Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Engelking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Engelking. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 maja 2019

Pod-Grzybki 161

Na początek dobra wiadomość. Gejowska organizacja ILGA opublikowała ranking krajów UE sklasyfikowanych pod kątem promowania dewiacji. Polska (z wynikiem 18 pkt. na 100, wg zasady - im mniej punktów, tym lepiej) po raz drugi z rzędu zanotowała drugą pozycję wśród najbardziej „homofobicznych” państw, ustępując jedynie Łotwie. Srebrny medal cieszy, jednak nie wolno spocząć na laurach – zróbmy wszystko, by za rok sięgnąć wreszcie po złoto!


*

Widzieli kiedyś Państwo mandryla? To jest taka małpa z tyłkiem w kolorach tęczy. Przyszło mi do głowy, że nadaje się idealnie na symbol LGBTQWERTY obnoszony na gej-paradach - pasowałaby do tego towarzystwa jak ulał. Reszta lewaków może demonstrować pod sztandarami z tyłkiem pawiana. Bo czerwony.


*

Na gali 30-lecia „Wyborczej” Barbara Engelking zaliczyła „freudowskie przejęzyczenie”, nazywając „Gazetę Wyborczą” „gazetą żydowską” - zapominając jednak dodać, wzorem Stanisława Michalkiewicza, iż jest to „żydowska gazeta dla Polaków”. Ale najciekawsze nastąpiło później: otóż Engelking wytłumaczyła, iż to dlatego, że przyszła jej na myśl „Gazeta Żydowska” - pismo dla Żydów wydawane podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie. Czy ja dobrze zrozumiałem, że Barbara Engelking przyrównała organ Michnika do okupacyjnej, żydowskiej gadzinówki? Uuu... grubo... ja tu widzę niezły antysemityzm!


*

Wstajemy z kolan. Znowu. Premier Morawiecki i prezes Kaczyński poodgrażali się trochę Żydom w sprawie roszczeń majątkowych, po czym tradycyjnie przestraszyli się własnej odwagi i zdjęli z porządku obrad Sejmu projekt Kukiz'15 sprzeciwiający się „ustawie 447”. Tym samym zachowali godną podziwu konsekwencję w wykonywaniu swojego ulubionego układu gimnastycznego: powstań – padnij, powstań – padnij – i tak w kółko. Słowem - stary, dobry PiS...


*

A tymczasem grupa amerykańskich kongresmanów zgłosiła postulat, by budowa „Fortu Trump” została uzależniona od spełnienia żydowskich roszczeń restytucyjnych. Wychodziłoby zatem, że za amerykańską bazę zapłacimy dwa razy – najpierw Amerykanom (bo zadeklarowaliśmy już chęć współfinansowania budowy), a potem, wielokrotnie więcej - Żydom. I tak oto, zamiast „Fortu Trump” będziemy mieli „Fort Netanjahu”.


*

A propos „ustawy 447”. Czy zastanawialiście się Państwo, dlaczego w latach 90-tych organizacje „holocaust industry” żądały od nas 60-65 mld. USD, a teraz już 300-330 mld.? Czyżby w międzyczasie przedwojenny majątek polskich Żydów uległ cudownemu rozmnożeniu? Moim zdaniem, wyjaśnienia są dwa: albo naliczyli nam karne odsetki, albo na przestrzeni tego okresu dolar uległ... pięciokrotnej dewaluacji! Ostatecznie, ci którzy wysuwają żądania restytucyjne najlepiej znają realną wartość amerykańskiej waluty – w końcu, sami ją „wypłukują z powietrza”, więc nie zadowolą się byle wydmuszkami i uaktualniają wartość roszczeń na bieżąco. Swoją drogą, chciałbym mieć podgląd na ten licznik – robiłbym wtedy na giełdzie geszefty lepsze od Sorosa!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (24-30.05.2019)

sobota, 13 kwietnia 2019

Nowa szkoła antypolonizmu

Nowa polska szkoła historii Holocaustu” to kolejna odsłona wojny o pamięć, w której jedyną ofiarą mają być Żydzi, zaś dla Polaków zarezerwowana jest rola współsprawców ludobójstwa.


I. Stara szkoła antypolskiej hagady

W ostatnich tygodniach objawił się nam dość pokraczny twór, nazwany przez jego animatorów „Nową polską szkołą historii Holocaustu”. Już w samej nazwie kryje się fałsz, bowiem nie jest to ani „szkoła”, ani „nowa”, ani „polska” i nade wszystko - nie zajmuje się badaniem historii w klasycznym, naukowym znaczeniu. Jedynym prawdziwym członem nazwy jest holocaust, na którym żerują autorzy, traktując jednak ludobójstwo w wielce specyficzny sposób – jako pokarm dla swoich antypolskich obsesji.

Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Otóż dotychczasowy dorobek „szkoły” nie przynosi żadnych przełomowych odkryć – jest to raczej zbiór znanych od dziesięcioleci polakożerczych sloganów i klisz, sprowadzających się do imputowania nam czynnego współudziału w zagładzie Żydów. Wedle tej narracji, Polacy to ciemna, zindoktrynowana przez Kościół antysemicka tłuszcza, która, gdy tylko nadarzyła się okazja, rzuciła się mordować Żydów. Co za tym idzie, podczas okupacji powszechnym zjawiskiem miało być wydawanie i zabijanie Żydów, urządzanie pogromów i szmalcownictwo, zaś przypadki ratowania to wyjątki na tyle nieliczne, że wręcz nieistotne w porównaniu do masowych, antyżydowskich postaw. Widzimy więc, że nie ma tu nic nowego – z podobnymi antypolskimi stereotypami w kontekście niemieckiej okupacji i holocaustu mamy do czynienia od dawna. Cały wysiłek „badawczy” akolitów owej „szkoły” skupia się jedynie na „udowadnianiu” założonych z góry tez za pomocą wybiórczego, manipulatorskiego traktowania materiałów źródłowych, a niekiedy wręcz preparowania zwyczajnych kłamstw. Nie jest to zatem żadna szkoła historyczna, tylko podszywający się pod takową kolejny ośrodek antypolskiej propagandy.

Wreszcie, trudno tu mówić o jej „polskim” charakterze, bowiem gros jej przedstawicieli jest Polakami co najwyżej formalnie, z obywatelstwa. Cała ich postawa świadczy o tym, że polskości serdecznie nienawidzą, mają ją w głębokiej pogardzie, nie utożsamiają się z polskim narodem, a formułując wobec Polaków zarzuty kolaboracji z „nazistami” i współudziału w zagładzie ewidentnie biją się w cudze piersi. Wystarczy zresztą ich posłuchać – mówiąc o rzekomych polskich zbrodniach nigdy nie formułują zarzutów w pierwszej osobie. Nie mówią - „myśmy to zrobili”, „to nasza wina”. Każdorazowo oskarżenia podawane są w osobie trzeciej – to „Polacy mordowali”, „polscy chłopi dokonali pogromu”, „rabowali” itd. Widać wyraźnie, że Polacy to dla nich ciało obce – nie poczuwają się do jakiejkolwiek wspólnoty z nimi i tylko czystym przypadkiem, z racji miejsca urodzenia, mówią tym samym językiem. W konsekwencji, rozliczając Polaków z ich postaw podczas II wojny światowej, czynią to z perspektywy zewnętrznego obserwatora, wręcz obcokrajowca, w najmniejszym stopniu nie utożsamiając się z historią polskich losów. Tak więc, słowo „polska” w nazwie rzekomej „szkoły” jest zawłaszczeniem i nadużyciem.

Spójrzmy zresztą na najwybitniejszych luminarzy tego samozwańczego gremium. Jan Tomasz Gross – z wykształcenia socjolog; Barbara Engelking – socjolog kultury; Jacek Leociak – polonista i literaturoznawca; Andrzej Leder – filozof kultury i psychoterapeuta; no i wreszcie historycy - Dariusz Libionka i Jan Grabowski. Jak się zdaje, wszystkich ich łączy żydowskie pochodzenie i lewicowo-liberalny światopogląd, a większość z nich do fachu historyka została niejako wtórnie przyuczona. Taka to i „polska szkoła historyczna” - tworzona przez lewackich pseudohistoryków i bez Polaków.

