Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

niedziela, 10 listopada 2019

Papież - herezjarcha

Kościół nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.

I. Synod przeciw tożsamości

Szanowni Państwo, po Synodzie Amazońskim chyba nadszedł czas, by porzucić ostatnie złudzenia i powiedzieć sobie jasno: w Watykanie zasiada papież – herezjarcha. Cały przebieg Synodu świadczy o tym, że został on zwołany z jednym, naczelnym zamiarem: rozwodnienia katolickiej doktryny i tradycji, całej wykuwanej przez ponad dwa tysiące lat tożsamości - i przekierowania Kościoła na tory lewackiego „postępu” oraz religijnego synkretyzmu. Oczywiście, nie ma jeszcze papieskiej adhortacji podsumowującej Synod lecz postulaty Ojców Synodalnych są jasne: należy otworzyć drogę do zniesienia celibatu księży (a w dalszej perspektywie – wprowadzenia kapłaństwa kobiet) oraz włączenia do katolicyzmu elementów innych kultów, zwłaszcza tzw. religii naturalnych, szamanistycznych. Krótko mówiąc, Kościół ma „otworzyć się” na pogaństwo. Niebezpieczeństwa te w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” znakomicie opisała red. Aldona Zaorska, pozwolę sobie jednak dorzucić tutaj kilka uwag.


II. Sprawa celibatu

Teoretycznie, wyświęcanie żonatych mężczyzn może być dopuszczalne – celibat nie jest dogmatem, zakorzeniał się w Kościele stopniowo na przestrzeni stuleci, zaś ostatecznie usankcjonował go wielki papież-reformator Grzegorz VII w XI w., co zostało potwierdzone w XVI w. przez Sobór Trydencki – i to pod karą ekskomuniki dla łamiących tę zasadę. Oczywiście, decyzja ta mogłaby zostać cofnięta, oznaczałoby to jednak nie żaden „postęp” lecz potężny regres w duchowym rozwoju Kościoła. Zniknąłby jeden z głównych wyróżników katolicyzmu, świadczący o jego wyjątkowości na tle innych wyznań chrześcijańskich. Ponadto, argumentacja na rzecz dopuszczenia do święceń „viri probati” (tzw. „wypróbowanych mężów”) podszyta jest niebywałą hipokryzją i fałszem. Otóż mówi się nam, że Indianie nie są w stanie pojąć idei celibatu, bowiem koncepcja ta ma być dla nich zbyt obca kulturowo.

Po pierwsze - świadczy to o traktowaniu ludności autochtonicznej w Amazonii jak osób upośledzonych umysłowo, co jest zwyczajnie dla tych ludzi obelżywe.

Po drugie – nastręcza to wątpliwości, czy w ogóle ktokolwiek próbował Indianom wytłumaczyć na czym polega celibat, czy też po prostu zaniechano tego elementu ewangelizacji.

Po trzecie wreszcie – celibat nie jest czymś kompletnie obcym ludom prymitywnym. W wielu tego typu społecznościach zdarza się, że miejscowy szaman żyje w odosobnieniu - bez rodziny, czasem wręcz jego chata stoi w pewnym oddaleniu od wioski - czyli pędzi żywot na poły pustelniczy. Nie wmawiajcie mi więc, że Indianie nie są w stanie zrozumieć idei bezżenności.

Powyższe wskazuje, że dobro amazońskich Indian, nie mogących miesiącami czy wręcz latami doczekać się kapłana, stanowi jedynie pretekst by z jednej strony przykryć zaniechania, a z drugiej – rozwiązać problem braku powołań i wakatów w parafiach tu, w Europie. W Niemczech i Austrii już dziś podnoszą się głosy, że Amazonia to dopiero wstęp, że kolejnym krokiem będzie rozciągnięcie „reformy” na nasz kontynent, co ma „załatwić” sprawę niedoborów personalnych w zachodnich kościołach „na dziesięciolecia”. Od razu mówię – nie załatwi, tak jak tego typu reformy nie załatwiły żadnego z problemów kościołów protestanckich, z odpływem wiernych na czele.


III. Pogaństwo wkracza do Kościoła

Jest jednak i kolejna sprawa, jeszcze poważniejsza: to słynna afera z Pachamamą - inkaską boginią, symbolizującą Matkę Ziemię i płodność. Na inaugurację Synodu odbyła się w Ogrodach Watykańskich uroczystość w której indiańska szamanka (też charakterystyczne, że wybrano akurat szamankę, a nie szamana – to była czytelna, „genderowa” wskazówka co do intencji w kwestii diakonatu kobiet) odprawiła pogańską ceremonię ku czci Pachamamy, której centralnym punktem była swoista adoracja pogańskich figurek. Wszystkiemu asystował papież Franciszek. Rozumieją Państwo? Głowa Kościoła bierze udział w kulcie pogańskich demonów... O ile zatem w przypadku celibatu można jeszcze od biedy znaleźć pole do dyskusji bez sprzeniewierzania się ortodoksji, o tyle tutaj wątpliwości już być nie może – mieliśmy do czynienia z bałwochwalczym bluźnierstwem przeciw Pierwszemu Przykazaniu.

Dodać należy, iż figurki te wprowadzono następnie do rzymskiego kościoła Maria in Transpontina i to nie w charakterze etnograficznej ciekawostki lecz jako przedmioty religijne - doszło zatem do jaskrawej, ostentacyjnej wręcz profanacji. Wprawdzie znaleźli się sprawiedliwi, którzy je wykradli i wrzucili do Tybru, ale cóż z tego, skoro zostały zaraz wyłowione przez karabinierów i umieszczone z powrotem w świątyni, zaś „kradzież” spotkała się z ostrą krytyką samego papieża Franciszka... Więcej – Franciszek planował wniesienie pogańskich idoli do samej Bazyliki św. Piotra, by „asystowały” Mszy Św. kończącej Synod. Bluźniercze szaleństwo powstrzymał dopiero stanowczy sprzeciw części biskupów, którzy zapowiedzieli, że w obliczu tak jawnego świętokradztwa demonstracyjnie opuszczą Bazylikę. Znamienne jest jednak, że papież Franciszek nie ustąpił pod wpływem wewnętrznej refleksji lecz ze strachu przed skandalem.

