Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa 1066. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa 1066. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2016

„Dobra zmiana” do poprawki

Władza musi czuć na plecach oddech wyborców, inaczej ugrzęźnie w marazmie, ze szkodą dla nas wszystkich i dla Polski.

I. Prawicowa autocenzura

Kierowane przez Jerzego Targalskiego stowarzyszenie „Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy” (dalej - „RKW-RKW”) wydało niedawno ważne „Oświadczenie w sprawie »Dobrej Zmiany«”. Oświadczenie ukazało się... i nic. Poza dość ożywioną dyskusją na „Naszych Blogach”, odpowiedzią była głucha cisza. Sprawa nie zainteresowała wiodących prawicowych mediów i czołowych publicystów „obozu patriotyczno-niepodległościowego”, którzy wolą skoncentrować się na komentowaniu co też pani Iks powiedziała panu Igrek w telewizji i co pan Igrek na to. Zatem skoro poruszone w „Oświadczeniu” problemy ich nie obchodzą, to ja postaram się do nich odnieść i nagłośnić w miarę swych skromnych możliwości.

Z redaktorem Targalskim zdarzało mi się polemizować, nawet dość ostro, przede wszystkim w kwestii ukraińskiej, jednak co do jednego jak sądzę, panuje między nami zgoda: patrzeć na ręce należy każdej władzy – niezależnie od tego, czy jest ona „nasza”, czy „nie nasza”. I taka intencja przyświecała powołaniu „RKW-RKW”, powstałemu na bazie części niesformalizowanego „pospolitego ruszenia” wolontariuszy monitorujących przebieg ostatnich wyborów. Założenie powyższe stało się zresztą jedną z przyczyn środowiskowego podziału, część liderów bowiem uznała, że misja Ruchu Kontroli Wyborów wyczerpała się na dopilnowaniu procesu wyborczego, teraz natomiast, po zwycięstwie „naszych” należy „nie przeszkadzać”, co w praktyce przekłada się na autocenzurę i powstrzymywanie się od krytyki, nawet jeśli są do takowej realne powody. Działa tu prosty mechanizm – skoro w „nasz” rząd walą na odlew i z reguły kłamliwie media obozu III RP, różnej maści lewactwo, KOD, Komisja Wenecka, partie opozycyjne i Bruksela, to przynajmniej my nie dołączajmy do tego „chóru wujów”. Jest to szantaż emocjonalny w czystej postaci, skonstruowany na zasadzie: skoro krytykujesz, to stajesz w jednym szeregu z Kijowskim, TVN-em, „Wyborczą” i generalnie – szkodzisz sprawie i „dobrej zmianie”. Taka postawa jest z gruntu szkodliwa, bowiem władza zawsze ma tendencje do popadania w samozadowolenie, a stojący za nią aparat partyjny, zwłaszcza wyposzczony po latach opozycji, ma skłonności do przedkładania własnego, partykularnego interesu ponad dobro publiczne. Konsekwencją jest odrealnienie i utrata więzi z wyborcami – skoro krytykują nas wyłącznie „tamci”, to znaczy, że byczo jest, róbmy dalej swoje, naród z nami, a kto się wyłamuje, ten szkodnik, renegat i zdrajca.

II. Lista zaniechań

Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy. „Oświadczenie w sprawie »Dobrej Zmiany«” punktuje szereg zaniechań PiS-u w wielu obszarach, które jeszcze do niedawna Prawo i Sprawiedliwość niosło na sztandarach, a które jakoś tak niepostrzeżenie zniknęły z agendy. Spójrzmy (zaznaczam, że w niektórych punktach dopisuję również własne zastrzeżenia).