Cechą charakterystyczną uprawianej przez nich działalności jest przyjęcie w całości i bez zastrzeżeń dominujących w środowiskach żydowskich antypolskich resentymentów, znajdujących wyraz w polakożerczej propagandzie, której punktem centralnym jest przedstawienie nas jako współsprawców holocaustu. Znajduje to wyraz w „metodzie badawczej” sprowadzającej się do wyszukiwania argumentów mających to współsprawstwo potwierdzić oraz pomijania faktów, które tej naczelnej tezie zadają kłam. Innymi słowy, nie spisują historii, lecz tworzą nienawistną hagadę – rodzaj legendy, w której ważniejsze od historycznej prawdy jest tzw. ogólne przesłanie. Widzimy tu jak w soczewce różnice cywilizacyjne w podejściu do prawdy: w cywilizacji łacińskiej prawda to obiektywnie istniejący stan rzeczy do odkrycia którego należy dążyć; w cywilizacji żydowskiej natomiast prawda ma charakter względny i użytkowy - może być przedmiotem targów i negocjacji, a prawdziwe jest to, co w danej chwili jest wygodne. Doskonale podsumował to w wywiadzie dla Radia Maryja ks. prof. Waldemar Chrostowski, który na dialogu z Żydami zjadł zęby (zanim uciekł z krzykiem): „My pytamy, co jest dobre, oraz szukamy obiektywnego dobra i zasad, które można uogólnić na wszystkich ludzi. Natomiast Żydzi pytają, co jest dobre dla Żydów. Także w odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwe, interesuje ich to, co jest prawdziwe dla Żydów, a więc co wybrać z tego, co się wydarzyło, by interpretacja historii i teraźniejszości oraz wizja przyszłości były korzystne z perspektywy żydowskiej”. I właśnie z takim podejściem mamy do czynienia w przypadku tzw. „Nowej polskiej szkoły historii Holocaustu”. Zatem prawidłowa nazwa powinna brzmieć: „Stara szkoła antypolskiej hagady”.


II. Antypolski sabat w Paryżu

Najnowszym wykwitem tej antypolskiej hucpy była słynna paryska konferencja, która odbyła się w dniach 22-22 lutego br. z udziałem m.in. prof. Jacka Leociaka, prof. Jana Grabowskiego, dr-a Andrzeja Ledera, Jana Tomasza Grossa, Aliny Skibińskiej i dr Karoliny Panz. Uczestnicy reprezentowali głównie dwie instytucje: Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN oraz Żydowski Instytut Historyczny, przy czym część prelegentów to również współautorzy głośnej książki „Dalej jest noc” (o której więcej za chwilę) – można powiedzieć, że „dzieła kanonicznego” dla „Starej szkoły antypolskiej hagady”. Jak wiemy, padały tam skandaliczne oskarżenia, w czym szczególnie brylowali Jacek Leociak, Jan Grabowski i Andrzej Leder. Ten pierwszy, odnosząc się do negowania przez Polaków ich rzekomego współsprawstwa w Holocauście, zabłysnął kwestią: „Wcześniej jednak trzeba zniszczyć historyczne relacje, świadectwa i dokumenty zdeponowane w archiwach, zastępując je podróbkami; wmówić żyjącym jeszcze ofiarom i świadkom, że nie widzieli tego, co widzieli; wykopać szczątki żydowskich ofiar z anonimowych grobów rozsianych po Polsce i włożyć tam kamienie. Tego oczywiście zrobić się nie da. Pozostają więc tylko zaklęcia, mistyfikacje, odprawianie publicznych rytuałów”. Wszystko wykrzyczane na wysokim emocjonalnym diapazonie i okraszone wymachiwaniem rękami, z niedwuznaczną sugestią, że Polacy chcą się wybielić fałszując historię. Z kolei J.T. Gross powtórzył swą znaną tezę, że Polacy na wsiach wymordowali więcej Żydów niż Niemcy. Natomiast Jan Grabowski uraczył zebranych swymi „obliczeniami” wedle których Polacy mieli w tzw. trzeciej fazie Holocaustu (czyli już po likwidacji gett) zabić ok. 250 tys. Żydów. Skąd ta liczba? Jak odkrył ambasador w Paryżu Jakub Kumoch (który zadał sobie trud zdobycia i opisania nagrań z konferencji), wg Grabowskiego przeżyło zaledwie 1,8 proc. ukrywających się Żydów. W domyśle – resztę wymordowali Polacy. Tymczasem ów 1,8 proc. to jedynie odsetek przebadanych przypadków! „To przyczynek do tego, jak powstają »liczby Grabowskiego«” - konkluduje ambasador Kumoch.

Istnym kuriozum był „psychologiczny” wywód Andrzeja Ledera, wedle którego nasączeni antyżydowskimi emocjami Polacy na widok zagłady... poczuli się współwinni i dlatego zaczęli tę winę „wypierać” i „przerzucać na innych” - czyli Niemców, rzeczywistych sprawców zbrodni, zaś „obsesyjne podkreślanie własnych zasług” ma „maskować zawinienie”. Rozumieją Państwo – ziściły się nasze fantazje o mordowaniu Żydów, więc przerzuciliśmy winę na tych, którzy faktycznie mordowali...

