Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sądy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sądy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2019

Pod-Grzybki 181

Na finiszu kampanii TVP odpaliła „taśmy Neumanna” z których mogliśmy się dowiedzieć, że polityka jest cyniczna, politycy brzydko się wyrażają, a przekręty tych z PO mogą liczyć na ochronę sędziowskiej „nadzwyczajnej kasty” („Sąd to może wypierd...ić w kosmos, może to prowadzić trzy lata – bez znaczenia to jest.”). Słowem, same rewelacje... Jedna rzecz jest jednak charakterystyczna – żadne sędziowskie stowarzyszenie, żadne „Themis” czy inna „Iustitia” nie zaprotestowała jednym słowem przeciw tak przedmiotowemu traktowaniu. Siedzą grzecznie i cichutko, udając, że nie usłyszały tego, co usłyszały. I to mówi nam o kondycji sądownictwa więcej, niż wszystkie sążniste analizy.


*

Swoją drogą, zastanawiam się, jak PO prowadzi kampanię w Tczewie. Widzę to tak. Przychodzi polityk na spotkanie z wyborcami, po czym wesoło zagaja: „cześć po*eby!”, a następnie rozwijając wątek dodaje: „rzygam Tczewem! Głosujcie na mnie!”. Potem jeszcze zaproszą Wałęsę, który ich opatyczy i zwyzywa śp. Kornela Morawieckiego od „zdrajców” i „żelazny elektorat” mają zmobilizowany - publika szaleje, a słupki poparcia skaczą pod niebo. Poważnie, sądząc po nieustającej popularności takiego Trzaskowskiego czy innej Jachiry, „totalni” musieli dojść do nieuchronnego wniosku, że ich wyborcy to faktycznie stado sadomasochistycznych „po*ebów” - i stąd też adekwatne traktowanie.


*

„Gazeta Wyborcza” chwyta się brzytwy i postanowiła rozdać przed wyborami milion bezpłatnych egzemplarzy specjalnej „Gazety Przedwyborczej” - w miejscowościach poniżej 100 tys. mieszkańców, żeby ta prowincjonalna hołota w końcu zrozumiała na kogo należy głosować. Jak to ujął Jarosław Kurski – grozę rządów PiS należy wytłumaczyć ludowi „w prostych słowach”. I to jest niesamowite – oni naprawdę sądzą, że ludzie spoza „warszawki” są oczadziali od „pisowskiej propagandy” niczym chłop sanacyjny i trzeba im „wytłumaczyć” „prostymi słowami” rzeczywistość. Bo inaczej, sami z siebie, będą nadal siedzieli w tych swoich lepiankach i oglądali TVP. Przekładając ezopowe przesłanie Jarosława Kurskiego na normalny język, komunikat Czerskich brzmi zatem następująco: „słuchajcie, wy wsiowe tumany, jeśli jeszcze do was nie dotarło, jak strasznie obciachowy jest PiS, to my wam to pokażemy w naszej gazetce - za darmo, skoro żal wam odpalić parę złotych z tego pińćset, co dostajecie. Wbijemy wam to do tych waszych zakutych łbów prostymi słowami, żebyście nie mieli kłopotu ze skumaniem. Mata więc i czytajta - i jeżeli nie chcecie być dalej durnymi wsiokami, to macie zostać w domu, albo zagłosować na opozycję, kapewu?”.


*

Ale, trzeba oddać, że „Wyborcza” gra dwutorowo – dla prowincji przygotowała tabloidowe pisemko, ale już dla wielkomiejskich elit postarała się nieco bardziej. Wyrychtowała do spółki z samym „New York Timesem” specjalny dodatek „Władza” obnażający nikczemności różnych „populistów”, który w obu gazetach ukaże się w sobotę 12 października. Polityczna intencja jest ewidentna – a ja tylko przypominam, że wtedy w Polsce będzie już obowiązywała cisza wyborcza. Czy stosowne organy państwa będą miały odwagę, by zareagować na tę ostentacyjną, łamiącą prawo agitkę? Czy też „Wyborczej” po staremu wolno więcej?


*

Lobby LGBT dostało histerii, bo na lubelską gęj-paradę jacyś kontrdemonstranci przynieśli petardy – w związku z tym, waginosceptycy i penisosceptyczki stroją się w palmy męczeństwa jako niedoszłe ofiary „zamachu”. Rzucanie petardami faktycznie nie jest bezpieczne – a przede wszystkim durne i przeciwskuteczne. Mam lepszy pomysł. Otóż w 1944 r. Stalin zorganizował w Moskwie pokazowy przemarsz niemieckich jeńców – a pochód zamykały samochody-polewaczki, zmywające ślady po najeźdźcach. Rozwiązanie to polecam włodarzom miast nawiedzanych przez objazdowy cyrk LGBT – należy z pełnym spokojem wyrażać zgodę na gej-parady, a następnie bezpośrednio za demonstracją puszczać pojazdy MPO starannie czyszczące ulice. Wymowa symboliczna będzie oczywista dla wszystkich, a furia lewactwa po takim potraktowaniu – bezcenna.


*

Celebryckie rozterki rodem z gazeta.pl. Małgorzata Rozenek-Majdan: „Jak sobie myślę, że moi synowie mieliby mieć dziewczynę to jakoś mocno się tym denerwuję”. Hm, gdyby synowie przyprowadzili swoich chłopaków, byłoby wszystko OK?


