Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nacjonalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nacjonalizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2019

Sprawa ks. Kneblewskiego

Czy na bp. Tyrawę są obyczajowe „haki”, które teraz uruchomiono? Czyżby biskup nagłym ruchem w sprawie ks. Kneblewskiego chciał odwrócić od siebie uwagę?

I. Niewygodny kapłan

Kilka dni temu lewackie media zawyły z dzikiej radochy. Oto znienawidzony przez nie kapłan, ks. prałat dr Roman Kneblewski, proboszcz bydgoskiej parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, został odwołany z urzędu przez bp. Jana Tyrawę. Więcej – równocześnie, dekretem z dn. 05 czerwca 2019 r. został przeniesiony na emeryturę. Krótki dekret kończą słowa podziękowania „za wieloletnią służbę dla Kościoła, najpierw w Archidiecezji Gnieźnieńskiej a następnie w Diecezji Bydgoskiej” oraz błogosławieństwo, co – w kontekście wcześniejszych wydarzeń o których sobie zaraz opowiemy – zakrawa wręcz na drwinę. Tym samym, wieloletnia medialna nagonka na konserwatywnego kapłana została uwieńczona „sukcesem”, co oznacza w praktyce, że zaprzysięgli wrogowie Kościoła są władni dyktować hierarchom politykę personalną i doprowadzić do usuwania niewygodnych księży.

Na przestrzeni minionych lat ks. Roman Kneblewski był obiektem zmasowanych ataków ze strony lewicowo-liberalnych mediów, z „Gazetą Wyborczą” na czele. Ta akcja dyfamacyjna prowadzona była w iście komunistycznym stylu, nie odbiegając w stosowanej retoryce od paszkwili Jerzego Urbana przeciw ks. Jerzemu Popiełuszce z lat '80. Ks. Kneblewski nazywany był „kapłanem nacjonalistów”, „kapelanem środowisk neofaszystów”, zarzucano mu „homofobię”, „mowę nienawiści”, zachłystywano się z oburzenia, że śmie krytykować Jerzego Owsiaka - słowem, pełna paleta lewackich „grzechów głównych”. Regularnie formułowane były też apele do biskupa bydgoskiego o odwołanie kapłana z urzędu proboszcza. Niekiedy nagonka przekraczała granicę groteski, jak wtedy, gdy usiłowano rozkręcić aferę wokół tego, że ks. Kneblewski podczas podróży pociągiem wypił piwo w „Warsie”. Innym razem z kolei usiłowano „przyszyć” mu... pochwalanie pedofilii, po tym, jak na Facebooku zamieścił zdjęcie chłopca przyjmującego Komunię Św. opatrując je komentarzem: „po katolicku: na kolanach i do ust, a na rękę co najwyżej trzciną”. Co trzeba mieć w głowie, by wskazówkę jak tradycyjny katolik powinien przystępować do Komunii uznawać za pochwałę obrzydliwej dewiacji? Generalnie, nie było takiej podłości, która zostałaby wziętemu na celownik księdzu oszczędzona.

Efekty widoczne były już dwa lata temu. W maju 2017 r. po paszkwilanckim artykule niejakiego Marcina Kowalskiego w bydgoskiej mutacji „Wyborczej”, bp Tyrawa zabronił ks. Kneblewskiemu wypowiadania się na tematy polityczne. Był to pierwszy niepokojący sygnał, że bydgoski dostojnik zaczyna się uginać pod lewacką presją. Teraz złamał się ostatecznie.


II. Bezprawna dymisja?

Jakie były przyczyny odwołania ks. Kneblewskiego? Przecież nie złamanie wspomnianego zakazu, bo tu zdymisjonowany ksiądz dochował posłuszeństwa. Motywacja lewaków jest oczywista – dla nich cierniem w oku był sam fakt pełnienia posługi przez kapłana dla którego patriotyzm (umiłowanie ojczyzny) i nacjonalizm (umiłowanie własnego narodu) są komplementarnymi cnotami, którymi winien kierować się katolik. Do tego tenże kapłan miał czelność stawać w obronie kościelnej tradycji, przypominał nauczanie Kościoła w takich kwestiach jak homoseksualizm czy „ordo caritatis” (porządek miłosierdzia) w kontekście najazdu muzułmańskich imigrantów oraz odprawiał msze w rycie trydenckim. Ale jakie były motywy bp. Jana Tyrawy?

