Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Historyczny rynek pamięci

By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę.

I. Giełda narracji

Jak wykazała niedawna chryja rozpoczęta antypolskimi filipikami Putina i zwieńczona sporem o udział i prawo głosu dla prezydenta Andrzeja Dudy podczas Światowego Forum Holocaustu, nasze akcje na światowej giełdzie polityk i narracji historycznych wciąż stoją słabo. Owszem, jest nieco lepiej niż przed 2015 rokiem, ale wciąż wysoce niezadowalająco – tym bardziej, że nawet obecna władza przeplata zrywy „wstawania z kolan” sromotnymi rejteradami, czego symbolem pozostanie upokarzające wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN. Rejterada ta została chwilowo osłodzona wspólną deklaracją historyczną premierów Morawieckiego i Netanjahu, negocjowaną pod troskliwym okiem Mossadu w jego wiedeńskiej placówce – ale tylko po to, by już kilka miesięcy później zostać spektakularnie wysadzona przez „Bibi” Netanjahu w powietrze podczas niesławnego „szczytu bliskowschodniego” za sprawą wypowiedzi izraelskiego premiera insynuującej nasz współudział w holocauście. I tak ta ciuciubabka trwa od lat: gdzieś tam pojawia się określenie „polskie obozy śmierci”, nasza ambasada protestuje i prostuje (chociaż tyle, bo wcześniej polska dyplomacja przeżarta wychowankami „korporacji Geremka” nie była w stanie zdobyć się nawet na takie, symboliczne reakcje), by zaraz szkalująca Polskę fraza pojawiła się w innym miejscu – i cała zabawa zaczyna się od nowa. Tyle dobrego, że polskie placówki dyplomatyczne przestały przynajmniej urządzać seanse samobiczowania w rodzaju pokazów „Pokłosia”, w czym celował m.in. Ryszard Schnepf za swej ambasadorskiej kadencji w USA.

Symbolem naszej pozycji jest wspomniane Światowe Forum Holocaustu organizowane przez żydowsko-rosyjskiego oligarchę Wiaczesława Mosze Kantora, szefa Europejskiego Kongresu Żydowskiego (i członka władz szeregu innych organizacji żydowskich), który przekształcił tę instytucję w narzędzie rosyjskiej polityki zagranicznej. Impreza odbędzie się w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz i ewidentnie została skrojona pod kątem obecności Putina, który najprawdopodobniej w swym przemówieniu zgłosi akces do izraelsko-niemieckiej polityki historycznej. Jej osią jest akcentowanie polskiej „współodpowiedzialności” za holocaust - tym bardziej godnej potępienia, że wg tej narracji Polska do tej pory ze swego rzekomego współsprawstwa się „nie rozliczyła” (w przeciwieństwie do Niemiec, których „rozliczenie” uznano za modelowe, w związku z czym mogą dziś z powodzeniem w oczach świata uchodzić za „moralne imperium” i zbijać na tym swój polityczny kapitał w ramach budowania tzw. soft power). Wianem wniesionym aportem przez Putina do tej polityki będzie dodatkowy element – obarczenie Polski współwiną za rozpętanie II wojny światowej, co jak można mniemać, zostanie ciepło przyjęte przez pozostałych uczestników wydarzenia.

Wszyscy mają na tym swój interes do ugrania – Izrael i środowiska żydowskie chcą wydusić z nas odszkodowania za mienie bezdziedziczne, Niemcy pragną podzielić się winą za zbrodnie, Rosja przykryć rosnącą świadomość paktu Ribbentrop-Mołotow i swojego sojuszu z Hitlerem przed czerwcem 1941 r., natomiast alianci zachodni - wyprzeć własne tchórzostwo, politykę appeasementu i układ z Monachium (czego nie omieszkał wytknąć Putin w swych niedawnych wystąpieniach, co było jednoznacznym przesłaniem - „siedźcie cicho, bo też macie swoje za uszami”), kolaborację (casus Francji) oraz celową obojętność wobec zagłady Żydów, no i wreszcie – zdradę polskiego sojusznika, którego wcześniej z absolutnym cynizmem wystawili Hitlerowi na pożarcie swymi kłamliwymi „gwarancjami”.

Nic więc dziwnego, że dla polskiego prezydenta przewidziano rolę biernego obserwatora bez prawa zabrania głosu. Zbyt wiele jest tu do zyskania, by dopuszczać jakikolwiek dysonans w jednolitym przekazie, jaki ma popłynąć w świat.


II. Polska odpowiedź

Polska odpowiedź, póki co, może mieć wymiar jedynie lokalny, z pewnością zaś nie tak słyszalny, jak jerozolimska hucpa. Pocieszające, że PiS wreszcie zdaje się otrząsać z bezkrytycznego filosemityzmu, który do pewnego momentu kazał jego elitom prowadzić utopijną politykę zakładającą dobrą wolę strony izraelsko-żydowskiej i traktować oczernianie Polski jako „nieporozumienia”, które da się „wyjaśnić” poprzez intensyfikację „dialogu” - byle tylko nie zrażać do siebie naszego „strategicznego sojusznika” jakimiś niewczesnymi krokami, bo, cytując klasyka, „to niedobra jest”. To nastawienie na szczęście zdaje się odchodzić w przeszłość, do czego walnie przyczyniły się same środowiska żydowskie, które z właściwą sobie butą potraktowały naszą spolegliwość jako oznakę słabości, dając coraz bezczelniej upust swym aroganckim uroszczeniom – tak historycznym, jak i materialnym. W tej sytuacji nie pomogłoby nawet stu Jonny Danielsów, pragnących „dobrym słowem” doprowadzić nas tam, gdzie „Bibi” do spółki z nowojorskimi Żydami chcą nas zawlec metodą poniewierania i brutalnych nacisków. Nawiasem, patrząc na zawrotną karierę Jonny Danielsa, któremu udało się obłaskawić nawet ojca Rydzyka, przyjęta przez niego metoda na „dobrego Żyda” była o wiele skuteczniejsza, a przez to bardziej niebezpieczna – i całe szczęście, że Netanjahu wraz z amerykańskim „holocaust industry” swą ostentacyjną wrzaskliwością i pogardą mimowolnie pokrzyżowali mu szyki.

W każdym razie łuski spadają z oczu, a odmowa prezydenta Dudy asystowania w festiwalu oszczerstw jest świadectwem nowego podejścia do wzajemnych relacji – wreszcie zdobywamy się na minimum asertywności, czego wcześniej próżno było szukać. Trzeba dodać, że pierwszą jaskółką było zbojkotowanie ubiegłorocznego szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie przez premiera Morawieckiego po wypowiedzi min. Israela Katza o „wysysaniu antysemityzmu z mlekiem matki” przez Polaków, wskutek czego szczyt nie doszedł do skutku.

Na tym jednak nie można poprzestać. Zaplanowane na 27 stycznia polskie obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz powinny wybrzmieć szeregiem mocnych akcentów, adekwatnych do tego, co zostanie wygłoszone w Jerozolimie. Tak się szczęśliwie składa, że Światowe Forum Holocaustu odbędzie się kilka dni wcześniej (23 stycznia), będzie więc czas by przygotować odpowiedź. Ideałem byłoby w ramach przyjętej w relacjach międzynarodowych symetrii niedopuszczenie do głosu ambasadora Izraela, ale obawiam się, że na taką demonstrację strona polska się nie odważy.

Apogeum tegorocznej batalii o historyczną pamięć powinno jednak nastąpić 14 czerwca – w 80. rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz. To zawstydzające, że do tej pory upamiętnianie tego wydarzenia musiało odbywać się głównie siłami społecznymi (m.in. Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich), oddolnie – bez należytego wsparcia państwowego, do tego przy nader niechętnej postawie władz Muzeum Auschwitz-Birkenau. W minionych latach przy okazji obchodów media donosiły o bulwersujących utrudnieniach dotyczących odśpiewania hymnu, wnoszenia flag narodowych na drzewcach czy możliwości odprawienia Mszy Św. pod Ścianą Straceń, o czym alarmowała chociażby była więźniarka Auschwitz Barbara Wojnarowska. Za tegoroczne obchody powinny wziąć odpowiedzialność władze państwowe, a na miejscu muszą pojawić się czołowi przedstawiciele polskiego państwa z premierem i prezydentem na czele – wszystko wsparte odpowiednią kampanią medialną. To jedyna w swoim rodzaju okazja, by przypomnieć, że Auschwitz był obozem stworzonym dla Polaków i to oni byli jego pierwszymi więźniami i ofiarami. Bez takich przedsięwzięć nie przełamiemy historycznego monopolu środowisk żydowskich usiłujących zawłaszczyć to miejsce na wyłączność.


