Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Papież - herezjarcha

Kościół nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.

I. Synod przeciw tożsamości

Szanowni Państwo, po Synodzie Amazońskim chyba nadszedł czas, by porzucić ostatnie złudzenia i powiedzieć sobie jasno: w Watykanie zasiada papież – herezjarcha. Cały przebieg Synodu świadczy o tym, że został on zwołany z jednym, naczelnym zamiarem: rozwodnienia katolickiej doktryny i tradycji, całej wykuwanej przez ponad dwa tysiące lat tożsamości - i przekierowania Kościoła na tory lewackiego „postępu” oraz religijnego synkretyzmu. Oczywiście, nie ma jeszcze papieskiej adhortacji podsumowującej Synod lecz postulaty Ojców Synodalnych są jasne: należy otworzyć drogę do zniesienia celibatu księży (a w dalszej perspektywie – wprowadzenia kapłaństwa kobiet) oraz włączenia do katolicyzmu elementów innych kultów, zwłaszcza tzw. religii naturalnych, szamanistycznych. Krótko mówiąc, Kościół ma „otworzyć się” na pogaństwo. Niebezpieczeństwa te w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” znakomicie opisała red. Aldona Zaorska, pozwolę sobie jednak dorzucić tutaj kilka uwag.


II. Sprawa celibatu

Teoretycznie, wyświęcanie żonatych mężczyzn może być dopuszczalne – celibat nie jest dogmatem, zakorzeniał się w Kościele stopniowo na przestrzeni stuleci, zaś ostatecznie usankcjonował go wielki papież-reformator Grzegorz VII w XI w., co zostało potwierdzone w XVI w. przez Sobór Trydencki – i to pod karą ekskomuniki dla łamiących tę zasadę. Oczywiście, decyzja ta mogłaby zostać cofnięta, oznaczałoby to jednak nie żaden „postęp” lecz potężny regres w duchowym rozwoju Kościoła. Zniknąłby jeden z głównych wyróżników katolicyzmu, świadczący o jego wyjątkowości na tle innych wyznań chrześcijańskich. Ponadto, argumentacja na rzecz dopuszczenia do święceń „viri probati” (tzw. „wypróbowanych mężów”) podszyta jest niebywałą hipokryzją i fałszem. Otóż mówi się nam, że Indianie nie są w stanie pojąć idei celibatu, bowiem koncepcja ta ma być dla nich zbyt obca kulturowo.

Po pierwsze - świadczy to o traktowaniu ludności autochtonicznej w Amazonii jak osób upośledzonych umysłowo, co jest zwyczajnie dla tych ludzi obelżywe.

Po drugie – nastręcza to wątpliwości, czy w ogóle ktokolwiek próbował Indianom wytłumaczyć na czym polega celibat, czy też po prostu zaniechano tego elementu ewangelizacji.

Po trzecie wreszcie – celibat nie jest czymś kompletnie obcym ludom prymitywnym. W wielu tego typu społecznościach zdarza się, że miejscowy szaman żyje w odosobnieniu - bez rodziny, czasem wręcz jego chata stoi w pewnym oddaleniu od wioski - czyli pędzi żywot na poły pustelniczy. Nie wmawiajcie mi więc, że Indianie nie są w stanie zrozumieć idei bezżenności.

Powyższe wskazuje, że dobro amazońskich Indian, nie mogących miesiącami czy wręcz latami doczekać się kapłana, stanowi jedynie pretekst by z jednej strony przykryć zaniechania, a z drugiej – rozwiązać problem braku powołań i wakatów w parafiach tu, w Europie. W Niemczech i Austrii już dziś podnoszą się głosy, że Amazonia to dopiero wstęp, że kolejnym krokiem będzie rozciągnięcie „reformy” na nasz kontynent, co ma „załatwić” sprawę niedoborów personalnych w zachodnich kościołach „na dziesięciolecia”. Od razu mówię – nie załatwi, tak jak tego typu reformy nie załatwiły żadnego z problemów kościołów protestanckich, z odpływem wiernych na czele.


III. Pogaństwo wkracza do Kościoła

Jest jednak i kolejna sprawa, jeszcze poważniejsza: to słynna afera z Pachamamą - inkaską boginią, symbolizującą Matkę Ziemię i płodność. Na inaugurację Synodu odbyła się w Ogrodach Watykańskich uroczystość w której indiańska szamanka (też charakterystyczne, że wybrano akurat szamankę, a nie szamana – to była czytelna, „genderowa” wskazówka co do intencji w kwestii diakonatu kobiet) odprawiła pogańską ceremonię ku czci Pachamamy, której centralnym punktem była swoista adoracja pogańskich figurek. Wszystkiemu asystował papież Franciszek. Rozumieją Państwo? Głowa Kościoła bierze udział w kulcie pogańskich demonów... O ile zatem w przypadku celibatu można jeszcze od biedy znaleźć pole do dyskusji bez sprzeniewierzania się ortodoksji, o tyle tutaj wątpliwości już być nie może – mieliśmy do czynienia z bałwochwalczym bluźnierstwem przeciw Pierwszemu Przykazaniu.

