Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Winnicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Winnicki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

Medialny „wunderwaffel”

Czy reporter TVN „przeniknął” do struktur „DiN” na chybił-trafił, w nadziei że coś znajdzie, czy przeciwnie – otrzymał od kogoś precyzyjne instrukcje, gdzie szukać?

I. Psycho-fani „Allo, allo”

A więc mamy kolejny medialny „shitstorm” wokół „polskiego nazizmu”. Powodem stała się groteskowa imprezka kilku kretynów z kuriozalnym torcikiem przyozdobionym „wunderwaffelkami” ułożonymi w kształt swastyki – plus urodzinowy toast „za Hitlera i naszą ojczyznę, ukochaną Polskę”. Wszystko wyglądało jak kolejny odcinek „Allo, allo” z udziałem czeredki domorosłych herr Flicków z Gestapo, brakowało tylko „Upadłej Madonny” z... wiadomo czym, pędzla van Klompa. Jak słusznie zauważył poseł Robert Winnicki, całość tej żenady nadaje się tyleż do prokuratury, co do psychiatry – skoro w pensjonatach bez klamek przechowuje się zastępy Napoleonów, to nic nie stoi na przeszkodzie, by ubogacić polską psychiatrię herr Flickami i generałami von Klinkerhoffenami. Tutaj warto nadmienić, że ów fan-klub miłośników brytyjskiego sitcomu zgrupowany wokół prezesa organizacji „Duma i Nowoczesność” stanowił swoistą konspirację o której wiedziała jedynie wąska grupa wtajemniczonych członków – w tym, jak wynika z materiału TVN, jakieś dziewczyny grające najwyraźniej na zmianę rolę Helgi – co dodatkowo pogłębia absurd sytuacji.

No, ale to wszystko nie przeszkodziło w rozpętaniu histerii na tle „neofaszyzmu”, który tradycyjnie podczepiono pod Ruch Narodowy – tym razem pod pretekstem, że członkiem „Dumy i Nowoczesności” jest asystent Roberta Winnickiego, Jacek Lanuszny. Lanuszny wprawdzie urodzin Hitlera nie świętował, nie przebierał się w mundurki i podobnie jak większość członków stowarzyszenia nie wiedział o „serialowych” fascynacjach prezesa „DiN” i grupki jego akolitów – ale skoro padł rozkaz, by tropić „nazistów”, to wytropiono – tym bardziej, że wyczerpało się medialne paliwo z „kukłą Żyda” i transparentami z Marszu Niepodległości.


II. Dlaczego teraz?

W tym miejscu pokuszę się o małe proroctwo – przypuszczalnie tego rodzaju medialnych „wunderwaffelków” drugiej świeżości jest więcej i będą systematycznie odpalane, bo najwyraźniej takie jest zapotrzebowanie – nie tylko krajowe. Mamy tu bowiem wspólnotę interesów – na rynku krajowym, po dobrze przyjętej (przynajmniej sondażowo) rekonstrukcji rządu i złagodzeniu wizerunku, „totalnej opozycji” zaczął się na serio palić grunt pod nogami i może jedynie liczyć, że PiS-owi uda się przykleić łatkę partii „tolerującej” i „wspierającej po cichu” faszystowską ekstremę, oraz kreującej „atmosferę” przyzwolenia i bezkarności dla „nacjonalizmu”. Zapewne w miarę zbliżania się wyborów samorządowych coraz częściej będziemy bombardowani newsami, że ktoś gdzieś kogoś pobił, opluł, wysmarował coś na murze, albo chociaż „nienawistnie patrzył”. Na podobnej zasadzie szarganie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej jest na rękę różnym ośrodkom zagranicznym – począwszy od Berlina i Brukseli, a skończywszy na amerykańskich środowiskach żydowskich przepychających właśnie słynną już „ustawę 447” dotyczącą wielomiliardowych roszczeń majątkowych. Prezentowanie naszego kraju jako miejsca w którym wzbiera „brunatna fala” ma na celu rozmiękczenie nas, byśmy za bardzo nie przeciwstawiali się różnym uroszczeniom – czy to w sprawie przyjmowania nachodźców, czy „restytucji mienia”, czy czegokolwiek, co tam akurat będą chcieli od nas wydębić.