Korespondencję na ten temat ks. Kneblewski ujawnił w swoim oświadczeniu zamieszczonym na kanale Tuba Cordis w serwisie You Tube. Wynika z niej, że bydgoski biskup zarzucał proboszczowi szereg uchybień w pełnieniu posługi. Zarzuty obejmują m.in. rzekome zdominowanie Eucharystii w parafii przez ryt trydencki, zaniedbania duszpasterskie (kolęda w cyklu dwuletnim czy nieobecności w biurze parafialnym), zły stan zdrowia oraz opóźnienia w pracach remontowych wieży i elewacji kościoła. Jak wynika z odpowiedzi ks. Kneblewskiego, msze trydenckie odprawiane są raptem dwa razy na ogólną liczbę 23 mszy tygodniowo, sam ks. Kneblewski odprawia przynajmniej jedną mszę św. dziennie, zaś do pracy w biurze parafialnym oddelegował jednego z wikariuszy, co bynajmniej nie jest normą, bowiem w innych parafiach często biurem zawiaduje wyznaczona osoba świecka. Kolędowanie co dwa lata spowodowane jest natomiast szczupłością kadr – prócz ks. Kneblewskiego w parafii jest jedynie dwóch wikariuszy – i zdarzało się również za poprzednich proboszczów. Ponadto ks. Kneblewski poinformował, że podjął stosowne leczenie dla poprawy stanu zdrowia, natomiast opóźnienia remontowe wynikają z procedur budowlanych i konieczności zgromadzenia środków. Krótko mówiąc, z pism biskupa Tyrawy ewidentnie wyłania się szukanie pretekstu do odwołania kłopotliwego proboszcza. Co ciekawe, w tym roku przed Wielkanocą bp Tyrawa osobiście wizytował parafię i nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Pierwsze pismo z żądaniem złożenia rezygnacji z probostwa datowane jest dopiero na 24 kwietnia.

Na całą sprawę nakłada się jeszcze aspekt prawny – ks. Kneblewski ma obecnie 67 lat, tymczasem ksiądz osiąga wiek emerytalny w wieku 75 lat. Dalej, zgodnie z kanonami 1740-1741 księdza można złożyć z urzędu proboszcza w ściśle określonych warunkach: sposób postępowania przynoszący szkodę wspólnocie kościelnej, zły stan zdrowia, utrata dobrego imienia wśród uczciwych i poważanych parafian, poważne zaniedbanie obowiązków parafialnych, złe zarządzanie dobrami doczesnymi. Żadna z tych okoliczności nie zaistniała, co więcej – w 2017 r. ks. Kneblewski został w drugiej edycji plebiscytu „Expressu Bydgoskiego” przeprowadzonego pod patronatem bp. Jana Tyrawy wybrany proboszczem roku, a jego parafia uplasowała się na czwartej pozycji. Dodajmy, że po tym zwycięstwie w następnych latach plebiscyt nie był już kontynuowany... No i wreszcie – czy fakt podniesienia do godności prałata nic nie znaczy? Czy takie wyróżnienie nadawane jest kiepskim księżom i lichym proboszczom?

Nic więc dziwnego, że ks. Roman Kneblewski zapowiedział odwołanie się od decyzji bp. Tyrawy do Watykanu – do czego ma pełne prawo, szczególnie w kontekście kuriozalnych motywów podanych w pismach z kurii biskupiej.


III. Ks. Kneblewski – kozioł ofiarny?

Opisywane wydarzenia mogą mieć jednak również dodatkowe dno. Jeżeli spojrzymy na daty kolejnych pism kurialnych (24 kwietnia, 10 maja, 23 maja, 5 czerwca), to widać wyraźnie, że akcja usuwania ks. Kneblewskiego z urzędu zbiegła się w czasie ze zmasowanym atakiem na Kościół pod pretekstem walki z pedofilią, a sam bp Tyrawa był jednym z negatywnych bohaterów filmu braci Sekielskich. Jego konto ma obciążać tuszowanie głośnego przypadku ks. Pawła Kani, który już po postawieniu mu zarzutów został przeniesiony do diecezji bydgoskiej, gdzie wciąż mógł pracować z dziećmi i młodzieżą (został odsunięty dopiero po uprawomocnieniu się wyroku). Po ujawnieniu sprawy posypały się wezwania do ustąpienia bp. Tyrawy ze stolicy biskupiej. Jest jednak coś jeszcze – nader „zażyła” znajomość z pewnym młodym człowiekiem (datująca się od czasów gimnazjalnych tegoż młodzieńca), którego bp Tyrawa osobiście rekomendował do częstochowskiego seminarium (został wyrzucony już po trzech miesiącach), a który dziś jest bywalcem gej-parad, gdzie lansuje się w peruce i makijażu. Spytajmy zatem wprost – czy na bp. Tyrawę są obyczajowe „haki”, które teraz uruchomiono? Czyżby biskup nagłym ruchem w sprawie ks. Kneblewskiego chciał odwrócić od siebie uwagę? Liczy, że dzięki tej „zasłudze” będzie miał spokój? Błąd. Oni nie dadzą mu spokoju, wręcz przeciwnie – swą uległością bydgoski biskup jedynie rozzuchwala wrogów Kościoła do kolejnych ataków.

Zakończę ogólnym apelem do hierarchów: jeżeli którykolwiek nie ma czystego sumienia, jeżeli na kogokolwiek istnieją „haki” - niech ustąpi. Będzie to z pewnością z mniejszą szkodą dla Kościoła, niż trwanie w zakłamaniu i wystawianie się na szantaż wojującego lewactwa. Tym bardziej, że jak pokazuje przykład ks. Kneblewskiego, ofiarą padają tu uczciwi kapłani, którzy nigdy nie zboczyli z właściwej drogi.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Księża nie klękali przed komunistami...

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!

Ten okropny nacjonalizm...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (21-27.06.2019)

sobota, 20 stycznia 2018

Ręce precz od narodowców!

Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.

