Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służby specjalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służby specjalne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

Medialny „wunderwaffel”

Czy reporter TVN „przeniknął” do struktur „DiN” na chybił-trafił, w nadziei że coś znajdzie, czy przeciwnie – otrzymał od kogoś precyzyjne instrukcje, gdzie szukać?

I. Psycho-fani „Allo, allo”

A więc mamy kolejny medialny „shitstorm” wokół „polskiego nazizmu”. Powodem stała się groteskowa imprezka kilku kretynów z kuriozalnym torcikiem przyozdobionym „wunderwaffelkami” ułożonymi w kształt swastyki – plus urodzinowy toast „za Hitlera i naszą ojczyznę, ukochaną Polskę”. Wszystko wyglądało jak kolejny odcinek „Allo, allo” z udziałem czeredki domorosłych herr Flicków z Gestapo, brakowało tylko „Upadłej Madonny” z... wiadomo czym, pędzla van Klompa. Jak słusznie zauważył poseł Robert Winnicki, całość tej żenady nadaje się tyleż do prokuratury, co do psychiatry – skoro w pensjonatach bez klamek przechowuje się zastępy Napoleonów, to nic nie stoi na przeszkodzie, by ubogacić polską psychiatrię herr Flickami i generałami von Klinkerhoffenami. Tutaj warto nadmienić, że ów fan-klub miłośników brytyjskiego sitcomu zgrupowany wokół prezesa organizacji „Duma i Nowoczesność” stanowił swoistą konspirację o której wiedziała jedynie wąska grupa wtajemniczonych członków – w tym, jak wynika z materiału TVN, jakieś dziewczyny grające najwyraźniej na zmianę rolę Helgi – co dodatkowo pogłębia absurd sytuacji.

No, ale to wszystko nie przeszkodziło w rozpętaniu histerii na tle „neofaszyzmu”, który tradycyjnie podczepiono pod Ruch Narodowy – tym razem pod pretekstem, że członkiem „Dumy i Nowoczesności” jest asystent Roberta Winnickiego, Jacek Lanuszny. Lanuszny wprawdzie urodzin Hitlera nie świętował, nie przebierał się w mundurki i podobnie jak większość członków stowarzyszenia nie wiedział o „serialowych” fascynacjach prezesa „DiN” i grupki jego akolitów – ale skoro padł rozkaz, by tropić „nazistów”, to wytropiono – tym bardziej, że wyczerpało się medialne paliwo z „kukłą Żyda” i transparentami z Marszu Niepodległości.


II. Dlaczego teraz?

W tym miejscu pokuszę się o małe proroctwo – przypuszczalnie tego rodzaju medialnych „wunderwaffelków” drugiej świeżości jest więcej i będą systematycznie odpalane, bo najwyraźniej takie jest zapotrzebowanie – nie tylko krajowe. Mamy tu bowiem wspólnotę interesów – na rynku krajowym, po dobrze przyjętej (przynajmniej sondażowo) rekonstrukcji rządu i złagodzeniu wizerunku, „totalnej opozycji” zaczął się na serio palić grunt pod nogami i może jedynie liczyć, że PiS-owi uda się przykleić łatkę partii „tolerującej” i „wspierającej po cichu” faszystowską ekstremę, oraz kreującej „atmosferę” przyzwolenia i bezkarności dla „nacjonalizmu”. Zapewne w miarę zbliżania się wyborów samorządowych coraz częściej będziemy bombardowani newsami, że ktoś gdzieś kogoś pobił, opluł, wysmarował coś na murze, albo chociaż „nienawistnie patrzył”. Na podobnej zasadzie szarganie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej jest na rękę różnym ośrodkom zagranicznym – począwszy od Berlina i Brukseli, a skończywszy na amerykańskich środowiskach żydowskich przepychających właśnie słynną już „ustawę 447” dotyczącą wielomiliardowych roszczeń majątkowych. Prezentowanie naszego kraju jako miejsca w którym wzbiera „brunatna fala” ma na celu rozmiękczenie nas, byśmy za bardzo nie przeciwstawiali się różnym uroszczeniom – czy to w sprawie przyjmowania nachodźców, czy „restytucji mienia”, czy czegokolwiek, co tam akurat będą chcieli od nas wydębić.

Pokazani w materiale TVN psycho-fani „Allo, allo” swoją imprezkę urządzili w maju ub.r., z kolei festiwal „Orle Gniazdo”, którego fragmenty również znalazły się w „Sperwizjerze”, odbył się w lipcu – a zatem film przeleżał sobie na półce pół roku, zanim ktoś zadecydował o jego emisji. Dlaczego właśnie teraz? Prócz wspomnianego już wyczerpania się paliwa z poprzednich „skandali”, odcięciu tlenu opozycji po rekonstrukcji rządu czy „ustawy 447”, warto zwrócić uwagę na wizytę amerykańskiego sekretarza stanu Rexa Tillersona, a także niedawne rozmowy ministra Jacka Czaputowicza w Berlinie.


III. „Totalni” złożeni na ołtarzu odprężenia

Zwłaszcza nad tym ostatnim warto się na chwilę zatrzymać. Otóż, jeśli wierzyć tamtejszej prasie, nowy, pojednawczy ton obecnego szefa MSZ został przywitany w Niemczech ze zbiorowym westchnieniem ulgi. Pozostawiając na boku kwestię, czy złagodzenie retoryki (np. w sprawie reparacji) jest jedynie zabiegiem taktycznym, czy przygotowaniem do głębszych ustępstw, to komentarze wokół wizyty były nad podziw przychylne. Widać wyraźnie, że dotychczasowe napięte relacje z Polską uwierały Berlin mocniej, niż był skłonny oficjalnie przyznać. A to z kolei oznacza, że odprężenie we wzajemnych stosunkach może być dla „totalnej opozycji” ciosem w plecy – bo skoro Niemcy zaczną się dogadywać z polskim rządem i potraktują go z właściwym sobie realizmem nie jako chwilową anomalię, lecz jako stały element politycznej układanki w Europie – to odstawią, przynajmniej na razie, swoich skompromitowanych i żałośnie nieskutecznych wasali z PO do kąta. Taka wizja mogła nielicho wystraszyć obóz beneficjentów III RP, dlatego też jego medialni funkcjonariusze postanowili przypomnieć swoim zagranicznym patronom o szalejącym rzekomo w Polsce „nazizmie”. Ten trop potwierdzałby rozpaczliwy wywiad „Wirtualnej Polski” z niemiecką studentką (!) w którym dziennikarz dopytuje się, czy obrazki z TVN już pojawiły się w niemieckich mediach.

A tymczasem – zonk! Przynajmniej w momencie, gdy piszę te słowa, w Niemczech panuje głucha cisza. Ktoś najwyraźniej zaciągnął hamulec, stwierdzając, że w momencie gdy na horyzoncie rysuje się ocieplenie relacji, to nie ma sensu niepotrzebnie antagonizować się z Warszawą. Jest to tym bardziej znamienne, gdy przypomnimy sobie reakcje po Marszu Niepodległości – i zapewne „totalne media” liczyły na podobny odzew również i teraz. Póki co, na szczęście się przeliczyły, czemu pomogła zapewne zdecydowana reakcja polskich władz. Tym razem więc medialny „wunderwaffel” spalił na panewce.


IV. Czym jest „Duma i Nowoczesność”?

Osobną kwestią nad którą warto się pochylić jest sama „Duma i Nowoczesność”. Jak już wiadomo, status „organizacji pożytku publicznego” otrzymała w 2014 r. - za rządów PO, kiedy szefem MSWiA był Bartłomiej „idziemy po was” Sienkiewicz. Swojego czasu ABW wszczęła przeciw działaczom „DiN” śledztwo, podejrzewając ich o przygotowania do zamachu bombowego, funkcjonariusze przeszukali nawet mieszkania podejrzanych – bez efektu. Cóż, gdyby to było w Niemczech, to podejrzewałbym, że stowarzyszenie zostało wręcz założone bądź zainspirowane przez oficerów służb lub ich konfidentów, żeby trzymać wariatów pod kontrolą. Warto przypomnieć o skandalu wokół otwarcie nazistowskiej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), będącej w prostej linii spadkobierczynią działającej do 1964 r. Niemieckiej Partii Rzeszy (DRP), która z kolei była bezpośrednią następczynią hitlerowskiej NSDAP. W 2003 r. podczas rozprawy delegalizacyjnej przed Federalnym Trybunałem Konstytucyjnym, wyszło na jaw, że władze NPD były zinfiltrowane do tego stopnia przez funkcjonariuszy BND oraz ich agenturę, że, jak to ujął sąd – nie sposób było odróżnić, co było działalnością partii, a co wywiadu. W związku z tym... NPD pozostała legalna i spokojnie działa do tej pory, podobnie jak inne neonazistowskie ugrupowania, korzystające z gwarantowanej niemieckim prawem „wolności słowa”. U nas z podobnym mechanizmem mieliśmy do czynienia w przypadku słynnego „brunobombera”, inspirowanego przez funkcjonariuszy ABW.