*

Szaleństwo ekologistów – w nowojorskim ratuszu podczas spotkania z lewacką „polityczką” Demokratów Alexandrią Ocasio-Cortez jedna z klimatystek zgłosiła arcypostępowy postulat: „Pozostało nam tylko kilka miesięcy. Szwedzki profesor mówi, że możemy jeść zmarłych ludzi, ale to nie jest dostatecznie szybko. Musimy zacząć jeść dzieci! Nie mamy czasu! Jest za dużo CO2!”. I dalej: „Nawet jeżeli zbombardujemy Rosję, nadal będzie zbyt wielu ludzi i zbyt wiele zanieczyszczeń! Musimy więc pozbyć się dzieci. Musimy jeść dzieci!”. Trzeba przyznać, że nasza Sylwia Spurek jeszcze na to nie wpadła, ale zapewne wszystko przed nami – od dawna podejrzewałem, że od wegetarianizmu do kanibalizmu jest tylko krok, bo na dłuższą metę natury nie da się oszukać i skoro nie można jeść zwierząt, to pozostaje sięgnąć po jedyne pozostałe źródło mięsa. Ale jest jeszcze coś innego – otóż na filmiku widać, że słowa aktywistki nie spotkały się z cieniem sprzeciwu publiczności, zaś sama Ocasio-Cortez wystąpienie skwitowała jedynie słowami: „na szczęście, mamy więcej niż kilka miesięcy”. Od razu kamień spadł mi z serca – może zaczniemy konsumować dzieci dopiero za rok. A przy okazji – potwierdza się stara prawda, że dzieci są po to, by na starość człowiek miał co do garnka włożyć.


*

Ehem... tak mi przyszło jeszcze do głowy, więc ostrzegam na wszelki wypadek. Jeżeli mają Państwo w gronie znajomych jakichś „klimatystów”, to radzę nie afiszować się z dziećmi. W ich ustach powiedzenie „ten dzidziuś jest tak słodki, że chciałoby się go zjeść” może mieć całkiem dosłowne konotacje.


*

Na dziś to tyle. Ja osobiście nie mogę już się doczekać wyborczej niedzieli – coś mi mówi, że będzie lepsza niż Gwiazdka. A Państwo?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (11-17.10.2019)

niedziela, 29 lipca 2018

Opozycyjne deja vu

Drodzy „totalni”, wbrew temu, co wam się roi w głowach – nie jesteście ofiarami reżimu. Jesteście ofiarami losu.

I. Mroczne czasy

Nie wiem jak Państwo, ale ja obserwując konwulsje szeroko rozumianej „totalnej opozycji” (od polityków, poprzez media, a skończywszy na społecznym zapleczu) odnoszę wrażenie swoistego deja vu. Wszystko to już było, wszystko już widziałem i słyszałem – i niemoc polityczną, i histeryczną publicystykę, i radykalizację nastrojów przeciwników władzy. Więcej – po części sam w tych paroksyzmach brałem udział i podpisywałem się pod alarmistycznymi tezami, formułując w różnych miejscach kasandryczne wizje przyszłości. Było to raptem kilka lat temu, za czasów potęgi PO, kiedy mogło się wydawać, że „znikąd nadziei”, a system zafundowany Polsce przez ekipę Tuska przeżre nasz kraj do tego stopnia, że odwrócenie go stanie się zwyczajnie niemożliwe. Na dodatek można było odnieść wrażenie, że stanie się tak przy poparciu lub w najlepszym razie obojętności przytłaczającej większości Polaków. Ba, był czas, gdy z różnych miejsc podnosiły się głosy, że bez „kryterium ulicznego” i jakiejś rewolty się nie obejdzie, jeśli chcemy ocalić Ojczyznę przed ostatecznym upadkiem. Pod tym względem szczególnie przygnębiający był okres po Tragedii Smoleńskiej.

Pamiętamy to, prawda? Herr Tusk jako folksdojcz na pasku Angeli Merkel, Sikorski oddający hołdowniczo w Berlinie Polskę i Europę pod niemiecką kuratelę, prezydent „Komoruski” jako gwarant zachowania wpływów Kremla i komunistycznej wojskowej bezpieki, posmoleński „reset” stosunków z Rosją na życzenie Berlina i Waszyngtonu rządzonego przez tandem Obama – Hillary Clinton, NATO dogadujące się z Putinem i wizje „wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa od Lizbony do Władywostoku” (to znów Sikorski)... Przecież nawet Kościół brał w tym wówczas udział za sprawą przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika podpisującego na Zamku Królewskim w Warszawie wraz z agentem KGB patriarchą Cyrylem deklarację o „pojednaniu” między narodami polskim i rosyjskim. Swoją drogą, w wywiadzie dla KAI abp. Michalik wyznał, iż „na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić” - co także rzuca snop światła na ówczesne uwarunkowania i chciałbym tylko wiedzieć, kto dostojnemu hierarsze uświadomił jaki to wówczas mieliśmy „etap” wymagający takiego „kroku”.

W tle mieliśmy natomiast niewyjaśnioną po dziś dzień aktywność „seryjnego samobójcy” likwidującego niewygodnych świadków i ekspertów zaangażowanych w wyjaśnianie Smoleńska, mord polityczny dokonany w Łodzi przez Ryszarda Cybę na Marku Rosiaku, arogancję władzy przekonanej że PiS wraz ze swymi zwolennikami „wymrze jak dinozaury” (Tusk), aranżowane pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu rozróby i ekscesy pijanej tłuszczy z udziałem prowokatorów pokroju Andrzeja Hadacza czy sutenera Zbigniewa S. ps. „Niemiec” (z przyzwalającą biernością policji), prowokacje podczas kolejnych Marszy Niepodległości wraz z pałowaniem demonstrantów i całą resztą repertuaru aparatu przemocy, aresztowaniami i procesami, no i wreszcie – rozkradanie państwa, afery, wyprowadzanie z Polski za milczącą zgodą fiskusa miliardów dolarów rocznie... Nawiasem, niemal nic z wymienionych nieprawości nie doczekało się rozliczenia.


II. Farsa, czyli powtórka z historii

Na powyższe nakładało się nieustające samozadowolenie beneficjentów III RP przekonanych, że tak już będzie zawsze i otępiający, propagandowy łoskot mediów. Pamiętam towarzyszące nam wówczas poczucie bezsilności – PiS w kolejnych wyborach nie mogło przebić szklanego sufitu i jego poparcie oscylowało wokół tego, co ma dziś Platforma. Naszą reakcją było żmudne tworzenie oddolnych inicjatyw - „partyzanckich”, bez zaplecza instytucjonalnego, bez pieniędzy. Odtrutką na oficjalne przekaziory był rozkwit niezależnej blogosfery i próby odwojowania opinii publicznej za pomocą internetu. Z czasem wreszcie zaczęły powstawać opozycyjne tytuły prasowe (w tym „Warszawska Gazeta”) borykające się z problemami w obliczu których uprzywilejowane media III RP z miejsca padłyby na twarz. Równolegle podejmowały aktywność rozliczne, często lokalne, ruchy i stowarzyszenia. W sumie, to wszystko złożyło się na swoisty rój – konglomerat inicjatyw, który paradoksalnie dzięki swojemu rozproszeniu okazał się dla ówczesnej władzy trudny do spacyfikowania i odegrał niebagatelną rolę przy podwójnych wyborach w 2015 roku.

