Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni Macierewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni Macierewicz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2018

Pod-Grzybki 122

Ziemia się zatrzęsła, Macierewicz zdymisjonowany! „Zona Wolnego Słowa” w histerii! Nie dziwota, zważywszy, że Antoni Macierewicz jest ojcem chrzestnym dziecka Sakiewicza. W zemście za dymisję swojego kuma, ewidentnie przepchniętą przez prezydenta, Sakiewka zapowiedział, że już nigdy-przenigdy na Dudę nie zagłosuje. Już widzę te szpagaty w 2020 roku, gdy Kaczyński jednak wystawi Dudę w wyborach – od takiego rozkroku łatwo mogą pęknąć portki i nawet nie będzie czym ich załatać, bo zapewne wraz z Macierewiczem skończy się kasa z MON. Jeśli na dodatek Kaczyński straci cierpliwość do wodzowskich uroszczeń Sakiewicza, to wkrótce może się okazać, że wyschną również inne źródełka i szef „Zony” znów będzie musiał polegać na topniejącym gronie czytelników, świecąc przy tym golizną. I tak oto, wraz z portkami, pęknie balonik pychy samozwańczego „Michnika polskiej prawicy”.


*

Żeby była jasność – nie, żebym był zachwycony dymisją Macierewicza, bo nie jestem. Podobnie jak prezydenturą i różnymi zagrywkami Dudy. Ale, bezinteresownie cieszy mnie, że Pan Sakiewka przy okazji nieco schudnie – facet jest w wieku zawałowym, więc ostatecznie wyjdzie mu to tylko na zdrowie. Dudzie pewnie jednak za to nie podziękuje, niewdzięcznik jeden.


*

Generalnie jednak, serial pt. „Rekonstrukcja” okazał się jeszcze słabszy niż „Korona Królów” - i wątpię, czy możemy mieć po nim nadzieję choćby na „Wspaniałe Stulecie”.


*

Ale co tam rekonstrukcja – Petru ma plan! Dokładnie, „Plan Petru”, który jest Petru-planem, a nikt inny, tylko Petru ów Plan stworzył i Planem Petru jest ów Plan. Przynajmniej taki nieskomplikowany przekaz płynie z medialnych doniesień. A biznes-plan owego Planu Petru jest następujący: zmieniamy pracę i bierzemy kredyt. Pytanie tylko, czy jakikolwiek bank „umoczy” miliony w inicjatywie Petru po raz drugi, czy też Petru-planowi zostaną jedynie „chwilówki”? A swoją drogą - „Plan Petru”, „Ruch Palikota”... widać rękę tego samego kreatora. Jacy oni są przewidywalni...


*

Lewackie media czule i z sentymentem pożegnały „Bravo”. Młodszym wyjaśniam, że to taki niemiecki szmatławiec, który ukształtował sporą część młodzieży lat '90, redagowany wedle wzorów prasy gadzinowej, mającej na celu demoralizację miejscowej ludności. Lansował najgorszy muzyczny (i nie tylko) chłam, a jego ozdobą były wymyślane „listy czytelników” w których rzekomi 13-latkowie opisywali „swój pierwszy raz”. Teraz zdechł, a nam pozostaje mieć nadzieję, że jest to tzw. dobry początek.


*

W osobnym tekście piszę o sekowaniu narodowców pod dyktando m.in. środowisk żydowskich i pana Jonny Danielsa, który uznał się za powołanego do meblowania polskiej rzeczywistości. W związku z tym uważam, że kolejny Marsz Niepodległości powinien przejść pod hasłem: „Jonny Daniels – f***k off”. Jest to przekaz stosowny do okazji, czyli 100-lecia niepodległości: podmiotowy, treściwy i co najważniejsze – anglojęzyczny adresat choćby nie chciał, to zrozumie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

piątek, 7 lipca 2017

Pod-Grzybki 104

Gdzieś już chyba podnosiłem ten postulat, ale powtórzę – sędziowie powinni być poddawani okresowym badaniom psychiatrycznym, bo normalni ludzie tak się nie zachowują. Tym razem ochrona jakiegoś supermarketu przyłapała panią sędzię ze Szczecina na przeklejaniu cen na przewodnikach – miała w ten sposób zaoszczędzić 30 zł. Alternatywne wyjście – w ramach egzaminu sędziowskiego powinien być sprawdzian praktyczny z kradzieży sklepowych, żeby tak głupio nie wpadali. Potem taki sędzia osądza profesjonalnego złodzieja – i co? Wstyd jak beret – jak taki amator ma spojrzeć zawodowcowi w oczy?


*

Bolesław Wałęsa odgraża się, że przy okazji najbliższej miesięcznicy smoleńskiej rozsadzi się na Krakowskim Przedmieściu. To sprawa wielkiej wagi – i to w sensie dosłownym, bo Bolesław jest na oko ze dwa razy cięższy od takiego Frasyniuka i trudniej będzie go wynosić. Ale widzę rozwiązanie – należy ich obu zostawić, żeby zapuścili korzenie i obrodzili na wiosnę małymi „legendami Solidarności”. Wtedy minister Szyszko weźmie odrosty, zawiezie do Puszczy Białowieskiej na rozsady – a po kilku latach UNESCO wpisze teren na swoją listę jako rezerwat żywych legend.


