Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowoczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowoczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2017

Pod-Grzybki 120

Ryszard Petru ostatecznie udowodnił, że jest człowiekiem-porażką. W ciągu dwóch lat stracił przywództwo we własnej partii (którą zresztą doprowadził na skraj bankructwa) i rozwalił swoją rodzinę. Niezły wynik. Na otarcie łez Katarzyna Lubnauer zaproponowała mu członkostwo w partyjnej „radzie mędrców”. Hmm, a nie lepiej postawić go na czele Rady Sześciu Króli?


*

Tak nawiasem – zbuntowany harem Rysia nie nacieszył się zbyt długo detronizacją samczyka alfa. Nowoczesna Lubnauer zajrzała bowiem do partyjnego sejfu - a tam nie dość, że pustki, to jeszcze długi. Bo to Rysio, cytuję, „przynosił pieniądze”. Ech, niby doświadczone, a zapomniały o podstawowej zasadzie – przed rozwodem sprawdź konto! I upewnij się, czy w miłosnym zaślepieniu nie podpisałaś intercyzy... albo, że w ogóle nie było ślubu i żyliście na kocią łapę.


*

Wierzyciele Nowoczesnej są zresztą dość szczególni: 2 mln. zł. od państwowego PKO BP na kampanię wyborczą, do tego ok. 900 tys. za niezapłacone do tej pory spoty wyborcze w Polsacie – wszystko jeszcze z 2015 roku. Teraz wyobraźcie sobie Państwo, że zakładacie partię i udajecie się do banku, tudzież jednej z czołowych stacji telewizyjnych i przedstawiacie biznesplan: 1) mam partię; 2) dostanę się do Sejmu; 3) kasę zwrócę wam z dotacji. A oni na to: - jasne, wchodzimy w to, bierz pan ile chcesz! Prawda, jakie to proste?


*

Poważniejąc - rejestr długów Nowoczesnej, to zarazem rejestr interesów tych, którzy w nią zainwestowali. Czego oczekiwali w zamian, możemy się domyślać, obserwując polityczne ruchy tej „Platformy-bis” - ze szczególnym uwzględnieniem ubiegłorocznego „ciamajdanu”. I to również jest proste. Inwestorzy nie przewidzieli tylko, że podopieczny samego Balcerowicza okaże się kretynem. Najwyraźniej Balcerowicz dobiera sobie uczniów na zasadzie selekcji negatywnej – co poniekąd tłumaczy, dlaczego w Polsce przez ostatnie trzy dekady było tak, jak było.


*

Finansową gehennę przeżywa również Mateusz Kijowski. Wziął kajecik, ołówek – i wyliczył, że nie opłaca mu się pracować – bo biorąc pod uwagę długi alimentacyjne musiałby zarabiać 8437 zł. brutto (prawie podwójna średnia krajowa). Po prostu, trawestując Ferdka Kiepskiego - „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z jego wykształceniem”. W związku z tym, „Kiju” oczekuje na sponsoring, bo tak się jakoś przyzwyczaił do życia z „puszek”. Panie Mateuszu – dybaj pan na Trzaskowskiego, kiedy robi zakupy! Może zresztuje mu się kolejne 20 groszy... A serio – Kijowski, miglancu, do roboty!


*

Co ciekawe, od pewnego czasu na swoich stronach dość agresywny crowdfunding uprawia również „Kretynika Polityczna”. I tu zagwozdka – ile oni musieli wcześniej czesać publicznej kasy, że teraz nawet sponsoring od Sorosa im nie wystarcza? Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce Sierakowski będzie musiał pić wina poniżej stu peelenów za flaszkę, a reszta tej całej menażerii będzie klęczeć na ulicy z kartkami: „daj pan na sojową latte dla lewaka!”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 44 (13.12.2017-02.01.2018)

czwartek, 7 września 2017

Trudna młodzież

Młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.


I. Gorąca jesień

Szanowni Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy, to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”. Można się spodziewać, że protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś – dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać, a to bardzo podnosi morale.

W tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”, na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na tych łamach w takich tekstach jak „Nowa generacja” czy „Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”. Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich w objęcia „totalnej opozycji” od której – przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo, „pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i jednoczenia się szeregów wroga.


II. Młodzi – języczek u wagi

Dlatego też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci – bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej. Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy – jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp” obyczajowy i socjalizm). Póki co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy się ustrzec.

Oczywiście, ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi. Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy, że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”. Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o autorytarne zapędy - natomiast chodzi o to, by się nie zradykalizowali. A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im, że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe), zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli, lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego mainstreamu, lecz niejako „obok”. Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.

Tyle, że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji), co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015 rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt „społecznej organizacji, która w profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing” na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.


III. Wygrać z astroturfingiem

Na szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji. Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze – perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała. Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony, by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.

Dzięki Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać, tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem – na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP - bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.

Niestety, PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”. I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty, którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu pereł przed wieprze. Kończąc, przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa generacja

Ludowa rewolucja kontra rokosz elit

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)

środa, 18 maja 2016

Kukiz, po co ci to było?

Kukiz chciał zorganizować swój klub na zasadzie zespołu rockowego.

