Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2019

Homoterror na uczelniach

Czołowi przedstawiciele polskich szkół wyższych jednoznacznie opowiedzieli się po jednej ze stron toczącego się dziś w Polsce fundamentalnego sporu światopoglądowego.

I. Uczelnie w oparach lewackiej ideologii

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma bulwersującymi wydarzeniami, pokazującymi w jakim kierunku skręca polskie szkolnictwo wyższe. Pod koniec listopada Śląski Uniwersytet Medyczny wskutek interwencji środowisk LGBT zwolnił z pracy wykładowczynię, która ośmieliła się wygłosić nieprawomyślny wykład na temat homoseksualizmu. Niemal równocześnie Uniwersytet Jagielloński nie zgodził się na przeprowadzenie organizowanej przez eurodeputowanych PiS Beatę Kempę i Patryka Jakiego konferencji „Ideologia LGBT i gender. Doświadczenia państw UE i polityka UE” z udziałem ks. prof. Dariusza Oko, prof. Aleksandra Nalaskowskiego, ks. prof. Pawła Bortkiewicza oraz redaktorów Jacka Karnowskiego i Marcina Makowskiego. Władzom uczelni miała się nie spodobać tematyka spotkania.

Zbieg okoliczności? Nie sądzę. Otóż jestem gotów postawić tezę, iż w obu przypadkach mamy do czynienia z namacalnym pokłosiem wrześniowej deklaracji Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) dotyczącej m.in. odpowiedzialności za krytykę środowisk LGBT. Jak pamiętamy, stanowisko KRASP było lekko tylko zakamuflowaną reakcją na sprawę prof. Aleksandra Nalaskowskiego, który został na pewien czas zawieszony w obowiązkach wykładowcy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu po tym, jak w jednym z felietonów wyraził swój skrajnie negatywny stosunek do odbywających się w kolejnych miastach homo-parad. Warto dodać, iż wiceprzewodniczącym KRASP jest rektor UMK, prof. Andrzej Tretyn, bezpośrednio odpowiedzialny za zawieszenie prof. Nalaskowskiego. W dokumencie KRASP można przeczytać, iż krytyka LGBT (rzekomo mająca nawiązywać do „najciemniejszych kart historii Polski i świata”) powinna „bezwarunkowo podlegać odpowiedzialności dyscyplinarnej w naszych uczelniach.

Jednocześnie zaledwie miesiąc wcześniej, w sierpniu 2019 r., ta sama KRASP zdecydowanie wsparła oświadczenie rektora poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza, prof. Andrzeja Lesickiego, w którym skrytykował „hierarchów Kościoła Katolickiego” „używających mowy nienawiści” i „biorących udział w sporach ideologicznych wokół zjawiska określanego skrótem LGBT” - co z kolei było odpowiedzią na pamiętną homilię abp. Marka Jędraszewskiego ze słowami o „tęczowej zarazie”. Ton przywoływanych oświadczeń przepojony był zarazem jak najgłębszą rewerencją wobec środowisk homoseksualnych. Tym samym, czołowi przedstawiciele polskich szkół wyższych jednoznacznie opowiedzieli się po jednej ze stron toczącego się dziś w Polsce fundamentalnego sporu światopoglądowego – rzecz jasna, obudowując swe stanowisko zaklęciami o „szacunku” i „tolerancji”, tudzież całą resztą politycznie poprawnego pacierza. W praktyce jednak pozycjonują się w roli swoistych „ormowców” marksizmu kulturowego, który coraz mocniej rozpycha się łokciami, zajmując na uniwersytetach miejsce niegdysiejszego „diamatu” („materializmu dialektycznego”) i urastając z wolna do roli obowiązującej doktryny. A wszelkie odstępstwo od jedynie słusznej ideologii musi zostać surowo ukarane.


II. Homoterror i cenzura

Zarysowany tu ciąg zdarzeń pozwala umiejscowić we właściwym kontekście wspomniane na wstępie wydarzenia na Śląskim Uniwersytecie Medycznym oraz Uniwersytecie Jagiellońskim. To nie są incydentalne przejawy nadgorliwości władz jednej czy drugiej uczelni, wynikające bądź to z oportunizmu czy tchórzostwa, bądź z ideologicznego zaczadzenia. To element szerszej, świadomej polityki przekuwającej na język faktów przywołaną wyżej deklarację KRASP i mającej na celu wyrugowanie ze szkół wyższych niepoprawnych politycznie poglądów pod pretekstem walki z „mową nienawiści”.

Przyjrzyjmy się bliżej najpierw sprawie Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (ŚUM). Wykład zatytułowany „Homoseksualizm a zdrowie” został oprotestowany przez środowiska LGBT i gejowski portal queer.pl, który złożył do rektora uczelni prof. Przemysława Jałowieckiego oraz biura prasowego donos na „homofobiczne treści”. W swym piśmie homoaktywiści wprost odnieśli się do stanowiska KRASP „w którym wyrażono poparcie dla idei walki z przejawami dyskryminacji ze względu na m.in. płeć, orientację seksualną i tożsamość płciową wśród społeczności uniwersyteckich”, pytając czy władze mają zamiar „wyciągnąć ewentualne konsekwencje wobec autora lub autorki wykładu. W trakcie wykładu padły tak „obrazoburcze” stwierdzenia, jak to, że jedynie związek kobiety i mężczyzny zdolny jest do przekazania życia i przedłużenia rodzaju ludzkiego, zaś dla dziecka najkorzystniejsze jest, gdy wychowują je biologiczni rodzice. Ponadto wykładowczyni przytoczyła dane berlińskiego Instytutu im. Roberta Kocha, mówiące iż w różnych krajach geje stanowią od 60 do 86 proc. chorych na AIDS, kilkukrotnie częściej popadają w depresję i nałogi, 6 razy częściej podejmują próby samobójcze i przeciętnie (w zależności od intensywności aktywności homoseksualnej) żyją od 8 do 20 lat krócej niż osoby heteroseksualne. W odpowiedzi władze ŚUM rozwiązały umowę z pracownicą uczelni z uzasadnieniem, iż „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”. Zwróćmy uwagę – wykładowczyni nie zwolniono za obraźliwą czy choćby „kontrowersyjną” opinię, lecz za cytowanie twardych naukowych danych, które po prostu nie spodobały się przedstawicielom homolobby. Sądzę, że zwolniona pracownica powinna pozwać teraz ŚUM do sądu za zniesławienie, jakim było imputowanie jej rzekomej „homofobii”.

Z kolei władze Uniwersytetu Jagiellońskiego pozbyły się niewygodnej konferencji oficjalnie zasłaniając się „apolitycznością” uczelni, choć tematyka miała dotyczyć doświadczeń krajów UE z ideologią LGBT i gender. Ostatecznie gościny udzieli Uniwersytet Papieski Jana Pawła II (9 grudnia), lecz to nie koniec - lokalna mutacja „Wyborczej” już zdążyła okrzyknąć wydarzenie mianem „homofobicznego”, zaś aktywiści LGBT zapowiadają swoją obecność na sali, można się więc spodziewać prób zakłócenia spotkania. Tak czy inaczej, mamy do czynienia z ewidentną, nieudolnie maskowaną, cenzurą ideologiczną.