Następna bulwersująca sprawa, to postulat wprowadzenia specjalnego, „amazońskiego” rytu liturgicznego z elementami lokalnych wierzeń i obrządków. Wyobraźmy to sobie przez analogię: oto w Katedrze Gnieźnieńskiej swoje miejsce znajduje posąg Swarożyca, zaś w liturgii wedle „rytu prasłowiańskiego” uczestniczą pogańscy żercy, składający swoje ofiary, czemu przyklaskuje sam Prymas... Zatem, postulowany „ryt amazoński” to nic innego, jak otworzenie wrót do poganizacji Kościoła. Na podobnej zasadzie należy odbierać koncept „grzechu ekologicznego”, nad którym również debatowano podczas Synodu w kontekście tzw. głębokiej ekologii. Czym jest owa „głęboka ekologia”? Znów - jest to odwołanie się do pierwotnego, pogańskiego kultu Matki Ziemi. Ciekawostka – warsztaty z „pogłębionej ekologii” i „miłości do Matki Ziemi” odbyły się podczas tegorocznej edycji feministycznego Kongresu Kobiet. Czyli coś, co było dotąd domeną garstki nawiedzonych eko-lewaków, wdziera się szerokim frontem do samego centrum duchowego Kościoła. Zresztą, sama koncepcja kościelnego „ekologizmu”, to nic innego, jak współczesna mutacja marksistowskiej „teologii wyzwolenia”, dziś przemianowanej na „ekologię wyzwolenia”.


IV. Czas próby

Wszystko to odbyło się przy aprobacie papieża Franciszka. On był inicjatorem Synodu i to on odegrał kluczową rolę w doborze uczestników, tak by opcja „postępowa” miała zdecydowaną większość i jako „oddolny” głos przedstawiła „odpowiednie” postulaty. Nad całością czuwała zorientowana lewicowo część niemieckiej i austriackiej hierarchii - pierwsze skrzypce grali tacy dostojnicy jak kard. Reinhard Marx, „amazoński” bp Erwin Kräutler czy kard. Christoph Schönborn, wsławiony gejowskim nabożeństwem w wiedeńskiej katedrze. Należy też wspomnieć o aspekcie materialnym. Synod sfinansowały niemieckie, kościelne organizacje charytatywne, silnie zaangażowane również w Amazonii i prezentujące „właściwy” nurt ideologiczny. Innymi słowy – lewacka frakcja w Kościele „kupiła” sobie Synod. Jestem przekonany, że na tym się nie skończy, a „moderniści” ruszą do kolejnego szturmu, szermując hasłem „ducha Synodu” - analogicznie, jak po Soborze Watykańskim II szantażowali tradycjonalistów „duchem Soboru”, mającym rzekomo uzasadniać kolejne nowinki.


***

Na koniec refleksja nieco bardziej ogólna. Jak wiemy, konklawe dokonuje wyboru papieża pod natchnieniem Ducha Świętego. Pytanie, co Duch Święty chce nam zakomunikować akurat takim wyborem. Widzimy papieża osuwającego siebie i Kościół w odmęty herezji. Osobiście odczytuję to jako próbę wiary – czy wytrwamy w wierności Kościołowi, mimo płynącego dziś z Watykanu jawnego zgorszenia? Sądzę, że postawa szeregowych wiernych będzie tu decydująca. Wtedy może i Kościół przypomni sobie, że nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (08-14.11.2019)

wtorek, 25 czerwca 2019

Sprawa ks. Kneblewskiego

Czy na bp. Tyrawę są obyczajowe „haki”, które teraz uruchomiono? Czyżby biskup nagłym ruchem w sprawie ks. Kneblewskiego chciał odwrócić od siebie uwagę?

I. Niewygodny kapłan

Kilka dni temu lewackie media zawyły z dzikiej radochy. Oto znienawidzony przez nie kapłan, ks. prałat dr Roman Kneblewski, proboszcz bydgoskiej parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, został odwołany z urzędu przez bp. Jana Tyrawę. Więcej – równocześnie, dekretem z dn. 05 czerwca 2019 r. został przeniesiony na emeryturę. Krótki dekret kończą słowa podziękowania „za wieloletnią służbę dla Kościoła, najpierw w Archidiecezji Gnieźnieńskiej a następnie w Diecezji Bydgoskiej” oraz błogosławieństwo, co – w kontekście wcześniejszych wydarzeń o których sobie zaraz opowiemy – zakrawa wręcz na drwinę. Tym samym, wieloletnia medialna nagonka na konserwatywnego kapłana została uwieńczona „sukcesem”, co oznacza w praktyce, że zaprzysięgli wrogowie Kościoła są władni dyktować hierarchom politykę personalną i doprowadzić do usuwania niewygodnych księży.