Dodać należy, iż figurki te wprowadzono następnie do rzymskiego kościoła Maria in Transpontina i to nie w charakterze etnograficznej ciekawostki lecz jako przedmioty religijne - doszło zatem do jaskrawej, ostentacyjnej wręcz profanacji. Wprawdzie znaleźli się sprawiedliwi, którzy je wykradli i wrzucili do Tybru, ale cóż z tego, skoro zostały zaraz wyłowione przez karabinierów i umieszczone z powrotem w świątyni, zaś „kradzież” spotkała się z ostrą krytyką samego papieża Franciszka... Więcej – Franciszek planował wniesienie pogańskich idoli do samej Bazyliki św. Piotra, by „asystowały” Mszy Św. kończącej Synod. Bluźniercze szaleństwo powstrzymał dopiero stanowczy sprzeciw części biskupów, którzy zapowiedzieli, że w obliczu tak jawnego świętokradztwa demonstracyjnie opuszczą Bazylikę. Znamienne jest jednak, że papież Franciszek nie ustąpił pod wpływem wewnętrznej refleksji lecz ze strachu przed skandalem.

Następna bulwersująca sprawa, to postulat wprowadzenia specjalnego, „amazońskiego” rytu liturgicznego z elementami lokalnych wierzeń i obrządków. Wyobraźmy to sobie przez analogię: oto w Katedrze Gnieźnieńskiej swoje miejsce znajduje posąg Swarożyca, zaś w liturgii wedle „rytu prasłowiańskiego” uczestniczą pogańscy żercy, składający swoje ofiary, czemu przyklaskuje sam Prymas... Zatem, postulowany „ryt amazoński” to nic innego, jak otworzenie wrót do poganizacji Kościoła. Na podobnej zasadzie należy odbierać koncept „grzechu ekologicznego”, nad którym również debatowano podczas Synodu w kontekście tzw. głębokiej ekologii. Czym jest owa „głęboka ekologia”? Znów - jest to odwołanie się do pierwotnego, pogańskiego kultu Matki Ziemi. Ciekawostka – warsztaty z „pogłębionej ekologii” i „miłości do Matki Ziemi” odbyły się podczas tegorocznej edycji feministycznego Kongresu Kobiet. Czyli coś, co było dotąd domeną garstki nawiedzonych eko-lewaków, wdziera się szerokim frontem do samego centrum duchowego Kościoła. Zresztą, sama koncepcja kościelnego „ekologizmu”, to nic innego, jak współczesna mutacja marksistowskiej „teologii wyzwolenia”, dziś przemianowanej na „ekologię wyzwolenia”.


IV. Czas próby

Wszystko to odbyło się przy aprobacie papieża Franciszka. On był inicjatorem Synodu i to on odegrał kluczową rolę w doborze uczestników, tak by opcja „postępowa” miała zdecydowaną większość i jako „oddolny” głos przedstawiła „odpowiednie” postulaty. Nad całością czuwała zorientowana lewicowo część niemieckiej i austriackiej hierarchii - pierwsze skrzypce grali tacy dostojnicy jak kard. Reinhard Marx, „amazoński” bp Erwin Kräutler czy kard. Christoph Schönborn, wsławiony gejowskim nabożeństwem w wiedeńskiej katedrze. Należy też wspomnieć o aspekcie materialnym. Synod sfinansowały niemieckie, kościelne organizacje charytatywne, silnie zaangażowane również w Amazonii i prezentujące „właściwy” nurt ideologiczny. Innymi słowy – lewacka frakcja w Kościele „kupiła” sobie Synod. Jestem przekonany, że na tym się nie skończy, a „moderniści” ruszą do kolejnego szturmu, szermując hasłem „ducha Synodu” - analogicznie, jak po Soborze Watykańskim II szantażowali tradycjonalistów „duchem Soboru”, mającym rzekomo uzasadniać kolejne nowinki.


***

Na koniec refleksja nieco bardziej ogólna. Jak wiemy, konklawe dokonuje wyboru papieża pod natchnieniem Ducha Świętego. Pytanie, co Duch Święty chce nam zakomunikować akurat takim wyborem. Widzimy papieża osuwającego siebie i Kościół w odmęty herezji. Osobiście odczytuję to jako próbę wiary – czy wytrwamy w wierności Kościołowi, mimo płynącego dziś z Watykanu jawnego zgorszenia? Sądzę, że postawa szeregowych wiernych będzie tu decydująca. Wtedy może i Kościół przypomni sobie, że nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (08-14.11.2019)

niedziela, 11 czerwca 2017

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu?