III. Potrzeba doktryny

To wszystko jednak działania reaktywne i doraźne. By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę. Jaka powinna to być doktryna i od czego zacząć – o tym za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (17-23.01.2020)

czwartek, 5 grudnia 2019

Zbrodniczy bezwstyd „holocaust industry”

Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

I. „Polscy antysemici”

„Polska najbardziej antysemickim krajem świata” - zagrzmiały media w reakcji na opublikowane przez działającą w USA żydowską Ligę Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League – ADL) wyniki badań mających zmierzyć poziom antysemityzmu w poszczególnych krajach. Sondaże te prowadzone są od 1964 r. w różnych państwach świata (w Polsce poprzednio odbyły się w 2013 i 2015 r.), a tegoroczna edycja objęła 18 państw (głównie z Europy, ale też Kanadę, Brazylię, Argentynę i RPA). Przebadano łącznie nieco ponad 9 tys. osób – w Polsce było to dokładnie 510 respondentów odpytanych metodą wywiadu telefonicznego. Wyszło – o zgrozo – iż spośród ogółu dorosłych Polaków (prawie 31,5 mln.) aż 48 proc. „żywi postawy antysemickie”, co w przełożeniu na liczby bezwzględne oznacza ponad 15 mln. polskich antysemitów. Tuż za nami na podium uplasowały się RPA (47 proc.) i Ukraina (46 proc.), ponadto w porównaniu z 2015 r. odsetek antysemitów wzrósł u nas o 11 pkt. proc. (w tej konkurencji przebiła nas jednak Ukraina ze wzrostem o 14 pkt. proc.). Trzeba jednak dodać, iż jako „antysemitów” kwalifikowano jedynie tych, którzy udzielili nieprawidłowej odpowiedzi na przynajmniej 6 z 11 pytań, co czujnie wyłapał w wypowiedzi dla tygodnika „Polityka” dr hab. Michał Bilewicz z działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami, który zasłużył się przeniesieniem na polski grunt badań nad „wtórnym antysemityzmem”: „A co z osobami, które na pięć pytań odpowiedziało twierdząco? Czy one nie mają poglądów antysemickich?”. Widać wyraźnie, że dr Bilewicz potraktowałby nas o wiele surowiej, zatem w zasadzie powinniśmy być nowojorskim Żydom z ADL wdzięczni za wyrozumiałość.


II. Pytania-pułapki

Prawdziwy cymes tkwi jednak w „pytaniach” zadawanych respondentom. Pozwolę je sobie przytoczyć, znakomicie bowiem obrazują one w jaki sposób wykrywa się „antysemityzm”. Otóż indagowanym nieszczęśnikom, którzy zgodzili się wziąć udział w sondażu zaprezentowano 11 stwierdzeń mających oddawać popularne „antysemickie stereotypy” wobec których należało się określić na zasadzie zero-jedynkowej („zgadzam się” lub „nie zgadzam”).

Oto one: 1) Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela (niż wobec państwa/państw, w których mieszkają); 2) Żydzi mają za dużo władzy w światowym biznesie; 3) Żydzi mają za dużo władzy na międzynarodowych rynkach finansowych; 4) Żydzi wciąż za dużo mówią o tym, co się im przydarzyło podczas Holokaustu; 5) Żydzi nie dbają o innych, tylko o samych siebie; 6) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad sprawami świata; 7) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad rządem Stanów Zjednoczonych; 8) Żydzi uważają, że są lepsi od innych; 9) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad światowymi mediami; 10) Żydzi są odpowiedzialni za większość światowych wojen; 11) Ludzie nienawidzą Żydów z powodu ich zachowania.

Już na pierwszy rzut oka widać, że są to klasyczne pytania-pułapki, na które nie sposób „dobrze” odpowiedzieć. Weźmy chociażby kwestie odnoszące się do świata mediów, polityki, biznesu i finansów – jeżeli potwierdzisz, że Żydzi mają w tych sferach nieproporcjonalnie duże wpływy, jesteś „antysemitą”; jeśli zaprzeczysz – nie zostaniesz wprawdzie uznany za „antysemitę”, lecz jednocześnie wystawisz sobie świadectwo kretyna lub... tchórzliwego oportunisty. Ano właśnie – nikt nie jest w stanie zbadać szczerości tych, którzy wyczuwszy pułapkę, na wszelki wypadek odpowiadali „słusznie”, wbrew sobie i świadectwu własnych oczu, byle tylko zadowolić pytającego i uniknąć odium „żydożercy”. Tyczy się to w szczególności obywateli krajów Europy Zachodniej, tresowanych w politycznej poprawności znacznie dłużej od nas – idę o zakład, że większość z nich odpowiadała właśnie zgodnie z oczekiwaniami – ewentualnie, wieloletnie pranie mózgów doprowadziło u nich do wyrobienia odruchu „dwójmyślenia” i wyparcia ze świadomości niewygodnych obserwacji. Tylko tak jestem w stanie wytłumaczyć sobie zdumiewająco niski poziom „antysemityzmu” w państwach tak „przyjaznych” Żydom jak współczesna Francja (17 proc.) czy Niemcy (15 proc.). Przypominam, że są to kraje, w których odradza się Żydom dla ich własnego bezpieczeństwa chodzenie po ulicy w kipach, a na porządku dziennym są napaści na synagogi, żydowskie sklepy czy dewastowanie kirkutów. Na tym tle, paradoksalnie, wypadamy całkiem przyzwoicie – jeszcze nie ogłupiła nas tolerancjonistyczna propaganda, jeszcze nie pozwoliliśmy sobie zakneblować ust i generalnie nie obawiamy się mówić tego, co naprawdę myślimy.


III. Zbrodnia i bezwstyd

Pewnym echem w związku z badaniem odbiła się dość bulwersująca ciekawostka: otóż głównym sponsorem jest niemiecki koncern Volkswagen, o czym ADL „z wdzięcznością” zawiadamia na swej stronie internetowej. Firma ta została założona przez Ferdinanda Porsche („nadwornego konstruktora III Rzeszy”) na osobiste życzenie Hitlera, który zapragnął „samochodu ludowego” (tak narodził się słynny „garbus”). Nie ma to jak „wypucować się” ze zbrodniczej przeszłości stosunkowo tanim kosztem. Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

A skoro doszliśmy do pieniędzy. W oczywisty sposób tego typu badania posłużyć mają za kolejną podkładkę dla roszczeń „holocaust industry”, którego częścią pracującą na odcinku propagandowym jest ADL. Powyższe zbiega się rzecz jasna ze słynną „Ustawą 447” obligującą rząd USA do wywierania presji na sygnatariuszy „Deklaracji Teresińskiej” - przede wszystkim Polskę – w kwestii wypłaty gigantycznych odszkodowań (rzędu 300 mld. USD) za tzw. mienie bezdziedziczne po ofiarach holocaustu, które po wojnie przypadło Skarbowi Państwa. Tu trzeba odnotować wyjątkowo przytomny głos publicysty Forum Żydów Polskich, Pawła Jędrzejewskiego, który wprost powiązał wyniki badań ADL właśnie ze sprawą roszczeń, nie pozostawiając na „samozwańczych spadkobiercach” z żydowskich organizacji suchej nitki („(...) przyjdą amerykańscy, żydowscy prawnicy – powiedzmy to wprost: rekiny! – i będą domagać się »mienia bezspadkowego«, mimo że nie są spadkobiercami zamordowanych, że nic ich nigdy z nimi nie łączyło. I w dodatku uzyskane pieniądze mogą wydawać w zasadzie dowolnie (...)”). Nieco dalej pada przestroga, iż domaganie się bezprawnych odszkodowań spowoduje „wzrost emocji antyżydowskich, wzrost emocji antypolskich, nienawiść i wszystkie konsekwencje takiego zjawiska”, co zostanie wykorzystane propagandowo („Hasło będzie proste: »żydowska własność nie może pozostać w rękach antysemitów«”). Nie sposób jedynie zgodzić się z tezą autora, iż fakt przejęcia przez polskie państwo pozostawionego mienia rodzi „dylematy moralne”. Otóż nie ma tu żadnego „dylematu moralnego”. Przede wszystkim, o czym mówi się dziwnie mało, mienie żydowskie zostało znacjonalizowane przez okupacyjne władze III Rzeszy. Powojenna Polska przejęła zatem majątek już uprzednio znacjonalizowany przez niemieckie państwo – a że Niemcy wymordowali całymi rodzinami tak właścicieli, jak i ewentualnych spadkobierców, to zwyczajnie nie było komu tych majątków zwrócić (podobnie zresztą, jak mienia pozostawionego przez 3 mln. zamordowanych etnicznych Polaków).


