Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Szydłowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Szydłowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 grudnia 2017

„Turbosłowianizm” jako operacja socjotechniczna

Pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.


I. Ariozofia z Łubianki

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego numeru „PN” będę dziś kontynuował wątek mitu „Imperium Lechitów” i „turbosłowianizmu” - tyle, że już nie w kontekście odkłamywania historycznych bredni, ale zupełnie współczesnym. Otóż stawiam tezę, że teoria „Wielkiej Lechii” została nam celowo podrzucona, by „rozprowadzić” i skłócić polskie środowiska patriotyczne, nade wszystko zaś, by poderwać zaufanie do naszej cywilizacyjno-kulturowej spuścizny nierozerwalnie związanej z katolicyzmem. Staję tu po stronie Stanisława Michalkiewicza, który „Wielką Lechię” nazwał dosadnie „ubeckimi rzygowinami” - z zastrzeżeniem, że ja dopatrywałbym się inspiracji nie tyle wśród rodzimych ubeków, ile u ich mistrzów i mocodawców z Łubianki. Mamy zatem operację socjotechniczną, którą możemy obserwować w czasie rzeczywistym, zaś różne poszlaki zebrane razem składają się na charakterystyczny „odcisk palca”.

Podbudowy ideologicznej „turbosłowianizmu”, jak zauważył historyk Roman Żuchowicz w rozmowie z portalem jagiellonski24.pl, należy szukać w niemieckiej „ariozofii”. Ten ezoteryczny, tudzież teozoficzno-volkistowski nurt, stworzony na początku XX w. przez austriackiego okultystę Guido von Lista, głosił wyższość Ariów jako wojowniczej i najbardziej rozwiniętej duchowo rasy nad innymi narodami (oczywiście, w ujęciu Lista potomkami Ariów mieli być Niemcy). W miejsce zdobyczy cywilizacyjnych, jako tworów rzekomo „semickich”, postulował powrót do natury. Co istotne, ariozofia została twórczo zaimplementowana na gruncie rosyjskim, ciesząc się szczególną popularnością w okresie zamętu podczas rozpadu ZSRR - z tym, że oczywiście jej rosyjscy zwolennicy utożsamili Ariów ze Słowianami. W ten oto sposób otrzymaliśmy receptę na „turbosłowianizm”, co postanowili zaadaptować do naszych warunków panowie Szydłowski z Bieszkiem, tworząc antyzachodni mit „Wielkiej Lechii”.

Należy zauważyć, że w realiach rosyjskich taka kompensacja miała walor pozytywny i podtrzymujący morale, na zasadzie - teraz wprawdzie przeżywamy „smutę” i upokorzenie wywołane rozpadem imperium, ale jesteśmy dumnymi „Ariami” i jeszcze wszystkim pokażemy. Jednak w warunkach polskich podobna mitologia ma jednoznacznie destrukcyjny charakter, stanowiąc czytelną próbę odcięcia nas od cywilizacji łacińskiej na rzecz jakoby rdzennie słowiańskiej mistyki i różnych historyczno-duchowych fantazmatów. Nie bez przyczyny opowieść o „Lechitach” przyjęły z entuzjazmem środowiska „rodzimowiercze”, głoszące powrót do „korzeni” i walkę z „watykańską okupacją”, podobnie jak część prorosyjskich (i antysemickich, bo to często idzie w parze) grup narodowych. Dla innych z kolei „Imperium Lechitów” jest kuszącym „cukierkiem”, kompensującym poczucie historycznej krzywdy, przekierowując przy okazji energię i patriotyczne instynkty w koleiny walki o powrót na łono „wielkiej, słowiańskiej rodziny”. Ciekawe tylko, jak by się dogadali z Rosjanami co do tego, kto w tej „rodzinie” ma dzierżyć prymat?


II. „Wielka Lechia” – czyli od panslawizmu do Dugina

Otrzymujemy zatem przystosowaną do współczesności nową odsłonę panslawizmu – carskiej, imperialnej doktryny głoszącej jedność Słowian pod rosyjskim przywództwem. W tej optyce, Polacy przyjmując katolicyzm i kierując się ku Zachodowi pozostawali „zdrajcami”. Jeżeli spojrzeć na „Wielką Lechię” od tej strony, to widzimy, że daje ona nam perspektywę „nawrócenia” - zrzucając jarzmo „watykańskiej okupacji” i odwracając się od Zachodu, który zdradziecko zniszczył nasze „imperium”, otwieramy sobie drogę do powrotu i odbudowy dawnej świetności słowiańszczyzny. Wiem, jak to brzmi, ale takie są właśnie logiczne konsekwencje fundowanej nam lechickiej mitologii, jeśli potraktować ją w kategoriach doktryny politycznej.