I. Ks. prof. Guz na celowniku

Wygląda na to, że lewactwo idzie za ciosem i postanowiło konsekwentnie tropić „nie-lewomyślnych” kapłanów – szczególnie tych znajdujących szeroki odzew wśród wiernych. Niewątpliwie skrzydeł wrogom Kościoła dodały niedawne sukcesy, takie jak doprowadzenie do nałożenia przez bp. Jana Tyrawę zakazu wypowiedzi na tematy polityczne na ks. prałata Romana Kneblewskiego, czy wcześniejsze „wypchnięcie” z kapłaństwa ks. Jacka Międlara. Tym razem pod lupę wzięto ks. prof. Tadeusza Guza.

Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą kto zacz, przedstawię na początek garść informacji. Ks. prof. Tadeusz Guz z wykształcenia jest teologiem (1984, KUL) oraz filozofem (1989, KUL). Doktoryzował się w 1996 r. na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (dziś Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) – tam też w 2001 r. zrobił habilitację. Tytuł profesorski z rąk prezydenta Andrzeja Dudy odebrał w 2017, wcześniej otrzymał tytuł profesora zwyczajnego na niemieckiej Gustav-Siewerth-Akademie, gdzie wykładał i w latach 2001-2003 był dziekanem Wydziału Filozofii. Autor szeregu publikacji w językach polskim i niemieckim, wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przeciwnik lewicowych filozofii i ideologii – m.in. postmodernizmu, marksizmu i heglizmu. Przyjaciel Radia Maryja. W internecie dostępnych jest szereg jego wykładów i prelekcji nieodmiennie gromadzących licznych słuchaczy.

Na celowniku lewicy i okołokościelnych liberałów znalazł się z dwóch powodów – miażdżącej krytyki protestantyzmu oraz obnażania intelektualnych błędów i mielizn różnych modernistycznych prądów, czynionego m.in. z punktu widzenia chrześcijańskiej antropologii. Jak widać, ktoś taki nie mógł być przez siły postępu tolerowany, tym bardziej, że zaczął przyciągać coraz liczniejsze audytorium, któremu – co ważne – wykładał skomplikowane zagadnienia filozoficzne i teologiczne zrozumiałym językiem. Przystąpiono do kontrofensywy.


II. Młot na „ekologów”

Na początek odnotujmy najnowszą burzę wokół ks. prof. Guza. Otóż 13 maja wziął udział w zorganizowanej przez Ministerstwo Środowiska oraz związaną z Radiem Maryja Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencji „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś” z udziałem m.in. min. Jana Szyszko i o. Tadeusza Rydzyka. Wygłosił tam stosunkowo krótką (ok. 25 min.) prelekcję pt. „Filozoficzna analiza ideologicznych podstaw animalizacji człowieka i humanizacji zwierząt i drzew” w której, jak to się dziś mawia, „zmasakrował” ideologię ekologizmu. Piszę „ekologizmu”, ponieważ tradycyjnie rozumiana ekologia jest dyscypliną naukową, to zaś co obecnie jest głoszone przez „ekologicznych” aktywistów („ekologistów”) jest podszywającą się pod naukowy obiektywizm ideologią. I właśnie coś w tym guście przedstawił słuchaczom w swym wystąpieniu ks. prof. Guz, nazywając ekologię „ateistycznym, materialistycznym i nihilistycznym neokomunizmem”, „animalizującym” człowieka (czyli sprowadzającym go do poziomu zwierząt), za to „humanizującym” zwierzęta i rośliny. „Ta ideologia – i mówię to z całkowitą odpowiedzialnością – jest odmianą zielonego nazizmu - powiedział, zarzucając współczesnemu „ekologizmowi” dążenie do degradacji człowieka. Nagranie dostępne jest na You Tube na profilu „Naszego Dziennika” - zachęcam do wysłuchania.

Dla każdego myślącego zdroworozsądkowo człowieka obserwującego działalność organizacji „ekologicznych” słowa ks. prof. Guza są oczywistością. To w ich kręgach wsparcie znajdują m.in. projekty depopulacyjne, to ich domeną jest generalnie traktowanie człowieka i jego aktywności w kategoriach zagrożenia dla „planety”, to oni wreszcie promują neopogańskie z ducha postrzeganie Ziemi jako istoty żywej - „Gai”. Słowem, ideologia „ekologizmu” jest zaprzeczeniem chrześcijańskiego personalizmu, a w konfrontacji wartości człowiek – przyroda, „ekologiści” zawsze opowiedzą się przeciw człowiekowi. Nic więc dziwnego, że ksiądz profesor uznał, iż „zieloni” posuwają się dalej niż III Rzesza – bo naziści przynajmniej uznawali prawo do istnienia germańskiej „rasy panów”.