Sądzę więc, że zasadnym będzie tu powtórzenie pytania, które poseł Robert Winnicki skierował do wicepremiera Glińskiego po tym, jak wiceminister kultury Magdalena Gawin nawoływała do delegalizacji ONR podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce”: czy polskie służby wciąż stosują działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym? Od siebie dodam – co tak naprawdę zobaczyliśmy w TVN? Groźnych „nazistów”, czy „ustawkę” w rodzaju spalenia „ruskiej budki”? I czy reporter stacji „przeniknął” do struktur „DiN” na chybił-trafił, w nadziei że coś znajdzie, czy przeciwnie – otrzymał od kogoś precyzyjne instrukcje, gdzie szukać?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (26.01-01.02.2018)


sobota, 2 grudnia 2017

„Turbosłowianizm” jako operacja socjotechniczna

Pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.


I. Ariozofia z Łubianki

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego numeru „PN” będę dziś kontynuował wątek mitu „Imperium Lechitów” i „turbosłowianizmu” - tyle, że już nie w kontekście odkłamywania historycznych bredni, ale zupełnie współczesnym. Otóż stawiam tezę, że teoria „Wielkiej Lechii” została nam celowo podrzucona, by „rozprowadzić” i skłócić polskie środowiska patriotyczne, nade wszystko zaś, by poderwać zaufanie do naszej cywilizacyjno-kulturowej spuścizny nierozerwalnie związanej z katolicyzmem. Staję tu po stronie Stanisława Michalkiewicza, który „Wielką Lechię” nazwał dosadnie „ubeckimi rzygowinami” - z zastrzeżeniem, że ja dopatrywałbym się inspiracji nie tyle wśród rodzimych ubeków, ile u ich mistrzów i mocodawców z Łubianki. Mamy zatem operację socjotechniczną, którą możemy obserwować w czasie rzeczywistym, zaś różne poszlaki zebrane razem składają się na charakterystyczny „odcisk palca”.

Podbudowy ideologicznej „turbosłowianizmu”, jak zauważył historyk Roman Żuchowicz w rozmowie z portalem jagiellonski24.pl, należy szukać w niemieckiej „ariozofii”. Ten ezoteryczny, tudzież teozoficzno-volkistowski nurt, stworzony na początku XX w. przez austriackiego okultystę Guido von Lista, głosił wyższość Ariów jako wojowniczej i najbardziej rozwiniętej duchowo rasy nad innymi narodami (oczywiście, w ujęciu Lista potomkami Ariów mieli być Niemcy). W miejsce zdobyczy cywilizacyjnych, jako tworów rzekomo „semickich”, postulował powrót do natury. Co istotne, ariozofia została twórczo zaimplementowana na gruncie rosyjskim, ciesząc się szczególną popularnością w okresie zamętu podczas rozpadu ZSRR - z tym, że oczywiście jej rosyjscy zwolennicy utożsamili Ariów ze Słowianami. W ten oto sposób otrzymaliśmy receptę na „turbosłowianizm”, co postanowili zaadaptować do naszych warunków panowie Szydłowski z Bieszkiem, tworząc antyzachodni mit „Wielkiej Lechii”.

Należy zauważyć, że w realiach rosyjskich taka kompensacja miała walor pozytywny i podtrzymujący morale, na zasadzie - teraz wprawdzie przeżywamy „smutę” i upokorzenie wywołane rozpadem imperium, ale jesteśmy dumnymi „Ariami” i jeszcze wszystkim pokażemy. Jednak w warunkach polskich podobna mitologia ma jednoznacznie destrukcyjny charakter, stanowiąc czytelną próbę odcięcia nas od cywilizacji łacińskiej na rzecz jakoby rdzennie słowiańskiej mistyki i różnych historyczno-duchowych fantazmatów. Nie bez przyczyny opowieść o „Lechitach” przyjęły z entuzjazmem środowiska „rodzimowiercze”, głoszące powrót do „korzeni” i walkę z „watykańską okupacją”, podobnie jak część prorosyjskich (i antysemickich, bo to często idzie w parze) grup narodowych. Dla innych z kolei „Imperium Lechitów” jest kuszącym „cukierkiem”, kompensującym poczucie historycznej krzywdy, przekierowując przy okazji energię i patriotyczne instynkty w koleiny walki o powrót na łono „wielkiej, słowiańskiej rodziny”. Ciekawe tylko, jak by się dogadali z Rosjanami co do tego, kto w tej „rodzinie” ma dzierżyć prymat?


II. „Wielka Lechia” – czyli od panslawizmu do Dugina

Otrzymujemy zatem przystosowaną do współczesności nową odsłonę panslawizmu – carskiej, imperialnej doktryny głoszącej jedność Słowian pod rosyjskim przywództwem. W tej optyce, Polacy przyjmując katolicyzm i kierując się ku Zachodowi pozostawali „zdrajcami”. Jeżeli spojrzeć na „Wielką Lechię” od tej strony, to widzimy, że daje ona nam perspektywę „nawrócenia” - zrzucając jarzmo „watykańskiej okupacji” i odwracając się od Zachodu, który zdradziecko zniszczył nasze „imperium”, otwieramy sobie drogę do powrotu i odbudowy dawnej świetności słowiańszczyzny. Wiem, jak to brzmi, ale takie są właśnie logiczne konsekwencje fundowanej nam lechickiej mitologii, jeśli potraktować ją w kategoriach doktryny politycznej.

Rozwijając powyższe - w naturalny sposób zatem wrogiem numer jeden staje się tu katolicyzm oraz związane z nim zaplecze kulturowe i cywilizacyjne. Wrogiem nie jest natomiast rosyjskie prawosławie, ponieważ poprzez tradycję wprzęgnięcia Cerkwi w machinę władzy dokonała się w nim na przestrzeni dziejów de facto podmiana przedmiotu czci – formalnie mówi się wciąż o Bogu, ale tak naprawdę obiektem kultu staje się „święta Ruś”, mająca objąć swymi skrzydłami całą słowiańszczyznę. A zatem rosyjskie prawosławie ma w istocie charakter pogański, co trafnie odczytał współczesny rosyjski ideolog „eurazjatyzmu”, Aleksander Dugin. A teraz wróćmy do „Wielkiej Lechii”, która rzekomo obejmowała właśnie obszar Eurazji – i wszystko zaczyna do siebie pasować. Dodajmy, że obsesyjnie nienawidzący katolicyzmu Dugin przewiduje łaskawie dla Polaków miejsce w rosyjskiej eurazji, pod warunkiem wyrzeczenia się naszej religii – inaczej będziemy zniszczeni. Podsumowując ten watek, pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.

Jeżeli nawet „Wielka Lechia” nie zainfekuje umysłów większości Polaków (póki co, na szczęście się na to nie zanosi), to może skutecznie, poprzez swoje odwołujące się do „dawnej świetności” kuszące opakowanie wprowadzić zamęt wśród najbardziej patriotycznej części opinii publicznej, co z rosyjskiego punktu widzenia również jest gratką nie do pogardzenia. I ten cel jest realizowany na naszych oczach – wystarczy zajrzeć do internetu, gdzie temperatura sporów przekracza wszelkie rozsądne rejestry. Warto tu przypomnieć „Sztukę Wojny” Sun Tzu, będącą lekturą obowiązkową dla adeptów rosyjskich służb – wśród zasad chińskiego mędrca mamy m.in. takie: „dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika”; „zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju”; „ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników”. „Wielka Lechia” wraz ze swą otoczką spełnia przytoczone przykazania z naddatkiem, siejąc nieufność do naszej tradycji, religii i historii.

Zgodnie z zasadą działalności służb jako „gabinetu luster” w którym sygnał docierający do finalnego odbiorcy stanowi któreś z kolei odbicie kamuflujące rzeczywistego nadawcę, również i tutaj lechicki mit nie przyszedł do nas bezpośrednio z Moskwy – taka ostentacja wzbudziłaby u wielu odruch podejrzliwości. Intoksykacja odbyła się nie wprost, lecz za pośrednictwem różnych „mędrców internetu”, wywołując przez to wrażenie, że jest efektem samodzielnych poszukiwań domorosłych „badaczy”. W efekcie nie sposób dociec, którzy z nich są zadaniowanymi agentami urabiającymi opinię, a którzy naiwnymi entuzjastami – czy np. Paweł Szydłowski z Kanady głosi swoje toksyczne brednie bo takie ma zadanie, czy też został dyskretnie przez kogoś naprowadzony, tak by wydawało mu się, że sam dokonał wiekopomnego odkrycia? Warto też przypomnieć, że książki Janusza Bieszka wydaje „Bellona” - dawne wojskowe wydawnictwo sprywatyzowane z udziałem PRL-owskich trepów wysokiego szczebla.