*

Tomasz Piątek – człowiek, którego nawet lewacy z „Krytyki Politycznej” wywalili, bo uznali, że są pewne granice, a którego „Wyborcza” przyjęła z pełnym dobrodziejstwem inwentarza – otóż tenże psychotyczny fiksat napisał książkę z której ma wynikać, że Macierewicz jest agentem Putina i człowiekiem ruskiej mafii. To żadna nowość - wpisy tego typu regularnie pojawiają się na internetowym forum „Wyborczej” i Piątek postanowił pójść tym tropem. Macierewicz z kolei złożył zawiadomienie do prokuratury, lecz tu pojawia się problem, bowiem Piątek ma tzw. żółte papiery - co biorąc pod uwagę jego teksty nawet by się zgadzało - zatem może się zasłaniać niepoczytalnością objawiającą się np. urojeniami, których zapisy znalazły się w rzeczonej publikacji. Niemniej zakładam, że ci którzy książkę przyjęli do druku i wydali chyba są poczytalni - a może nawet podżegali Piątka do jej napisania. Ładnie to tak żerować na wariacie i wykorzystywać jego kondycję psychiczną dla paru groszy?


*

Co ciekawe, książkę wydało wydawnictwo „Arbitror” założone w tym właśnie celu przez niejakiego Marcina Celińskiego - nikt inny nie chciał się babrać w Piątkowym szaleństwie. Cóż, pan Marcin z panem Tomaszem może swoje zarobią, ale idę o zakład, że dzieciaki będą im rysowały brudnymi paluchami ch***e na samochodach.


*

Na marginesie – tezę, że Macierewicz jest hersztem polskiej siatki GRU jako pierwszy rzucił bloger Free Your Mind - autor teorii smoleńskiej „maskirowki”. Tenże FYM jednocześnie twierdził, iż Tusk jest wodzem Polskiego Państwa Podziemnego heroicznie walczącym o ocalenie niepodległości. Słowem, wariactwo działa na zasadzie magnesu i opiłków żelaza – i dlatego tym większego ch***a trzeba wysmarować na karoserii samochodu Celińskiego, który na tym cynicznie żeruje.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (05-11.07.2017)

sobota, 9 lipca 2016

Pod-Grzybki 56

Tomasz Piątek – donosiciel z zamiłowania, a rzekłbym wręcz, że z powołania – odkrył kolaborację Antoniego Macierewicza ze srogim Luśnią. Warto przypomnieć, że ze srogim Luśnią kolaborował również pułkownik Michał Wołodyjowski. Aż strach pomyśleć do czego dogrzebie się Piątek, jeśli w otoczeniu szefa MON pojawi się wierny Soroka.

*

Brytyjczycy zagłosowali w referendum za Brexitem, co u brukselskich mandarynów wywołało stan zbliżony do szoku. Nic dziwnego – wiadomość, że w demokracji może cokolwiek zależeć od zwykłych ludzi musiała być dla nich prawdziwym wstrząsem.

*

Ale! To, że bladzi Angole pod wpływem nadmiaru herbaty z mlekiem zagłosowali nieodpowiedzialnie, nie oznacza jeszcze, że należy ten stan rzeczy tolerować, toteż z miejsca posypały się dobre rady, jak by tu wynik referendum zignorować – począwszy od nie podejmowania formalnej procedury wyjścia z UE przez brytyjski rząd, skończywszy zaś na powtórzeniu głosowania – jak się domyślam, aż do uzyskania pożądanego efektu. Akurat to ostatnie rozwiązanie, polegające na „zmęczeniu” wyborców, aż zmłotkowani propagandą zagłosują jak trzeba, eurokołchoz ma doskonale przećwiczony przy okazji „ratyfikacji” kolejnych unijnych traktatów. A mogli po prostu przed całym nieszczęściem podpytać się austriackich fachowców co zrobić, by ludzie zagłosowali po swojemu, a wyniki były takie jak trzeba.

*

Wiceprzewodnicząca frakcji Zielonych w PE, Rebecca Harms, wyznała, że przez cały ranek bo Brexicie „chciało jej się ryczeć”. To jest to – wysłać ją do Anglii! Gdyby przez kilka dni z rzędu od rana do nocy ryczała w BBC, efekt byłby murowany. To jak z tą komunistką Federicą Mogherini: poryczała się po zamachach w Brukseli i proszę – wszyscy terroryści pochowali się po kątach i od tamtej pory nie było w Europie żadnych nowych zamachów.

*

A najlepiej wysłać je razem i niech ryczą Brytolom w duecie. Można by nawet pomyśleć o jakimś tournée. Wyobraźmy to sobie – wynajęty za środki unijne stadion np. w Liverpoolu nabity ludźmi po brzegi, na scenę wychodzą Harms razem z Mogherini i zaczynają ryczeć. W różnych tonacjach. Jedna altem, druga sopranem. Jedna trzyma linię melodyczną, druga oplata ją ryczącymi koloraturami – i tak dalej. Byłyby lepsze od Beatlesów.

