Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobra Zmiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobra Zmiana. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?

Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.

I. Aborcja wciąż nie zatrzymana

Czy obóz „dobrej zmiany” po cichu dezerteruje z frontu wojny kulturowej? Takie pytanie musi nieuchronnie się pojawić w kontekście kolejnych wypowiedzi, czynów i zaniechań w wydaniu Zjednoczonej Prawicy.

W minionej kadencji mieliśmy absolutnie celową obstrukcję obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, mającego m.in. powstrzymać aborcję eugeniczną, czyli np. zabijanie dzieci u których w fazie prenatalnej stwierdzono podejrzenie zespołu Downa. Projekt pod którym podpisało się ponad 830 tys. osób został najpierw skierowany do sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, by następnie decyzją jej ówczesnej przewodniczącej Bożeny Borys-Szopy trafić do specjalnej podkomisji. Od tamtego momentu (2 lipca 2018 r.) politycy nie zajęli się nim ani razu i inicjatywa na dobre ugrzęzła w sejmowej zamrażarce. Jak podają na swojej stronie organizatorzy akcji „Zatrzymaj aborcję” od 30 listopada 2017 r., kiedy to formalnie złożono projekt w Sejmie, w polskich szpitalach zginęło 2158 nienarodzonych dzieci. Za to w międzyczasie Bożena Borys-Szopa zdążyła awansować na ministra rodziny, pracy i polityki społecznej – czyżby w nagrodę za sprawne utrącenie niewygodnej ustawy? Dodajmy, iż do „odzyskanego” Trybunału Konstytucyjnego pod rządami Julii Przyłębskiej złożono w październiku 2017 r. pytanie o stwierdzenie zgodności (lub nie-) z Konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej. Również i ten organ nie znalazł czasu, by rozpatrzyć wniosek podpisany przez 107 parlamentarzystów. Teraz, wraz ze startem nowej kadencji, sprawa się przeterminowała.

Na szczęście, zasada dyskontynuacji (czyli niekontynuowania przez Sejm nowej kadencji projektów procedowanych przez poprzedni parlament) nie dotyczy inicjatyw obywatelskich, zatem projekt „Zatrzymaj aborcję” formalnie pozostaje w mocy. Tylko co z tego, skoro na skutek sejmowych układanek szefostwo Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Zjednoczona Prawica oddała skrajnie lewicowej aktywistce Magdalenie Biejat, utrącając Grzegorza Brauna? Wychodzi na to, że dla PiS tradycyjnie głównym wrogiem pozostaje prawicowa konkurencja, a nie antycywilizacyjne lewactwo... Można więc się spodziewać, iż antyaborcyjna inicjatywa w bieżącej kadencji zostanie taktycznie „uwalona” rękami lewicy – i to pomimo tego, że nominalnie w komisji większość ma prawica.


II. Czy powstrzymamy pochód dewiacji?

W kontekście powyższego, trudno być optymistą jeśli chodzi o dalsze losy obywatelskiego projektu „Stop pedofilii”. Wprawdzie został gładko przyjęty przez Sejm i trafił do komisji zajmującej się zmianami w kodyfikacjach, lecz tu pojawia się płynące z doświadczenia poprzedniej kadencji pytanie, czy nie czeka nas powtórka z nader wątpliwej rozrywki? A sprawa jest naprawdę wielkiej wagi, dotyczy bowiem treści przemycanych zgodnie z wytycznymi WHO podczas tzw. edukacji seksualnej.

Przypomnijmy, iż projekt będący nowelizacją Kodeksu Karnego wprowadza penalizację publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim oraz propagowania lub pochwalania podejmowania przez osoby małoletnie obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej. Powyższe w szczególności odnosi się do działalności związanej z edukacją, leczeniem bądź opieką nad dziećmi. Jest to absolutnie kluczowe w sytuacji, gdy różne samorządy usiłują wprowadzać tylnymi drzwiami deprawacyjną seksedukację do podległych im placówek oświatowych – a osławione „standardy WHO” zalecają m.in. oswajanie z masturbacją dzieci już od piątego roku życia, zaś w kolejnych grupach wiekowych następować ma nauka „świadomego wyrażania zgody na seks”, różnych technik stymulacyjnych i zaznajamianie dzieci z dewiacjami przedstawianymi jako „norma” i nieszkodliwe „odmienności”. Nic dziwnego, że tak pojmowana „edukacja” jest oczkiem w głowie aktywistów LGBT. Należy się śpieszyć, bowiem Rafał Trzaskowski zapowiada, że podpisana przez niego „Karta LGBT+” będzie konsekwentnie wdrażana wraz ze wszystkimi jej postulatami – w tym, dotyczącymi szkolnej seks-indoktrynacji. Pytanie – czy rządząca prawica zdecyduje się na konfrontację, szczególnie w obliczu nacisków płynących z Brukseli, czy w imię świętego spokoju schowa obywatelski projekt na dnie szuflady?


III. Lewacka edukacja

A skoro jesteśmy przy edukacji. Koniecznie należy odnotować bulwersujący głos „konserwatysty bezobjawowego”, czyli Jarosława Gowina – ministra nauki i szkolnictwa wyższego. W głośnym wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” zapowiedział: „Położę się Rejtanem, jeżeli ktoś będzie próbował ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender. Charakterystyczne - ze słów wicepremiera wynika, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gender z 56 „płciami” i 238 „orientacjami” nie jest żadną „nauką”, lecz ideologią. A mimo to jest gotów bronić obecności owej ideologii na uniwersytetach – w imię, jakby inaczej, wolności słowa, przekonań i „badań naukowych”. Co więcej, z dalszej części wywiadu dowiadujemy się, iż Jarosław Gowin jest w pełni świadom lewicowo-liberalnego przechyłu na wyższych uczelniach, lecz traktuje to jako swoistą normę, bo tak jest „niemal na całym Zachodzie”. To już jest jawna abdykacja z jakichkolwiek funkcji władczych państwa i przyzwolenie, by szkolnictwo wyższe było kuźnią bojowników w antycywilizacyjnej wojnie. Natomiast zagnieżdżone na uniwersytetach lewactwo nie bierze jeńców – konserwatywni naukowcy są sekowani na każdym kroku, spycha się ich w cień, odmawia naukowych awansów, na porządku dziennym jest uniemożliwianie na terenie uczelni spotkań z osobami wyrażającymi odmienne od dominującego, lewackiego mainstreamu poglądy na kwestie takie jak ochrona życia, ideologia LGBT, czy w jakikolwiek inny sposób odstające od jedynie słusznej linii.

Trzeba sobie powiedzieć jasno – w miejsce opuszczone przez klasyczny „diamat” („materializm dialektyczny”) szerokim frontem wkroczył jego następca – marksizm kulturowy i to jego wyznawcy w poczuciu wszechwładzy i bezkarności meblują dziś umysły przyszłych polskich elit. Odpuszczenie sobie tego pola skazuje nas w niedalekiej przyszłości na zdominowanie życia publicznego przez wojujące lewactwo, stosujące na masową skalę tzw. „tolerancję represywną” - czyli, mówiąc po ludzku, dyskryminację wszelkich poglądów nie mieszczących się w kanonie politycznej poprawności. Przedsmak mieliśmy już przy okazji sprawy zawieszenia prof. Nalaskowskiego za to, że dał wyraz swej odrazie wobec manifestowanej podczas gej-parad ideologii LGBT, czy w produkowanych przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) totalniackich z ducha manifestach ustalających obowiązującą doktrynę w kwestiach LGBT oraz „ekologizmu-klimatyzmu”.

