieniu. A skoro tak – to powinniśmy płacić, logiczne. Tak oto w imię podtrzymywania fikcji „przyjaźni”, zamalowaliśmy się do kąta.

W tej sytuacji decyzja premiera Morawieckiego o odwołaniu udziału polskiej delegacji w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej (co poskutkowało oficjalnym anulowaniem całej imprezy, odbędą się jedynie dwustronne spotkania pozostałych państw V4) jest jedynym możliwym ruchem pozwalającym nam ocalić resztki godności. Agencja Reuters z miejsca oceniła, że jest to prestiżowa porażka Netanjahu, który przed kwietniowymi wyborami chciał się pokazać jako zręczny dyplomata, goszczący przyjazne Izraelowi kraje Europy Środkowej (mające stanowić przeciwwagę dla krytycznej wobec Izraela Europy Zachodniej). To pokazuje kierunek dla dalszych relacji z Izraelem. W skrócie można go określić w dwóch słowach – symetria i asertywność. Na zniewagi odpowiadać stanowczymi krokami dyplomatycznymi i wreszcie, na miłość Boską, przestać się bać formułować nasze stanowisko, bo ze słabymi tchórzami nikt się nie liczy. Przeciwnie – kładąc uszy po sobie jedynie prowokujemy kolejne ataki.


IV. Zmienić narrację!

Od tej pory winniśmy radykalnie zmienić naszą narrację w sferze publiczno-międzynarodowej. Trzeba wreszcie zacząć mówić o żydowskiej kolaboracji z komunistami. Przypominać o wydawaniu Polaków przez Żydów w ręce NKWD po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. O żydowskich funkcjonariuszach sowieckiego aparatu represji i ich czynnym udziale w stalinowskim ludobójstwie. O nadreprezentacji Żydów w aparacie komunistycznego terroru, katowaniu i mordowaniu polskich patriotów. Generalnie – głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić nie tylko historycy czy publicyści, lecz przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu – tak jak czynią to członkowie rządu i dyplomaci izraelscy. Oczekuję, że polski premier i polscy ministrowie przy każdej okazji będą przypominali żydowskie zbrodnie na Polakach (a wystarczy, że dziennikarz na konferencji prasowej zada odpowiednie pytanie – tak jak robią to izraelscy odpowiednicy). Potem można najwyżej sprostować, że miało się na myśli „poszczególnych Żydów”, a nie „państwo” czy „naród”...

Ale cóż marzyć o tym – właśnie czytam (info za DoRzeczy.pl) że Jarosław Kaczyński zwołał za plecami Morawieckiego pilną naradę, bo na PiS padł blady strach, że eskalacja konfliktu zaszkodzi partii w eurowyborach i pogorszy nasze relacje z USA... Ręce opadają. Panie prezesie – stanowcza postawa rządu jedynie przysporzy wam głosów, bo Polacy mają po dziurki w nosie rzucanych nam w twarz kalumnii. A i USA szanują jedynie tych, którzy szanują się sami. Czy Pan tego nie widzi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bezwarunkowa kapitulacja

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)

niedziela, 22 lipca 2018

PiS w trybie wyborczym

Bez oddolnego nacisku „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.

I. Czas „ciepłej wody”

Jak powiadają wtajemniczeni, Jarosław Kaczyński zarządził przestawienie PiS-u w tryb wyborczy, co oznacza w praktyce wyciszenie najbardziej kontrowersyjnych tematów – i to kto wie, czy nie do końca kadencji, albo i dłużej. Determinuje to kalendarz: jesienią mamy wybory samorządowe, a wiosną następnego roku odbędą się wybory do europarlamentu. W tymże 2019 r. czekają nas także absolutnie kluczowe wybory parlamentarne, no i wreszcie w 2020 r. będziemy mieli wyścig o prezydenturę – najprawdopodobniej z Andrzejem Dudą ubiegającym się o reelekcję. To ostatnie, szczerze mówiąc, wywołuje u mnie mieszane uczucia – Beata Szydło chyba już definitywnie poszła w odstawkę i czeka ją honorowe (za to lukratywne) zesłanie do Parlamentu Europejskiego. Szkoda.