*

Nasi piłkarze wygrali na ME ze Szwajcarią, z czym po meczu nie mogli się pogodzić jej kibice. I bardzo dobrze, Szwajcarom należała się bolesna reprymenda za uwolnienie kursu franka! A poza tym, jeśli spojrzymy na nazwiska tych „Szwajcarów”, to okaże się, że graliśmy tak naprawdę z jakimś klubem o mocno międzynarodowym składzie – powiedzmy, FC Switzerland, przebranym dla niepoznaki za „reprezentację” i przez jakieś niedopatrzenie dopuszczonym do rozgrywek drużyn narodowych.

*

Niemiecki trener, Joachim Loew, słynie z obwąchiwania różnych intymnych okolic – na razie własnych, ale idę o zakład, że już niedługo będzie obwąchiwał kolegów. A potem zacznie podnosić nogę przy każdej mijanej latarni.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (29.06-05.07.2016)

poniedziałek, 30 maja 2016

Sąd nad III RP

Byliśmy rządzeni przez klikę sprzedawczyków, której jurgieltem była możliwość grabienia państwa pod parasolem ochronnym zagranicy.

I. Dzień sądu

Za nami „dzień sądu”, jak można by określić sejmowy audyt ośmioletnich dokonań PO-PSL w wykonaniu poszczególnych ministrów rządu PiS. Wysłuchaliśmy w ciągu kilku godzin litanii większych lub mniejszych przekrętów, nieprawidłowości, marnotrawstwa i absurdów w rodzaju 30 tys. tablic Mendelejewa znalezionych w piwnicach MON. Ogółem koszt wszystkich patologii wyliczono na 340 mld zł, co daje średnio 42,5 mld zł na rok – proszę to sobie porównać z wysokością kolejnych deficytów budżetowych, to jest właśnie tego typu skala strat. Gdyby nie te setki różnych „wałków” rocznie, moglibyśmy się pokusić o zrównoważony budżet, a jeśli wziąć pod uwagę gigantyczne straty związane z dziurami w ściągalności VAT i CIT – mielibyśmy taką nadwyżkę, że dziś nie trzeba by się było martwić o sfinansowanie podwyższenia kwoty wolnej od podatku, obniżenia wieku emerytalnego i program 500+. Można powiedzieć – nic nowego, część afer była znana już wcześniej, innych spraw się domyślaliśmy, generalnie zaś wiadomo było, że rządzi mafia kolesi zgarniających ile wlezie pod siebie – co w internecie pracowicie dokumentował MarkD w ramach cyklu „Afery PO” - licznik zatrzymał się 22 października 2015 na pozycji 2598 (!).. Co innego jednak dowiadywać się co jakiś czas, wyrywkowo, a co innego usłyszeć wszystko naraz, oficjalnie, z sejmowej trybuny.

Generalnie można powiedzieć, że w środę 11 maja 2016 nareszcie rozpoczął się na poważnie sąd nad III RP i zgodnie z procesową procedurą najpierw zapoznaliśmy się z aktem oskarżenia. Tutaj podniosły się głosy, że niepotrzebnie zarzuty najcięższego kalibru przeplatane były rzekomo mniej poważnymi wtrętami w rodzaju „złotego mercedesa” dla prezesa jednej ze spółek Skarbu Państwa. Sądzę, że ta krytyka jest nietrafiona, gdyż – niezależnie od ewentualnych wyroków sądowych – ostatecznym sędzią w tym procesie będzie naród, wyborcy – a do elektoratu najlepiej trafiają właśnie takie symboliczne przypadki nadużyć. Z moich obserwacji bowiem wynika, że spora część tzw. „zwykłych ludzi” na afery powyżej pewnego pułapu finansowego najzwyczajniej w świecie nie reaguje. Informacje o miliardowych przewałach – czy to przy okazji inwestycji przed Euro 2012, budowy gazoportu, albo wyprowadzania kasy z KGHM – zazwyczaj zbywane są wzruszeniem ramion, bo padające kwoty dla przeciętnego odbiorcy tych rewelacji są zbyt abstrakcyjne. Podobnie było w przypadku alarmujących doniesień o wysokości długu publicznego. Można było bić na alarm, wieszać „licznik długu” na Marszałkowskiej – i nic. Bilion? Panie, a ile to jest zer? Jednak ci sami ludzie, którzy nie mają obowiązku wiedzieć ile zer ma miliard, o bilionie już nie wspominając, zareagują ostrym wnerwieniem na złotego mercedesa („taką bryką się złodziej woził za moje pieniądze!”), czy sute kolacyjki u „Sowy i Przyjaciół” z rachunkami opiewającymi na kilka tysięcy – to są apanaże i kwoty, które można jakoś przypasować do swojego doświadczenia: jakim ja jeżdżę samochodem i jak rachunek pana ministra z restauracji ma się do mojej miesięcznej wypłaty. Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że najwięcej szkód Platformie przysporzyło przed ostatnimi wyborami nie tyle np. dywagowanie o pomocy NBP w sfinansowaniu kiełbasy wyborczej i łamanie Konstytucji, ile wypowiedź Bieńkowskiej o tym, że tylko „złodziej lub idiota” pracuje za 6 tys. zł.