Niekiedy, przy różnych okazjach, zdarzało mi się Kukiza bronić - nie tym razem jednak. To co zrobił, jest po prostu nie do obrony. Wchodzenie w jakiekolwiek alianse z „opcją targowicką”, tuż po tym jak rzeczone targowiczątka zainspirowały antypolską rezolucję w Parlamencie Europejskim, nawet nie ukrywając, że ich celem jest doprowadzenie do jakiejś formy zewnętrznej interwencji mającej wysadzić w powietrze rząd, a co się przy okazji stanie z Polską, to już mniejsza, byleby to oni powrócili w nadwiślańskim bantustanie do władzy, znaczenia i kręcenia lodów – to jest zarówno polityczna zbrodnia, jak i błąd. Jeśli chodzi o przybijanie „grabulki” z nowoczesnym Swetru – cóż, kompromitacja, to mało powiedziane. Pod względem, powiedzmy, taktyki wizerunkowej, bije go tu na głowę „Jożin z bażin” polskiej lewicy, czyli Adrian Zandberg i jego partia „Razem”, która pozostając w radykalnej opozycji skrzętnie dba, by nie przykleiła się do niej łatka koalicjantów skompromitowanego establishmentu III RP. Stąd nigdy oficjalnie nie pojawia się na marszach KOD-u, a gdy podczas demonstracji, jak niedawno miało to miejsce pod KPRM, próbują się do niej przytulić politykierzy z PO i Nowoczesnej, są jednoznacznie wypraszani. Kukiz, ucz się.

Z drugiej strony, to co niektórzy komentatorzy - zarówno w mediach „oficjalnych” jak i w blogosferze - witają z nieukrywaną schadenfreude (na zasadzie „a, nie mówiłem, wreszcie wylazło szydło z worka!”), ja odbieram jednak z pewnym żalem i uczuciem rozczarowania. Wychodzę bowiem z założenia, że każda partia władzy - i PiS nie jest tu żadnym wyjątkiem - potrzebuje bata nad d... I to „bata” nie w postaci opozycji targowickiej i „totalnej”, lecz w postaci siły rozliczającej, ale nie tracącej zarazem z pola widzenia polskiej racji stanu. Pisałem kiedyś, że potrzeba w parlamencie kogoś, kto flankowałby PiS z radykalnych pozycji, tak by nie „wychłódł” mu reformatorski zapał – i zdanie to podtrzymuję. Taką, nazwijmy to, „opozycją propaństwową” mógł - i wciąż mimo doraźnego mezaliansu z PO i Nowoczesną - może wciąż być klub Kukiz'15. Poza parlamentem podobną rolę stara się pełnić wyrosłe na bazie części środowisk skupionych w Ruchu Kontroli Wyborów stowarzyszenie Ruch Kontroli Wyborów - Ruch Kontroli Władzy. Że ten propaństwowy potencjał, mimo histerycznej natury lidera, wciąż w kukizowcach jest, pokazuje przykład tych kilkorga sprawiedliwych, którzy nie wyjęli kart do głosowania – i uważam, że jest takich w klubie więcej, mimo tego, że dali się chwilowo spacyfikować nakazem zachowania dyscypliny. Na marginesie – zachowanie Kornela Morawieckiego i jego prośba, by koleżanka zagłosowała za niego na dwie ręce oraz późniejsze, powiedzmy to wprost, głupie tłumaczenie, że „moralnie wszystko jest w porządku”, zwyczajnie osobistości tego formatu nie przystoi.

Jeżeli prześledzimy dotychczasowe poczynania kukizowców, to na tle pozostałych ugrupowań jawią się oni pozytywnie. W niektórych sprawach popierali PiS, w innych głosowali przeciw, przeważnie starając się merytorycznie uzasadniać dane stanowisko. Słowem, normalna partia opozycyjna. Zarzuty, że Kukiz'15 nie głosuje za każdym razem równo z PiS-em i wrzaski o „zdradzie”, gdy tylko w jakiejś sprawie ma odmienne zdanie, uważam za kretynizm. Nie od tego są w Sejmie. Gdyby Polacy chcieli mieć w parlamencie więcej PiS-u, to zagłosowaliby na PiS. Z jakichś jednak względów część wyborców antysystemowych wolała poprzeć Kukiza i to ich reprezentacją jest jego „ruch” - a że nie był to wybór przypadkowy, świadczą dość stabilne słupki poparcia.

To stabilne dotąd poparcie może jednak po ostatnim wyskoku ulec zmianie – i mimo że na Kukiza nie głosowałem, wcale się z tego nie cieszę. Wolałbym bowiem w kolejnej kadencji widzieć PiS u władzy i Kukiza jako dominującą siłę opozycyjną, niż PiS i różne popłuczyny po III RP. Tymczasem lider zaplątuje się we własne nogi. Kukiz chciał być politykiem niepolitycznym, rządzącym niepartyjną partią, w której panuje samoświadoma dyscyplina bez formalnej dekretacji. Inaczej mówiąc - chciał zorganizować swój klub na zasadzie zespołu rockowego w którym niby pogrywa sobie kilku kumpli, wszystko fajnie, ale wiadomo kto jest liderem i do kogo należy ostatnie słowo - co gramy, a czego nie. Wyszło jednak na to, że tak się po prostu nie da. Ciekawe, czy wyciągnie wnioski z różnicy między polityką, a estradą.

Póki co, sejmowy rockandrollowiec obija się od ściany do ściany i przyznam się, że przestałem już nadążać za jego kolejnymi pomysłami. Zobaczymy gdzie ostatecznie wyląduje – może da mu do myślenia ten triumfalny ryk kolesi od Petru i Schetyny, zanim się okazało, że jednak nie udało się storpedować głosowania. A tak normalnie, po ludzku - Kukiz, po co ci to było?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (22-28.04.2016)

niedziela, 15 maja 2016

Pod-Grzybki 47

Czy para prezydencka przeżywa kryzys małżeński? Czy prezydent Duda ma romans z Martą Kaczyńską? Dlaczego pani prezydentowa nienawistnie milczy w sprawie aborcji? Takie oto tematy zaprzątały w ostatnim czasie głowy medialnego robactwa, rojącego się, jak to na wiosnę, w różnych redakcjach. Drogie insekty, informuję, iż pani Agata Kornhauser-Duda spełnia obowiązki Pierwszej Damy tak, jak należy – a najlepszym dowodem jest to, że nie udało wam się jej wkręcić w medialną kampanię przeciw własnemu mężowi.