III. W szponach „tolerancji represywnej”

Biorąc pod uwagę powyższe, niczym ponury żart brzmią słowa Jarosława Gowina (podkreślmy – ministra nauki), iż gotów jest „kłaść się Rejtanem”, jeśli ktoś na uczelniach będzie próbował „ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender”. Jest to kompletne postawienie spraw na głowie, bo akurat genderystom nikt wolności słowa nawet nie próbuje ograniczać. Odwrotnie – to lewaccy hunwejbini kolonizują uczelnie, usiłując rugować z nich niewygodne, konserwatywne poglądy i stosując narastający terror ideologiczny. Czynią to z całą bezwzględnością, w myśl neomarksistowskiej doktryny „tolerancji represywnej” pod orwellowsko zakłamanym sztandarem „walki z dyskryminacją”, coraz jawniej ukazując przy tym swe totalniackie oblicze. W ich świecie zwyczajnie nie ma miejsca na jakikolwiek pluralizm opinii – obowiązuje twardy dogmatyzm nie tolerujący żadnych odstępstw. Do czego to prowadzi, możemy zobaczyć na zachodnich kampusach uniwersyteckich, gdzie jakikolwiek sprzeciw wobec dyktatu politycznej poprawności skutkuje pasmem szykan aż do relegowania z uczelni i zwolnienia z pracy z nieformalnym „wilczym biletem” włącznie. Doszło do tego, że Donald Trump musiał kilka miesięcy temu wydać dekret prezydencki grożący uczelniom utratą państwowych funduszy w przypadku ograniczania wolności słowa.

Dziś Gowin w reakcji na zwolnienie pracownicy ŚUM obiecuje, iż będzie „wspierał” działania min. zdrowia Łukasza Szumowskiego, któremu podlegają uczelnie medyczne i faryzejsko rozdziera szaty nad „złamaniem wolności słowa”. O tym, by skończyć na wzór węgierski z inwazją genderyzmu na uczelniach, oczywiście próżno marzyć. Idę o zakład, że gdy tylko ośmieli się na jakąkolwiek próbę ingerencji, rozlegnie się taki wrzask o „zamachu na autonomię uczelni”, że czym prędzej schowa się do mysiej dziury.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (06-12.12.2019)

środa, 27 listopada 2019

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?

Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.

I. Aborcja wciąż nie zatrzymana

Czy obóz „dobrej zmiany” po cichu dezerteruje z frontu wojny kulturowej? Takie pytanie musi nieuchronnie się pojawić w kontekście kolejnych wypowiedzi, czynów i zaniechań w wydaniu Zjednoczonej Prawicy.

W minionej kadencji mieliśmy absolutnie celową obstrukcję obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, mającego m.in. powstrzymać aborcję eugeniczną, czyli np. zabijanie dzieci u których w fazie prenatalnej stwierdzono podejrzenie zespołu Downa. Projekt pod którym podpisało się ponad 830 tys. osób został najpierw skierowany do sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, by następnie decyzją jej ówczesnej przewodniczącej Bożeny Borys-Szopy trafić do specjalnej podkomisji. Od tamtego momentu (2 lipca 2018 r.) politycy nie zajęli się nim ani razu i inicjatywa na dobre ugrzęzła w sejmowej zamrażarce. Jak podają na swojej stronie organizatorzy akcji „Zatrzymaj aborcję” od 30 listopada 2017 r., kiedy to formalnie złożono projekt w Sejmie, w polskich szpitalach zginęło 2158 nienarodzonych dzieci. Za to w międzyczasie Bożena Borys-Szopa zdążyła awansować na ministra rodziny, pracy i polityki społecznej – czyżby w nagrodę za sprawne utrącenie niewygodnej ustawy? Dodajmy, iż do „odzyskanego” Trybunału Konstytucyjnego pod rządami Julii Przyłębskiej złożono w październiku 2017 r. pytanie o stwierdzenie zgodności (lub nie-) z Konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej. Również i ten organ nie znalazł czasu, by rozpatrzyć wniosek podpisany przez 107 parlamentarzystów. Teraz, wraz ze startem nowej kadencji, sprawa się przeterminowała.

Na szczęście, zasada dyskontynuacji (czyli niekontynuowania przez Sejm nowej kadencji projektów procedowanych przez poprzedni parlament) nie dotyczy inicjatyw obywatelskich, zatem projekt „Zatrzymaj aborcję” formalnie pozostaje w mocy. Tylko co z tego, skoro na skutek sejmowych układanek szefostwo Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Zjednoczona Prawica oddała skrajnie lewicowej aktywistce Magdalenie Biejat, utrącając Grzegorza Brauna? Wychodzi na to, że dla PiS tradycyjnie głównym wrogiem pozostaje prawicowa konkurencja, a nie antycywilizacyjne lewactwo... Można więc się spodziewać, iż antyaborcyjna inicjatywa w bieżącej kadencji zostanie taktycznie „uwalona” rękami lewicy – i to pomimo tego, że nominalnie w komisji większość ma prawica.


II. Czy powstrzymamy pochód dewiacji?

W kontekście powyższego, trudno być optymistą jeśli chodzi o dalsze losy obywatelskiego projektu „Stop pedofilii”. Wprawdzie został gładko przyjęty przez Sejm i trafił do komisji zajmującej się zmianami w kodyfikacjach, lecz tu pojawia się płynące z doświadczenia poprzedniej kadencji pytanie, czy nie czeka nas powtórka z nader wątpliwej rozrywki? A sprawa jest naprawdę wielkiej wagi, dotyczy bowiem treści przemycanych zgodnie z wytycznymi WHO podczas tzw. edukacji seksualnej.

Przypomnijmy, iż projekt będący nowelizacją Kodeksu Karnego wprowadza penalizację publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim oraz propagowania lub pochwalania podejmowania przez osoby małoletnie obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej. Powyższe w szczególności odnosi się do działalności związanej z edukacją, leczeniem bądź opieką nad dziećmi. Jest to absolutnie kluczowe w sytuacji, gdy różne samorządy usiłują wprowadzać tylnymi drzwiami deprawacyjną seksedukację do podległych im placówek oświatowych – a osławione „standardy WHO” zalecają m.in. oswajanie z masturbacją dzieci już od piątego roku życia, zaś w kolejnych grupach wiekowych następować ma nauka „świadomego wyrażania zgody na seks”, różnych technik stymulacyjnych i zaznajamianie dzieci z dewiacjami przedstawianymi jako „norma” i nieszkodliwe „odmienności”. Nic dziwnego, że tak pojmowana „edukacja” jest oczkiem w głowie aktywistów LGBT. Należy się śpieszyć, bowiem Rafał Trzaskowski zapowiada, że podpisana przez niego „Karta LGBT+” będzie konsekwentnie wdrażana wraz ze wszystkimi jej postulatami – w tym, dotyczącymi szkolnej seks-indoktrynacji. Pytanie – czy rządząca prawica zdecyduje się na konfrontację, szczególnie w obliczu nacisków płynących z Brukseli, czy w imię świętego spokoju schowa obywatelski projekt na dnie szuflady?


III. Lewacka edukacja

A skoro jesteśmy przy edukacji. Koniecznie należy odnotować bulwersujący głos „konserwatysty bezobjawowego”, czyli Jarosława Gowina – ministra nauki i szkolnictwa wyższego. W głośnym wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” zapowiedział: „Położę się Rejtanem, jeżeli ktoś będzie próbował ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender. Charakterystyczne - ze słów wicepremiera wynika, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gender z 56 „płciami” i 238 „orientacjami” nie jest żadną „nauką”, lecz ideologią. A mimo to jest gotów bronić obecności owej ideologii na uniwersytetach – w imię, jakby inaczej, wolności słowa, przekonań i „badań naukowych”. Co więcej, z dalszej części wywiadu dowiadujemy się, iż Jarosław Gowin jest w pełni świadom lewicowo-liberalnego przechyłu na wyższych uczelniach, lecz traktuje to jako swoistą normę, bo tak jest „niemal na całym Zachodzie”. To już jest jawna abdykacja z jakichkolwiek funkcji władczych państwa i przyzwolenie, by szkolnictwo wyższe było kuźnią bojowników w antycywilizacyjnej wojnie. Natomiast zagnieżdżone na uniwersytetach lewactwo nie bierze jeńców – konserwatywni naukowcy są sekowani na każdym kroku, spycha się ich w cień, odmawia naukowych awansów, na porządku dziennym jest uniemożliwianie na terenie uczelni spotkań z osobami wyrażającymi odmienne od dominującego, lewackiego mainstreamu poglądy na kwestie takie jak ochrona życia, ideologia LGBT, czy w jakikolwiek inny sposób odstające od jedynie słusznej linii.