II. Kamieni kupa

W przypadku audytu podobnie. To właśnie ten „złoty mercedes” i inne przypadki z podobnej półki (horoskopy dla psów) będą miały w społecznym odbiorze większą siłę rażenia, niż inwigilowanie dziennikarzy i blogerów, czy regularna przepompownia pieniędzy w jaką zmieniono Ministerstwo Skarbu. Najważniejsze jednak będzie tzw. „ogólne wrażenie” i gotowość Polaków by przyjąć do wiadomości to, co powiedziano z sejmowej mównicy. A generalnie rzecz ujmując, dokonano skonkretyzowania skrzydlatej myśli min. Sienkiewicza o „kamieni kupie”. Właśnie ową pozostawioną przez PO „kamieni kupę” wzięto do generalnego przeglądu i okazało się, że faktycznie „polskie państwo istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje”. W szerszym wymiarze – dokonano wiwisekcji ostatniego 25-lecia, jako że to właśnie Platforma z PSL-em doprowadziły do patologicznej perfekcji system żerowisk i koryt, zaś państwo jako takie – na skraj dezintegracji. Z jednej strony mieliśmy kolonialny drenaż czyniony często ręka w rękę z zagranicznym biznesem, z drugiej chociażby doprowadzenie armii do stanu bezbronności, czego symbolem stały się te nowoczesne moździerze bez amunicji, śmigłowce bez rakiet, czy 200 „Rosomaków” pozbawionych systemów łączności. Na marginesie – warto zwrócić uwagę na nerwowe wzdrygnięcie się Siemoniaka, gdy Macierewicz ogłosił, że żadna z grup lobbystycznych, które ścierały się między sobą o kontrakt na wyposażenie „Rosomaków” nie dostała tego zlecenia. Wygląda na to, że Siemoniak musiał aż za dobrze wiedzieć jakie tu potencje i środki zostały zaangażowane i kto teraz będzie mocno rozczarowany...

Potwierdziło się również, że służby specjalne nie służyły zabezpieczaniu strategicznych interesów państwa i ochronie obywateli przed zagrożeniami, lecz były kolejnym politycznym narzędziem do inwigilowania i zwalczania środowisk opozycyjnych, przy czym na tym odcinku wykazano się wręcz maniakalną skrupulatnością. Rozpracowywanie operacyjne tak „groźnych” środowisk, jak nieliczna grupa „obrońców krzyża”, uczestnicy patriotycznych manifestacji, dziennikarze czy blogerzy, nie wspominając już o nie biorącym od lat udziału w życiu publicznym byłym premierze Janie Olszewskim – trzeba przyznać, że mieli chłopaki rozmach, nie ma co. A wszak, w przypadku raportów przedstawionych przez Mariusza Kamińskiego czy Antoniego Macierewicza, trzeba mieć świadomość, że z racji specyfiki resortów przedstawili jedynie czubek góry lodowej.

I platformerska opozycja z pewnością taką świadomość ma. Symboliczne jest tu zachowanie podczas kolejnych wystąpień. Opozycyjne ławy w pewnym momencie nawet dały sobie spokój z pohukiwaniem i słuchały w coraz cięższym milczeniu, wbite w sejmowe fotele. Przekaz rządzących był jasny: możecie się tylko domyślać, do czego jeszcze się dogrzebaliśmy. Ponura mina eks-szefa MON, Tomasza Siemoniaka, podczas odkrywania kolejnych lipnych „zamówień” i obnażenia wielkiej ściemy jaką była rzekoma „modernizacja” armii, mówiła sama za siebie.

Charakterystyczne są również reakcje po audycie. Mediodajnie, z „Wyborczą” na czele wydały z siebie jedynie cieniutkie popiskiwania. Gdyby raporty kolejnych ministrów były humbugami, nie omieszkano by rozpętać histerii, a tu – ponura cisza i ogólnikowe stwierdzenia o „populizmie”. Podobnie PO – jałowe zaprzeczenia i brak jakiejkolwiek próby merytorycznej polemiki, poza biadoleniem, że to wszystko nieprawda, a poza tym nieładnie jest wyciągać brudy i „podważać wizerunek Polski”. Ich po prostu ogłuszyło – nic tylko siąść na kupie kamieni i płakać.