IV. Kolejne starcie z „holocaust industry”

Cóż, najwyraźniej musimy się przygotować na kolejny etap grillowania nas pod kątem wymuszeń rozbójniczych „przemysłu holocaust” wspieranego przez Waszyngton. Przygnębiające, że w tym starciu nie bardzo możemy liczyć nie tylko na chwiejnie zachowujące się polskie władze, ale również na Kościół, ze szczętem już chyba sterroryzowany „ekumenizmem” i ideologią „dialogizmu”. Oto kilka dni temu warszawski Dom Pielgrzyma Amicus wymówił salę Wojciechowi Sumlińskiemu, dr Ewie Kurek i Tomaszowi Budzyńskiemu – mieli promować książkę „Powrót do Jedwabnego” (wcześniej miejsca na spotkanie odmówiło także Katolickie Centrum Kultury „Dobre Miejsce”). Powód? W Kurii interweniowała warszawska Gmina Żydowska...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

niedziela, 19 maja 2019

Stanowczość popłaca

Nieoczekiwanie okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa - i oby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Presja ma sens – tak można skomentować rozwój wypadków wokół żydowskich roszczeń majątkowych, o których ostatnio informowałem w felietonie „Gra o bilion złotych II”. Wówczas powodem do alarmu była upubliczniona przez Stanisława Michalkiewicza notatka z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu, Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego przedstawiciel USA domagał się, byśmy najpóźniej do jesieni 2019 r. porozumieli się „nieoficjalnie” z organizacjami żydowskimi w sprawie tzw. restytucji mienia – i, w domyśle, po najbliższych wyborach parlamentarnych przekuli zakulisowe ustalenia w odpowiednie rozwiązania prawne. W tle oczywiście przewijała się słynna „ustawa 447” (JUST Act) oparta o podpisaną w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego w 2009 r. „deklarację z Teresina”. Ustawa ta wprawdzie formalnie nie rodzi w Polsce bezpośrednich skutków, lecz stwarza Departamentowi Stanu możliwości wywierania politycznego nacisku na Polskę i inne kraje, by te „zalegalizowały” roszczenia we własnych systemach prawnych. Szczególne zaniepokojenie budziła, delikatnie mówiąc, chwiejna postawa strony polskiej: w żadnym momencie rozmowy nie padł jakikolwiek sprzeciw, więcej – dowiedzieliśmy się, że takich rozmów było więcej, padły nawet spekulacje odnośnie możliwości zaspokojenia roszczeń w 20 proc. - co wobec żądań opiewających na 300-330 mld. dolarów oznaczałoby kwotę 60-66 mld. USD.

Patrząc jednak na ostatnie tygodnie, można chyba zaryzykować ostrożne stwierdzenie, że coś powoli zmienia się na naszą korzyść – i jest to pozytywny efekt trwającej właśnie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W sprawie roszczeń bowiem, w jak mało której, kwestie prawno-finansowe przeplatają się z polityką. Zaczęło się od tego, że sprzeciw wobec JUST Act wzięli na swoje sztandary radykałowie z Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy, organizując protesty – najpierw w USA, a ostatnio (12 maja) w Warszawie, gdzie wg organizatorów demonstrowało 20 tys. uczestników. To z kolei najwyraźniej wymusiło na przedstawicielach PiS i rządu zajęcie zdecydowanego stanowiska. Usłyszeliśmy zatem stanowcze „nie” zarówno ze strony Jarosława Kaczyńskiego, jak i premiera Morawieckiego czy min. Brudzińskiego. Jest to wyraźny kontrast w porównaniu z dotychczasową „strusią” polityką rządu, który stawiał dotąd na usypiający przekaz, twierdząc, iż „ustawa 447” nie ma w Polsce mocy obowiązującej, a niekiedy posuwając się wręcz do stwierdzeń, że wspomniany akt prawny ma wymiar jedynie symboliczny. Jak ognia przy tym unikano jednoznacznych deklaracji co do ewentualnych dalszych kroków strony polskiej – a w międzyczasie, jak się dowiedzieliśmy, prowadzono rozmowy... Niedawny zwrot usztywniający polskie stanowisko stawia nas na zupełnie innych pozycjach.

Nie da się ukryć, że dotychczasowe stanowisko PiS podyktowane było uwarunkowaniami geopolitycznymi – rząd jak ognia obawiał się zadrażnień z Waszyngtonem, szczególnie w kontekście trwających rozmów o zwiększeniu amerykańskiej obecności militarnej w Polsce, oraz z wpływowymi środowiskami żydowskimi i patronującemu im Izraelowi. Nieoczekiwanie jednak okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa. Warto tu odnotować pojednawcze wypowiedzi ambasador Mosbacher, twierdzącej, iż ustawa nie nakłada na nikogo prawnych ani finansowych zobowiązań i ogranicza się jedynie do sporządzenia dla Kongresu raportu. W podobnym duchu wypowiadał się podczas wizyty w Warszawie przedstawiciel USA ds. walki z antysemityzmem, Elan Carr. Oczywiście, oboje mijają się z prawdą, bo w JUST Act wyraźnie jest mowa m.in. o odszkodowaniach za „mienie bezdziedziczne” które miałyby trafić do żydowskich organizacji – zresztą, w innym przypadku jakiekolwiek rozmowy byłyby bezprzedmiotowe – ale sam fakt, że oboje postanowili „dyplomatycznie” ignorować ten wątek „ustawy 447”, świadczy o tym, że również USA wolałyby nie pogarszać swego wizerunku nad Wisłą i zadrażniać bez potrzeby wzajemnych relacji. Jak by nie patrzeć, jest to postęp chociażby w porównaniu z wystąpieniem Mike'a Pompeo z lutego br., gdy na szczycie bliskowschodnim w Warszawie wzywał nas do „kompleksowego uregulowania” kwestii restytucji.

Zupełnie niedawno zaś polski rząd „odmówił” wizytę izraelskiej delegacji w Polsce, gdy okazało się, że w ostatniej chwili dokonano zmiany jej składu i agendy, przez co zachodziła obawa, że głównym tematem stałyby się żądania majątkowe - rzecz wcześniej nie do pomyślenia. Wprawdzie spotkało się to z rytualnym „rozczarowaniem” Gideona Taylora ze Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego – lecz i tu wystarczy porównać wymowę komunikatu z wcześniejszymi, gniewnymi i aroganckimi pohukiwaniami WJRO (np. w sprawie projektu „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), by dała się zauważyć zmiana tonu. Krótko mówiąc – stanowczość popłaca i dobrze by się stało, aby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (17-23.05.2019)

niedziela, 5 maja 2019

Pod-Grzybki 158

Czerska trzyma twardy zgryz buldoga i nawet po świętach nie odpuszcza tematu „sądu nad Judaszem” w Pruchniku. „Nie wiadomo, dlaczego po latach społeczność Pruchnika postanowiła wrócić do tego zwyczaju” - dziwi się redaktor. Drodzy Czerscy, w ramach dnia dobroci dla niekumatych podrzucę wam kilka haseł: żydowskie roszczenia, ustawa 447, polskie obozy śmierci, Israel Katz, antysemityzm wyssany z mlekiem matki - mówi wam to coś?


*

Swoją drogą, batożenie Judasza i samo wspominanie o tej postaci każdorazowo jakoś dziwnie pobudza środowiska żydowskie. Cóż, w domu, nomen omen, powieszonego, nie wspomina się o sznurze (chyba, że wesoło dynda na nim Haman) – a tym bardziej o zdrajcy, który wydał Sanhedrynowi na śmierć Odkupiciela, po to, by żydowska starszyzna rękoma Rzymian mogła zgładzić „bluźniercę” i w ten osobliwy sposób uświetnić święto Pesach gwoli podkreślenia religijnej ortodoksji. A przecież Czerscy tyle wysiłku włożyli w promowanie gnostyckich bredni z „Ewangelii Judasza”, w której zdrajca chodzi w glorii mędrca. Teraz Żydom zostaje już tylko ogłosić Judasza bohaterem narodowym i wysłać deputację do papieża Franciszka z ultimatum, by przyklepał ten werdykt - bo jak nie, to ucierpi „dialog”. Zakład, że by się zgodził?


*

Na powyższy wniosek naprowadziła mnie wiadomość, że 8-9 maja Papieski Instytut Biblijny wraz z Global Jewish Advocacy i z pełnym błogosławieństwem papieża Franciszka organizuje konferencję, której celem jest przedefiniowanie spojrzenia na relacje między Jezusem a faryzeuszami. Otóż wg nowego podejścia, Jezus wcale nie był z faryzeuszami skonfliktowany, gdzieżby! Faryzeusze byli dotąd osądzani niesprawiedliwie i należy się im rehabilitacja, a Jezus był ich... uczniem i wychowankiem. Jak więc mniemam, od tej pory Ukrzyżowanie zostanie uznane za wynik niefortunnego nieporozumienia, określenie „faryzeizm” stanie się wyszukanym komplementem, zaś „groby pobielane” - pochwałą estetyki i schludności.