I. Nagonka na narodowców

Wszystko zaczęło się od ostatniego Marszu Niepodległości, który jak co roku przeszedł ulicami Warszawy. Jak pamiętamy, wśród ponad 60 tys. uczestników znalazło się kilka bliżej niezidentyfikowanych grupek, które przyniosły ze sobą prowokacyjne transparenty typu „Europa będzie biała, albo bezludna” czy „Wszyscy różni, wszyscy biali”. Oliwy do ognia dolał rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej, który wdał się w idiotyczne dywagacje na temat „separatyzmu rasowego”. Przesłanie tego typu jest oczywiście sprzeczne z polską tradycją narodową - dla przedwojennych przedstawicieli obozu narodowego liczył się bowiem głównie aspekt tożsamościowy i cywilizacyjno-kulturowy: czujesz się Polakiem, częścią naszej wspólnoty, tradycji, chcesz pracować dla dobra Polski – jesteś „nasz”, a pochodzenie etniczne ma znaczenie drugorzędne. Dlatego właśnie wśród narodowców można było znaleźć zasymilowanych Niemców, Żydów, Tatarów... O jawnie fałszywej alternatywie Europy „białej” albo „bezludnej” w ogóle szkoda gadać, ciekawe jaki mędrzec/prowokator ukuł ten wiekopomny slogan.

Powyższe potwierdzili również w specjalnym oświadczeniu przedstawiciele organizacji narodowych – Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Obozu Narodowo-Radykalnego, odcinając się od ideologii rasistowskich i postaw szowinistycznych, podkreślając natomiast wagę wspomnianego czynnika tożsamościowego. Nic to nie dało – wokół Marszu rozpętano medialno-polityczną histerię, która swym zasięgiem wylała się poza granice Polski. Zbitkę o „60 tys. faszystów” na ulicach Warszawy powtarzano we wszelkich możliwych konfiguracjach, przechodząc do porządku dziennego zarówno nad stanowiskiem organizatorów, jak i nad tym, że rzecznik MW po swoim niefortunnym wystąpieniu został ekspresowo odsunięty od pełnienia funkcji.

Pół biedy, jeśli wrzask wydobywał się z gardzieli „totalnej opozycji” i lewackich mediów – tu po pierwsze, nie można się było spodziewać niczego innego, po drugie – pojawiły się wręcz elementy humorystyczne („kulson-gate”). Marsz Niepodległości od swego zarania, gdy był jeszcze niszową imprezą narodowców, wywoływał wściekłość kosmopolitycznej lewicy, która nota bene nagłośnionymi medialnie „gwizdkami Blumsztajna”, próbami blokad i zapraszaniem bandziorów z Antify walnie przyczyniła się do sukcesu inicjatywy i zmiany jej statusu z wydarzenia środowiskowego na największą demonstrację patriotyczną w Polsce. Gorzej, że odciąć się, potępić i napiętnować rzekomy „faszyzm” uznali za stosowne także prominentni przedstawiciele obozu „dobrej zmiany” - i to, jak wiele wskazuje, pod naciskiem środowisk żydowskich, o czym szerzej za chwilę.


II. Małostkowa „dobra zmiana”

Taka postawa to tchórzliwa głupota i skrajna nielojalność wobec setek tysięcy uczestników Marszu biorących w nim udział na przestrzeni ostatnich lat. Marsz Niepodległości nie jest bowiem wyłącznie imprezą narodowców. Idą w nim także m.in. zwolennicy PiS i szerzej – wszyscy ci, którzy w Święto Niepodległości chcą zamanifestować swój patriotyzm. To oni w znacznej mierze sprawili, że podczas rządów PO obóz niepodległościowy nie „wymarł jak dinozaury”, a postawy patriotyczne upowszechniły się w młodym pokoleniu Polaków. To oni dawali świadectwo – przychodząc bez względu na liczne prowokacje, często ryzykując spałowanie, areszt i procesy sądowe. To oni wreszcie, nadstawiając karku, w ostatecznym rozrachunku utorowali PiS-owi drogę do władzy. W podzięce usłyszeli, że są „faszystami”, bo PiS przestraszyło się przyklejanej mu przez media łatki „nacjonalistów”.

Ów strach przed „obciążeniem wizerunkowym” przebija również z wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, który jeszcze niedawno wysyłał do uczestników Marszu wzniosłe listy, a dziś na wyprzódki odżegnuje się od „chorobliwego nacjonalizmu” - z pełną świadomością, że rasistowskie poglądy są na Marszu (i szerzej – w Polsce) absolutnym marginesem marginesu. Nawiasem, wygląda na to, że prezydent w ten sposób skorzystał z okazji, by usprawiedliwić ex post brak zaproszenia dla przedstawicieli środowisk narodowych do honorowego komitetu upamiętniającego 100-lecie odzyskania niepodległości.

Sprawy jednak zaszły dalej, niż małostkowy koniunkturalizm jednego czy drugiego polityka. Do gry wkroczyła bowiem prokuratura, która wszczęła postępowanie dotyczące wykreślenia z rejestru stowarzyszeń Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, o czym poinformował sam zastępca Prokuratora Generalnego Robert Hernand. Jeżeli rzecz się oparła o taki szczebel, to raczej wykluczone, by odbyło się to bez błogosławieństwa z samej góry.