III. Nie może się skończyć na gadaniu

PiS-owi udało się również zneutralizować efekt wcześniejszego warszawskiego marszu Targowicy, co także nie jest bez znaczenia. Teraz istotne jest, by pójść za ciosem, tak by ów rozpoczęty „sąd nad III RP” nie skończył się na gadaniu. Mam nadzieję, że zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstw i inne wnioski składane do prokuratury zostaną dobrze przygotowane i udokumentowane, tak by nie dać sądom cienia pretekstu do umarzania postępowań. Jednym z głównych czynników psujących do tej pory życie publiczne w kraju i zaufanie obywateli do własnego państwa, była bezkarność ludzi ze świecznika – powstała swoista kasta uprzywilejowana, stojąca ponad prawem i najwyższy czas z tym skończyć. Puste straszenie, bez realnych konsekwencji będzie bowiem skutkowało jedynie jeszcze większą butą i rozzuchwaleniem tej złodziejskiej bandy. Chwilowo udało się zetrzeć z ich twarzy te obleśne, pełne samozadowolenia uśmieszki i należy dołożyć starań, by tak już zostało, a kolejne dni zaczynały się dla nich lekturą newsów, typu: zatrzymano Zdziśka, Wieśka, Maryśkę, postawiono zarzuty korupcyjne, defraudacji, niegospodarności... I ten chłodek wędrujący po plecach – przyjdą po mnie, czy nie przyjdą? Dziś, jutro, czy za tydzień?

Warto również zadbać o wydanie zbiorczej „białej księgi”, tak by poszczególne raporty zostały utrwalone na piśmie – zarówno w wersji drukowanej, jak i pliku do pobrania z rządowych stron w internecie. Tak stało się z raportem ws. rozwiązania WSI. Przy okazji – jeśli czegoś mi w audycie brakowało, to właśnie wspomnienia o tajnym aneksie do raportu. Jest, czy gdzieś zniknął? Jeśli jest, to czy zostanie w końcu odtajniony? Jeśli „wyparował”, to kto za to odpowiada?

A tak w ogóle, już na sam koniec. Byliśmy rządzeni przez klikę sprzedawczyków, której jurgieltem była możliwość grabienia państwa pod parasolem ochronnym zagranicy. Jurgielt ten, przypomnijmy, wynosił 42,5 mld zł. rocznie. Czy można się zatem dziwić, że oni wszyscy teraz tak potępieńczo wyją, gdy wreszcie oderwano ich od koryta?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (18-24.05.2016)

piątek, 22 stycznia 2016

Pod-Grzybki 35

Krążą plotki, że Tomasz Lis przeniesie swój program do internetu – konkretnie na „Onet” należący do tej samej grupy medialnej Springera, co „Newsweek”. Cóż, przypomnę, że po zwolnieniu z Polsatu, Lis zrobił już podobny manewr – i wtedy internetowa mutacja jego show zakończyła się spektakularną klapą. Będzie zatem kolejny powód do tego, by „Der Onet” omijać szerokim łukiem.

*

Słynne Centrum Eksperckie Kontrwywiadu NATO, które „zawłaszczył” przerażający Macierewicz produkowało sejmowe interpelacje, zgłaszane następnie przez posłów PO jako własne. Nic więc dziwnego, iż przejęcie Centrum tak przeraziło polityków opozycji – teraz już zupełnie nie będą wiedzieli „szto diełat'”. Pewnie dlatego od tamtej pory łażą jak oczadziali, a Schetynescu bredzi coś o przywiezieniu do Warszawy „miliona” demonstrantów. Tak to jest, jak marionetki odetnie się od zewnętrznego sterowania.

*

PiS strzela sobie w stopę – przeforsował bowiem nowelizację ustawy o policji, która daje organom prawo do montowania u operatorów internetowych tzw. bezpiecznych łączy, czyli interfejsów za pomocą których będzie można szczegółowo inwigilować aktywność użytkowników w sieci. No to teraz niech się PiS nie zdziwi, jeśli do KOD-owców zaczną masowo dołączać rozzłoszczeni internauci – niczym w pamiętnym proteście przeciw ACTA. I, choroba, będą mieli rację.

*

Media sportowe donoszą, że przenosiny do polskiej Ekstraklasy piłkarskiej rozważa litewski Żalgiris Wilno. Cóż, zważywszy, iż trzon kibiców Żalgirisu stanowią tamtejsi skrajni nacjonaliści, z kolei wśród polskich kibiców przeważają sympatie patriotyczne i narodowe, byłoby ciekawie. Pomyślmy, o ile mi wiadomo, obecnie sezon liczy sobie 37 kolejek – i tyle dokładnie byłoby okazji, żeby pogrobowcom litewskich Szaulisów spuścić konkretny wp...l. Zapraszamy!

*

Premier Bawarii Horst Seehofer zagroził Makreli Trybunałem Konstytucyjnym, jeśli ta nie zmieni swej polityki imigracyjnej. I to, w połączeniu z sylwestrowymi ekscesami migrantów oraz medialnym kneblem na doniesienia w sprawie tychże, jest dobry moment, by złożyć w Brukseli wniosek o zbadanie stanu praworządności oraz wolności mediów w Niemczech. A potem za karę „Standard & Poor's” obniży im rating. Bo to przecież chyba niemożliwe, by reguły dotyczące Polski nie obowiązywały innych krajów, prawda?

*

Niemcy wzięli sobie do serca transparent polskich kibiców „Protect your women, not our democracy” i zaczynają masowo organizować straże obywatelskie mające czuwać nad bezpieczeństwem na ulicach. Tamtejsze media uderzyły w płacz, że straże angażują „ekstremistów” i przyciągają do „skrajnych środowisk” zwykłych obywateli. Do tego bratnia Austria „zawiesiła” zasady Schengen, strasząc przy okazji końcem UE. I to, drodzy Państwo, będzie jedyny trwały efekt rządów Makreli: renesans narodowego socjalizmu (tu akurat my, Polacy, nie mamy się z czego cieszyć), secesja Bawarii oraz rozpad eurokołchozu. Pani kanclerz, oby tak dalej!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 3 (124) (20-26.01.2016)

wtorek, 10 listopada 2015

Palcie akta!