Trzeba sobie powiedzieć jasno – w miejsce opuszczone przez klasyczny „diamat” („materializm dialektyczny”) szerokim frontem wkroczył jego następca – marksizm kulturowy i to jego wyznawcy w poczuciu wszechwładzy i bezkarności meblują dziś umysły przyszłych polskich elit. Odpuszczenie sobie tego pola skazuje nas w niedalekiej przyszłości na zdominowanie życia publicznego przez wojujące lewactwo, stosujące na masową skalę tzw. „tolerancję represywną” - czyli, mówiąc po ludzku, dyskryminację wszelkich poglądów nie mieszczących się w kanonie politycznej poprawności. Przedsmak mieliśmy już przy okazji sprawy zawieszenia prof. Nalaskowskiego za to, że dał wyraz swej odrazie wobec manifestowanej podczas gej-parad ideologii LGBT, czy w produkowanych przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) totalniackich z ducha manifestach ustalających obowiązującą doktrynę w kwestiach LGBT oraz „ekologizmu-klimatyzmu”.

Otóż, panie Gowin, na genderyzm nie musimy się godzić. Wystarczy sięgnąć po przykład Victora Orbana, który jednym dekretem usunął „gender studies” z listy kierunków mających oficjalną akredytację rządu i tym samym pozbawiając je uprawnień do publicznego finansowania, co poskutkowało likwidacją tych kierunków na uczelniach. Trzeba tylko mieć cojones...


IV. Dyktat „ekologizmu”

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o wojującym ekologizmie. Nowo powołany minister ds. klimatu (już samo utworzenie tego resortu pokazuje, że i na tym odcinku kapitulujemy), Michał Kurtyka, szczyci się, że to on osobiście zaprosił młodocianą eko-fanatyczkę Gretę Thunberg na szczyt COP24 w Katowicach. Takie podejście oznacza, że za chwilę Polska będzie pokornie wdrażać kolejne, motywowane ideologicznie eko-szajby – jak rozumiem, żeby nie czepiała się nas Bruksela. Tego, że rzekoma „troska o planetę” jest jedynie narzędziem mającym służyć społecznej inżynierii, przebudowie ludzkiej świadomości i urzeczywistnieniu lewackiej utopii – wolimy nie zauważać. Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

piątek, 11 października 2019

Pod-Grzybki 181

Na finiszu kampanii TVP odpaliła „taśmy Neumanna” z których mogliśmy się dowiedzieć, że polityka jest cyniczna, politycy brzydko się wyrażają, a przekręty tych z PO mogą liczyć na ochronę sędziowskiej „nadzwyczajnej kasty” („Sąd to może wypierd...ić w kosmos, może to prowadzić trzy lata – bez znaczenia to jest.”). Słowem, same rewelacje... Jedna rzecz jest jednak charakterystyczna – żadne sędziowskie stowarzyszenie, żadne „Themis” czy inna „Iustitia” nie zaprotestowała jednym słowem przeciw tak przedmiotowemu traktowaniu. Siedzą grzecznie i cichutko, udając, że nie usłyszały tego, co usłyszały. I to mówi nam o kondycji sądownictwa więcej, niż wszystkie sążniste analizy.


*

Swoją drogą, zastanawiam się, jak PO prowadzi kampanię w Tczewie. Widzę to tak. Przychodzi polityk na spotkanie z wyborcami, po czym wesoło zagaja: „cześć po*eby!”, a następnie rozwijając wątek dodaje: „rzygam Tczewem! Głosujcie na mnie!”. Potem jeszcze zaproszą Wałęsę, który ich opatyczy i zwyzywa śp. Kornela Morawieckiego od „zdrajców” i „żelazny elektorat” mają zmobilizowany - publika szaleje, a słupki poparcia skaczą pod niebo. Poważnie, sądząc po nieustającej popularności takiego Trzaskowskiego czy innej Jachiry, „totalni” musieli dojść do nieuchronnego wniosku, że ich wyborcy to faktycznie stado sadomasochistycznych „po*ebów” - i stąd też adekwatne traktowanie.


*

„Gazeta Wyborcza” chwyta się brzytwy i postanowiła rozdać przed wyborami milion bezpłatnych egzemplarzy specjalnej „Gazety Przedwyborczej” - w miejscowościach poniżej 100 tys. mieszkańców, żeby ta prowincjonalna hołota w końcu zrozumiała na kogo należy głosować. Jak to ujął Jarosław Kurski – grozę rządów PiS należy wytłumaczyć ludowi „w prostych słowach”. I to jest niesamowite – oni naprawdę sądzą, że ludzie spoza „warszawki” są oczadziali od „pisowskiej propagandy” niczym chłop sanacyjny i trzeba im „wytłumaczyć” „prostymi słowami” rzeczywistość. Bo inaczej, sami z siebie, będą nadal siedzieli w tych swoich lepiankach i oglądali TVP. Przekładając ezopowe przesłanie Jarosława Kurskiego na normalny język, komunikat Czerskich brzmi zatem następująco: „słuchajcie, wy wsiowe tumany, jeśli jeszcze do was nie dotarło, jak strasznie obciachowy jest PiS, to my wam to pokażemy w naszej gazetce - za darmo, skoro żal wam odpalić parę złotych z tego pińćset, co dostajecie. Wbijemy wam to do tych waszych zakutych łbów prostymi słowami, żebyście nie mieli kłopotu ze skumaniem. Mata więc i czytajta - i jeżeli nie chcecie być dalej durnymi wsiokami, to macie zostać w domu, albo zagłosować na opozycję, kapewu?”.


*

Ale, trzeba oddać, że „Wyborcza” gra dwutorowo – dla prowincji przygotowała tabloidowe pisemko, ale już dla wielkomiejskich elit postarała się nieco bardziej. Wyrychtowała do spółki z samym „New York Timesem” specjalny dodatek „Władza” obnażający nikczemności różnych „populistów”, który w obu gazetach ukaże się w sobotę 12 października. Polityczna intencja jest ewidentna – a ja tylko przypominam, że wtedy w Polsce będzie już obowiązywała cisza wyborcza. Czy stosowne organy państwa będą miały odwagę, by zareagować na tę ostentacyjną, łamiącą prawo agitkę? Czy też „Wyborczej” po staremu wolno więcej?


*

Lobby LGBT dostało histerii, bo na lubelską gęj-paradę jacyś kontrdemonstranci przynieśli petardy – w związku z tym, waginosceptycy i penisosceptyczki stroją się w palmy męczeństwa jako niedoszłe ofiary „zamachu”. Rzucanie petardami faktycznie nie jest bezpieczne – a przede wszystkim durne i przeciwskuteczne. Mam lepszy pomysł. Otóż w 1944 r. Stalin zorganizował w Moskwie pokazowy przemarsz niemieckich jeńców – a pochód zamykały samochody-polewaczki, zmywające ślady po najeźdźcach. Rozwiązanie to polecam włodarzom miast nawiedzanych przez objazdowy cyrk LGBT – należy z pełnym spokojem wyrażać zgodę na gej-parady, a następnie bezpośrednio za demonstracją puszczać pojazdy MPO starannie czyszczące ulice. Wymowa symboliczna będzie oczywista dla wszystkich, a furia lewactwa po takim potraktowaniu – bezcenna.


*

Celebryckie rozterki rodem z gazeta.pl. Małgorzata Rozenek-Majdan: „Jak sobie myślę, że moi synowie mieliby mieć dziewczynę to jakoś mocno się tym denerwuję”. Hm, gdyby synowie przyprowadzili swoich chłopaków, byłoby wszystko OK?