I tu warto się na chwilę zatrzymać nad pewną koincydencją. Oto wkrótce po Marszu Niepodległości (17 listopada) doszło do spotkania przedstawicieli środowisk żydowskich (w tym naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha i przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP Lesława Piszewskiego) z Jarosławem Kaczyńskim, podczas którego jednym z głównym tematów był Marsz oraz rzekomo narastający antysemityzm. Jarosław Kaczyński był ponoć „zszokowany”, a wkrótce potem prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie...


III. Żydowski kompleks prawicy

Swoje dołożyła również wiceminister kultury dr Magdalena Gawin, zgłaszając postulat delegalizacji ONR. Znamienna jest przy tym okazja, przy jakiej doszło do tej deklaracji. Otóż stało się to podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce” (5 grudnia 2017) zorganizowanej przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami i polski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC). Otwarcie środkowoeuropejskiego biura AJC w Warszawie (w obecności ambasadora USA Paula W. Jonesa) było w marcu 2017 uroczyście fetowane przez przedstawicieli polskiego rządu, zaś prezydent Duda przygotował na tę okazję wylewny list powitalny. Ze swojej strony przedstawiciele AJC zapowiedzieli „walkę z ekstremizmem” oraz ma się rozumieć „antysemityzmem”. Z kolei Centrum Badań nad Uprzedzeniami to jawnie lewacka, ideologiczna jaczejka funkcjonująca na Uniwersytecie Warszawskim, zajmująca się diagnozowaniem ludności tubylczej pod kątem „nietolerancji” i „ksenofobii”. I w takich oto uroczych okolicznościach przyrody pani wiceminister, przez nikogo nie wywoływana do tablicy, poczuła się w obowiązku oznajmić, iż ONR powinien zostać zdelegalizowany, jako że jego działalność ma być „sprzeczna z konstytucją”. Zastanawiająca gorliwość, sprawiająca wręcz wrażenie dość żałosnego „pucowania się” z domniemanego zarzutu „faszyzmu”.

Osobnym wątkiem w tej historii jest aktywność „przyjaciela Polski” - niejakiego Jonny Danielsa, który po Marszu Niepodległości złożył do prokuratury zawiadomienie o „propagowaniu nienawiści i dyskryminacji” (zasłynął też wezwaniem do wyeliminowania z życia publicznego Grzegorz Brauna). Człowiek ten, robiący od pewnego czasu furorę na prawicowych salonach władzy i okolic, dał się poznać jako szef fundacji „From the Depths” będącej głównym organizatorem bezprecedensowej wyjazdowej sesji Knesetu w Auschwitz 27 stycznia 2014 r. Obecnie zaś ów piarowiec-lobbysta i były sierżant sztabowy izraelskich sił specjalnych robi za głównego łącznika między Izraelem i środowiskami żydowskimi, a Polską. Coś niebywałego – przybywa tu, ot tak sobie, ktoś kreujący się na swoistego następcę Szewacha Weissa (Weiss jest zresztą w radzie honorowej „From the Depths”) i z miejsca otwierają się przed nim wszystkie drzwi zarówno poprzedniej, jak i obecnej władzy. Powiedzmy więc wprost: jest to najpewniej agent wpływu od którego na kilometr czuć Mossadem, jego prawdziwe cele mogą być zgoła odmienne od deklarowanych - a polskie władze odprawiają wokół niego jakieś żenujące tańce, zaś prawicowa publika robi mu klakę tylko dlatego, że nie lubi go żydowska lewica od Hartmana i B'nai B'rith. Co więcej, ten „ktoś” bez cienia żenady zabiera się za orzekanie komu wolno działać w polskiej przestrzeni publicznej – i polskie elity patriotyczne przyjmują to z pełnym zrozumieniem.

Ów specyficzny „żydowski kompleks” polskiej inteligencji – również tej prawicowej i patriotycznej – jak ognia wystrzegającej się choćby cienia podejrzeń o antysemityzm, jest zaiste fenomenem godnym osobnych rozbiorów. W każdym razie, widoczny efekt jest taki, że prawicowe elity stają się zakładnikami różnych żydowskich uroszczeń, choćby w polityce historycznej, czy – jak w omawianym przypadku - dołączają do nagonki na legalnie działających narodowców. Nie dziwi więc, że posłowie Tomasz Rzymkowski, Bartosz Jóźwiak i Robert Winnicki zgłosili do ministra Glińskiego oficjalne zapytanie, czy polski rząd nadal podejmuje za pośrednictwem swoich służb działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym i czy faktycznie zamierza je zdelegalizować. Ja ze swej strony dodam: łapy precz! Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie swoje obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

… i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

piątek, 19 maja 2017

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!

Pamiętajmy, że dopiero nacjonalizm wypełnia patriotyczne uczucia realną treścią. A zatem – nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!


I. Milczenie na żądanie „Wyborczej”

Kiedy pisałem zeszłotygodniowy tekst do „Polski Niepodległej” („Ten okropny nacjonalizm”) w którym krytycznie odnosiłem się do fragmentów pisma Konferencji Episkopatu Polski „Chrześcijański kształt patriotyzmu” dotyczących nacjonalizmu, jeszcze nie byłem świadom, że niemal dokładnie w tym samym czasie bydgoski ordynariusz ks. bp Jan Tyrawa nałożył na publikującego również w naszym tygodniku ks. prałata Romana Kneblewskiego zakaz wypowiadania się na tematy polityczne. Wprawdzie ks. Kneblewski nie mówił publicznie niczego, co stałoby w sprzeczności z nauką Kościoła, ale wystarczyło, że jego działalność nie podoba się „Wyborczej”, by ks. biskup (jak mniemam kierując się kultem tzw. Świętego Spokoju) postanowił częściowo uciszyć niewygodnego kapłana.