Na przestrzeni minionych lat ks. Roman Kneblewski był obiektem zmasowanych ataków ze strony lewicowo-liberalnych mediów, z „Gazetą Wyborczą” na czele. Ta akcja dyfamacyjna prowadzona była w iście komunistycznym stylu, nie odbiegając w stosowanej retoryce od paszkwili Jerzego Urbana przeciw ks. Jerzemu Popiełuszce z lat '80. Ks. Kneblewski nazywany był „kapłanem nacjonalistów”, „kapelanem środowisk neofaszystów”, zarzucano mu „homofobię”, „mowę nienawiści”, zachłystywano się z oburzenia, że śmie krytykować Jerzego Owsiaka - słowem, pełna paleta lewackich „grzechów głównych”. Regularnie formułowane były też apele do biskupa bydgoskiego o odwołanie kapłana z urzędu proboszcza. Niekiedy nagonka przekraczała granicę groteski, jak wtedy, gdy usiłowano rozkręcić aferę wokół tego, że ks. Kneblewski podczas podróży pociągiem wypił piwo w „Warsie”. Innym razem z kolei usiłowano „przyszyć” mu... pochwalanie pedofilii, po tym, jak na Facebooku zamieścił zdjęcie chłopca przyjmującego Komunię Św. opatrując je komentarzem: „po katolicku: na kolanach i do ust, a na rękę co najwyżej trzciną”. Co trzeba mieć w głowie, by wskazówkę jak tradycyjny katolik powinien przystępować do Komunii uznawać za pochwałę obrzydliwej dewiacji? Generalnie, nie było takiej podłości, która zostałaby wziętemu na celownik księdzu oszczędzona.

Efekty widoczne były już dwa lata temu. W maju 2017 r. po paszkwilanckim artykule niejakiego Marcina Kowalskiego w bydgoskiej mutacji „Wyborczej”, bp Tyrawa zabronił ks. Kneblewskiemu wypowiadania się na tematy polityczne. Był to pierwszy niepokojący sygnał, że bydgoski dostojnik zaczyna się uginać pod lewacką presją. Teraz złamał się ostatecznie.


II. Bezprawna dymisja?

Jakie były przyczyny odwołania ks. Kneblewskiego? Przecież nie złamanie wspomnianego zakazu, bo tu zdymisjonowany ksiądz dochował posłuszeństwa. Motywacja lewaków jest oczywista – dla nich cierniem w oku był sam fakt pełnienia posługi przez kapłana dla którego patriotyzm (umiłowanie ojczyzny) i nacjonalizm (umiłowanie własnego narodu) są komplementarnymi cnotami, którymi winien kierować się katolik. Do tego tenże kapłan miał czelność stawać w obronie kościelnej tradycji, przypominał nauczanie Kościoła w takich kwestiach jak homoseksualizm czy „ordo caritatis” (porządek miłosierdzia) w kontekście najazdu muzułmańskich imigrantów oraz odprawiał msze w rycie trydenckim. Ale jakie były motywy bp. Jana Tyrawy?

Korespondencję na ten temat ks. Kneblewski ujawnił w swoim oświadczeniu zamieszczonym na kanale Tuba Cordis w serwisie You Tube. Wynika z niej, że bydgoski biskup zarzucał proboszczowi szereg uchybień w pełnieniu posługi. Zarzuty obejmują m.in. rzekome zdominowanie Eucharystii w parafii przez ryt trydencki, zaniedbania duszpasterskie (kolęda w cyklu dwuletnim czy nieobecności w biurze parafialnym), zły stan zdrowia oraz opóźnienia w pracach remontowych wieży i elewacji kościoła. Jak wynika z odpowiedzi ks. Kneblewskiego, msze trydenckie odprawiane są raptem dwa razy na ogólną liczbę 23 mszy tygodniowo, sam ks. Kneblewski odprawia przynajmniej jedną mszę św. dziennie, zaś do pracy w biurze parafialnym oddelegował jednego z wikariuszy, co bynajmniej nie jest normą, bowiem w innych parafiach często biurem zawiaduje wyznaczona osoba świecka. Kolędowanie co dwa lata spowodowane jest natomiast szczupłością kadr – prócz ks. Kneblewskiego w parafii jest jedynie dwóch wikariuszy – i zdarzało się również za poprzednich proboszczów. Ponadto ks. Kneblewski poinformował, że podjął stosowne leczenie dla poprawy stanu zdrowia, natomiast opóźnienia remontowe wynikają z procedur budowlanych i konieczności zgromadzenia środków. Krótko mówiąc, z pism biskupa Tyrawy ewidentnie wyłania się szukanie pretekstu do odwołania kłopotliwego proboszcza. Co ciekawe, w tym roku przed Wielkanocą bp Tyrawa osobiście wizytował parafię i nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Pierwsze pismo z żądaniem złożenia rezygnacji z probostwa datowane jest dopiero na 24 kwietnia.

Na całą sprawę nakłada się jeszcze aspekt prawny – ks. Kneblewski ma obecnie 67 lat, tymczasem ksiądz osiąga wiek emerytalny w wieku 75 lat. Dalej, zgodnie z kanonami 1740-1741 księdza można złożyć z urzędu proboszcza w ściśle określonych warunkach: sposób postępowania przynoszący szkodę wspólnocie kościelnej, zły stan zdrowia, utrata dobrego imienia wśród uczciwych i poważanych parafian, poważne zaniedbanie obowiązków parafialnych, złe zarządzanie dobrami doczesnymi. Żadna z tych okoliczności nie zaistniała, co więcej – w 2017 r. ks. Kneblewski został w drugiej edycji plebiscytu „Expressu Bydgoskiego” przeprowadzonego pod patronatem bp. Jana Tyrawy wybrany proboszczem roku, a jego parafia uplasowała się na czwartej pozycji. Dodajmy, że po tym zwycięstwie w następnych latach plebiscyt nie był już kontynuowany... No i wreszcie – czy fakt podniesienia do godności prałata nic nie znaczy? Czy takie wyróżnienie nadawane jest kiepskim księżom i lichym proboszczom?

Nic więc dziwnego, że ks. Roman Kneblewski zapowiedział odwołanie się od decyzji bp. Tyrawy do Watykanu – do czego ma pełne prawo, szczególnie w kontekście kuriozalnych motywów podanych w pismach z kurii biskupiej.