Wspominam obszernie te „kombatanckie” zaszłości dlatego, że zwolennicy obecnej „totalnej opozycji” usiłują powtórzyć tę drogę. Tyle, że jak to często bywa, w ich wydaniu historia powtarza się jako farsa. Weźmy sferę diagnoz – rzekomo to obecnie mamy „demontaż państwa prawa”, zagrożenie dla swobód obywatelskich i groźbę „putinizacji”. A w realu? Odbywają się bez przeszkód demonstracje podczas których policja wręcz z matczyną troską dba o komfort i bezpieczeństwo uczestników – porównajmy to chociażby ze sposobem w jaki zbiry Hanny Gronkiewicz-Waltz ze Straży Miejskiej traktowały pikietę Solidarnych 2010 na Krakowskim Przedmieściu. Dopiero ostatnia zadyma pod Sejmem spotkała się z bardziej zdecydowaną reakcją – nieporównywalną jednak do policyjnej akcji przeciw protestującym w PKW po skandalicznych wyborach samorządowych w 2014 r. Przy okazji – „totalni” alarmują, że PiS z pewnością sfałszuje kolejne wybory i nawołują do społecznej kontroli w komisjach, co jest karykaturalną powtórką z akcji Ruchu Kontroli Wyborów. Fałszerstwo ma rzekomo umożliwić „pisowski” Sąd Najwyższy – jakoś nie przeszkadzało im dotąd hurtowe oddalania protestów nieśmiertelną formułką, że ewentualne nieprawidłowości „nie miały wpływu na końcowy wynik”.

Idźmy dalej – zagrożona jest jakoby „wolność mediów”. Owo zagrożenie, jak rozumiem, polega na tym, że opcja III RP straciła medialny monopol i zmuszona jest funkcjonować w warunkach pluralizmu – nader ułomnego dodajmy, bo jeśli spojrzeć na dominujące tytuły, stacje i portale to niemal wszystkie są zajęte jawnym zwalczaniem obecnego rządu, często na zlecenie zagranicznych, głównie niemieckich właścicieli, nie cofających się przed terroryzowaniem konkurencji rujnującymi pozwami. I znów – porównajmy to np. z historią przejęcia „Presspubliki” przez „zaprzyjaźnionego biznesmena” i śmietnikowych konsultacji tegoż z Pawłem Grasiem. Dodajmy, że politycy PiS zapowiadają, że sprawa repolonizacji zostaje odłożona do następnej kadencji – takie to i „zagrożenie”. Przykłady tego typu paranoicznego oglądu rzeczywistości można mnożyć – generalnie, ponoć zapanował już stalinizm, stan wojenny i III Rzesza w jednym. Najzabawniejsze jest chyba posądzanie PiS (bodaj najbardziej antyrosyjskiej partii w Europie) o działanie w interesie Rosji.


III. Ofiary reżimu, czy ofiary losu?

Mimo to, „totalni” czują się ofiarami permanentnej opresji. Zakładają więc stowarzyszenia opozycyjne, a nawet namiastki solidarnościowej konspiracji. Zważywszy, że poczesną rolę odgrywają tam persony pokroju płk. Mazguły czy „Farmazona” trudno nie docenić tu talentu parodystycznego. Dziś KOD czy Obywatele RP działają w warunkach wręcz cieplarnianych – wystarczy skonfrontować obecne realia z opisem czasów PO z pierwszej części artykułu. Na dodatek, opozycja ma do swej dyspozycji aktywa zgromadzone przez cały okres III RP, poparcie zagranicy o jakim polscy patrioci mogli tylko pomarzyć czy sponsorowane bez przeszkód z zewnątrz organizacje pozarządowe. Trochę (ale tylko trochę) urwały się im dotacje z publicznej kasy – co daje im asumpt do kładzenia się na pluszowych krzyżach w charakterze „ofiar reżimu”.

Drodzy „totalni”, jeśli mimo wszystkich pozostających w waszej dyspozycji zasobów jesteście wciąż tak bezsilni, to możecie winić jedynie własną nieudolność, arogancję każącą wam mieszać z błotem „motłoch kupiony za pińćset” (który powinniście do siebie przekonywać) i chroniczną bezradność w formułowaniu jakichkolwiek alternatywnych ofert dla wyborców. Wbrew temu, co wam się roi w głowach i czemu dajecie wyraz w wylewanych notorycznie potokach słownej agresji, frustracji i histerii – nie jesteście ofiarami reżimu. Jesteście ofiarami losu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (27.07-02.08.2018)

niedziela, 10 września 2017

„Unijna” sądokracja?

Batalia o sądownictwo stanowi dla KE wymarzony pretekst, by zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego.

I. Kampania wrześniowa

Wraz ze zbliżającym się terminem ultimatum, jakie Komisja Europejska słodszymi od malin ustami Fransa Timmermansa postawiła przed Polską w sprawie „praworządności”, dobiega końca chwilowy rozejm w batalii o sądownictwo (a tak naprawdę o suwerenność, o czym za chwilę). Niemal słyszę dobiegający z brukselskich zbrojowni szczęk szykowanego oręża... to jest, przepraszam - złowrogi szelest papierów opisujących przeróżne „procedury dyscyplinujące”, tudzież inne męki na jakie wydadzą nas nieubłagani inkwizytorzy europejskiego postępu, jeśli tylko po dobroci Polska nie wyzna swych herezji i nie odetnie się od błędów i wypaczeń, żałując gorzko za grzechy. Również w kraju wszystkie Mazguły wraz przychówkiem w postaci małych Mazgulątek szykują na jesienną kampanię kolejne „łańcuchy światła”, nowe buty do kopania w policyjne barierki, organizacje pozarządowe czekają na kasę i sygnał od Sorosa, zaś „totalna opozycja” - na hasło z Berlina.