1) Pozostawienie w szeregu instytucji państwowych złogów starego systemu, nominacje dla osób niekompetentnych, lub wręcz związanych z obozem beneficjentów III RP. Tu szczególnie bulwersujące są ruchy kadrowe w MSZ – np. Piotr Puchta, były funkcjonariusz wojskowych służb specjalnych PRL, klasyczne „resortowe dziecko” (syn Janusza Puchty, byłego wiceszefa WSI) został dyrektorem Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu. Placówki dyplomatyczne jawnie wspierają aktywność KOD-u przy kompletnej bierności ministerstwa, na stanowiskach pozostają nominaci Radka Sikorskiego (choćby Ryszard Schnepf) – długo by wymieniać. Polecam w tej materii chociażby obszerny tekst Krzysztofa Balińskiego z niedawnej „Warszawskiej Gazety” - włos się jeży.

2) Nie uchylono „ustawy 1066” - mimo że, nadmienię na marginesie, PiS w poprzedniej kadencji głosowało przeciw.

3) Nie zwrócono się do NATO o pomoc w wyjaśnieniu Smoleńska.

4) Nie ujawniono, mimo zapowiedzi, zbioru zastrzeżonego IPN ani Aneksu do raportu ws. rozwiązania WSI. Jeżeli Aneks „zniknął” - należało wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. Nie ujawniono agentury komunistycznej wśród Polonii.

5) Nie pociągnięto do odpowiedzialności winnych represji politycznych wobec różnych środowisk z czasów rządów PO-PSL. Wymienić można tu chociażby strzelanie do górników, szykany wobec kibiców, prowokacje na Marszach Niepodległości, bezprawne zatrzymania, areszty, „rozgrzane sądy” itd.

6) Zamieciono pod dywan sprawę sfałszowanych wyborów samorządowych 2014 roku – tym samym milcząco zalegalizowano fałszerstwa. W efekcie, potężną część władzy sprawują w Polsce układy wyłonione w wyniku wyborczego oszustwa, co może skutkować cichym sabotażem poczynań rządu (choćby programu 500+). Od siebie dodam, że przez struktury samorządowe (np. sejmiki wojewódzkie) przepływa znaczący strumień unijnych funduszy. Co z zapowiadanym powtórnym przeliczeniem głosów i kontrolą protokołów wyborczych na poszczególnych szczeblach?

7) Jeśli chodzi o Państwową Komisję Wyborczą pozostawiono stan dotychczasowy – zarówno jeśli chodzi o skład personalny, jak i podstawy prawne jej funkcjonowania. Jak bardzo są one wadliwe, świadczy podany wyżej przykład wyborów samorządowych.

8) Przygotowana ustawa o obrocie ziemią nadaje zbyt daleko idące kompetencje Agencji Nieruchomości Rolnych – organowi skorumpowanemu i skompromitowanemu, co wykazały np. kontrole NIK.

9) Zarówno Prezydent jak i rząd milczą w sprawie referendum zakazującego sprzedaży ziemi i lasów w ręce cudzoziemców. Pod wnioskiem o referendum zebrano 2,6 mln podpisów. W „Oświadczeniu” podkreślono, że decyzja w sprawie sprzedaży ziemi i lasów nie powinna leżeć w gestii ministra (władza zawsze może się zmienić), lecz kwestia ta winna zostać zabezpieczona konstytucyjnie.

10) Pozostawiono w dotychczasowym kształcie spółki węglowe – siedlisko rozlicznych patologii, jakimi obrosło polskie górnictwo. Mafia węglowa pozostaje nietykalna.

11) Poparto kandydaturę Marka Belki na szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Belka został zarejestrowany jako KO „Belch”, jawnie sprzyja obecnej antypaństwowej opozycji (a jak wiemy z „taśm prawdy” nie wykluczał uruchomienia środków NBP, by zapewnić zwycięstwo wyborcze Platformie). Można zakładać, że na stanowisku EBOiR będzie się kierował wszystkim, tylko nie polską racją stanu. Dodam, że dzieje się to w sytuacji, gdy PO utrąciła w Parlamencie Europejskim kandydaturę Janusza Wojciechowskiego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego.

12) Część lokalnych działaczy PiS zblatowana jest z miejscowymi układami. Skutkuje to blokowaniem jakichkolwiek zmian w istniejącym status quo.