III. Literacki potencjał Słowiańszczyzny

Na zakończenie pozwolę sobie na odrobinę przekory. Otóż jako miłośnik szeroko rozumianej fantastyki, w tym również fantasy, dostrzegam w micie „Wielkiej Lechii” niemały potencjał literacki – gdyby oczywiście oczyścić go z opisanych wyżej trujących miazmatów. Gdyby wziął się za to odpowiednio zdolny autor, moglibyśmy otrzymać „słowiański epos” może nawet na miarę „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Niestety, guru „turbosłowianizmu” porównywalnych talentów nie zdradzają, toteż póki co mamy jedynie toporne, psuedohistoryczne wypociny, do tego fatalnie napisane. Cóż, J.R.R. Tolkien był wybitnym naukowcem, językoznawcą, do tego gorliwym katolikiem – przekopując się żmudnie przez nordycką i celtycką mitologię, z których czerpał garściami przy tworzeniu fikcyjnego świata, jednocześnie filtrował je przez swój katolicyzm. W efekcie, „ochrzcił” w swym dziele pogańskie mity, niczym św. Patryk irlandzkie źródełka, a czytelnicy otrzymali porywającą, uniwersalną opowieść o walce dobra ze złem. Aż się prosi, by ktoś dysponujący odpowiednią wiedzą i warsztatem literackim skonstruował coś w rodzaju „słowiańskiego Śródziemia”.

Jest też pewna analogia – Tolkien uważał, że największym dziejowym nieszczęściem Anglii był podbój wyspy przez Wilhelma Zdobywcę i jego Normanów. Podobny „apokaliptyczny” wątek mamy w przypadku lechickiego imperium – z tym, że tu w roli czarnego charakteru zostali obsadzeni Niemcy i Watykan, co w tym drugim przypadku jest o tyle absurdalne, że Polska (ale też i Węgry) często była sprzymierzeńcem papiestwa w walce z hegemonistycznymi zapędami cesarstwa niemieckiego, a chrzest przyjęliśmy nie na skutek demonicznego spisku, lecz m.in. po to, by wytrącić z niemieckich rąk oręż propagandowy usprawiedliwiający podboje „walką z poganami”. Przełożyć to wszystko na język mitu, metafory – oto wyzwanie godne mistrza! Jest wszakże jeden warunek – Tolkien tworząc własne literackie uniwersum miał świadomość, że nie „odkrywa” zapomnianej historii, tylko tworzy swoistą legendę. I właśnie tego – umiejętności odróżniania faktów od fikcji należałoby życzyć potencjalnemu autorowi, a także... czytelnikom.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wielka Lechia, czyli protokoły mędrców internetu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43 (29.11-12.12.2017)

sobota, 23 lipca 2016

Pod-Grzybki 59

Skończyło się piłkarskie Euro, francuskie służby odetchnęły z ulgą, zaczęto odbierać okolicznościowe premie, agenci dostali wolne i rozjechali się na zasłużone urlopy... i wtedy, wyczekawszy na dogodny moment tzw. „samotny wilk” postanowił rozjechać ciężarówką kilkadziesiąt osób podziwiających świąteczne fajerwerki. Pojawiły się z miejsca różne teorie – co, jak i dlaczego – więc i ja podzielę się własną, chociaż będzie to tzw. robienie sobie jaj z pogrzebu. Otóż ten człowiek zwyczajnie sfiksował na punkcie gry „Pokemon Go” - a że przeciskanie się przez zbity tłum ze smartfonem w garści było cokolwiek uciążliwe, więc postanowił uprościć sobie zadanie za pomocą TIR-a. Przesada? Cóż, Zachód skretyniał do tego stopnia, że nie takie rzeczy jeszcze zobaczymy. Skoro dorośli ponoć ludzie potrafią uganiać się za Pokemonami po Auschwitz...


*

Współczując ofiarom psycho-fana Pokemonów, warto zapytać: czy Francuzi wreszcie otrzeźwieją, czy nadal będą zawodzić w pacyfistycznym amoku „Imagine” Johna Lennona? No i czy pani Mogherini już się poryczała, czy uznała, że Nicea, to jednak nie Bruksela i po niej płakać nie warto?


*

Mamy odpowiedź na powyższe – w reakcji na zamach Francuzi zaczęli rysować kredą kolorowe obrazki na nicejskiej promenadzie. Ujrzawszy to terroryści łykając łzy solennie obiecali, że nie będą już więcej łapać Pokemonów.


*

Tak przy okazji – muszę Państwu wyznać, że słabo wierzę w tzw. „samotnych wilków”. Przykładam tu maksymę Mike'a Oldfielda – muzyka znanego m.in. z kompozycji „Tubular Bells”: „Improwizacja to wspaniała rzecz, zwłaszcza jeśli została wcześniej starannie przemyślana”. I zawsze, gdy jakiś „samotny wilk” ni z tego, ni z owego detonuje bombę, strzela do ludzi, czy zaczyna rozjeżdżać ich ciężarówką, zadaję sobie pytanie: czy ta krwawa improwizacja nie została aby zawczasu przez kogoś „starannie przemyślana”?


*

I jeszcze zastanawiająca rzecz – otóż zamachowiec ponoć był służbom „znany”, podobnie jak „znani” byli im zamachowcy z Paryża, teraz zaś dowiadujemy się, że wiedziano również o jego SMS-ach w których prosił przełożonych z IS o broń. Wychodzi więc na to, że francuskie spec-służby kolekcjonują sobie terrorystów i wklejają do albumów. A potem oficerowie robią zakłady o to, czyj „podopieczny” zabije więcej ludzi. Tak to widzę, bo inaczej całej sytuacji wyjaśnić nie sposób.


*

Ale! Jeszcze nie ochłonęliśmy po Nicei, a tu okazało się, że w Turcji wielki wezyr Kara Mustafa zbuntował się przeciw sułtanowi Erdoganowi. Najwyraźniej sułtan planował wezyra potraktować jedwabnym sznurem na szyi za dopuszczenie do zamachu na lotnisku w Stambule i Kara Mustafa nie czekając na wyrok postanowił przejąć inicjatywę. Lecz nie z sułtanem Erdoganem takie numery. Ponoć już dostarczono mu głowę Kara Mustafy w dzbanie z miodem. Czy prezydent Obama pochyli się teraz nad stanem demokracji w Turcji i zacznie prawić morały na temat „uniwersalnych wartości” na straży których stoi NATO?


Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (20-26.07.2016)

czwartek, 4 lutego 2016

Inwigilacja – bez zmian

Rzecz nie w tym, by utrzymać obecną, absurdalną ilość sięgania po nasze dane, lecz by ją konsekwentnie zmniejszać do jakiegoś cywilizowanego poziomu.

„Głupota, czy sabotaż” - pomyślałem sobie po tym, jak PiS przeforsowało nowelizację ustawy o policji mającą w założeniu uregulować kwestie inwigilacji obywateli przez służby. Trzeba przypomnieć, że w lipcu 2014 Trybunał Konstytucyjny na wniosek RPO i Prokuratora Generalnego zakwestionował w swym orzeczeniu szereg przepisów dotyczących gromadzenia, przechowywania i niszczenia danych zbieranych przez różne organy – a uprawnionych do tego rodzaju czynności służb mamy łącznie 10. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania danych telekomunikacyjnych, stworzenia zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których takie dane mogłyby być zbierane, a także opracowania przejrzystej procedury ich niszczenia – do tej pory bowiem panowała w praktyce samowolka czyniąca z nas najbardziej inwigilowane społeczeństwo w Unii Europejskiej. TK dał na nowelizację przepisów 18 miesięcy – termin mija 6 lutego tego roku. Na marginesie, proszę sobie wyobrazić, że były czasy, gdy Trybunał zajmował się tym, czym powinien, zamiast wdawać się w polityczne awantury.

Za nowelizację zabrali się senatorowie Platformy, których projekt nie rozwiązywał żadnego z problemów i generalnie wyglądał na napisany przez zainteresowane służby. Skrytykowało go Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe, Sąd Najwyższy... a teraz PiS po pewnych tylko korektach „przejął” projekt PO z poprzedniej kadencji i wyraźnie działając pod presją czasu go uchwalił. Podstawowy zarzut, to możliwość niemal nieograniczonej inwigilacji poprzez pozyskiwanie od operatorów danych telekomunikacyjnych (w tym internetowych), takich jak dane abonenta, bilingi, ale też historia jego aktywności w internecie (czasy logowań, odwiedzane strony itp.) i to w oderwaniu od konkretnych postępowań – ustawa umożliwia bowiem tzw. śledzenie prewencyjne w celu wykrycia, bądź zapobiegania przestępstwu, czyli de facto bez ograniczeń. Na dodatek, kontrola takich działań będzie czysto iluzoryczna – polegać ma ona bowiem na składanych co pół roku do sądów okręgowych zbiorczych zestawieniach, które sąd może sobie analizować. Zważywszy, że w 2014 r. różne organy złożyły 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne, to od razu widać, że kontrola następcza stanie się fikcją.