W odpowiedzi rozległ się skowyt oburzenia do którego – jakże by inaczej – czynnie włączyła się „Wyborcza”, produkując na łamach swojego lubelskiego dodatku stosowny artykuł. Jak dowiadujemy się z niego, 100 osób (aktywistów ekologicznych, „ludzi kultury” itp.) skierowało na ręce rektora KUL ks. prof. Antoniego Dębińskiego list otwarty w którym domagają się odsunięcia ks. prof. Guza od zajęć ze studentami. Szczególnym oburzeniem zapałał Radosław Gawlik ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA – były poseł i wiceminister środowiska w rządzie Jerzego Buzka - zarzucając ks. Guzowi poglądy „dyskredytujące” go z wykładania na uczelni. W samym liście zaś koronnym zarzutem jest dyżurny „argument” lewactwa – czyli „mowa nienawiści”. Słowem, mamy do czynienia z typową dla lewaków próbą założenia cenzorskiego knebla. Co gorsza, Lidia Jaskóła, rzecznik prasowy KUL, złożyła oświadczenie w którym oznajmiła, iż stwierdzenia ks. prof. Guza „szkodzą dobremu imieniu uniwersytetu”, a sam ks. profesor zostanie zobowiązany do przeprosin.


III. O protestantach dobrze, albo wcale

To nie pierwsze szykany, jakie spotykają księdza profesora. Już w marcu tego roku został „poproszony” przez swych przełożonych o nie wypowiadanie się publiczne na temat reformacji, której ks. prof. Guz jest zdecydowanym krytykiem – w szczególności luteranizmu jako źródła wszystkich późniejszych nurtów protestantyzmu. Lutrowi zarzuca m.in. traktowanie swej nauki jako „sądu samego Boga”, której nie może ktokolwiek oceniać, „również wszyscy aniołowie”. Więcej – to siebie ustanawia „sędzią aniołów”, jako ten, przez którego przemawia Bóg („I kto nie przyjmie mojej nauki, ten niech nie zostanie błogosławionym. Ponieważ moja nauka jest boską, a nie moją. Dlatego mój sąd jest także boskim, a nie moim”). Idąc dalej, ks. prof. Tadeusz Guz podnosi, iż protestanci zagubili różnicę między Bogiem a stworzeniem, albowiem wg Lutra wszystko, co zostało stworzone jest „sposobem istnienia boskości”. Bóg zaś w ujęciu luterańskim nie jest od początku doskonałym bytem i Kreatorem, lecz w jego miejsce „pojawia się fałszywa idea mówiąca o tym, że Bóg rozwija siebie permanentnie, stwarza Siebie ciągle dalej na drodze ewolucji”. Jest to, jak zaznacza ksiądz profesor, „karykatura boskości” wedle której „Pan Bóg jest niedoskonały i musi się wiecznie z pomocą czasu, przestrzeni i całego wszechświata rozwijać" – co jest „herezją totalną”. No i wisienka na torcie, czyli komentarz Lutra do Księgi Psalmów: „Zanim Bóg stał się Bogiem, musiał najpierw stać się szatanem”. W rezultacie, dla katolików protestanci mogą być braćmi jedynie na płaszczyźnie człowieczeństwa, albowiem z taką herezją „nie ma żadnego pomostu”. Logiczną konsekwencją jest więc, że wszelki „dialog” z protestantami jest zasadny jedynie wówczas, gdy ma na celu powtórne przyciągnięcie ich do Kościoła.

To tylko krótki wyimek obnażający fałszywe nauki protestantyzmu w ujęciu ks. prof. Guza. Jak łatwo się domyślić, takie słowa w obliczu obchodów 500-lecia reformacji, w które zaangażowali się również kościelni hierarchowie z samym papieżem Franciszkiem na czele, musiały napytać ks. Guzowi biedy. Nie dziwi również, że cieszący się popularnością wśród innowierców portal „ekumenizm.pl” wyraził radość, iż „kaznodzieja nienawiści” został „tymczasowo uciszony”, sugerując, że stało się tak wskutek „oczekiwań strony luterańskiej podnoszonych podczas wspólnych spotkań na wysokim szczeblu”.

Mamy zatem ponury paradoks – Kościół oficjalnie bierze udział w rocznicy tragicznego rozłamu, niebezpiecznie przypominającej radosną fetę, zaś duchowny wzywający do opamiętania zostaje „uciszony”. Powstaje pytanie – jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu? Odnoszę bowiem wrażenie, że doszliśmy do ściany za którą jest już tylko bezwarunkowa kapitulacja.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (09-15.06.2017)

wtorek, 16 czerwca 2015

Polscy judeochrześcijanie

Czy nasi „konserwatyści” zdają sobie sprawę, że przeszczepiają obcą nam polityczno-religijną doktrynę, powstałą w odmiennych warunkach historycznych?