*

Szaleństwo ekologistów – w nowojorskim ratuszu podczas spotkania z lewacką „polityczką” Demokratów Alexandrią Ocasio-Cortez jedna z klimatystek zgłosiła arcypostępowy postulat: „Pozostało nam tylko kilka miesięcy. Szwedzki profesor mówi, że możemy jeść zmarłych ludzi, ale to nie jest dostatecznie szybko. Musimy zacząć jeść dzieci! Nie mamy czasu! Jest za dużo CO2!”. I dalej: „Nawet jeżeli zbombardujemy Rosję, nadal będzie zbyt wielu ludzi i zbyt wiele zanieczyszczeń! Musimy więc pozbyć się dzieci. Musimy jeść dzieci!”. Trzeba przyznać, że nasza Sylwia Spurek jeszcze na to nie wpadła, ale zapewne wszystko przed nami – od dawna podejrzewałem, że od wegetarianizmu do kanibalizmu jest tylko krok, bo na dłuższą metę natury nie da się oszukać i skoro nie można jeść zwierząt, to pozostaje sięgnąć po jedyne pozostałe źródło mięsa. Ale jest jeszcze coś innego – otóż na filmiku widać, że słowa aktywistki nie spotkały się z cieniem sprzeciwu publiczności, zaś sama Ocasio-Cortez wystąpienie skwitowała jedynie słowami: „na szczęście, mamy więcej niż kilka miesięcy”. Od razu kamień spadł mi z serca – może zaczniemy konsumować dzieci dopiero za rok. A przy okazji – potwierdza się stara prawda, że dzieci są po to, by na starość człowiek miał co do garnka włożyć.


*

Ehem... tak mi przyszło jeszcze do głowy, więc ostrzegam na wszelki wypadek. Jeżeli mają Państwo w gronie znajomych jakichś „klimatystów”, to radzę nie afiszować się z dziećmi. W ich ustach powiedzenie „ten dzidziuś jest tak słodki, że chciałoby się go zjeść” może mieć całkiem dosłowne konotacje.


*

Na dziś to tyle. Ja osobiście nie mogę już się doczekać wyborczej niedzieli – coś mi mówi, że będzie lepsza niż Gwiazdka. A Państwo?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (11-17.10.2019)

niedziela, 11 sierpnia 2019

Czy LGBT podpali Polskę?

Mamy jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji PiS-owi i dzięki temu wygrać.

I. LGBT – nowe mięso armatnie

Wszystko wskazuje na to, że ruch LGBT stał się nowym pomysłem na polityczną i społeczną destabilizację Polski. Nie powiodło się z KOD-em i ich radykalną wersją w postaci „UBywateli RP”, nie wyszedł ciamajdan, „czarne marsze” skompromitowały się za sprawą rozwrzeszczanych feministek epatujących różnymi wariacjami kobiecych narządów płciowych, rokosz sędziowskiej kasty po chwilowym wzmożeniu i manifestacjach w obronie „wolnych sądów” również się wypalił, oparty na opozycyjnych samorządowcach ruch społeczny mający w planach skupić się wokół Tuska skichał się, zanim wystartował – zatem w kolejnej odsłonie postawiono na homopropagandę. To właśnie im – gejowskim aktywistom - przekazano pałeczkę w tej destrukcyjnej sztafecie i rzucono na pierwszą linię frontu, wyznaczając jasne zadanie: podpalić Polskę. Nie bądźmy naiwni - te wszystkie hasła o tolerancji, równouprawnieniu, „miłości która nie wyklucza”, a nawet ideologiczne postulaty w rodzaju małżeństw jednopłciowych, adopcji dzieci przez pary homoseksualne czy szkolnej seksualizacji nieletnich nie są tu celem samym w sobie. Są jedynie pozorem, narzędziem służącym do osiągnięcia czegoś zupełnie innego – odsunięcia PiS od władzy. Homoaktywiści stali się po prostu kolejnym mięsem armatnim wysłanym na odcinek walki z rządem. Inna sprawa, że owładniętych atawistyczną nienawiścią do prawicy oraz wszystkiego co kojarzy się z tradycją, religią i konserwatywnymi wartościami działaczy nie trzeba było długo zachęcać. Nie wykluczam nawet, że wielu z nich naprawdę się wydaje, iż walczą o głoszone na transparentach postulaty – podobnie, jak wielu zmanipulowanym kobietom, a nawet etatowym feministkom wydawało się, że PiS faktycznie chce się „dobrać do ich macic”, zaś co bardziej oczadziali kodziarze sądzili, że walczą w obronie konstytucji i praworządności. Podobnie było z wielkomiejską młodzieżą, która dwa lata temu uwierzyła, że paląc świeczki Małgorzacie Gersdorf i jej klice staje w obronie „niezawisłego” sądownictwa. Wszystkie te dotychczasowe protesty łączy jedno: miały w swej istocie służyć restauracji starego porządku, a wszelkie deklarowane na danym etapie górnolotne idee były jedynie przynętą dla naiwnych, parawanem mających osłonić powrót do władzy, wpływów i pieniędzy beneficjentów Republiki Okrągłego Stołu – żeby było tak, jak było.

Nie inaczej jest i tym razem. W tym roku jesteśmy świadkami bezprzykładnej mobilizacji nie tylko środowisk LGBT, lecz wszelkiej maści zaprzyjaźnionego z nimi skrajnego lewactwa z cichym (a chwilami głośnym) poparciem Platformy i reszty „totalnej opozycji”. Świadczy o tym chociażby intensyfikacja parad gejowskich. Do tej pory organizowano tego rodzaju przemarsze w Warszawie i kilku innych „postępowych” miastach typu Gdańsk czy Poznań. W tym roku nastąpiła eskalacja – ambicją stało się „zaliczenie” wszystkich miast wojewódzkich plus prowokacyjny spęd pod Jasną Górą. Wszystko według precyzyjnego scenariusza – tam, gdzie możemy liczyć na przychylność „jedziemy po bandzie” (profanacje Najświętszego Sakramentu w Gdańsku i Mszy Św. w Warszawie), natomiast w bardziej konserwatywnych miejscach idziemy „grzeczniej” udając pozytywnych, uśmiechniętych ludzi pragnących jedynie zrozumienia, miłości i akceptacji. Ale jednocześnie jesteśmy nieustępliwi – gdy spotkamy się z odmową, idziemy do sądu, który oczywiście stanie po naszej stronie uchylając zakaz miejscowych władz.

Zarazem, cała ta heca jest bardzo umiejętnie rozciągnięta w czasie, tak by „paliwa” wystarczyło do jesieni. Jesteśmy świadkami swoistego, gejowskiego objazdowego cyrku. W kolejnych miastach, na kolejnych imprezach, widzimy wciąż te same twarze jeżdżących z manifestacji na manifestację etatowych demonstrantów, mających sprawiać wrażenie, że w każdym miejscu Polski tysiące homoseksualistów cierpi opresję. To sprytny manewr, bo gdyby nagle aktywiści LGBT mieli zrobić równolegle swoje marsze w kilkunastu miastach, okazałoby się, że poza Warszawą mogą liczyć na śladową frekwencję – a tak, można pokazać do kamer kilkutysięczne, lub przynajmniej kilkusetosobowe grupy.

Powtórzę – ta aktywizacja jest bez precedensu, czegoś podobnego nie widzieliśmy chociażby za rządów „liberałów” z PO, na których teoretycznie łatwiej było wymusić realizację homo-postulatów. Teraz natomiast mamy... nie, wbrew pozorom wcale nie gej-parady, tylko regularne demonstracje „totalnej opozycji” ubrane w szaty „walki o prawa osób LGBT”. Autentyczni „geje” są na nich w mniejszości, choć to ich naturalnie wystawia się na afisz w charakterze organizatorów firmujących kolejne „eventy”. W rzeczywistości, trzon kolejnych „Marszy Równości” stanowi stary, dobrze nam znany aktyw – niedobitki KOD-u i „Obywateli RP” ze słynną „Rudą”, pamiętani m.in. z blokad miesięcznic smoleńskich oraz partyjny aparat „Razem”, „Zielonych” i lokalnych działaczy PO incognito – a do tego trochę zmanipulowanej młodzieży w wieku licealnym, której wmówiono, że walczy o równouprawnienie i sprzeciwia się „faszyzmowi”.