Decyzję bp. Tyrawy poprzedził goebbelsowski paszkwil wysmarowany w bydgoskiej mutacji „GW” przez niejakiego Marcina Kowalskiego, widniejący w internecie pod nagłówkiem „Ks. Kneblewski chciał mieć troje dzieci. Portret kapelana radykałów”. Już za sam tytuł redakcja może być mocnym kandydatem do dziennikarskiej „Hieny Roku” - bo ilu ludziom zechce się doczytać, iż marzenie o dzieciach i rodzinie towarzyszyło ks. Kneblewskiemu zanim jeszcze poczuł powołanie i wstąpił do seminarium? W umyśle przeciętnego odbiorcy zostanie godna Urbanowego „NIE” zbitka „ksiądz – troje dzieci”. Zresztą, sam tekst nie odstaje stylistyką od jątrzącego tytułu – ks. Kneblewski nazywany w nim jest „ikoną i kapelanem dla środowiska neofaszystów” (samo to kwalifikuje się na proces), ma rzekomo stać „w jednym szeregu” z Jackiem Międlarem i Piotrem Natankiem (oczywiste oszczerstwo, bo w przeciwieństwie do wymienionych ks. Kneblewski dochowuje posłuszeństwa Kościołowi), jest też o „neofaszystowskiej hordzie z Obozu Narodowo-Radykalnego i Narodowego Odrodzenia Polski”. Ale dość o tym, bo nie piszę tego tekstu, by epatować Czytelników szambem. Rzecz w tym, że podobne ataki ze strony Czerskiej i środowisk lewackich przypuszczane są na ks. Kneblewskiego regularnie i od dłuższego czasu. W końcu, wrogowie Kościoła, przynajmniej częściowo, dopięli swego.

Na marginesie – ks. Kneblewski wciąż może wypowiadać się na tematy religijne, duchowe. I tu pytanie: jeśli w kazaniu przypomni, jak to już czynił wcześniej, o „ordo caritatis” (porządku miłosierdzia), który nakazuje miłosierdzie uporządkowane, poczynając od własnej rodziny i najbliższego otoczenia, poprzez naród i braci w wierze, a dopiero później całą resztę – czy zostanie to potraktowane jako wypowiedź o charakterze duchowym, czy politycznym? I jak w ogóle uczciwie rozdzielić politykę od wymiaru moralnego zasadzającego się na Dekalogu i nauce Kościoła? A może zwierzchnicy odwołają się do definicji najprostszej i przyjmą, że „mieszanie się do polityki” występuje wówczas, gdy nie jest po linii michnikowszczyzny? Bo tak się składa, że inni, „postępowi” kapłani, mogą się na tematy polityczne wypowiadać skolko ugodno i bez żadnych konsekwencji. Znamy ten zastęp dyżurnych rozpolitykowanych czcicieli postępu z łamów „Wyborczej” i TVN-u, nie będę więc ich tutaj dodatkowo honorował wymienianiem z nazwiska. W każdym razie – im wolno...


II. Kapitulanctwo Kościoła

Ta podwójna miara wręcz bije po oczach. To aż niewiarygodne, że przeżywająca swój schyłek, odnotowująca nieustanny spadek sprzedaży lewacka gazetka jest w stanie dyktować politykę personalną Kościołowi. Można odnieść wręcz wrażenie, że część hierarchów wciąż ma w świadomości okres potęgi organu Michnika i nadal kuli się w sobie, niczym pod spojrzeniem węża, gdy tylko z tamtej strony dobiegnie jadowity syk. Tylko, przypomnę, Kościół nie jest od tego, by chować się na widok węża we własne buty, lecz by zmiażdżyć jego plugawy łeb. I tak właśnie postępuje ks. prałat Roman Kneblewski, pozostając zawsze – co koniecznie trzeba podkreślić – w zgodzie z dyscypliną i katolicką ortodoksją, z czym w przypadku księży-postępowców bywa różnie, o czym może się łatwo przekonać każdy, kto sięgnie po „Tygodnik Powszechny”. Odnotujmy jeszcze, że stosunkowo niedawno ks. Kneblewski padł ofiarą innej, groteskowej wręcz akcji działającego przy „Teatrze TrzyRzecze” Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych (kierowanego przez malwersanta z wyrokami, Rafała Gawła), który wysmażył na kapłana... donos do Watykanu (poszło o kazanie o muzułmańskich imigrantach). Defraudant i antykatolicka „Wyborcza” - to mają być siły, przed którymi kuli się polski Kościół? Ten sam, który nie ugiął się przed zaborcami i komuną, zapisując piękną kartę w naszej historii?

Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, iż ks. Kneblewski zapowiedział, że podporządkuje się nakazowi biskupa Tyrawy. Tu widać dojrzałość i kapłańskie uformowanie. Tego zabrakło niestety młodemu księdzu Jackowi Międlarowi, o którym również pisałem na tych łamach w artykule „Sprawa ks. Międlara” - on w pewnym momencie niefortunnie się zagubił, lecz do owego zagubienia walnie przyczyniła się małoduszna postawa jego przełożonych, którzy woleli skapitulować przed uroszczeniami lewactwa, niż ratować powołanie swego podopiecznego.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że mamy tu do czynienia z konsekwentnie prowadzoną akcją dyskredytowania w oczach Kościoła i ogółu wiernych środowisk narodowych oraz samej idei nacjonalizmu. Narodowcy mają zostać pozbawieni swoich duszpasterzy („Wyborcza” atakuje również np. podprzeora klasztoru jasnogórskiego, o. Jana Poteralskiego za przychylne przywitanie pielgrzymki narodowców), napiętnowani jako heretycy i odszczepieńcy, a w konsekwencji symbolicznie usytuowani poza wspólnotą – na co zwracałem uwagę w felietonie dla „Warszawskiej Gazety” pt. „Lewactwo bierze się za ks. Kneblewskiego” a propos wspomnianej już akcji Rafała Gawła (przepraszam, ale na poruszany tu temat pisywałem już kilkukrotnie i trudno mi nie odnieść się teraz do wcześniejszych tekstów). Nie pozwólmy na to. W internecie na stronie http://www.citizengo.org/pl znajduje się petycja do bp. Jana TyrawyWyrażam poparcie dla Ks. Prałata Romana Kneblewskiego!”. Czytamy w niej m.in. „Każdy kompromis i ustępstwo wobec ludzi pozbawionych wiary, moralności katolickiej, nie spowoduje uniknięcia prześladowań ale da im kolejne przyczółki. Każdy kompromis pozbawia nas naszej prawdy, która stanowi nas Polakami i Katolikami i daje moc złym ludziom krępować nasze dusze siecią nowych więzów. Zakaz mówienia o czymkolwiek, dany Kapłanowi, jest rezygnacją z głoszenia Ewangelii Chrystusa, która musi być przekładana na język życia prywatnego, społecznego, politycznego... jeśli tak nie jest, Kościół przestaje pełnić swoja rolę Matki i Wychowawczyni dusz, bo każda z tych wymienionych sfer domaga się zakorzenienia w prawie Chrystusa”. Zachęcam do podpisywania.


III. Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!

No i wreszcie aspekt ostatni. Trudno nie zauważyć, iż „uciszenie” ks. Romana Kneblewskiego zbiegło się w czasie z dokumentem „Chrześcijański kształt patriotyzmu”, z którego najbardziej ucieszyły się środowiska wrogie Polsce i Kościołowi. Pisząc przed tygodniem, iż list KEP stanie się dla lewaków pałką do walenia w polityczno-ideowych przeciwników oraz narzędziem presji wywieranej na Kościół, nie spodziewałem się, że wydarzenia nabiorą aż tak błyskawicznego tempa. Na ów tekst nie omieszkała się również powołać w przytaczanym na wstępie paszkwilu bydgoska „Wyborcza” - z wiadomym skutkiem. Nigdy więc dość powtarzania za księdzem prałatem – patriotyzm to umiłowanie ojczyzny, nacjonalizm zaś jest umiłowaniem narodu. Nie dopuśćmy, by utożsamiano nacjonalizm z szowinizmem, co niestety stało się udziałem autorów dokumentu.

A autorzy są, powiedziałbym, dość szczególni. Przewodniczącym Rady ds. Społecznych, która sygnuje pismo jest metropolita wrocławski abp. Józef Kupny – ten sam, który na gwizdek „Wyborczej” nałożył sankcje na ks. Międlara, rozpoczynając proces „wypychania” go z kapłaństwa. Natomiast członkiem Rady jest m.in. biskup Jan Tyrawa, który właśnie „zakneblował” ks. Kneblewskiego... Przypomnijmy więc dostojnym hierarchom przytoczone w specjalnym oświadczeniu liderów środowisk narodowych słowa Prymasa Tysiąclecia, Stefana Kardynała Wyszyńskiego: „Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu”.

Wystarczy zresztą chwilę się zastanowić nad wzajemną relacją patriotyzmu i nacjonalizmu – czym jest patriotyzm bez miłości do własnego narodu i tego co narodowe? Sentymentalnym wzruszeniem na widok wierzb, kibicowaniem sportowcom, słuchaniem mazurków Chopina, ckliwą łezką na widok flagi? Gołym okiem widać, że patriotyzm pozbawiony pierwiastka narodowego jest niepełny, staje się pustą wydmuszką. Że taki powierzchowny „patriotyzm bezobjawowy” jest celem lewaków - nie dziwi. Ale my pamiętajmy, że dopiero nacjonalizm wypełnia patriotyczne uczucia realną treścią. A zatem – nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (17-23.05.2017)

piątek, 12 maja 2017

Ten okropny nacjonalizm...

Odnoszę wrażenie, że nasi biskupi podnosząc nacjonalistyczne „zagrożenia” strzelają w próżnię - walczą z problemem, którego nie ma.