Na konferencji byli obecni przedstawiciele Polonii i dr Maciej Korkuć z IPN, który w pewnym momencie zabrał głos i próbował sprostować co grubsze oszczerstwa – organizatorzy jednak skutecznie mu to uniemożliwili. Po konferencji Jacek Leociak usiłował przedstawić ich jako wyjącą i tupiącą antysemicką dzicz – w świetle dostępnego nagrania, nic z tych wymysłów się nie potwierdziło.

Generalnie, konferencja przypominała momentami polityczny więc i antypolski sabat – z oskarżeniami pod adresem polskich władz, oczernianiem IPN-u, organizacji broniących dobrego imienia Polski (np. Reduty Dobrego Imienia) czy „niepokornych dziennikarzy”. Można wręcz odnieść wrażenie, że co bardziej krewkich prelegentów do furii doprowadza świadomość, że Polacy jednak nie dali się ze szczętem zmłotkować pedagogice wstydu, że w większości odrzucają wyssane z palca oskarżenia, dają im odpór i nie pozwalają się wmanipulować w narzucane poczucie winy. Tego nie było w planach. Mieliśmy się kajać i przepraszać, niczym w sprawie Jedwabnego po publikacji ponurych bredni Grossa – swoistego aktu założycielskiego „Nowej szkoły...”. Nie dziwi więc frustracja środowisk żydowskich – już mieli nas pod butem, już prawie nas przerobili na macę, a tu nagle Polacy wreszcie się przebudzili i cała operacja wpędzania nas w żydowskie kompleksy wzięła w łeb. Przedobrzyli i wywołali efekt przeciwny do zamierzonego.


III. Korekta obrazu

Nie oznacza to jednak bynajmniej, że przestaną – w końcu, z oczerniania Polski i Polaków zrobili sobie sposób na życie i motor karier zawodowych. Stąd też wzięła się osławiona książka „Dalej jest noc” - praca zbiorowa pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego - o tym, jak Polacy na prowincji mordowali ukrywających się Żydów za cukier i słoninę. Z punktu widzenia propagandowego jej powstanie było konieczne - „dzieła” Grossa zdążyły się już opatrzyć, sam autor jest w Polsce skompromitowany jako szarlatan, trzeba więc było dołożyć do pieca dwutomową, 1400-stronicową pracą mającą wywołać wrażenie obiektywizmu, naukowej rzetelności i bazującą na nie budzących wątpliwości źródłach z epoki. I początkowo nawet taki efekt osiągnięto (zresztą na omówionej tu paryskiej konferencji w dużej części powtórzono właśnie zawarte w niej tezy i ustalenia). Niestety, na nieszczęście dla autorów, ich pracę wziął na warsztat zawodowy historyk z IPN, dr Tomasz Domański i przeanalizował ją pod kątem źródłoznawczym, czego efektem jest obszerna, 74-stronicowa recenzja pt. „Korekta obrazu?”. Dr Domański zrobił coś, czego autorzy chyba się nie spodziewali – sięgnął do dokumentów na które się powoływali i zweryfikował na ile rzetelnie zostały one przytoczone i zinterpretowane. Efekt jest miażdżący – okazało się, że „Dalej jest noc” to stek manipulacji, a momentami wręcz ordynarnych fałszerstw uszytych pod z góry założoną tezę, nijak się mających do reguł warsztatu historycznego. Kłania się przytoczona wyżej wypowiedź ks. Chrostowskiego o wybiórczym traktowaniu historii, tak by efekt był korzystny z perspektywy żydowskiej. Krótko mówiąc, rzekomo „naukowa” praca okazała się zakłamanym paszkwilem.