W każdym razie, przed nami długi okres ocieplania wizerunku, łagodzenia kantów i unikania konfrontacji oraz podkreślania sukcesów, głównie gospodarczych. Czas więc przygotować się na pisowską wersję polityki „ciepłej wody w kranie” (inna sprawa, że w odróżnieniu od poprzedników, partia rządząca akurat ma się czym pochwalić). Zwiastunem powyższego może być wypowiedź posłanki Joanny Lichockiej podczas spotkania z wyborcami w Radomiu, że kwestia repolonizacji mediów najprawdopodobniej będzie musiała poczekać do następnej kadencji. Zatem, pora ogłosić koniec sezonu – a skoro tak, to już dziś, na ponad rok przed wyborami sejmowymi, można się pokusić o podsumowanie pierwszej kadencji rządów „dobrej zmiany”.


II. Lista błędów i zaniechań

Nie ukrywam, że zajmę się głównie listą porażek, rozczarowań i zaniechań – bo sukcesami władza pochwali się sama, również poprzez sponsorowane hojnie media. Generalnie, „potencjał rewolucyjny” partii rządzącej okazał się o wiele mniejszy niż można się było spodziewać i szybko wytracił impet w konfrontacji z systemowym oporem III RP, wpływami różnych lobbies, ośrodkami zagranicznymi tudzież własnymi ograniczeniami.

Jednym z symboli bezradności stała się sprawa frankowiczów niemiłosiernie dojonych przez banki. Tu swoją siłę pokazało lobby finansowe przy cichym poparciu Mateusza Morawieckiego – najpierw jako „superministra” od gospodarki, obecnie zaś premiera. Od początku scedowano problem na prezydenta Dudę, który wtedy po raz pierwszy pokazał, że jest politykiem ulepionym z miękkiej gliny. Bombardowany wizjami zapaści sektora bankowego, w kolejnych wersjach ustawy de facto zrezygnował z odwalutowania produktów frankowych (nazywanie tego czegoś „kredytami” jest nieporozumieniem, są to bowiem w istocie długoterminowe produkty spekulacyjne wysokiego ryzyka). Kropkę nad „i” postawił w jednym z wywiadów Jarosław Kaczyński zalecając frankowiczom, by dochodzili swego w sądach – co robili i robią bez tych światłych porad. Obecnie ustawa znajduje się w sejmowej podkomisji i zapewne tam już pozostanie. Trzeba dodać, że problem ten został załatwiony w szeregu krajów (z Węgrami na czele) i jakoś nigdzie nie zakończyło się to finansową katastrofą.

Ciekawą sprawą jest schizofreniczne podejście do imigracji, o czym pisałem przed tygodniem. Z jednej strony rząd twardo sprzeciwia się narzucanym nam przez Niemcy i UE kwotom migracyjnym, z drugiej zaś sprowadza niemal dwumilionową rzeszę migrantów zarobkowych stosując coraz to nowe udogodnienia i otwierając się na kolejne kraje, w tym również muzułmańskie. W tej chwili natomiast trwają prace nad przepisami mającymi ułatwić osiedlanie się migrantów ekonomicznych na stałe wraz z rodzinami. W efekcie, jesteśmy dziś światowym liderem jeśli chodzi o sprowadzanie cudzoziemskich pracowników i szykujemy sobie podobny scenariusz, jakiego doświadczyły kraje Europy Zachodniej. Tu rząd stał się zakładnikiem lobby biznesowego pragnącego utrzymać model bazujący na taniej sile roboczej. Zapłacą za to kolejne pokolenia zmuszone do egzystencji w „multikulturowym” tyglu.

Z powyższym jaskrawo kontrastują zaniechania wobec Polaków z Litwy i Ukrainy poddawanych przy naszej bierności konsekwentnej polityce wynaradawiania. Można wręcz odnieść wrażenie, że nasi rodacy są dla rządzących zawadą w budowaniu „strategicznych relacji” z Wilnem i Kijowem. O ściąganiu repatriantów z obszarów dawnego ZSRR szkoda w ogóle mówić. Podobnie, prócz gołosłownych zachęt nie zrobiono niemal nic, by zachęcić do powrotu falę emigrantów z ostatnich lat. Skutkiem jest swoista „podmiana populacji” - w miejsce tych co wyjechali przyjmujemy Ukraińców, a także coraz liczniejszych przybyszy z innych państw.