Barierą ograniczającą skalę inwigilacji byłby obowiązek uprzedniego zwracania się do sądu (lub innego, specjalnie utworzonego do tego organu) o pozwolenie. PiS tłumaczyło, że taka procedura spowodowałaby paraliż sądów. Otóż nie, sądy wydawałyby po prostu mniej zezwoleń – i o to właśnie chodzi! Rzecz bowiem nie w tym, by utrzymać obecną, absurdalną ilość sięgania po nasze dane (która, nawiasem mówiąc, systematycznie z roku na rok rośnie), lecz by ją konsekwentnie zmniejszać do jakiegoś cywilizowanego poziomu. Narracji, że monitorowanie aktywności w sieci służyć ma zabezpieczeniu nas przed terroryzmem, zwyczajnie nie kupuję. Francuskie służby po masakrze w redakcji „Charlie Hebdo” dostały nadzwyczajne uprawnienia i nie były w stanie zapobiec niedawnym zamachom w Paryżu. Nasze nie zapobiegną tym bardziej, powiem więcej – właśnie owa gargantuiczna ilość pozyskanych danych zbieranych „na wszelki wypadek” sprawi, że utoną w informacyjnej magmie. I to nawet przy optymistycznym założeniu, że informacje gromadzone będą by zapobiegać przestępczości, a nie po to, by służby kolekcjonowały sobie różnego rodzaju haki i „kompromaty”.

Poza wszystkim – PiS dało do ręki opozycji wymarzony oręż. Nic tak bowiem nie działa na internautów jak próby ograniczania ich swobody w sieci, bądź państwowy monitoring. Przy skrajnie niekorzystnym scenariuszu, obecna władza może liczyć się z masowymi protestami w rodzaju tych przeciw ACTA, kiedy to rozpoczął się proces odwracanie się od Platformy i Donalda Tuska młodego pokolenia. A warto pamiętać, że gdyby nie wyborcy z przedziału wiekowego 18-29 lat, PiS o samodzielnej większości mogłoby tylko pomarzyć. Co najważniejsze, w tym przypadku ludzie ci będą mieli po prostu rację.

Na zakończenie – ponieważ rząd PiS podjął kroki (acz połowiczne) w celu ograniczenia państwowego sponsoringu prywatnych mediów, a także do finału zmierza kwestia rozwiązania problemu kredytów frankowych, zatem modyfikuję swoją listę postulatów, którą kończę od pewnego czasu swoje teksty. Wspomniane sprawy usuwam z katalogu, za to dodaję problem inwigilacji obywateli przez służby państwowe oraz ustawę „1066” zwaną „ustawą o bratniej pomocy”. Przypomnę, że przewiduje ona możliwość operowania na naszym terytorium służb obcych państw – i to z pełnymi uprawnieniami. Gdy ją uchwalano, PiS głosowało przeciw, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz wyrzucić ją do kosza, tym bardziej, że stosowny projekt złożyli już narodowcy z klubu Kukiz'15.

A zatem:

  • kiedy zostanie ograniczona możliwość inwigilacji obywateli przez organy państwa?

  • kiedy zostanie uchylona „ustawa 1066”?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3202-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polacy-na-pods%C5%82uchu

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (22-28.01.2016)

czwartek, 7 stycznia 2016

Podzielić Niemcy

Jeżeli na serio myślimy o politycznej emancypacji Polski spod kurateli Berlina, musimy poderwać jego europejską hegemonię.

I. Dywersja

Zabrzmi to jak political-fiction, ale na miejscu zwierzchników odzyskiwanych właśnie dla Polski służb specjalnych poważnie rozważyłbym możliwość wykreowania secesjonistycznej partii... w Bawarii. Nierealne? A może przynajmniej warto spróbować? Za chwilę postaram się Państwu wyjaśnić, dlaczego sądzę, że warto zainwestować w taką „kombinację operacyjną”, ale wpierw zastanówmy się, czy „tutajkrajowe” służby byłyby w ogóle zdolne coś takiego przeprowadzić.

Otóż, jeżeli w kontekście działalności służb specjalnych III RP można mówić w ogóle o jakiejkolwiek skuteczności, to niewątpliwie na konto – przyznaję, że dość specyficznych - „sukcesów” należy zaliczyć umiejętność kreowania bytów politycznych. Zdolność ta, odziedziczona w „pamięci genetycznej” po PRL-u, została wraz z odpowiednimi kadrami przeniesiona do PRL-bis. Rękę starych sprawdzonych fachowców oraz wyszkolonych przez nich następców było znać przy wylansowaniu Stanisława Tymińskiego, później przy Lepperze sprawnie kanalizującym społeczne frustracje tak by burze omijały rząd Leszka Millera a nie omijały Jarosława Kaczyńskiego, przy narodzinach PO której jednym z akuszerów był Gromosław Czempiński, następnie wokół Palikota z Dukaczewskim i Urbanem w tle, ostatnio zaś – przy narodzinach „Nowoczesnej” Ryszarda Petru bez problemu otrzymującej wielomilionowe kredyty „na start”, zanim jeszcze na dobre rozpoczęła działalność.

Zatem, jak widać kompetencje są i warto, by wreszcie zagrały one na korzyść Polski – trzeba tylko je przenieść na pole zagraniczne. Zwerbować agenturę spośród sfrustrowanych, odsuwanych na margines działaczy politycznych i społecznych, niespełnionych rewolucjonistów, nacjonalistów wrogich berlińskiej administracji itd. Swojego czasu znakomicie dawali sobie z tym radę Sowieci konstruując i sponsorując na Zachodzie różne lewackie struktury, dziś to dzieło kontynuuje putinowska Rosja wspomagając ugrupowania nacjonalistyczne – te wszystkie Fronty Narodowe, PEGID-y, Złote Świty... Gra na ekstremizmach – zarówno lewicowych, jak i prawicowych – należy do stałego repertuaru Kremla i nie ma powodów, byśmy na własną miarę nie mieli skorzystać z tej odbywającej się na naszych oczach lekcji.

II. Bawarski kocioł

No dobrze, powie ktoś, ale właściwie czemu akurat Bawaria? Ano dlatego, że osłabienie Niemiec leży w naszym najlepiej pojmowanym interesie. Jeżeli na serio myślimy o politycznej emancypacji Polski i szerzej – Europy Środkowej – spod kurateli Berlina, musimy poderwać jego europejską hegemonię. Sprowokowanie wewnętrznych kłopotów w najbogatszym landzie zmusiłoby Niemcy do skoncentrowania się w znacznej mierze na własnych problemach i ograniczenia mocarstwowych zapędów. A tak się składa, że właśnie w Bawarii na skutek zalewu przez hordy migrantów jest obecnie największy potencjał społeczny do postulowanej tu dywersji. To trochę tak jak z naszym Śląskiem – zaniedbanie tego regionu i upadek przemysłu doprowadziły do masowej frustracji, która dała pożywkę RAŚ. Chyba nikt nie ma wątpliwości komu i czemu służy działalność Gorzelika i ferajny. Spójrzmy tylko ile kłopotów zdążyła przysporzyć Polsce ta marginalna w gruncie rzeczy organizacja. Czas odpłacić pięknym za nadobne.

Wracając do Bawarii. Samobójcza polityka Angeli Merkel stworzyła korzystne dla nas podglebie nastrojów. Przytaczałem niedawno pokrótce na łamach „Warszawskiej Gazety” relację pewnego mieszkającego w Niemczech od 35 lat Polaka – właściciela dobrze prosperującej firmy, który w 1980 wyjechał ze Śląska za chlebem do „Reichu” i tam się „zasymilował”. Tutaj nieco tę relację poszerzę. Bawarczycy są generalnie wściekli na Merkel, uważają, że wpuszczając do „heimatu” tabuny obcych, zdradziła własny naród. Ludzie są przerażeni zarówno skalą migracji, jak i nastawieniem przybyszów, którzy „od progu” pytają gdzie są te przygotowane dla nich domy... Muzułmanie zwykli np. wchodzić do „Aldiego”, brać z półek całe zgrzewki napojów (oczywiście nie płacąc), następnie przed tym samym dyskontem wylewać je na ziemię i wracać z opróżnionymi butelkami, by... sprzedać je jako surowce wtórne. Zastraszona obsługa nie śmie protestować. Można sobie wyobrazić jakie są reakcje zwykłych Niemców na takie obrazki.

Wnuki osoby, której relację tu przytaczam, mówią już bardzo słabo po polsku. Pochodzą z mieszanych małżeństw, a rodzice chcieli, by bez problemów wtopiły się w niemieckie otoczenie. Teraz na gwałt rodzice postanowili uczyć je polskiego – na wypadek, gdyby trzeba było z powrotem ewakuować się na Śląsk. Może więc okazać się, że czeka nas fala powrotów – ale nie emigrantów z Wysp Brytyjskich, tylko tych, którzy jeszcze za PRL-u wyjechali do RFN „na saksy” i już tam zostali. Część z nich „przypominała sobie” na tę okoliczność o niemieckich korzeniach – być może zaczną sobie teraz przypominać o Polsce...