II. Anatomia prowokacji

Cel jest jasny – za pomocą umiejętnie eskalowanych prowokacji rozgrzać społeczne emocje. Piszę ten artykuł już po zajściach w Białymstoku, gdzie wszystko mogliśmy ujrzeć jak na dłoni. Tu muszę się przyznać do pewnej naiwności – wcześniej sądziłem, że wulgarne ekscesy polegające na profanowaniu drogich Polakom i katolikom symboli i świętości były wyłącznie inicjatywą poszczególnych narwańców, którzy myśleli, że zrobią sobie „bekę” z „katoli”. Tymczasem, coraz więcej wskazuje na to, że popaprańcy pokroju Szymona Niemca czy tych wariatów z Gdańska od profanacji procesji Bożego Ciała, mogli wprawdzie dawać upust autentycznym, targającym nimi klerofobicznym emocjom – ale już ci, którzy wystawili ich na widok i zarządzają całym tym interesem działali z pełną premedytacją. Tak to funkcjonuje – wysuwa się do kamer kilku pożytecznych w danym momencie, pokręconych obsesjonatów, by za ich pomocą uszyć na zimno prowokację. Przerabialiśmy to zresztą na własnej skórze, tylko z innej strony – dość wspomnieć podesłanych w 2010 r. na Krakowskie Przedmieście prowokatorów w rodzaju Andrzeja Hadacza czy „Joanny spod Krzyża”, którzy swoimi szaleństwami skutecznie kompromitowali obecnych tam ludzi. W przypadku gej-parad mamy nieco inny wariant tej samej sztuczki – epatowanie agresywnymi zboczeńcami, tak by wywołać reakcję drugiej strony. Cel udało się osiągnąć w Białymstoku.

Przyjrzyjmy się ciągowi wydarzeń. Najpierw etap podgotowki: antykatolickie prowokacje w „przyjaznym” otoczeniu (Gdańsk, Warszawa), w międzyczasie „tęczowa” profanacja wizerunku Matki Boskiej i „nalot” na Jasną Górę oraz dudniąca ze wszystkich głównych przekaziorów coraz bardziej nachalna homopropaganda połączona z festiwalem pogardy wobec rzekomych „homofobów”. A potem, gdy emocje oburzonych i obrażanych ludzi sięgnęły zenitu, wyjazd na gościnne występy do Białegostoku, stolicy tradycjonalistycznego Podlasia, znanego z aktywności środowisk narodowych i kibicowskich oraz konserwatyzmu mieszkańców. A że „lokalsi” złożyli petycję przeciw Marszowi Równości z ponad 27 tys. podpisów? Że zapowiedziano protesty, blokady i alternatywne imprezy na trasie marszu i w jego bezpośrednich okolicach? Tym lepiej, znaczy, że mamy zapewnioną odpowiednio gorącą i spektakularną konfrontację - kamery (zwłaszcza „zaprzyjaźnione”, „nasze”) to uwielbiają. Wszystko przebiega zgodnie z planem, można przystąpić do sfinalizowania scenariusza prowokacji.

Zwróćmy uwagę - na białostockiej paradzie nie było profanowania symboli religijnych, nie było ostentacyjnej defilady przegiętych i wulgarnych „ciot”. Tutaj „format” imprezy był z tych „grzecznych”, taktyka została dobrana pod kątem okoliczności i celu. Była grupka „zawodowych” gejów ze stowarzyszenia „Tęczowy Białystok” (formalnego organizatora), byli „objazdowi demonstranci” z KOD-u, Razem i Zielonych, paru gejowskich celebrytów w rodzaju pisarza Jacka Dehnela oraz – jako bonus – sporo idealistycznie nastawionych białostockich licealistów. Wszyscy programowo kolorowi, z tęczowymi akcesoriami, uśmiechnięci, podrygujący do przebojów ABBY. I tak to miało wyglądać – z jednej strony pokojowy przemarsz, z drugiej – oszalała, wyjąca tłuszcza, rzucająca się z pięściami i tłukąca się z policją torującą drogę pozytywnemu Marszowi Równości, którego uczestnicy wesoło machają do zgromadzonych za kordonem nienawistników. Tatuś ustawiający przed szpalerem sił prewencji dziecięcy wózek z ssącym smoczek „bombelkiem” był z ich punktu widzenia już tylko super-gratisem, wisienką na torcie.

A potem idą w świat dramatyczne relacje i obrazy – wrzaski, pały, gazy, helikopter, armatka wodna, pobici, zatrzymani... Co z tego, że później okazuje się, iż rzekomo skopany przez kiboli chłopak zaraz po imprezie nagrywa bez śladu obrażeń filmik na You Tube i jakoś nie kwapi się do zgłoszenia pobicia na policji, a nagranie z zajścia puszczone w slow motion pokazuje, że wszystkie groźnie wyglądające ciosy były markowane? Chłopaczyna na internetowym nagraniu zaś bredzi, że „czuje się pobity psychicznie”? Co z tego, że zakrwawiona kobieta – rzekoma ofiara „nazioli” - okazuje się być uczestniczką kontrdemonstracji skutecznie „spacyfikowaną” przez policję? Do ilu odbiorców to dotrze? Zamiast tego, przez najbliższy rok w mediach przy każdej okazji i bez okazji królować będą te same kadry, przebijając swym autentyzmem i siłą przekazu „urodziny Hitlera”. Zadanie wykonane, misja udała się w stu procentach.


III. Walka o status ofiary

O co chodziło? Otóż środowiska LGBT oraz stojący za nimi polityczni macherzy poczuli, że tracą swój najważniejszy atut – status ofiary. Wizerunek uciskanej i represjonowanej mniejszości stawał się w społecznym odbiorze nie do pogodzenia z coraz wyraźniejszym obrazem rozwydrzonego, aroganckiego i agresywnego pedała, usiłującego prawem kaduka narzucić w przestrzeni publicznej swą ideologiczno-obyczajową agendę. Rozbestwionego dewianta, profanującego religijne i narodowe świętości, odgrażającego się, że wejdzie ze swym przekazem do szkół z błogosławieństwem lokalnych władz i mającego w jawnej pogardzie opinię „heteronormatywnej” większości. Podobnie z inną „mniejszością” - feministkami, epatującymi otoczenie coraz bardziej wulgarnymi happeningami i przerabiającymi powstańczą kotwicę Polski Walczącej na cycki. Tak samo, nie sposób pogodzić narracji o spychanej na margines i prześladowanej grupie z realiami funkcjonowania wpływowych i ustosunkowanych (w każdym znaczeniu tego słowa) homoaktywistów, spijających w swych organizacjach śmietankę krajowych i zagranicznych grantów, cieszących się jawnym poparciem włodarzy największych miast, wiodących ośrodków medialnych oraz – jak pokazała warszawska gej-parada – wielkiego, międzynarodowego biznesu, który też ma tu swój kawałek tortu do ugrania.

Ofiarami za to, w powszechnym przekonaniu, coraz częściej zaczęli się stawać zwykli, szarzy ludzie, którzy nieopatrznie stanęli na drodze walca homopropagandy – ciągany po sądach drukarz z Łodzi, zwolniony pracownik IKEI... To z nimi może utożsamić się przeciętny Polak, to widząc ich przykład może pomyśleć – skrytykuję gejów, wychylę się, to może spotkać mnie to samo. Polacy zaczęli sobie uświadamiać, że żyją w coraz bardziej duszących oparach „tęczowej” kryptocenzury, bombardowani na dodatek groźbami prawnych reperkusji za „homofobię” i „mowę nienawiści”. Homolobby zaczęło stopniowo być postrzegane jako stosujący przemoc symboliczną niebezpieczni agresorzy, którym należy się przeciwstawić. Tę śmiertelnie dla nich niebezpieczną tendencję należało za wszelką cenę odwrócić. Zajścia w Białymstoku nadają się do tego idealnie.