Pierwsza rzecz dotyczy obszaru badań – badano losy ukrywających się Żydów w wybranych powiatach. Tyle, że autorzy podeszli do tej materii nader swobodnie, wybierając bez wyraźnego klucza a to powiaty przedwojenne, to znów jednostki terytorialne Generalnego Gubernatorstwa, a nawet jedynie fragmenty powiatu – z powiatu bielskiego (Bielsk Podlaski) „odkrojono” jego wschodnią część. Czyżby dlatego, by nie badać nastawienia wobec Żydów ludności białoruskiej, stanowiącej wówczas niemal połowę populacji pominiętego obszaru? Druga sprawa, znacznie poważniejsza, to sposób potraktowania okupacyjnych realiów. Otóż autorzy nie wspominają o skali terroru niemieckiego przeciw polskiej ludności, o wszechobecnej atmosferze zastraszenia i drakońskich karach (na czele z karą śmierci grożącą za niepodporządkowanie się okupacyjnym rozporządzeniom), co wszak miało istotny wpływ na postawy wobec Żydów – chociażby w kwestii udzielania im pomocy. Co więcej, w książce stosowany jest termin „administracja niemiecko-polska” sugerujący jakąś formę autonomii „polskich” struktur administracyjnych. Tymczasem, nawet jeśli Niemcy pozostawiali na stanowiskach przedwojennych wójtów czy burmistrzów, to jedynie w charakterze wykonawców poleceń nowych, okupacyjnych władz, bez jakiegokolwiek marginesu decyzyjnej samodzielności – zwłaszcza w odniesieniu do Żydów. Podobnie potraktowano takie formacje jak „granatowa” policja, straż pożarna czy leśna, które zostały zmilitaryzowane. Nie zająknięto się, że Niemcy powołali całkowicie nową służbę („Polnische Polizei”) do której wcielili przymusowo przedwojennych policjantów – porzucenie jej szeregów traktowane było jako dezercja i groziło surowymi karami, np. obozem koncentracyjnym. „Granatowa” policja podporządkowana była niemieckiej Policji Porządkowej i wykonywała narzucone jej rozkazy – była więc to część okupacyjnej administracji niemieckiej, działająca w ramach niemieckiego państwa. Tego wszystkiego czytelnik jednak się nie dowie. Zamiast tego dostaje obraz przypominający okupowaną Francję, gdzie faktycznie obok władz niemieckich działała przedwojenna francuska administracja.

Największa manipulacja dotyczy jednak sposobu potraktowania źródeł. Na porządku dziennym jest pomijanie obecności przy egzekucjach czy wyłapywaniu Żydów niemieckich żandarmów i żołnierzy – zamiast tego, uwypuklana jest rola polskiej ludności jako samodzielnych sprawców zbrodni. Dochodzi do tego, że z cytowanych dokumentów, relacji świadków usuwa się wzmianki o niemieckim sprawstwie kierowniczym. Jeżeli Niemcy zapędzili do przeczesywania lasu miejscowych chłopów, to czytelnik dowiaduje się, że to polscy chłopi z widłami polowali w lesie na Żydów. To samo dotyczy policji żydowskiej. Przykładowo, jeżeli w wyłapywaniu „zabunkrowanych” Żydów w gettach brała udział żydowska policja, niemieccy żandarmi i „granatowi” policjanci, to autorzy pomijają w opisie dwie pierwsze formacje, lub marginalizują ich rolę, informując jedynie o „polskich” policjantach. W tym celu posługują się wyrywaniem specjalnie dobranych fragmentów z kontekstu, a nawet cytowaniem jedynie „pasujących” wycinków poszczególnych zdań. Inny sposób manipulacji, to odwoływanie się do powojennych procesów sądowych przeciw szmalcownikom – często bez wspominania, że rzekomy „szmalcownik” został uniewinniony (i to przez stalinowski sąd, w apogeum sowieckiego terroru), bo w trakcie przewodu sądowego okazywało się np. że padł ofiarą donosu sąsiada, który w ten sposób chciał wyrównać jakieś prywatne porachunki. Tego typu przykładów dr Domański przytacza dosłownie dziesiątki. Autorzy paszkwilu ewidentnie liczyli na to, że nikomu nie będzie się chciało sprawdzać co naprawdę jest w źródłach na które się powołują – i się przeliczyli. Dr Domański sprawdził i podał efekty weryfikacji do publicznej wiadomości.

Odwrotnie jest gdy w grę wchodzi kolaboracja Żydów – prócz przemilczania, stosuje się tu szeroką paletę usprawiedliwień, z naczelnym wytrychem: „strategią przetrwania”. Okazuje się, że zagrożony śmiercią Żyd miał prawo w imię przetrwania zrobić wszystko, z denuncjowaniem innych Żydów włącznie. Polacy do własnej „strategii przetrwania” prawa nie mieli. Polecam lekturę - broszurę „Korekta obrazu?” łatwo „wyguglać”, jest do pobrania w formie PDF ze stron IPN.