Rozwijając powyższe - w naturalny sposób zatem wrogiem numer jeden staje się tu katolicyzm oraz związane z nim zaplecze kulturowe i cywilizacyjne. Wrogiem nie jest natomiast rosyjskie prawosławie, ponieważ poprzez tradycję wprzęgnięcia Cerkwi w machinę władzy dokonała się w nim na przestrzeni dziejów de facto podmiana przedmiotu czci – formalnie mówi się wciąż o Bogu, ale tak naprawdę obiektem kultu staje się „święta Ruś”, mająca objąć swymi skrzydłami całą słowiańszczyznę. A zatem rosyjskie prawosławie ma w istocie charakter pogański, co trafnie odczytał współczesny rosyjski ideolog „eurazjatyzmu”, Aleksander Dugin. A teraz wróćmy do „Wielkiej Lechii”, która rzekomo obejmowała właśnie obszar Eurazji – i wszystko zaczyna do siebie pasować. Dodajmy, że obsesyjnie nienawidzący katolicyzmu Dugin przewiduje łaskawie dla Polaków miejsce w rosyjskiej eurazji, pod warunkiem wyrzeczenia się naszej religii – inaczej będziemy zniszczeni. Podsumowując ten watek, pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.

Jeżeli nawet „Wielka Lechia” nie zainfekuje umysłów większości Polaków (póki co, na szczęście się na to nie zanosi), to może skutecznie, poprzez swoje odwołujące się do „dawnej świetności” kuszące opakowanie wprowadzić zamęt wśród najbardziej patriotycznej części opinii publicznej, co z rosyjskiego punktu widzenia również jest gratką nie do pogardzenia. I ten cel jest realizowany na naszych oczach – wystarczy zajrzeć do internetu, gdzie temperatura sporów przekracza wszelkie rozsądne rejestry. Warto tu przypomnieć „Sztukę Wojny” Sun Tzu, będącą lekturą obowiązkową dla adeptów rosyjskich służb – wśród zasad chińskiego mędrca mamy m.in. takie: „dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika”; „zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju”; „ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników”. „Wielka Lechia” wraz ze swą otoczką spełnia przytoczone przykazania z naddatkiem, siejąc nieufność do naszej tradycji, religii i historii.

Zgodnie z zasadą działalności służb jako „gabinetu luster” w którym sygnał docierający do finalnego odbiorcy stanowi któreś z kolei odbicie kamuflujące rzeczywistego nadawcę, również i tutaj lechicki mit nie przyszedł do nas bezpośrednio z Moskwy – taka ostentacja wzbudziłaby u wielu odruch podejrzliwości. Intoksykacja odbyła się nie wprost, lecz za pośrednictwem różnych „mędrców internetu”, wywołując przez to wrażenie, że jest efektem samodzielnych poszukiwań domorosłych „badaczy”. W efekcie nie sposób dociec, którzy z nich są zadaniowanymi agentami urabiającymi opinię, a którzy naiwnymi entuzjastami – czy np. Paweł Szydłowski z Kanady głosi swoje toksyczne brednie bo takie ma zadanie, czy też został dyskretnie przez kogoś naprowadzony, tak by wydawało mu się, że sam dokonał wiekopomnego odkrycia? Warto też przypomnieć, że książki Janusza Bieszka wydaje „Bellona” - dawne wojskowe wydawnictwo sprywatyzowane z udziałem PRL-owskich trepów wysokiego szczebla.