Pokazani w materiale TVN psycho-fani „Allo, allo” swoją imprezkę urządzili w maju ub.r., z kolei festiwal „Orle Gniazdo”, którego fragmenty również znalazły się w „Sperwizjerze”, odbył się w lipcu – a zatem film przeleżał sobie na półce pół roku, zanim ktoś zadecydował o jego emisji. Dlaczego właśnie teraz? Prócz wspomnianego już wyczerpania się paliwa z poprzednich „skandali”, odcięciu tlenu opozycji po rekonstrukcji rządu czy „ustawy 447”, warto zwrócić uwagę na wizytę amerykańskiego sekretarza stanu Rexa Tillersona, a także niedawne rozmowy ministra Jacka Czaputowicza w Berlinie.


III. „Totalni” złożeni na ołtarzu odprężenia

Zwłaszcza nad tym ostatnim warto się na chwilę zatrzymać. Otóż, jeśli wierzyć tamtejszej prasie, nowy, pojednawczy ton obecnego szefa MSZ został przywitany w Niemczech ze zbiorowym westchnieniem ulgi. Pozostawiając na boku kwestię, czy złagodzenie retoryki (np. w sprawie reparacji) jest jedynie zabiegiem taktycznym, czy przygotowaniem do głębszych ustępstw, to komentarze wokół wizyty były nad podziw przychylne. Widać wyraźnie, że dotychczasowe napięte relacje z Polską uwierały Berlin mocniej, niż był skłonny oficjalnie przyznać. A to z kolei oznacza, że odprężenie we wzajemnych stosunkach może być dla „totalnej opozycji” ciosem w plecy – bo skoro Niemcy zaczną się dogadywać z polskim rządem i potraktują go z właściwym sobie realizmem nie jako chwilową anomalię, lecz jako stały element politycznej układanki w Europie – to odstawią, przynajmniej na razie, swoich skompromitowanych i żałośnie nieskutecznych wasali z PO do kąta. Taka wizja mogła nielicho wystraszyć obóz beneficjentów III RP, dlatego też jego medialni funkcjonariusze postanowili przypomnieć swoim zagranicznym patronom o szalejącym rzekomo w Polsce „nazizmie”. Ten trop potwierdzałby rozpaczliwy wywiad „Wirtualnej Polski” z niemiecką studentką (!) w którym dziennikarz dopytuje się, czy obrazki z TVN już pojawiły się w niemieckich mediach.

A tymczasem – zonk! Przynajmniej w momencie, gdy piszę te słowa, w Niemczech panuje głucha cisza. Ktoś najwyraźniej zaciągnął hamulec, stwierdzając, że w momencie gdy na horyzoncie rysuje się ocieplenie relacji, to nie ma sensu niepotrzebnie antagonizować się z Warszawą. Jest to tym bardziej znamienne, gdy przypomnimy sobie reakcje po Marszu Niepodległości – i zapewne „totalne media” liczyły na podobny odzew również i teraz. Póki co, na szczęście się przeliczyły, czemu pomogła zapewne zdecydowana reakcja polskich władz. Tym razem więc medialny „wunderwaffel” spalił na panewce.


IV. Czym jest „Duma i Nowoczesność”?

Osobną kwestią nad którą warto się pochylić jest sama „Duma i Nowoczesność”. Jak już wiadomo, status „organizacji pożytku publicznego” otrzymała w 2014 r. - za rządów PO, kiedy szefem MSWiA był Bartłomiej „idziemy po was” Sienkiewicz. Swojego czasu ABW wszczęła przeciw działaczom „DiN” śledztwo, podejrzewając ich o przygotowania do zamachu bombowego, funkcjonariusze przeszukali nawet mieszkania podejrzanych – bez efektu. Cóż, gdyby to było w Niemczech, to podejrzewałbym, że stowarzyszenie zostało wręcz założone bądź zainspirowane przez oficerów służb lub ich konfidentów, żeby trzymać wariatów pod kontrolą. Warto przypomnieć o skandalu wokół otwarcie nazistowskiej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), będącej w prostej linii spadkobierczynią działającej do 1964 r. Niemieckiej Partii Rzeszy (DRP), która z kolei była bezpośrednią następczynią hitlerowskiej NSDAP. W 2003 r. podczas rozprawy delegalizacyjnej przed Federalnym Trybunałem Konstytucyjnym, wyszło na jaw, że władze NPD były zinfiltrowane do tego stopnia przez funkcjonariuszy BND oraz ich agenturę, że, jak to ujął sąd – nie sposób było odróżnić, co było działalnością partii, a co wywiadu. W związku z tym... NPD pozostała legalna i spokojnie działa do tej pory, podobnie jak inne neonazistowskie ugrupowania, korzystające z gwarantowanej niemieckim prawem „wolności słowa”. U nas z podobnym mechanizmem mieliśmy do czynienia w przypadku słynnego „brunobombera”, inspirowanego przez funkcjonariuszy ABW.