Tu dochodzimy do wiecznie żywej giedroyciowskiej mitologii politycznej. Jedyna zmiana w stosunku do poprzednich ekip, to wymuszone oddolną presją społeczną pewne utwardzenie polskiego stanowiska w kwestiach historycznych, czego symbolem była sejmowa uchwała wreszcie nazywająca po imieniu kresowe ludobójstwo dokonane przez banderowców na Polakach. Jednak w pozostałych sprawach wciąż popieramy Ukrainę „za bezdurno” - dając jej obywatelom pracę, otwierając rynek dla produktów rolnych czy bezwarunkowo wspierając politykę Kijowa i udzielając ukraińskiemu bankrutowi pomocy ekonomicznej. Nakłada się na to jednostronna polityka zagraniczna skutkująca podległością wobec „bezalternatywnego” hegemona, czyli USA – przypomnę, że sami w ten sposób pozbawiamy się pola manewru, co może się na nas srogo zemścić, chociażby w przypadku, gdy Stany Zjednoczone znów postanowią zrobić „reset” w relacjach z Rosją. Na osłodę mamy krzepiące bajki George'a Friedmana o Międzymorzu.

Kolejna porażka, to niedawna rejterada w sprawie przypisywania Polsce i Polakom współodpowiedzialności za Holocaust. Okazało się, że stosowne ustawy musimy przedkładać do uprzedniej akceptacji naszych „strategicznych partnerów” czyli Izraela, żydowskiej diaspory oraz Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji nie dziwi, że leży również nasza polityka wizerunkowa. W przypadkach szkalowania Polski w zagranicznych mediach ograniczamy się do dyplomatycznych not, które albo są uwzględniane przez redakcje, albo nie. Nie ma systemowej współpracy z kancelariami prawnymi w USA czy Europie Zachodniej, a co za tym idzie – nie ma też procesów. O bezradności Polskiej Fundacji Narodowej aż żal wspominać. Na dodatek hojnie sponsorujemy antypolskie jaczejki w rodzaju muzeum POLIN. Odesłanie do zamrażarki projektu ustawy reprywatyzacyjnej pod jawną presją organizacji „przemysłu holokaust” dopełnia ponurego obrazu.


III. „Dobra zmiana” czy „mniejsze zło”?

Do powyższego można by dodać jeszcze stopniowo kastrowaną reformę sądownictwa (tu szczególne „podziękowania” dla prezydenta Dudy) i kilka innych spraw, jak wspomniana na wstępie rezygnacja z repolonizacji mediów, zaniechanie publikacji aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI, wyciszenie niemieckich reparacji za II Wojnę Światową czy wyrzucenie do kosza nowego Kodeksu Pracy, który miał „odśmieciowić” rynek zatrudnienia. A wszak wszystkie te kwestie cieszyły się i cieszą poparciem wyborców – trzeba było jedynie determinacji by je przeprowadzić. Tej jednak najwyraźniej zabrakło – i ciekaw jestem, czy po 2019 r. znajdzie się słynna „wola polityczna” by naprawić zaniechania, czy też PiS ostatecznie zamieni się w typową partię „tłustych kotów” okraszających swe kunktatorstwo patriotyczną retoryką.

Żeby być sprawiedliwym – są też i sukcesy. Udało się w znacznej mierze uszczelnić system podatkowy i poprawić kondycję budżetu państwa, dzięki czemu są pieniądze na sztandarowy program „500+”. Warto zauważyć, że ma on walor nie tylko socjalny, ale również godnościowy. Generalnie, rządy PiS to w warstwie symbolicznej dowartościowanie spychanych dotąd na margines i stygmatyzowanych grup społecznych, co zresztą elity III RP odczuły bodaj najboleśniej. I jeżeli z kolejną kadencją „dobrej zmiany” wiążę jakieś nadzieje, to dlatego, że właśnie ów obudzony elektorat może stać się skuteczną, oddolną ostrogą mobilizującą władzę do działania. Inaczej „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (20-26.07.2018)

niedziela, 13 maja 2018

Sojusznik czy wasal?