*

Kukiz wszedł w alians z PO i Nowoczesną – i to zaraz po haniebnej rezolucji Parlamentu Europejskiego, uchwalonej z poduszczenia rodzimych Targowiczątek. Ponieważ przestałem nadążać za gonitwą myśli i politycznych koncepcji mnożących się w głowie sejmowego rockandrollowca, zapytam tylko: Kukiz, po co ci to było?!

*

Warto czasem poczytać komentarze „pod kreską” na stronach „Wyborczej”. Oto przy okazji sondażu TNS wskazującego, że PiS ma tyle samo, co PO i Nowoczesna razem wzięte, wylało się morze spazmów i złorzeczeń na ciemny lud przekupiony za „pińcset”. Mili forumowicze GieWu, znam Wasz ból – dokładnie to samo przeżywał prawicowy elektorat przez długich osiem lat rządów PO, pomstując na lemingów zadowalających się ciepłą wodą w kranie. Pora zacząć się przyzwyczajać, robaczki...

*

Za sportu: „Die Welt” w pełnym moralnego potępienia tekście nazwał Roberta Lewandowskiego „najbardziej pazernym piłkarzem Bundesligi”. Powód? Lewandowski chce za przedłużenie kontraktu zwiększenia zarobków do 15 mln euro rocznie – czyli do normalnego poziomu czołowych gwiazd światowego futbolu. Najwyraźniej Niemcom wciąż nie może pomieścić się w głowie, że jakiś polski „gastarbeiter” mógłby zarabiać stosownie do swoich kwalifikacji.

*

Nowoczesny Swetru nie byłby sobą, gdyby przy okazji jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski nie dał w swoim stylu do pieca. Mieszko I mianowicie ochrzcił się, bo marzył o „standardach europejskich” - co przypomniało mi mowę Jerzego Buzka podczas obchodów 600-lecia bitwy pod Grunwaldem, kiedy to uznał, iż Grunwald był początkiem drogi ku zjednoczonej Europie. To ma nawet swoją jednostkę chorobową: postępowe zwapnienie zwojów mózgowych.

*

Niewątpliwym idiotyzmem sezonu stała się jednak wypowiedź prof. Baumana, że do terroryzmu należy się przyzwyczaić, traktując go jako element „ponowoczesności”. Co ciekawe, sam major-profesor rodem z KBW w jednym z wcześniejszych wywiadów przyrównał zwalczanie Żołnierzy Wyklętych do „operacji antyterrorystycznej”. Jak zatem widać, jakoś on sam za młodu nie był skłonny by przyzwyczajać się do „terroryzmu” „leśnych band”. No, ale tamto było „reakcyjnym podziemiem”, tu zaś mamy islamskich aktywistów niosących nam kolorowe multi-kulti, a nade wszystko – rozbijających „starą Europę”, co dla każdego postępaka jest wartością samą w sobie - więc trzeba przejść do porządku dziennego nad drobnymi ekstrawagancjami w rodzaju detonowanych tu i ówdzie bombek.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (20-26.04.2016)

niedziela, 21 lutego 2016

„500 plus” - czyli apokalipsa

Oni się zwyczajnie boją, że to się może udać, a Polska się nie zawali. I okaże się, że jednak można.

Rząd Beaty Szydło ogłosił program „Rodzina 500 plus” i zabrzmiał dźwięk trąby zwiastujący Apokalipsę. Tak przynajmniej można by wnosić z medialnych doniesień, wypowiedzi opozycyjnych polityków, tudzież telewizyjnych specjalistów od wszystkiego. Rekordy pobili Ryszard Petru do spółki z Platformą - jeszcze niedawno prorokowali, że inicjatywa PiS jest receptą na „drugą Grecję”, by następnie – zapewne po jakimś przyśpieszonym kursie wrażliwości społecznej – domagać się wielkim głosem świadczeń nie tylko na „drugie i kolejne”, lecz także zniesienia kryterium dochodowego na pierwsze dziecko. Mamy więc sytuację następującą: wdrożenie rządowego programu jest klęską, bo doprowadzi Polskę do bankructwa, ale zarazem spodziewany krach należy przyśpieszyć obejmując świadczeniami wszystkie dzieci, może nawet po 18 roku życia, bo jak już osiągną pełnoletność – to co wtedy? Ot, logika.

Przy okazji wyroiła się chmara nagle objawionych Katonów dyscypliny finansowej państwa. Tych samych, którzy patrzyli starannie w innym kierunku, gdy PO kradła z OFE ponad 153 mld zł, by na papierze zbić jawny dług publiczny metodą powiększenia długu ukrytego – bo do tego sprowadzała się ta operacja. Przed „reformą” dług publiczny wynosił 945 mld zł, po przelaniu pieniędzy z OFE zmalał do 844 mld, dziś zaś wynosi... prawie 969 mld. zł. Środków z OFE starczyło na dwa lata. Na co poszły? Dobre pytanie. Na co poszły pieniądze z kumulujących się przez 8 lat rządów PO deficytów, w efekcie których zadłużyliśmy się na niemal drugie tyle co przez wszystkie poprzednie lata po '89 roku? To również doskonałe pytanie. Gdzie byli ci, co biją dziś na alarm, gdy z roku na rok powiększała się dziura w ściągalności VAT aż do poziomu 53 mld. zł – czyli sumy przekraczającej przeciętny deficyt budżetowy z ostatnich lat? A czy rozdzierali szaty, gdy docierały do nas kolejne raporty „Global Financial Integrity” o skali wyprowadzania z Polski kapitału?