IV. Wojna o miliardy

Podsumowując, „Nowa polska szkoła historii Holocaustu” to kolejna odsłona wojny o pamięć, wg której jedyną ofiarą mają być Żydzi, zaś dla Polaków zarezerwowana jest rola współsprawców ludobójstwa – a na prowincji wręcz sprawców głównych, jeśli nie jedynych. Wpisuje się ona w nurt ogólnoświatowego, żydowskiego antypolonizmu z miliardowymi roszczeniami „restytucyjnymi” organizacji spod znaku „holocaust industry” w tle. Tu nie ma miejsca na dialog i jakąkolwiek merytoryczną dyskusję, co dobitnie potwierdził paryski sabat. Żydowska polityka historyczna będzie realizowana z całą bezwzględnością – niestety, jak pokazuje suta dotacja MKiDN na książkę „Dalej jest noc”, również za nasze pieniądze.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 05 (Kwiecień 2019)

sobota, 23 czerwca 2018

Pod-Grzybki 132

Ajajaj! Barbara Engelking nie zostanie na drugą kadencję przewodniczącą Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, w związku z czym wiadome media z miejsca uznały ją za męczennicę pisowskiego reżimu. Potomków żydokomuny, tradycyjnie okupującej w Polsce tego rodzaju instytucje, najbardziej rozsierdziła zapowiedź, iż premier Morawiecki przy obsadzie stanowiska będzie kierował się „polską wrażliwością”. Jużci, skandal niebywały. Przecież wiadomo, że prawo do „wrażliwości” mają tylko Żydzi - w szczególności zaś Barbara Engelking, dla której śmierć Żyda to „metafizyka”, a śmierć Polaka – „kwestia biologiczna”. Zabrać Żydom monopol na metafizykę, to jak wygonić karczmarza z arendy, albo Rotszylda z banku – gewałt!


*

Gremia akademickie protestują przeciw reformie Gowina. Hmm, nie siedzę w temacie, ale intuicyjnie wyczuwam, że nasi luminarze nie mieli nic przeciw dotychczasowym feudalno-folwarcznym stosunkom na uczelniach, gdzie każdy naukowiec po habilitacji był „szlachcicem na zagrodzie” wraz ze swoją siecią klientelistycznych powiązań i zależności obejmujących młodszą kadrę naukową - „szlachtę chodaczkową”. I dlatego w momencie, gdy Gowin zapragnął do tego radosnego systemu wprowadzić elementy rektorskiego „absolutum dominium” - nastąpił rokosz w obronie „złotej wolności”. Zgadłem?


*

Totalni” nie odpuszczają. Portal „OKO Press” zainicjował powołanie Komitetu Obrony Sprawiedliwości (KOS) mającego śledzić „naciski” i „wspierać” szykanowanych sędziów. Czytaj – donosić za granicę i domagać się „sankcji”. Brzmi wojowniczo, ale moim zdaniem bez Kijowskiego i „Trójzęba” cała szopka się nie liczy. Swoją drogą, KOS to taki ptaszek znany z wdzięcznego pogwizdywania. I tyle właśnie te ptaszki mogą – nagwizdać.


*

Niemców boli projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego w Baranowie i bardzo by chcieli jakoś go utrącić – ale, że nie wypada im tak wprost, to wydelegowali Trzaskowskiego, który szczerze oznajmił, że CPK jest niepotrzebny, bo niedługo „będziemy mieli” lotnisko w Berlinie. Flankował go „Lisweek” grzmiąc o „gigantomanii”. Hmm, w Berlinie budowa lotniska ślimaczy się chyba od czasów kajzera Wilhelma, kilkukrotnie przekroczono kosztorys – a końca nie widać. Wiecie co? Poczekajcie te parę lat na nasz Baranów. Na cholerę wam ta teutońska gigantomania...


*

W Niemczech trwa sezon szparagowy i jak co roku tamtejsi plantatorzy załamują ręce, że nie mają pracowników, bo Polakom i Rumunom już się nie chce tyrać – co wcześniej było dla nich naturalnym porządkiem rzeczy. Dziwne, przecież Niemcy całkiem niedawno przyjęli jakieś półtora miliona migrantów – i nadal nie ma komu zbierać tych szparagów? A za łeb jednego z drugim – i na pole do bauera! Zapomnieli już, jak to się robi? Najpierw „hande hoch” - a potem arbeit, ordnung, schneller, schneller! Trzeba tylko pola otoczyć drutami, żeby się skubańce nie rozbiegli – ale szczęśliwie Trump wprowadził cła na metale, więc spadną ceny i nawet tanio wyjdzie.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 12 (20.06-03.07.2018)

niedziela, 17 czerwca 2018

Dr Ewa Kurek do Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej?

Panie Premierze, pozwalam sobie zasugerować kandydaturę dr Ewy Kurek na funkcję Przewodniczącej Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej kolejnej kadencji.