Państwo, które nie traktuje siebie poważnie - zwłaszcza w relacjach z podmiotami zewnętrznymi - jest z definicji bytem tymczasowym.

I. W potrzasku sojuszników

Gdyby wierzyć oficjalnej propagandzie kolejnych ekip rządowych od lewa do prawa oraz ich medialnych przybudówek, Polska jest najbezpieczniejszym i najszczęśliwszym państwem na świecie. Jakiż bowiem inny kraj może się pochwalić, że jest wprost otoczony samymi „strategicznymi sojusznikami”? Kogóż to już owym „strategicznym sojusznikiem” vel „partnerem” nie ogłaszano? Jest nim i Litwa, która wręcz dyszy czułością wobec tamtejszych Polaków, przygarniając ich zachłannie do kościstej, żmudzińskiej piersi. Jest i Ukraina, przebierająca nogami by wspólnie z nami pogromić Putina pod braterskim, czerwono-czarnym sztandarem. Ba, są jeszcze ludzie pamiętający, że Rosję również przymierzano nam do roli „partnera” z którym Radek Sikorski chciał budować „wspólną przestrzeń bezpieczeństwa od Lizbony do Władywostoku”. Jest oczywiście in gremio Unia Europejska, dla której ponoć „nie ma alternatywy”, co stanowczo ogłosił w charakterze politycznego dogmatu sam Jarosław Kaczyński. No i oczywiście mamy także tandem ober-sojuszników (znów - „bezalternatywnych”) - czyli Stany Zjednoczone oraz Izrael. Słowem, gdzie się nie obrócisz, tam widzisz sojuszników otaczających nas coraz ciaśniejszym kręgiem na podobieństwo watahy. Nawet kijem się przed takimi nie opędzisz.

Jednak z posiadania takiej masy przyjaciół wynikają określone konsekwencje. Trzeba być dla nich miłym i uprzejmym, spełniać różne prośby, czule zaglądać w oczka i generalnie dbać o ich dobre samopoczucie – nie oczekując dla siebie niczego w zamian, albowiem wiadomo, że prawdziwa miłość „cierpliwa jest, łaskawa jest”, a nade wszystko „nie szuka swego” tudzież „wszystko znosi” i „wszystkiemu wierzy”. Tak to przynajmniej wygląda, jeśli spojrzeć na nasze różne „strategiczne relacje”. Dziwnym trafem nie działa to w drugą stronę – ale najwyraźniej jesteśmy krajem preferującym chytrą strategię polegającą na kochaniu innych tak długo, aż oni nas też pokochają. Taką wersję przyjmijmy, bo inaczej musielibyśmy uznać, że grzeszymy ciężkim i uporczywym frajerstwem.


II. „Sojusznik naszego sojusznika”

Do powyższych wniosków można dojść obserwując chociażby reakcję (a w zasadzie – brak takowej) naszego rządu na „ustawę 447” uchwaloną przez amerykański Kongres na żądanie lobby „holocaust industry”, wcześniej zaś - paniczne „wygaszanie sporu” na tle nowelizacji Ustawy o IPN. Druga strona, jak było do przewidzenia, potraktowała naszą postawę jako objaw słabości i uznała, że skoro tak, to może sobie pozwolić na przeczołganie nas „po całości”. I tak właśnie się dzieje, na co odpowiedź Polski jest więcej niż żałosna. Rządzący na użytek wewnętrzny usiłują traktować wyborców niczym idiotów, wmawiając nam w żywe oczy, że JUST Act do niczego Polski nie zobowiązuje i generalnie nie ma o co kruszyć kopii. Na użytek zewnętrzny zaś co najwyżej wydają z siebie lękliwe popiskiwania, okraszone obowiązkowymi zapewnieniami o „szczególnych relacjach” łączących nas z żydowską diasporą oraz – ma się rozumieć – strategicznym sojuszu polsko-izraelskim. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie mogę już tego słuchać.