Otóż, panie Gowin, na genderyzm nie musimy się godzić. Wystarczy sięgnąć po przykład Victora Orbana, który jednym dekretem usunął „gender studies” z listy kierunków mających oficjalną akredytację rządu i tym samym pozbawiając je uprawnień do publicznego finansowania, co poskutkowało likwidacją tych kierunków na uczelniach. Trzeba tylko mieć cojones...


IV. Dyktat „ekologizmu”

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o wojującym ekologizmie. Nowo powołany minister ds. klimatu (już samo utworzenie tego resortu pokazuje, że i na tym odcinku kapitulujemy), Michał Kurtyka, szczyci się, że to on osobiście zaprosił młodocianą eko-fanatyczkę Gretę Thunberg na szczyt COP24 w Katowicach. Takie podejście oznacza, że za chwilę Polska będzie pokornie wdrażać kolejne, motywowane ideologicznie eko-szajby – jak rozumiem, żeby nie czepiała się nas Bruksela. Tego, że rzekoma „troska o planetę” jest jedynie narzędziem mającym służyć społecznej inżynierii, przebudowie ludzkiej świadomości i urzeczywistnieniu lewackiej utopii – wolimy nie zauważać. Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

niedziela, 22 lipca 2018

PiS w trybie wyborczym

Bez oddolnego nacisku „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.

I. Czas „ciepłej wody”

Jak powiadają wtajemniczeni, Jarosław Kaczyński zarządził przestawienie PiS-u w tryb wyborczy, co oznacza w praktyce wyciszenie najbardziej kontrowersyjnych tematów – i to kto wie, czy nie do końca kadencji, albo i dłużej. Determinuje to kalendarz: jesienią mamy wybory samorządowe, a wiosną następnego roku odbędą się wybory do europarlamentu. W tymże 2019 r. czekają nas także absolutnie kluczowe wybory parlamentarne, no i wreszcie w 2020 r. będziemy mieli wyścig o prezydenturę – najprawdopodobniej z Andrzejem Dudą ubiegającym się o reelekcję. To ostatnie, szczerze mówiąc, wywołuje u mnie mieszane uczucia – Beata Szydło chyba już definitywnie poszła w odstawkę i czeka ją honorowe (za to lukratywne) zesłanie do Parlamentu Europejskiego. Szkoda.

W każdym razie, przed nami długi okres ocieplania wizerunku, łagodzenia kantów i unikania konfrontacji oraz podkreślania sukcesów, głównie gospodarczych. Czas więc przygotować się na pisowską wersję polityki „ciepłej wody w kranie” (inna sprawa, że w odróżnieniu od poprzedników, partia rządząca akurat ma się czym pochwalić). Zwiastunem powyższego może być wypowiedź posłanki Joanny Lichockiej podczas spotkania z wyborcami w Radomiu, że kwestia repolonizacji mediów najprawdopodobniej będzie musiała poczekać do następnej kadencji. Zatem, pora ogłosić koniec sezonu – a skoro tak, to już dziś, na ponad rok przed wyborami sejmowymi, można się pokusić o podsumowanie pierwszej kadencji rządów „dobrej zmiany”.


II. Lista błędów i zaniechań

Nie ukrywam, że zajmę się głównie listą porażek, rozczarowań i zaniechań – bo sukcesami władza pochwali się sama, również poprzez sponsorowane hojnie media. Generalnie, „potencjał rewolucyjny” partii rządzącej okazał się o wiele mniejszy niż można się było spodziewać i szybko wytracił impet w konfrontacji z systemowym oporem III RP, wpływami różnych lobbies, ośrodkami zagranicznymi tudzież własnymi ograniczeniami.

Jednym z symboli bezradności stała się sprawa frankowiczów niemiłosiernie dojonych przez banki. Tu swoją siłę pokazało lobby finansowe przy cichym poparciu Mateusza Morawieckiego – najpierw jako „superministra” od gospodarki, obecnie zaś premiera. Od początku scedowano problem na prezydenta Dudę, który wtedy po raz pierwszy pokazał, że jest politykiem ulepionym z miękkiej gliny. Bombardowany wizjami zapaści sektora bankowego, w kolejnych wersjach ustawy de facto zrezygnował z odwalutowania produktów frankowych (nazywanie tego czegoś „kredytami” jest nieporozumieniem, są to bowiem w istocie długoterminowe produkty spekulacyjne wysokiego ryzyka). Kropkę nad „i” postawił w jednym z wywiadów Jarosław Kaczyński zalecając frankowiczom, by dochodzili swego w sądach – co robili i robią bez tych światłych porad. Obecnie ustawa znajduje się w sejmowej podkomisji i zapewne tam już pozostanie. Trzeba dodać, że problem ten został załatwiony w szeregu krajów (z Węgrami na czele) i jakoś nigdzie nie zakończyło się to finansową katastrofą.

Ciekawą sprawą jest schizofreniczne podejście do imigracji, o czym pisałem przed tygodniem. Z jednej strony rząd twardo sprzeciwia się narzucanym nam przez Niemcy i UE kwotom migracyjnym, z drugiej zaś sprowadza niemal dwumilionową rzeszę migrantów zarobkowych stosując coraz to nowe udogodnienia i otwierając się na kolejne kraje, w tym również muzułmańskie. W tej chwili natomiast trwają prace nad przepisami mającymi ułatwić osiedlanie się migrantów ekonomicznych na stałe wraz z rodzinami. W efekcie, jesteśmy dziś światowym liderem jeśli chodzi o sprowadzanie cudzoziemskich pracowników i szykujemy sobie podobny scenariusz, jakiego doświadczyły kraje Europy Zachodniej. Tu rząd stał się zakładnikiem lobby biznesowego pragnącego utrzymać model bazujący na taniej sile roboczej. Zapłacą za to kolejne pokolenia zmuszone do egzystencji w „multikulturowym” tyglu.

Z powyższym jaskrawo kontrastują zaniechania wobec Polaków z Litwy i Ukrainy poddawanych przy naszej bierności konsekwentnej polityce wynaradawiania. Można wręcz odnieść wrażenie, że nasi rodacy są dla rządzących zawadą w budowaniu „strategicznych relacji” z Wilnem i Kijowem. O ściąganiu repatriantów z obszarów dawnego ZSRR szkoda w ogóle mówić. Podobnie, prócz gołosłownych zachęt nie zrobiono niemal nic, by zachęcić do powrotu falę emigrantów z ostatnich lat. Skutkiem jest swoista „podmiana populacji” - w miejsce tych co wyjechali przyjmujemy Ukraińców, a także coraz liczniejszych przybyszy z innych państw.