W każdym razie, popularna wśród Bawarczyków teoria spiskowa głosi, iż Merkel, Obama i Putin to ilumianaci, którzy postawili sobie za cel rozwalić Niemcy i Europę. Zostawiając na boku kwestię przynależności organizacyjnej światowych przywódców, sam fakt powodzenia tego typu teorii świadczy o panujących nastrojach. Niemcy czują się oszukani i zdradzeni – i to nie tylko przez klasę polityczną, ale przez elity jako takie – w tym również media. Zatem, jeśli faszeruje się nas „opiniotwórczymi” niemieckimi gazetami, to warto mieć świadomość, że prezentowane w nich poglądy rozjeżdżają się całkowicie z opiniami zwykłych Niemców. Bo trzeba dodać, że Bawarczycy mają obecnie dwóch idoli – Victora Orbana i Jarosława Kaczyńskiego. Ów Ślązak, do niedawna zagorzały „kaczkożerca” powiedział wręcz, że gdyby mógł, to Kaczyńskiego serdecznie by wyściskał. Poza sprzeciwem wobec imigrantów, Niemcy liczą, że polityka Węgier i Polski doprowadzi do osłabienia UE, a może wręcz do rozpadu (bo za zaistniały stan rzeczy Niemcy winią również Brukselę) – a wtedy będą mogli wreszcie zaprowadzić u siebie porządek. Na podobnej zasadzie nagle „Wessi” (Niemcy z dawnego RFN) zapałali sympatią do „Ossi” (Niemców z byłej NRD), których do niedawna traktowali niewiele lepiej niż innych mieszkańców byłych „demoludów”. Płonące ośrodki dla uchodźców i generalny sprzeciw wschodnich landów wobec ich przyjmowania stały się istotnym czynnikiem przełamującym lody.

III. Bawarscy secesjoniści

Powyższe widzi również premier Bawarii i szef CSU, Horst Seehofer – w szczycie kryzysu imigracyjnego ostentacyjnie wręcz spotykał się z Orbanem, za nic mając opinię Berlina. Oczywiście, CSU nie zerwie ani koalicji z CDU, ani nie wystąpi z federacji. Dlatego właśnie należy wykreować odrębny byt polityczny prący w tym kierunku lub wspomóc któryś z już istniejących. Za jego pośrednictwem należy przedstawiać Berlin jako źródło problemów, przekonywać, że Bawaria doskonale poradzi sobie sama (co jest zresztą prawdą). No i krzyczeć, że Merkel to iluminatka na pasku mrocznych, globalnych sił. Takie proste wytłumaczenie skomplikowanych problemów zawsze działa przynajmniej na jakąś część publiczności. W 2012 czołowy polityk CSU Wilfried Scharnagl wydał książkę „Bayern kann es auch alein” („Bawaria może być też sama”). W Bawarii funkcjonuje też Bayernpartei („Partia Bawarska”) żądająca „niepodległej Bawarii w zregionalizowanej Europie” – może by do nich zapukać? Zresztą, nasi służbowi specjaliści od zagospodarowywania społecznych nastrojów sami będą wiedzieli najlepiej.

Oczywiście, odłączenie Bawarii od Rzeszy... to jest, chciałem rzec, od Federacji to plan maksimum, raczej trudny do zrealizowania (choć, jak pokazuje przykład Katalonii, uruchomione wydarzenia mogą nabrać własnej dynamiki i kto wie, do czego ostatecznie doprowadzą). Na pewno jednak w naszym zasięgu jest wywołanie niepokojów, wewnętrzna destabilizacja i rozliczne zgryzoty tym wywołane. Sięgnę tu do jednej z moich ulubionych lektur - „Bolesława Chrobrego” Antoniego Gołubiewa. Jest tam taka scena, w której Bolesław każe wyłożyć przed sobą wszystkie zgromadzone kosztowności, po czym zaczyna je rozdysponowywać: temu możnowładcy w Niemczech wysłać tyle a tyle, tamtemu znowuż tyle... i tak dalej. Efektem jest wzmożenie wojny domowej w Cesarstwie i walki o koronę. Nawet jeśli to literacka wizja autora, to co do zasady tak właśnie winniśmy postępować i partia bawarskich secesjonistów byłaby tu pierwszym krokiem. Na to nie warto żałować, tak jak Niemcy nie żałują na systemową korupcję u nas. Niemcy borykające się z wewnętrznym kryzysem społeczno-politycznym to zarazem chwila oddechu dla nas i moment w którym będziemy mogli umocnić regionalną współpracę oraz sojusze w ramach Europy Środkowej – od Bałtyku po Morze Czarne. Z niemiecką, polityczną „czapą” dominującą w przestrzeni Mitteleuropy prawdziwie wielkiej i niepodległej Polski się nie zrobi.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (16-22.12.2015)

wtorek, 17 listopada 2015

Trzy sprawy

Aby dokonać opisanych tu ruchów nie trzeba montować kwalifikowanej większości. Nie trzeba zmieniać konstytucji. Wystarczy determinacja.

Gdy ten numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk będzie znany już skład rządu Beaty Szydło, ukonstytuuje się też nowy Sejm i Senat. Sądzę, że to dobra pora na sformułowanie pewnych „startowych” oczekiwań. Problemy o których za chwilę napiszę mają walor symboliczny, dotykają bowiem trzech obszarów polskiego życia publicznego: mediów, gospodarki oraz służb specjalnych – czyli dziedzin w których jak w soczewce skupiają się patologie III RP. Otóż uważam, że obejmujący właśnie władzę obóz PiS powinien w pierwszym rzędzie: 1) wstrzymać dotowanie prywatnych mediów z środków publicznych; 2) uchwalić ustawę o frankowiczach; 3) odtajnić aneks do raportu o rozwiązaniu WSI. Wymienione sprawy są swoistym papierkiem lakmusowym, testem na determinację w przeprowadzeniu „dobrej zmiany” - o ile ma to być zmiana realna, a nie tylko kosmetyczne poprawki w ramach istniejącego systemu.

Ad.1) Od początku funkcjonowania III RP mamy do czynienia z mechanizmem korumpowania mediów i sterowania rynkiem poprzez transfery publicznych funduszy dokonywanych pod pozorem reklam i ogłoszeń rożnych państwowych i samorządowych instytucji oraz spółek skarbu państwa. Jest to nic innego jak sprowadzenie mediów do roli części aparatu władzy i szerzej – Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Dzieje się tak zarówno na poziomie ogólnopolskim, jak i lokalnym. W efekcie, gazety popierające władzę znajdują się w uprzywilejowanej rynkowej pozycji, natomiast te opozycyjne albo walczą o przetrwanie, albo kończą swój żywot. Wspomniany proceder powoduje siłą rzeczy, że społeczeństwo bombardowane jest jednostronnym propagandowym przekazem. Pojawienie się w ostatnim czasie kilku gazet o niezależnych źródłach finansowania oraz wzrost znaczenia internetu tylko do pewnego stopnia równoważy rynek treści i opinii. Podkreślam przy tym, że nie chodzi tu o modyfikację sytuacji na zasadzie: dziś przestajemy futrować „Gazetę Wyborczą” a zaczynamy wspierać „naszych” - takie proste odwrócenie wektorów nie likwiduje bowiem źródeł patologii. Zdaję sobie sprawę, że niekiedy zamieszczanie ogłoszeń przez podmioty publiczne bywa wymogiem prawnym, lecz właśnie od tego jest nowa władza, by prawo to odpowiednio znowelizować – w szczególności biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości komunikacyjne.

Ad. 2) Kredyty frankowe są jednym z przejawów statusu Polski w optyce wielkiego międzynarodowego biznesu – gospodarczej kolonii będącej polem eksploatacji i źródłem zysków transferowanych do zagranicznych central. Cóż bowiem zrobiono? Ano, ustawiono zaporowe warunki dla kredytów złotówkowych, tak by większość potencjalnych pożyczkobiorców nie miała „zdolności kredytowej”, przy jednoczesnym preferencyjnym ustaleniu wymogów dla... no właśnie – dla czego tak naprawdę? Dla kredytu, czy narzędzia spekulacyjnego, swoistej mutacji opcji walutowych, czy może hybrydy obu rodzajów produktów finansowych? Z premedytacją wprowadzono w błąd niemal milion osób przedstawiając fałszywe prognozy co do przyszłego kursu franka szwajcarskiego, następnie zaś drenując kieszenie klientów chociażby za pomocą arbitralnie ustalanych spreadów oraz innych nieuczciwych klauzul, których niedopuszczalność zdążył już stwierdzić w kolejnych wyrokach Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W efekcie, wraz ze wzrostem kursu franka, owe łże-kredyty stały się coraz bardziej palącym problemem społecznym – wartość zobowiązań już dawno przekroczyła rynkową cenę kupionych nieruchomości, zaś kwoty do spłacenia rosną zamiast maleć. Innymi słowy, mamy milion niewolników, których dochody przechwytywane są przez banki zamiast trafić na rynek w postaci konsumpcji różnych towarów i usług. Niezbędne jest zatem ustawowe przewalutowanie bądź po kursie z dnia zawarcia umowy, bądź po średnim kursie NBP z dotychczasowego okresu jej trwania.

