Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Światowe Forum Holocaustu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Światowe Forum Holocaustu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Zwiędły Fiutin

Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


I. Wojenka historyczna

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał »Jak rozpętałem II Wojnę Światową« i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu »wypucuje się« z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do »Wyborczej« takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. »nową szkołę historii Holocaustu« - w warstwie »merytorycznej« nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum »Polin« powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu”.

Powyższe to garść moich pierwszych reakcji na wyczyny „Fiutina”, wyartykułowanych na łamach „Warszawskiej Gazety” w satyrycznych „Pod-Grzybkach”, w której to rubryce dzielę się różnymi zgryźliwościami. Przypomnijmy dla porządku, że pierwszy atak poszedł 19 grudnia 2019 r. na dorocznej konferencji prasowej Władimira Putina dla mediów zagranicznych, podczas której padło pytanie o wrześniową rezolucję Parlamentu Europejskiego z okazji 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i zawartego w niej potępienia paktu Ribbentrop-Mołotow. W odpowiedzi Putin odpowiedzialnością za rozpętanie wojny obarczył pakt monachijski z 1938 r. sankcjonujący rozbiór Czechosłowacji i rzekomy polski sojusz z Hitlerem. Już następnego dnia, przy okazji szczytu Wspólnoty Niepodległych Państw w Petersburgu, Putin wystąpił z dokumentami, w tym słynnym dziś raportem ambasadora RP w Berlinie, Józefa Lipskiego z passusem o „pomniku dla Hitlera”, gdyby temu udało się wypchnąć Żydów na emigrację. Wreszcie, 24 grudnia Putin wraca do tematu w trakcie posiedzenia rozszerzonego kolegium Ministerstwa Obrony Rosji. To wtedy padają słowa o ambasadorze Lipskim: „swołocz, antysemicka świnia, nie można go inaczej nazwać”.

Co ciekawe, w Polsce temat początkowo niemal nie został zauważony, czemu zapewne sprzyjał okres świąteczno-noworoczny. Bomba wybuchła dopiero 26 grudnia, kiedy to krajowe media przebudziły się ze świątecznego letargu, zapewne pod wpływem zachodniej prasy, która paradoksalnie jako pierwsza odnotowała i dość szeroko komentowała (i to na ogół w krytycznym tonie) wystąpienia rosyjskiego prezydenta. Od tego momentu rozgorzała na dobre wojna dyplomatyczno-medialna, w ramach której strona rosyjska opublikowała kolejne dokumenty, wraz z raportem sowieckiego agenta przerzuconego podczas Powstania Warszawskiego na drugi brzeg Wisły, gdzie z kolei mamy wzmiankę, iż Armia Krajowa rzekomo wymordowała pozostających w Warszawie Żydów i Ukraińców.

Jak wiemy, ten etap starcia zakończył się rezygnacją prezydenta Andrzeja Dudy z udziału w zaplanowanym na 23 stycznia Światowym Forum Holocaustu w Jerozolimie, organizowanym przez Yad Vashem i fundację związanego z Kremlem żydowsko-rosyjskiego oligarchy Wiaczesława Mosze Kantora z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. Polskiemu prezydentowi odmówiono prawa zabrania głosu i zachodziła obawa, że zostanie sprowadzony do roli biernego obserwatora kolejnych, antypolskich filipik Putina, bez możliwości wyartykułowania swojego stanowiska. Można się jednak spodziewać, że była to dopiero pierwsza odsłona spektaklu – swoista przygrywka przed kolejnymi tegorocznymi wydarzeniami: 80. rocznicą mordu katyńskiego, 10. rocznicą tragedii smoleńskiej, 75. rocznicą zakończenia II Wojny Światowej i wreszcie – 100. rocznicą Bitwy Warszawskiej. Wszystko więc jeszcze przed nami.


II. Cele Putina

O co chodziło Putinowi, co chciał ugrać, wchodząc ku zdumieniu świata w rolę historycznego trolla? Moim zdaniem, mamy tutaj kilka częściowo nakładających się na siebie celów.