Sądzę więc, że zasadnym będzie tu powtórzenie pytania, które poseł Robert Winnicki skierował do wicepremiera Glińskiego po tym, jak wiceminister kultury Magdalena Gawin nawoływała do delegalizacji ONR podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce”: czy polskie służby wciąż stosują działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym? Od siebie dodam – co tak naprawdę zobaczyliśmy w TVN? Groźnych „nazistów”, czy „ustawkę” w rodzaju spalenia „ruskiej budki”? I czy reporter stacji „przeniknął” do struktur „DiN” na chybił-trafił, w nadziei że coś znajdzie, czy przeciwnie – otrzymał od kogoś precyzyjne instrukcje, gdzie szukać?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (26.01-01.02.2018)


czwartek, 9 czerwca 2016

Pod-Grzybki 51

Na Warszawskich Targach Książki pojawił się komunistyczny szpicel Tomasz Turowski – i zamiast wesoło dyndać na jakiejś suchej gałęzi, najspokojniej w świecie podpisywał swoje książki. Przegonili go dopiero Piotr Jegliński z Adamem Borowskim. Doprawdy, rację miał Franc Fiszer mówiąc, że nie będzie w Polsce porządku, dopóki nie rozstrzela się 20 tysięcy łajdaków – i nawet nie trzeba będzie dobierać z uczciwych. Ta anegdotka kursuje zresztą w różnych wersjach dotyczących liczby łajdaków do rozstrzelania – miało być ich wedle niektórych nawet 700 tysięcy. Moje pytanie do Państwa na dziś: ilu łajdaków należy rozstrzelać, by wreszcie zapanował w Polsce porządek?

*

Wstępnie wyniki wyborów prezydenckich w Austrii wskazują na zwycięstwo „prawicowo-populistycznego” kandydata „dobrej zmiany” - jak nie omieszkał czujnie podkreślić portal „Wyborczej” przedstawiając Norberta Hofera. Polityk ten jest m.in. przeciwnikiem przyjmowania „uchodźców”, co świadczy, że po amoku rzucania się przybyszom na szyje i wręczania im maskotek, Austriacy pomału dochodzą do przytomności, bo od tych czułości z „uchodźcami” już ich d... boli. Swoją drogą, czy można się dziwić, że migranci pragnęli się odwdzięczyć za pomocą tzw. „macanek”? W każdym razie, muzułmańscy „macanci” najwyraźniej już się przejedli, a my czekamy na marsze KOD, sabat czarownic w Parlamencie Europejskim i „kontrolę praworządności”.

*

Przy okazji, ciekaw jestem, jak w tym roku, w radykalnie zmienionych warunkach społecznych, będą wyglądały austriackie i niemieckie gej-parady (pytanie na czasie, bo właśnie zaczyna się sezon). Warto tu zaznaczyć, że np. w plemionach beduińskich homoseksualizm i zoofilia są zjawiskami dość powszechnie tolerowanymi (grupa facetów tygodniami na pustyni, sam na sam z długorzęsymi wielbłądami i te sprawy). To dopiero macanci będą mieli używanie!

*

Sejm w odpowiedzi na ultimatum brukselskich euro-pajaców przyjął uchwałę o obronie suwerenności – i wtedy rozległo się potępieńcze wycie Targowicy. I właśnie to wycie na dźwięk słowa „suwerenność”, jako żywo przypominające konwulsje egzorcyzmowanych szatanów, mówi o naszych targowiczątkach więcej niż całe sterty uczonych socjologicznych i politologicznych analiz.

*

Nie tak dawno temu pisałem, że narodowcy, którzy wypięli się na Roberta Winnickiego i nie wystąpili z klubu Kukiz'15, motywując to zamiarami tworzenia „nowego, poważnego środowiska narodowego”, szykują po prostu własną kanapę mającą im zapewnić „jedynki” na listach w kolejnych wyborach. I proszę, potwierdziło się: właśnie powołano do życia z błogosławieństwem samego Kukiza stowarzyszenie „Endecja” - czyli narodową klubokawiarnię w ramach „kukizowców” z Ziemkiewiczem jako ideowym guru i Jakubiakiem w roli sponsora. Ech, panie Robercie – po co było być takim zasadniczym? Też by się Pan załapał, a teraz Kukiz z czystym sumieniem będzie mógł olać środowiska narodowe, bo właśnie zainstalował sobie własną hodowlę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (25-31.05.2016)

czwartek, 19 maja 2016

Pod-Grzybki 48

PiS postanowiło uszczęśliwić rodaków przywróceniem obowiązku posiadania kart rowerowych. Hm, tak się składa, że mam zachowaną kartę rowerową wyrobioną jeszcze w PRL-owskiej podstawówce w latach 80-tych. Nada się?