III. Ks. Kneblewski – kozioł ofiarny?

Opisywane wydarzenia mogą mieć jednak również dodatkowe dno. Jeżeli spojrzymy na daty kolejnych pism kurialnych (24 kwietnia, 10 maja, 23 maja, 5 czerwca), to widać wyraźnie, że akcja usuwania ks. Kneblewskiego z urzędu zbiegła się w czasie ze zmasowanym atakiem na Kościół pod pretekstem walki z pedofilią, a sam bp Tyrawa był jednym z negatywnych bohaterów filmu braci Sekielskich. Jego konto ma obciążać tuszowanie głośnego przypadku ks. Pawła Kani, który już po postawieniu mu zarzutów został przeniesiony do diecezji bydgoskiej, gdzie wciąż mógł pracować z dziećmi i młodzieżą (został odsunięty dopiero po uprawomocnieniu się wyroku). Po ujawnieniu sprawy posypały się wezwania do ustąpienia bp. Tyrawy ze stolicy biskupiej. Jest jednak coś jeszcze – nader „zażyła” znajomość z pewnym młodym człowiekiem (datująca się od czasów gimnazjalnych tegoż młodzieńca), którego bp Tyrawa osobiście rekomendował do częstochowskiego seminarium (został wyrzucony już po trzech miesiącach), a który dziś jest bywalcem gej-parad, gdzie lansuje się w peruce i makijażu. Spytajmy zatem wprost – czy na bp. Tyrawę są obyczajowe „haki”, które teraz uruchomiono? Czyżby biskup nagłym ruchem w sprawie ks. Kneblewskiego chciał odwrócić od siebie uwagę? Liczy, że dzięki tej „zasłudze” będzie miał spokój? Błąd. Oni nie dadzą mu spokoju, wręcz przeciwnie – swą uległością bydgoski biskup jedynie rozzuchwala wrogów Kościoła do kolejnych ataków.

Zakończę ogólnym apelem do hierarchów: jeżeli którykolwiek nie ma czystego sumienia, jeżeli na kogokolwiek istnieją „haki” - niech ustąpi. Będzie to z pewnością z mniejszą szkodą dla Kościoła, niż trwanie w zakłamaniu i wystawianie się na szantaż wojującego lewactwa. Tym bardziej, że jak pokazuje przykład ks. Kneblewskiego, ofiarą padają tu uczciwi kapłani, którzy nigdy nie zboczyli z właściwej drogi.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Księża nie klękali przed komunistami...

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!

Ten okropny nacjonalizm...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (21-27.06.2019)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 155

Zbrodnia! Polska i świat zatrzęsły się ze zgrozy, bo w Gdańsku podczas wielkopostnych rekolekcji spalono pod przewodnictwem księdza jakieś ezoteryczne badziewie, w tym książki „Harry'ego Pottera”. Szkoda, że nie przysmażono młodocianego czarnoksiężnika we własnej osobie - to dopiero byłby powód do wrzasków! Dla niego samego w szczególności.


*

Prócz odgłosów oburzenia, miejscowe władze zapowiedziały kontrolę mającą wykazać, czy nie doszło do wykroczenia, tj. palenia ogniska bez zezwolenia i spalania toksycznych substancji. Od razu odpowiem: owszem, jak najbardziej spalano „substancje toksyczne”, a konkretnie – promujące toksyczną duchowość. Jak rozumiem, gdyby ksiądz proboszcz zechciał urządzić dla parafian grilla z kiełbaskami, to nasłano by straż pożarną i Sanepid?


*

O całej historii i jej rozmaitych konotacjach piszę szerzej w osobnym tekście, więc tutaj jeszcze tylko ogólna uwaga. Czasem, gdy widzę antykościelne hece w wykonaniu różnych rozbestwionych bezkarnością hunwejbinów postępu, to przyłapuję się na myśli, że może Kościół niepotrzebnie spacyfikował Święte Oficjum i zrezygnował z kary stosu. Wyobraźmy sobie tylko ten efekt prewencji – gdyby dziś przy każdej diecezji funkcjonował urząd inkwizytorski, to coś czuję, że paru wielce ideowym lewackim krzykaczom i „artystycznym prowokatorom” przeszła by nagle ochota do gardłowania i gorszenia bliźnich.


*

Z weselszych wieści: Kazimierz Pułaski był genderem! Tak ustalili naukowcy po kilkunastu latach żmudnego badania szkieletu konfederata barskiego i bohatera amerykańskiej wojny o niepodległość. Szkielet ponoć jest ewidentnie kobiecy, a Kazimiera Pułaska cierpiała na przerost kory nadnerczy, co skutkowało podwyższonym wydzielaniem testosteronu. W związku z tym, feministki od tej pory będą na cześć siostrzycy-Kazimiery paradować w czapkach-konfederatkach. Tylko piwo „Warka” nie będzie już smakować tak samo...


*

Prócz Kazimiery Pułaskiej, jak wiadomo, kobietą była Mikołajka Koperniczanka – wystarczy spojrzeć na obraz Jana Matejki (a może Janiny Matejkowej?): powłóczysta szata, długie, rozwiane włosy... Że co proszę? Że to taka artystyczna wizja? To Matejko miewał wizje? A co brał, jeśli wolno zapytać? I wierz tu artystom... Właśnie dlatego, na dźwięk słowa „kultura” odbezpieczam karabin.


*

Swoją drogą, czekam aż na stronach „Kretyniki Politycznej” ukaże się poważny esej o Kazimierze Pułaskiej, napisany z genderowego punktu widzenia - seriozny i naładowany ideologicznym napięciem. Przeczuwam równy ubaw, jak przy lekturze tekstu pewnego chłopca studiującego filozofię, który stwierdził, że powinni mu za to płacić. Szczerze mówiąc - gdybym sam studiował filozofię, pewnie też doszedłbym do takiego wniosku. Na szczęście dla budżetu państwa, od filozofii trzymam się równie daleko, jak od wszelkiej kultury.