Ad. 3) Publikacja Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI to kolejny test – tym razem na wolę zerwania z kształtem Polski jako żerowiska służb specjalnych i pola rozgrywek zagranicznych stolic. Do tego niezbędna jest transparentność, bowiem samo rozwiązanie „długiego ramienia Moskwy” nie pozbawiło ludzi wojskowych służb „aktywów” w postaci agentury ulokowanej w mediach, gospodarce oraz aparacie państwa. Wymogiem elementarnej higieny jest upublicznienie współpracowników WSI decydujących o medialnym przekazie, kształtujących polską gospodarkę, podejmujących kluczowe decyzje i wydających wyroki w imieniu Rzeczypospolitej. Determinacja z jaką dążył Bronisław Komorowski do przechwycenia Aneksu jest sama w sobie dowodem na wagę tego dokumentu dla naszego życia publicznego.

Aby dokonać opisanych tu ruchów nie trzeba montować kwalifikowanej większości. Nie trzeba zmieniać konstytucji. Wystarczy determinacja. Aby ją wspomóc, istotne jest by władza od pierwszych dni czuła na plecach gorący oddech wyborców. Od tej pory zatem będę kończył każdy swój tekst przypomnieniem o wymienionych trzech sprawach – dopóki nie zostaną załatwione.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (13-19.11.2015)

wtorek, 10 listopada 2015

Palcie akta!

Nigdy nie będzie do końca wiadomo, co rzeczywiście zostało zniszczone, a co wywędrowało z zasobów MSW w niewiadomym kierunku.

„Palcie akta i wyczekujcie wiatru przemian” - napisałem pod koniec zeszłotygodniowego felietonu. Ów tekst mający w założeniu charakter dość frywolnej satyry nieoczekiwanie okazał się proroczy. Ustępująca Platforma postanowiła bowiem na odchodnym uskutecznić operację zacierania śladów na skalę porównywalną chyba tylko z paleniem teczek przez ubecję po 1989 roku („-Stopczyk, co wy tam palicie? - Ja? Radomskie, ale jeśli pan major woli, to Franz ma Camele”). Stosowne zarządzenie odnośnie brakowania dokumentacji MSW i jednostek podległych wydała minister Teresa Piotrowska tuż po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów, kiedy ostatecznie okazało się, że PO żegna się z rządami, a PiS będzie miało samodzielną większość w parlamencie. Ekspresowe tempo (zarządzenie opublikowano w czwartek 29 października, a weszło w życie 1 listopada) skłania do podejrzeń, że niszczone nie są jedynie „kwity z pralni”, lecz dokumenty o wiele poważniejszego kalibru. Przypomnijmy, że ta sama Teresa Piotrowska zaraz po objęciu stanowiska zrzekła się kontroli nad formalnie jej podlegającymi służbami specjalnymi, dając tym samym bezpiece wolną rękę i niejako oficjalnie czyniąc ją państwem w państwie. Można zatem przypuszczać, że niszczone będą ślady różnych bezpieczniackich harców. Zwróćmy uwagę, że ów nadzwyczajny pośpiech nie byłby konieczny, gdyby odchodzący rząd nie miał nic do ukrycia – mógłby spokojnie pozostawić zasoby archiwalne kolejnej ekipie i ta dopiero po zapoznaniu się z dokumentacją podjęłaby decyzję, co faktycznie jest bezwartościowymi „fakturami za środki czystości”, że znów odwołam się do znanego dialogu z „Psów”. Osobiście podejrzewałbym wręcz, iż zarządzenie pani minister zostało wydane na specjalny obstalunek właśnie owych hord żerujących na masie upadłościowej III RP.

Warto w tym miejscu przypomnieć, iż Polska jest absolutnym europejskim liderem jeśli chodzi o skalę inwigilacji obywateli. Uprawnienia, jakie w innych krajach nadaje się służbom w absolutnie nadzwyczajnych okolicznościach – np. po krwawych zamachach terrorystycznych – u nas są chlebem powszednim. Różne metody inwigilacyjne stosowane są często „prewencyjnie”, bez żadnego realnego nadzoru. Prócz klasycznych podsłuchów dotyczy to szczególnie danych telekomunikacyjnych – tylko w 2014 roku według informacji uzyskanych przez fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej odpowiednie organy złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne, przy czym uprawnionych służb jest łącznie 10. Nic więc dziwnego, że jest co „brakować” przy takim przerobie, zwłaszcza jeśli obiektami zainteresowania byli np. politycy i środowiska opozycyjne, albo chociażby rozgrywki wokół kolejnych wyborów. Kolejną patologią analogiczną do okresu „przełomu” ustrojowego może być proceder „prywatyzacji” informacji, mających stanowić polisę ubezpieczeniową funkcjonariuszy, którzy spodziewają się zwolnienia ze służby. Nigdy nie będzie do końca wiadomo, co rzeczywiście zostało zniszczone, a co wywędrowało z zasobów MSW w niewiadomym kierunku. Jakiż to problem dokonać „komisyjnego” brakowania, jeśli w komisji są sami swoi – a trudno, by po ośmiu latach rządów PO było inaczej.

Według informacji Witolda Gadowskiego, proceder czyszczenia akt ma miejsce na wielką skalę chociażby w Agencji Wywiadu. Dotyczy to przede wszystkim „archiwów podręcznych i operacyjnych, tych, które nie były kwitowane w innych miejscach”, dotyczących działań „mających na celu prowokowanie, destabilizowanie i kreowanie wydarzeń politycznych w Polsce” (cyt. za stefczyk.info). Z kolei „Gazeta Polska” donosi, iż do likwidacji przeznaczone zostały materiały tzw. „komisji Millera” zajmującej się tragedią smoleńską – w tym dokumentacja podróży Jerzego Millera do Moskwy i otrzymanych tam sfałszowanych nagrań z czarnych skrzynek TU-154M.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Otóż na dziennikarskiej giełdzie pojawiają się kolejne spekulacje co do funkcji jaką w przyszłym rządzie miałby pełnić Antoni Macierewicz. Jedni przymierzają go do roli szefa MON, inni – MSW. Jeśli mógłbym wtrącić swoje trzy grosze, to najchętniej widziałbym Antoniego Macierewicza jako spec-ministra weryfikującego i rozliczającego ostatnie osiem lat funkcjonowania służb specjalnych. Niezbędna jest żelazna miotła i człowiek, który wziąłby za pyski tę rozzuchwaloną mafię. Jako przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI Macierewicz udowodnił, że jest kompletnie odporny na jakiekolwiek naciski i niepodatny na medialną histerię. A jeśli nowy rząd zabierze się za służby, to wrzask będzie potężny – możemy się tylko domyślać ile różnych interesów będzie zagrożonych. Przedsmakiem był jazgot po wypowiedzi Macierewicza na spotkaniu z kanadyjską Polonią, iż będzie namawiał prezydenta Dudę do odtajnienia Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Dlatego do rozprawy ze służbami potrzebny jest człowiek o żelaznym charakterze – bez tego próżno będzie marzyć o gruntownej naprawie Polski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Polacy na podsłuchu”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (06-12.11.2015)

piątek, 23 października 2015

Cisza przed wojną

Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą.

I. Droga ku kondominium

Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto tuż przed wyborami pewne sprawy przypomnieć, by kampanijna ekscytacja nie przesłoniła nam właściwych kontekstów i proporcji. Otóż, gdy po dwuletniej szarpaninie PiS zdecydował się na przedterminowe wybory, do gry postanowiły wkroczyć Niemcy uznając najwyraźniej, że pora „na twardo” zainstalować w Warszawie swoją polityczną ekspozyturę w charakterze kolonialnych nadzorców gwarantujących, że Polska nie będzie sprawiać więcej kłopotów. Mechanizm zdobycia władzy opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w swym legendarnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie – Niemcy uruchomili afiliowaną przy CDU Fundację Adenauera, ta zaś za pośrednictwem swego kolaboranta-podwykonawcy, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju należącego do Leszka Balcerowicza sformowała „Koalicję 21 października” grupującą kilkaset podmiotów, które z kolei wystartowały z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” z pamiętnym hasłem „zabierz babci dowód”. W efekcie, zmobilizowano 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową akcji - którzy gremialnie zagłosowali na Platformę, przesądzając o wyniku wyborów.