Wszystko to oczywiście pod warunkiem, że prezydent Duda dotrzyma słowa i zgłosi nowe projekty ustaw w miejsce tych zawetowanych 24 lipca (nawiasem – co za data! 24 lipca 1794 r. król Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy...). Drugim warunkiem natomiast jest zawartość obiecywanych projektów. Jeśli znajdą się w nich rozwiązania faktycznie uderzające w sądokrację i naruszające interesy „nadzwyczajnej kasty ludzi” - wówczas wojna rozgorzeje na całego, a prezydent Duda znów zostanie w masowym przekazie symbolicznie zdegradowany do roli „Adriana”. Niewykluczone jednak, że finalnie trafi do Sejmu jakaś kosmetyka podsunięta prezydentowi np. przez panią prezes Gersdorf, wedle zasady, żeby mimo zmian wszystko pozostało po staremu. Wówczas pan prezydent zostanie pochwalony (być może nawet przez „Gazetę Wyborczą”) jako człowiek rozsądku, kompromisu i umiaru, niczym nie przymierzając sam Tadeusz Mazowiecki, w którego ugrupowaniu pan Duda za młodu terminował zdobywając pierwsze polityczne ostrogi – a układ beneficjentów III RP wyda zbiorowe westchnienie ulgi, bo jego interesy zostaną zabezpieczone.

Do tej drugiej ewentualności skłaniają mnie losy nieszczęsnej ustawy frankowej, z której wbrew buńczucznym zapowiedziom wyszedł jakiś kadłubkowy potworek – bo skoro prezydent ugiął się przed zgrają banksterskich lobbystów i lipnymi „wyliczeniami” KNF na podstawie „danych” usłużnie podsuniętych przez banki, to niby jakim cudem ma nagle nabrać tyle odwagi, by pójść na udry z prawniczym establishmentem, w tym własnymi profesorami i promotorami? Nie wspominając już o tajemniczej rozmowie z Angelą Merkel, co do której, przypomnę, Kancelaria Prezydenta poinformowała, że mowa była jedynie o „Trójmorzu”, wizycie Trumpa i szczycie G-20 w Hamburgu – a dopiero od rzecznika niemieckiego rządu dowiedzieliśmy się, że przede wszystkim rozmawiano o „stanie polskiej praworządności”. Zastanawiająca rozbieżność. No, ale zobaczymy, może jednak pan prezydent miło nas zaskoczy.


II. O co toczy się gra

W każdym razie, przy tej okazji warto sobie powiedzieć o co tak naprawdę toczy się gra. Bynajmniej nie o krystaliczną czystość sławetnego „trójpodziału władz”. Gdyby wysokie unijne organy podchodziły do sprawy z takim pryncypializmem, to na dzień dobry pogoniłyby Niemcy, gdzie nie tylko sędziów najwyższych instancji wybiera spec-komisja złożona po połowie z posłów do Bundestagu (wedle parytetu układu politycznych sił) oraz ministrów sprawiedliwości krajów związkowych, ale i sami sędziowie mogą należeć do partii politycznych (i często należą, bo to pomaga w karierze) niczym za wujka Adolfa do NSDAP. Niechby u nas Ziobro wyskoczył z takim pomysłem – to dopiero byłby krzyk na całą Europę! Przyznała to zresztą niemiecka prasa stwierdzając, że białym ludziom z Niemiec taki system nie szkodzi ze względu na ugruntowaną „tradycję niezależności”, ale tych Hotentotów znad Wisły lepiej mieć na oku. Jednak nawet niemieckie procedury mają swoje wstydliwe zakamarki, co ujawnił „Der Spiegel” cytując pewnego prawnika biorącego udział w wyborze sędziów – stwierdził on mianowicie, iż „pewne osoby są niepożądane, ale tego nikt otwarcie nie przyzna”. I to jest wzorzec praworządności w iście pruskim duchu – niezawisłość niezawisłością, ale porządek musi być!

A zatem o co chodzi? Rozhuśtanie sytuacji wokół Polski i w samej Polsce – to raz. Stający okoniem rząd PiS jest Berlinowi potrzebny jak dziura w moście, toteż należy dołożyć wszelkich starań, by w zbuntowanej prowincji przywrócić porządek. A że „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski” - jak melancholijnie zauważył niemiecki eurodeputowany Elmar Brok w wywiadzie dla „FAZ”, to najlepiej załatwić sprawę polskimi rękami wspierając tutejsze „społeczeństwo obywatelskie” (co otwarcie ogłosił „Die Welt”) - by finalnie znów zainstalować w Warszawie gauleitera Tuska. Do powyższego dochodzi atawistyczna odraza jaką żywią do wszelkiej prawicy zlewaczeli euromandaryni, połączona z obawą, że polska zaraza rozleje się po Europie i ludzie zaczną głosować nie tak jak trzeba – niebezpieczeństwo więc należy zdusić w zarodku, niczym w 2007 r.

Ale i to jeszcze dalece nie wszystko. Kluczowym elementem jest założenie wyrażone wprost przez Fransa Timmermansa (jak dobrze, że oni w swej arogancji są przynajmniej szczerzy i niczego nie musimy się domyślać, wszystko mamy wyłożone na tacy) – takie mianowicie, że kwestia sądownictwa nie jest „wewnętrzną sprawą Polski”, ponieważ „sądy są częścią systemu unijnego”. Cóż to oznacza? Ano ni mniej, ni więcej, tylko wyjęcie z państwowych prerogatyw całego ogromnego i dotykającego wszystkich obywateli obszaru władzy, jakim jest wymiar sprawiedliwości. Skoro bowiem sądy są „częścią systemu unijnego”, to lokalnemu rządowi zostawia się co najwyżej nader ograniczone uprawnienia z zakresu bieżącej obsługi administracyjnej – żeby sądom nie zabrakło pieniędzy na papier, toner do drukarek i spinacze. Cała reszta natomiast ma przejść pod troskliwy nadzór organów unijnych, stojących na straży „praworządności”. Jestem dziwnie pewien, że przytłaczającej większości sędziów taki układ bardzo by pasował, bo w praktyce oznacza on całkowitą nieodpowiedzialność przed jakimkolwiek zewnętrznym ciałem – a dla Brukseli jest to kolejny krok w likwidowaniu znienawidzonych tam państw narodowych.