13) Zmiany w mediach publicznych mają charakter pozorowany. Wymieniono „twarze” na wizji i ogólną narrację bez zmian strukturalnych. Dodatkowo, „na stanowiska prezesów i dyrektorów zostały często powołane osoby niekompetentne i skompromitowane w środowisku nie tylko dziennikarskim”.

III. Furia partyjnych kiboli

Uff... Teraz jeszcze kilka słów o reakcjach – wielce symptomatycznych. Pod „Oświadczeniem” na „Naszych Blogach” zaktywizowało się, jak zwykle w takich razach, stado rozemocjonowanych kretynów, zarzucających Jerzemu Targalskiemu szkodnictwo, awanturnictwo, a nawet kierowanie się jakimiś mętnymi ambicyjkami. To jest właśnie ten rodzaj partyjnego kibolstwa, które nieodmiennie mnie drażni – milczeć i „ruki po szwam”, a kto się wychyla – ten sabotażysta i dywersant. Widzę tu objawy mentalnego zniewolenia i zacietrzewienia, jakie obserwujemy na marszach KOD-u – tylko o przeciwstawnym wektorze sympatii politycznych. Kodowcy wygwizdali przedstawicieli „Zielonych”, usiłujących przeprowadzić choćby szczątkowe rozliczenie społecznych kosztów transformacji ustrojowej, zaś „nasi” kibole usiłują zakrzyczeć Targalskiego, bo wyrwał się nie w porę. Otóż nigdy nie będzie „dobrej pory” - zawsze będzie jakiś KOD, Platforma, Nowoczesna, zewnętrzne naciski itd. Podobnie było, gdy PiS znajdowało się w opozycji – dość przypomnieć analogiczne reakcje na słynny list prof. Andrzeja Nowaka. Podniosły się również głosy, że PiS rządzi zaledwie od pół roku – racja, ale jeśli nie będziemy konsekwentnie naciskać już teraz, to z tego pół roku zrobi się niepostrzeżenie rok, dwa lata... aż nastaną kolejne wybory, które mogą się skończyć niemiłą niespodzianką. Pierwsze oznaki demobilizacji już widać – odwołanie „marszu miliona” jest sygnałem co najmniej niepokojącym. Władza musi czuć na plecach oddech wyborców, inaczej ugrzęźnie w marazmie, ze szkodą dla nas wszystkich i dla Polski. Jeśli PiS zatrzyma się w pół kroku, uwikła w jakieś taktyczne układanki ze starym systemem, to prędzej czy później „dobra zmiana” zostanie pokonana przez opór materii.

Oświadczenie RKW-RKW kończy się słowami: „Pragniemy zwrócić uwagę, że obywatele wiele oczekują od obecnych władz. Jeśli zostaną zawiedzeni, odwrócą się od PIS. Będzie to sytuacja bardzo niebezpieczna dla Polski, bo podobnej politycznej alternatywy w obecnej sytuacji na razie nie widać, a powrót do władzy poprzedniej ekipy oznaczałby zwycięstwo Targowicy ze wszystkimi tego analogiami i konsekwencjami”. Nic dodać, nic ująć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3702-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (06-12.04.2016)

poniedziałek, 8 lutego 2016

Co dalej z „ustawą o bratniej pomocy”?

Wniosek o uchylenie „ustawy 1066” złożył niedawno klub Kukiz'15. Nic nie stoi na przeszkodzie, by PiS ten wniosek poparł.