Na powyższe nałożyło się słabnięcie pozycji USA w Europie Środkowo-Wschodniej – administracja George'a W. Busha była już praktycznie na wylocie, za oceanem czuło się wiatr zmian spersonifikowany wkrótce w osobie Baracka Obamy i jego „change”. Bushowi zależało już w zasadzie na jednym – dopiąć projekt tarczy antyrakietowej, tak, by jego następca nie mógł się z niego wycofać. I właśnie na sabotowaniu amerykańskiej tarczy skupiła się polityka zagraniczna ekipy Tuska w pierwszym okresie rządów. Przyjęto taktykę „przeczekać Busha” i dotrwać do zmiany warty w Waszyngtonie, co z oczywistych względów było na rękę Niemcom i Rosji. Wreszcie, symbolicznego 17 września 2009 nastąpiło ostateczne przyklepanie przez Obamę jego „resetu” w relacjach z Rosją – czyli oficjalne wycofanie się USA z projektu tarczy, co równało się rezygnacji Stanów Zjednoczonych z prowadzenia czynnej polityki w naszej części Europy (w domyśle – w zamian za ustępstwa Kremla w innych częściach świata). Innymi słowy – Niemcy i Rosja dostały wolną rękę w kształtowaniu swoich stref wpływów. Droga do budowy Mitteleuropy i Eurazji stanęła otworem. Tak oto wkroczyliśmy w epokę niemiecko-rosyjskiego kondominium.

II. Kolonia niemiecko-rosyjska

Każdy z naszych zarządców spożytkował sytuację na swój sposób. Putin wykorzystał okazję, by do spółki z ludźmi WSI zlikwidować Lecha Kaczyńskiego i patriotyczną elitę (będę się upierał, że gdyby nie „reset” Obamy, Rosjanie na zamach w Smoleńsku by się jednak nie odważyli – Obama, świadomie lub nie, wydał na Kaczyńskiego wyrok śmierci) oraz ulokować Komorowskiego jako „swojego człowieka pod żyrandolem”. Merkel natomiast dokończyła przekształcanie naszego kraju w ekonomiczną przybudówkę Niemiec pod zarządem Tuska. Nawiasem mówiąc, tłumaczyłoby to nagłą „rezygnację” Donalda Tuska z ambicji prezydenckich. Zapewne wytłumaczono mu, iż logika układanki wpływów wymaga, by „duży pałac” pozostawał w gestii Moskwy.

Relacje niemiecko-rosyjskie przypieczętowane budową Nord Streamu przeżywały rozkwit. My ze swej strony posłusznie zrezygnowaliśmy z regionalnych aspiracji na rzecz „polityki piastowskiej”, „płynięcia z głównym nurtem UE”, tudzież „hołdu berlińskiego”, wyrzekając się tym samym podmiotowości na rzecz statusu kolonialnego. Odzwierciedleniem powyższego był również tuskowy „mini-resecik” w relacjach z Moskwą, szczególnie po zamachu smoleńskim – Niemcy chciały mieć „spokój na dzielnicy” i go otrzymały. Co szczególnie przykre, w ów „resecik” dał się wmanipulować także polski Kościół podpisując z rosyjską Cerkwią w 2012 roku „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, którego sygnatariuszami byli abp. Józef Michalik oraz agent KGB, patriarcha Cyryl. Abp. Michalik w wywiadzie dla KAI stwierdził wówczas: „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”.

Rzecz jasna, wykonawcami tej polityki na polskim podwórku były „bezpieczniackie watahy”, jak określa Stanisław Michalkiewicz różne sitwy tajnych służb zarządzające Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, na który to obóz składa się sprzedajna klasa polityczna, media, koterie biznesowe – słowem, szeroko rozumiany aparat władzy wraz z przybudówkami. Owe hordy, zakorzenione w głębokim PRL-u i reprodukujące się w kolejnych pokoleniach mają cudowną właściwość przewerbowywania się pod skrzydła kolejnych protektorów w zależności od aktualnej geopolitycznej koniunktury – równie dobrze mogą wysługiwać się Moskwie, Berlinowi jak i Waszyngtonowi. Oczywiście, czasem dochodzi do wojen tych mafijnych klanów o, mówiąc Szmaciakiem, „forsę i włości”, co na zewnątrz objawia się różnymi politycznymi paroksyzmami, ale zasada ich funkcjonowania pozostaje niezmienna, podobnie jak „organizatorska rola” naszego życia, z przeproszeniem, publicznego.

III. Wyrok na Platformę

I tu pomału dochodzimy do spraw teraźniejszych. Ni z tego ni z owego bowiem Niemcy i Rosja pożarły się przy podziale łupów – poszło mianowicie o Ukrainę i rozgraniczenie Mitteleuropy oraz Eurazji. Widomym znakiem toczącego się sporu było przeciąganie Janukowycza pomiędzy Unią Europejską a rosyjską Unią Celną. Jak wiemy, Janukowycz został przez Putina skutecznie zdyscyplinowany, na co Niemcy odwinęły się Majdanem i osadzeniem na kijowskim stolcu człowieka Angeli Merkel, czyli Petro Poroszenki. Rosja odpowiedziała aneksją Krymu i wojną w Donbasie... i w tym momencie kanclerz Angela mimo wszystkich sankcji, formatów normandzkich itd. poczuła, że jednak ma zbyt krótkie ręce. Potrzebowała sojusznika – na takowego zaś nadawały się jedynie Stany Zjednoczone, które w międzyczasie zdążyły już zmontować na Ukrainie własną frakcję uosabianą przez premiera Jaceniuka. USA zresztą postanowiły generalnie powrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej flankując Rosję, która nie pozwalała rozwinąć im w pełni skrzydeł na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Syrii. Jednak, by takie zaangażowanie miało ręce i nogi, Waszyngton potrzebował spełnienia podstawowego warunku: na bezpośrednim zapleczu ukraińskiego frontu, czyli w Warszawie, muszą rządzić „nasze sukinsyny”. Jak mniemam, taki właśnie warunek postawiono Angeli Merkel - i ta, rada - nierada, musiała nań przystać, wskutek czego na fali wznoszącej znalazł się tradycyjnie sprzyjający Amerykanom PiS, upatrujący w USA zabezpieczenia przeciw Rosji i politycznego „dopalacza” windującego naszą regionalną pozycję.

Skoro ze świata popłynął właśnie taki sygnał, to przynajmniej część naszych bezpieczniackich hord postanowiła na powrót przewerbować się na amerykański jurgielt i rozpoczęła krzątaninę przygotowującą zmianę władzy. Sądzę, iż odpalenie oraz konsekwentne „grzanie” „afery taśmowej” jest właśnie elementem takiej podgatowki. Angela Merkel ewakuowała jeszcze Donalda Tuska do Brukseli na dekoracyjną posadę „prezydenta Europy”, dbając tym samym, by nie spłonął w ogniu krajowych walk politycznych, bo w przyszłości może się jeszcze na polskim odcinku przydać, jednak sama Platforma skazana została na zatonięcie. Pierwszą konkretną ofiarą nowego rozdania stał się Bronisław Komorowski, który jako polityczny relikt po epoce niemiecko-rosyjskiego kondominium tylko zawadzał i nie było żadnych powodów, by trzymać go na kolejną kadencję. Co ciekawe, sam Komorowski najprawdopodobniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy czego tak naprawdę padł ofiarą i potrafi tylko bredzić o „fali nienawiści”.

IV. Cisza przed wojną

Pojawia się pytanie – czy Waszyngton postawi na oddanie PiS-owi pełni władzy, czy też będzie chciał zachować na wszelki wypadek „pakiet kontrolny” w postaci zmuszenia PiS do utworzenia rządu mniejszościowego, bądź jakiejś niewygodnej koalicji? Z amerykańskiego punktu widzenia istnieje ryzyko, że uzyskanie absolutnej większości przez obóz patriotyczny może skutkować urwaniem się Polski ze smyczy i prowadzeniem samodzielnej polityki, to zaś Wujowi Samowi jest potrzebne jak dziura w moście. Jak niedawno stwierdził Jerzy Targalski w rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL – Amerykanie uwielbiają przewerbowaną agenturę. Zbyt samodzielny sojusznik to zbędny kłopot.

I w tym momencie dochodzimy do sedna – 25 października warto spłatać naszemu „strategicznemu sojusznikowi” figla i dać PiS-owi (przy wszystkich jego wadach) samodzielną większość. Tylko w ten sposób możemy mieć szansę na realne wyemancypowanie się spod wpływów różnych handlujących nami „patronów”. Trzeba mieć bowiem świadomość, że obecny układ i stojąca za nim część bezpieki nie poddadzą się bez walki. Zaraz po wyborach rozpocznie się wojna. Tak, tak – prawdziwa wojna dopiero przed nami. Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą. I dlatego warto na tę wojnę wyposażyć naszą polityczną armię w jak największą liczbę szabel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Kolej na Ewę

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Opuścić Eurokołchoz

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

czwartek, 3 września 2015

Polacy na podsłuchu

Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie.