Nie rozdzierali szat. Najwyraźniej Polskę na to było stać. Stać nas było, by nie ściągać skutecznie podatków, zadłużać państwo, bezproduktywnie przejadać pieniądze – zarówno te pożyczone, jak i „przeniesione” z funduszy emerytalnych. Mogliśmy sobie pozwolić, by patrzeć przez palce na systematyczne drenowanie Polski z kapitału. Ba – stać nas było, by wielkopańskim gestem dorzucić się do pomocy dla Grecji, czyli w praktyce dla banków, które „umoczyły” w greckich papierach dłużnych. Ostatnio zaś okazuje się, że stać nas na miliard euro linii kredytowej dla Ukrainy – też na „wieczne nieoddanie”. Tu również nie było protestów, choć zrobił to już „niesłuszny” rząd PiS. Najwyraźniej skądś wiadomo, że pomocy dla „bratniej” Ukrainy czepiać się nie należy. Ale nie – to program „500 plus” będzie przyczyną plajty państwa. Na to nas nie stać.

Na co jeszcze nas nie stać? Nie stać nas na podniesienie kwoty wolnej od podatku sytuującej się dziś poniżej minimum socjalnego i sprawiającej – Boże, nie zliczę, ile już razy to pisałem – że znaczna część Polaków płaci de facto podatek od nędzy. Nie stać nas na wiek emerytalny 60-65 lat. Nie stać nas na służbę zdrowia na cywilizowanym poziomie, ani generalnie – na sektor usług publicznych. Nie stać nas na emerytury w wysokości nie zmuszającej do wyboru między opłaceniem rachunków, a kupnem lekarstw. Ileż razy to słyszeliśmy - nie da się, zbyt kosztowne, budżet nie jest z gumy... Za to na systematyczny przyrost armii urzędników osiągającej dziś blisko półmilionowe pogłowie – proszę bardzo.

Ile kosztował będzie program „500 plus”? W tym roku 17,2 mld zł, w latach kolejnych – ok. 20 mld. zł. Ułamek tego, co rokrocznie państwo traci na VAT, CIT i transferze nieopodatkowanego kapitału. I tu podnoszą się głosy z innej strony: że generalnie słusznie, ale zamiast „dawać” lepiej np. wprowadzić system ulg podatkowych – bo, że trzeba coś zrobić i to szybko, by uniknąć katastrofy demograficznej, widzi już niemal każdy. Ok, nie neguję, sam byłem zwolennikiem wspólnego rozliczania się rodziców z dziećmi – analogicznie jak robią to małżonkowie. Tyle, że każde takie rozwiązanie kosztuje – w tym przypadku, zmniejszeniem wpływów z PIT. Przykładowo, podwyższenie kwoty wolnej do 8 tys zł (finansowo efekt dla kieszeni podobny co „500+”) zmniejszyłoby wpływy do budżetu o ok. 21,5 mld zł. rocznie. Tyle, że wszyscy alarmiści nie patrzą na to, że owe 20 mld „na dzieci” będzie rok w rok trafiać do obrotu gospodarczego i częściowo wracać w postaci podatków – choćby VAT, czy „obrotowego”. Wreszcie – że dla wielu rodzin zwyczajnie będzie to realna pomoc, bodaj pierwsza jakiej się doczekały.

I wiecie Państwo, co sądzę? Oni się zwyczajnie boją, że to się może udać, a Polska się nie zawali. I okaże się, że jednak można. Ta świadomość jest dla nich nie do zniesienia, podobnie jak to, że jeśli jakimś cudem wrócą kiedyś do władzy, to nie będą mogli tego odkręcić, bo ludzie ich zwyczajnie rozszarpią. No i że tych 20 miliardów rocznie nie da się już rozkraść wspólnie z kolesiami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Podatek od nędzy

Czy Polskę stać na biedę

Podatkowa ruletka

Bangladesz Europy

Drenaż kolonialny

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (12-18.02.2016)

czwartek, 18 lutego 2016

Pod-Grzybki 38

Im bliżej startu programu „Rodzina 500+”, tym większy kociokwik: że niesprawiedliwy, dyskryminuje samotne matki, rujnuje budżet, zwiększa biurokrację... Szczególną uwagę zwraca tu nadaktywność nowoczesnego Swetru. Nic dziwnego – Swetru wolałby, żeby rodzice zamiast darmochy, brali na dzieci 18-letni kredyt walutowy.

*

A tak w ogóle, po co Polakom pieniądze? Kupią swoim bachorom jakieś beciki, kaftaniki... Słowem, cała kasa w błoto – a przecież te miliardy mógłby sobie zajumać Swetru z kolegami po zdobyciu władzy. Cóż się dziwić, że szlag ich trafia?

*

Prześwietni senatorowie głowili się niedawno, czy z okazji jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski należy się Mieszkowi I „hołd”, czy tylko „cześć”. Odznaczyła się tu „senatorka” Zdrojewska Barbara, wedle której ten cały Mieszko, to rabuś, gwałciciel, podpalacz i nicpotem. A fe – zły Mieszko, niegrzeczny Mieszko! Proszę Mieszka, by teraz posiedział sobie na karnym jeżyku i przemyślał swoje postępowanie!