I. Patriotyzm – nacjonalizm - szowinizm

Dokument Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu” wywołał dość szeroki odzew - z tym, że raczej w środowiskach nie słynących ze zbyt żarliwego patriotyzmu, z „Gazetą Wyborczą” i okolicami na czele. Już samo to powinno dać do myślenia jego autorom, podobnie jak linia interpretacyjna środowisk lewicowych polegająca na starannym wyłuskaniu kilku fragmentów, by następnie użyć ich w charakterze bata na prawicę. Ponieważ w przeciwieństwie do wielu komentatorów ja akurat zadałem sobie trud, by ów list Episkopatu przeczytać w całości (dostępny jest na stronach KEP), mogę stwierdzić, że pod 90-95 proc. jego treści mógłby się podpisać każdy polski patriota. Łyżką dziegciu jest właśnie owe kilka procent z lubością eksploatowane przez akolitów sekty z Czerskiej, kiedy to biskupi zaczynają mówić o nacjonalizmie, przeciwstawiając go patriotyzmowi.

Otóż owo przeciwstawienie jest z gruntu fałszywe i wynika z pomieszania pojęć. Bardzo ładnie ujął to ks. Roman Kneblewski (swoją drogą, jeden z ulubionych celów nagonek „Wyborczej”) mówiąc, iż patriotyzm jest umiłowaniem ojczyzny, zaś nacjonalizm – umiłowaniem swojego narodu. Są to zatem dwie uzupełniające się cnoty, zasadzające się na chrześcijańskiej miłości. Czym innym jest natomiast szowinizm – czyli nienawiść do innych narodów i dążenie do ich zniszczenia, tak by zwiększyć tym samym „szanse życiowe” własnej nacji. Szowinizm w oczywisty sposób jest ideologią z piekła rodem, czego zresztą doświadczyliśmy na własnej skórze. Tymczasem polscy hierarchowie zdają się uporczywie nie dostrzegać tego elementarnego rozróżnienia, utożsamiając nacjonalizm z szowinizmem właśnie. Najdalej swojego czasu posunął się ks. prymas Wojciech Polak nazywając nacjonalizm „herezją”. I tym tropem poszli biskupi w omawianym tu piśmie, dając lewactwu powód do nieskrywanej satysfakcji.


II. Salwy w próżnię

Pierwszy błąd polega na zrównaniu destrukcyjnego, egoistycznego indywidualizmu prowadzącego do atomizacji społeczeństwa z nacjonalizmem rozumianym jako narodowy egoizm, zamykający się jakoby na inne wspólnoty. Nic z tych rzeczy – nacjonalizm bowiem w pełni wpisuje się w „ordo caritatis”, czyli porządek miłosierdzia. W analizowanym tu kontekście oznacza on tyle, że najpierw naszym obowiązkiem jest zadbanie o własny naród, jego dobro i pomyślność, a dopiero w dalszej kolejności o inne narody, jeśli te akurat potrzebują naszej pomocy. W takiej postawie nie ma nic niechrześcijańskiego.

Drugi błąd zawiera się w stwierdzeniu: „za niedopuszczalne i bałwochwalcze uznać należy wszelkie próby podnoszenia własnego narodu do rangi absolutu, czy też szukanie chrześcijańskiego uzasadnienia dla szerzenia narodowych konfliktów i waśni”. Pełna zgoda, z jednym zastrzeżeniem – to „podnoszenie do rangi absolutu” (czyli stawianie narodu w miejsce Boga) nigdy nie było cechą polskiego nacjonalizmu. Przeciwnie, polski nacjonalizm historycznie zawsze był wierny Kościołowi. Nawet Dmowski, który przez większość życia był osobą indyferentną religijnie, doceniał wagę katolicyzmu i jego rolę cywilizacyjną w kształtowaniu narodowego bytu. Natomiast z „deifikacją” narodu mieliśmy do czynienia w nazistowskich Niemczech, co przejawiało się m.in. w promowaniu „prawdziwie narodowych” starogermańskich kultów. Zatem na dobrą sprawę można by przewrotnie przyjąć, iż omawiany cytat jest pryncypialną krytyką niemieckiego szowinizmu - bardzo zresztą słuszną i na czasie, bo faktycznie Niemcy ostatnio rozpychają się w Europie i starają się przekształcić Unię Europejską w IV Rzeszę. Dodajmy – antychrześcijańską i nihilistyczną.

Poważniejąc – owszem, przedstawianie narodu jako najwyższego absolutu to bluźnierstwo i herezja. Tyle, że polscy narodowcy (może poza skrajnym marginesem) niczego podobnego nie robią.

Nieco dalej autorzy dokumentu powołują się na wystąpienie Św. Jana Pawła II na forum ONZ w 1995r., w którym stwierdził, iż „należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny”. Ów „szaleńczy nacjonalizm” to nic innego, jak wspomniany wyżej szowinizm. Różnicę między nacjonalizmem a szowinizmem już sobie wyjaśniliśmy.