Tu dochodzimy do wiecznie żywej giedroyciowskiej mitologii politycznej. Jedyna zmiana w stosunku do poprzednich ekip, to wymuszone oddolną presją społeczną pewne utwardzenie polskiego stanowiska w kwestiach historycznych, czego symbolem była sejmowa uchwała wreszcie nazywająca po imieniu kresowe ludobójstwo dokonane przez banderowców na Polakach. Jednak w pozostałych sprawach wciąż popieramy Ukrainę „za bezdurno” - dając jej obywatelom pracę, otwierając rynek dla produktów rolnych czy bezwarunkowo wspierając politykę Kijowa i udzielając ukraińskiemu bankrutowi pomocy ekonomicznej. Nakłada się na to jednostronna polityka zagraniczna skutkująca podległością wobec „bezalternatywnego” hegemona, czyli USA – przypomnę, że sami w ten sposób pozbawiamy się pola manewru, co może się na nas srogo zemścić, chociażby w przypadku, gdy Stany Zjednoczone znów postanowią zrobić „reset” w relacjach z Rosją. Na osłodę mamy krzepiące bajki George'a Friedmana o Międzymorzu.

Kolejna porażka, to niedawna rejterada w sprawie przypisywania Polsce i Polakom współodpowiedzialności za Holocaust. Okazało się, że stosowne ustawy musimy przedkładać do uprzedniej akceptacji naszych „strategicznych partnerów” czyli Izraela, żydowskiej diaspory oraz Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji nie dziwi, że leży również nasza polityka wizerunkowa. W przypadkach szkalowania Polski w zagranicznych mediach ograniczamy się do dyplomatycznych not, które albo są uwzględniane przez redakcje, albo nie. Nie ma systemowej współpracy z kancelariami prawnymi w USA czy Europie Zachodniej, a co za tym idzie – nie ma też procesów. O bezradności Polskiej Fundacji Narodowej aż żal wspominać. Na dodatek hojnie sponsorujemy antypolskie jaczejki w rodzaju muzeum POLIN. Odesłanie do zamrażarki projektu ustawy reprywatyzacyjnej pod jawną presją organizacji „przemysłu holokaust” dopełnia ponurego obrazu.


III. „Dobra zmiana” czy „mniejsze zło”?

Do powyższego można by dodać jeszcze stopniowo kastrowaną reformę sądownictwa (tu szczególne „podziękowania” dla prezydenta Dudy) i kilka innych spraw, jak wspomniana na wstępie rezygnacja z repolonizacji mediów, zaniechanie publikacji aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI, wyciszenie niemieckich reparacji za II Wojnę Światową czy wyrzucenie do kosza nowego Kodeksu Pracy, który miał „odśmieciowić” rynek zatrudnienia. A wszak wszystkie te kwestie cieszyły się i cieszą poparciem wyborców – trzeba było jedynie determinacji by je przeprowadzić. Tej jednak najwyraźniej zabrakło – i ciekaw jestem, czy po 2019 r. znajdzie się słynna „wola polityczna” by naprawić zaniechania, czy też PiS ostatecznie zamieni się w typową partię „tłustych kotów” okraszających swe kunktatorstwo patriotyczną retoryką.

Żeby być sprawiedliwym – są też i sukcesy. Udało się w znacznej mierze uszczelnić system podatkowy i poprawić kondycję budżetu państwa, dzięki czemu są pieniądze na sztandarowy program „500+”. Warto zauważyć, że ma on walor nie tylko socjalny, ale również godnościowy. Generalnie, rządy PiS to w warstwie symbolicznej dowartościowanie spychanych dotąd na margines i stygmatyzowanych grup społecznych, co zresztą elity III RP odczuły bodaj najboleśniej. I jeżeli z kolejną kadencją „dobrej zmiany” wiążę jakieś nadzieje, to dlatego, że właśnie ów obudzony elektorat może stać się skuteczną, oddolną ostrogą mobilizującą władzę do działania. Inaczej „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (20-26.07.2018)

sobota, 12 maja 2018

Kryzys jest szansą!

Dla obozu PiS jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia.


I. Nieodrobiona lekcja

Właśnie tak, jak w tytule – kryzys jest szansą. Wystarczy na sprawy spojrzeć od tej strony i wszystko staje się znacznie prostsze. Refleksja ta naszła mnie z podwójnej przyczyny – pierwsza, to niedawne załamanie sondaży PiS z którego partia rządząca próbuje się obecnie z lepszym lub gorszym skutkiem wygrzebać; druga – to wygrana Fideszu i Orbana na Węgrzech, która w modelowy sposób pokazuje nam, jak należy rozgrywać konflikty z korzyścią dla siebie. Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że tym, co różni „dobrą zmianę” od węgierskiego premiera, jest nie tylko sprawność techniczna w poruszaniu się po politycznym polu minowym, ale również (a może – przede wszystkim) kwestia mentalności i coś, co w języku sportowym nazywa się „elementem wolicjonalnym”. Otóż tam, gdzie nasi widzą zagrożenia, które należy w jakiś sposób obłaskawić (najczęściej zresztą, żenująco nieudolnie), Victor Orban widzi kolejną rozgrywkę do wygrania. Efekt tej różnicy podejść jest taki, że Orban ma trzecią kadencję z rzędu i większość konstytucyjną, a PiS zaczyna drżeć o utrzymanie władzy. Innymi słowy – Orban wdeptuje przeciwników w ziemię, a PiS oddaje pole i przegrywa nie tyle z przeciwnikami, co z samym sobą.

Wyjaśnijmy to sobie na przykładzie. Obecnie w Polsce pokutuje mit „politycznego centrum”, które za wszelką cenę należy sobie zjednać, by wygrać wybory. Rzekomo w ten właśnie sposób PiS wygrało w 2015 r. A guzik prawda. PiS nie wygrało dzięki żadnemu „centrum”, lecz dlatego, że parło do przodu jak nosorożec – może bez większego wdzięku, ale za to z determinacją, przebijając kolejne, dotąd pozornie nieprzekraczalne „sufity” poparcia. Ta prawidłowość działała przez kolejne ponad dwa lata rządów – i przestała w momencie, gdy „dobra zmiana” wdała się w jakieś żenujące dryblingi, próbując „oswoić” ulicę i zagranicę. Wynika to z prostej prawidłowości – w 2015 ludzie mieli już powyżej uszu „ciepłej wody w kranie” i „zielonej wyspy” z której nic nie wynika dla sytuacji zwykłego człowieka. Te nastroje PiS jeszcze wyczuło i skutecznie na nich zagrało, ale nie wyciągnęło oczywistego wniosku – mianowicie, że ci sami wyborcy, którzy jeszcze 2-3 lata wcześniej faktycznie stanowili „centrum”, w 2015 r. byli już w zupełnie innym miejscu, znacznie radykalniejszym i zagłosowali na PiS oraz (ci bardziej wnerwieni) na Kukiza. A potem, mile zaskoczeni realizowaniem przedwyborczych obietnic, podtrzymywali swe poparcie wbrew wszystkiemu – jazgotowi mediów, demonstracjom kodowszczyzny i naciskom zagranicy. Mieli gdzieś Trybunał Konstytucyjny, sądokrację, utracone poczucie komfortu „łże-elit”, postępowy szantaż emocjonalny domagający się przyjmowania biednych „uchodźców” i wrzaski dobiegające z Brukseli. Obchodziło ich to, że wreszcie ktoś robi porządek i zwraca uwagę na potrzeby obywatela – ze szczególnym uwzględnieniem 500+ i tamy postawionej zalewowi muzułmańskich migrantów.