*

A poza tym, to chyba wiem, co gryzie naszych eurofolksdojczów: gdyby Mieszko nie przyjął chrztu, to Niemcy wcześniej by nas ucywilizowali – niczym Słowian połabskich, Obodrytów, Wieletów i Prusów – i teraz bylibyśmy europejczykami całą gębą, a nie zaściankowym „tymkrajem”. A tak, choroba, mamy tysiąc lat w plecy i nasze elity muszą nadrabiać gorliwością, by zasłużyć na łaskawe słowo od niemieckich białych ubermenschen.

*

Niemcy zapłacą Tunezji, Algierii i Maroku, by te zechciały łaskawie przyjąć z powrotem swoich migrantów. To jest, proszę Państwa, słynny niemiecki praktycyzm w działaniu – wpuszczamy do siebie dzikie hordy, utrzymujemy je, a gdy te już sobie pokradną i pogwałcą, zapłacimy z kolei ich krajom, by móc „uchodźców” odesłać tam skąd przyszli. Złoty interes!

*

Hmm, a może Makrela myśli o otwarciu na emeryturze własnego biura podróży „nur für muslime” i teraz po prostu testuje rynek? Mam nawet nazwę: „Herzlich Willkommen!”.

*

Powyższa hipoteza jest tym bardziej prawdopodobna, że niemieccy kanclerze dostają głodowe emerytury. Taki Schroeder musi teraz dorabiać jako ochroniarz w Gazpromie. Nie dziwota, że kobiecina kombinuje jak może.

*

A co z Kohlem? - ktoś spyta. Ano nic – Helmut był mądrzejszy i przewalał kasę jeszcze gdy był kanclerzem. Miał o te lewizny nawet jakiś proces, ale nic mu się nie stało. Teraz jest ustawiony. Siedzi jak panisko w fotelu, patrzy na Merkel ze Schroederem i ma z frajerów polewkę.

*

„Szechter Cajtung” biadoli, że między PO i Nowoczesnym Swetru „brakuje chemii” – co oznacza, że gryzą się jak wściekłe psy o resztówki społecznego poparcia. Do tego Michał Karnowski wieszczy, że oba ugrupowania „rozpoczęły akcję likwidacji KOD”, gdy tylko okazało się, że jednak nie dojdzie do rychłej rewolucji. Jeżeli dodać agonię postkomunistów, to wychodzi, że polityczny mainstream III RP zapadł na chorobę prawicy lat 90-tych – czyli swary, wzajemne podsr...nie się i ogólną niemożność. Ech, mogą nas czekać piękne czasy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 6 (10-16.02.2016)

wtorek, 9 lutego 2016

Pod-Grzybki 37



Posłanka „Nowoczesnej”, Joanna Scheuring-Wielgus, najpierw pouczyła z mównicy „pana marszałka” w kwestii poprawnej wymowy jej nazwiska, następnie zaś jęła pilnie rozglądać się po sali plenarnej, by zlokalizować „posła Terleckiego”. Sejmowa gawiedź zanosiła się śmiechem, bowiem Terlecki – ma się rozumieć – siedział tuż za nią, w marszałkowskim fotelu. Bidulka, nie skojarzyła, że „pan marszałek” i „poseł Terlecki” to ta sama osoba. Na plus posłanki należy zapisać, że przynajmniej wie jak się nazywa, a może nawet potrafi się podpisać.

*

Dawnymi czasy na sabatach czarownice oddawały się cieleśnie diabłu, uprzednio całując go w tyłek. I coś w tym guście można było zaobserwować podczas dziennikarskiej sabaty... to jest, debaty w siedzibie „Wyborczej”, tyle że w roli obiektu uwielbienia wystąpili Piotr Kraśko i Karolina Lewicka, ledwie co wyegzorcyzmowani z TVP. Reszta, z grubsza rzecz biorąc, się zgadzała.

*

Zły język Patryka Jakiego ogłosił z sejmowej mównicy, jakoby w mieszkaniu należącym do posła PO Roberta Kropiwnickiego funkcjonował, z przeproszeniem, burdel. Otóż nie, sprawa ma drugie dno – burdel jest jedynie przykrywką dla lokalu konspiracyjnego, w którym Swetru i Kijowski spółkowali... to jest, spiskowali z belgijskim Guyem, jak tu skutecznie zasadzić się i zniewolić premier Beatę Szydło podczas debaty w PE. Niestety, w decydującym momencie Guyowi wszystko zmiękło i do raptu na pani Beacie w siedzibie europarlamentu nie doszło, wskutek czego Guy zaczął się strasznie pieklić i wygrażać piąstką. Tak to już jest, z tymi Guyami.

*

Tratwa ratunkowa o nazwie „Nowoczesna” właśnie się rozłamała - odchodzi z niej 200 działaczy z lokalnych struktur. I tak się właśnie pruje swetru – od dołu. Medialny golfik myśli sobie, że byczo jest, a tu już od spodu ktoś spruwa mu wełenkę na szaliczek.

*

U KODziaków, jak wieść gminna niesie, również narasta ferment w strukturach – a to z powodu narzucanego przez kijowską „warszawkę” autorytarnego drylu, to znów przez niechęć lidera do pokazywania faktur... No i o co ten krzyk? Jakie faktury? Przecież Kijowski jasno powiedział, że wszystko kupuje mu żona.