*

A może warto pójść za ciosem i przywrócić także obowiązkowe karty pływackie? Też mam cały komplet takowych z dawnych czasów. Pierwszą, „dziecięcą” kartę wyrobiliśmy sobie z kolegami na obozie harcerskim, jeszcze za komuny, za łapówkę w postaci kilku menażek poziomek zebranych w okalającym obóz lesie - dla ratownika, który z tychże poziomek pędził wino. Następną, „dorosłą”, już w nowej rzeczywistości wypisał mi ratownik WOPR-u za parę piw z pobliskiego baru. Trzecią, tzw. „żółty czepek”, jako jedyną wypływałem w pełni uczciwie kilka lat później - i tak się jakoś złożyło, że niedługo potem te wszystkie karty zniesiono. Nie powiem, zirytowałem się. Przywrócić je teraz, niech mi się nie marnują.

*

Zresztą, idźmy na całość: reaktywacja karty woźnicy – to byłby dopiero hit! Sam bym sobie taką wyrobił dla szpanu.

*

W ramach unaradawiania mediów publicznych opłata audiowizualna ma być dołączana do rachunków za prąd. Kurczę, tyle lat migałem się skutecznie przed abonamentem RTV i teraz w końcu chyba mnie dopadną. Ponadto wygląda na to, że po ponad roku dobrowolnej telewizyjnej abstynencji znów będę musiał to tele-pudło oglądać. W końcu głupio tak jakoś bulić co miesiąc piętnaście zeta i nie korzystać, no nie?

*

Miała być zadyma u Kukizowców, a wyszła poruta w Ruchu Narodowym. Władze ruchu rekomendowały swoim posłom wystąpienie z klubu Kukiz'15... po czym okazało się, że wystąpił tylko jeden Robert Winnicki, pozostała czwórka zaś kazała się wodzom z RN bujać, bowiem zamierzają stworzyć „nowe, poważne środowisko narodowe” - czytaj: własną kanapę będącą odskocznią do „biorących” miejsc na listach Kukiz'15 w kolejnych wyborach. No chyba, że Kukiz zwyzywa ich od psychopatów i im wp...li, a potem – jak to Tatarzyn – powiedzie przytroczonych arkanem do siodła na targ niewolników w Stambule.

*

Swoją drogą, tak po ludzku trochę Winnickiemu współczuję. To musi być strasznie głupie uczucie – myślisz, że wyskakujesz do bitki na czele paczki, po czym zerkasz za siebie i widzisz pustkę, bo koledzy już dawno postawili na innego konia. Co gorsza, w efekcie drastycznie spadły szanse na reelekcję – bo niby z kim i jakiej listy? A tu człowiek właśnie zaczął się przyzwyczajać do dobrego. Co za świat...

*

Przy okazji – od dobrze poinformowanej osoby usłyszałem, że inwestycja w zostanie posłem to minimum 100 tys. zł. na kampanię – ale często jest to więcej, przeważnie na kredyt. Zatem co najmniej pierwszy rok w sejmie to okres zwrotu nakładów, dopiero potem zaczyna się zarabiać na czysto, następnie znów trzeba się użerać o miejsce na liście – i tak w kółko. I my się zastanawiamy, czemu posłowie czasem się dziwnie zachowują – przecież przy takim stresie i ryzyku ci ludzie to po prostu kłębki nerwów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 17-18 (27.04-10.05.2016)

sobota, 17 listopada 2012

Perspektywy Ruchu Narodowego

Na polskiej scenie politycznej powinno znaleźć się miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego.

I. Miejsce dla narodowców!

Pozwolę sobie pozostać jeszcze przez chwilę w tematyce „okołomarszowej”, a konkretnie – przy powołanym 11 listopada Ruchu Narodowym.