Krótko mówiąc, poparcie nie przyszło z centrum, tylko ze strony zradykalizowanego elektoratu - a PiS nie odrobiło lekcji płynącej z własnego zwycięstwa.


II. Węgierski przykład

Odwrotnie postąpił Victor Orban, który zresztą generalnie wydaje się być politykiem bardziej przytomnym i świadomym w co gra. On od początku miał „centrum” głęboko w tyle. Wiedział, że wyborów nie wygrywa się dzięki tanim umizgom, tylko dzięki trzem czynnikom – mobilizacji, determinacji i konfrontacji. Podkreślę – konfrontacji, a nie schodzeniu z linii strzału przy byle kontrowersji, czy to w polityce zagranicznej, czy wewnętrznej. Dlatego zrobił u siebie porządek z kredytami frankowymi, sądami i mediami, przy pierwszej okazji „podziękował” za współpracę Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, który dyktował Węgrom antyrozwojową („balcerowiczowską”) agendę w interesie globalnego kapitału, a z zagrożenia migracyjnego uczynił jeden z motywów przewodnich niedawnej kampanii. Podobnie nie zawahał się pójść na zderzenie czołowe z Sorosem – u nas wciąż rzecz nie do pomyślenia. Skutek? Banki po początkowych lamentach jakoś się uspokoiły, bo zobaczyły, że nie ma żartów, MFW posłusznie zwinął żagle, węgierski odpowiednik „Gazety Wyborczej”, czyli „Népszabadság” padł szczęśliwie w 2016 r., zaś Soros właśnie ogłosił, że zamyka biuro „Open Society Foundation” w Budapeszcie i spada do Berlina. Widać różnicę?

Nasi kieszonkowi Talleyrandowie lubią epatować „elastycznością” Orbana, czyniąc z niej alibi dla własnego kunktatorstwa. Otóż nie. Elastyczność nie polega bowiem na zagłaskiwaniu napięć, tylko na sprężystości. Opłacało się być w Parlamencie Europejskim we frakcji Europejskiej Frakcji Ludowej, razem z niemiecką CDU/CSU (i, dodajmy, Platformą Obywatelską)? Proszę bardzo, dzięki temu mamy powiększone pole manewru. Obywatelom jednak nie przypadł do gustu zakaz handlu w niedzielę? Wycofujemy się, nie ma sprawy, mała strata. A z drugiej strony – Rosja chce z nami budować elektrownię jądrową i dostarczać nam gaz? Wchodzimy w to, bez względu na ujadanie tych europejskich hipokrytów, którzy sami przebierają nogami do robienia interesów z Putinem i chcą ciągnąć Nord Stream 2 przez Bałtyk. Dywersyfikujemy w ten sposób naszą politykę i nie uzależniamy się od jednego „sojusznika”. Chiny chcą z nami rozmawiać o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Czemu nie, patrz wyżej, długofalowo niemieckie koncerny samochodowe nie mogą być jedynym strategicznym inwestorem.

Rozumiemy już o co chodzi z tą elastycznością? Okazuje się, że to nie musi być wcale ustępliwość, tylko manewrowanie połączone z odpowiednią dawką asertywności. Nasi wybrańcy natomiast wciąż mają problem ze zrozumieniem i wcieleniem w życie tej oczywistości. Rzecz jasna, trzeba zastrzec (bo zaraz jakiś hunwejbin zarzuci mi, że jestem „ruskim agentem”), iż nie chodzi o kopiowanie węgierskiej polityki i konkretnych ruchów w skali 1:1. Chodzi o metodę – a my tej metody nie mamy.


III. „Elastyczność” czy niezgulstwo?

Wróćmy do kwestii „elastyczności”, mającej przykryć nasze niezgulstwo. Różnicę między Polską a Węgrami świetnie ilustruje konflikt z Brukselą na tle osławionej „praworządności”. Właśnie „poprawiamy” ustawy sądownicze pod zapotrzebowanie zgłoszone przez Timmermansa, na co ten ostatni wciąż kręci nosem – że nie tak, że za mało, że należy spełnić wszystkie nadesłane z Brukseli „zalecenia”... Jaki błąd popełnili nasi mężykowie stanu? Przestraszeni, że Unia Europejska uzależni eurofundusze w kolejnej perspektywie budżetowej od stanu naszego wymiaru sprawiedliwości, poszli na ustępstwa – bez żadnej gwarancji, że one cokolwiek dadzą. W efekcie, UE dokręciła śrubę – właśnie nadeszła wiadomość, że Komisja Europejska forsuje przy powszechnym poparciu uzależnienie wypłat środków w latach 2021-2027 od gwarancji „skutecznego zarządzania funduszami”, co jest zawoalowaną formą „praworządności”. Oznacza to, że grupa euromandarynów będzie mogła całkowicie uznaniowo wstrzymywać kasę i wymuszać na nas spełnianie ich kolejnych żądań. Tyle ugraliśmy, brawo.

Co trzeba było zrobić? A chociażby zaszantażować Brukselę wzrostem antyunijnych nastrojów w polskim społeczeństwie. Metodę tę opisał niegdyś jeden z naszych negocjatorów w procesie akcesyjnym, Jerzy Marek Nowakowski. Kiedy przychodziło do kolejnej rundy negocjacji i europejscy wysłannicy wytykali nam różne opóźnienia i niedociągnięcia, on wyjmował sondaż z którego wynikało, że poparcie dla integracji wśród Polaków słabnie. Unijni urzędnicy w tym momencie z miejsca robili się o wiele bardziej „konstruktywni”. Podobnie dziś – rośnie niechęć do UE, zwłaszcza w warunkach prób dyktatu – blisko 1/3 Polaków optuje za polexitem, gdyby sprawy stanęły na ostrzu noża. Nie można było zagrać tą kartą?

Okazuje się, że nie można było – i powiem Państwu dlaczego. Otóż PiS przestraszył się tych sondaży znacznie bardziej niż Bruksela. Kryzys zaufania do UE został przez „naszych” odebrany nie jako szansa na poprawę pozycji przetargowej, lecz jako paraliżujące zagrożenie. I to jest ta różnica w rozumieniu elastyczności między Polską a Węgrami. Idę o zakład, że Orban w takiej sytuacji nie wahałby się ani sekundy – ba, wręcz świadomie podgrzewałby antyunijne nastroje, by wywrzeć na eurokratów presję. I tak jest ze wszystkim – z rejteradą przed Żydami, żądaniami USA (Kongres właśnie uchwalił JUST Act), ba – nawet przed Ukrainą czy inną Litwą. Wynika to z tego, że zarówno dla czołowych postaci obozu PiS, jak i dla jego zaplecza intelektualno-medialnego jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia. Zbyt wiele zainwestowali na wszelkich możliwych poziomach (politycznym, emocjonalnym, wizerunkowym) w różnorakie mitologie, które zwykli postrzegać jako „historyczną konieczność”, by nastąpiła zmiana paradygmatów. Więc jak przychodzi co do czego – zwyczajnie „pękają” i chowają głowę w piasek, wypinając przy okazji d... A potem się dziwią, że dostają bęcki i ludzie się od nich odwracają. A jak mają traktować pajaców bojących się własnej odwagi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zawsze jest z kim przegrać

Koniec złudzeń

Czy Polskę stać na podmiotowość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)

niedziela, 17 grudnia 2017

Dymisja Beaty Szydło to błąd

Dawno już (a może wręcz po raz pierwszy) PiS nie zlekceważyło w tak ostentacyjny sposób własnego elektoratu.