Celem pierwszym, najbardziej widocznym, było zrobienie propagandowej „podgotowki” przed wspomnianym Forum Holocaustu, skrojonym ewidentnie pod zapotrzebowanie rosyjskiej polityki historycznej. Na marginesie - główny sponsor wydarzenia, Wiaczesław Mosze Kantor, po tym jak przejął władzę w Europejskim Kongresie Żydów, uczynił tę organizację narzędziem polityki zagranicznej Kremla, konfliktując się przy okazji ze Światowym Kongresem Żydów, którego Europejski Kongres Żydów formalnie jest częścią – to dlatego (co mało kto zauważył) na uroczystości w Jerozolimie nie przybył szef Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder. W każdym razie, jerozolimska impreza miała ugruntować sojusz rosyjsko-izraelski, z jednej strony pokazując Rosję jako poważnego, światowego gracza współdecydującego o globalnym porządku, z drugiej zaś – dać okazję ściganemu oskarżeniami korupcyjnymi Benjaminowi Netanjahu do zaprezentowania się jako polityk chroniący Izrael przed Iranem i zdolny pozyskać potężnego sprzymierzeńca, czyli Rosję. Zwróćmy uwagę, że ostrze przemówienia Netanjahu skierowane było właśnie przeciw Iranowi, jako państwu zamierzającemu urządzić Żydom drugi holocaust. Nie bez znaczenia jest też obecność licznej i coraz bardziej wpływowej rosyjskiej diaspory w Izraelu, której głosy Netanjahu chciałby przejąć przed zbliżającymi się wyborami. Taki sojusz potrzebuje propagandowego uzasadnienia i Putin owo uzasadnienie zaoferował: ZSRR jako pogromca Hitlera i oswobodziciel europejskich Żydów, piętnujący „antysemicką” Polskę i wpisujący się tym samym w polakożerczą linię izraelsko-żydowskiej polityki historycznej. Do osiągnięcia tego celu potrzebny był atak wyprzedzający i to na tyle porażający swą bezczelną butą, by nikt z uczestników szczytu Putin-Netanjahu (bo do tego sprowadziło jerozolimskie Forum, reszta uczestników była tylko statystami) nie ważył się pisnąć o sowieckich zbrodniach. Więcej – by wszyscy odetchnęli z ulgą, że koniec końców Putin wygłosił wyjątkowo „wyważone” przemówienie.

Cel drugi, to odbudowa pojałtańskiego „porządku moralnego”, uzasadniającego w oczach światowej opinii publicznej międzynarodowe znaczenie Rosji. W myśl tego porządku, Rosja zawsze stała po słusznej stronie, poniosła największe ofiary w walce z III Rzeszą, wzięła na siebie główny ciężar wysiłku zbrojnego i jako głównej pogromczyni faszyzmu należy jej się poczesne miejsce w globalnej układance. W tej narracji nie ma miejsca na półcienie i wątpliwości, a już zwłaszcza na pakt Ribbentrop-Mołotow i sojusz Stalina z Hitlerem, nie wspominając o jakiejkolwiek współodpowiedzialności za rozpętanie II Wojny Światowej. „Nasze dieło prawoje - my pobiedili” - koniec, kropka. Tymczasem, od kilku lat Rosja jest (lub czuje się) z tej zbudowanej na bazie II Wojny Światowej „moralnej hierarchii” wypychana – świat coraz częściej przypomina sobie o jej agresywnym charakterze i historycznych grzechach, co przekłada się na odmawianie Moskwie prawa do własnych stref wpływu (chociażby na Ukrainie i generalnie obszarze postsowieckim), sankcje (najbardziej dotkliwe w kontekście Nord Stream 2) czy wzmacnianie wschodniej flanki NATO wraz ze szczególnie irytującą Kreml amerykańską obecnością w Polsce. To, że Putin w swym przemówieniu oprócz podkreślenia rosyjskich ofiar i przypomnienia, że Słowianie byli następni w kolejce do eksterminacji, zaproponował również spotkanie stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, by wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem różnych konfliktów, nie jest dziełem przypadku. To oferta: zaakceptujcie nas takimi, jakimi jesteśmy, podżyrujcie znów naszą historyczną narrację i siądźcie do „konstruktywnych” rozmów. A Polska i jej historyczne „prawdy”? A ch..j z Polską i jej „prawdami”...