*

Post Scriptum: prawdziwa tożsamość Mariana Curie-Skłodowskiego i Albertyny Einsteinowej wciąż pozostaje obiektem sporów i dociekań.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

niedziela, 24 marca 2019

Pod-Grzybki 152

Docierają do nas kolejne echa sławetnego szczytu bliskowschodniego. Okazało się, że imprezę zorganizowali wprawdzie Amerykanie, ale to my za nią w całości zapłaciliśmy. Konkretnie – ponad 2,2 mln. zł. Za tę kwotę mogliśmy sobie pooglądać gości z egzotycznych krajów i zainkasować wiadro pomyj ze strony Izraela. Teraz już nie dziwi, że Mike Pompeo wyskoczył z żądaniem zadośćuczynienia przez nas żydowskim roszczeniom – w końcu, skoro trafiło się na takich frajerów, to grzechem byłoby ich nie wydoić do końca.


*

W Paryżu odbył się antypolski sabat pod pozorem „naukowej” konferencji pt. „Nowa polska szkoła historii holocaustu”. Wnioski panelistów przewidywalne: Polacy mordowali Żydów i jeszcze się wypierają. Zatem historia relacji polsko-żydowskich w telegraficznym skrócie wygląda tak: Żydzi przybyli na polskie ziemie w XI w., w stuleciach następnych również tu ściągali doznając ze strony tubylców niewymownych cierpień, aż w końcu po niespełna tysiącu lat jacyś bliżej niesprecyzowani „naziści” przy współudziale miejscowych urządzili tu holocaust. Zatem Polacy, jako gospodarze powinni teraz za to wszystko zapłacić. Ot, „strategiczny sojusz” w pigułce.


*

Swoją drogą, mam pomysł na inną szkołę historyczną. Skoro istnieje pod egidą PAN Centrum Badań nad Zagładą Żydów, to co stoi na przeszkodzie, by powstało np. Centrum Badań nad Zagładą Polaków na Kresach? I skoro ukazują się publikacje typu „Dalej jest noc” o tym, jak Polacy denuncjowali Żydów za cukier i słoninę, to dlaczego nie miałaby się ukazać praca analizująca postawę Żydów wobec Polaków na Kresach po 17.IX.1939? Znajdzie się odważny?


*

Moim celem jest to, aby żaden dzieciak nie popełnił samobójstwa” - ogłosił „Rafalala” Trzaskowski, broniąc seksedukacji oraz szkolnych „latarników” mających czuwać nad dobrostanem „młodzieży LGBT”. „Rafalala” dołożył tym samym do homoindoktrynacji dość obrzydliwy szantaż moralny, ale mniejsza o to. Problem w tym, że dzieci prześladują swoich rówieśników z szeregu powodów - bo ktoś nie radzi sobie na WF-ie, bo pochodzi z biednej rodziny i nie stać go na modne ciuchy, bo jest gruby czy w jakikolwiek inny sposób odstaje od grupy. Dzieci zresztą generalnie mają skłonność do sadyzmu i zwierzęcego okrucieństwa, co trafnie pokazuje powieść „Władca much”. Oczywiście, powinny być pod jakąś kontrolą, bo gdyby puścić je całkiem na żywioł, to pewnie by się nawzajem wymordowały i to ze szczególnym udręczeniem. Dlaczego jednak to akurat młodzież LGBT ma korzystać ze szczególnego parasola ochronnego?


*

Na koniec prowokacyjna teza: a może edukacja powinna wrócić do Kościoła, tak jak było to na przestrzeni wieków? Wszak to Kościołowi zawdzięczamy np. uniwersytety. Przypominam, że obowiązkowe, państwowe szkolnictwo to wymysł Oświecenia – i po ponad dwóch stuleciach można odnieść wrażenie, że był to iście szatański wynalazek, obliczony na masową deprawację. A zatem – edukacja w ręce Kościoła, deprawatorzy – won!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (22-28.03.2019)

czwartek, 20 września 2018

Dialogizm i przepraszactwo

Jaki jest sens „dialogu” opartego na fałszu, manipulacji i przemilczeniach? Czy w polskim Kościele ktokolwiek zadaje sobie jeszcze takie pytanie?

I. Ludobójcy spod znaku „new age”

Metropolita łódzki, abp. Grzegorz Ryś, wziął udział w obchodach 74. rocznicy likwidacji łódzkiego getta. Samo uczestnictwo, rzecz jasna, jest gestem zrozumiałym – wszak pochylanie się nad ofiarami prześladowań i cierpiącymi, niezależnie od ich przynależności etnicznej czy wyznania, winno być naturalnym odruchem chrześcijanina. Problem w tym, że kojarzony z liberalnym nurtem w Kościele hierarcha wykorzystał tę okazję, by uderzyć się w piersi - i to nie tyle własne, ile wszystkich chrześcijańskich kościołów, wywołując do tablicy, co jasno wynika z kontekstu wypowiedzi, również katolików. Oto cytat: „To się stało w środku Europy, w środku cywilizacji, którą dumnie nazywamy chrześcijańską, i to, o czym trzeba pamiętać w tych dniach, to to, że to jest powtarzalne. Jeśli się już to wydarzyło, to może się wydarzyć powtórnie. Zagładę w dużej mierze stworzyli ludzie, trzeba to powiedzieć, niestety, z bólem serca, ludzie, których wychowywały Kościoły chrześcijańskie na swoich nabożeństwach”. Swoje dodał również łódzki ocalały Leon Weintraub: „Z wielkim bólem stwierdzam, że po ulicach polskich miast maszerują ludzie w strojach podobnych do hitlerowskich i z podobnymi do tamtych sloganami”.