I. Męczeństwo Barbary Engelking

W minionych dniach przez liberalno-lewicowe media przetoczył się zbiorowy jęk grozy. Powodem do wszczęcia tzw. paniki moralnej stała się (nieoficjalna) zapowiedź „wyrzucenia” prof. Barbary Engelking z funkcji przewodniczącej Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Protestujący twierdzą, iż jest to „kara” za napisaną wspólnie z prof. Dariuszem Grabowskim książkę „Dalej jest noc” przedstawiającą udział Polaków w mordowaniu Żydów jako normę w okupacyjnej rzeczywistości. Prezes PAN, prof. Jerzy Duszyński, w liście do premiera Mateusza Morawieckiego rozdziera szaty, że utrata „stabilności działania oraz składu Rady” będzie kolejnym – po nowelizacji Ustawy o IPN – krokiem pogarszającym polskie relacje z Izraelem, diasporą i USA. Prof. Dariusz Stola (dyrektor muzeum „Polin”) prorokuje, iż nowej Rady „nikt nie będzie traktował poważnie”. Wszyscy razem zaś przechodzą do porządku dziennego nad faktem, że takie postawienie sprawy jest otwartym zanegowaniem naszej suwerenności – oznacza bowiem, iż premier winien powoływać szefa swojego organu doradczego pod zewnętrzne dyktando. Tyle, jeśli chodzi o telegraficzne streszczenie tonu dominującego w organach „totalnej opozycji”. Poza prostą dychotomią skonstruowaną na zasadzie: z jednej strony bezkompromisowy naukowiec nie wahający się obnażać ciemnych kart polskiej historii, z drugiej zaś mściwi i małostkowi siepacze z PiS-u – nie ma tam niczego więcej.

Zanim jednak przejdziemy dalej, kilka słów o samej instytucji. Międzynarodowa Rada Oświęcimska powołana została w 2000 r. zarządzeniem premiera Jerzego Buzka w miejsce działającej dotychczas Międzynarodowej Rady Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Ma formalny status organu pomocniczego Prezesa Rady Ministrów, zaś jej członkowie powoływani są na 6-letnią kadencję. Zajmuje się opiniowaniem, doradztwem i wspomaganiem zarówno działalności muzeum Auschwitz-Birkenau, jak i innych placówek upamiętniających hitlerowskie miejsca zagłady. Obecną przewodniczącą jest Barbara Engelking (od 2014 r. - w miejsce zmarłego Władysława Bartoszewskiego). Kadencja obecnego składu Rady upływa jesienią bieżącego roku.

Zatem, mamy obaloną pierwszą manipulację: otóż nikt Barbary Engelking nie „zwalnia”, ani nie „wyrzuca” - po prostu w tym roku kończy się jej kadencja i prawdopodobnie nie zostanie powołana na następną. Nominowanie przewodniczącego jest wyłączną prerogatywą premiera – najwyraźniej jednak protestujący nie są w stanie przyjąć tej prostej prawdy do wiadomości, a Barbara Engelking stała się z miejsca kolejną męczennicą „pisowskiego reżimu”.


II. Sami swoi

Trzeba jednak przyznać, że polityka personalna kolejnych rządów mogła dotychczasowych beneficjentów utwierdzić w przeświadczeniu, że Rada Oświęcimska została im oddana we władanie raz na zawsze, zaś rola premiera sprowadzać się będzie do podżyrowywania wskazanych mu „właściwych” kandydatur. Oni najzwyczajniej w świecie uznali, iż posiedli monopol na tematykę Zagłady, niemieckich obozów, tudzież relacji polsko-żydowskich w czasie wojny i po niej. A monopol ten otrzymali bądź ze względu na pochodzenie, bądź też poprzez odpowiednie poglądy potwierdzone towarzyskim glejtem wystawionym przez grono „autorytetów”. Toteż dotychczas owo gremium uzupełniało się de facto przez kooptację wedle ściśle przestrzeganego klucza: przedstawiciele środowisk żydowskich, przedstawiciele Izraela, ludzie tzw. lewicy laickiej oraz kato-lewicy (dobrze jest zaświecić koloratką bądź nawet biskupią tiarą w charakterze listka figowego) plus na dokładkę kliku zachodnich liberałów zaangażowanych w „dialog” z Żydami. Biorąc pod uwagę zarysowany tu kontekst, nie dziwi, że zapowiedź nieprzedłużenia kadencji przewodniczącej została potraktowana niczym uzurpacja.