Cel trzeci, to rosyjski rynek wewnętrzny. Mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” jest obecnie dla rosyjskiego społeczeństwa jedynym ideowym zwornikiem „państwowotwórczym” i podstawą do myślenia o sobie jako imperium – bo skoro kosztem milionowych ofiar i wyrzeczeń pokonaliśmy Hitlera, to mocarstwowy status, włącznie z wpływami w ościennych krajach „bliskiej zagranicy” nam się należy. Wielka, sprawiedliwa wojna jest jedynym pozytywnym elementem spajającym Rosjan i determinującym postrzeganie samych siebie, jako tych „dobrych” wyzwolicieli. Gdy ten mit runie, z całej rosyjskiej historii zostaje tylko naga, barbarzyńska przemoc – tak wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Stąd alergiczne reakcje na wszelkie próby podważenia tej ugruntowanej od czasów sowieckich zbiorowej, historycznej pamięci. I, naturalną koleją rzeczy, Rosjanie od swoich przywódców wymagają aktywnej obrony własnej wersji historii – powtórzę, jedynego powodu do odczuwania narodowej dumy. To oczekiwanie zbiegające się z politycznym zapotrzebowaniem Kremla stało się szczególnie palące w kontekście wspomnianych tu nadchodzących rocznic. „Strana ogromnaja” powstała i pokonała faszyzm, zatem nie możemy pozwolić, by ktokolwiek – czy to wyzwoleni przez nas „niewdzięcznicy” czy wraży „zapad” - „pluł nam do kaszy”. Można wręcz powiedzieć, że za pomocą „wojny ojczyźnianej” Rosjanie przeprowadzają na sobie permanentną psychoterapię z rozlicznych traum i jej obrona jest jedną z podstaw legitymizacji władzy. Warto pamiętać, że epoka Jelcyna jest w Rosji znienawidzona nie tylko ze względu na rozpad ZSRR, chaos i biedę – lecz również dlatego, że wiecznie pijany car pozwalał, by Zachód Rosję „upokarzał” i „poniewierał”. A tego w Rosji się nie wybacza.

No i wreszcie, cel czwarty – czyli „rozpoznanie bojem”. Putin wyprowadzając atak i to właśnie w takiej, skrajnie agresywnej formie, przetestował na ile może sobie pozwolić. I to nie tylko w relacjach z Polską, lecz również z krajami Zachodu. Nas, z oczywistych względów, najbardziej interesowała próba „wmontowania” Polski w holocaust (co było również zgłoszeniem przez Rosję akcesu do żydowsko-niemieckiej polityki historycznej) oraz (tu z kolei mamy wniesione przez Putina aportem novum) rozpętanie wojny i to po stronie Hitlera. Trzeba jednak odnotować, że ze strony rosyjskiej poszły także inne sygnały – przypomnienie układu z Monachium, to wszak prztyczek w nos Zachodu i polityki appeasementu, z kolei Stanom Zjednoczonym rosyjska dyplomacja wypomniała w twitterowej pyskówce futrowanie Hitlera kredytami i umożliwienie mu przejęcia, a następnie ugruntowania władzy. Natomiast już podczas Światowego Forum Holocaustu Putin zahaczył Litwę i Ukrainę, mówiąc o „pomocnikach nazistów”, którzy w okrucieństwie „przewyższali swoich panów”. Charakterystyczne przy tym, że oszczędził innych pomocników, takich jak Węgry i Rumunia. Krótko mówiąc, przesłanie Putina brzmi: „zostawcie nas w spokoju, bo przypomnimy, że i wy macie sporo za uszami”. I taka zagrywka mogła nawet być skuteczna, bo podczas wojny praktycznie wszyscy poza Polską w mniejszym lub większym stopniu się ześwinili.