W kolejnej części dokumentu hierarchowie podnoszą otwarty i inkluzywny charakter polskiego patriotyzmu, zwracając uwagę, iż Polsce przez stulecia dobrze służyli mieszkający tu przedstawiciele innych narodowości i wyznań. I znów – przecież polscy narodowcy wcale się od tej spuścizny nie odżegnują. Gdy jacyś wandale/prowokatorzy zbezcześcili tatarski meczet i cmentarz w Kruszynianach, spotkało się to z jednoznacznym potępieniem Ruchu Narodowego i ONR-u („Nie znajdujemy słów na potępienie tych skandalicznych uczynków skierowanych przeciwko polskim Tatarom, których historia tak ściśle związała z naszą wspólną Ojczyzną, że stali się integralną częścią Narodu Polskiego”). Podobnie rzecz się miała w przypadku dewastacji meczetu w Poznaniu, na co stanowczo zareagowała Młodzież Wszechpolska („Sprzeciwiamy się prymitywnemu szowinizmowi, wymierzonemu tym razem przeciwko środowisku muzułmanów w Poznaniu”). Inna sprawa, że wielokulturowa Rzeczpospolita była pokłosiem unii z Wielkim Księstwem Litewskim – organizmem powstałym w określonych warunkach historycznych. Notabene, górne warstwy społeczne Wielkiego Księstwa w naturalny sposób uległy szybkiej polonizacji, bo ówczesna Polska stanowiła dla nich atrakcyjny model cywilizacyjno-kulturowy. Obecnie, gdy nie ze swojej winy staliśmy się państwem monoetnicznym, robienie u nas na siłę jakiegoś kulturowego tygla byłoby zabiegiem sztucznym, z dziedziny inżynierii społecznej. Czym to skutkuje, widzimy na przykładzie Zachodu.


III. Oręż dla lewaków

Generalnie, odnoszę wrażenie, że nasi biskupi podnosząc nacjonalistyczne „zagrożenia” strzelają w próżnię - walczą z problemem, którego nie ma. Wygląda to tak, jakby Episkopat doznał zbiorowej pomroczności jasnej i recenzował rzeczywistość istniejącą wyłącznie na łamach „Wyborczej” i podobnych mediów. Nic więc dziwnego, że właśnie stamtąd dobiegły najgłośniejsze odgłosy dzikiej radochy – bo też lewacy dostali do ręki wymarzoną pałę do walenia po głowach swoich polityczno-ideowych przeciwników. Już teraz na bazie dokumentu padają nawoływania do przyjmowania „nachodźców”. Zarazem list KEP niejako stawia poza marginesem środowiska narodowe, wpychając je tym samym w objęcia różnych samozwańczych kaznodziejów. Dokument będzie dla michnikowszczyzny znakomitym narzędziem w zwalczaniu sympatyzujących z narodowcami kapłanów, których „Wyborcza” ma nieustannie na celowniku i nie ustaje w płodzeniu donosów do ich kościelnych zwierzchników - tak zniszczono Międlara (skutecznie) i próbowano zniszczyć ks. Kneblewskiego (póki co, nieskutecznie). Teraz ten proceder wywierania presji na kościelnych organach jeszcze się wzmoże - i za każdym razem donos będzie połączony z wymachiwaniem tym nieszczęsnym pismem.

Podam kilka przykładów reakcji ze stron „GW”. Postępowy ks. Alfred Wierzbicki postuluje, by Episkopat poszedł za ciosem i opublikował list o naszej obecności w UE i „europejskim patriotyzmie”. Przepraszam - czy chodzi o tę Unię, która nie chce słyszeć o chrześcijańskich korzeniach Europy i odcina się tym samym od własnych ojców-założycieli - niemieckich i francuskich chadeków? Przypomnę, działających w czasach, kiedy termin „chrześcijańska demokracja” faktycznie coś oznaczał.

Gazetowyborczy „pan od religii” Wilgocki Michał z kolei gardłuje o burdzie w Ełku pod kebabem oraz spalonej we Wrocławiu kukle Żyda - i jak bardzo w związku z tym ów list jest potrzebny. Tą kukłą będą nas straszyli, mam wrażenie, do końca świata. Rację miał Robert Winnicki stwierdzając, że ten wybryk dał paliwo „Gazecie Wyborczej” na najbliższe 10 lat - i tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że ten cały Rybak był nasłanym prowokatorem pokroju słynnego „Andrzeja spod krzyża”.

Natomiast Zuzanna Radzik idzie dalej i sarka, że dokument jest za mało konkretny, że biskupi stanęli bezpiecznie z boku i nie napiętnowali konkretnych przypadków nacjonalizmu. Słowem, daj palec, wezmą rękę. I ta ręka będzie szarpana, nie miejmy złudzeń. Takie będą efekty listu biskupów – niezależnie od ich intencji. Już teraz widać w jakim kierunku pójdzie medialna interpretacja i do czego będzie służyła lewackim ośrodkom propagandowym.

Szczerze mówiąc, aż głupio mi zwracać uwagę na takie – zdawałoby się – oczywistości. Nie sposób jednak pozostawić dokumentu KEP bez komentarza w sytuacji, gdy funkcję recenzenta Kościoła zarezerwowała dla siebie michnikowszczyzna, która korzysta z tego samozwańczego przywileju pełnymi garściami – jak widać, skutecznie. Z tonu wypowiedzi czerskich jednoznacznie wynika, iż list KEP potraktowali jako swój sukces - trudno się więc dziwić, ich ekstatycznej drżączce. Lada chwila zaczną mówić językami...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-16.05.2017)