Pora zatem powiedzieć sobie jasno: Izrael nie jest naszym sojusznikiem. Ani „strategicznym”, ani nawet „zwyczajnym”. Jest co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i niczym więcej. Zawsze tak było, tylko my uparliśmy się, by tworzyć jakąś krainę politycznej fikcji, licząc że ciągłe obłaskawianie Tel Awiwu będzie nas „lewarowało” w relacjach z Waszyngtonem. Jak widzimy, okazało się to drogą donikąd. Warto również przestać mydlić sobie oczy gadaniną o „dialogu” i nadzwyczajnych stosunkach z żydowską diasporą – czy to w Polsce, czy za granicą. Czas pozbyć się powyższych złudzeń z podstawowej przyczyny: żydowska diaspora jasno pokazała, że oczekuje od nas jedynie samoupokorzenia i kasy, natomiast Izrael w ostatnim czasie przeszedł na jawnie wrogie nam pozycje, dufny w nieograniczone poparcie USA. Jeśli zaś chodzi o te ostatnie – chyba nadszedł moment, by uświadomić naszemu hegemonowi, że nie ma nic za darmo. Również (a może – zwłaszcza) sojuszy. Zacznijmy wreszcie się szanować.


III. Operacja antypolska

Obecnie niestety, sytuacja nie wygląda najlepiej i po uchwaleniu „ustawy 447” możemy się spodziewać antypolskich działań na dwóch równoległych polach – jawnym i zakulisowym. Działania jawne, co zasygnalizowałem tydzień temu, będą polegały na potężnej, ogólnoświatowej operacji dyfamacyjnej. Ta ofensywa już wystartowała – dość przypomnieć niedawny list 50 kongresmanów do Departamentu Stanu, by ten zabrał się na serio za walkę z antysemityzmem w Polsce i na Ukrainie, zrównujący przy okazji naszą ustawę o IPN z ukraińską gloryfikacją ludobójczego banderyzmu. Zaraz potem amerykańska mutacja „Newsweeka” uraczyła czytelników okładkowym materiałem obarczającym Polaków współodpowiedzialnością za holokaust – powołując się przy tym na Grossa, Grabowskiego i Konstantego Geberta. A „Newsweek” amerykański w przeciwieństwie do wersji polskiej jest śledzony i cytowany na świecie. Swoistym preludium były słowa izraelskiego prezydenta Reuvena Rivlina o udziale Polaków i polskiego państwa w zagładzie, skwapliwie puszczone w świat przez izraelskie media – najprawdopodobniej za sprawą odpowiednio spreparowanej przez służby prasowe hebrajskiej wersji stenogramu z przemówienia wygłoszonego przy okazji „Marszu Żywych”.

Najświeższym przejawem jest próba likwidacji pomnika katyńskiego przez żydowskiego burmistrza Jersey City, Stevena Fulopa, który przy okazji znieważył polskiego marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego, nazywając go „antysemitą, „białym nacjonalistą” i „negacjonistą holokaustu”. Jeżeli taki pętak pozwala sobie na chamskie ataki wobec trzeciej osoby w zaprzyjaźnionym państwie, to znaczy, że otrzymał gwarancje bezkarności. Z drugiej strony - jeśli polskie państwo nie odważy się podjąć wobec takiego chłystka stosownych kroków, to znaczy, że godzi się ze swoim podrzędnym statusem i te gwarancje bezkarności podżyrowywuje. Tak to jest tam odbierane i żadne oświadczenia produkowane na nasz wewnętrzny, krajowy użytek tego nie zmienią. Wyobrażacie sobie, żeby jakiś polski burmistrz zelżył na Twitterze przewodniczącego amerykańskiego Senatu, albo speakera Izby Reprezentantów? Póki co, marszałek Karczewski zapowiedział jakieś bliżej nieokreślone „kroki prawne”. Zobaczymy, czy nie przestraszy się własnej odwagi.

Działania zakulisowe natomiast będą polegały na wywieraniu na nas rozmaitych nacisków, by spełnić żydowskie roszczenia, na początek zaś – zrezygnować z obrony dobrego imienia i pogodzić się z narzuconą nam rolą morderców i wspólników ludobójstwa. O tym, siłą rzeczy, wiemy mniej, ale pierwsze sygnały już się pojawiły. Oto po powrocie z USA minister Gowin oznajmił, iż powiedziano mu, że jeżeli Polska wycofa się z nowelizacji ustawy o IPN, to będziemy mogli liczyć „w ciągu 2-3 lat” na amerykańskie stałe bazy. Innymi słowy – warunkiem strategicznej obecności US Army na polskim terytorium jest nasza milcząca zgoda na bezkarne szkalowanie. Tak się nie rozmawia z sojusznikiem, tak się rozmawia z wasalem. Sojusz zakłada bowiem pewne partnerstwo relacji - mimo różnic potencjałów gospodarczych, siły militarnej itd.