*

Z weselszych wieści. Ciśnienie buzujące pod czaszką szefa „Zony Wolnego Słowa” sprawiło, że w końcu odkręcił mu się czubek głowy, uwalniając tkwiące wewnątrz maligny. Wskutek tego, pan „Sakiewka” wysmażył nieprzytomny elaborat w którym zwyzywał narodowców z Konfederacji od „ruskich agentów”, „moczarowców” i generalnie szkodników działających w interesie lewactwa. Czyli, stan nerwów proporcjonalny do spadków sprzedaży jego gazet, utrzymujących się na powierzchni już tylko dzięki zapomogom państwowych spółek. Jeśli dodać rozbuchane ego i ambicje – efekt musiał być właśnie taki. Cóż, wszak mamy do czynienia z wiecznie niespełnionym „Michnikiem prawicy” - nic więc dziwnego, że koniec końców przyszła pora na iście michnikoidalne odloty.


*

Mózg mi stanął” - tak dr Ewa Kurek skomentowała wypowiedź min. Glińskiego, że ekshumacji w Jedwabnem nie będzie, bo Amerykanie wycofają wtedy swoje wojska z Polski. Szanowna Pani doktor, już wyjaśniam: to się nazywa „wstawanie z kolan”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

niedziela, 24 marca 2019

Pod-Grzybki 152

Docierają do nas kolejne echa sławetnego szczytu bliskowschodniego. Okazało się, że imprezę zorganizowali wprawdzie Amerykanie, ale to my za nią w całości zapłaciliśmy. Konkretnie – ponad 2,2 mln. zł. Za tę kwotę mogliśmy sobie pooglądać gości z egzotycznych krajów i zainkasować wiadro pomyj ze strony Izraela. Teraz już nie dziwi, że Mike Pompeo wyskoczył z żądaniem zadośćuczynienia przez nas żydowskim roszczeniom – w końcu, skoro trafiło się na takich frajerów, to grzechem byłoby ich nie wydoić do końca.


*

W Paryżu odbył się antypolski sabat pod pozorem „naukowej” konferencji pt. „Nowa polska szkoła historii holocaustu”. Wnioski panelistów przewidywalne: Polacy mordowali Żydów i jeszcze się wypierają. Zatem historia relacji polsko-żydowskich w telegraficznym skrócie wygląda tak: Żydzi przybyli na polskie ziemie w XI w., w stuleciach następnych również tu ściągali doznając ze strony tubylców niewymownych cierpień, aż w końcu po niespełna tysiącu lat jacyś bliżej niesprecyzowani „naziści” przy współudziale miejscowych urządzili tu holocaust. Zatem Polacy, jako gospodarze powinni teraz za to wszystko zapłacić. Ot, „strategiczny sojusz” w pigułce.


*

Swoją drogą, mam pomysł na inną szkołę historyczną. Skoro istnieje pod egidą PAN Centrum Badań nad Zagładą Żydów, to co stoi na przeszkodzie, by powstało np. Centrum Badań nad Zagładą Polaków na Kresach? I skoro ukazują się publikacje typu „Dalej jest noc” o tym, jak Polacy denuncjowali Żydów za cukier i słoninę, to dlaczego nie miałaby się ukazać praca analizująca postawę Żydów wobec Polaków na Kresach po 17.IX.1939? Znajdzie się odważny?


*

Moim celem jest to, aby żaden dzieciak nie popełnił samobójstwa” - ogłosił „Rafalala” Trzaskowski, broniąc seksedukacji oraz szkolnych „latarników” mających czuwać nad dobrostanem „młodzieży LGBT”. „Rafalala” dołożył tym samym do homoindoktrynacji dość obrzydliwy szantaż moralny, ale mniejsza o to. Problem w tym, że dzieci prześladują swoich rówieśników z szeregu powodów - bo ktoś nie radzi sobie na WF-ie, bo pochodzi z biednej rodziny i nie stać go na modne ciuchy, bo jest gruby czy w jakikolwiek inny sposób odstaje od grupy. Dzieci zresztą generalnie mają skłonność do sadyzmu i zwierzęcego okrucieństwa, co trafnie pokazuje powieść „Władca much”. Oczywiście, powinny być pod jakąś kontrolą, bo gdyby puścić je całkiem na żywioł, to pewnie by się nawzajem wymordowały i to ze szczególnym udręczeniem. Dlaczego jednak to akurat młodzież LGBT ma korzystać ze szczególnego parasola ochronnego?


*

Na koniec prowokacyjna teza: a może edukacja powinna wrócić do Kościoła, tak jak było to na przestrzeni wieków? Wszak to Kościołowi zawdzięczamy np. uniwersytety. Przypominam, że obowiązkowe, państwowe szkolnictwo to wymysł Oświecenia – i po ponad dwóch stuleciach można odnieść wrażenie, że był to iście szatański wynalazek, obliczony na masową deprawację. A zatem – edukacja w ręce Kościoła, deprawatorzy – won!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (22-28.03.2019)

niedziela, 30 września 2018

Jonny Daniels – sztukmistrz z Izraela

Kreując Danielsa na naszego przedstawiciela na arenie międzynarodowej sprawiliśmy, że cała nasza polityka wizerunkowa, wisi na jednym włosku – dobrej woli pana sierżanta.

I. Spadochroniarz z Tel-Avivu

Postacią Jonathana Danielsa zainteresowałem się po raz pierwszy w związku z wyjazdową sesją Knesetu, do której miało dojść w Auschwitz 27.01.2014 w 69. rocznicę wyzwolenia obozu. Ostatecznie skończyło się na kilkudziesięcioosobowej delegacji izraelskich deputowanych i ministrów, do oficjalnego spotkania międzyparlamentarnego doszło zaś nieco później tego samego dnia na Wawelu. Jednakże, przyglądając się sprawie nieco bliżej, ze zdumieniem odkryłem, że za tą bezprecedensową wizytą nie stoją rządy obu państw, lecz... bliżej nieznany osobnik nazwiskiem Jonny Daniels zawiadujący fundacją „From The Depths”. Wtedy można było jeszcze na oficjalnej stronie fundacji przeczytać skrócony biogram samego Danielsa (byłego spadochroniarza w stopniu sierżanta sztabowego, a później współpracownika wielu prominentnych osób publicznych w Izraelu, obracającego się na styku polityki, biznesu i wojska), jak i czołowych postaci firmujących „From the Depths”, takich jak Szewach Weiss, Dalia Itzik (była izraelska minister wielu resortów i przewodnicząca Knesetu) czy prominentni dyplomaci i prawnicy. Dziś na stronie organizacji Danielsa próżno tego typu informacji szukać.

Jonny Daniels już w tamtym okresie dał się poznać jako postać dość śliska i racząca publiczność najróżniejszymi wersjami co do okoliczności swego nagłego zaangażowania w Polsce. Raz twierdził, że wpadł na pomysł wizyty Knesetu pół roku wcześniej, podczas krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej, by innym razem przekonywać, że organizacja wizyty zajęła mu... 10 lat (szczególne, bowiem Daniels miał wtedy 27 lat, więc wychodziłoby, że przygotowaniami zajmował się już jako 17-latek). Charakterystyczne było również zaprzeczanie post factum, jakoby w Auschwitz planował „sesję wyjazdową” Knesetu (podczas gdy jeszcze w październiku 2013 sam mówił w wywiadzie dla PAP: „Będzie to wydarzenie bez precedensu - największe zagraniczne posiedzenie izraelskiego parlamentu), jak i zbywanie pytań o źródła finansowania imprezy (Daniels twierdził, że wszystko jest efektem oddolnego crowdfundingu, podczas gdy izraelski portal ynetnews.com podał, iż sponsorem był „anonimowy milioner ocalały z Holocaustu”). Przypominam te sprzeczności, bo pokazują one modus operandi sierżanta Danielsa, na który składają się manipulacje, sprzeczne wypowiedzi, przemilczenia i robienie wokół siebie dużo szumu połączone z unikaniem jakichkolwiek konkretów na swój temat.