Na początek powtórzę swoją tezę z tekstu „Co dalej z Marszem?”, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego. Nie gdzieś na marginesie, wśród różnych dziwnych grupek, nie będących nawet w stanie zarejestrować komitetów wyborczych, ale w parlamencie, jako pełnoprawna reprezentacja części Polaków podzielających narodowe przekonania. Tym bardziej, że spuścizna Romana Dmowskiego jest w przestrzeni publicznej rozpaczliwie niedowartościowana, zohydzona i obrosła rozlicznymi kłamstwami. Przeciętne wyobrażenie o Narodowej Demokracji doskonale oddaje słynna wypowiedź Wojewódzkiego, jak to w „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowski miał rzekomo zachwycać się Hitlerem. Erudycja godna Macieja Stuhra i jego „Cedyni”.

Oczywiście, jest w tym pewien haczyk – gdyby okazało się, że ugrupowanie narodowców zostało skolonizowane przez jakieś PAX-owskie popłuczyny po Bolesławie Piaseckim - dla których realizm polityczny przedwojennej endecji stanowił parawan dla kolaboracji z komuną, a rozbiorowe „ratowanie substancji” było pretekstem do urządzenia się w realiach PRL-u i popierania junty Jaruzelskiego z zaangażowaniem godnym najbardziej twardogłowych aparatczyków - to taka partia byłaby skrajnie szkodliwa. Mielibyśmy wówczas do czynienia z nawrotem tzw. „endokomuny” i mówiąc wprost – rosyjskiej agentury wpływu na prawicy. Ruskich poputczików mamy już teraz w życiu publicznym na pęczki, zatem dziękujemy, nie skorzystamy.

Póki co jednak, Ruch Narodowy takich ciągot nie zdradził, choć Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, od pewnego czasu ostrzega przed pro-rosyjską siłą polityczną po prawej stronie. Konkretów jednak nie podaje, zatem na razie traktuję to jako uderzenie wyprzedzające, by patriotyczny elektorat nie zachłysnął się przypadkiem urokiem nowości i nie zaczął odpływać od PiS-u. Tak więc, kwestię domniemanej prorosyjskości zostawmy na razie na boku – jeśli jest coś na rzeczy, to szydło i tak wyjdzie z worka.

II. Wyborcze „żerowisko”

Przypuszczam, że Ruch Narodowy wyłoni z siebie partię polityczną, która będzie stanowiła „twarde jądro” obudowane organizacjami społecznymi (bo nie wierzę, że Robert Winnicki, czy Przemysław Holocher będą na tyle głupi, by rezygnować z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR-u). Gdzie taka partia mogłaby szukać elektoratu?

Przede wszystkim, nie sądzę, by nadszarpnęła wyborczy stan posiadania Prawa i Sprawiedliwości. Ze strony PiS słychać już głosy niechętne tej inicjatywie. Jak się zdaje, odczytywana jest ona jako chęć „obejścia” Prawa i Sprawiedliwości z prawej strony. Być może również pewną rolę odgrywa obawa przed „podebraniem” dawnego elektoratu LPR. Moim zdaniem, nie do końca słusznie. PiS może utracić co najwyżej jakiś promil narodowych wyborców, którzy „zatykając nos” głosują na tę partię z braku laku. Ale generalnie, pisowski elektorat, scementowany dodatkowo Tragedią Smoleńską, jest nie do ruszenia. Zdają się to rozumieć sami liderzy Ruchu, rezygnując w tegorocznym Marszu Niepodległości z odwołań do Piłsudskiego, czy nie wspominając w przemówieniach o Smoleńsku.

Myślę, że naturalnym „żerowiskiem wyborczym” dla Ruchu będą raczej ludzie, którzy nie akceptują obecnego kształtu Polski – tej „republiki Okrągłego Stołu”, ale z różnych przyczyn nigdy nie zagłosują na PiS. Dla jednych PiS to po prostu partia systemu, pospołu z innymi betonująca scenę polityczną, dojąca państwowe dotacje i nie dopuszczająca nikogo z zewnątrz. Dla drugich, PiS to „piłsudczycy”, dla kolejnych – etatyści, socjaliści z bogoojczyźnianą retoryką. Następni jeszcze uważają że partia Jarosława Kaczyńskiego jest zbyt centrowa, miałka. Zdecydowani przeciwnicy Unii Europejskiej nie wybaczą podpisania przez Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego, który negocjował rząd Jarosława Kaczyńskiego, a poza tym PiS ani myśli wyprowadzać Polski z UE. No i wreszcie są również zafiksowani na punkcie różnych „list Żydów”, dla których Kaczyński to „Kalkstein” i w ogóle nie ma o czym gadać – tym bardziej, że Jarosław Kaczyński wygłosił kilka lat temu referat w Fundacji Batorego, co automatycznie ma go stawiać w szeregu kolaborantów Sorosa i światowej finansjery.