Nigdy nie będzie do końca wiadomo, co rzeczywiście zostało zniszczone, a co wywędrowało z zasobów MSW w niewiadomym kierunku.

„Palcie akta i wyczekujcie wiatru przemian” - napisałem pod koniec zeszłotygodniowego felietonu. Ów tekst mający w założeniu charakter dość frywolnej satyry nieoczekiwanie okazał się proroczy. Ustępująca Platforma postanowiła bowiem na odchodnym uskutecznić operację zacierania śladów na skalę porównywalną chyba tylko z paleniem teczek przez ubecję po 1989 roku („-Stopczyk, co wy tam palicie? - Ja? Radomskie, ale jeśli pan major woli, to Franz ma Camele”). Stosowne zarządzenie odnośnie brakowania dokumentacji MSW i jednostek podległych wydała minister Teresa Piotrowska tuż po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów, kiedy ostatecznie okazało się, że PO żegna się z rządami, a PiS będzie miało samodzielną większość w parlamencie. Ekspresowe tempo (zarządzenie opublikowano w czwartek 29 października, a weszło w życie 1 listopada) skłania do podejrzeń, że niszczone nie są jedynie „kwity z pralni”, lecz dokumenty o wiele poważniejszego kalibru. Przypomnijmy, że ta sama Teresa Piotrowska zaraz po objęciu stanowiska zrzekła się kontroli nad formalnie jej podlegającymi służbami specjalnymi, dając tym samym bezpiece wolną rękę i niejako oficjalnie czyniąc ją państwem w państwie. Można zatem przypuszczać, że niszczone będą ślady różnych bezpieczniackich harców. Zwróćmy uwagę, że ów nadzwyczajny pośpiech nie byłby konieczny, gdyby odchodzący rząd nie miał nic do ukrycia – mógłby spokojnie pozostawić zasoby archiwalne kolejnej ekipie i ta dopiero po zapoznaniu się z dokumentacją podjęłaby decyzję, co faktycznie jest bezwartościowymi „fakturami za środki czystości”, że znów odwołam się do znanego dialogu z „Psów”. Osobiście podejrzewałbym wręcz, iż zarządzenie pani minister zostało wydane na specjalny obstalunek właśnie owych hord żerujących na masie upadłościowej III RP.

Warto w tym miejscu przypomnieć, iż Polska jest absolutnym europejskim liderem jeśli chodzi o skalę inwigilacji obywateli. Uprawnienia, jakie w innych krajach nadaje się służbom w absolutnie nadzwyczajnych okolicznościach – np. po krwawych zamachach terrorystycznych – u nas są chlebem powszednim. Różne metody inwigilacyjne stosowane są często „prewencyjnie”, bez żadnego realnego nadzoru. Prócz klasycznych podsłuchów dotyczy to szczególnie danych telekomunikacyjnych – tylko w 2014 roku według informacji uzyskanych przez fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej odpowiednie organy złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne, przy czym uprawnionych służb jest łącznie 10. Nic więc dziwnego, że jest co „brakować” przy takim przerobie, zwłaszcza jeśli obiektami zainteresowania byli np. politycy i środowiska opozycyjne, albo chociażby rozgrywki wokół kolejnych wyborów. Kolejną patologią analogiczną do okresu „przełomu” ustrojowego może być proceder „prywatyzacji” informacji, mających stanowić polisę ubezpieczeniową funkcjonariuszy, którzy spodziewają się zwolnienia ze służby. Nigdy nie będzie do końca wiadomo, co rzeczywiście zostało zniszczone, a co wywędrowało z zasobów MSW w niewiadomym kierunku. Jakiż to problem dokonać „komisyjnego” brakowania, jeśli w komisji są sami swoi – a trudno, by po ośmiu latach rządów PO było inaczej.