I. Buldogi na dywanie

No i „zrekonstruowali” nam premier Beatę Szydło. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Szydło już-już ogłosi dymisję. Nie, jednak zostaje. Ale nie - będzie dymisja, zastąpi ją Kaczyński i szarpnie cuglami. A gdzie tam – Szydło to dobry premier, musi zostać. Jednak nie, do gry wkracza Morawiecki. Żaden Morawiecki, jeżeli już, to Kaczyński będzie premierem. Nie, zostaje Szydło. A właśnie że nie, bo Morawiecki. Albo Kaczyński... Szydło... Morawiecki... i tak bez końca, w rytmie frakcyjnych przepychanek.

Słowem, kompromitacja. Partyjni zagończycy bez cienia żenady biegali po wszelkich możliwych mediach, nadając jedni na drugich, rozsiewając plotki i potęgując wrażenie ogólnego chaosu. Buldogi wylazły spod dywanu i gryzły się w najlepsze na oczach zdumionej i zniesmaczonej publiczności. Na to wszystko nałożyły się spekulacje dotyczące poszczególnych ministrów i związane z tym nerwowe ruchy z ich strony – a jak by tego było mało, równolegle przez większość tego okresu trwał spektakl „negocjacji” z Pałacem Prezydenckim w sprawie reformy sądownictwa (i zapewne głowy ministra Macierewicza). Koszty wizerunkowe są trudne do oszacowania i sadzę, że niedawny sondaż CBOS, w którym PiS w porównaniu do listopada straciło 4 pkt. proc. poparcia, to zaledwie pierwsze ostrzeżenie od rozczarowanego elektoratu – a warto dodać, że również i w listopadzie PiS straciło w porównaniu z październikiem 2 pkt. proc.

Są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy pamiętają, że początkowo zapowiedziana na listopad rekonstrukcja rządu miała stanowić zaledwie przegląd kadr, a ze stanowiskami miało się pożegnać co najwyżej kilka najsłabszych ogniw w rządowej ekipie. Co takiego się w międzyczasie wydarzyło, że na porządku dziennym stanęła kwestia dymisji samej pani premier? Premier, przynajmniej w oficjalnej narracji, znakomitej i odnoszącej sukcesy, a na dodatek cieszącej się niesłabnącym poparciem i popularnością w społeczeństwie – i to nie tylko wśród twardych wyborców PiS? Wyrosła zbyt wysoko? Jej popularność zaczęła kogoś uwierać? No i jak to wygląda – z jednej strony bronimy Beatę Szydło przed opozycyjnym votum nieufności, by zaraz potem dymisjonować ją na partyjnej nasiadówce?


II. Pożar w domu wariatów

Tajemnicą poliszynela jest, że w rządzie funkcjonował tzw. „klub wicepremierów” podważających pozycję pani premier i biegających ze skargami na Nowogrodzką. To samo tyczyło się niektórych ministrów, donoszących na siebie nawzajem i na swą przełożoną. Podstawowym błędem, jaki popełnił Jarosław Kaczyński, było dopuszczenie do takiej sytuacji. Z wnętrza partyjnego powozu powinien był wyjść mocny sygnał, że takie zachowania nie będą tolerowane, premier Szydło cieszy się bezwzględnym poparciem i prędzej w odstawkę pójdą znarowione konie, niż woźnica. Brak takiego sygnału rozzuchwalił poszczególne frakcje, a później już wydarzenia nabrały własnej dynamiki. Wymiana na stanowisku premiera wygląda w tym kontekście na rozpaczliwe gaszenie pożaru w domu wariatów, którego pensjonariusze na dodatek wciąż dolewają do płomieni benzyny. Najwyraźniej osławione „zarządzanie przez konflikt” wymknęło się spod kontroli.

Efektem jest nieodwracalna utrata wizerunku PiS i całej „zjednoczonej prawicy” jako zdyscyplinowanego monolitu i zwartej drużyny pracującej nad naprawą Polski. Jest to, dodajmy, kolejny komunikat tego typu po prezydenckich wetach i ciągnącej się w nieskończoność telenoweli kolejnych spotkań i uzgodnień. Wyborcy otrzymali wiadomość, że rządzący nie różnią się od innych partii w bezwzględnych wojenkach o władzę i wpływy – i nie łudźmy się, obozowi „dobrej zmiany” przyjdzie jeszcze za to słono zapłacić, bo takie rzeczy odkładają się w społecznej świadomości i nawet „500+” (którego twarzą w powszechnym odbiorze była zresztą zdymisjonowana Beata Szydło) tu nie pomoże.

Na tym tle, jeszcze słabiej wygląda oficjalne uzasadnienie sformułowane w partyjnym stanowisku: „Ostatnie miesiące bieżącego roku przyniosły liczne istotne przeobrażenia w sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej. Ewolucji uległy także wpisane w wielki projekt dobrej zmiany zadania stojące przed Zjednoczoną Prawicą. Powyższe czynniki spowodowały konieczność skorygowania składu rządu, w tym również jego kierownictwa”. Przepraszam, ale to jest jakiś bełkot. Czym niby sytuacja „wewnętrzna i międzynarodowa” różni się od tej sprzed np. roku – poza tym, że „totalna opozycja” skompromitowała się przez ten czas jeszcze bardziej, a Bruksela po staremu urządza antypolskie sabaty? No i jakież to modyfikacje zaszły w priorytetach „dobrej zmiany”, że wymaga to aż wymiany premiera?


III. Gen samozniszczenia

Wszystko to jest, patrząc racjonalnie, a nie przez pryzmat partyjnych bójek, totalnie niezrozumiałe. W domysłach gubią się nawet wytrawni komentatorzy – a co dopiero mówić o przeciętnym wyborcy, nie żyjącym na co dzień polityką? Jedno jest pewne – dawno już (a może wręcz po raz pierwszy) PiS nie zlekceważyło w tak ostentacyjny sposób własnego elektoratu. Upojeni szybującymi sondażami i zdemoralizowani degrengoladą opozycji partyjni aparatczycy uwierzyli, że nie mają z kim przegrać i postanowili pójść na całość, co przełożyło się na festiwal publicznej dyskredytacji premier własnego rządu. Efektem ubocznym był paraliż władzy, bo żaden z ministrów (z szefową na czele) nie był pewny dnia ani godziny – w takich warunkach niemożliwe jest wdrażanie jakichkolwiek zmian i projektów, a państwowa maszyna działa jedynie siłą rozpędu, coraz bardziej się przy tym krztusząc i zacinając. Co gorsza, nominacja Morawieckiego wcale nie kończy chaosu, jako że zapowiedział, iż wymiana konkretnych ministrów nastąpi dopiero w styczniu. Czekają więc nas kolejne tygodnie domysłów i medialnych „wrzutek” typu „Zdzisio za Rysia” – tyle, że z nowym premierem na czele. Trudno tu nie odwoływać się do przypisywanego PiS słynnego „genu samozniszczenia”.