Co by nie mówić, Polska pod rządami PO ma jednak swe niezaprzeczalne osiągnięcia, ba – w niektórych obszarach jesteśmy wręcz europejskim liderem. Tak jest chociażby z inwigilacją obywateli przez licznie rozmnożone u nas „policje tajne, widne i dwupłciowe”. Już w 2011 roku Naczelna Rada Adwokacka alarmowała w swym raporcie, iż Polacy są najbardziej „prześwietlanym” przez służby społeczeństwem w Unii Europejskiej. W szczególności chodzi o dostęp do naszych danych telekomunikacyjnych. Oprócz klasycznych podsłuchów, kontrola służb obejmuje także SMS-y, bilingi, dane o logowaniu telefonów komórkowych do sieci itd. Przykładowo, w 2010 roku służby występowały o nasze dane telekomunikacyjne aż 1,3 mln razy, co jest absolutnym europejskim rekordem. Co ciekawe, informacje te udostępniła adwokaturze Komisja Europejska, bo nasza bezpieka odmówiła podania danych. Teoretycznie, uprawnienia służb powinny dotyczyć najcięższej przestępczości, w praktyce jednak, w ramach tzw. „kontroli operacyjnej” metody inwigilacyjne są stosowane często prewencyjnie i bez jakiegokolwiek nadzoru. Dotyczy to również zawodów, w których poufność odgrywa szczególną rolę – np. adwokatów, bądź lekarzy.

Warto dodać, że o ile w innych krajach tzw. retencja, czyli przetrzymywanie danych o połączeniach wynosi 6 miesięcy, to w Polsce operatorzy mają obowiązek przechowywać dane przez 2 lata. Przez jaki czas trzymają je służby tak naprawdę nie wiadomo, gdyż nie obejmuje ich pod tym względem żaden zewnętrzny nadzór – tzn. niby mają obowiązek dostarczać UKE informacje na temat zgłaszanych zapytań o dane retencyjne, ale taka SKW notorycznie się uchyla.. i nic. Podobnie jak nie sposób sprawdzić, do czego organy wykorzystały pozyskane informacje i czy je zniszczyły. Co więcej, katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja jest – w przeciwieństwie do innych krajów – otwarty i może dotyczyć wszystkich abonentów, niezależnie od tego, czy są podejrzani o popełnienie jakiegokolwiek czynu zabronionego. Czyli mamy wolną amerykankę, tym bardziej, że służb uprawnionych do pozyskiwania naszych danych telekomunikacyjnych jest łącznie dziesięć. O skali i trendzie tego procederu mogą świadczyć informacje pozyskane przez Fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej, wedle których w 2014 uprawnione organy (służby, sądy i prokuratury) złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne. Porównajmy to sobie z 1,3 mln w 2010...

W 2011 Rzecznik Praw Obywatelskich złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek (wsparty następnie przez Prokuratora Generalnego) dotyczący m.in. określenia katalogu informacji zbieranych za pomocą środków technicznych w działaniach operacyjnych oraz zasad niszczenia pozyskanych danych. Trybunał wypowiedział się w tej kwestii w orzeczeniu z lipca 2014, kiedy to uznał za niezgodne z Konstytucją szereg przepisów ustaw regulujących działanie Policji, Straży Granicznej, Kontroli Skarbowej, Żandarmerii Wojskowej, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Celnej i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania materiałów telekomunikacyjnych, stworzenie transparentnej procedury ich niszczenia oraz sformułowanie zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których służby mogłyby występować do operatorów po dane abonentów. Na uchwalenie nowych przepisów Trybunał dał termin 18 miesięcy.

No i niedawno doczekaliśmy się – Senat wyprodukował stosowny projekt, który... nie rozwiązuje żadnego z problemów. Na senackim projekcie suchej nitki nie zostawiło Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe i Sąd Najwyższy, za to entuzjastycznie przyjęło go do dalszych prac MSW. Przykładowo, o wykorzystaniu w postępowaniu karnym danych dotyczących tajemnicy zawodowej (np. adwokackiej, lekarskiej), lub objętych zakazem dowodowym ma na wniosek prokuratora decydować sąd, co prowadzi do osłabienia ochrony tajemnicy zawodowej. Co do kontroli pozyskiwanych danych – przewiduje się jedynie kontrolę następczą. Oznacza to, że służby nie będą musiały pytać sądu o zgodę, a jedynie co pół roku wysyłać zbiorcze sprawozdania, które sąd będzie mógł wyrywkowo sprawdzić. Katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja z sięgnięciem po dane teleinformatyczne został natomiast ujęty tak szeroko, że nie ma żadnej różnicy w porównaniu ze stanem dotychczasowym.

Krótko mówiąc – wiele musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie, co idealnie wpisuje się w konsekwentnie realizowany przez PO scenariusz pełzającego zamordyzmu. Na zakończenie refleksja – o tym, kto realnie rządzi Polską i skali zinfiltrowania przez służby „klasy politycznej” świadczą właśnie takie kwiatki, kiedy to senatorowie piszą prawo pod ewidentne dyktando bezpieki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (28.08-03.09.2015)

czwartek, 23 lipca 2015

Pod-Grzybki 12

Ewa Kopacz wypuściła spot wyborczy na którym psiapsiółki z Szydłowca wspominają z rozrzewnieniem jaka to z niej była dobra kobita i generalnie najwyraźniej bardzo żałują, że teraz jest tam gdzie jest. Ulżyjmy tej żałości – pani Ewa faktycznie na stanowisku premiera się zwyczajnie marnuje. Pozwólmy jesienią wrócić jej do Szydłowca, koleżanek i wyuczonego zawodu – nawet jeśli pani minister Piotrowska będzie z tego powodu ciut zazdrosna. Ale nic to – jeśli kocha, to wybaczy.

*

Nie ustają dociekania, po co służby odpaliły aferę podsłuchową. Mam pewną hipotezę. Otóż nadzór nad bezpieką sprawuje wspomniana wyżej minister Piotrowska – w cywilu katechetka. Jest więc to nadzór, nazwijmy to, spirytualny. Zapewne na którejś z ministerialnych odpraw pani Piotrowska rzuciła coś w stylu „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” i bezpieka nieoczekiwanie wzięła sobie tę biblijną maksymę do serca. To ci dopiero ewangelizacja!

*

Jak tu nie zgodzić się z Michalkiewiczem, że najweselszy w „Wyborczej” jest dział religijny? Właśnie przeczytałem uroczy reportaż o byłym pastorze, którzy w amerykańskim „Pasie Biblijnym” założył kościół dla ateistów – Kaplica Misji Wspólnoty. Cóż, „Bible Belt” ma swoją specyfikę i nawet ateizm musi mieć tam formę quasi-religijną, co zresztą jest poniekąd logiczne – wszak jest to żarliwa wiara w nieistnienie Boga. Najlepsze jest jednak w jaki sposób ów pastor przeszedł na ateizm. Otóż ukazał mu się Bóg i powiedział: „nie istnieję”. Od tej pory były zielonoświątkowiec stal się duszpasterzem ateistycznym. No proszę, to całkiem jak świeccy księża z „Tygodnika Powszechnego” i „Wyborczej”. Kiedy Bartoś, Lemański, Obirek i inni nie będą wiedzieli co ze sobą zrobić, to ścieżka dalszej kariery właśnie została przed nimi nakreślona.

*

Kanclerzyca Angela Merkel poskromiła zbuntowaną prowincję Cesarstwa – Helladę. Wprawdzie premier Tsipras urządził referendalny cyrk, odgrażał się jak to nie odda Niemcom nawet guzika od marynarki i ogólnie pajacował, ale wystarczyło małe tete-a-tete z kanclerzycą Merkel i Tuskiem w charakterze przyzwoitki, by oddał nie tylko guziki, ale i ostatnie kalesony. Mam tu dwa morały. Po pierwsze, tak się skutecznie buduje IV Rzeszę, czego nie rozumiał ten idiota Hitler i dlatego „musiał odejść” niczym Balcerowicz, a po drugie – każdy naród ma takiego Orbana na jakiego sobie zasłużył.

*

Pozostając przy Niemcach i „Wyborczej” - oto organ czerskich przy okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem objawił nam ileż to cywilizacyjnych dobrodziejstw zawdzięcza Polska Krzyżakom, z postawą wyprostowaną i przeciwstawnym kciukiem włącznie. Do tego oznajmiono nam, iż „według najnowszych badań” tzw. przywilej kruszwicki Konrada Mazowieckiego (fałszywka, którą Zakon uzasadniał swe pretensje terytorialne) to jednak autentyk. No i proszę – któż śmie twierdzić, że „Wyborcza” jest wrogiem polityki historycznej? Oczywiście, pod warunkiem, iż jest to jedynie słuszna, postępowa i prawdziwie europejska polityka niemiecka.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (22-28.07.2015)