III. Zwiędły Fiutin

No dobrze, ale czy Putin zarysowane tu cele osiągnął? Co najwyżej połowicznie i doraźnie. Impreza w Jerozolimie wprawdzie się udała, lecz demonstracyjna absencja Andrzeja Dudy pozbawiła Putina okazji do kolejnego uderzenia w Polskę i zmusiła do wygłoszenia złagodzonego wariantu przemówienia. A o tym, że atak był przygotowany może świadczyć film o „antysemityzmie” z kadrami przedstawiającymi spalenie w 2015 r. we Wrocławiu „kukły żyda”, przebitkami z Marszu Niepodległości, czy kłamliwa mapka niemieckich podbojów z zafałszowanymi granicami we wschodniej Europie. Co więcej, nieobecność polskiego prezydenta została zauważona i odnotowana. Z pewnością Putin zaprocentował na opisanym wyżej „rynku wewnętrznym” wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu krajowej opinii publicznej. Ale tutaj lista sukcesów się kończy. Putin nie zyskał najważniejszego – akceptacji świata zachodniego dla lansowanej przez siebie wersji historii. Najprościej rzecz ujmując, przegiął. Zachodnie media w większości przyjęły jego próbę pomniejszenia paktu Ribbentrop-Mołotow z niesmakiem, podobnie jak dyplomacja, zwłaszcza USA. Co więcej, wskutek wywijania przez Putina historyczną kłonicą chyba nigdy wcześniej nie mówiono o sowiecko-nazistowskim sojuszu tak wiele i w tak negatywnym tonie. Propozycja odbudowy pojałtańskiego „porządku moralnego”, tudzież propozycja rozmów „wielkiej piątki” Rady Bezpieczeństwa ONZ została pominięta milczeniem. Po prostu, świat może robić sobie z Rosją interesy, ale wyzbył się co do niej złudzeń.

To dla Putina bardzo zła wiadomość mogąca w jakiejś perspektywie czasowej wręcz zachwiać jego władzą, która i tak od jakiegoś już czasu więdnie. Jego popularność systematycznie spada. Po imperialnej euforii, jaka nastąpiła wskutek aneksji Krymu, nie zostało śladu. Rosjanie coraz boleśniej odczuwają sankcje i spadający poziom życia. Co gorsza, Putin zaczyna się jawić jako polityk nieskuteczny na arenie międzynarodowej, a to Rosjan, wyczulonych na punkcie imperialnego prestiżu, coraz bardziej uwiera. Odwieczna zasada sprawowania rządów w Rosji jest bowiem taka, że naród wybaczy wiele, ale jednego nie daruje – słabości. Rosja musi być mocarstwem, bo inna zwyczajnie być nie potrafi, zaś car jest od tego, by ów status gwarantować – jeśli nie spełnia tego warunku, traci cały autorytet, bo imperializm jest od zarania jedynym sensem funkcjonowania rosyjskiej państwowości.

A na tym polu ostatnio Putinowi idzie jak po grudzie. Ukraina – wcześniej w znacznej mierze prorosyjska – znienawidziła Rosję i by przywrócić ją na łono „matuszki” potrzeba by regularnej wojny i podboju. W Donbasie Rosja ugrzęzła i sytuacja jest w stanie permanentnego zawieszenia. Na Białorusi Łukaszenka coraz ostrzej się stawia i ani myśli „integrować się” pod dyktando Kremla. Nawet sztandarowa inwestycja, czyli Nord Stream2 wskutek amerykańskich sankcji utknęła na ostatniej prostej. W Polsce i krajach nadbałtyckich stacjonują wojska NATO. Słowem, kruszą się dwa filary władzy Putina – względna stabilizacja materialna oparta na zyskach z surowców i sukcesy w odbudowie sowieckiego imperium. Mści się wieloletni modus operandi – wbrew rozpowszechnionemu mitowi o finezji rosyjskiej polityki zagranicznej, Putin zamiast skalpela o wiele częściej używa siekiery. Wypłynął na wojnie w Czeczenii i bezwzględnym ludobójstwie, potem była wojna w Gruzji, agresja na Ukrainę, w międzyczasie ostentacyjne skrytobójstwa popełniane na terytoriach innych państw... Przyzwyczajony latami do bezkarności, szczególnie po „resecie” Obamy, czego widomym znakiem była obojętność świata na tragedię smoleńską (i, dodajmy, ówczesnych polskich władz – pamiętamy „żółwiki” z Tuskiem), uznał, że tak już będzie zawsze. A tu nagle coś się zacięło – oparta na przemocy polityka zabuksowała w miejscu. I w Rosji to widzą.