Podkreślmy to – Beata Szydło była w oczach wyborców niemal „matką narodu”: spokojną, zrównoważoną, ale kiedy trzeba zdecydowaną, nade wszystko zaś – lojalną. Wyborcy zrozumieliby każdą roszadę na ministerialnych stanowiskach, ale tego jednego nie zrozumieją. Swoją drogą, podziwiam jej psychiczną odporność na ataki – zarówno ze strony „totalnej opozycji” i związanych z nią mediów, jak i ze strony własnego obozu politycznego. Już dziś można powiedzieć, że egzamin z lojalności zdała celująco – jakaż to różnica w porównaniu chociażby z Dornem, Kamińskim i resztą niesławnej pamięci „PJoN-ków”, a nawet z Ziobrą i Kurskim – o Marcinkiewiczu już nie wspominając.

Teraz pani premier została ewidentnie przesunięta do „rezerwy kadrowej” - być może z myślą o wyborach samorządowych 2018 r. i wyścigu o fotel prezydenta Warszawy. Jeżeli tak, to nie jestem najlepszej myśli, choćby ze względu na obsesyjnie antypisowską specyfikę warszawskiego „lemingradu” z jego pogardą wobec „pięćsetplusów” firmowanych przez Beatę Szydło. Sytuację dodatkowo komplikuje groteskowa propozycja, by Beata Szydło została „wicepremierem do spraw społecznych”, co wygląda na czysto dekoracyjne, by nie rzec – operetkowe stanowisko, tym bardziej, że to Morawiecki będzie trzymał rękę na kasie i zapewne zadba, by była zwierzchniczka mu za bardzo nie wyrosła. Skutek będzie taki, że Beata Szydło, przeczołgana i pozbawiona atutu sprawczości, może do wyborów zużyć się politycznie.

Pisałem niedawno, że Beata Szydło była idealnym kandydatem w wyborach prezydenckich 2020 r. w miejsce niepewnego Andrzeja Dudy. Tyle, że to wymagało, aby dotrwała jako popularna premier do końca parlamentarnej kadencji – i dopiero wtedy mógłby ją ewentualnie zastąpić technokrata Morawiecki. „Dobra zmiana” mogła mieć sprawdzoną i wierną panią prezydent, a tak może mieć guzik z pętelką, bo rząd Morawieckiego i jego społeczny odbiór jest co najmniej wielką niewiadomą – co stawia pod znakiem zapytania nie tylko upragnioną większość konstytucyjną, ale również samodzielne rządy po 2019 roku.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (15-21.12.2017)

czwartek, 7 września 2017

Trudna młodzież

Młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.


I. Gorąca jesień

Szanowni Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy, to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”. Można się spodziewać, że protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś – dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać, a to bardzo podnosi morale.

W tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”, na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na tych łamach w takich tekstach jak „Nowa generacja” czy „Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”. Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich w objęcia „totalnej opozycji” od której – przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo, „pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i jednoczenia się szeregów wroga.


II. Młodzi – języczek u wagi

Dlatego też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci – bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej. Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy – jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp” obyczajowy i socjalizm). Póki co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy się ustrzec.

Oczywiście, ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi. Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy, że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”. Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o autorytarne zapędy - natomiast chodzi o to, by się nie zradykalizowali. A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im, że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe), zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli, lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego mainstreamu, lecz niejako „obok”. Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.

Tyle, że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji), co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015 rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt „społecznej organizacji, która w profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing” na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.


III. Wygrać z astroturfingiem

Na szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji. Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze – perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała. Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony, by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.

Dzięki Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać, tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem – na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP - bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.

Niestety, PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”. I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty, którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu pereł przed wieprze. Kończąc, przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa generacja

Ludowa rewolucja kontra rokosz elit

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)

czwartek, 5 maja 2016

Pierwszy efekt „500+”?

Mam nadzieję, że presja na podwyżki płac będzie narastała wraz z rozruchem programu „500+”. I to naprawdę będzie „dobra zmiana”.

No proszę... Jeszcze program „500+” na dobre nie ruszył, a już widzimy pierwsze efekty. Oto dwie wielkie sieci dyskontów - „Biedronka” i „Lidl” - postanowiły podnieść pensje pracownikom. Z jednej strony jest to element szerszej kampanii wizerunkowej, tak by sieci przestały się kojarzyć z obozami pracy eksploatującymi tanią siłę roboczą, z drugiej jednak półgębkiem przyznają, że obawiają się o utrzymanie poziomu zatrudnienia. Po prostu dziewczynom, które załapią się na rządowy program może zwyczajnie się opłacać rezygnacja z ciężkiej orki za grosze i pozostanie w domu, by poświęcić się wychowywaniu dzieci – z ewentualnym uzupełnieniem dochodów jakąś pracą dorywczą, lub na pół etatu. Co więcej, zważywszy na mizerię zarobków istnieje spore prawdopodobieństwo, iż część z nich uzyska 500 zł również na pierwsze dziecko (dochód na osobę w rodzinie nie może tu przekraczać 800 zł, w przypadku dziecka niepełnosprawnego – 1200 zł). Skala podwyżek może nie powala, niemniej w porównaniu z tym co było, jest to znaczący krok naprzód. W „Biedronce” nowo przyjęty kasjer (w praktyce najczęściej kasjerka) będzie zarabiał 2250 zł brutto, natomiast pracownik z minimum trzyletnim stażem – 2450 zł brutto (dotąd – 2200 zł). Minusem jest to, że sieć „zapomniała” o pracownikach z pięcio- i dziesięcioletnim stażem, podobnie jest w przypadku kierowników sklepów – ci podwyżek również nie otrzymają. W „Lidlu” z kolei szeregowy pracownik o stażu do dwóch lat otrzyma od 2400 zł brutto (wcześniej – 2200 zł brutto) do 2800 zł (w zależności od miejsca pracy, w dużych miastach zarobki są wyższe), po dwóch latach zaś gwarantowany wzrost wynagrodzenia będzie się mieścił w rozpiętości 2850-3250 zł.