I. Żydzi dostali co chcieli

Przez moment małą burzę w internecie wywołała informacja podana na portalu Kresy.pl za dziennikiem „Jerusalem Post”, jakoby w polskim Sejmie powstała proizraelska grupa lobbystyczna z posłem PiS Janem Dziedziczakiem na czele. Na szczęście, poseł szybko zdementował tę wiadomość. Według komunikatu Sejmu, doszło jedynie do kurtuazyjnego spotkania Polsko-Izraelskiej Grupy Parlamentarnej z delegacją Światowego Kongresu Żydów, w którym poseł Jan Dziedziczak brał udział jako przedstawiciel delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. Mówiono m.in. o polityce historycznej, co więcej „Izraelscy goście dostrzegli, że w mediach światowych pojawiają się nieprawdziwe określenia »polskie obozy śmierci« i »polskie obozy koncentracyjne«. (…) Ambasador Izraela w Warszawie, obecna na spotkaniu, zaapelowała do przedstawicieli Światowego Kongresu Żydów o dalsze wsparcie polskich wysiłków na rzecz propagowania prawdy o wydarzeniach wojennych i o tym, kto był sprawcą, a kto ofiarą ludobójstwa i Holocaustu”.

Brzmi całkiem miło, warto jednak zauważyć, że sformułowania o „polskich obozach” zagnieździły się również w mediach izraelskich i jakoś nie było słychać sprzeciwu Światowego Kongresu Żydów. Kolejną wątpliwość budzi ton izraelskich mediów, które ani słowem nie wspominają o obronie dobrego imienia Polski, za to z zachwytem piszą o wspomnianym już „lobby” oraz „publicznym wsparciu dla państwa żydowskiego”. Ktoś tu ewidentnie mija się z prawdą i mam tylko nadzieję, że nie jest to Jan Dziedziczak.

Sam poseł w internetowym wpisie, prócz dementi przyznał, iż rozmawiano o wsparciu dyplomatycznym dla Izraela w konflikcie bliskowschodnim – i, jak rozumiem, ten właśnie aspekt został uwypuklony przez media izraelskie przy całkowitym przemilczeniu drugiego elementu spotkania, czyli polityki historycznej. W świat poszedł jedynie „mesydż” o naszym bezwarunkowym poparciu dla państwa żydowskiego, rozbudowany o element „lobbyingu”, zaś to na czym zależało stronie polskiej zostało kompletnie pominięte. Innymi słowy, zostaliśmy ograni jak dzieci, nie pierwszy raz zresztą.

II. Polska – Izrael - USA

Warto na moment zatrzymać się nad owym „wsparciem w konflikcie bliskowschodnim”. Jan Dziedziczak stwierdził m.in., iż „Izrael jest bramą dla radykalnego islamu dla naszej cywilizacji” (rozumiem, że bramą zamkniętą – PL), i dzięki istnieniu żydowskiego państwa, Żydzi „nie muszą uciekać np. do Polski”. Wyraził również swój jednoznaczny sprzeciw wobec żydowskich roszczeń „odszkodowawczych”. Ja ująłbym to tak – z naszego punktu widzenia korzystna jest sytuacja permanentnego klinczu Izraela ze światem muzułmańskim, dzięki temu bowiem znaczna część sił islamistów związana jest na Bliskim Wschodzie i nie może zostać wykorzystana przeciw Zachodowi. Ponadto, z oczywistych względów lepiej, że Żydzi pozostają w Palestynie, niż gdyby mieli zacząć nagle masowo „przypominać sobie” o polskich korzeniach i chcieli tu wrócić. O kwestiach „rewindykacji majątkowych” nie może być, rzecz jasna, mowy.

Tyle, że właśnie w tej ostatniej sprawie Izrael stanął na wrogich nam pozycjach, oficjalnie współuczestnicząc w Projekcie HEART, mającym na celu wydębienie „odszkodowań” - i tu powstaje pytanie, czy polscy parlamentarzyści powinni tak ochoczo deklarować swe wsparcie dla Izraela bez żadnych warunków wstępnych? Zdaję sobie sprawę, że jest to pochodna naszego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, ale nadgorliwość, szczególnie darmowa, jest gorsza od faszyzmu... Swoją drogą, ciekawe, czy wątek ten pojawi się w rozmowie Andrzeja Dudy z Jeb'em Bushem – być może przyszłym prezydentem USA. Czy prezydent-elekt zdobędzie się na sugestię, że dla dobra wzajemnych stosunków Stany Zjednoczone powinny wycofać się ze wspierania żydowskich roszczeń majątkowych?

III. Chrześcijański syjonizm

I w tym momencie dochodzimy do arcyciekawego wątku. Otóż do niedawna sądziłem, że amerykańskie zaangażowanie po stronie Izraela oraz środowisk żydowskich wynika wyłącznie z racji geopolitycznych i jest pokłosiem Zimnej Wojny, kiedy to USA musiały mieć jakiegoś sojusznika w strategicznym regionie. Okazuje się, że nie tylko, przyczyny są o wiele głębsze i mają swe korzenie w religijnej tradycji Stanów Zjednoczonych. Źródła amerykańskiego filosemityzmu sięgają samych początków tamtejszej państwowości, a nawet jeszcze głębiej – czasów reformacji i są w prostej linii efektem antykatolickiej herezji. Przyznam się, że nie byłem powyższego świadom do chwili, kiedy kilka tygodni temu przeczytałem na łamach „Plusa-Minusa” esej „Filosemityzm bez Żydów” autorstwa Philipa Earla Steele'a, mieszkającego w Polsce amerykańskiego historyka, tłumacza i członka Kościoła Prezbiteriańskiego.