II. Dyzma na salonach władzy

Biorąc powyższe pod uwagę, tym większym zaskoczeniem jest oszałamiająca kariera Jonny Danielsa w obecnej Polsce. Jak widać, zdolny sierżant potrafił sobie wydreptać dojścia nie tylko w rządzie PO, lecz również w PiS. Coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, jakim cudem ten człowiek znikąd, z nader niejasną przeszłością (a mówiąc wprost – od którego na kilometr czuć Mossadem) stał się nagle wszechobecną postacią polskiego życia publicznego. Ma fotografie ze wszystkimi liczącymi się politykami obozu rządzącego, otwierają się przed nim drzwi politycznych gabinetów i medialnych salonów, organizuje szabasowe kolacyjki z udziałem wicepremierów rządu, zapala chanukowe świeczki z marszałkiem Senatu i prezydentem, organizuje premierowi spotkanie z przedstawicielami banku JP Morgan w Nowym Jorku, świadczy poprzez swoją firmę „Jonny Daniels PR” usługi piarowskie na rzecz państwowego przewoźnika LOT i leci u boku min. Glińskiego do Singapuru otwierać nowe połączenie lotnicze... Ba, nawiązuje nawet współpracę z o. Tadeuszem Rydzykiem i jako współorganizator konferencji „Pamięć i Nadzieja” „autoryzuje” ze strony żydowskiej kaplicę poświęconą Polakom ratującym Żydów. W tym ostatnim przypadku deal jest zrozumiały – o. Rydzyk pozbywa się odium „antysemity”, zaś Daniels zyskuje jeszcze szerszy dostęp do środowisk prawicowych i partii rządzącej.

Jednocześnie ten sam Daniels bardzo szybko wchodzi w buty surowego recenzenta polskiego życia publicznego. Z jednej strony dopieszcza nas miłymi wypowiedziami o Polsce, tudzież nadzwyczajnych relacjach łączących nas z Izraelem i środowiskami żydowskimi, z drugiej zaś potrafi bezpardonowo uderzyć – składa zawiadomienie do prokuratury po Marszu Niepodległości 2017 (krytykując przy okazji polski rząd za opieszałą reakcję na rzekome rasistowskie ekscesy), bierze na celownik środowiska narodowców żądając delegalizacji ONR, bezceremonialnie „polemizuje” m.in. z Grzegorzem Braunem czy Rafałem Ziemkiewiczem. Do historii przeszła jego wypowiedź o inicjatywie dr Ewy Kurek dot. wznowienia ekshumacji w Jedwabnem: „Nawet jeśli pod tą inicjatywą podpisze się 40 milionów osób, ekshumacja w Jedwabnem nie odbędzie się” (sam natomiast stał za ekshumacją odnalezionych w Dobrzyniu grobów przedwojennych Żydów). Jest również zdecydowanym krytykiem nowelizacji ustawy o IPN penalizującej kłamliwe obarczanie Polski odpowiedzialnością za zbrodnie III Rzeszy. Co więcej, otwarcie głosi swoistą asymetrię w podejściu do pamięci historycznej. W wywiadzie dla tygodnika „Sieci” stwierdza wprost, że Żydzi mają prawo mówić o polskiej granatowej policji, natomiast Polacy na temat policji żydowskiej w gettach powinni milczeć z uwagi na „żydowską wrażliwość”.


III. Wizerunek Polski w rękach pana sierżanta

Jonny Daniels uchodzi za człowieka wykonującego dla Polski dobrą robotę, poprawiającego nasz międzynarodowy wizerunek i relacje polsko-żydowskie. Cóż, ostatnia awantura wokół ustawy o IPN tego nie potwierdza, chyba, żeby przyjąć, iż ową „poprawą” była polska kapitulacja osłodzona wspólnym oświadczeniem Morawieckiego i Netanjahu – a wszystko w atmosferze tajnych narad w wiedeńskim ośrodku Mossadu. Na dodatek sam zainteresowany ani myśli ujawnić przed opinią publiczną źródeł finansowania swej fundacji, zasad na jakich prowadzi w Polsce interesy (choćby tego, ile zarabia na współpracy z LOT), nie mówiąc już o wyjaśnieniu różnych niejasnych aspektów ze swej przeszłości. Innymi słowy, człowiek, który urasta niemalże do roli „szarej eminencji” współkształtującej naszą politykę zagraniczną na tak wrażliwych odcinkach jak relacje z USA i Izraelem jest chodzącym zaprzeczeniem transparentności. Daniels znany jest również z tego, że blokuje na swych profilach na portalach społecznościowych każdego, kto ośmiela się zadawać mu niewygodne pytania. Również „Warszawska Gazeta” zwróciła się do niego z pytaniami dotyczącymi jego przeszłości i działalności w Polsce, na które, rzecz jasna, nie odpowiedział. Zarazem ma wokół siebie grono oddanych obrońców skupionych w wiodących mediach prawicowego mainstreamu, którzy wszelkie wątpliwości i głosy krytyki uciszają zgodnym jazgotem o „ruskiej agenturze”. Ostatnio, po ukazaniu się w internecie raportu Łukasza Bugajskiego „Kim jest Daniels?” (i skandalu z przebiciem opon w samochodzie Danielsa) z pomocną dłonią pośpieszył tygodnik „Sieci”, kreując swojego bohatera na ofiarę brudnych, politycznych rozgrywek.

Oczywiście, taka kariera sierżanta Danielsa nie byłaby możliwa bez osobistego przyzwolenia Jarosława Kaczyńskiego – i można się domyślać stojących za tym motywacji. Mając przeciw sobie świetnie zorganizowaną krajową i międzynarodową żydowską diasporę, Kaczyński zapewne uznał za konieczne stworzenie jakiejś przeciwwagi. Nie bez znaczenia jest również dający się odczuć po prawej stronie pewien kompleks przejawiający się pragnieniem, by przyjechał do Polski jakiś „dobry Żyd z ludzką twarzą” który powie, że nie jesteśmy antysemitami, współsprawcami Holocaustu - i generalnie, odda nam sprawiedliwość. I właśnie tę emocjonalną potrzebę obsługuje Jonny Daniels – na zmianę z dyscyplinowaniem nas, gdy zaczynamy zanadto podskakiwać. Efekt jest taki, że kreując Danielsa na naszego przedstawiciela na arenie międzynarodowej de facto uzależniliśmy się od niego i teraz cała nasza, pożal się Boże, polityka wizerunkowa, wisi na jednym włosku – dobrej woli pana sierżanta. A ten będzie ją wykazywał, dopóki będzie mu się to opłacało.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

...i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (28.09-04.10.2018)

niedziela, 23 września 2018

(Bez)sens dialogizmu

Ks. prof. Waldemar Chrostowski: „Odbywa się dialog chrześcijan, dokładniej katolików, z wyznawcami judaizmu o wszystkim, tylko nie Jezusie Chrystusie”.

I. Ideologia „dialogizmu”

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat z poprzedniego tygodnia, wywołany nad wyraz niefortunną wypowiedzią łódzkiego metropolity, abp. Grzegorza Rysia, który przy okazji obchodów rocznicy likwidacji łódzkiego getta stwierdził, iż zagłada była dziełem ludzi „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach”, dodając w innym miejscu, że paradoksalnie, dialog chrześcijańsko-żydowski mógłby nie zaistnieć bez tragedii holokaustu. I właśnie tej swoistej ideologii „dialogizmu” warto przyjrzeć się bliżej, a przede wszystkim zadać fundamentalne pytanie: jaki jest sens i cel owego dialogowania. Teoretycznie, z katolickiego punktu widzenia prowadzenie rozmów z przedstawicielami innej religii winno służyć ich nawróceniu i włączeniu, bądź (w przypadku heretyków i schizmatyków) przywróceniu na łono Kościoła. Wszak misyjność nieodmiennie wpisana jest w istotę katolicyzmu i stanowi trzon jego ziemskiego posłannictwa od czasów ewangelicznych. Natomiast takie funkcje dialogu, jak poznanie stanowiska drugiej strony, zrozumienie dlaczego myśli i postępuje w określony sposób czy przeprosiny za jakieś wyrządzone w przeszłości krzywdy mogą być jedynie etapami pośrednimi, służącymi sformułowanemu powyżej celowi nadrzędnemu. Jeżeli traktujemy poważnie zasadę, że „poza Kościołem nie ma zbawienia” (przypomnianą w 2000r. w dokumencie „Dominus Iesus”) i że to Kościół Katolicki jest jedynym i pełnym depozytariuszem prawdy objawionej – to dążenie do zbawienia innowierców winno być tego logiczną konsekwencją i stanowić naczelną zasadę ekumenizmu.