Ile procent wśród powyższych grup się uzbiera? Przy maksymalnej mobilizacji, może wystarczyć do przekroczenia progu wyborczego. Poza tym, warto pamiętać o grupie, którą na własny użytek nazywam „elektoratem jednorazowym” - są to ludzie głosujący na złość „onym”, co siedzą w parlamencie, których to „onych” traktują jako jednorodną masę, bez podziału na polityczne barwy. Ostatnio ich głosy zebrał Palikot – teraz są do wzięcia.

Osobiście ciekawi mnie jeszcze potencjał wyborczy środowisk kibicowskich, „kibolskich”, których liczna reprezentacja wzięła udział w Marszu Niepodległości. Przed zeszłorocznymi wyborami wydawało się, że „przypisani” są do PiS-u. Tymczasem, nic z tego. Po wyborach Piotr Lisiewicz dał wyraz swemu rozczarowaniu pisząc tekst w którym wytykał, że nikt wśród kibiców nie przeprowadził pracy uświadamiającej, wskutek czego zagłosowali na Palikota, bo ten obiecał im legalizację marihuany. Czy Ruch Narodowy przyciągnie ich do siebie? Potencjał narodowego radykalizmu jest w tym kontekście nader obiecujący.

III. Fidesz – Jobbik po polsku

No i wreszcie, warto zastanowić się nad wzajemnymi stosunkami na linii Ruch Narodowy – Prawo i Sprawiedliwość. Krytyka z pozycji radykalnych, narodowych, „na prawo od...” jest tyleż nieunikniona, co zrozumiała. Sądzę wręcz, że PiS-owi, który dłuższymi momentami grzęźnie w marazmie, taki oścień się przyda. Patrząc chłodno, nawet jakiś nurt „prorosyjski” byłby do przełknięcia, bo jakoś trzeba zagospodarować różne sentymenty do „braci Słowian” drzemiące wciąż tu i ówdzie w narodzie. Jeśli tego typu wątki nie zyskają pozycji dominującej w nowym ugrupowaniu, to zawsze lepiej mieć rodzimych „panslawistów” we własnym namiocie i... pod kontrolą. Polityczna logika wskazywać będzie i tak na powyborczą koalicję z PiS-em (zakładając oczywiście, że RN przekroczy próg pięciu procent). Rodzima wersja Fidesz-Jobbik nie musi być małżeństwem z miłości. Wystarczy rozsądek i w miarę poprawne stosunki. Dlatego też warto, by PiS ze swej strony wykazywał umiarkowanie w podejściu do potencjalnego partnera.

Oczywiście, istnieje również możliwość, że Ruch Narodowy pójdzie na totalną konfrontację i samoizolację. Jakieś podchody pod ten kierunek zaczął portal konserwatyzm.prl, zadając „pytanie publiczne” do Artura Zawiszy, w którym Adam Wielomski z Ludwikiem Skurzakiem żądają, by ten określił się wobec środowiska „Gazety Polskiej”, oraz by odpowiedział na pytanie, czy „celem [Ruchu] jest doprowadzenie do tego, że wraz z PiS - czy też poszerzając zaplecze polityczne PiS dzięki Ruchowi Narodowemu - Jarosław Kaczyński ma przejąć władzę w Polsce?”. Taak, najlepiej pójść z Wielomskim i Skurzakiem. I Engelgardem na dokładkę. Niewątpliwie jest to przepis na sukces.

Na zakończenie zostawiam ewentualność destrukcyjną – że tacy znani z konstruktywnego działania i owocnych inicjatyw politycy jak Artur Zawisza i Dariusz Grabowski, którzy żwawo wokół Ruchu się dziś krzątają, zrobią to, w czym są najlepsi – czyli spieprzą całe to przedsięwzięcie i nic z tego nie wyjdzie, a potencjał twórczy panów Winnickiego i Holochera wyczerpie się na zorganizowaniu marszu raz do roku – i na tym skończy się całe to „obalanie republiki okrągłego stołu”.

Byłoby szkoda, bo jak wspomniałem – znaczące ugrupowanie narodowe powinno znaleźć swe miejsce w głównym nurcie polskiej polityki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 14 listopada 2012

Co dalej z Marszem?