Z takim postawieniem sprawy nie sposób się zgodzić. Trzeba powiedzieć jasno, że architektami i głównymi wykonawcami zbrodni na Żydach byli niemieccy narodowi socjaliści, ze szczególnym uwzględnieniem SS. Ideologia, którą się kierowali była z gruntu antychrześcijańska – chrześcijaństwo traktowane było jako religia „zażydzona” i wedle planów przywódców III Rzeszy w przyszłości miała zniknąć. Natomiast namiastką nazistowskiej religii (wraz ze stosownymi obrzędami) było „pragermańskie” neopogaństwo z silnymi akcentami ezoteryczno-okultystycznymi oraz odniesieniami do religii Dalekiego Wschodu, gdzie zresztą Himmler wysyłał ekspedycje mające odnaleźć pozostałości po Ariach - „praprzodkach Germanów”. Wystarczy spojrzeć na symbolikę - „runy” SS czy swastykę, będącą w równym stopniu odniesieniem do starożytnego Rzymu, jak i do „aryjskiej” symboliki hinduizmu. A skoro już o tym mowa – również koncept „rasy panów” ma hinduistyczne korzenie. Ot, taki nazistowski „new age”. Warto w tym miejscu wspomnieć o okultystycznym i „ariozoficznym” Towarzystwie Thule założonym w 1918 r., które odcisnęło trwałe piętno na niemieckich „volkistach”. To z tego kręgu wywodził się główny ideolog NSDAP – Alfred Rosenberg. Z kolei partię DAP (Niemiecka Partia Robotnicza, poprzedniczka NSDAP) zakładał inny członek Towarzystwa – Karl Harrer wraz z Antonem Drexlerem, który z kolei zasugerował Hitlerowi użycie swastyki, jako symbolu NSDAP i III Rzeszy. Wreszcie, założyciel Towarzystwa Thule, Rudolf von Sebottendorf, był właścicielem dziennika „Beobachter” (późniejszy „Völkischer Beobachter”). Przykłady tego typu można mnożyć. To ukształtowani w tym duchu „nadludzie” zgotowali ludobójcze piekło na ziemi – nie tylko zresztą Żydom. Polacy (i generalnie, Słowianie) mieli być następni w kolejce do wyniszczenia.


II. „Wychowankowie” czy odstępcy?

Ludzi tych nie „wychowały Kościoły chrześcijańskie”. Oni się tych Kościołów wyparli, mieli je w głębokiej pogardzie – i tak też kształtowali kolejnych adeptów. Jeżeli w tym kontekście można mówić o winie „kościołów” - to co najwyżej w kategoriach duszpasterskiej porażki. Owszem, można stawiać zarzuty bawarskiemu chłopu, że wcielony np. do Wehrmachtu wykonywał zbrodnicze rozkazy – i często rozsmakowywał się w poczuciu nieograniczonej władzy nad różnymi „podludźmi”. Można mówić o „antysemickich” z dzisiejszego punktu widzenia kazaniach (mających, nota bene, zazwyczaj podłoże społeczno-ekonomiczne, takie jak walka z lichwą i wyzyskiem, a nie rasistowskie), ale to nie Kościół nawoływał do holocaustu! Poza tym, wrzucanie do jednego worka wszystkich chrześcijańskich wyznań, jak uczynił to abp. Ryś, jest jawnym nadużyciem. Czym innym jest protestantyzm ufundowany w tej mierze na zwierzęcym antysemityzmie Lutra (tego samego, którego Kościół Katolicki niedawno tak fetował z okazji 500-lecia Reformacji) – też przecież dalece niejednorodny, a czym innym katolicyzm – również przybierający lokalne oblicza. W Niemczech, zgodnie z narodowym charakterem, Kościół był tradycyjnie lojalny wobec władzy (i taki też pozostaje, tyle że dziś na „postępową” modłę, że przytoczę słynną wypowiedź kard. Reinharda Marxa - „nie jesteśmy filią Rzymu”). Swoją drogą, znamienne jest tu głuche milczenie w odpowiedzi na pamiętny list polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Z kolei w katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii holocaustu (mimo nacisków Hitlera) jakoś nie było. A jeżeli już mówimy o „wychowaniu” - może warto się zastanowić nad wpływem na narodowych socjalistów antysemickich tyrad Karola Marksa?

Tego wszystkiego w słowach abp. Grzegorza Rysia zabrakło. Rozumiem, że obchody zagłady łódzkiego getta to nie pora na długie wywody – ale może warto było choć wspomnieć o tym, że tragedia była dziełem ludzi zwiedzionych i opętanych nieludzką ideologią, tak daleką od chrześcijaństwa, jak tylko jest to możliwe? Zamiast tego, otrzymaliśmy „hurtowy” akt ekspiacji i skruchy w imieniu wszystkich chrześcijan. Na dobrą sprawę, nawet nie wiadomo, w czyim konkretnie imieniu metropolita wypowiadał swe słowa. Niemieckich protestantów? Niemieckich katolików? Bo przecież chyba nie Polaków? Przypomnę, że Łódź została wcielona bezpośrednio do Rzeszy i nie było w niej nawet „granatowej policji”. No i pytanie – czy na uroczystości był obecny jakikolwiek przedstawiciel niemieckiego Kościoła?


III. Dialogizm i przepraszactwo

Te wszystkie pytania mają, niestety, charakter retoryczny – tak naprawdę domyślamy się bowiem, co łódzkim hierarchą kierowało. To tocząca od dziesięcioleci Kościół choroba „dialogizmu” i „przepraszactwa”. Abp. Ryś przy okazji obchodów wyznał, iż być może bez holocaustu dialog katolicko-żydowski by nie zaistniał. W takie podejście zaś immanentnie wpisana jest postawa samoupokorzenia i kajania się Kościoła za Zagładę – w kilku wariantach: albo Kościół „robił za mało” dla ratowania Żydów, albo „milczał”, albo wręcz czynnie współuczestniczył w zbrodni za pośrednictwem swoich nienawistnie zindoktrynowanych wiernych. Na powyższe nakłada się obecna nagonka na Polaków jako „współsprawców” - i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że metropolita kajając się za zbrodniarzy „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach” ma na myśli przede wszystkim nas i przedwojenny polski Kościół, a nie jakichś tam Niemców.