Warto w tym miejscu przypomnieć przedsoborową, wielkopiątkową modlitwę za „wiarołomnych Żydów” („perfidis Judaeis”), by Bóg zdjął zasłonę z ich serc, „aby i oni poznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego”. Owa modlitwa nie była bynajmniej przejawem dzikiego antysemityzmu, jak obecnie się ją przedstawia, lecz właśnie przejawem troski o zbawienie naszych „starszych braci”. Tymczasem, można odnieść wrażenie, że wielu „dialogistów” ów podstawowy cel dawno straciło z oczu – w ich ujęciu dialog staje się bytem samoistnym, wartością samą w sobie i nader często zmienia się w dziwaczny spektakl dopieszczania, połączony z niekończącą się ekspiacją za prawdziwe i urojone winy. Całkiem niedawno mogliśmy obserwować istny festiwal takiego podejścia przy okazji obchodów 500-lecia Reformacji, przypominający momentami wręcz radosną fetę na cześć Lutra i jego następców. Nic więc dziwnego, że deklaracja „Dominus Iesus” (wydana przez Kongregację Nauki Wiary pod przewodnictwem kard. Josefa Ratzingera, późniejszego papieża Benedykta XVI) spotkała się z falą krytyki płynącej ze środowisk „zawodowych dialogistów”. Na zakończenie tego wątku trzeba dodać, iż deklaracja była bezpośrednią reakcją na szerzące się w łonie Kościoła poglądy relatywizujące chrześcijańskie Objawienie (m.in. pod wpływem religii Dalekiego Wschodu) i sugerujące, że zbawienie można osiągnąć również innymi drogami.


II. Moc przedsoborowego Kościoła

Powyższe odnosi się również w całej rozciągłości do dialogu katolicko-żydowskiego. Można by tu zadać prowokacyjne pytanie: jakie są konkretne efekty dotychczasowego dialogizmu? Ilu Żydów dzięki niemu się nawróciło? Z góry uprzedzam – czczej gadaniny o wzajemnym „poznawaniu się” i „ubogacaniu” nie kupuję. Nieco złośliwie można powiedzieć, że z Żydami „znamy się” od ponad dwóch tysięcy lat, a i ubogacamy ich również, czasem nawet w dosłownym znaczeniu – i do tego żaden specjalny „dialog” nie był potrzebny. Przed Soborem Watykańskim II nikt podobnymi wymysłami nie zawracał sobie głowy, sami Żydzi zresztą również jakoś z dialogowaniem się nie napraszali. Mimo to, właśnie wtedy zdarzały się przypadki spektakularnych nawróceń. Dość przypomnieć syna żydowskich emigrantów z Polski, Arona Lustigera, który jako Jean-Marie Lustiger przyjął w 1940 r. wraz z siostrą chrzest, a po wojnie został księdzem, później zaś arcybiskupem Paryża i kardynałem. Inny przykład, to Edyta Stein (późniejsza św. Teresa Benedykta od Krzyża) – pochodząca z Wrocławia Żydówka, która wpierw zadeklarowała się jako ateistka, by następnie – już jako ceniony filozof i humanistka – przyjąć chrzest. Ona również nie potrzebowała żadnego „dialogizmu”, by: 1) nawrócić się; 2) wstąpić do zakonu karmelitanek bosych; 3) ponieść męczeńską śmierć; 4) zostać świętą Kościoła Katolickiego i patronką Europy. Wszystko to odbyło się bez różnych „dni judaizmu” w Kościele, tudzież innych „dialogicznych” operetek, nie natrafiła również na swej drodze na ówczesny odpowiednik księdza Lemańskiego. Przeczytała za to „Życie św. Teresy z Avilli” - i ta lektura doprowadziła do jej duchowego przełomu. Zadajmy retoryczne pytanie: czy obecni „dialogiści” podsuwają swym żydowskim rozmówcom żywoty świętych?

Nie sposób w tym miejscu nie zapytać, czy tamten, bardziej zasadniczy i jednoznaczny Kościół, nie miał większej mocy przyciągania i nawracania, niż ten dzisiejszy – coraz bardziej rozmyty doktrynalnie, podmywany wewnętrzną, pełzającą protestantyzacją, łagodzący kanty, poszukujący „ducha czasu” zamiast owego ducha kształtować, dbający głównie o to, by kogoś nie urazić, zamiast głosić prawdę choćby i przeciw całemu światu. Może to jednak z tamtego Kościoła należy brać przykład - również w kwestii podejścia do Żydów? No i jeszcze jedno – czy Edyta Stein jadąca na śmierć do Auschwitz pomstowała na sprawców holokaustu, jakoby „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach”? Nie, powiedziała tylko do swojej siostry: „Chodź, idziemy cierpieć za swój lud”.


III. Jałowy dialog

Nawiasem mówiąc, kanonizacja Edyty Stein wywołała liczne protesty środowisk żydowskich, które najwyraźniej rozzuchwalone „dialogiem” opartym na jednostronnych ustępstwach strony kościelnej uroiły sobie, że mogą decydować o tym kogo papieżowi wolno wynosić na ołtarze. I tutaj jak w soczewce skupia się nastawienie strony żydowskiej do dialogu – traktują go w sposób skrajnie roszczeniowy i użytkowy. Znakomicie ujął to ks. prof. Waldemar Chrostowski, przez długie lata zaangażowany w rozmowy z wyznawcami judaizmu: „Katolicy zaangażowali się w dialog z żydami, ze względów na żydów. A żydzi nam to odwzajemniają, ze względu na siebie”. W wywiadzie dla „Naszego Dziennika” puentował gorzko: „My pytamy, co jest dobre oraz szukamy obiektywnego dobra i zasad (...) Natomiast Żydzi pytają, co jest dobre dla Żydów”. I dalej: „Dialog, który często w gruncie rzeczy był pozorowany, miał być politycznie poprawny. A więc dotychczas taki był, ale kiedy ta poprawność doszła do ściany, czego zresztą należało się spodziewać, okazało się, że owoców tego dialogu nie ma”. Dotyczy to również kwestii holokaustu, albowiem: „Także w odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwe, interesuje ich to, co jest prawdziwe dla Żydów, a więc co wybrać z tego, co się wydarzyło, by interpretacja historii i teraźniejszości oraz wizja przyszłości były korzystne z perspektywy żydowskiej”.

Niestety, taką optykę przejmują również uczestnicy dialogu ze strony kościelnej, czego dobitnym przykładem są słowa abp. Rysia. Innym wątkiem jest sprawa zarzutów formułowanych wobec Kościoła, który rzekomo miał zrobić za mało dla ratowania Żydów, milczeć lub zgoła kolaborować z Hitlerem. I tu wrócę jeszcze do przykładu Edyty Stein. Otóż nie cały Kościół „milczał”. Episkopat Holandii, gdzie siostra Teresa Benedykta od Krzyża została umieszczona w klasztorze, wydał mianowicie list pasterski w obronie Żydów. W efekcie, rozjuszeni Niemcy z zemsty wyłapali niemal wszystkich holenderskich katolików żydowskiego pochodzenia i wysłali do gazu – w tym Edytę Stein. Taki był skutek „niemilczenia”.

Wspomniany ks. prof. Chrostowski powiedział: „Odbywa się dialog chrześcijan, dokładniej katolików, z wyznawcami judaizmu o wszystkim, tylko nie Jezusie Chrystusie, tylko nie o sprawach religijnych i teologicznych”. Czyli, mówiąc wprost – ten dialog jest jałowy. Pytanie, czy na jałowej ziemi może coś wyrosnąć, nie wymaga chyba odpowiedzi.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dialogizm i przepraszactwo


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (21-27.09.2018)

czwartek, 20 września 2018

Dialogizm i przepraszactwo

Jaki jest sens „dialogu” opartego na fałszu, manipulacji i przemilczeniach? Czy w polskim Kościele ktokolwiek zadaje sobie jeszcze takie pytanie?

I. Ludobójcy spod znaku „new age”

Metropolita łódzki, abp. Grzegorz Ryś, wziął udział w obchodach 74. rocznicy likwidacji łódzkiego getta. Samo uczestnictwo, rzecz jasna, jest gestem zrozumiałym – wszak pochylanie się nad ofiarami prześladowań i cierpiącymi, niezależnie od ich przynależności etnicznej czy wyznania, winno być naturalnym odruchem chrześcijanina. Problem w tym, że kojarzony z liberalnym nurtem w Kościele hierarcha wykorzystał tę okazję, by uderzyć się w piersi - i to nie tyle własne, ile wszystkich chrześcijańskich kościołów, wywołując do tablicy, co jasno wynika z kontekstu wypowiedzi, również katolików. Oto cytat: „To się stało w środku Europy, w środku cywilizacji, którą dumnie nazywamy chrześcijańską, i to, o czym trzeba pamiętać w tych dniach, to to, że to jest powtarzalne. Jeśli się już to wydarzyło, to może się wydarzyć powtórnie. Zagładę w dużej mierze stworzyli ludzie, trzeba to powiedzieć, niestety, z bólem serca, ludzie, których wychowywały Kościoły chrześcijańskie na swoich nabożeństwach”. Swoje dodał również łódzki ocalały Leon Weintraub: „Z wielkim bólem stwierdzam, że po ulicach polskich miast maszerują ludzie w strojach podobnych do hitlerowskich i z podobnymi do tamtych sloganami”.