Przyznam się, że fakt, iż wciąż obowiązuje słynna „ustawa 1066” (zwana tak od numeru druku sejmowego), funkcjonująca również w potocznym obiegu jako „ustawa o bratniej pomocy” jest dla mnie co najmniej niezrozumiały. Przypomnijmy, iż akt prawny, którego oficjalna nazwa brzmi „Ustawa z dnia 7 lutego 2014 r. o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” został jednomyślnie oprotestowany przez ówczesną opozycję i sprzyjające jej media, jako że nadaje zbyt daleko idące uprawnienia funkcjonariuszom obcych służb mogącym potencjalnie operować na naszym terytorium. Warto przytoczyć tu wyniki głosowania sejmowego. Spośród 120 głosujących posłów PiS, 119 głosowało „przeciw” i tylko jeden „za”. Solidarna Polska – spośród 15 głosujących wszyscy byli przeciw. Ten jeden rodzynek z klubu PiS głosujący za ustawą, to poseł Piotr Pyzik – trudno orzec, czy wyłamał się świadomie, czy zwyczajnie się pomylił, w każdym razie nie zaszkodziło mu to w reelekcji. No a teraz, jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, wychodzi na to, że w PiS względem „ustawy 1066” obowiązuje „linia Pyzika”. Proszę, jaki wpływowy...

„Ustawę o udziale zagranicznych funkcjonariuszy...” Platforma przedstawiała jako wykonanie prawa unijnego. Owszem, jest „klauzula solidarności” sformułowana w Tytule VII „Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”, która zakłada udzielenie pomocy krajom członkowskim na wniosek ich władz politycznych w przypadku zagrożenia terroryzmem, klęski żywiołowej lub katastrofy spowodowanej przez człowieka. Tyle, że ustawa idzie znacznie dalej, co było zresztą stałą praktyką poprzedniej władzy – pod pozorem „wdrażania”, „dostosowywania”, tudzież „implementacji” reżim PO przemycał różne siuchty zasłaniając się uniwersalnym wytłumaczeniem „wymogów unijnych”. Tak jest i w przypadku „ustawy 1066”. Mówi ona bowiem np. w Art. 2 o „wspólnych operacjach” prowadzonych w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami (…) w celu ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz zapobiegania przestępczości”. Oznacza to w przełożeniu na normalny język wezwanie „bratniej pomocy” do tłumienia demonstracji. Ustawa powołuje się tu na decyzję Rady Unii Europejskiej 2008/617/WSiSW z dnia 23 czerwca 2008 r., tyle że we wspomnianej decyzji jako żywo nie ma o „zgromadzeniach” ani słowa. Jest jedynie ogólne sformułowanie o „sytuacji kryzysowej” (popełnienie przestępstwa stanowiącego poważne, bezpośrednie zagrożenie fizyczne dla osób, majątku, infrastruktury, instytucji państwowych) – przy czym, owa „sytuacja kryzysowa” ma zastosowanie „w szczególności” do terroryzmu.

Co więcej, Art. 9 „ustawy 1066” daje zagranicznym funkcjonariuszom prawo do „wwozu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i posiadania broni palnej, amunicji i środków przymusu bezpośredniego”, „użycia lub wykorzystania broni palnej w sposób i w trybie określonych w ustawie z dnia 24 maja 2013 r. o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej” a także szereg innych uprawnień zarezerwowanych przedtem dla polskich służb. Przy czym, w przywoływanej decyzji Rady jest mowa jedynie o działalności obcych „jednostek interwencyjnych” w zgodzie z prawem „zapraszającego” państwa członkowskiego. Nigdzie nie ma sformułowanego obowiązku zrównywania uprawnień służb obcych z krajowymi – a takie zrównanie de facto wprowadza „ustawa o bratniej pomocy”!

Przepraszam za ten nieco hermetyczny, prawniczy język, ale trudno omawiać tego typu zagadnienia bez odwołania się do właściwych aktów prawnych. Generalnie, rzecz w tym, że „ustawa 1066” dalece wykracza poza obowiązujące regulacje europejskie, które jakoby ma „implementować”. Stwarza za to idealną podkładkę do obcej interwencji – i to niekoniecznie na „wniosek” polskich władz, jako że unijne instytucje systematycznie poszerzają swe uprawnienia z pominięciem traktatów, metodą uzurpacji. Taką bezprawną uzurpacją jest chociażby słynna „kontrola praworządności” zainicjowana przez Komisję Europejską na podstawie napisanej samowolnie procedury – bowiem traktaty takowego prawa Komisji Europejskiej nie przyznają! W tym kontekście, a także biorąc pod uwagę formułowane wobec Polski pogróżki „użycia siły”, utrzymywanie ustawy wprost „zapraszającej” interwentów w nasze granice i zrównującej ich z polskimi służbami oznacza realne zagrożenie dla suwerenności – sami prosimy się o kłopoty.