A co robi rosyjska władza w obliczu problemów? Wywołuje „małą zwycięską wojenkę” - w tym wypadku propagandową. Ale znów – zamiast skalpela, Putin użył siekiery i przeszarżował. Skala kłamstwa, śmieciowa jakość ogłaszanych jako „rewelacje” dokumentów mających uwiarygadniać rosyjskie manipulacje sprawiły, że świat najpierw przetarł z niedowierzaniem oczy, a potem jednoznacznie orzekł kompromitację rosyjskiego przywódcy. Dla nas to znakomita nowina, już dawno nie mieliśmy takiej okazji do przebicia się z własną historyczną narracją – i coraz więcej wskazuje, że wreszcie uczymy się grać w te klocki, bo nasza reakcja na oszczerstwa i pułapkę, jaką zastawiono w Jerozolimie na prezydenta Dudę, była modelowa. Trzeba za wszelką cenę podtrzymać tę passę – a, jak wspomniałem, rocznicowych okazji w tym roku nie zabraknie. Natomiast Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 02 (luty 2020)

Historyczny rynek pamięci

By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę.

I. Giełda narracji

Jak wykazała niedawna chryja rozpoczęta antypolskimi filipikami Putina i zwieńczona sporem o udział i prawo głosu dla prezydenta Andrzeja Dudy podczas Światowego Forum Holocaustu, nasze akcje na światowej giełdzie polityk i narracji historycznych wciąż stoją słabo. Owszem, jest nieco lepiej niż przed 2015 rokiem, ale wciąż wysoce niezadowalająco – tym bardziej, że nawet obecna władza przeplata zrywy „wstawania z kolan” sromotnymi rejteradami, czego symbolem pozostanie upokarzające wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN. Rejterada ta została chwilowo osłodzona wspólną deklaracją historyczną premierów Morawieckiego i Netanjahu, negocjowaną pod troskliwym okiem Mossadu w jego wiedeńskiej placówce – ale tylko po to, by już kilka miesięcy później zostać spektakularnie wysadzona przez „Bibi” Netanjahu w powietrze podczas niesławnego „szczytu bliskowschodniego” za sprawą wypowiedzi izraelskiego premiera insynuującej nasz współudział w holocauście. I tak ta ciuciubabka trwa od lat: gdzieś tam pojawia się określenie „polskie obozy śmierci”, nasza ambasada protestuje i prostuje (chociaż tyle, bo wcześniej polska dyplomacja przeżarta wychowankami „korporacji Geremka” nie była w stanie zdobyć się nawet na takie, symboliczne reakcje), by zaraz szkalująca Polskę fraza pojawiła się w innym miejscu – i cała zabawa zaczyna się od nowa. Tyle dobrego, że polskie placówki dyplomatyczne przestały przynajmniej urządzać seanse samobiczowania w rodzaju pokazów „Pokłosia”, w czym celował m.in. Ryszard Schnepf za swej ambasadorskiej kadencji w USA.

Symbolem naszej pozycji jest wspomniane Światowe Forum Holocaustu organizowane przez żydowsko-rosyjskiego oligarchę Wiaczesława Mosze Kantora, szefa Europejskiego Kongresu Żydowskiego (i członka władz szeregu innych organizacji żydowskich), który przekształcił tę instytucję w narzędzie rosyjskiej polityki zagranicznej. Impreza odbędzie się w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz i ewidentnie została skrojona pod kątem obecności Putina, który najprawdopodobniej w swym przemówieniu zgłosi akces do izraelsko-niemieckiej polityki historycznej. Jej osią jest akcentowanie polskiej „współodpowiedzialności” za holocaust - tym bardziej godnej potępienia, że wg tej narracji Polska do tej pory ze swego rzekomego współsprawstwa się „nie rozliczyła” (w przeciwieństwie do Niemiec, których „rozliczenie” uznano za modelowe, w związku z czym mogą dziś z powodzeniem w oczach świata uchodzić za „moralne imperium” i zbijać na tym swój polityczny kapitał w ramach budowania tzw. soft power). Wianem wniesionym aportem przez Putina do tej polityki będzie dodatkowy element – obarczenie Polski współwiną za rozpętanie II wojny światowej, co jak można mniemać, zostanie ciepło przyjęte przez pozostałych uczestników wydarzenia.