Wystąpienie abp. Rysia wpisuje się także w trwającą od jakiegoś czasu manię odcinania się na wyprzódki przez kościelną hierarchię od „nacjonalizmu” dziś personifikowanego przede wszystkim przez środowiska narodowców. Cóż innego mogą znaczyć słowa, że tragedia „może wydarzyć się powtórnie” współgrające z zacytowanym na początku Weintarubem bredzącym niczym drugi Verhofstadt o maszerujących polskimi ulicami ludziach „w strojach podobnych do hitlerowskich”? I znów należy jasno powiedzieć – polscy narodowcy pozostali w godzinie próby wierni Polsce i Kościołowi. Nie poszli na kolaborację z Hitlerem, wielu spośród nich ratowało Żydów i zapłaciło za to najwyższą cenę. Polski Kościół nie ma się czego wstydzić. Swoimi nabożeństwami nie „wychował” ludobójców lecz szczerych patriotów i prawych ludzi, z których dziś powinien być dumny, zamiast spychać ich do roli „zastępczych sprawców” na użytek nowej „religii holocaustianizmu” (© Paweł Lisicki). Jakiż to udział mieli polscy katolicy i generalnie, chrześcijanie, w zagładzie łódzkiego getta? Getta, dodajmy, pod nieludzkimi, dyktatorskimi rządami upojonego władzą Chaima Rumkowskiego, gorliwie wysługującego się oprawcom? Czy obecni na uroczystości rabini zająknęli się o nim chociaż słowem?

No i nade wszystko – jaki jest sens „dialogu” opartego na fałszu, manipulacji i przemilczeniach? Czy w polskim Kościele ktokolwiek zadaje sobie jeszcze takie pytanie?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy Kościół skręca w lewo?

Ten okropny nacjonalizm...

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu

Księża nie klękali przed komunistami – dlaczego teraz klękają przed „Wyborczą”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (14-20.09.2018)

niedziela, 11 czerwca 2017

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu?


I. Ks. prof. Guz na celowniku

Wygląda na to, że lewactwo idzie za ciosem i postanowiło konsekwentnie tropić „nie-lewomyślnych” kapłanów – szczególnie tych znajdujących szeroki odzew wśród wiernych. Niewątpliwie skrzydeł wrogom Kościoła dodały niedawne sukcesy, takie jak doprowadzenie do nałożenia przez bp. Jana Tyrawę zakazu wypowiedzi na tematy polityczne na ks. prałata Romana Kneblewskiego, czy wcześniejsze „wypchnięcie” z kapłaństwa ks. Jacka Międlara. Tym razem pod lupę wzięto ks. prof. Tadeusza Guza.

Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą kto zacz, przedstawię na początek garść informacji. Ks. prof. Tadeusz Guz z wykształcenia jest teologiem (1984, KUL) oraz filozofem (1989, KUL). Doktoryzował się w 1996 r. na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (dziś Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) – tam też w 2001 r. zrobił habilitację. Tytuł profesorski z rąk prezydenta Andrzeja Dudy odebrał w 2017, wcześniej otrzymał tytuł profesora zwyczajnego na niemieckiej Gustav-Siewerth-Akademie, gdzie wykładał i w latach 2001-2003 był dziekanem Wydziału Filozofii. Autor szeregu publikacji w językach polskim i niemieckim, wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przeciwnik lewicowych filozofii i ideologii – m.in. postmodernizmu, marksizmu i heglizmu. Przyjaciel Radia Maryja. W internecie dostępnych jest szereg jego wykładów i prelekcji nieodmiennie gromadzących licznych słuchaczy.

Na celowniku lewicy i okołokościelnych liberałów znalazł się z dwóch powodów – miażdżącej krytyki protestantyzmu oraz obnażania intelektualnych błędów i mielizn różnych modernistycznych prądów, czynionego m.in. z punktu widzenia chrześcijańskiej antropologii. Jak widać, ktoś taki nie mógł być przez siły postępu tolerowany, tym bardziej, że zaczął przyciągać coraz liczniejsze audytorium, któremu – co ważne – wykładał skomplikowane zagadnienia filozoficzne i teologiczne zrozumiałym językiem. Przystąpiono do kontrofensywy.


II. Młot na „ekologów”

Na początek odnotujmy najnowszą burzę wokół ks. prof. Guza. Otóż 13 maja wziął udział w zorganizowanej przez Ministerstwo Środowiska oraz związaną z Radiem Maryja Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencji „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś” z udziałem m.in. min. Jana Szyszko i o. Tadeusza Rydzyka. Wygłosił tam stosunkowo krótką (ok. 25 min.) prelekcję pt. „Filozoficzna analiza ideologicznych podstaw animalizacji człowieka i humanizacji zwierząt i drzew” w której, jak to się dziś mawia, „zmasakrował” ideologię ekologizmu. Piszę „ekologizmu”, ponieważ tradycyjnie rozumiana ekologia jest dyscypliną naukową, to zaś co obecnie jest głoszone przez „ekologicznych” aktywistów („ekologistów”) jest podszywającą się pod naukowy obiektywizm ideologią. I właśnie coś w tym guście przedstawił słuchaczom w swym wystąpieniu ks. prof. Guz, nazywając ekologię „ateistycznym, materialistycznym i nihilistycznym neokomunizmem”, „animalizującym” człowieka (czyli sprowadzającym go do poziomu zwierząt), za to „humanizującym” zwierzęta i rośliny. „Ta ideologia – i mówię to z całkowitą odpowiedzialnością – jest odmianą zielonego nazizmu - powiedział, zarzucając współczesnemu „ekologizmowi” dążenie do degradacji człowieka. Nagranie dostępne jest na You Tube na profilu „Naszego Dziennika” - zachęcam do wysłuchania.