Z takim postawieniem sprawy nie sposób się zgodzić. Trzeba powiedzieć jasno, że architektami i głównymi wykonawcami zbrodni na Żydach byli niemieccy narodowi socjaliści, ze szczególnym uwzględnieniem SS. Ideologia, którą się kierowali była z gruntu antychrześcijańska – chrześcijaństwo traktowane było jako religia „zażydzona” i wedle planów przywódców III Rzeszy w przyszłości miała zniknąć. Natomiast namiastką nazistowskiej religii (wraz ze stosownymi obrzędami) było „pragermańskie” neopogaństwo z silnymi akcentami ezoteryczno-okultystycznymi oraz odniesieniami do religii Dalekiego Wschodu, gdzie zresztą Himmler wysyłał ekspedycje mające odnaleźć pozostałości po Ariach - „praprzodkach Germanów”. Wystarczy spojrzeć na symbolikę - „runy” SS czy swastykę, będącą w równym stopniu odniesieniem do starożytnego Rzymu, jak i do „aryjskiej” symboliki hinduizmu. A skoro już o tym mowa – również koncept „rasy panów” ma hinduistyczne korzenie. Ot, taki nazistowski „new age”. Warto w tym miejscu wspomnieć o okultystycznym i „ariozoficznym” Towarzystwie Thule założonym w 1918 r., które odcisnęło trwałe piętno na niemieckich „volkistach”. To z tego kręgu wywodził się główny ideolog NSDAP – Alfred Rosenberg. Z kolei partię DAP (Niemiecka Partia Robotnicza, poprzedniczka NSDAP) zakładał inny członek Towarzystwa – Karl Harrer wraz z Antonem Drexlerem, który z kolei zasugerował Hitlerowi użycie swastyki, jako symbolu NSDAP i III Rzeszy. Wreszcie, założyciel Towarzystwa Thule, Rudolf von Sebottendorf, był właścicielem dziennika „Beobachter” (późniejszy „Völkischer Beobachter”). Przykłady tego typu można mnożyć. To ukształtowani w tym duchu „nadludzie” zgotowali ludobójcze piekło na ziemi – nie tylko zresztą Żydom. Polacy (i generalnie, Słowianie) mieli być następni w kolejce do wyniszczenia.


II. „Wychowankowie” czy odstępcy?

Ludzi tych nie „wychowały Kościoły chrześcijańskie”. Oni się tych Kościołów wyparli, mieli je w głębokiej pogardzie – i tak też kształtowali kolejnych adeptów. Jeżeli w tym kontekście można mówić o winie „kościołów” - to co najwyżej w kategoriach duszpasterskiej porażki. Owszem, można stawiać zarzuty bawarskiemu chłopu, że wcielony np. do Wehrmachtu wykonywał zbrodnicze rozkazy – i często rozsmakowywał się w poczuciu nieograniczonej władzy nad różnymi „podludźmi”. Można mówić o „antysemickich” z dzisiejszego punktu widzenia kazaniach (mających, nota bene, zazwyczaj podłoże społeczno-ekonomiczne, takie jak walka z lichwą i wyzyskiem, a nie rasistowskie), ale to nie Kościół nawoływał do holocaustu! Poza tym, wrzucanie do jednego worka wszystkich chrześcijańskich wyznań, jak uczynił to abp. Ryś, jest jawnym nadużyciem. Czym innym jest protestantyzm ufundowany w tej mierze na zwierzęcym antysemityzmie Lutra (tego samego, którego Kościół Katolicki niedawno tak fetował z okazji 500-lecia Reformacji) – też przecież dalece niejednorodny, a czym innym katolicyzm – również przybierający lokalne oblicza. W Niemczech, zgodnie z narodowym charakterem, Kościół był tradycyjnie lojalny wobec władzy (i taki też pozostaje, tyle że dziś na „postępową” modłę, że przytoczę słynną wypowiedź kard. Reinharda Marxa - „nie jesteśmy filią Rzymu”). Swoją drogą, znamienne jest tu głuche milczenie w odpowiedzi na pamiętny list polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Z kolei w katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii holocaustu (mimo nacisków Hitlera) jakoś nie było. A jeżeli już mówimy o „wychowaniu” - może warto się zastanowić nad wpływem na narodowych socjalistów antysemickich tyrad Karola Marksa?

Tego wszystkiego w słowach abp. Grzegorza Rysia zabrakło. Rozumiem, że obchody zagłady łódzkiego getta to nie pora na długie wywody – ale może warto było choć wspomnieć o tym, że tragedia była dziełem ludzi zwiedzionych i opętanych nieludzką ideologią, tak daleką od chrześcijaństwa, jak tylko jest to możliwe? Zamiast tego, otrzymaliśmy „hurtowy” akt ekspiacji i skruchy w imieniu wszystkich chrześcijan. Na dobrą sprawę, nawet nie wiadomo, w czyim konkretnie imieniu metropolita wypowiadał swe słowa. Niemieckich protestantów? Niemieckich katolików? Bo przecież chyba nie Polaków? Przypomnę, że Łódź została wcielona bezpośrednio do Rzeszy i nie było w niej nawet „granatowej policji”. No i pytanie – czy na uroczystości był obecny jakikolwiek przedstawiciel niemieckiego Kościoła?


III. Dialogizm i przepraszactwo

Te wszystkie pytania mają, niestety, charakter retoryczny – tak naprawdę domyślamy się bowiem, co łódzkim hierarchą kierowało. To tocząca od dziesięcioleci Kościół choroba „dialogizmu” i „przepraszactwa”. Abp. Ryś przy okazji obchodów wyznał, iż być może bez holocaustu dialog katolicko-żydowski by nie zaistniał. W takie podejście zaś immanentnie wpisana jest postawa samoupokorzenia i kajania się Kościoła za Zagładę – w kilku wariantach: albo Kościół „robił za mało” dla ratowania Żydów, albo „milczał”, albo wręcz czynnie współuczestniczył w zbrodni za pośrednictwem swoich nienawistnie zindoktrynowanych wiernych. Na powyższe nakłada się obecna nagonka na Polaków jako „współsprawców” - i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że metropolita kajając się za zbrodniarzy „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach” ma na myśli przede wszystkim nas i przedwojenny polski Kościół, a nie jakichś tam Niemców.

Wystąpienie abp. Rysia wpisuje się także w trwającą od jakiegoś czasu manię odcinania się na wyprzódki przez kościelną hierarchię od „nacjonalizmu” dziś personifikowanego przede wszystkim przez środowiska narodowców. Cóż innego mogą znaczyć słowa, że tragedia „może wydarzyć się powtórnie” współgrające z zacytowanym na początku Weintarubem bredzącym niczym drugi Verhofstadt o maszerujących polskimi ulicami ludziach „w strojach podobnych do hitlerowskich”? I znów należy jasno powiedzieć – polscy narodowcy pozostali w godzinie próby wierni Polsce i Kościołowi. Nie poszli na kolaborację z Hitlerem, wielu spośród nich ratowało Żydów i zapłaciło za to najwyższą cenę. Polski Kościół nie ma się czego wstydzić. Swoimi nabożeństwami nie „wychował” ludobójców lecz szczerych patriotów i prawych ludzi, z których dziś powinien być dumny, zamiast spychać ich do roli „zastępczych sprawców” na użytek nowej „religii holocaustianizmu” (© Paweł Lisicki). Jakiż to udział mieli polscy katolicy i generalnie, chrześcijanie, w zagładzie łódzkiego getta? Getta, dodajmy, pod nieludzkimi, dyktatorskimi rządami upojonego władzą Chaima Rumkowskiego, gorliwie wysługującego się oprawcom? Czy obecni na uroczystości rabini zająknęli się o nim chociaż słowem?

No i nade wszystko – jaki jest sens „dialogu” opartego na fałszu, manipulacji i przemilczeniach? Czy w polskim Kościele ktokolwiek zadaje sobie jeszcze takie pytanie?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy Kościół skręca w lewo?

Ten okropny nacjonalizm...

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu

Księża nie klękali przed komunistami – dlaczego teraz klękają przed „Wyborczą”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (14-20.09.2018)

niedziela, 8 lipca 2018

Bezwarunkowa kapitulacja

Nie można bezkarnie grzmieć, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze naskakiwać z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”.