Wniosek o uchylenie „ustawy 1066” złożył niedawno klub Kukiz'15. Nic nie stoi na przeszkodzie, by PiS ten wniosek poparł – bo chyba stanowisko Prawa i Sprawiedliwości przez ostatnie dwa lata się w tej sprawie nie zmieniło? Nie zmieniło się, prawda?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (29.01-04.02.2016)

czwartek, 4 lutego 2016

Inwigilacja – bez zmian

Rzecz nie w tym, by utrzymać obecną, absurdalną ilość sięgania po nasze dane, lecz by ją konsekwentnie zmniejszać do jakiegoś cywilizowanego poziomu.

„Głupota, czy sabotaż” - pomyślałem sobie po tym, jak PiS przeforsowało nowelizację ustawy o policji mającą w założeniu uregulować kwestie inwigilacji obywateli przez służby. Trzeba przypomnieć, że w lipcu 2014 Trybunał Konstytucyjny na wniosek RPO i Prokuratora Generalnego zakwestionował w swym orzeczeniu szereg przepisów dotyczących gromadzenia, przechowywania i niszczenia danych zbieranych przez różne organy – a uprawnionych do tego rodzaju czynności służb mamy łącznie 10. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania danych telekomunikacyjnych, stworzenia zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których takie dane mogłyby być zbierane, a także opracowania przejrzystej procedury ich niszczenia – do tej pory bowiem panowała w praktyce samowolka czyniąca z nas najbardziej inwigilowane społeczeństwo w Unii Europejskiej. TK dał na nowelizację przepisów 18 miesięcy – termin mija 6 lutego tego roku. Na marginesie, proszę sobie wyobrazić, że były czasy, gdy Trybunał zajmował się tym, czym powinien, zamiast wdawać się w polityczne awantury.

Za nowelizację zabrali się senatorowie Platformy, których projekt nie rozwiązywał żadnego z problemów i generalnie wyglądał na napisany przez zainteresowane służby. Skrytykowało go Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe, Sąd Najwyższy... a teraz PiS po pewnych tylko korektach „przejął” projekt PO z poprzedniej kadencji i wyraźnie działając pod presją czasu go uchwalił. Podstawowy zarzut, to możliwość niemal nieograniczonej inwigilacji poprzez pozyskiwanie od operatorów danych telekomunikacyjnych (w tym internetowych), takich jak dane abonenta, bilingi, ale też historia jego aktywności w internecie (czasy logowań, odwiedzane strony itp.) i to w oderwaniu od konkretnych postępowań – ustawa umożliwia bowiem tzw. śledzenie prewencyjne w celu wykrycia, bądź zapobiegania przestępstwu, czyli de facto bez ograniczeń. Na dodatek, kontrola takich działań będzie czysto iluzoryczna – polegać ma ona bowiem na składanych co pół roku do sądów okręgowych zbiorczych zestawieniach, które sąd może sobie analizować. Zważywszy, że w 2014 r. różne organy złożyły 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne, to od razu widać, że kontrola następcza stanie się fikcją.