Według informacji Witolda Gadowskiego, proceder czyszczenia akt ma miejsce na wielką skalę chociażby w Agencji Wywiadu. Dotyczy to przede wszystkim „archiwów podręcznych i operacyjnych, tych, które nie były kwitowane w innych miejscach”, dotyczących działań „mających na celu prowokowanie, destabilizowanie i kreowanie wydarzeń politycznych w Polsce” (cyt. za stefczyk.info). Z kolei „Gazeta Polska” donosi, iż do likwidacji przeznaczone zostały materiały tzw. „komisji Millera” zajmującej się tragedią smoleńską – w tym dokumentacja podróży Jerzego Millera do Moskwy i otrzymanych tam sfałszowanych nagrań z czarnych skrzynek TU-154M.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Otóż na dziennikarskiej giełdzie pojawiają się kolejne spekulacje co do funkcji jaką w przyszłym rządzie miałby pełnić Antoni Macierewicz. Jedni przymierzają go do roli szefa MON, inni – MSW. Jeśli mógłbym wtrącić swoje trzy grosze, to najchętniej widziałbym Antoniego Macierewicza jako spec-ministra weryfikującego i rozliczającego ostatnie osiem lat funkcjonowania służb specjalnych. Niezbędna jest żelazna miotła i człowiek, który wziąłby za pyski tę rozzuchwaloną mafię. Jako przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI Macierewicz udowodnił, że jest kompletnie odporny na jakiekolwiek naciski i niepodatny na medialną histerię. A jeśli nowy rząd zabierze się za służby, to wrzask będzie potężny – możemy się tylko domyślać ile różnych interesów będzie zagrożonych. Przedsmakiem był jazgot po wypowiedzi Macierewicza na spotkaniu z kanadyjską Polonią, iż będzie namawiał prezydenta Dudę do odtajnienia Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Dlatego do rozprawy ze służbami potrzebny jest człowiek o żelaznym charakterze – bez tego próżno będzie marzyć o gruntownej naprawie Polski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Polacy na podsłuchu”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (06-12.11.2015)

czwartek, 4 września 2014

Tonący WSI się chwyta

Jeżeli tylko PiS mądrze poprowadzi rozgrywkę, to komisja szybko zacznie pracować na jego korzyść.

I. Sikorski jako... likwidator WSI

Zastanawiam się w jakiej desperacji musi być tonąca na naszych oczach Platforma, skoro postanowiła chwycić się takiej brzytwy, jak komisja badająca rozwiązanie WSI. Na zdrowy rozum, dla własnego dobra akurat ta władza powinna omijać temat WSI szerokim łukiem, ale nie – postanowiła, mówiąc Sikorskim, „za...ć PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza”. Nie wiem, ile wina za 820 zł zdążył wlać w siebie Radosław Sikorski, zanim objawił Rostowskiemu tę myśl skrzydlatą i w jakim był stanie gdy o takową spec-komisję molestował Tuska, ale że co najmniej sprawy nie przemyślał, to jasne jak słońce na niebie. Tak się bowiem składa, że w momencie, gdy decydowały się losy WSI, to właśnie Radosław Sikorski był Ministrem Obrony Narodowej w rządzie PiS – najpierw Marcinkiewicza, potem zaś Jarosława Kaczyńskiego - i pozostawał nim w trakcie całego procesu likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Wystarczy przypomnieć daty: szefem MON został 31.10.2005, był nim również 24.05.2006 kiedy Sejm głosował ustawę o rozwiązaniu WSI, do dymisji zaś podał się dopiero 05.02.2007 roku – na niespełna dwa tygodnie przed ogłoszeniem „Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” (16.02.2007), same WSI natomiast ostatecznie zlikwidowano pięć miesięcy wcześniej – 30.09.2006.

Żeby było ciekawiej, w tym okresie Antoni Macierewicz pozostawał formalnie podwładnym Sikorskiego! Macierewicz wiceministrem Obrony Narodowej i likwidatorem Wojskowych Służb Informacyjnych był od 21.07.2006 i pełnił tę funkcję do 04.10.2006, kiedy to został szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Podsumowując – likwidację WSI przeprowadzono od początku do końca za ministerialnej kadencji Radosława Sikorskiego i to on w pierwszej kolejności jako zwierzchnik resortu jest za nią odpowiedzialny. Jeśli potem rozdzierał szaty nad amatorszczyzną i niekompetencją Macierewicza, to warto zadać pytanie, gdzie jako przełożony Macierewicza był, gdy jego podwładny rzekomo „niszczył” wojskowe służby specjalne? Czy Sikorski wiedział, co dzieje się w jego resorcie, czy też poświęcał się wyłącznie autopromocji? A jeśli był pozbawionym wpływu na cokolwiek figurantem, to w imię czego przez tyle czasu trzymał się fikcyjnego stołka?

II. Pytania do spec-komisji

Powyższe to tylko jedna z wielu kwestii jakie warto by poruszyć po powołaniu sejmowej komisji ds. „zaj...ania” PiS i Macierewicza. Poza tym, rad bym się dowiedzieć choćby tego, czym kierował się Donald Tusk jako przewodniczący Platformy Obywatelskiej i szef jej klubu parlamentarnego, kiedy PO (za wyjątkiem Komorowskiego) głosowała 24.05.2006 za rozwiązaniem WSI? Czy powodowała nim chęć oczyszczenia państwa z patologii, czy przeciwnie – sądził, że będzie to tylko taka kosmetyka, zmieni się służbowy szyld, a „sprawdzeni fachowcy” zostaną? A czym kierował się Bronisław Komorowski głosując jako jedyny przeciw likwidacji tej filii GRU w Polsce? I dlaczego w 2010 roku były zwierzchnik WSI, gen. Marek Dukaczewski deklarował, że chłodzi szampana w oczekiwaniu na prezydenckie zwycięstwo Komorowskiego? Ten sam Dukaczewski, którego palikociarnia zgłaszająca obecnie z poparciem PO i rządu Tuska wniosek o spec-komisję, chciała umieścić jako swojego „doradcę” w sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych? I który jeszcze do 14.12.2005 jako szef WSI zdążył być podwładnym ministra Sikorskiego nadzorując spapraną operację „Kandahar” vel „Zen”?