III. Wspólnota interesów

Jak widzimy zatem, obecna rozgrywka dalece wykracza poza spór, kto będzie mianował członków Sądu Najwyższego czy KRS. Dla Komisji Europejskiej stanowi ona wymarzony pretekst, by metodą faktów dokonanych poszerzyć swą władzę poza ramy unijnych traktatów i de facto zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego (oczywiście – za wyjątkiem Niemiec i może jeszcze Francji czy Włoch, bo już Hiszpanii – niekoniecznie). Bo niby dlaczego w skład „systemu unijnego” wchodzić mają wyłącznie sądy? Wszak w „zjednoczonej Europie” wszystko jest częścią systemu naczyń połączonych. Weźmy takich urzędników – przecież decydują oni o wydawaniu unijnych funduszy! Czy zatem Bruksela nie powinna mieć tu czegoś do powiedzenia, tak by głupie, krajowe rządy nie obsadzały stanowisk dyletantami, tylko odpowiednimi fachowcami z atestem wydawanym przez Komisję Europejską? Co za tym idzie, rząd żadną miarą nie powinien też mieć prawa, by takich atestowanych urzędników zwalniać ot tak sobie, bez pytania o zgodę. Idę o zakład, że gdyby zapytać naszych urzędników, to zgodnie stwierdziliby, że właśnie tak być powinno.

Widzimy więc sami, dlaczego Timmermans tak ochoczo poszczekuje i kąsa w imieniu Angeli Merkel – zachodzi tu bowiem daleko idąca wspólnota interesów. Komisji Europejskiej zależy na uzurpowaniu sobie kolejnych kompetencji zwierzchnich. A że Berlin tak czy inaczej zawiaduje tym brukselskim cyrkiem, więc patrzy na to z aprobatą – bo dzięki temu będzie miał jeszcze sprawniejsze narzędzie do dyscyplinowania maluczkich. Jeżeli teraz ugniemy się przed tym dyktatem – to będzie pozamiatane.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (08-14.09.2017)

czwartek, 7 września 2017

Trudna młodzież

Młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.


I. Gorąca jesień

Szanowni Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy, to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”. Można się spodziewać, że protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś – dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać, a to bardzo podnosi morale.

W tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”, na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na tych łamach w takich tekstach jak „Nowa generacja” czy „Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”. Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich w objęcia „totalnej opozycji” od której – przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo, „pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i jednoczenia się szeregów wroga.


II. Młodzi – języczek u wagi

Dlatego też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci – bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej. Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy – jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp” obyczajowy i socjalizm). Póki co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy się ustrzec.

Oczywiście, ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi. Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy, że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”. Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o autorytarne zapędy - natomiast chodzi o to, by się nie zradykalizowali. A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im, że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe), zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli, lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego mainstreamu, lecz niejako „obok”. Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.

Tyle, że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji), co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015 rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt „społecznej organizacji, która w profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing” na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.


III. Wygrać z astroturfingiem

Na szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji. Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze – perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała. Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony, by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.

Dzięki Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać, tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem – na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP - bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.

Niestety, PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”. I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty, którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu pereł przed wieprze. Kończąc, przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa generacja

Ludowa rewolucja kontra rokosz elit

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)

niedziela, 23 lipca 2017

Kaczyński tłumi rokosz

W gruncie rzeczy można powiedzieć sędziom i tym, którzy autentycznie troskają się o trójpodział władzy i rządy prawa – sami tego chcieliście.


I. Odpowiedź na rewoltę

Forsowanie przez PiS ustaw radykalnie zmieniających zasady funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego odczytuję jako odpowiedź Jarosława Kaczyńskiego na pełzający rokosz środowiska prawniczego proklamowany na dwóch branżowych zjazdach – nadzwyczajnym Kongresie Sędziów Polskich z września 2016 oraz na Kongresie Prawników Polskich z maja 2017. Obu imprezom towarzyszył jednoznaczny, polityczny podtekst, na obu fetowano polityków „totalnej opozycji”, zaś podczas KPP dodatkowo „wybuczano” przedstawicieli rządu i prezydenta. To tam padały znamienne słowa o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, podnoszono postulaty oddolnej, sędziowskiej kontroli konstytucyjności (prof. Marek Safjan), czy wręcz negowano konstytucyjny porządek RP, jak uczynił to prof. Wojciech Popiołek w słynnym twierdzeniu, że suwerenem nie są wyborcy, lecz „wartości zapisane w prawie”. Taka postępująca rewolta sądów groziła na dłuższą metę powstaniem dwóch alternatywnych porządków prawnych, czyli anarchizacją państwa.

Widomym znakiem owej tendencji był wybryk sędziego Łączewskiego, negującego pełnomocnictwo podpisane przez prezes Trybunału Konstytucyjnego Julię Przyłębską – czyli w praktyce podważający legalność jej wyboru na pełnioną funkcję. Było to jaskrawe uzurpowanie sobie kompetencji, podobnie jak badanie prawidłowości wyboru Julii Przyłębskiej przez Sąd Najwyższy w związku ze sprawą wniesioną przez byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego. Trybunał Konstytucyjny z kolei miał zająć się wyborem prof. Małgorzaty Gersdorf na stanowisko I Prezesa Sądu Najwyższego – szykował się zatem impas paraliżujący działalność najwyższych organów wymiaru sprawiedliwości. Konsekwencje mogły być potencjalnie destrukcyjne, bowiem przy założeniu, że oba organy wzajemnie podważyłyby legalność wyboru swoich szefów, to skutkiem byłby kompletny chaos prawno-ustrojowy. Jak wówczas należałoby podchodzić do prawomocności orzeczeń SN i TK wydanych za kadencji Gersdorf i Przyłębskiej? Uchylić je? A co z orzeczeniami sądów niższych instancji wydanych na podstawie wyroków oraz uchwał SN i Trybunału? Powtarzam – na horyzoncie rysowała się realna groźba anarchii, w której sędziowie „po uważaniu” respektowaliby (bądź nie) orzecznictwo wspomnianych organów.