Wszyscy mają na tym swój interes do ugrania – Izrael i środowiska żydowskie chcą wydusić z nas odszkodowania za mienie bezdziedziczne, Niemcy pragną podzielić się winą za zbrodnie, Rosja przykryć rosnącą świadomość paktu Ribbentrop-Mołotow i swojego sojuszu z Hitlerem przed czerwcem 1941 r., natomiast alianci zachodni - wyprzeć własne tchórzostwo, politykę appeasementu i układ z Monachium (czego nie omieszkał wytknąć Putin w swych niedawnych wystąpieniach, co było jednoznacznym przesłaniem - „siedźcie cicho, bo też macie swoje za uszami”), kolaborację (casus Francji) oraz celową obojętność wobec zagłady Żydów, no i wreszcie – zdradę polskiego sojusznika, którego wcześniej z absolutnym cynizmem wystawili Hitlerowi na pożarcie swymi kłamliwymi „gwarancjami”.

Nic więc dziwnego, że dla polskiego prezydenta przewidziano rolę biernego obserwatora bez prawa zabrania głosu. Zbyt wiele jest tu do zyskania, by dopuszczać jakikolwiek dysonans w jednolitym przekazie, jaki ma popłynąć w świat.


II. Polska odpowiedź

Polska odpowiedź, póki co, może mieć wymiar jedynie lokalny, z pewnością zaś nie tak słyszalny, jak jerozolimska hucpa. Pocieszające, że PiS wreszcie zdaje się otrząsać z bezkrytycznego filosemityzmu, który do pewnego momentu kazał jego elitom prowadzić utopijną politykę zakładającą dobrą wolę strony izraelsko-żydowskiej i traktować oczernianie Polski jako „nieporozumienia”, które da się „wyjaśnić” poprzez intensyfikację „dialogu” - byle tylko nie zrażać do siebie naszego „strategicznego sojusznika” jakimiś niewczesnymi krokami, bo, cytując klasyka, „to niedobra jest”. To nastawienie na szczęście zdaje się odchodzić w przeszłość, do czego walnie przyczyniły się same środowiska żydowskie, które z właściwą sobie butą potraktowały naszą spolegliwość jako oznakę słabości, dając coraz bezczelniej upust swym aroganckim uroszczeniom – tak historycznym, jak i materialnym. W tej sytuacji nie pomogłoby nawet stu Jonny Danielsów, pragnących „dobrym słowem” doprowadzić nas tam, gdzie „Bibi” do spółki z nowojorskimi Żydami chcą nas zawlec metodą poniewierania i brutalnych nacisków. Nawiasem, patrząc na zawrotną karierę Jonny Danielsa, któremu udało się obłaskawić nawet ojca Rydzyka, przyjęta przez niego metoda na „dobrego Żyda” była o wiele skuteczniejsza, a przez to bardziej niebezpieczna – i całe szczęście, że Netanjahu wraz z amerykańskim „holocaust industry” swą ostentacyjną wrzaskliwością i pogardą mimowolnie pokrzyżowali mu szyki.

W każdym razie łuski spadają z oczu, a odmowa prezydenta Dudy asystowania w festiwalu oszczerstw jest świadectwem nowego podejścia do wzajemnych relacji – wreszcie zdobywamy się na minimum asertywności, czego wcześniej próżno było szukać. Trzeba dodać, że pierwszą jaskółką było zbojkotowanie ubiegłorocznego szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie przez premiera Morawieckiego po wypowiedzi min. Israela Katza o „wysysaniu antysemityzmu z mlekiem matki” przez Polaków, wskutek czego szczyt nie doszedł do skutku.