Tak działa, niestety, mechanizm społecznej sympatii – ludzie bardziej skłonni są współczuć temu, kto sprawniej wykreuje się na ofiarę agresji. Na przykład, zahukanej gromadce osaczonej przez wielokrotnie liczniejszy, wrogi tłum. Metoda w gruncie rzeczy jest prostacka: prowokować ile wlezie, a gdy ktoś nie wytrzyma i walnie prowokatora w sagan – uderzyć w płacz i jechać na naturalnym odruchu empatii otoczenia. Dlatego na przyszłość nie wolno im dawać pretekstu do drapowania się w szaty męczenników. Przykładowo, gdyby kontrdemonstranci zrobili na ulicy tzw. sitting i zastosowali inne metody biernego oporu (chociażby prześmiewcze transparenty, które zawsze doprowadzają lewactwo do wściekłości), to oni wówczas staliby się ofiarami homoseksualnej inwazji na ich rodzinne miasto – tak, jak w 2015 r. Anna Kołakowska blokująca z narodowcami gejowski przemarsz w Gdańsku. Usiłując czynnie zaatakować manifestację, pomogli jej inicjatorom się uwiarygodnić i osiągnąć tym samym zamierzony cel.


IV. Strategia wyborcza – podpalić Polskę!

Podsumowując, aktywiści LGBT oraz ich zleceniodawcy upiekli kilka pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, odświeżyli w powszechnej pamięci stereotyp narodowca i kibola jako tępego zadymiarza, nieco zatarty dzięki ostatnim, spokojnym Marszom Niepodległości. To też ich uwierało – bo jak tu w kółko gardłować o „faszyzmie”, skoro rzekomi „faszyści” sobie raz na jakiś czas spokojnie demonstrują, a ich polityczni przedstawiciele prezentują się przed kamerami w kulturalnych garniturach, udzielając składnych i sensownych (na ogół) wypowiedzi? Po drugie – znów udało się im skutecznie wejść w buty prześladowanych ofiar. Tu pozostają dwie kwestie – jak długo w tych butach wytrzymają i na ile krótką pamięć mają Polacy. Czy maglowani obrazami z Białegostoku zapomną o dotychczasowych „dokonaniach” tęczowego lobby? Po trzecie – udało się im skutecznie napuścić narodowców na PiS. Gazowani i pałowani protestujący (słychać to na filmach) całkiem logicznie utożsamili policję z obecną władzą, pomstując, że ta staje przeciw zwykłym obywatelom w obronie zboczeńców. Ton ten podchwyciły narodowe media. Po czwarte wreszcie i najważniejsze – dostarczyli lewactwu i totalnej opozycji wyborczego paliwa, którego wystarczy do jesieni, tym bardziej, że planowane są kolejne „marsze przeciw nienawiści” i ma się rozumieć, homoparady.

To wokół emocji wywołanych białostockim marszem będzie się od tej pory kręciła kampania (a nie wokół żałosnego programu Schetyny i KO) – i jest to potencjalnie niebezpieczne, o ile PiS nie zdoła jakoś spacyfikować tego przekazu i narzucić własnego. Platforma już wyczuła krew, obwiniając o zajścia marszałka województwa podlaskiego z PiS, który zorganizował Piknik Rodzinny w pobliżu trasy przemarszu. Uaktywnił się Tusk, rzucając na Twitterze przekaz na kampanię: „Kibole, antysemici, homofobia – nic nowego. Tragedią jest władza, która jest ich patronem”. No i wreszcie, zupełnie jawnie karty odkrył Janusz Palikot: „Robić Marsze Równości non stop. I dać się pobić. Stać i czekać, aż cię zjedzą biciem. Zero reakcji. Milczenie. Być pobitym w milczeniu. To da zwycięstwo.”. Mamy zatem jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji PiS-owi i dzięki temu wygrać. I nie ma znaczenia, że dla narodowców PiS jest bandą zdrajców i amerykańsko-żydowskich pachołków, a dla PiS-u narodowcy to „ruska agentura”. Ważne jest to, co uda się aparatowi propagandy wdrukować w masową świadomość. Chodzi o to, by przestraszyć ludzi wizją ciągłych zamieszek, destabilizacji i wbić do głów skojarzenie: PiS = przemoc. I nad tym będą pracowały sztaby macherów, posyłając na ulice kolejnych miast szeregi swych lewackich i gejowskich hunwejbinów. Będą mieli sprzymierzeńców nie tylko w tradycyjnych mediach obozu III RP, lecz również (a może przede wszystkim) w internetowych gigantach, takich jak Facebook i Google, otwarcie wspierające i sponsorujące ideologię LGBT przy jednoczesnym bezwzględnym sekowaniu konserwatywnego przekazu. Czy zatem uda się im podpalić Polskę? Wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy zdolni do roztropnego powiedzenia „non possumus”, skutecznego przypominania co i kto stoi za rzekomymi „ofiarami” oraz do czego to towarzystwo jest zdolne i jakie są jego prawdziwe intencje.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cele i strategia ruchów LGBT

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 09 (Sierpień 2019)

niedziela, 4 sierpnia 2019

Cele i strategia ruchów LGBT

Prędzej czy później nastąpi chwila prawdy, kiedy aktywiści LGBT staną przed „hetero-świniami” bez swoich masek. Ale wtedy na jakikolwiek sprzeciw będzie już za późno.


I. Cel i środki

Wyjaśnienie tytułowej kwestii – celów ruchu LGBT i strategii dzięki której mają być osiągnięte – zawiera się tak naprawdę w dwóch pozycjach sięgających lat '80 XX wieku. Pierwsza, to opublikowany w gejowskim magazynie „Gay Community News” (luty 1987 r.) artykuł Michaela Swifta pt. „Gay Revolutionary”, zwany często „gejowskim manifestem”, zakreślający cele tego, co dziś nazywamy „gejowskim lobby” czy „ruchem LGBT”. Druga natomiast, prezentująca metody jakimi powinna posługiwać się homopropaganda, to wydana w 1989 r. książka Marshalla Kirka i Huntera Madsena pt. „After the Ball. How America will conquer its fear and hatred of Gays in the 90s” (w luźnym tłumaczeniu - „Po bitwie. Jak Ameryka przezwycięży swój strach i nienawiść do gejów w latach '90”).


II. Manifest Swifta

Zacznijmy od manifestu Michaela Swifta. Najpierw jednak istotna uwaga. Środowiska gejowskie, aby zakamuflować jego nienawistną wymowę, często usiłują przedstawić ten tekst jako formę satyry i intelektualnej prowokacji. Taki zabieg służyć ma neutralizacji oburzenia „heteronormatywnej” większości. Zgodnie z tą metodą, osoby podnoszące alarm ogłaszane są ograniczonymi umysłowo i pozbawionymi poczucia humoru bigotami, niezdolnymi do prawidłowego odczytania sarkazmu i ironii. Rzeczywiście, autor posługuje się celowo przesadzoną aż do groteski retoryką, stosując na pozór karykaturalne przerysowania i inne tego typu zabiegi stylistyczne. Wszystko to jednak ma cel maskujący (pamiętajmy, że mówimy o latach '80 – taka wówczas obowiązywała „mądrość etapu”) - tak, by autor złapany za rękę mógł wykręcić się sianem: „no co wy, przecież to tylko satyra, nie bierzecie chyba tego na poważnie?”. Z perspektywy lat, widać jednak wyraźnie, że pod pozorem niby-satyrycznej formy przemycono rzeczywiste, dalekosiężne zamiary homolobby.