Powtarzam, może to nie oszałamia, ale cieszy świadomość, że program 500+ stał się pozytywnym impulsem. Każdy, komu zdarzyło się robić zakupy w jakimkolwiek dyskoncie wie, choćby z obserwacji, iż jest to ciężka, fizyczna harówka. Targanie ciężkich palet (pół biedy, jeśli „na sklepie” są wózki elektryczne, ale często są to zwykłe, ręczne paleciaki), rozładowywanie towaru (skłon - wyprost, skłon – wyprost i tak w koło Macieju, a za każdym razem np. ze zgrzewką mąki lub cukru w rękach). Wszystko na tempo, bo już rozlega się dzwonek sygnalizujący, że przy jedynej czynnej kasie ustawiła się za długa kolejka i trzeba biec, by rozładować tłum zniecierpliwionych klientów, zazwyczaj nie raczących wykazać się elementarnym poziomem empatii. Swoją drogą, jak to jest, że zakupy w sklepach wielkopowierzchniowych przemieniają normalnych ludzi w stado złorzeczących psychopatów, z zanikiem tzw. „uczuć wyższych”? Ot, zagadka dla psychologa – w osiedlowym warzywniaku u pani Jadzi jakoś podobnych zachowań się nie uświadczy... Ach, no i każdego klienta należy pożegnać obowiązkowym „dziękuję i zapraszam ponownie”. Ile razy w ciągu dnia te dziewczyny muszą to powiedzieć? Od samego klepania takiej formułki można zwariować. Byłem kiedyś świadkiem, jak jedna z kasjerek mówiła koleżance, że zdarza się jej tym tekstem kończyć np. rozmowę telefoniczną, albo pożegnać się ze znajomymi. Kupa śmiechu...

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt podwyżek. Otóż do niedawna każdorazowo, gdy na porządku dziennym stawała kwestia podniesienia wynagrodzeń, płacy minimalnej, uregulowania stawek godzinowych wedle jakichś cywilizowanych standardów, bądź wprowadzenia kolejnych dni wolnych od handlu, słyszeliśmy kasandryczne tony – chociażby ze strony Polskiej Organizacja Handlu i Dystrybucji lub organizacji pracodawców - że zaowocuje to zwolnieniami, wzrostem bezrobocia, katastrofą na rynku pracy itd. Wszystko podszyte internetową szeptanką - szantażem, że za większe pensje pazernych kasjerek zapłacą klienci, bo serek zdrożeje o pięć groszy. Okazuje się, że jednak nie, że można podnieść pensje („Biedronka” na podwyżki przeznaczy 80 mln zł) i świat się od tego nie zawali. Zresztą, na zdrowy rozum – kogo sklepy mają zwalniać? Już teraz funkcjonują na minimalnym obłożeniu „siłą roboczą”, część sieci na potęgę wykorzystuje pracowniczy outsourcing, zatrudniając ludzi przez agencje pracy – a teraz dostały drgawek, że nie znajdą chętnych do tyrania.

Osobną kwestią jest biadolenie, że „500+” spowoduje odpływ kobiet z rynku pracy i „dezaktywizację zawodową” - zupełnie jakby szczytem marzeń o samorealizacji była dla kobiety perspektywa wyczynowego lawirowania paleciakiem w wąskich sklepowych alejkach, między klientami. Owszem, jest groźba niskich emerytur, ale dotyczy ona przytłaczającej większości Polaków funkcjonujących w obecnym systemie, a nie wyłącznie kobiet, które otrzymają pięćset złotych. To efekt narastających latami patologii – umów śmieciowych, samozatrudnienia, pracy „na godziny” za głodowe stawki, niskiego udziału wynagrodzeń w PKB – jeśli nic się nie zmieni, za 30 lat czeka nas fala nędzy. Zresztą, mam nadzieję, że presja na podwyżki płac będzie narastała wraz z rozruchem programu „500+”, przenosząc się na kolejne branże. I to naprawdę będzie „dobra zmiana”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3702-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 15 (08-14.04.2016)

środa, 27 kwietnia 2016

„Dobra zmiana” do poprawki

Władza musi czuć na plecach oddech wyborców, inaczej ugrzęźnie w marazmie, ze szkodą dla nas wszystkich i dla Polski.

I. Prawicowa autocenzura

Kierowane przez Jerzego Targalskiego stowarzyszenie „Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy” (dalej - „RKW-RKW”) wydało niedawno ważne „Oświadczenie w sprawie »Dobrej Zmiany«”. Oświadczenie ukazało się... i nic. Poza dość ożywioną dyskusją na „Naszych Blogach”, odpowiedzią była głucha cisza. Sprawa nie zainteresowała wiodących prawicowych mediów i czołowych publicystów „obozu patriotyczno-niepodległościowego”, którzy wolą skoncentrować się na komentowaniu co też pani Iks powiedziała panu Igrek w telewizji i co pan Igrek na to. Zatem skoro poruszone w „Oświadczeniu” problemy ich nie obchodzą, to ja postaram się do nich odnieść i nagłośnić w miarę swych skromnych możliwości.

Z redaktorem Targalskim zdarzało mi się polemizować, nawet dość ostro, przede wszystkim w kwestii ukraińskiej, jednak co do jednego jak sądzę, panuje między nami zgoda: patrzeć na ręce należy każdej władzy – niezależnie od tego, czy jest ona „nasza”, czy „nie nasza”. I taka intencja przyświecała powołaniu „RKW-RKW”, powstałemu na bazie części niesformalizowanego „pospolitego ruszenia” wolontariuszy monitorujących przebieg ostatnich wyborów. Założenie powyższe stało się zresztą jedną z przyczyn środowiskowego podziału, część liderów bowiem uznała, że misja Ruchu Kontroli Wyborów wyczerpała się na dopilnowaniu procesu wyborczego, teraz natomiast, po zwycięstwie „naszych” należy „nie przeszkadzać”, co w praktyce przekłada się na autocenzurę i powstrzymywanie się od krytyki, nawet jeśli są do takowej realne powody. Działa tu prosty mechanizm – skoro w „nasz” rząd walą na odlew i z reguły kłamliwie media obozu III RP, różnej maści lewactwo, KOD, Komisja Wenecka, partie opozycyjne i Bruksela, to przynajmniej my nie dołączajmy do tego „chóru wujów”. Jest to szantaż emocjonalny w czystej postaci, skonstruowany na zasadzie: skoro krytykujesz, to stajesz w jednym szeregu z Kijowskim, TVN-em, „Wyborczą” i generalnie – szkodzisz sprawie i „dobrej zmianie”. Taka postawa jest z gruntu szkodliwa, bowiem władza zawsze ma tendencje do popadania w samozadowolenie, a stojący za nią aparat partyjny, zwłaszcza wyposzczony po latach opozycji, ma skłonności do przedkładania własnego, partykularnego interesu ponad dobro publiczne. Konsekwencją jest odrealnienie i utrata więzi z wyborcami – skoro krytykują nas wyłącznie „tamci”, to znaczy, że byczo jest, róbmy dalej swoje, naród z nami, a kto się wyłamuje, ten szkodnik, renegat i zdrajca.

II. Lista zaniechań

Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy. „Oświadczenie w sprawie »Dobrej Zmiany«” punktuje szereg zaniechań PiS-u w wielu obszarach, które jeszcze do niedawna Prawo i Sprawiedliwość niosło na sztandarach, a które jakoś tak niepostrzeżenie zniknęły z agendy. Spójrzmy (zaznaczam, że w niektórych punktach dopisuję również własne zastrzeżenia).