*

Dr Kazimierz Wóycicki nazwał w Polskim Radiu ks. Isakowicza-Zaleskiego „agentem wpływu” Kremla, co oczywiście skwapliwie przedrukował „Frondelek”. Poszło rzecz jasna o Ukrainę, której ksiądz Tadeusz nie jest, delikatnie mówiąc, entuzjastą. Kimże jest pan Wóycicki? Ano, stypendystą Fundacji Adenauera i uczestnikiem licznych polsko-niemieckich „dialogowych” inicjatyw - czyli modelowym produktem korumpowania polskich elit opiniotwórczych przez niemiecki system stypendialno-grantowy. A że Niemcy właśnie intensywnie poszerzają Mitteleuropę o ukraińską „Lebensraum”, drocząc się przy tym z Putinem o zasięg stref wpływów, to nic dziwnego, że każdy kto gada inaczej niż Berlin przykazał z definicji musi być „ruskim agentem”. W przeciwieństwie do niemieckiej agentury wpływu – ta, jak wiadomo, nie istnieje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 5 (03.02-09.02.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

Targowiczątka proszą o bratnią pomoc

Wystarczy usiąść na brzegu rzeki i zaczekać na spływające nurtem polityczne trupy Merkel, Hollanda i reszty.

„Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz” - ten cytat z Mahatmy Gandhiego idealnie pasuje do sytuacji Jarosława Kaczyńskiego. Zwróćmy uwagę, że dopóki w polityczno-medialnym przekazie dominowała szydera, PiS nie mogło liczyć na wygraną - dopiero gdy przeciwnicy zniecierpliwieni uporczywym trwaniem opozycji, która jakoś nie chciała ulec dezintegracji, zaczęli na serio straszyć „powrotem IV RP”, formacja ta zanotowała spektakularny, podwójny sukces. W międzyczasie zaś rozpoczął się spektakl donosów – najpierw do zagranicznych mediów, a następnie do międzynarodowych instytucji. Cóż, przypomnę tylko, że gdy PiS starało się o umiędzynarodowienie śledztwa smoleńskiego, oraz gdy na forum Parlamentu Europejskiego próbowało podnosić sprawę nieprawidłowości przy wyborach samorządowych, na partię spadła fala krytyki za „psucie zagranicznego wizerunku Polski”, a i na lokalnym rynku nie podniosło to notowań ówczesnej opozycji.

Podobnie będzie i tym razem w przypadku PO i Nowoczesnej, tyle że – co ciekawe – z zupełnie przeciwstawnych przyczyn. O ile wcześniej Polacy byli przewrażliwieni na punkcie opinii szeroko pojętej zagranicy na nasz temat i międzynarodową aktywność PiS odbierali w kategoriach „kompromitowania Polski”, o tyle od pewnego czasu rysuje się tendencja przeciwna – Polacy zaczynają się wyzbywać kompleksu niższości, a na połajanki zachodnich mediów i polityków (w szczególności niemieckich) reagują coraz częściej irytacją. Przyczynił się do tego w znacznej mierze kryzys migracyjny i próby siłowego narzucenia nam kwot imigrantów, których nasi rodacy w przytłaczającej większości nie chcą tutaj widzieć. Poza tym, podziwiane dotąd za porządek i dobrą organizację Niemcy pokazują swą bezradność wobec problemu, który same swą nieodpowiedzialną polityką ściągnęły na siebie i Europę. W efekcie, nasi zachodni sąsiedzi już nam tak bardzo nie imponują.

Poza wszystkim, Polacy są wyczuleni na postawy donosicielsko-konfidenckie i w tym kontekście należy zauważyć różnicę jakościową między działaniami PiS z opozycyjnych czasów, a tym, co robi obecnie PO. Otóż w przypadku działań byłej władzy i sprzyjających jej mediów mamy wprost do czynienia z proszeniem o interwencję, jakiś odpowiednik „bratniej pomocy” i wywarcie nacisku na legalnie, demokratycznie wybrane władze. W wersji łagodnej mówi się o ostracyzmie na arenie europejskiej, w wariantach ostrzejszych – o wstrzymaniu funduszy unijnych, a nawet „zawieszeniu członkostwa w UE”. Wszystko rzecz jasna w imię obrony zagrożonej demokracji. Brzmi to arcyznajomo, bo w naszej historii przerabialiśmy już podobną sytuację. Każdy kto wyszpera sobie w internecie tekst aktu Konfederacji Targowickiej ma prawo poczuć deja vu: po uwspółcześnieniu języka otrzymujemy tę samą patriotyczno-wolnościową retorykę, jaką szermują dziś cierpiące na pluszowych krzyżach „autorytety”, to samo łkanie nad utratą swobód i tyranią, podobne oglądanie się na „bratnią pomoc” - z tym, że Szczęsny Potocki i spółka spoglądali w kierunku Petersburga, a dzisiejsze „targowiczątka” - Berlina i Brukseli.

Rzecz jasna, Europa będzie mogła sobie co najwyżej pogardłować, no może spotka Polskę kilka dyplomatycznych despektów, jak to bywało w przypadku Orbana – i tyle. Ponadto liberalny establishment ma kolejny ból głowy – zwycięstwo Frontu Narodowego we francuskich wyborach regionalnych, co zdaje się być przygrywką przed sięgnięciem również po władzę centralną. Dla nas jest to wprawdzie średnia wiadomość, bo tak się składa, że zachodni nacjonaliści są jeszcze bardziej prorosyjscy i proputinowscy niż tamtejszy mainstream, lecz jestem szalenie ciekaw, czy i w przypadku Francji eurokołchoz wykaże się podobnym pryncypializmem jak wobec Polski i Węgier.