Cóż tam znajdziemy? Chociażby zapowiedź deprawacji dzieci, dziś realizowanej pod postacią inwazji genderyzmu i szkolnej seks-edukacji, mającej oswajać najmłodszych z dewiacjami: „Będziemy sodomizować waszych synów, emblematy waszej kruchej męskości, waszych płytkich marzeń i wulgarnych kłamstw. Będziemy ich uwodzić w waszych szkołach, w waszych internatach, w waszych siłowniach, w waszych szatniach, w waszych halach sportowych, w waszych seminariach, w waszych grupach młodzieżowych, w łazienkach sal kinowych, w waszych barakach armii, w waszych przystankach dla ciężarówek, we wszystkich waszych męskich klubach, w waszych domach Kongresu, gdziekolwiek mężczyźni są razem z mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi podwładnymi i będą wykonywać nasze rozkazy. Zostaną oni przekształceni na nasz obraz”. Obecnie, homoaktywiści organizujący kontrdemonstracje przeciw marszom pro-life i katolickim procesjom, lubują się w wykrzykiwaniu hasła: „wasze dzieci będą takie, jak my!”. To nic innego, jak spełnienie postulatu „zostaną przekształceni na nasz obraz”. Satyra? Nie, rzeczywistość Zachodu trzydzieści lat po publikacji „manifestu”.

Idźmy dalej: „Zniesione będą wszystkie prawa zakazujące homoseksualizmu, a w ich miejsce zaczną obowiązywać ustawy propagujące miłość między mężczyznami. (...) Jeśli odważycie się nazwać nas ciotą, pedałem, zboczeńcem, wbijemy nóż w wasze tchórzliwe serca i zbezcześcimy wasze martwe, rachityczne ciała”. I to również dzieje się na naszych oczach. „Antydyskryminacyjne” ustawodawstwo, małżeństwa homoseksualne, aktywność zorganizowanego homolobby, prawne uznawanie kolejnych „płci” (ostatnio „trzecia płeć” w Niemczech) – to są już fakty. Faktem jest również agresja, zarówno werbalna, jak i fizyczna, wobec osób sprzeciwiających się homoinwazji – internet pełen jest filmów przedstawiających ataki lewackich aktywistów na konserwatywne demonstracje. Narasta także coraz powszechniejsza przemoc instytucjonalna – chociażby w miejscach pracy, czego przedsmakiem w Polsce była słynna sprawa zwolnionego pracownika IKEA.

Te obszerne cytaty miały Czytelnikowi zademonstrować próbkę stylistyki owej rzekomej „satyry”. Dalej jednak padają równie niebezpieczne zapowiedzi: masowa promocja homoseksualnego stylu życia („Nasi pisarze i artyści uczynią z miłości męsko-męskiej obowiązujący kanon mody”); tzw. „coming-outy” („Zdemaskujemy możnych homoseksualistów, którzy udają hetero”); dążenie do dominacji w życiu publicznym („Nasza inteligencja czyni z nas naturalnych arystokratów rasy ludzkiej, a arystokraci o umysłach twardych jak stal nigdy nie zadowolą się poślednim statusem”); anihilacja instytucji rodziny („Komórka społeczna zwana rodziną - wylęgarnia kłamstwa, zdrady, przeciętności, hipokryzji i przemocy - zostanie obalona”); prześladowania religijne („Wszystkie kościoły, które nas potępiają, zostaną zamknięte”); zaś ostatecznym celem ma być totalna władza i dyskryminacja osób heteroseksualnych („W stworzonym przez nas wspaniałym społeczeństwie rządy będzie sprawować elita złożona z gejowskich poetów. Jednym z wymogów uzyskania wpływowej pozycji w tej nowej homo erotycznej społeczności będzie oddawanie się greckiej namiętności. Każdy mężczyzna zarażony heteroseksualną żądzą będzie automatycznie pozbawiony prawa do zajmowania wpływowej pozycji”). Całość wieńczy zapowiedź: „Drżyjcie, hetero-świnie, kiedy staniemy przed wami bez naszych masek”.

Powtórzę: w tych cytatach sprzed ponad trzydziestu lat zawarta jest obecna rzeczywistość społeczna Zachodu – wszystko to albo już się dokonało, albo jest w trakcie realizacji.


III. Metoda Kirka-Madsena

W jaki sposób osiągnięto obecny stan rzeczy? Stosując się skrupulatnie do zaleceń zawartych we wspomnianej wyżej książce „After the Ball”. W niej z kolei znajdziemy sześć punktów, których należało bezwzględnie przestrzegać, by homoindoktrynacja odniosła sukces.

Po pierwsze – należy mówić o homoseksualistach i homoseksualizmie możliwie jak najgłośniej i jak najczęściej. To zalecenie służyć ma wstępnemu oswojeniu społeczeństwa z tematem i „znieczuleniu” na wątki homoseksualne pojawiające się w przestrzeni publicznej, uznaniu ich za alternatywną „normę”.

Po drugie – osoby LGBT należy zawsze i bez wyjątku przedstawiać jako ofiary opresywnej większości. To z kolei ma obudzić odruch współczucia wobec prześladowanych i usprawiedliwić w oczach opinii publicznej ich „emancypacyjną” batalię. Korzystano tu obficie z doświadczeń walki o równouprawnienie czarnej społeczności w USA.

Po trzecie – kampania musi odbywać się pod pozorem walki z dyskryminacją, przy czym należy unikać odwoływania się do samych praktyk homoseksualnych, mogących budzić odruch wstrętu. W ten sposób daje się możliwość działania sojusznikom – osobom publicznym i ruchom walczącym o prawa obywatelskie.

Po czwarte – homoseksualistów należy zawsze pokazywać w korzystnym świetle. Tu pole do popisu ma popkultura – media, przemysł rozrywkowy, twórczość artystyczna. Należy kreować pozytywnych, homoseksualnych bohaterów filmów, książek, seriali. Trzeba też zadbać o wsparcie gwiazd popkultury – aktorów, artystów, celebrytów.

Po piąte – przeciwników należy prezentować bez wyjątku negatywnie. Mają być odrażającymi nienawistnikami, stygmatyzowanymi „homofobami”. Należy wywołać w ten sposób zbiorowe poczucie wstydu u heteroseksualnej większości – tu już mamy mentalną pacyfikację oponentów.

Po szóste – należy zadbać o stale i wszechstronne finansowanie. Nie tylko ze strony organizacji gejowskich, ale zewsząd skąd tylko się da – organizacje pozarządowe, biznes, instytucje publiczne. Tylko dzięki temu zaplanowana na dziesięciolecia batalia będzie mogła zakończyć się sukcesem.

Jak widzimy, wszystko się zgadza. Warto zwrócić uwagę, że powyższe zalecenia sprowadzają się głównie do ukrywania i kamuflowania prawdziwych celów lobby LGBT – tych przedstawionych w „manifeście” Swifta, od którego zaczęliśmy. Ale wszystko do czasu – zgodnie z zapowiedzią, prędzej czy później nastąpi chwila prawdy, kiedy staną przed „hetero-świniami” bez swoich masek. Ale wtedy na jakikolwiek sprzeciw będzie już za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy LGBT podpali Polskę?

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (02-08.08.2019)

niedziela, 7 lipca 2019

Ofensywa homozamordyzmu

Chciałbym zaapelować do czytelników o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


I. Homo-koncerny w natarciu

Wygląda na to, że na froncie toczącej się w Polsce wojny kulturowej nastąpiła zmiana warty – główny ciężar batalii, po tym jak Koalicja Europejska przejechała się w euro-wyborach na wymachiwaniu tęczowym sztandarem, wzięły na siebie globalne koncerny, powtarzając tym samym drogę, jaką rewolucja LGBT pokonała na Zachodzie. Tam również na pewnym etapie w promocję ideologii „środowisk nieheteronormatywnych” włączyły się światowe korporacje – kiedy tylko zorientowały się, że „społeczność LGBT+” to doskonali klienci: lojalni, często dobrze zarabiający, wydający relatywnie więcej od „heteryków” na przyjemności, nie obarczeni utrzymywaniem rodzin, ponadto pracujący nierzadko w istotnych z punktu widzenia promocji branżach, takich jak reklama i marketing, media, nowe technologie. Efektem była swoista symbioza: wielkie firmy zaczęły reklamować się jako „gay friendly” i jęły wspierać „tęczowe” postulaty w przestrzeni publicznej, równocześnie lobbując w świecie polityki za wcieleniem w życie żądań homoaktywistów – czasem zakulisowo, a czasem jawnie. Np. we wrześniu 2018 r. szereg koncernów (m.in. Coca-Cola, IBM, Bank of Ireland, Santander, Deloitte) wspólnie z lewacką organizacją Amnesty International wystosowały list do autonomicznego rządu Irlandii Północnej oraz brytyjskiej premier Theresy May z żądaniem ustanowienia małżeństw jednopłciowych. Swoją drogą, Wlk. Brytania dopiero w 1982 r. zniosła karalność kontaktów homoseksualnych, podczas gdy Polska dokonała tego już w 1935 r. wraz z wprowadzeniem nowego kodeksu karnego (tzw. lex Makarewicz), co Antoni Słonimski uczcił fraszką: „cieszy się podex / że nowy kodeks”.