II. Oddalić widmo „sędziokracji”

Tę sytuację i widmo „sędziokracji” w której sędziowie wchodzą w rolę suwerena i na swojej niwie stają się „mułłami w togach”, jak uroszczenia władzy sądowniczej podsumował śp. Antonin Scalia (sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego), należało zdecydowanie przeciąć. Oczywiście, można dywagować czy przy okazji nie wylano dziecka z kąpielą i czy czynnik społecznej kontroli wymiaru sprawiedliwości (tu wyrażony np. poprzez prawo ministra sprawiedliwości do wskazania którzy sędziowie SN pozostaną na swoich stanowiskach, tudzież wybór członków KRS przez Sejm przy wygaszeniu kadencji obecnego składu Rady) nie poszedł za daleko, zmieniając się w stricte partyjną kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości. Ale, że nie mogło dłużej być tak, jak było do tej pory – widać jak na dłoni. Zresztą, być może PiS celowo na początek zalicytował wysoko, by następnie wskutek spodziewanego oporu planowo złagodzić nową ustawę – pojawiły się sygnały, że to KRS ostatecznie ma decydować o wygaszeniu kadencji członków Sądu Najwyższego i przenoszeniu w stan spoczynku sędziów, którzy weszli w wiek emerytalny. Tyle, że większość nowej KRS zostanie wybrana przez PiS, mamy więc tak naprawdę ustępstwo raczej symboliczne.

W gruncie rzeczy można powiedzieć sędziom i tym, którzy autentycznie troskają się o trójpodział władzy i rządy prawa – sami tego chcieliście. Środowisko nie potrafiło się oczyścić przez niemal trzy dekady III RP. Więcej – blokowało jakiekolwiek rozliczenia, choćby wobec dyspozycyjnych sędziów czasu stanu wojennego, a nawet stalinowskich zbrodniarzy sądowych, każdą próbę pociągnięcia do odpowiedzialności traktując jako zamach na sędziowską niezawisłość. Dopiero od niedawna, na skutek presji medialnej, zaczęło wyciągać konsekwencje dyscyplinarne wobec sędziów przyłapanych na tak żenujących sprawkach, jak drobne kradzieże sklepowe. A potem prof. Gersdorf narzeka, że społeczeństwo postrzega sędziów jako „mafię w togach”... No to teraz Kaczyński zrobi wam „jesień średniowiecza”, bo w swej pysze ustawiliście się nie tylko ponad prawem, ale wręcz zanegowaliście demokratyczny wybór konstytucyjnego suwerena – narodu. I nie ujmie się za wami pies z kulawą nogą – poza garstką kodziarzy, „UBywateli RP” oraz kilkoma krzykaczami z Berlina i Brukseli. Nagrabiliście sobie całokształtem dotychczasowej postawy: arogancją, samozadowoleniem, korporacyjną mentalnością oraz myleniem niezawisłości z nietykalnością i nieodpowiedzialnością.

Tak nawiasem, biadania, że nagle PiS obsadzi wymiar sprawiedliwości „swoimi” sędziami są przejawem histerii – choćby z tego powodu, że nie sposób wymienić w nagłym trybie 10 tys. sędziów. Nadal trzeba będzie skończyć studia prawnicze, odbyć aplikację, zdać stosowne egzaminy i tak dalej. Co najwyżej część starszych sędziów, zwłaszcza tych skompromitowanych w PRL-u, odejdzie w stan spoczynku, a w obrębie pozostałej reszty nastąpią przetasowania na różnych stanowiskach. A wszak sędziowie to „nadzwyczajna kasta ludzi” cechująca się „nieskazitelnością charakteru”, nieprawdaż? Skąd zatem podejrzenie, że zalęgli się wśród tego elitarnego grona jacyś polityczni służalcy? Czyżby słowa Komorowskiego o „rozgrzanych sądach” nie były jednak bezpodstawne? Tak rzucam pod rozwagę tym, którzy boją się „upolitycznienia” wymiaru sprawiedliwości...


III. Janczarzy „totalnej opozycji”

Poważniejąc, zasada trójpodziału zakłada także wzajemne równoważenie się władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Tymczasem owa równowaga w przypadku trzeciej władzy została w dotychczasowym systemie zachwiana – środowisko sędziowskie wylobbowało sobie niemal stuprocentową autonomię, nic więc dziwnego, że mogło poczuć się „panem na zagrodzie”. Przypomnijmy sobie chociażby jazgot, gdy Andrzej Duda odmówił zaprzysiężenia dziesięciu sędziów przedstawionych mu „do zatwierdzenia” przez KRS. Decyzję prezydenta, do której miał pełne prawo, odebrano wręcz jako przejaw niesubordynacji, choć już wcześniej (w 2007 r.) podobną decyzję podjął prezydent Lech Kaczyński. W każdym razie - z jednej strony sądownictwo miało zagwarantowaną pełną samorządność i niezależność, z drugiej zaś rościło sobie prawo do recenzowania i korygowania dwóch pozostałych władz, samo pozostając poza jakąkolwiek społeczną kontrolą. To jest sytuacja patologiczna, bowiem środowisko cieszące się takimi przywilejami faktycznie bardzo szybko wyradza się w „kastę” - i co gorsza, traktuje ową patologię jako naturalny stan rzeczy. Teraz natomiast do powyższego doszedł otwarty bunt i kurs na konfrontację z nielubianym rządem w charakterze politycznych janczarów „totalnej opozycji”.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że same roszady personalne, acz konieczne, są dalece niewystarczające by odbudować prestiż trzeciej władzy. Polskie sądownictwo wymaga gruntownej reformy strukturalnej, w tym odciążenia sędziów z rozlicznych obowiązków administracyjnych. Dość powiedzieć, że jeśli chodzi o liczbę sędziów (ok. 10 tys.) zajmujemy drugie miejsce w Europie (po Niemczech), jeśli chodzi o proporcje ilości sędziów w stosunku do liczby mieszkańców, również plasujemy się w górnej połówce – co jednak zupełnie nie przekłada się na sprawność postępowań. W efekcie Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu co i rusz zasądza odszkodowania w sprawach skarg na przewlekłość. Reformy jednak niczego nie zmienią, jeśli sami sędziowie nie powrócą do przytomności i nie wyciągną wniosków z sytuacji w jaką wpędziły ich rozpolitykowane środowiskowe autorytety. Naprawdę, Panie i Panowie, nie musicie być zakładnikami ambicji i polityczno-ideologicznych fobii kilku prowodyrów. Jak to mawiają Amerykanie - „your choice, choose wisely.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Nadzwyczajna kasta” ogłasza się suwerenem