Dla każdego myślącego zdroworozsądkowo człowieka obserwującego działalność organizacji „ekologicznych” słowa ks. prof. Guza są oczywistością. To w ich kręgach wsparcie znajdują m.in. projekty depopulacyjne, to ich domeną jest generalnie traktowanie człowieka i jego aktywności w kategoriach zagrożenia dla „planety”, to oni wreszcie promują neopogańskie z ducha postrzeganie Ziemi jako istoty żywej - „Gai”. Słowem, ideologia „ekologizmu” jest zaprzeczeniem chrześcijańskiego personalizmu, a w konfrontacji wartości człowiek – przyroda, „ekologiści” zawsze opowiedzą się przeciw człowiekowi. Nic więc dziwnego, że ksiądz profesor uznał, iż „zieloni” posuwają się dalej niż III Rzesza – bo naziści przynajmniej uznawali prawo do istnienia germańskiej „rasy panów”.

W odpowiedzi rozległ się skowyt oburzenia do którego – jakże by inaczej – czynnie włączyła się „Wyborcza”, produkując na łamach swojego lubelskiego dodatku stosowny artykuł. Jak dowiadujemy się z niego, 100 osób (aktywistów ekologicznych, „ludzi kultury” itp.) skierowało na ręce rektora KUL ks. prof. Antoniego Dębińskiego list otwarty w którym domagają się odsunięcia ks. prof. Guza od zajęć ze studentami. Szczególnym oburzeniem zapałał Radosław Gawlik ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA – były poseł i wiceminister środowiska w rządzie Jerzego Buzka - zarzucając ks. Guzowi poglądy „dyskredytujące” go z wykładania na uczelni. W samym liście zaś koronnym zarzutem jest dyżurny „argument” lewactwa – czyli „mowa nienawiści”. Słowem, mamy do czynienia z typową dla lewaków próbą założenia cenzorskiego knebla. Co gorsza, Lidia Jaskóła, rzecznik prasowy KUL, złożyła oświadczenie w którym oznajmiła, iż stwierdzenia ks. prof. Guza „szkodzą dobremu imieniu uniwersytetu”, a sam ks. profesor zostanie zobowiązany do przeprosin.


III. O protestantach dobrze, albo wcale

To nie pierwsze szykany, jakie spotykają księdza profesora. Już w marcu tego roku został „poproszony” przez swych przełożonych o nie wypowiadanie się publiczne na temat reformacji, której ks. prof. Guz jest zdecydowanym krytykiem – w szczególności luteranizmu jako źródła wszystkich późniejszych nurtów protestantyzmu. Lutrowi zarzuca m.in. traktowanie swej nauki jako „sądu samego Boga”, której nie może ktokolwiek oceniać, „również wszyscy aniołowie”. Więcej – to siebie ustanawia „sędzią aniołów”, jako ten, przez którego przemawia Bóg („I kto nie przyjmie mojej nauki, ten niech nie zostanie błogosławionym. Ponieważ moja nauka jest boską, a nie moją. Dlatego mój sąd jest także boskim, a nie moim”). Idąc dalej, ks. prof. Tadeusz Guz podnosi, iż protestanci zagubili różnicę między Bogiem a stworzeniem, albowiem wg Lutra wszystko, co zostało stworzone jest „sposobem istnienia boskości”. Bóg zaś w ujęciu luterańskim nie jest od początku doskonałym bytem i Kreatorem, lecz w jego miejsce „pojawia się fałszywa idea mówiąca o tym, że Bóg rozwija siebie permanentnie, stwarza Siebie ciągle dalej na drodze ewolucji”. Jest to, jak zaznacza ksiądz profesor, „karykatura boskości” wedle której „Pan Bóg jest niedoskonały i musi się wiecznie z pomocą czasu, przestrzeni i całego wszechświata rozwijać" – co jest „herezją totalną”. No i wisienka na torcie, czyli komentarz Lutra do Księgi Psalmów: „Zanim Bóg stał się Bogiem, musiał najpierw stać się szatanem”. W rezultacie, dla katolików protestanci mogą być braćmi jedynie na płaszczyźnie człowieczeństwa, albowiem z taką herezją „nie ma żadnego pomostu”. Logiczną konsekwencją jest więc, że wszelki „dialog” z protestantami jest zasadny jedynie wówczas, gdy ma na celu powtórne przyciągnięcie ich do Kościoła.

To tylko krótki wyimek obnażający fałszywe nauki protestantyzmu w ujęciu ks. prof. Guza. Jak łatwo się domyślić, takie słowa w obliczu obchodów 500-lecia reformacji, w które zaangażowali się również kościelni hierarchowie z samym papieżem Franciszkiem na czele, musiały napytać ks. Guzowi biedy. Nie dziwi również, że cieszący się popularnością wśród innowierców portal „ekumenizm.pl” wyraził radość, iż „kaznodzieja nienawiści” został „tymczasowo uciszony”, sugerując, że stało się tak wskutek „oczekiwań strony luterańskiej podnoszonych podczas wspólnych spotkań na wysokim szczeblu”.

Mamy zatem ponury paradoks – Kościół oficjalnie bierze udział w rocznicy tragicznego rozłamu, niebezpiecznie przypominającej radosną fetę, zaś duchowny wzywający do opamiętania zostaje „uciszony”. Powstaje pytanie – jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu? Odnoszę bowiem wrażenie, że doszliśmy do ściany za którą jest już tylko bezwarunkowa kapitulacja.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (09-15.06.2017)