Na tym jednak nie można poprzestać. Zaplanowane na 27 stycznia polskie obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz powinny wybrzmieć szeregiem mocnych akcentów, adekwatnych do tego, co zostanie wygłoszone w Jerozolimie. Tak się szczęśliwie składa, że Światowe Forum Holocaustu odbędzie się kilka dni wcześniej (23 stycznia), będzie więc czas by przygotować odpowiedź. Ideałem byłoby w ramach przyjętej w relacjach międzynarodowych symetrii niedopuszczenie do głosu ambasadora Izraela, ale obawiam się, że na taką demonstrację strona polska się nie odważy.

Apogeum tegorocznej batalii o historyczną pamięć powinno jednak nastąpić 14 czerwca – w 80. rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz. To zawstydzające, że do tej pory upamiętnianie tego wydarzenia musiało odbywać się głównie siłami społecznymi (m.in. Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich), oddolnie – bez należytego wsparcia państwowego, do tego przy nader niechętnej postawie władz Muzeum Auschwitz-Birkenau. W minionych latach przy okazji obchodów media donosiły o bulwersujących utrudnieniach dotyczących odśpiewania hymnu, wnoszenia flag narodowych na drzewcach czy możliwości odprawienia Mszy Św. pod Ścianą Straceń, o czym alarmowała chociażby była więźniarka Auschwitz Barbara Wojnarowska. Za tegoroczne obchody powinny wziąć odpowiedzialność władze państwowe, a na miejscu muszą pojawić się czołowi przedstawiciele polskiego państwa z premierem i prezydentem na czele – wszystko wsparte odpowiednią kampanią medialną. To jedyna w swoim rodzaju okazja, by przypomnieć, że Auschwitz był obozem stworzonym dla Polaków i to oni byli jego pierwszymi więźniami i ofiarami. Bez takich przedsięwzięć nie przełamiemy historycznego monopolu środowisk żydowskich usiłujących zawłaszczyć to miejsce na wyłączność.


III. Potrzeba doktryny

To wszystko jednak działania reaktywne i doraźne. By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę. Jaka powinna to być doktryna i od czego zacząć – o tym za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (17-23.01.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 193

Męska decyzja. Prezydent Andrzej Duda zrezygnował z uczestnictwa w jerozolimskim Światowym Forum Holocaustu, po tym jak odmówiono mu prawa wygłoszenia przemówienia. Ze strony „totalnych” oczywiście podniósł się jazgot, że to błąd i pomniejszanie znaczenia Polski, a „nieobecni nie mają głosu” (to ostatnie ogłosiła Hanna Gronkiewicz-Waltz). Jasne, nie mam wątpliwości, że taki Komorowski pognałby w te pędy wysłuchiwać, jak to byliśmy współsprawcami II wojny światowej i holocaustu. A HG-W jeszcze dorzuciłaby kilka warszawskich kamienic na dokładkę.


*

Swoją drogą, już teraz widać, że to całe Forum będzie niezłą hucpą. Spójrzmy, kto będzie przemawiał: Frank-Walter Steinmeier - czyli prezydent państwa odpowiedzialnego za Holocaust; Emmanuel Macron - czyli prezydent państwa kolaborującego z III Rzeszą, którego żandarmi wyręczali Niemców w wyłapywaniu Żydów i które własnym sumptem i własnymi państwowymi kolejami wysyłało ich do gazu; Władimir Putin – czyli prezydent państwa futrującego Hitlera surowcami i współodpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej; do tego przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii – czyli państw, które przez całą wojnę nie chciały słyszeć o Zagładzie i nie godziły się na przyjęcie żydowskich uchodźców, czego ponurym symbolem stała się historia statku „St. Louis” zawróconego od amerykańskich i kanadyjskich wybrzeży. Co wśród tych szumowin miałby robić polski prezydent?