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (21-27.07.2017)

niedziela, 2 lipca 2017

Frankowy odlot

Frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.


Być może pamiętają Państwo przełomowy wyrok sądu I instancji z kwietnia 2016 r. w sprawie wytoczonej mBankowi przez „frankowicza”. Na wszelki wypadek przypomnę, że za sprawą uchylenia abuzywnej klauzuli indeksacyjnej dotyczącej sposobu naliczania rat doszło do faktycznego przewalutowania kredytu na złotówki – bo bez tego zapisu nie sposób było określić wartości zobowiązania we frankach. Niestety, przed kilkoma dniami (22 czerwca) orzeczenie to zostało odwrócone o niemal 180 stopni przez sąd apelacyjny. Wyrok w II instancji (prawomocny, bo wartość sporu nie przekraczała 50 tys. zł.) trudno określić inaczej, niż jako kuriozalny. Sąd stwierdził w nim mianowicie, że wprawdzie rzeczona klauzula jest niedozwolona, lecz nie zmienia to samego charakteru umowy jako kredytu waloryzowanego kursem waluty obcej. Na dodatek uznał, iż klauzula wg której naliczano raty w oparciu o bankowe tabele kursowe była... uzgadniana z klientem indywidualnie i to na kliencie spoczywał obowiązek zaproponowania alternatywnego sposobu naliczania zobowiązania (np. w oparciu o średni kurs NBP). Ponieważ klient tego nie zrobił, pozew został oddalony w całości.

Mamy tu do czynienia z jakimś kompletnym odlotem logiki i zdrowego rozsądku. Już pomijam, że sąd kompletnie zignorował europejskie orzecznictwo w tej materii, podobnie jak istotne poglądy formułowane przez UOKiK oraz Rzecznika Finansowego – formalnie nie musiał ich brać pod uwagę, aczkolwiek dla samej przejrzystości mógłby się do nich odnieść w uzasadnieniu, skoro sąd I instancji częściowo właśnie na nich oparł swój wyrok. Ale jakim cudem sąd uznał, że klauzula będąca przedmiotem sporu była ustalana „indywidualnie”, skoro był to nie podlegający negocjacjom wzorzec umowy przedstawiany klientowi do podpisania – zabij, nie zgadniesz. Klient miał do wyboru – podpisać, albo zrezygnować z kredytu. Czy na orzeczenie sądu wpłynęłaby informacja, że klient zgłosił bankowi sposób innego naliczania rat, a bank tę propozycję zignorował (skoro to rzekomo na kliencie spoczywał obowiązek wykazania się taką inicjatywą)? Toż to jakiś absurd.

Jak podkreśla na stronie pomocfrankowiczom.pl dr Jacek Czabański, mamy obecnie sytuację, w której nie sposób wyliczyć wartości należnego świadczenia. Z jednej strony bowiem mamy uchyloną klauzulę, która to ustalała, a z drugiej – sama waloryzacja pozostaje w mocy, tylko że nie wiadomo według jakiego mechanizmu i jakiego kursu. Jest to więc scenariusz na kolejny proces, bo można się domyślać, że bank zaproponuje jakiś własny, arbitralny przelicznik, klient się na niego nie zgodzi – i cała zabawa zacznie się od początku. Dr Czabański zwraca ponadto uwagę, iż „Wyrok powiela niestety błędną argumentację SN o częściowej skuteczności klauzul abuzywnych, a więc przyjmuje, że w miejsce zakwestionowanego postanowienia umownego (tu: określającego mechanizm ustalania właściwego kursu) należy wprowadzić inny mechanizm oparty o zwyczaje rynkowe (nie istniejące wszak w tym zakresie, o ile pominąć nieuczciwe praktyki banków)”. Na zdrowy rozum, skoro sąd zdecydował się już na formułę „częściowej skuteczności” klauzul abuzywnych, to powinien powołać biegłego do ustalenia „właściwego” kursu – tego jednak nie uczynił. W konsekwencji, „frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.

I na zakończenie historia z życia wzięta, obrazująca jakie skutki w wielu przypadkach kryją się za poczynaniami banków. Pewna moja znajoma została zmuszona do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Kilkanaście lat temu wzięła niby-kredyt frankowy na kupno niedużego, dwupokojowego mieszkania w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dziś, po latach spłacania haraczu, rzeczoznawca wycenił mieszkanie na 120 tys. zł. - a do spłaty wciąż pozostaje wielokrotność wartości nieruchomości. Znajoma po latach szarpaniny stwierdziła, że dalej zwyczajnie nie da rady, doszła do ściany. Słowem - dramat, jakich przypuszczalnie wśród „frankowiczów” zdarza się wiele, bo wystarczy jakiś splot niefortunnych życiowych okoliczności, by uczciwy, ciężko pracujący człowiek stał się praktycznie bankrutem. I tu warto postawić kilka cisnących się na usta pytań: czy można uznać, że produkt finansowy oparty w ogromnej mierze na spekulacji kursem obcej waluty jest dostosowany do profilu przeciętnego klienta? Nie finansisty, nie giełdowego gracza, lecz zwykłego Kowalskiego – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę obecną płynność rynku pracy? Czy oferowanie klientom długoletniego produktu wysokiego ryzyka w walucie w której nie zarabiają można uznać za zgodne z zasadami współżycia społecznego? Jak nazwać w cywilizowany sposób taki proceder, urągający poczuciu elementarnej uczciwości, którym trudnią się podmioty pragnące w społecznym odbiorze uchodzić za – uwaga - instytucje zaufania publicznego? Zostawiam to pod rozwagę Czytelników – i, mam nadzieję, sądów do których trafiają sprawy takie, jak opisana w niniejszym felietonie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (30.06-13.07.2017)