I. Denowelizacja

Proszę Państwa, uczymy się nowego słowa. Przesylabizujmy je wspólnie, żeby się utrwaliło: de-no-we-li-za-cja. Nie ma wątpliwości, że będzie to trwały wkład partii rządzącej w sztukę legislacyjną. Najpierw uchwalamy generalnie słuszną ustawę, ale bez rozpoznania jej potencjalnych konsekwencji, a następnie gdy wybucha awantura, wkładamy ją do „zamrażarki” i po pewnym czasie w ekspresowym trybie uchylamy. Jeśli prześledzić to, co działo się ze słynnym art. 55a Ustawy o IPN, to właśnie tak to mniej więcej wyglądało. Przypomnijmy, że nowelizacja była konsultowana z władzami Izraela (co samo w sobie stanowi kuriozum), jej treść wydawała się uzgodniona, nikt nie zgłaszał zastrzeżeń – po czym, nagle eksplodowała medialno-polityczna bomba, ku kompletnemu zaskoczeniu PiS. Co to oznacza? Wg mnie oznacza to, że Izrael i środowiska żydowskie z premedytacją wsadziły nas na minę, by móc następnie wrzeszczeć na cały świat o polskim „antysemityzmie” i „rewidowaniu historii”. Na marginesie, warto odnotować wątek, który jakoś nie przebił się w debacie publicznej: gdzie były wtedy nasze służby specjalne? Dlaczego w tak newralgicznej kwestii nikt nie zadbał o wywiadowczą ochronę procesu ustawodawczego? Po fakcie jasno widać, że antypolska nagonka była precyzyjnie przygotowana i zorkiestrowana – począwszy od oświęcimskiego wystąpienia Anny Azari, poprzez wypowiedzi izraelskich polityków i mediów, a skończywszy na diasporze żydowskiej w USA, która dodatkowo zaprzęgła do swego propagandowego rydwanu tamtejszy Kongres i Departament Stanu. Od tego są służby, żeby takie niebezpieczeństwa wykryć zawczasu i ostrzec polskie władze. Indolencja wywiadowcza potwierdza jedynie tezę o kompletnej degrengoladzie naszych „siłowików” i na dobrą sprawę należałoby to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry – lepiej bowiem nie mieć żadnych służb, niż karmić się złudnym poczuciem bezpieczeństwa.

W każdym razie, gdy mleko się rozlało, PiS przestraszyło się własnej odwagi i zaczęło się wycofywać rakiem z całej inicjatywy, co na bieżąco sygnalizowałem na tych łamach. Byliśmy świadkami upokarzających wycieczek polskiej delegacji do Tel Awiwu, okraszonych dodatkowo wypowiedziami takimi, jak słowa marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że ustawa (przyjęta przez Senat pod jego kierownictwem!) „nie będzie stosowana”. Potwierdzała to kunktatorska decyzja prezydenta Andrzeja Dudy, który wprawdzie nowelizację podpisał, ale jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, z niedwuznaczną intencją wymiksowania się z kłopotu rękoma sędzi Julii Przyłębskiej. W efekcie, otrzymaliśmy kompletnie pozaprawny i motywowany politycznie stan zawieszenia: ustawa niby obowiązywała, ale odpowiednie organy państwa odmawiały jej stosowania. W międzyczasie do prokuratury wpłynęło na jej podstawie kilkadziesiąt zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa – i o ile mi wiadomo, nie wszczęto ani jednego śledztwa. I to również zapamiętamy jako osobliwy wkład tego rządu w praktykę (nie) stosowania prawa – okazało się, że można ignorować „po uważaniu” obowiązujące przepisy, które na dodatek samemu się uchwaliło.


II. Kapitulacja

Finałem i logiczną konsekwencją powyższej rejterady było nagłe uchylenie art.55a. W ciągu kilku godzin „denowelizacja” przeszła przez obie izby parlamentu i wylądowała na biurku prezydenta, który równie bezzwłocznie ją podpisał – tym razem wyjątkowo bez strojenia min, targowania się, hamletyzowania i konsultacji z panią Zofią Romaszewską. Tym samym podpisaliśmy akt bezwarunkowej kapitulacji. Ależ tam musiały pójść naciski... Dodatkowo, wkrótce potem za sprawą izraelskich mediów dowiedzieliśmy się, iż sprawa była od kilku miesięcy w najgłębszej tajemnicy przedmiotem negocjacji między Polską a Izraelem podczas sekretnych pogaduszek w Wiedniu (w domyśle – pod amerykańskim patronatem, bo nasz aktualny hegemon nie życzy sobie kwasów pomiędzy „sojusznikami”). Coś niebywałego. Na osłodę została nam wspólna deklaracja premierów Morawieckiego i Netanjahu, gdzie łaskawie przyznano, że nie było „polskich obozów śmierci”, zaś obustronna współpraca opiera się „na głębokim zaufaniu i zrozumieniu”. Dobry żart, zważywszy na przypomniane powyżej wmanewrowanie nas w ten bigos. Mogę sobie nawet wyobrazić, jak te negocjacje wyglądały. Nasz komunikat, po odarciu z pozorów, musiał brzmieć mniej więcej w tym stylu: no dobrze, nie krzyczcie już na nas, uchylimy ten artykuł, tylko dajcie nam coś, czym moglibyśmy pomachać elektoratowi przed oczami.

Tak rozumiany „kompromis” ma swoją cenę. Choćby taką, że oficjalnie uznaliśmy prawo Izraela do decydowania o tym, kto był sprawcą, a kto ofiarą II wojny światowej. Na dzień dzisiejszy, wspaniałomyślnie zostaliśmy zaliczeni do współofiar, co dla oficjalnej propagandy stanowi asumpt do nasładzania się „sukcesem polskiej dyplomacji”. Cóż jednak zrobimy, jeśli jutro ten sam Izrael znów zaliczy nas do sprawców - a jest to niezbędnym warunkiem wydębienia od nas miliardowych „odszkodowań” za pożydowskie mienie? Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a przypomnę, że na życzenie strony żydowskiej schowaliśmy do szuflady stosowną ustawę reprywatyzacyjną – to zaś w kontekście amerykańskiego „JUST Act 447” czyni nas kompletnie bezbronnymi wobec niechybnych roszczeń. Jestem nawet gotów przewidzieć, jak to będzie wyglądało: po miesiącach żmudnych rokowań polski rząd ogłosi kolejny „sukces”, bo hieny cmentarne z „holocaust industry” zgodzą się, byśmy zapłacili o kilka miliardów dolarów mniej i może jeszcze rozłożą nam należność na raty, by nie zarzynać kury znoszącej złote jaja.


III. Wiadra wazeliny

Osobnym elementem tej historii są wiadra wazeliny, jakie wylały się z prorządowych ośrodków medialnych. Wersję o „sukcesie” zaakceptowano bez żadnych zastrzeżeń i z miejsca rozpoczęto propagandową osłonę naszej rejterady. Na głos krytyki pozwolił sobie chyba tylko prof. Andrzej Nowak. Reszta poświęciła się rozmydlaniu tego co się stało, wiedząc, że na prawicowych wyborców rezygnacja z samodzielnego kształtowania polskiego przekazu historycznego podziała jak płachta na byka - zwłaszcza, że ewidentnie abdykowaliśmy z suwerennego stanowienia prawa w tej materii. Szczytem wszystkiego była propozycja red. naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, by Jarosławowi Kaczyńskiemu i „Bibi” Netanjahu przyznać... pokojowego Nobla. Przejdzie to annałów dziennikarskiego lizusostwa. Cóż, kiedy sprzedaż spada, trzeba pielęgnować przychylność władzy. W ramach operacji osłonowej zadbano również o szantaż emocjonalny oparty o tradycyjne reductio ad Putinum: mianowicie, jeśli krytykujesz uchylenie nowelizacji Ustawy o IPN, to znaczy że godzisz w „strategiczne sojusze” - a kto godzi w sojusze, ten wiadomo, jest „ruskim agentem”. Proste jak konstrukcja cepa – na identycznej zasadzie środowisko „Wyborczej” nazywa „antysemityzmem” każdą krytykę poczynań organizacji żydowskich.

Na dłuższą metę takie postępowanie się na PiS-ie zemści. Nie można bezkarnie grzmieć, że nie oddamy guzika i „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze za pośrednictwem swych propagandystów naskakiwać, przepraszam, z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”. Tymczasem, jeśli spojrzeć przekrojowo, art. 55a w znacznej mierze spełnił swe zadanie – i to pomimo wiadomych trudności z ewentualnym zastosowaniem go wobec obcokrajowców. Otóż ogólnoświatowa awantura sprawiła, że z zagranicznych mediów nagle zniknęły wrzutki o „polskich obozach”, które wcześniej pojawiały się z nużącą regularnością. Stało się tak dlatego, że wskutek rozpętanego przez Żydów jazgotu każdy, choćby nawet nie chciał, dowiedział się, że Polacy sobie podobnych insynuacji nie życzą – i od tej pory nikt już nie będzie mógł się zasłaniać niewiedzą, przejęzyczeniem czy „skrótem myślowym” o „geograficznej lokalizacji”. Istnieje jednak obawa, że po naszej kapitulacji cała ciuciubabka rozpocznie się od początku.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (06-12.07.2018)