IV. Sojusznik, czy wasal?

Podsumowując, podkreślę raz jeszcze: sojusz musi zakładać partnerstwo przynajmniej na jakimś minimalnym poziomie. Tymczasem traktowani jesteśmy niczym państewko satelickie, któremu przekazuje się polecenia „do wykonu”. Co gorsza, godzimy się na takie traktowanie, co będzie rodzić dalekosiężne skutki. Państwo, które nie traktuje siebie poważnie - zwłaszcza w relacjach z podmiotami zewnętrznymi - jest z definicji bytem tymczasowym. To, ile owa tymczasowość potrwa, zależy jedynie od bieżących uwarunkowań - ale ona nieuchronnie prędzej czy później się skończy. Pisałem o tym już wielokrotnie, ale wygląda, że będę musiał to zdanie powtarzać niczym mantrę: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych. Właśnie się o tym przekonujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Hieny cmentarne z „holocaust industry”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (11-17.05.2018)

sobota, 31 marca 2018

Antypolonizm sponsorowany ...czyli błazenada w VI aktach

I. Błazenada

Oni chyba nigdy się nie nauczą. Oto przez świat przelewa się fala bezprzykładnego, antypolskiego hejtu inspirowanego przez Izrael i żydowską diasporę: codzienne bluzgi, konfabulacje, szkalowanie – wszystko zaś sprowadzające się do oburzenia, że paszkwilantom nie będzie wolno mówić o „polskich obozach” i przypisywać nam niemieckich zbrodni. Co w tym momencie robi rząd „dobrej zmiany”? W najlepsze zajmuje się futrowaniem tychże środowisk żydowskich, co w obecnej sytuacji przekłada się na sponsorowanie antypolonizmu. Ów sponsoring jest wielowymiarowy – polityczno-wizerunkowy, moralny i finansowy. Przejawia się zarówno działaniem, jak i zaniechaniem. Co więcej, w zestawieniu z buńczucznymi zapowiedziami, że nikt nam nie będzie dyktował ustaw i generalnie nie oddamy nawet guzika od munduru, sprawia to wszystko wrażenie ogólnej błazenady – a z błaznami nikt się nie liczy. Spójrzmy.


II. Sponsoring polityczno-wizerunkowy

Akt pierwszy, to ekspresowe powołanie operetkowego „zespołu ds. dialogu historyczno-prawnego” i jego wycieczka do Izraela, mająca „wyjaśnić” nasze dobre intencje stojące za nowelizacją ustawy o IPN. Jeżeli to miał być zabieg wizerunkowy pokazujący światu naszą dobrą wolę, to był strzałem w kolano. Po pierwsze, tłumaczenie oznacza potwierdzenie winy, zatem międzynarodowa opinia publiczna jeśli w ogóle dostrzegła tę rozpaczliwą inicjatywę, musiała wysnuć wniosek, że ci Polacy faktycznie mają coś za uszami, skoro tak gorliwie zabiegają o audiencję w Izraelu. Po drugie, Izrael tę wyciągniętą rękę kompletnie, pardon my french, olał – zostaliśmy przez kogoś tam łaskawie wysłuchani i odesłani do domu z kwitkiem. Rewizyta analogicznej delegacji z drugiej strony nie jest przewidziana. Aż nie do uwierzenia, że skoro strona polska wiedziała, że cała awantura została sprokurowana na zimno – ze względu na izraelskie wybory, potrzebę odwrócenia uwagi od korupcyjnych problemów premiera Netanjahu, wreszcie wymuszenie na nas „odszkodowań” - to taka paniczna reakcja może stronę izraelską tylko utwierdzić w przeświadczeniu, że jej linia prowadzenia konfliktu jest słuszna. I utwierdziła. Punkt dla Izraela (i nasz samobój), który zasponsorowaliśmy politycznie.