Aby nie być gołosłownym, oto kilka przykładów z obecnego składu Rady Oświęcimskiej: prof. Barbara Engelking – przewodnicząca; wiceprzewodniczący – Avner Shalev, dyrektor generalny Yad Vashem; kolejny wiceprzewodniczący – Henryk Wujec; Ronald Lauder – przewodniczący Światowego Kongresu Żydów; prof. Dariusz Stola – dyrektor muzeum „Polin”; David Harris – dyrektor wykonawczy American Jewish Committee; dr Piotr Cywiński – dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau; dodajmy jeszcze abp. Grzegorza Rysia, kojarzonego mocno z „liberalnym” nurtem w Kościele.

Pełny skład Rady dostępny jest na stronach muzeum – tu tylko dodam, że przygniatającą większość stanowią albo osoby pochodzenia żydowskiego, albo aktywnie wspierające żydowską agendę polityki historycznej. Oczywiście, obecność Żydów w takim gremium jest naturalna – jednak rzucająca się w oczy nierównowaga ma określone konsekwencje w postaci chociażby zdominowania aktywności Rady przez tematykę holokaustu i marginalizowania cierpień innych narodowości, w tym Polaków. Mówiąc wprost, taka dysproporcja w składzie personalnym odzwierciedla kreowany na użytek światowy „nacjonalistyczny” obraz obozu w Auschwitz jako miejsca zagłady Żydów – i tylko Żydów.

Na powyższe nakłada się okoliczność, że nie sposób oddzielić działalności członków Rady od innych form ich zaangażowania publicznego. Pozostając tylko przy obecnej przewodniczącej – Barbara Engelking znana jest ze swojego skrajnie stronniczego i „etnocentrycznego” spojrzenia na relacje polsko-żydowskie w czasie niemieckiej okupacji. Do annałów przeszła jej stricte szowinistyczna wypowiedź, że dla Polaków „śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów była to tragedia, to była metafizyka, spotkanie z Najwyższym”. Innymi słowy, tylko Żydzi mają wystarczająco wysublimowane życie duchowe, by pojmować całe misterium śmierci – reszta to byty niższe, wegetujące wyłącznie na poziomie „biologicznym”. I pomyśleć, że to Polakom zarzuca się narodową megalomanię... Jeżeli dodać publikacje pani Engelking koncentrujące się niemal wyłącznie na podkreślaniu polskiej odpowiedzialności i winy za holokaust (a do tego obecność w Radzie prof. Stoli, organizatora antypolskich sabatów w muzeum „Polin”), to należy uznać ten organ w jego obecnym kształcie za kolejny rozsadnik antypolonizmu i „pedagogiki wstydu”. Przedstawicielom Światowego Kongresu Żydów czy Komitetu Żydów Amerykańskich pozostaje tylko przyglądać się i aprobująco kiwać głowami.


III. Dr Ewa Kurek do MRO!

Kończąc, pozwolę sobie na apel do premiera Mateusza Morawieckiego.

Panie Premierze, mając na względzie zarówno renomę i wiarygodność Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, jak i konieczność desygnowania do tego gremium osób o nieposzlakowanej reputacji i dorobku, pozwalam sobie zasugerować kandydaturę dr Ewy Kurek na funkcję Przewodniczącej MRO kolejnej kadencji. Dr Ewa Kurek ma na swoim koncie niekwestionowane i często pionierskie osiągnięcia naukowe w tematyce holokaustu oraz relacji polsko-żydowskich. Jest autorką chociażby takich prac, jak: Dzieci żydowskie w klasztorach” (z przedmową Jana Karskiego); „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945”; „Polacy i Żydzi – problemy z historią” czy „Jedwabne – anatomia kłamstwa”. Znana jest z nonkonformizmu i odporności na naciski – co udowodniła inicjując akcję zbierania podpisów pod obywatelskim wnioskiem o wznowienie ekshumacji w Jedwabnem. Kolejnym atutem zapewniającym niezależność dr Ewy Kurek na stanowisku przewodniczącej Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej jest jej apolityczność oraz powszechnie znana obojętność na oficjalne zaszczyty i wyróżnienia – ta cecha charakteru gwarantuje, że pełniąc swą funkcję nie będzie się kierowała własnym interesem i chęcią zachowania za wszelką cenę posady.

Panie premierze, minister Jarosław Gowin w niedawnej wypowiedzi dla PAP wyraził nadzieję, iż podejmie Pan decyzję „kierując się przede wszystkim polską wrażliwością”. Postać pani dr Ewy Kurek, jej klasa jako naukowca i człowieka oraz niekwestionowany patriotyzm stanowią najlepszą rękojmię, iż wrażliwość ta na tak newralgicznym stanowisku zostanie dochowana.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lewacka nagonka na dr Ewę Kurek

Jedwabne – czas prawdy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (15-21.06.2018)