1) Pozostawienie w szeregu instytucji państwowych złogów starego systemu, nominacje dla osób niekompetentnych, lub wręcz związanych z obozem beneficjentów III RP. Tu szczególnie bulwersujące są ruchy kadrowe w MSZ – np. Piotr Puchta, były funkcjonariusz wojskowych służb specjalnych PRL, klasyczne „resortowe dziecko” (syn Janusza Puchty, byłego wiceszefa WSI) został dyrektorem Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu. Placówki dyplomatyczne jawnie wspierają aktywność KOD-u przy kompletnej bierności ministerstwa, na stanowiskach pozostają nominaci Radka Sikorskiego (choćby Ryszard Schnepf) – długo by wymieniać. Polecam w tej materii chociażby obszerny tekst Krzysztofa Balińskiego z niedawnej „Warszawskiej Gazety” - włos się jeży.

2) Nie uchylono „ustawy 1066” - mimo że, nadmienię na marginesie, PiS w poprzedniej kadencji głosowało przeciw.

3) Nie zwrócono się do NATO o pomoc w wyjaśnieniu Smoleńska.

4) Nie ujawniono, mimo zapowiedzi, zbioru zastrzeżonego IPN ani Aneksu do raportu ws. rozwiązania WSI. Jeżeli Aneks „zniknął” - należało wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. Nie ujawniono agentury komunistycznej wśród Polonii.

5) Nie pociągnięto do odpowiedzialności winnych represji politycznych wobec różnych środowisk z czasów rządów PO-PSL. Wymienić można tu chociażby strzelanie do górników, szykany wobec kibiców, prowokacje na Marszach Niepodległości, bezprawne zatrzymania, areszty, „rozgrzane sądy” itd.

6) Zamieciono pod dywan sprawę sfałszowanych wyborów samorządowych 2014 roku – tym samym milcząco zalegalizowano fałszerstwa. W efekcie, potężną część władzy sprawują w Polsce układy wyłonione w wyniku wyborczego oszustwa, co może skutkować cichym sabotażem poczynań rządu (choćby programu 500+). Od siebie dodam, że przez struktury samorządowe (np. sejmiki wojewódzkie) przepływa znaczący strumień unijnych funduszy. Co z zapowiadanym powtórnym przeliczeniem głosów i kontrolą protokołów wyborczych na poszczególnych szczeblach?

7) Jeśli chodzi o Państwową Komisję Wyborczą pozostawiono stan dotychczasowy – zarówno jeśli chodzi o skład personalny, jak i podstawy prawne jej funkcjonowania. Jak bardzo są one wadliwe, świadczy podany wyżej przykład wyborów samorządowych.

8) Przygotowana ustawa o obrocie ziemią nadaje zbyt daleko idące kompetencje Agencji Nieruchomości Rolnych – organowi skorumpowanemu i skompromitowanemu, co wykazały np. kontrole NIK.

9) Zarówno Prezydent jak i rząd milczą w sprawie referendum zakazującego sprzedaży ziemi i lasów w ręce cudzoziemców. Pod wnioskiem o referendum zebrano 2,6 mln podpisów. W „Oświadczeniu” podkreślono, że decyzja w sprawie sprzedaży ziemi i lasów nie powinna leżeć w gestii ministra (władza zawsze może się zmienić), lecz kwestia ta winna zostać zabezpieczona konstytucyjnie.

10) Pozostawiono w dotychczasowym kształcie spółki węglowe – siedlisko rozlicznych patologii, jakimi obrosło polskie górnictwo. Mafia węglowa pozostaje nietykalna.

11) Poparto kandydaturę Marka Belki na szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Belka został zarejestrowany jako KO „Belch”, jawnie sprzyja obecnej antypaństwowej opozycji (a jak wiemy z „taśm prawdy” nie wykluczał uruchomienia środków NBP, by zapewnić zwycięstwo wyborcze Platformie). Można zakładać, że na stanowisku EBOiR będzie się kierował wszystkim, tylko nie polską racją stanu. Dodam, że dzieje się to w sytuacji, gdy PO utrąciła w Parlamencie Europejskim kandydaturę Janusza Wojciechowskiego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego.

12) Część lokalnych działaczy PiS zblatowana jest z miejscowymi układami. Skutkuje to blokowaniem jakichkolwiek zmian w istniejącym status quo.

13) Zmiany w mediach publicznych mają charakter pozorowany. Wymieniono „twarze” na wizji i ogólną narrację bez zmian strukturalnych. Dodatkowo, „na stanowiska prezesów i dyrektorów zostały często powołane osoby niekompetentne i skompromitowane w środowisku nie tylko dziennikarskim”.

III. Furia partyjnych kiboli

Uff... Teraz jeszcze kilka słów o reakcjach – wielce symptomatycznych. Pod „Oświadczeniem” na „Naszych Blogach” zaktywizowało się, jak zwykle w takich razach, stado rozemocjonowanych kretynów, zarzucających Jerzemu Targalskiemu szkodnictwo, awanturnictwo, a nawet kierowanie się jakimiś mętnymi ambicyjkami. To jest właśnie ten rodzaj partyjnego kibolstwa, które nieodmiennie mnie drażni – milczeć i „ruki po szwam”, a kto się wychyla – ten sabotażysta i dywersant. Widzę tu objawy mentalnego zniewolenia i zacietrzewienia, jakie obserwujemy na marszach KOD-u – tylko o przeciwstawnym wektorze sympatii politycznych. Kodowcy wygwizdali przedstawicieli „Zielonych”, usiłujących przeprowadzić choćby szczątkowe rozliczenie społecznych kosztów transformacji ustrojowej, zaś „nasi” kibole usiłują zakrzyczeć Targalskiego, bo wyrwał się nie w porę. Otóż nigdy nie będzie „dobrej pory” - zawsze będzie jakiś KOD, Platforma, Nowoczesna, zewnętrzne naciski itd. Podobnie było, gdy PiS znajdowało się w opozycji – dość przypomnieć analogiczne reakcje na słynny list prof. Andrzeja Nowaka. Podniosły się również głosy, że PiS rządzi zaledwie od pół roku – racja, ale jeśli nie będziemy konsekwentnie naciskać już teraz, to z tego pół roku zrobi się niepostrzeżenie rok, dwa lata... aż nastaną kolejne wybory, które mogą się skończyć niemiłą niespodzianką. Pierwsze oznaki demobilizacji już widać – odwołanie „marszu miliona” jest sygnałem co najmniej niepokojącym. Władza musi czuć na plecach oddech wyborców, inaczej ugrzęźnie w marazmie, ze szkodą dla nas wszystkich i dla Polski. Jeśli PiS zatrzyma się w pół kroku, uwikła w jakieś taktyczne układanki ze starym systemem, to prędzej czy później „dobra zmiana” zostanie pokonana przez opór materii.

Oświadczenie RKW-RKW kończy się słowami: „Pragniemy zwrócić uwagę, że obywatele wiele oczekują od obecnych władz. Jeśli zostaną zawiedzeni, odwrócą się od PIS. Będzie to sytuacja bardzo niebezpieczna dla Polski, bo podobnej politycznej alternatywy w obecnej sytuacji na razie nie widać, a powrót do władzy poprzedniej ekipy oznaczałby zwycięstwo Targowicy ze wszystkimi tego analogiami i konsekwencjami”. Nic dodać, nic ująć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3702-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (06-12.04.2016)