Barierą ograniczającą skalę inwigilacji byłby obowiązek uprzedniego zwracania się do sądu (lub innego, specjalnie utworzonego do tego organu) o pozwolenie. PiS tłumaczyło, że taka procedura spowodowałaby paraliż sądów. Otóż nie, sądy wydawałyby po prostu mniej zezwoleń – i o to właśnie chodzi! Rzecz bowiem nie w tym, by utrzymać obecną, absurdalną ilość sięgania po nasze dane (która, nawiasem mówiąc, systematycznie z roku na rok rośnie), lecz by ją konsekwentnie zmniejszać do jakiegoś cywilizowanego poziomu. Narracji, że monitorowanie aktywności w sieci służyć ma zabezpieczeniu nas przed terroryzmem, zwyczajnie nie kupuję. Francuskie służby po masakrze w redakcji „Charlie Hebdo” dostały nadzwyczajne uprawnienia i nie były w stanie zapobiec niedawnym zamachom w Paryżu. Nasze nie zapobiegną tym bardziej, powiem więcej – właśnie owa gargantuiczna ilość pozyskanych danych zbieranych „na wszelki wypadek” sprawi, że utoną w informacyjnej magmie. I to nawet przy optymistycznym założeniu, że informacje gromadzone będą by zapobiegać przestępczości, a nie po to, by służby kolekcjonowały sobie różnego rodzaju haki i „kompromaty”.

Poza wszystkim – PiS dało do ręki opozycji wymarzony oręż. Nic tak bowiem nie działa na internautów jak próby ograniczania ich swobody w sieci, bądź państwowy monitoring. Przy skrajnie niekorzystnym scenariuszu, obecna władza może liczyć się z masowymi protestami w rodzaju tych przeciw ACTA, kiedy to rozpoczął się proces odwracanie się od Platformy i Donalda Tuska młodego pokolenia. A warto pamiętać, że gdyby nie wyborcy z przedziału wiekowego 18-29 lat, PiS o samodzielnej większości mogłoby tylko pomarzyć. Co najważniejsze, w tym przypadku ludzie ci będą mieli po prostu rację.

Na zakończenie – ponieważ rząd PiS podjął kroki (acz połowiczne) w celu ograniczenia państwowego sponsoringu prywatnych mediów, a także do finału zmierza kwestia rozwiązania problemu kredytów frankowych, zatem modyfikuję swoją listę postulatów, którą kończę od pewnego czasu swoje teksty. Wspomniane sprawy usuwam z katalogu, za to dodaję problem inwigilacji obywateli przez służby państwowe oraz ustawę „1066” zwaną „ustawą o bratniej pomocy”. Przypomnę, że przewiduje ona możliwość operowania na naszym terytorium służb obcych państw – i to z pełnymi uprawnieniami. Gdy ją uchwalano, PiS głosowało przeciw, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz wyrzucić ją do kosza, tym bardziej, że stosowny projekt złożyli już narodowcy z klubu Kukiz'15.

A zatem:

  • kiedy zostanie ograniczona możliwość inwigilacji obywateli przez organy państwa?

  • kiedy zostanie uchylona „ustawa 1066”?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3202-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polacy-na-pods%C5%82uchu

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (22-28.01.2016)

czwartek, 7 stycznia 2016

Bratnia pomoc coraz bliżej

Ustawę 1066” należy jak najszybciej uchylić, zanim ktoś zdąży zrobić z niej użytek.

Można było przewidzieć, że UE postara się spożytkować kryzys migracyjny do kolejnego ograniczenia suwerenności państw członkowskich i zamachu na te nieliczne prerogatywy, które jeszcze pozostają w ich gestii. Oto, jak doniosło na swych stronach radio RMF FM, z inicjatywy Francji wniesiony został do Komisji Europejskiej projekt powołania Europejskiej Straży Granicznej i Przybrzeżnej, która miałaby zastąpić obecnie działającą agencję ds. granic Frontex. Nowa służba dysponowałaby własnym budżetem, sprzętem, oraz – co najistotniejsze – oddziałami szybkiego reagowania. Zasadniczo owa „straż” miałaby zajmować się np. ratowaniem i poszukiwaniem osób znajdujących się w niebezpieczeństwie (czyli co – wyszukiwaniem „uchodźców”, którzy zabłądzili po drodze do europejskiego raju?), mogłaby również działać poza granicami Unii (ciekawe, na jakich zasadach – wkraczałaby, ot tak sobie, do Serbii czy Macedonii w poszukiwaniu zbłąkanych owieczek?). Jednak gwoździem programu są możliwości interwencyjne nowego organu. Oto w przypadku, gdyby Bruksela stwierdziła, że jakiś kraj „nie radzi sobie” z ochroną zewnętrznych granic UE, co zagraża funkcjonowaniu strefy Schengen, mogłaby (po uprzednich ostrzeżeniach i wezwaniach do usunięcia nieprawidłowości) wysłać oddziały ESGiP, by te przejęły kontrolę nad granicą. Działoby się tak nawet wówczas, gdyby dane państwo stwierdziło, że nie zachodzi potrzeba interwencji, lub wręcz przy jego sprzeciwie.