Czy Marsz Niepodległości stanie się „wewnętrzną imprezą” Ruchu Narodowego?

I. Węższe spektrum

Nie byłem na zeszłorocznym Marszu Niepodległości, ale z licznych relacji wynika, że miał on o wiele bardziej „ekumeniczny” charakter od tegorocznego. Symboliczny był moment, gdy młodzi narodowcy w pewnym momencie zaintonowali... „Pierwszą brygadę”. To połączenie w jednym pochodzie różnych opcji i tradycji niepodległościowych było niewątpliwym sukcesem, który sprawił, że w tym roku na Marsz przybyło jeszcze więcej uczestników. Nie sposób nie zauważyć, że właśnie owo otwarcie na różne patriotyczne środowiska zadecydowało o gigantycznym sukcesie inicjatywy, która z roku na rok z niszowej demonstracji środowisk nacjonalistycznych przekształciła się w wydarzenie o charakterze masowym, integrującym pod biało-czerwonymi sztandarami dziesiątki tysięcy ludzi, pragnących manifestować swój „antysystemowy” patriotyzm mimo prowokowanych zadym i gazu łzawiącego.

W tym roku tak już nie było. Marsz Niepodległość AD 2012 przybrał formę zdecydowanie bardziej „oenerowsko-wszechpolską”, z akcentami kibolskimi – i na tym kończyło się spektrum przekazu. By była jasność - nic nie mam do kiboli, przez dłuższy czas szliśmy z reprezentacją Niepoprawnego Radia PL tuż obok sporej kibicowskiej grupy i było wielce OK, a „oprawa” flarami – cóż, to po prostu trzeba zobaczyć. Odnotowałem pewien przykładzik kibicowskiego poczucia humoru – gdy zapiewajło z wozu nagłaśniającego zaapelował, by napominać sąsiadów, którzy nie podejmują wspólnego śpiewu, jeden z kibiców zwrócił się do swego kolegi aksamitnym, łagodnym tonem: „Słyszałeś? To co nie śpiewasz? A wyjebać ci?” ;))

Niemniej, zabrakło odniesień do Józefa Piłsudskiego, fetowany był wyłącznie Roman Dmowski. Organizatorzy tłumaczyli, że na przejście pod pomnik Piłsudskiego nie zgodziły się władze miasta – tyle, że kluby „Gazety Polskiej” pod ten pomnik przeszły i nie sądzę, by miały na to jakieś osobne pozwolenie. Poza tym, w trakcie demonstracji nic nie stało na przeszkodzie, by zapodać przez megafony chociażby jakąś pieśń legionową – od takiego gestu nikomu korona z głowy by nie spadła. W przemówieniach nie było też słowa o Smoleńsku, co jest już kompletnie niezrozumiałe, zważywszy, że kwestia wyjaśnienia Tragedii jest ważnym elementem „paliwa” wyprowadzającego ludzi na ulicę – również na Marsz Niepodległości, którego istotnym wątkiem jest sprzeciw wobec wyzbywania się przez dzisiejszą Polskę kolejnych atrybutów suwerenności, czego tzw. „śledztwo” smoleńskie jest dojmującym przykładem.

II. Czy Marsz zostanie upartyjniony?

Marsz Niepodległości zakończył się na Agrykoli, gdzie proklamowano powstanie Ruchu Narodowego. Niestety, na skutek opóźnień spowodowanych zadymą, musiałem odłączyć się nieco wcześniej – pod pomnikiem Dmowskiego, bo czekał mnie jeszcze powrót do domu (nie mieszkam w Warszawie), więc nie byłem świadkiem tego aktu. Jednakże, jeśli wierzyć relacjom, to prócz Roberta Winnickiego (MW) i Przemysława Holofera (ONR) pierwsze skrzypce mają grać tam Artur Zawisza, Dariusz Grabowski, zaplecze medialne gwarantować ma Ryszard Opara z „Nowym Ekranem”, zaś nieformalnym ideologiem zostanie chyba prof. Ryszard Bender.