Akt drugi, to sprawa ujawnienia poufnych notatek – zarówno tej ze stycznia, przetrzymanej w MSZ, z pogróżkami amerykańskich dyplomatów odnośnie ustawy o IPN i ustawy reprywatyzacyjnej, jak i tej w której rzekomo miano stwierdzić, że prezydent Duda i premier Morawiecki są w Białym Domu osobami niepożądanymi. Co do pierwszej, podejrzewam tu „świnię” podłożoną resortowi sprawiedliwości przez premiera Morawieckiego. Nie od dziś wiadomo, że Morawiecki z Ziobrą szczerze się nienawidzą – rywalizują o przywództwo po starzejącym się Kaczyńskim i jeden utopiłby drugiego w łyżce wody. A że MSZ jest pod kuratelą Morawieckiego, to cóż prostszego jak zasugerować przetrzymanie ostrzegawczego dokumentu, tak by Ministerstwo Sprawiedliwości nieświadome okoliczności wkopało się radykalną ustawą? Mateusz Morawiecki nie zaszedłby w bankowości tak wysoko, gdyby nie był wytrenowany w takim „korporacyjnym judo”. Natomiast wyciek owej notatki z Min. Sprawiedliwości jest klasycznym działaniem obronnym: „patrzcie, my niewinni, to tamci nie przekazali nam informacji”. Z kolei o upublicznienie notatki z waszyngtońskiej ambasady z groźbą amerykańskiego „embarga” na wizyty prezydenta i premiera śmiało można podejrzewać złogi z „korporacji Geremka” nie wyczyszczone przez ponad dwa lata rządów PiS. Jedno i drugie przełożyło się w efekcie na wizerunkowe samozaoranie, a co za tym idzie - „sponsoring” strony przeciwnej.

Akt trzeci polityczno-wizerunkowego sponsoringu, to odesłanie przez prezydenta Dudę ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Pisałem o tym szerzej w „Warszawskiej Gazecie”, więc tu tylko pokrótce: ten krok otworzył nowe pole do wywierania na Polskę nacisków, bo każdy za granicą wie (a w każdym razie tak sądzi), że Trybunał wyda wyrok na polityczny obstalunek. Na to nałożyły się kompromitujące wypowiedzi: że ustawa jest „głupia” (Z. Romaszewska), „nie będzie działała” (S. Karczewski, marsz. Senatu), że na jej podstawie nie będą stawiane zarzuty (B. Cichocki, MSZ), tudzież nie będzie miała zastosowania wobec dziennikarzy (Z. Ziobro). Nic dziwnego, że izraelskie media triumfalnie odbębniły, że ustawa o IPN została „zamrożona” - bo jak nie miały skorzystać z takiego prezentu?

Swoistymi antraktami tej galopującej kompromitacji są wykwity nieporadności piarowskiej. Wciąż nie ma specjalnej komórki monitorującej antypolskie harce w światowych mediach oraz prezentującej polskie oficjalne stanowisko w poszczególnych kwestiach - podobno rząd intensywnie nad takim pełnomocnikiem „myśli”. Polska Fundacja Narodowa z ćwierćmiliardowym budżetem ze spółek skarbu państwa jest pod parasolem ochronnym min. Glińskiego – otóż, ona dopiero się „organizuje” i „bada teren”. Może „zorganizuje się” i „zbada” do końca kadencji (a może nawet dorobi się anglojęzycznej strony internetowej) – lecz nie sposób nie zauważyć, że kampanię billboardową o sędziach potrafiła przeprowadzić ekspresowo, dając przy tym zarobić kolegom.