Otóż, protestantyzm po zniesieniu kultu świętych, musiał czymś wypełnić powstałą lukę – i tę próżnię zaludnili bohaterowie Starego Testamentu. Stąd we wspólnotach protestantów ewangelikalnych popularność starotestamentowych imion, a także biblijne nazwy wielu amerykańskich miejscowości. W warstwie polityczno-religijnej przekłada się to na nurt „chrześcijańskiego syjonizmu”. W skrócie, chodzi o to, że przed końcem świata i ponownym nadejściem Chrystusa, Izraelici mają ponownie zebrać się z rozproszenia i zasiedlić Ziemię Świętą, zaś obowiązkiem chrześcijan jest dołożyć starań, by biblijne proroctwo dopełniło się jak najprędzej. Jak łatwo zauważyć, taka postawa stawia docześnie chrześcijaństwo w pozycji służebnej wobec „ludu Izraela” - ze wszelkimi tego konsekwencjami, stąd też najaktywniejszym lobby żydowskim w USA są nie tyle sami Żydzi, których jest tam stosunkowo niewielu, ale protestanccy Amerykanie, szczególnie z tzw. „pasa biblijnego”. Już w 1649 roku do brytyjskiej Rady Wojennej wpłynęła „Petycja Cartwrightów”, której purytańscy autorzy żądali, by brytyjska flota przetransportowała do Palestyny europejskich Żydów, albowiem Anglia ma „Bożą misję” restytucji żydowskiego państwa. Ze względu na wojnę domową do realizacji planu nie doszło, acz petycja została ZAAPROBOWANA. Inna sprawa, że Żydzi mieli wówczas swój „Paradisus Judaeorum” w Rzeczypospolitej Obojga Narodów i nigdzie się nie wybierali... Idea „chrześcijańskiego syjonizmu”, zwanego wówczas „restauracjonizmem” rozkwitła również w brytyjskich koloniach w Ameryce Północnej i następnie, już po wywalczeniu niepodległości, w Stanach Zjednoczonych. Jako ciekawostkę warto podać fakt, że na amerykańskich uniwersytetach przez długi czas język hebrajski był przedmiotem obowiązkowym.

Chrześcijański syjonizm przewijał się przez politykę zarówno brytyjską jak i amerykańską przez cały XIX wiek i przejawiał się np. współpracą z syjonistami żydowskimi. Anegdotyczna jest postać angielskiego duchownego działającego na rzecz syjonizmu, wielebnego Williama Hechlera, którego „najwyższą życiową ambicją było zostać biskupem Jerozolimy i osobiście przywitać Zbawiciela przy bramie miasta”. W dzisiejszej Ameryce wielebny Hechler miałby wzięcie, bowiem „79 proc. chrześcijan w Ameryce oczekuje powtórnego przyjścia Chrystusa – i 20 proc. z nich sądzi, że nastąpi to za ich życia”, z kolei „zdaniem 42 proc. mieszkańców USA Bóg dał Żydom ziemię Izraela na wieczność; dla 35 proc. dzisiejszy Izrael jest spełnieniem proroctw biblijnych”. Dodajmy, iż jest to największe zaplecze wyborcze Republikanów. Jak widać z powyższego, dosłowne odczytywanie biblijnych proroctw wytwarza potężne społeczne oraz intelektualne ciśnienie, co z kolei przekłada się na sferę polityki i doktrynę trwającą nieprzerwanie od XVII stulecia po dziś dzień.

IV. Polscy „judeochrześcijanie”

Piszę o tym wszystkim, bowiem proamerykańska i sympatyzująca z Republikanami część głównego nurtu polityczno-medialnego polskiej prawicy usiłuje bezkrytycznie zaadaptować ową doktrynę na gruncie polskim, ubierając ją w szaty „judeochrześcijaństwa”. Jest to swoisty paradoks – np. tradycjonalista Terlikowski piętnujący protestanckie nowinkarstwo przenikające do Kościoła Katolickiego, sam jednocześnie jest gorliwym wyznawcą idei wywodzącej się z protestanckiej herezji. Ciekawe, czy nasi „konserwatyści” zdają sobie sprawę, że czynnie przykładają się do przeszczepiania obcej nam polityczno-religijnej doktryny, powstałej w odmiennych warunkach historycznych? Tymczasem wychodzi na to, że „judeochrześcijaństwo” jest dla naszej prawicy intelektualną obsesją taką samą, jak genderowe szaleństwa dla lewaków – i potencjalnie równie niszczycielską.