III. Literacki potencjał Słowiańszczyzny

Na zakończenie pozwolę sobie na odrobinę przekory. Otóż jako miłośnik szeroko rozumianej fantastyki, w tym również fantasy, dostrzegam w micie „Wielkiej Lechii” niemały potencjał literacki – gdyby oczywiście oczyścić go z opisanych wyżej trujących miazmatów. Gdyby wziął się za to odpowiednio zdolny autor, moglibyśmy otrzymać „słowiański epos” może nawet na miarę „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Niestety, guru „turbosłowianizmu” porównywalnych talentów nie zdradzają, toteż póki co mamy jedynie toporne, psuedohistoryczne wypociny, do tego fatalnie napisane. Cóż, J.R.R. Tolkien był wybitnym naukowcem, językoznawcą, do tego gorliwym katolikiem – przekopując się żmudnie przez nordycką i celtycką mitologię, z których czerpał garściami przy tworzeniu fikcyjnego świata, jednocześnie filtrował je przez swój katolicyzm. W efekcie, „ochrzcił” w swym dziele pogańskie mity, niczym św. Patryk irlandzkie źródełka, a czytelnicy otrzymali porywającą, uniwersalną opowieść o walce dobra ze złem. Aż się prosi, by ktoś dysponujący odpowiednią wiedzą i warsztatem literackim skonstruował coś w rodzaju „słowiańskiego Śródziemia”.

Jest też pewna analogia – Tolkien uważał, że największym dziejowym nieszczęściem Anglii był podbój wyspy przez Wilhelma Zdobywcę i jego Normanów. Podobny „apokaliptyczny” wątek mamy w przypadku lechickiego imperium – z tym, że tu w roli czarnego charakteru zostali obsadzeni Niemcy i Watykan, co w tym drugim przypadku jest o tyle absurdalne, że Polska (ale też i Węgry) często była sprzymierzeńcem papiestwa w walce z hegemonistycznymi zapędami cesarstwa niemieckiego, a chrzest przyjęliśmy nie na skutek demonicznego spisku, lecz m.in. po to, by wytrącić z niemieckich rąk oręż propagandowy usprawiedliwiający podboje „walką z poganami”. Przełożyć to wszystko na język mitu, metafory – oto wyzwanie godne mistrza! Jest wszakże jeden warunek – Tolkien tworząc własne literackie uniwersum miał świadomość, że nie „odkrywa” zapomnianej historii, tylko tworzy swoistą legendę. I właśnie tego – umiejętności odróżniania faktów od fikcji należałoby życzyć potencjalnemu autorowi, a także... czytelnikom.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wielka Lechia, czyli protokoły mędrców internetu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43 (29.11-12.12.2017)

sobota, 4 listopada 2017

Wielka Lechia, czyli protokoły mędrców internetu

Nasza historia i dorobek dziejowy mówią same za siebie i doprawdy, nie potrzebujemy podpierać się fikcyjnymi, turbosłowiańskimi protezami.

I. Turbosłowianizm atakuje

Od kilku lat na dzikich polach internetu rozprzestrzenia się niczym pożar po suchym stepie teoria „Wielkiej Lechii” - sięgającego tysiące lat wstecz starożytnego „Imperium Lechitów” mającego rozciągać się od Renu po szerokie przestrzenie Eurazji. Koncepcja ta stała się mitem założycielskim tzw. „turbosłowian”, siejąc spustoszenie w rozemocjonowanych głowach. W telegraficznym skrócie – mamy być oto potomkami starożytnych Ariów-Słowian (Indo-Irańczyków), zwanych też Scytami bądź Sarmatami. Starożytni kronikarze mieli naszych przodków (tudzież też ich poszczególne odłamy) określać mianem Hunów, Wandalów, Gotów itd. Słowem – wszystko co na północ i północny wschód od Imperium Rzymskiego, Grecji czy Persji miało wchodzić w skład „Wielkiej Lechii”. Na ziemiach dzisiejszej Polski zamieszkiwaliśmy od 10 700 lat, o czym świadczyć ma obecność występującej w męskim chromosomie Y haplogrupy R1a1 (Y-DNA) odkrytej w najstarszych kopalnych szczątkach, a która przetrwała u 55 proc. współczesnych Polaków. Starożytni Lechici walczyli z Persami, Aleksandrem Macedońskim, Rzymianami, zaś echa tych starć oraz imiona ówczesnych lechickich władców przetrwały chociażby w kronice Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, Prokosza, wzmiankach przewijających się w dziełach historycznych od starożytności po czasy nowożytne, natomiast pozostałości językowe można znaleźć m.in. w wielu nazwach własnych i poszczególnych słowach rozsianych po różnych językach świata.