Zwycięstwo francuskich narodowców jest kolejnym potwierdzeniem zwrotu społecznych nastrojów w Europie. Tu anegdota. Miałem ostatnio okazję poznać relację pewnego Polaka mieszkającego od 35 lat w Bawarii i prowadzącego tam własny biznes. Okazuje się, że propaganda tamtejszych mediów rozjeżdżają się z opiniami zwykłych ludzi w stopniu podobnym do tego co mamy tutaj. W skrócie – Niemcy (a przynajmniej Bawarczycy) są przerażeni najazdem i wściekli na Merkel, uważają, że wpuszczając migrantów zdradziła swój naród, popularna teoria spiskowa głosi, że Merkel, Putin i Obama to iluminaci, zaś politycznych idoli nasi sąsiedzi mają dwóch – Orbana i Kaczyńskiego. A warto dodać, że mówił to człowiek, który do niedawna uważał „Kaczora” za obciach. Tak więc, wystarczy usiąść na brzegu rzeki i zaczekać na spływające nurtem polityczne trupy Merkel, Hollanda i reszty. Ich następcy będą musieli już śpiewać z całkiem innego klucza.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (11-17.12.2015)

wtorek, 10 listopada 2015

„Przetrwać bez zwycięstwa nie można”

Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo.

I. Przegląd pola walki – PiS i PO

Z mojego punktu widzenia wyniki wyborów ułożyły się niemal idealnie. PiS uzyskało samodzielną większość, co oddala zmorę z lat 2005-2007, czyli szarpaninę rządów mniejszościowych, bądź niepewnej koalicji. O ile gowinowcy i ziobryści się nie zbieszą i nie zerwą porozumienia dzięki któremu wrócili z politycznego niebytu do grona żywych, Zjednoczona Prawica może liczyć na pełną kadencję stabilnych rządów. PiS i Jarosław Kaczyński pokazali, że wbrew utartej opinii potrafią być elastyczni oraz korzystać z dobrych rad. Warto w tym miejscu wrócić do głośnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą inaugurującą kampanię prezydencką Andrzeja Dudy. Wtedy wywołał on prawdziwą burzę – zarówno w samej partii, jak i wśród jej zagorzałych sympatyków. Oskarżano profesora co najmniej o niewczesny wyskok, zaś w wersji bardziej radykalnej – o szkodnictwo, ambicjonerstwo i złą wolę. Imputowano mu kierowanie się niskimi pobudkami (miał być przymierzany do kandydatury na prezydenta), sianie defetyzmu a nawet chęć „detronizacji” Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem, jeśli prześledzimy owo pismo na spokojnie, to okaże się, że znakomitą większość zawartych w nim postulatów wykorzystano w kampanii i m.in. dzięki temu właśnie możliwe było podwójne zwycięstwo po ośmiu latach porażek – i to w wymiarze okazalszym niż w 2005 roku. Oczywiście, PiS miał też nieco szczęścia – gdyby nie „Razem” i „efekt Zandberga” połączony z ustawieniem sobie przez ZLEW poprzeczki na poziomie 8%, najprawdopodobniej nie byłoby samodzielnej większości. Jednak szczęściu trzeba dopomóc – dobra kampania Dudy i Szydło potraktowana (zgodnie z postulatem prof. Nowaka) jako nierozerwalna całość oraz korpus mężów zaufania z Ruchu Kontroli Wyborów ograniczających fałszerstwa – bez tego nie byłoby zwycięstwa.

PO została zepchnięta do głębokiej defensywy i tylko kwestią czasu pozostaje dekompozycja tego ugrupowania. Jej siłą scalającą było konsumowanie owoców władzy, zaś odspawanie od stołków i apanaży będzie skutkowało wykruszeniem się owego spoiwa, bo w przeciwieństwie do PiS, ludzi tych nie łączy żadna idea, ani tym bardziej charyzmatyczny, trzymający partię w garści przywódca. Kopacz jest jedynie „Tuskiem zastępczym”, blednącą stopniowo emanacją spijającego brukselskie rosoły przywódcy, który z oddalenia nie jest w stanie sterować partią, kontrolować zachodzących w niej procesów, no i wreszcie – wygrać wyborów. Na dodatek Platforma, w odróżnieniu od PiS, zatraciła elastyczność i zdolność do uczenia się na błędach. Nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej Komorowskiego, a może raczej – wyciągnięto wnioski z gruntu błędne i poprowadzono kampanię na zasadzie „więcej tego samego”. Mieliśmy więc kontynuację „gospodarskich wizyt” – równie jak tamte nieautentycznych, nagłe dostrzeżenie problemów „zwykłych ludzi” na rozwiązanie których PO nie znalazła jakoś czasu przez osiem lat rządów, no i obowiązkowe straszenie IVRP oraz Kaczyńskim, co sprawiało wręcz wrażenie, jakby kampania była prywatną autoterapią „Miśka” Kamińskiego w ramach porachunków z dawnym ugrupowaniem.

W tej sytuacji warto kibicować Schetynie w rozgrywce o przejęcie PO – choćby dlatego, że jego wygrana oznacza marginalizację Tuska, który nie będzie miał do czego wracać. Poza tym, wstrząsana vendettą Platforma nie będzie w stanie wykazywać szerszej aktywności na zewnątrz, co tylko przyśpieszy jej rozpad. Schetynę cechuje cierpliwość krokodyla, który potrafi tygodniami tkwić w bezruchu w bajorze czekając, aż zdobycz podejdzie mu pod pysk – i właśnie się doczekał. A gdy już zaatakuje, nie będzie litości – odwet za lata politycznych upokorzeń ma swoje prawa. Przypuszczam, że wielu platformersów już teraz widok gadziego uśmiechu „żelaznego Grzegorza” przyprawia o ciarki.