Rysuje się więc realne zastosowanie „doktryny Breżniewa” pod pozorem uszczelnienia granic. Jak łatwo zauważyć, jej ofiarami w pierwszym rzędzie mogą stać się państwa graniczne Unii – w tym również Polska, tym bardziej, że postulowana formacja miałaby również uprawnienia dotyczące zwalczania międzynarodowej przestępczości zorganizowanej i terroryzmu. Można sobie zatem spokojnie wyobrazić, że euro-straż z upoważnienia Brukseli wkracza do akcji po tym, jak na teren UE uda się przeniknąć jakimś mafiozom bądź terrorystom nie wychwyconym w porę przez miejscowe służby. Na ile dowolnie będzie można interpretować zapisy pokazuje dominująca w Brukseli opinia, iż z masami imigrantów „nie radzą” sobie... Węgry. Te same Węgry, które jako pierwsze postawiły na granicy płot, za co spotkały się ze zmasowaną krytyką i postulowały restrykcyjną politykę imigracyjną, robiąc jako bodaj jedyne państwo graniczne strefy Schengen to co należy. W tym samym czasie Niemcy i Austria w antyorbanowskim amoku zapraszały do siebie tabuny migrantów z którymi teraz nie wiadomo co począć. Dopiero niedawno władze Austrii zaczęły na gwałt stawiać płot na granicy ze Słowenią – ale nie, Austria i Niemcy radzą sobie znakomicie, podobnie jak Francja, której służby dopuściły niedawno do paryskiej masakry, choć teoretycznie miały ponoć zagnieżdżonych w Europie dżihadystów pod kontrolą...

Widać jak na dłoni, iż wszystko zmierza do zepchnięcia odpowiedzialności z głównych winowajców obecnej sytuacji i przerzucenia jej na europejskie peryferia. Opisywany tu projekt stanowi także bezpośrednie zagrożenie dla Polski. Po pierwsze, jesteśmy krajem granicznym. Po drugie, jeżeli sprawdzą się informacje o zmianie tras przerzutu migrantów, możemy stać się państwem frontowym – mówi się, że kolejne fale „uchodźców” zaczną napływać z kierunku ukraińskiego. Po trzecie wreszcie – mamy rząd, któremu Bruksela na polecenie Niemiec gotowa jest pod byle pretekstem dokopać na równi z Węgrami Orbana, choćby właśnie poprzez pozbawienie nas kontroli nad własnymi granicami i wysłanie tu zbrojnych formacji pod pozorem „bratniej pomocy”. No i nade wszystko – od lutego 2014 obowiązuje u nas ustawa o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, zwana potocznie „ustawą 1066”. Ten akt prawny legalizuje z góry wszelkie tego typu działania, przewidując m.in. używanie broni i środków przymusu bezpośredniego przez obcych funkcjonariuszy na terenie Polski, a także „wwozu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i posiadania broni palnej, amunicji oraz materiałów pirotechnicznych i środków przymusu bezpośredniego”. Tajemnicą poliszynela jest, iż ustawa została uchwalona na życzenie Niemiec i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu zawczasu przewidział możliwość wywierania za jej pomocą na nas różnych nacisków – pogróżki Schulza o użyciu siły nie biorą się znikąd. Dodatkowe niebezpieczeństwo stwarza ewentualność przyjęcia 7 tys. „uchodźców” - wyobraźmy sobie, że „podrzucono” by nam między nimi zamachowców. Byłby pretekst do „antyterrorystycznej interwencji”? Krótko mówiąc – „ustawę 1066” należy jak najszybciej uchylić, zanim ktoś zdąży zrobić z niej użytek.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (18-22.12.2015)