*

Jonny Daniels ujawnił, że głównym sponsorem tej hucpy jest rosyjsko-żydowski oligarcha Wiaczesław Mosze Kantor – prominentny członek wielu międzynarodowych żydowskich organizacji. No to teraz wszystko jasne – kto płaci, ten wymaga. Jest jednak w tym wszystkim jeden plus: przynajmniej ten potępieńczy sabat nie odbędzie się na polskiej ziemi. Jest nadzieja, że w tym roku obchody w Auschwitz odbędą się wreszcie w godny sposób i padnie tam kilka słów prawdy – oczywiście, pod warunkiem, że wcześniej zaknebluje się izraelskiego ambasadora.


*

Tu niewesoła refleksja. Podczas wojny ześwinili się niemal wszyscy, z Żydami włącznie - oprócz Polski, która od początku do końca walczyła po słusznej stronie i jak mogła starała się ratować swych żydowskich obywateli. I w zasadzie niemal każda ze świń na tej wojnie coś zyskała – Żydzi nawet własne państwo, zbudowane przez dezerterów z armii Andersa. Tylko nas puszczono na przemiał, a teraz jeszcze wdeptuje się propagandowo w ziemię. Czyli klasyka – kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d... Może na przyszłość nie warto być aż tak dobrym i robić za frajera, którego każdy kopie w zadek?


*

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu „wypucuje się” z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do „Wyborczej” takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. „nową szkołę historii Holocaustu” - w warstwie „merytorycznej” nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum „Polin” powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu.


*

Po internetach hulają fragmenty zapisków Donalda Tuska z wiekopomnego dzieła „Szczerze”, utrzymane w stylu: „mój kochany pamiętniczku, wprawdzie to o czym piszę zdarzy się dopiero za rok, ale notuję już teraz, żeby nie zapomnieć: z Kijowskiego nic nie będzie, Petru się zbłaźni lecąc na Maderę, a Lewandowski wbije pięć bramek Wolfsburgowi. Poza tym lubię oglądać sobie reprodukcje obrazów, popijać winko i słuchać klasycznej muzy z mojego smartfona, gaworząc nieśpiesznie z Junckerem (o ile akurat jest prawie trzeźwy) i Timmermansem. Czuję się wtedy tak europejsko, że aż się nie mogę samemu sobie nadziwić, do czego to człowiek w życiu doszedł trzymając się szczodrej piersi mutter Angeli. Klękam przed sobą w oczarowaniu i ślę sobie wyrazy. A wy zazdrośćcie, nieudacznicy, bo teraz jestem dużym misiem, który zostawił za sobą ten cały polski syf i folklor. Zaraz lecę na jakiś szczyt do Tokio. Nara, frajerzy!”.


*

Poważniejąc – te całe wypociny są jednym wielkim odreagowywaniem kompleksów przez jakiegoś parweniusza z zadupia, który zachłysnął się wielkim światem i za wszelką cenę pragnie udowodnić, że jest prawdziwym „europejczykiem”. Wszystko na poziomie przemyśleń infantylnej, pretensjonalnej pensjonarki. Zimno się robi na myśl, że ktoś taki znów mógłby rządzić Polską. Jeśli porównać to z takimi pamiętnikami Churchilla... Chociaż, zważywszy na upadek literackiej nagrody Nobla, może i Tusk kiedyś ją dostanie? Musi tylko zmienić ghostwritera.


*

W Australii płoną lasy, w związku z czym Maja Ostaszewska zainicjowała akcję... pisania listów do premiera Morawieckiego. Bo wyngiel i CO2. Czyli już wiadomo – pożary na drugim końcu świata to też wina PiS i nieprzystąpienia przez Polskę do unijnych „celów klimatycznych”. Gdybyśmy tylko zadeklarowali „neutralność klimatyczną” do 2050 r., to natychmiast w Australii zrobiłoby się chłodniej i lasy przestałyby płonąć. Piękny przykład lewackiego „myślenia magicznego” - które, przypomnę, jest cechą ludów prymitywnych, wyznających najczęściej religie animistyczne. Pani Maja powinna czym prędzej polecieć na antypody - wśród takich Aborygenów jej przesłanie miałoby wzięcie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (10-16.01.2020)