Portal Jewishpress.com opisując parlamentarne spotkanie polsko-żydowskie podkreślił, iż jego uczestnicy zebrali się, by „budować dalsze wsparcie dla państwa Izrael, na bazie wspólnie wyznawanych judeo-chrześcijańskich wartości”. Bardzo charakterystyczny to cytat, pokazuje bowiem do czego w istocie owo „judeochrześcijaństwo” służy – jest to ideologiczny wytrych mający na celu ułatwienie realizacji rozmaitych żydowskich interesów, przeważnie naszym kosztem, co polecam licznie rozmnożonym u nas „chrześcijańskim syjonistom” pod rozwagę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1815-pod-grzybki-7

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (10-16.06.2015)

niedziela, 24 sierpnia 2014

O księdzu Hartmańskim

Świecka mutacja Lemańskiego i Hartmana, jakiś niby-ksiądz „Hartmański” to zdecydowanie nie to samo, nie ta siła rażenia po prostu.

I. Lemański jak Natanek

A obiecywałem sobie, że nie napiszę ani słowa o księdzu Wojciechu Lemańskim...

Jednak, skoro opera mydlana o mamie Madzi w sutannie zbliża się do nieuchronnego końca za sprawą suspensy nałożonej przez abp. Henryka Hosera na niesubordynowanego kapłana, to może w sumie warto skrobnąć kilka uwag.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to lustrzane podobieństwo do sprawy ks. Piotra Natanka. Lustrzane, bo o ile ks. Natanek głosił poglądy skrajnie tradycjonalistyczne, o tyle ks. Lemański zaliczył odchylenie postępowo-liberalne. Obaj, każdy na swój sposób, przekroczyli granice doktrynalne i obaj nie chcieli podporządkować się swym biskupom, którym ślubowali posłuszeństwo. Obu kapłanów łączy również grzech pychy spowodowany uwielbieniem jakim obdarzyli ich wierni, zaś niewątpliwa charyzma stopniowo przeszła w stan zwyrodnieniowy, czyli sekciarstwo i przeświadczenie o własnej nieomylności. Co tam episkopat, kościelna doktryna i kapłańskie śluby – liczę się ja i moja nauka.

Dla jednego Kościół był przerośnięty mackami masonerii i nie dość ortodoksyjny, dla drugiego – zbyt konserwatywny, za mało otwarty na współczesność, zwłaszcza w kwestiach bioetycznych i dialogu z innowiercami, ze szczególnym uwzględnieniem Żydów. Wreszcie, zarówno ks. Lemański, jak i ks. Natanek dostali zwyczajnej małpy na tle syndromu zwanego „parciem na szkło”, z tym że pierwszemu basowały najbardziej wpływowe mediodajnie rozgrywające własną partię obliczoną na rozbicie Kościoła, a drugi zachłysnął się klikalnością w internecie. Obaj, koniec końców wypowiedzieli posłuszeństwo swym biskupom – abp. Dziwiszowi i abp. Hoserowi. Obaj nie podporządkowali się karze suspensy. Przypadek ks. Natanka świetnie opisała w swoim czasie Mama Katarzyna w notce „Kościół Chrystusa, czy ks. Natanka?” - polecam.

W zasadzie różni się jedynie medialna otoczka towarzysząca ich poczynaniom. Ks. Natanek służył mainstreamowym mediodajniom za dostarczyciela tzw. „lol-kontentu”, czyli mówiąc po ludzku – darto z niego i jego kazań na potęgę łacha, a warto pamiętać, że był to szczytowy okres promowania „młodych z fejsbuka”, akcji „Krzyż”, Dominika Tarasa, słowem – całej tej socjotechnicznej operacji mającej uderzyć w Kościół Katolicki i sponiewierać w masowej świadomości „moherów”. Księdza Lemańskiego natomiast traktuje się z pełną atencją, zaś Jan Turnau z Adamem Szostkiewiczem płaczą: „Kościół wycofał z pola walki ważnego wojownika”; tudzież „jedną z twarzy Kościoła okazuje się nie ks. Lemański, tylko jego prześladowca abp Hoser”. Jakoś nie przypominam sobie, by jeden z drugim wylewał łzy nad prześladowaniem ks. Natanka przez kardynała Dziwisza. A już zupełnie nie sposób wyobrazić sobie, by ci dwaj ujęli się za księżmi Isakowiczem-Zaleskim bądź Małkowskim, którzy też nie mają ze swymi zwierzchnikami lekko, ale mimo to zachowują dyscyplinę i wierność Kościołowi.

II. Ksiądz Hartmański

Warto zwrócić uwagę, skąd ks. Lemański otrzymał ofertę. Otóż, złożył mu ją prof. Jan Hartman, co do którego żywię silne podejrzenie, iż jest osobistym pełnomocnikiem Lucyfera na Polskę, co snadnie poznać można po chorobliwej nienawiści jaką żywi wobec religii w ogóle, a katolicyzmu w szczególności, oraz po demonicznej treści głoszonych przezeń nauk bioetycznych. Ówże Hartman na swym blogu wzywa „pana” Lemańskiego, by ten dał sobie spokój z tym odrażającym Kościołem, zrzucił duchowną sukienkę i „wyszedł z kruchty” „czynić dobro” „pośród wolnych i światłych ludzi” - tak jak uczynili to już byli duchowni Obirek, Bartoś i Węcławski. Przypomnę jeszcze, że imię Lucyfer oznacza „Niosący Światło” i właśnie do tego zadania – promowania specyficznie pojmowanego „oświecenia” - nawołuje Lemańskiego swemi syrenimi śpiewy mąż uczony Hartman. Całość kończy apelem: „Niech Pan do nas wraca! Wraca, mówię, bo tak naprawdę należy Pan do nas. Czekamy na Pana!”