Pod-Grzybki 32

Niniejsze „Pod-Grzybki” piszę 13 grudnia i w związku z kolejną rocznicą wojny polsko-jaruzelskiej naszła mnie taka myśl: skoro, jak nam mówią, „zamach na Trybunał Konstytucyjny” to „nowy 13 grudnia”, to w takim razie Kaczyński jest nowym Jaruzelskim. A zatem przysługuje mu zaszczytny tytuł „człowieka honoru”, dożywotnia ochrona przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, po śmierci zaś – uroczysty pogrzeb z wojskową asystą na Powązkach.

*

Okazało się, że Petru opłaca swoich „obrońców demokracji” za manifestowanie na ulicach. Nic nowego – na Ukrainie funkcjonuje nawet taki przedsiębiorca, rozczarowany uczestnik „pomarańczowej rewolucji” (ach, któż jeszcze to pamięta?), który z idealisty przedzierzgnął się w cynika i prowadzi firmę wynajmującą ludzi na demonstracje. Obojętnie komu, byle kasa się zgadzała. Również w Niemczech działa agencja oferująca demonstrantów do wynajęcia: przeciw energii nuklearnej, wojnie, cięciom socjalnym – do wyboru, do koloru. Słowem, nie ma to jak słuszny gniew ludu za rozsądną cenę.

*

Ulicami Warszawy przeszedł spóźniony, halloweenowy Marsz Zombich III RP. Od tradycyjnych umarlaków różnią się tym, że zamiast mózgów spożywają ośmiorniczki – i chcą, by tak zostało. Co zaskakujące, do manifestowania udało im się nakłonić również nieco osób, które ośmiorniczki mogą spożywać co najwyżej ustami swych przedstawicieli. „Ukąszenie Michnika” najwyraźniej w ich przypadku okazało się nieodwracalne.

*

Folksdojcze z „Szechter Cajtung” idą na całość - Michał Kokot, Paweł Wroński i Roman Imielski zostali „blogerami” niemieckiego tygodnika „Die Zeit”, w którym będą relacjonować budowę „prawicowo-nacjonalistycznego państwa” w Polsce. W sumie tak zdrowiej – przynajmniej nie będą mogli z powrotem przedrukowywać swoich donosów jako „głosu niemieckiej opinii publicznej”.

*

Skoro „Pod-Grzybki”, to musi być i „Deutsche Welle”. Tym razem mam coś naprawdę mocnego. Tytuł: „Przysposobienie do seksu po niemiecku. Pluszowa edukacja seksualna”, następnie zaś: „Pluszowy penis zamiast podręcznika? Zobacz jak może wyglądać lekcja wychowania seksualnego. W Niemczech uczą się już tego nawet przedszkolaki”. A na dołączonym zdjęciu jakiś oblech prezentuje narządy płciowe w formie maskotek. Dalej czytamy: „W zestawie znajduje zarówno męskie jak i żeńskie narządy płciowe jak macica, penis, jadra, czy nawet cykl rozrodczy kobiety. Wykonane z pluszu nazywają się »Paomi« czyli part of me, co w tłumaczeniu oznacza »część mnie«”. I właśnie dlatego budujemy tutaj „prawicowo-nacjonalistyczne państwo”, właśnie dlatego.

*

Z ostatniej chwili. Ma powstać Europejska Straż Graniczna i Przybrzeżna – formacja m.in. z własnymi oddziałami szybkiego reagowania, które - jeśli kraje graniczne UE sobie „nie radzą” – mają przejmować kontrolę nad granicami nawet wbrew ich woli. A u nas już czeka w gotowości uchwalona zawczasu w proroczym natchnieniu „ustawa 1066”. Powiem tyle: NIKT nie robi takich rzeczy bez rozkazu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (16-22.12.2015)