Młodzi
wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio
ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.
I. Gorąca jesień
Szanowni
Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne
demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy,
to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie
Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych
zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli
będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to
będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału
władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława
Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z
histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”.
Można się spodziewać, że
protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich
uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś –
dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać,
a to bardzo podnosi morale.
W
tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych
czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”,
na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie
przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie
angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest
lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na
tych łamach w takich tekstach jak „Nowa
generacja”
czy „Ludowa
rewolucja kontra rokosz elit”.
Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze
kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich
w objęcia „totalnej opozycji” od której –
przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na
dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni
atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo,
„pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc
sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To
kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i
jednoczenia się szeregów wroga.
II. Młodzi – języczek u wagi
Dlatego
też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej
zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na
odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania
dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i
demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci –
bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie
na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z
ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo
z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej.
Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy –
jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często
transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek
równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne
problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp”
obyczajowy i socjalizm). Póki
co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to
jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy
się ustrzec.
Oczywiście,
ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale
odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.
Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy,
że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej
na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu
informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie
oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie
doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos
zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”.
Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o
autorytarne zapędy - natomiast
chodzi o to, by się nie zradykalizowali.
A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali
się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im,
że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe),
zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś
nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to
ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej
opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych
demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli,
lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego
mainstreamu, lecz niejako „obok”.
Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby
kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr
jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.
Tyle,
że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania
społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji),
co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS
to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015
rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży
PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt
„społecznej organizacji, która w
profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i
częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i
publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy
znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing”
na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności
będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że
działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali
drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.
III.
Wygrać z astroturfingiem
Na
szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi
się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się
rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji.
Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze –
perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy
wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku
szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego
narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała.
Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony,
by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają
pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko
skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym
dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież
patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej
chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał
się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji
salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby
półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę
analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.
Dzięki
Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to
taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać,
tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne
szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze
jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez
internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i
umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich
skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na
tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa
młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem –
na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech
się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto
podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów
salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP -
bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają
wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą
wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej
oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać
czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają
ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z
wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la
Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.
Niestety,
PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło
umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do
oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”.
I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do
podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już
ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza
wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich
wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty,
którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź
to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o
pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu
pereł przed wieprze. Kończąc,
przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie
pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
„Nowa
generacja”
„Ludowa
rewolucja kontra rokosz elit”
„Symetryzm
i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów”
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w tygodniku „Polska
Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)