III. Sponsoring moralny i finansowy

Akt czwarty, to sponsoring moralny. Tu znów negatywnym bohaterem jest prezydent Duda, przepraszający w 50. rocznicę Marca '68 w imieniu Polski i narodu za winy Gomułki i komunistycznych „chamów” od Moczara („Chcę z całą mocą podkreślić, że z wielkim żalem pochylamy głowę, także ja, jako prezydent, i tym, którzy zginęli, zostali wypędzeni, chcę powiedzieć: proszę, wybaczcie Rzeczpospolitej, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce”). To jest akt ekspiacji a la Jedwabne: w rodzaju przeprosin Kwaśniewskiego, czy listu Komorowskiego z passusem, że naród polski bywał również „sprawcą”. Konsekwencje tych haniebnych aktów odczuwamy do tej pory – bo skoro byliśmy sprawcami, to proste „przepraszam” nie wystarczy, trzeba płacić, a środowiska spod znaku holocaust industry są bardzo sprawne w monetyzacji tego typu wyrazów skruchy. Tylko patrzeć, jak zaczną się domagać odszkodowań za mienie po „wypędzonych” w Marcu.

A skoro już jesteśmy przy pieniądzach (bo w relacjach polsko-żydowskich kwestie moralne ściśle wiążą się z finansowymi) - przed nami akt piąty. Polskie państwo wyłożyło 180 mln. zł. na budowę Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”, do tego co roku pokrywa w większości koszty bieżącej działalności placówki – na dzień dzisiejszy jest to 8,9 mln. zł. Za te pieniądze przy okazji 50. rocznicy Marca '68 zorganizowano w muzeum cykl sabatów pod nazwą „Obcy w domu. Wokół Marca '68”. Do tej pory mieliśmy takie kwiatki jak wykład dobrze znanego czytelnikom „Niepodległej” skrajnie lewackiego psychologa społecznego Michała Bilewicza pt. „Epidemie mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?” okraszony okolicznościową ekspozycją prezentującą „antysemickie” wpisy z internetu (jak wiadomo, w internecie można znaleźć wszystko) – sugerujący, że w Polsce narasta atmosfera pogromowa. Nawiasem, wspomniany Bilewicz dostał niedawno niemal 2 mln. grantu z Narodowego Centrum Nauki na projekt „Mowa pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji werbalnej wobec grup mniejszościowych”.

Następnie – znów o „języku nienawiści” - debatowali w doborowym gronie (od lewa do lewa) przedstawiciele „Polin”, „Press”, „Wyborczej” i „Onetu” (tyle dobrego, że okazało się, iż kompulsywnie wręcz śledzą „Warszawską Gazetę”). Wkrótce zaś jeszcze takie atrakcje, jak przedstawienie teatralne „Juden (R)aus Arras”: „Jest rok 1968. Dookoła szaleje antysemicka nagonka. Ze swoim żydowskim pochodzeniem musi się zmierzyć niepełnosprawny, chory umysłowo chłopiec. Grozi mu wyjazd z Polski. Aby przetrwać opresję, przetwarza wrogą rzeczywistość w baśń. Twórcy chcą zadać pytanie o naturę i mechanizmy antysemityzmu, a także o granice poprawności wobec tematów żydowskich, obowiązujące w dzisiejszej debacie publicznej”.

Wiem, że „Polin”, to „zasługa” poprzednie władzy. Gorzej, że obecnie MKiDN ma spętane ręce – statut placówki opartej na partnerstwie publiczno-prywatnym (muzeum współtworzą MKiDN, miasto Warszawa i Żydowski Instytut Historyczny) nie pozwala zmienić jej szefa ani samego statutu bez jednomyślnej zgody wszystkich podmiotów. Chcąc nie chcąc, sponsorujemy więc milionami antypolskie hucpy. I tu pytanie – czy naprawdę musimy? Czy min. Gliński nie może obciąć dotacji, tak by muzeum musiało utrzymywać się samo?

Kompletnie niezrozumiałe w kontekście powyższego są natomiast zapowiedzi – i tu mamy akt szósty - stworzenia muzeum warszawskiego getta i muzeum chasydyzmu. Toż to kompletna groteska – mało nam „Polin”, więc sfinansujemy jeszcze dwa kolejne potencjalne rozsadniki antypolonizmu. By dopełnić obrazu tragifarsy, przytoczę Jarosława Sellina, który stwierdził, iż „współpraca MKiDN z Muzeum POLIN jest dobra, merytoryczna”. I niech te słowa będą swoistą codą dla opisanej tu błazenady.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Rejterada

Antysemityzm urojony

Koniec złudzeń

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 07 (28.03-17.04.2018)