Powtórzmy. Hartman wzywa Lemańskiego, by wrócił „do nas”. „Do nas”, czyli do kogo? Do loży Synów Przymierza, czyli B'nai B'rith Polin? Wtedy rzekome pytanie abp. Hosera odnośnie obrzezania Lemańskiego, o które podniosła się taka wrzawa, nagle stałoby się uzasadnione... A może, porzucając złośliwości, mamy do czynienia, na co zwrócił uwagę Toyah, z wezwaniem demonicznym – szatan manifestujący się u opętanych nader często posługuje się bowiem liczbą mnogą (np. „on/ona jest NASZ/NASZA”). W tym drugim przypadku ks. Lemański zasiliłby szeregi oświeconych satanistów trudzących się nad zgotowaniem nam piekła na Ziemi, czyli Nowego Wspaniałego Świata.

Jest tylko jedno „ale”, którego prof. Hartman w swej lucyferiańskiej gorliwości nie wziął pod uwagę. Otóż Lemański najskuteczniejszy jest w sianiu zamętu jako ksiądz, a nie osoba świecka. Siłom Postępu niezbędny jest właśnie dywersant w łonie Kościoła, podpierający swe herezje autorytetem kapłańskim. Lemański bez sutanny nie jest im do niczego potrzebny. Mają takich na pęczki. Oni go potrzebują właśnie działającego wewnątrz Kościoła i skuteczniej dzięki temu ogłupiającego wiernych i rozbijającego wspólnotę od środka. Potrzebny jest, by mogli wskazywać go palcem i mówić – „oto właściwe, nadążające za duchem czasu oblicze nowoczesnego i otwartego Kościoła”. Świecka mutacja Lemańskiego i Hartmana, jakiś niby-ksiądz „Hartmański” to zdecydowanie nie to samo, nie ta siła rażenia po prostu.

III. Ostatnia misja Lemańskiego

Cóż, z Lemańskim-dywersantem sprawa wydaje się skończona, bo trudno mi uwierzyć, że Watykan uwzględni jego rekurs i zezwoli, by ksiądz podskakiwał swemu biskupowi kiedy mu się spodoba. I sam ksiądz Lemański zdaje sobie chyba z tego sprawę, stąd uporczywe przeciąganie spektaklu – skoro już przyjdzie mu zrzucić sutannę, to z maksymalnym hukiem, tak by odejść ze stanu duchownego w glorii męczennika zgnojonego przez bezduszną hierarchię i z tej pozycji, już jako były kapłan, krytykować Kościół. Pozycjonuje się w ten sposób na przyszłość jako ofiara - to jego ostatnia misja w obecnej roli duchownego – myślę jednak, że wiele mu to nie pomoże.

Wracając do przywołanej na początku analogii sprawy księży Lemańskiego i Natanka – sądzę, że obaj skończą podobnie. Ks. Natanek jak się zdaje wciąż odprawia świętokradcze Msze Święte w Grzechyni, lecz w jego Pustelni Niepokalanów wieje, nomen omen, pustką. Zostali przy nim jedynie najbardziej zaczadzeni akolici. Ks. Lemański najprawdopodobniej skończy jako „pan od religii” plączący się w okolicach „Gazety Wyborczej” i wyciągany z szafy gdy trzeba będzie wydać te kilka rutynowych odgłosów potępiających polski Kościół za rozmaite błędy i wypaczenia. Dokładnie tak, jak dzieje się obecnie z innymi byłymi duchownymi przywołanymi przez prof. Hartmana – Bartosiem, Obirkiem i Węcławskim. Siedzą gdzieś na tych swoich uczelniach i pies z kulawą nogą się nimi nie interesuje – za wyjątkiem tych krótkich momentów, gdy otrzepani z naftaliny zjawiają się na łamach „Wyborczej”, bądź w okienku TVN24, by pomstować na zakamieniały Kościół, który nie wyświęca kobiet i wymaga od księży celibatu, przez co ci popadają w pedofilię.

I tak to, proszę Państwa, będzie jechać - do momentu, aż mediodajnie wynajdą nowego niepokornego księdza, by napompować go pychą i na kilka miesięcy zrobić z niego duchownego celebrytę i reformatora. Albowiem show must go on.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/pe%C5%82nomocnik-lucyfera-na-polsk%C4%99#.U_jUP6PqWSo

Polecam:

http://mamakatarzyna.blogspot.com/2011/07/koscio-chrystusa-czy-ks-natanka.html