Obecnie ta ofensywa dotarła do Polski, czego widomym przykładem była tegoroczna warszawska gej-parada, do której swój akces zgłosiły światowe potęgi biznesowe, takie jak Google, Universal, Microsoft, IBM, Nielsen, Ben&Jerry's (Unilever), Levi's, Discovery, Netflix, JP Morgan, MTV, Procter&Gamble, Goldman Sachs, City Bank. Coca-Cola z kolei wypuściła specjalną serię puszek Sprite'a z tęczowym logo, okraszając inicjatywę reklamowym bełkotem o „DNA marki”. Zaczynamy zatem na własnej skórze przerabiać marketingowe rozmiękczanie postaw społecznych, wg którego tzw. „płynna tożsamość” jest synonimem nowoczesności, europejskości, luzu i „bycia sobą”. Oczywiście, w tej manipulatorskiej obróbce chodzi o wyhodowanie idealnego konsumenta, łykającego bezkrytycznie każde wciskane mu badziewie - z pełnym przekonaniem, że w ten właśnie sposób realizuje swoje aspiracje. Ot, taki zasuflowany odgórnie „bunt” i „nonkonformizm” wg recepty PR-owskich specjalistów od robienia wody z mózgu.


II. IKEA – kulturowy imperializm

Żeby jednak ta operacja na żywym społecznym organizmie odniosła sukces, wymagana jest pełna lojalność i dyscyplina we własnych, korporacyjnych szeregach – począwszy do managementu, aż po szeregowych pracowników z pierwszej linii frontu. Tu już nie ma miejsca na „luz i spontan” - obowiązuje żelazny zamordyzm i zasada zera tolerancji dla odstępców. Przekonał się o tym pracownik sieci IKEA, pan Tomasz K., który został zwolniony po tym, jak wyraził sprzeciw wobec firmowej „akcji afirmacyjnej” lansującej ideologię LGBT+. Przypomnijmy, że poszło o zaordynowane przez kierownictwo firmy obowiązkowe „świętowanie” IDAHOT (Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii), co przekładać się miało na walkę o „prawa” mniejszości seksualnych. Z tej okazji przypomniano tolerancjonistyczne zasady obowiązujące w firmie, z podkreśleniem, iż „włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Tu warto nadmienić, że w odróżnieniu od zwykłej tolerancji, w tolerancjonizmie chodzi o aktywną afirmację odmienności w połączeniu z tzw. „tolerancją represywną” wobec osób nie podporządkowujących się wymaganej postawie. W praktyce oznacza to dyskryminację opornych i opresywną kontrolę sumień rodem z Orwella.

Pan Tomasz K. o tym nie wiedział i w swej prostoduszności opublikował w wewnętrznej firmowej sieci komentarz, w którym przypomniał, co o homoseksualizmie mówi Pismo Św. Oto wpis: Akceptacja i promowanie homoseksualizmu i innych dewiacji to sianie zgorszenia. Pismo Święte mówi: »biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich«. A także: »ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich«”. IKEA zareagowała natychmiastowym zwolnieniem niepokornego pracownika, w specjalnym oświadczeniu zarzucając mu „agresję słowną”, „naruszenie dóbr i godności” innych pracowników oraz wykorzystanie cytatów ze Starego Testamentu mówiących „o śmierci, krwi w kontekście tego jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”, dodając iż „wielu pracowników poruszonych tym wpisem kontaktowało się z naszym działem kadr”. Jak widać, firmowe donosicielstwo ma się w IKEI dobrze, zgodnie ze starymi, bolszewickimi praktykami, do czego zresztą firma sama zachęca, pouczając w jednym z okólników: „reaguj, gdy ktoś słyszy homofobiczne, dyskryminujące uwagi, żarty lub plotki”.

Sprawą pana Tomasza zajął się instytut „Ordo Iuris”, który w jego imieniu złożył przeciw sieci IKEA pozew – zwolnienie jest bowiem oczywistą formą dyskryminacji ze względu na poglądy religijne. Od siebie dodam, że jeżeli firma chce być „transparentna” światopoglądowo, to nie powinno być w niej miejsca na promowanie żadnej religii czy ideologii. Tymczasem IKEA ostentacyjnie promuje dewiacje, zamykając jednocześnie usta katolikom – jest to jawna forma imperializmu kulturowego, poprzez narzucanie pracownikom określonego światopoglądu w duchu opisanego wyżej „agresywnego tolerancjonizmu” przy jednoczesnym lekceważeniu (a wręcz zwalczaniu) norm społecznych kraju w którym funkcjonuje. Zarazem, ów aktywizm jest wybiórczy i nie dotyczy krajów muzułmańskich, gdzie homoseksualizm nierzadko karany jest śmiercią. Wrogiem jest jedynie system wartości ufundowany na korzeniach chrześcijańskich i dekalogu. Poza wszystkim, firmy uprawiające homopropagandę wysyłają czytelny sygnał do pracowników – chcesz liczyć u nas na karierę, musisz „ćwierkać” z lewackiego klucza. W ten oto sposób zaadaptowano wzorce znane z systemów totalitarnych, przekuwając je w „kulturę korporacyjną”.

Co ciekawe, w przypadek pana Tomasza zaangażował się Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, co na kilometr zalatuje faryzejską obłudą – dotąd bowiem obecny RPO dał się poznać ze skrajnej, lewackiej ideologizacji pełnionego urzędu. Cóż, po kompromitacji z obroną mordercy 10-letniej Kristiny, najwyraźniej uznał, że musi się jakoś „wypucować” przed opinią publiczną...

Trzeba dodać, że IKEA nie jest jedyna. Niedawno wrocławska fabryka Volvo uznała za stosowne powołać „społeczność LGBT”, emitując w firmie reklamy i faworyzując tym samym jedną, ściśle określoną opcję światopoglądową. Kierownictwo wycofało się z pomysłu dopiero po protestach pracowników i związków zawodowych - jednak nie łudźmy się, to dopiero początek.


III. Bojkot konsumencki IKEI!

Mam to szczęście, że nigdy nie kupiłem niczego w IKEI - tak się złożyło, że nigdy w życiu nie byłem nawet w żadnym sklepie tej firmy. Teraz wiem, że tak już zostanie. Na zakończenie chciałbym zaapelować do czytelników „Warszawskiej Gazety” o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Pokażmy swój sprzeciw wobec dyskryminacji religijnej, braku poszanowania polskiej tradycji, tożsamości i zwyczajów oraz narzucania nam kulturowego imperializmu. Co więcej, jak wykazała afera „LuxLeaks”, koncern ten zarejestrowany jest w Luksemburgu – raju podatkowym, do którego wyprowadza zyski wypracowane m.in. w Polsce, unikając w ten sposób płacenia podatków. Z naszego punktu widzenia jest zatem firmą pasożytniczą. Zachęcajmy do bojkotu nasze rodziny i znajomych. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Homo-sponsoring


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (05-11.07.2019)