II. Kukiz i inni

Nadspodziewanie dobry wynik uzyskał komitet Kukiz'15. Piszę „nadspodziewanie” ponieważ żenujące awantury przy układaniu list wyborczych w połączeniu z emocjonalną niestabilnością lidera rodziły wręcz obawy o przekroczenie progu wyborczego. W tych okolicznościach 42 mandaty w Sejmie i pozycja trzeciej siły jest bardzo dobrym wynikiem. Paweł Kukiz zasłużył się też podebraniem głosów PO. Jeśli wziąć za dobrą monetę sondażowe wyniki exit poll, to jego formacja przejęła 6,4% głosów PO z 2011 – czyli o ponad 2% więcej, niż odebrała PiS-owi (4,3%). Tym samym, z jednej strony przyblokowała Platformę, z drugiej zaś nie odebrała PiS samodzielnej większości, za to ma szansę stać się istotnym recenzentem gabinetu Beaty Szydło. I to jest podstawowa wartość obecności „kukizowców” w Sejmie, co zresztą podkreślałem we wcześniejszych tekstach – dyscyplinowanie z radykalnych pozycji PiS, tak by ten nie ostygł w reformatorskim zapale zwiedziony urokami władzy. Można tu wiązać nadzieje z przedstawicielami narodowców, o ile zdobędą się na określony poziom merytoryczny zamiast dotychczasowego, bądźmy szczerzy – gówniarskiego pokrzykiwania, iż „PiS-PO to jedno zło”. Rolę opozycji totalnej zarezerwowała dla siebie już Platforma wraz z przyległymi mediami w ramach leczenia traumy po wyborczej klęsce – i bardzo dobrze, to bowiem jedynie przyśpieszy jej samo-anihilację. Niebezpieczeństwo to dostrzegł jeden z niewielu przytomnych liderów salonowszczyzny, czyli Aleksander Smolar, który przestrzegł swą formację, by nie straszyć „orbanizmem” i „putinizmem”, bo to jedynie denerwuje ludzi – ale na szczęście już widać, że obóz IIIRP nie dojrzał do wysłuchania tej porady.

Zagrożeniem dla obozu Pawła Kukiza jest jego niejednolitość (co łączy narodowców i kieleckiego Snoop Dogg'a dla ubogich – Liroya?), co może skutkować rozpadem i podbieraniem posłów przez inne ugrupowania. Z drugiej strony, PiS na tle „kukizowców” może prezentować się niczym Orban na tle Jobbiku: umiarkowana, pragmatyczna partia reform – i to jest kolejny plus obecnej sejmowej układanki.

O „Nowoczesnej” Petru – czyli wielkiej nadziei kasty właścicieli III RP na zachowanie przynajmniej części stanu posiadania nie ma co się rozwodzić. Wiadomo – kolejna mutacja tego samego, napompowana medialnie i finansowo przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. No i jeszcze związek zawodowy dzierżycieli synekur, czyli PSL. W tym przypadku zagrożeniem może być pokusa wchodzenia w lokalne układy – jeżeli PiS tej pokusie ulegnie (a pojawiają się już pewne sygnały), to możemy się pożegnać z kompleksową naprawą Polski. Zostanie odnowiona jedynie elewacja kamienicy, a od podwórka wciąż będzie straszył stary syf.

III. Batalia o Polskę

Czego oczekuję od nowego rządu Prawa i Sprawiedliwości? Przede wszystkim zdecydowania w czyszczeniu stajni Augiasza. Kunktatorstwo i taktyczne „dogadywanki” pogrzebią nadzieję na zmiany, a wraz z nią – pogrzebią politycznie PiS. Spętany zależnościami rząd ugrzęźnie w gęstym kisielu, co w połączeniu z ostrzałem propagandowym doprowadzi do porażki za cztery lata. Dlatego w tej kadencji nie warto szukać na siłę konstytucyjnej większości – zbyt drogo trzeba by za nią zapłacić. Mając rząd i prezydenta można wystarczająco wiele osiągnąć w obecnym konstytucyjnym porządku, by realnie myśleć o decydującej wygranej w następnych wyborach. Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo. To dopiero wygrana we wstępnej utarczce o zajęcie pozycji wyjściowych przed decydującą batalią o Polskę. Opór materii będzie potężny i to na wszystkich polach. Dlatego istotne będzie społeczne zaangażowanie w rodzaju powstałego Ruchu Kontroli Wyborów/Ruchu Kontroli Władzy – w skrócie, chodzi o to, by wystawione przez nas polityczne wojsko nie rozlazło się po krzakach, a wyposzczony partyjny aparat nie skoncentrował się na konsumowaniu konfitur. Poza wszystkim – odłączenie dotychczasowej władzy wraz z rozlicznymi przybudówkami od kraników z publicznymi pieniędzmi przyśpieszy destrukcję dotychczasowego układu, zatem radykalizm wynika tu z czystej, politycznej kalkulacji.

Na szybko” można chociażby odciąć prywatne media od quasi-dotacji w postaci reklam i ogłoszeń podmiotów publicznych. Koniecznie należy zbadać możliwość powtórzenia wyborów samorządowych (o ile, rzecz jasna, zachowała się papierowa dokumentacja). Nie zapominajmy, że obecnie to „teren” jest olbrzymim żerowiskiem, dysponentem ogromnej części unijnych funduszy i źródłem rozlicznych patologii – bez odwojowania samorządów nie będzie „dobrej zmiany”. Należy wziąć za pysk służby specjalne – zweryfikować, ograniczyć możliwości inwigilacji obywateli, opublikować Aneks do raportu o rozwiązaniu WSI, odtajnić zbiór zastrzeżony IPN. Już samo ujawnienie agentury w różnych obszarach życia publicznego – mediach, organach państwa, biznesie – ograniczy możliwości szkodzenia. To tylko pierwsze z brzegu postulaty. Pamiętajmy, iż wciąż znajdujemy się w sytuacji opisanej we wspomnianym tu liście prof. Andrzeja Nowaka - „Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad prof. Nowakiem”

„Profesor Andrzej Nowak miał rację”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43-44 (04-17.11.2015)