Nasze eurazjatyckie mocarstwo trwałoby zapewne w potędze i chwale po dziś dzień, gdyby nie straszliwy niemiecko-watykański spisek, którego zwieńczeniem było przyjęcie przez Mieszka I chrztu (w miejsce wyznawanego dotąd wedyjskiego arianizmu) i oddanie nas pod katolicką okupację trwającą aż do tej pory. Jednak dzięki poświęceniu i determinacji niezależnych badaczy, takich jak pan Paweł Szydłowski z Kanady czy Janusz Bieszk oraz licznych internautów, prawda o „Wielkiej Lechii” jest na nowo odkrywana, a Polakom zwracana jest historia ukradziona i skazana na zapomnienie przez Niemców i Watykan.


II. Protokoły mędrców internetu

Cóż, tego typu budowanie „narodowotwórczej” mitologii nie jest niczym nowym – dość przypomnieć Wergiliusza wywodzącego Rzymian od Trojan. Również w średniowiecznej Francji doszukiwano się trojańskich korzeni, zaś współcześni Macedończycy powołują się na dziedzictwo Aleksandra Wielkiego. Można by więc na „turbosłowianizm” machnąć ręką, jako na rodzaj „protokołów mędrców internetu”, jak określił lechickie fantasmagorie jeden z internetowych dyskutantów - gdyby nie jego destrukcyjny charakter, no i przede wszystkim zasięg, przez który robi sieczkę z mózgów kolejnym rzeszom odbiorców. Jakiś czas temu w komercyjnym potencjale „Wielkiej Lechii” zorientowało się uchodzące niegdyś za poważne wydawnictwo „Bellona” wydając dwie książki wspomnianego Janusza Bieszka: „Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna” i „Chrześcijańscy królowie Lechii. Polska średniowieczna”. Wcześniej „Bellona” wydała inną pozycję tegoż autora pt. „Cywilizacje kosmiczne na Ziemi”, a zupełnie już niedawno opatrzoną jego wstępem „Kronikę słowiańsko-sarmacką” Prokosza.

Z kolei odpór „turbosłowianizmowi” dało czasopismo „Magna Polonia”, w internecie natomiast fałsze i manipulacje związane z „Imperium Lechitów” demaskowane są m.in. na stronach „Sigillum Authenticum” Artura Wójcika, „piroman.org.pl” doktoranta Instytutu Historycznego UW Romana Żuchowicza (przygotowuje książkową odpowiedź na „Wielką Lechię”), jest także blog „mitologiawspółczesna.org” semiotyka kultury dr hab. Marcina Napiórkowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego – z których czerpię w niniejszym artykule.


III. Turbosłowiańska „metodologia”

Odkłamanie przeinaczeń związanych z „Imperium Lechitów” wymagałoby opasłej księgi, tu więc jedynie przybliżę kilka „kwiatków”, by dać czytelnikom ogólny obraz metody manipulacyjnej stosowanej przez wyznawców „turbosłowianizmu”. Ogólnie rzecz biorąc, manipulacja sprowadza się do arbitralnego odrzucenia wszystkiego, co stoi w sprzeczności z założoną z góry tezą o „Wielkiej Lechii” (w tym całej oficjalnej historiografii, jako pisanej pod dyktando okupantów) i bezkrytycznego stosunku do rozmaitych „odkryć” mających ową tezę potwierdzać. Jest to zaprzeczenie naukowej metodologii nakazującej krytyczną analizę źródeł – zresztą, akademicki warsztat badawczy jest również gniewnie odrzucany przez „turbosłowian” jako służący zakłamywaniu „prawdziwej” historii.

Świętym Graalem „lechitów” jest wspomniana już tzw. „Kronika Prokosza”, będąca u Bieszka osią narracyjną dziejów „Wielkiej Lechii”. Jest to XVIII-wieczny apokryf przypisywany Prohorowi - pierwszemu krakowskiemu biskupowi z X w. Odnaleziony został rzekomo na straganie żydowskiego kupca przez gen. Franciszka Morawskiego i doczekał się wydania w 1825 r. Fałszerstwo obnażył Joachim Lelewel wskazując jako prawdziwego autora Przybysława Dyamentowskiego (1694-1774) - zawodowego fałszerza genealogii oraz innych dokumentów historycznych na zlecenie możnych rodów. Chyba nie trzeba dodawać, że Bieszk i „turbosłowianie” z miejsca uznali Lelewela za „niemieckiego agenta” wysługującego się zaborcom, wytykając pruskie korzenie jego rodziny. Autentyczność „Kroniki Prokosza” jest dla „turbosłowian” dogmatem – i nic dziwnego, bo bez tego cała teoria z miejsca by się posypała.