wtorek, 24 maja 2016

Sędziowski rokosz

Mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

A więc stało się. Od momentu uchwały Sądu Najwyższego, wspartej następnie przez sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego mamy do czynienia ze stanem pełnego rokoszu władzy sądowniczej, która samowolnie przyznała sobie prawo do rozstrzygania o prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Tym samym, w wymiarze instytucjonalnym, władza sądownicza przekroczyła cienką granicę oddzielającą interpretację prawa od prawotwórstwa (wchodząc tą drogą w domenę władzy ustawodawczej), w wymiarze politycznym zaś ostentacyjnie spozycjonowała się jako jedna ze stron sporu. Przy czym sędziowie SN uchwalając wytyczne dla sądów powszechnych, by te stosowały się do orzeczeń TK niezależnie od ich publikacji w dzienniku urzędowym, przeszli do porządku dziennego nad tym, że orzecznictwo sądów nie należy u nas do katalogu źródeł prawa – mamy więc próbę wprowadzenia tylnymi drzwiami prawa precedensowego oraz pełzającą anarchizację systemu prawnego państwa. Od tej pory władza sądownicza będzie mogła rękami Sądu Najwyższego wedle własnego widzimisię uzurpować sobie prawo do „rozstrzygania” o domniemaniu konstytucyjności ustaw.

W zasadzie można było się tego spodziewać, bowiem już w listopadzie 2015 podczas branżowej konferencji urządzonej pod szumną nazwą „Niezależność sądownictwa jako gwarant praw i wolności jednostki” wzywano w lekko tylko zawoalowany sposób do jakiejś formy buntu i od tej pory jedynie kwestią czasu pozostawało otwarte wystąpienie trzeciej władzy przeciw własnemu państwu. Przykładowo, na wspomnianej konferencji zorganizowanej pod egidą Krajowej Rady Sądownictwa, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz stowarzyszenia sędziowskiego „Themis”, prezes stowarzyszenia Irena Kamińska wzywała: „Musimy bronić demokracji, choć nastroje społeczne nie sprzyjają budowaniu zaufania do sądów. Musimy walczyć o naszą niezależność. Będziemy jej mieli tyle, ile sami wywalczymy”. W podobnym duchu wypowiadali się prof. Zoll, rzecznik Adam Bodnar – ten sam, który wsławił się niedawno ubolewaniem, iż „ONR-owcy nauczyli się przestrzegać prawa” i nie ma pretekstu do ich delegalizacji, czy pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf biadająca, że sądy przedstawiane są jako „mafia w togach”. Zatem teraz mamy jedynie skonkretyzowanie w postaci uchwały tego, z czym „trzecia władza” nosiła się od dawna.

Charakterystyczne, że prominentni przedstawiciele środowiska zdając sobie sprawę ze społecznego odbioru ich poczynań („mafia w togach”) nie raczą wykazać cienia elementarnej autorefleksji, prezentując nieodmiennie znakomite samopoczucie. Owo samozadowolenie z własnego funkcjonowania pozostaje typową cechą, mocno ugruntowaną w świadomości sędziów. Tymczasem władza sądownicza, nie poddana nawet szczątkowej weryfikacji (przywoływana jest tu często wypowiedź prof. Adama Strzembosza, że sędziowie „sami się oczyszczą”) pozostaje jedną z najdoskonalszych reprezentacji szeroko rozumianego establishmentu III RP ze wszystkimi typowymi dla tegoż establishmentu patologiami. Obecnie jest jedną z ostatnich linii obrony przegrywającego obozu beneficjentów III RP. Wymiana pokoleniowa sprowadziła się do korporacyjno-rodzinnego dziedziczenia, natomiast tam, gdzie przyszedł ktokolwiek z zewnątrz, kształtowany był przez PRL-owskich sędziów z wszelkimi tego konsekwencjami. Krótko mówiąc, „mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

Jednocześnie sędziowie uwielbiają gardłować o niezawisłości i popisywać się nią przy każdej okazji. Oczywiście jest to „niezawisłość” bardzo szczególnego sortu - skrupulatnie przestrzegająca granic konformizmu polityczno-intelektualnego wedle wytycznych mainstreamu III RP, który ich uformował na swój obraz i podobieństwo, oraz - naturalnie - środowiskowej, korporacyjnej lojalności. Sędziom nie przeszkadzał Jan Bury w KRS, nie przeszkadzali im komunistyczni zbrodniarze we własnych szeregach, czy dyspozycyjny sędzia Ryszard Milewski z Gdańska tak skory do ustawiania procesu Ambr Gold „na telefon”. Przeszkadza zaś im nawet śladowa krytyka w mediach, czy jakiekolwiek próby choćby werbalnego zdyscyplinowania po co bardziej bulwersujących orzeczeniach – wtedy rozdzieraniu szat i wrzaskom o zamachu na „niezawisłość” nie ma końca.

Prawda natomiast jest taka, że polskie sądy są zdeprawowane i zdegenerowane. Są ostoją systemowych nieprawości III RP. Sami sędziowie zaś, to w dużej mierze banda obłudnych, zakłamanych kanalii - co by tam prof. Strzembosz nie opowiadał. Korupcja w wymiarze sprawiedliwości sięga najwyższych szczebli – z tak panoszącym się dziś Sądem Najwyższym włącznie. Nadeszła pora, by ktoś wziął to całe towarzycho, tę bandę nadętych łajdaków i hipokrytów za twarze i wysłał do szorowania więziennych kibli. Tam jest ich miejsce.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (06-12.05.2016)