No i tutaj dochodzimy do ważnej kwestii: Ruch Narodowy zapewne przekształci się w partię o bardzo wyrazistym polityczno-ideowym obliczu. Czy Marsz Niepodległości nie stanie się wówczas imprezą stricte partyjną? I jakie będą wówczas jego losy? Czy na taki marsz pójdą zwolennicy PiS? Solidarni 2010? Ludzie poczuwający się bardziej do tradycji piłsudczykowskiej niż endeckiej? Albo tacy jak niżej podpisany, którzy uważają, że należy czerpać z najwartościowszych części spuścizny zarówno Dmowskiego jak i Piłsudskiego? Czy organizatorzy będą potrafili oprzeć się pokusie upartyjnienia? W wariancie skrajnie pesymistycznym, formuła Marszu może zatoczyć koło i powrócić do demonstracji środowisk nowo powstałego Ruchu Narodowego, tak jak jeszcze kilka lat temu był „wewnętrzną” imprezą ONR i Młodzieży Wszechpolskiej – może tylko bez „hailowania” pod pomnikiem Dmowskiego.

Sporo do myślenia daje tu historia Lasu Smoleńskiego, po zaprzęgnięciu tej blogerskiej inicjatywy do promowania „trzeciej siły” i „Nowego Ekranu”. Las rozwijał się, dopóki nie miał jednoznacznie polityczno-medialnej afiliacji. Obecnie umiera stojąc.

III. Jaki Marsz w przyszłym roku?

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że Marsz Niepodległości od początku był przedsięwzięciem organizowanym przez narodowców, że to oni są tutaj gospodarzami i „dysponentami tematu”. Uważam też, że na polskiej scenie powinno być miejsce dla znaczącego, narodowego ugrupowania politycznego – pod warunkiem, że nie będą to jakieś post-paxowskie popłuczyny po Bolesławie Piaseckim. Analogie z węgierskim Jobbikiem są jak najbardziej zasadne (widziałem zresztą na Marszu grupę Węgrów z Jobbiku właśnie). Tyle, że jednym z powodów sukcesu Marszu Niepodległości był brak jednoznacznie partyjnych skojarzeń – z kategorycznym zakazem eksponowania partyjnych transparentów na czele. To dzięki temu kilkadziesiąt tysięcy ludzi z wielonurtowego „obozu niepodległościowego” mogło maszerować obok siebie.

Symbolicznym początkiem niekorzystnych tendencji może być tu postawa Tomasza Sakiewicza i Klubów „Gazety Polskiej”. Żeby nie było niedomówień – wystąpienie z Komitetu Poparcia pod pretekstem obecności w nim Jana Kobylańskiego i uczestnictwo w osobliwej formule „razem ale osobno” uważam za przejaw buractwa i braku szacunku dla organizatorów. Ciekawe, czy Sakiewicz dopuściłby kogokolwiek na podobnych zasadach do swojej demonstracji.

Przypuszczam, że powodów było kilka. Jako zadeklarowany zwolennik PiS, Tomasz Sakiewicz nie chciał firmować powstania politycznej konkurencji po prawej stronie – to raz. Dwa – kwestie ambicjonalne: Sakiewicz od dawna walczy o rząd dusz na prawicy i impreza, w której nie gra pierwszych skrzypiec była dlań zapewne dość bolesna. Trzy – względy światopoglądowe, czyli ujmując hasłowo – bliżej Piłsudskiego niż Dmowskiego. No i obawa, by pod wpływem nowego ruchu zaplecze organizacyjne w postaci klubów „GP” nie zaczęło rozłazić mu się w rękach. Jeśli chodzi o rzekomo prorosyjski charakter Ruchu Narodowego, którym również straszył naczelny „GP”, to trudno na dzień dzisiejszy o tym wyrokować, aczkolwiek milczenie w sprawie Smoleńska było, powtarzam, niezrozumiałe. Być może liderzy Ruchu uznali, że jest to temat na wyłączny użytek PiS, być może coś więcej – czas pokaże.

Niemniej, przypuszczam, że w przyszłym roku Kluby „GP” urządzą już własną imprezę, a jeśli organizatorzy Marszu Niepodległości nie oprą się pokusie formatowania wydarzenia w wąskim spektrum światopoglądowym, z czego początkami mieliśmy do czynienia w tym roku, odpadać będą kolejne środowiska.

Oby się tak nie stało.

Gadający Grzyb

P.S. Jeszcze anegdotka z Marszu: na samym początku, gdy szliśmy od kościoła św Barbary w stronę Ronda Dmowskiego, usłyszałem słowa jakiejś pani idącej za nami, zwracającej się do koleżanki (cytuję z pamięci): „Kiedyś już myślałam, że nie będzie trzeba demonstrować, że już z tym koniec. A jednak... Od 1968 roku, człowiek przez czterdzieści cztery lata na ulicy...” Trzeba było słyszeć melancholijny śmiech, który tej wypowiedzi towarzyszył.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/