Kolejna rzecz to bezkrytyczny stosunek do bojów starożytnych Słowian z Aleksandrem Macedońskim i Juliuszem Cezarem opisywanych przez Wincentego Kadłubka – z kompletnym pominięciem „ducha czasów” i mentalności ludzi średniowiecza, dla których podobne legendarne opisy stanowiły sposób „uszlachetnienia” historii (pisałem wyżej o wywodzeniu przez średniowiecznych Francuzów swego rodowodu od Trojan). Nie – Kadłubka należy odczytywać literalnie i basta. Swoją drogą, dla „turbosłowian” z jednej strony wrogiem numer jeden jest Kościół Katolicki, który rzekomo miał niszczyć i utajniać dowody starożytnej historii Lechitów, lecz zarazem jako niepodważalny autorytet traktują katolickiego biskupa i to jeszcze błogosławionego! Podobnie sprawa się ma z biskupem Prokoszem-Prohorem. Czyli Kościół tak „utajniał” lechickie dzieje, że aż je opisywał. Ale cóż, logika nie jest mocną stroną tak Bieszka, jak i jego wyznawców.

Następnym zabiegiem stosowanym przez „turbosłowian” jest wyszukiwanie w różnych językach słów chociaż trochę podobnych do „Lech” i „Lechia” i traktowanie tego jako dowodu na szerokie kontakty starożytnych Lechitów z innymi ludami. Cóż, podobieństwo słów, nawet w pokrewnych językach, może być mylące – powiedzcie Czechowi „zachód”, albo „szukać” - i tyle jest właśnie warta lingwistyczna metodologia „lechitów”.

Inny cymesik – w internecie krąży anglojęzyczna mapa przedstawiająca zasięg cesarstwa wschodniorzymskiego w VI w. z naniesionym „Imperium Lechitów”. Skąd ona? Ano, ktoś wziął stronę ze współczesnego atlasu historycznego i w programie graficznym namalował na niej „Wielką Lechię” w miejsce plemion słowiańskich, Awarów itp.

No i wreszcie słynna haplogrupa R1a1 – w uproszczeniu, jest to haplogrupa wspólna dla ludów indoeuropejskich, pojawiła się gdzieś na stepach Eurazji 15 tys. lat temu – i tyle. Jej obecność w kopalnym DNA oznacza jedynie, że ludy te zamieszkiwały na danym terenie w przeszłości, nie mówi natomiast nic o ich kulturze, języku, tożsamości itd. R1a1 występuje również u Kirgizów (63 proc.) - czy to oznacza, że istniała „Wielka Kirgizja”? Albo, że Kirgizowie to „Lechici”? Poza tym, nie wiemy nic o genotypie mieszkających tutaj ludów praktykujących pochówki ciałopalne, bo ich DNA się nie zachowało.


IV. Destrukcyjny mit

W internetowych dyskusjach argumenty w rodzaju przedstawionych powyżej spotykają się z miejsca z atakiem i wrzaskiem o „niemieckiej”, „watykańskiej” i „żydowskiej” agenturze, która chce Polakom wmówić, że przed chrztem „siedzieli na drzewach”. Oczywiście, nikt przytomny tak nie twierdzi – powstawały na naszych ziemiach pierwsze formy państwowości, budowano grody (opisane w „Geografie Bawarskim”), słowiańskie plemiona jednoczyły się na różne sposoby (chociażby Związek Wielecki) oraz, ma się rozumieć, istniało kształtujące się państwo polskie, dla którego chrzest nie był ani początkiem, ani „okupacją”, lecz milowym krokiem, który pchnął nasz rozwój na nowe tory. Nawiasem – dziwnym trafem „turbosłowianie” nie czepiają się prawosławia i chrztu przyjętego z Bizancjum przez Ruś Kijowską. Przeszkadza im tylko katolicyzm.

Podsumowując, mit „Wielkiej Lechii” ma charakter destrukcyjny, podważając tak naprawdę dumę z naszej historii – bo cóż jest ona warta, skoro „utraciliśmy” dawne „imperium”? „Turbosłowianizm” godzi również w naszą cywilizacyjną, związaną z katolicyzmem tożsamość, dając w zamian jakieś neopogańskie fantazmaty. Tymczasem nasza historia i dorobek dziejowy mówią same za siebie i doprawdy, nie potrzebujemy podpierać się fikcyjnymi, „neo-lechickimi” protezami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (01-14.11.2017)