Może również dowiemy się czegoś więcej o „aferze marszałkowej”? Dlaczego ówczesnemu marszałkowi Sejmu, Bronisławowi Komorowskiemu, tak zależało na przejęciu tajnego aneksu do raportu z weryfikacji WSI? Co tak naprawdę działo się w układzie Komorowski-Graś-płk. Leszek Tobiasz-płk. Aleksander L.-Krzysztof Bondaryk? I dlaczego postanowiono wrobić w wątek korupcyjny dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, którego proces trwa do dziś? Dlaczego Tobiasz „zatańcował się na śmierć” akurat wtedy, gdy miano doprowadzić go do sądu w celu złożenia zeznań? Z innej beczki – może usłyszymy coś o agenturze w mediach? I jak się ona przekładała i nadal przekłada na orkiestrowane seanse nienawiści? Dlaczego pani dziennikarka „Stokrotka” dostała takich spazmów, gdy nazwał ją w ten sposób prezydent Lech Kaczyński? I może jeszcze – dlaczego MON prowadził procesy wytaczane przez „poszkodowanych” oficerów WSI tak by je seryjnie przegrywać, narażając Skarb Państwa na straty? To garść najbardziej narzucających się pytań, które potencjalnie mogą przestawić prace komisji na zgoła nieprzewidziane przez jej pomysłodawców tory.

III. Rozegrać komisję

Jeżeli tylko PiS mądrze poprowadzi rozgrywkę, to komisja szybko zacznie pracować na jego korzyść. Przede wszystkim, Antoni Macierewicz wraz ze swymi współpracownikami z komisji weryfikacyjnej powinni wystosować oświadczenie z apelem, by wezwano ich w pierwszej kolejności, aby mogli publicznie przedstawić posiadane przez siebie informacje, choćby te znajdujące się w słynnym „Aneksie”. Tym samym, który był podglebiem „afery marszałkowej” i w poszukiwaniu którego gorączkowo przetrząsano sejfy w Kancelarii Prezydenta i BBN-ie zaraz po Tragedii Smoleńskiej.

Oczywiście, tandem PO-Twój Ruch będzie się starał poprowadzić postępowanie w sposób znany z „komisji hazardowej” - czyli na bezczela, eksploatując głównie wątek „krzywd” doznanych przez funkcjonariuszy wojskowej bezpieki. Nie biorą jednak pod uwagę odwrócenia się sympatii społecznych. Coś co mogło ujść płazem u szczytu popularności, w epoce „ciepłej wody w kranie”, kiedy to PO „nie miała z kim przegrać” dziś już nie przejdzie. Sądzę zresztą, że Donald Tusk zdaje sobie sprawę z ryzyka i dlatego przez długi czas wzbraniał się przed powołaniem komisji. Teraz, będąc pod ścianą uznał najwyraźniej, że musi zagrać va banque. Jednak wiedza upubliczniona przez osoby zaangażowane w proces likwidacji „długiego ramienia Moskwy” wystarczy, by Platforma na własne życzenie zawiesiła sobie kamień młyński u szyi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (01-07.09.2014)

piątek, 11 kwietnia 2014

Detektyw Ziemkiewicz na tropie Niepoprawnego Radia PL

Pudło, panie Ziemkiewicz - działamy w jawnym, zarejestrowanym, wolontariackim stowarzyszeniu pod własnymi nazwiskami.

I. O Smoleńsku w „Roninie”

W poniedziałek 07.04.2014 odbył się tradycyjny „Przegląd Tygodnia” w Klubie Ronina. Wydarzenia pod okiem Józefa Orła komentowali Rafał Ziemkiewicz, Stanisław Janecki oraz Łukasz Warzecha. Jednym z poruszonych wątków była sprawa smoleńskiego śledztwa – i tu, prócz obśmiania krętactw prokuratora Szeląga, dyskutanci zajęli się działalnością posła Macierewicza i jego Zespołu Parlamentarnego badającego przyczyny Tragedii Smoleńskiej. Komentatorzy, ze szczególnym uwzględnieniem Rafała Ziemkiewicza, przyjęli stanowisko, które da się streścić w słowach: „działalność Antoniego Macierewicza jest przeciwskuteczna”. Dlaczego? Wytknięto mianowicie, że skuteczniejszą taktyką byłoby, gdyby Macierewicz wypunktowywał skandale oficjalnego śledztwa i powstrzymał się od formułowania własnych teorii. Przy okazji, dyskutanci zadeklarowali swój sceptyczny stosunek do hipotezy zamachu na Siewiernym.

I do tego momentu można by nie robić ze sprawy „tematu”. W końcu, opowiadanie się jako zwolennik Macierewicza czy hipotezy zamachowej nie jest obowiązkowe. Odrzucają przesłanki wskazujące na zamach – ich prawo, przy tak szczątkowych dowodach jakie mamy do dyspozycji trudno formułować jakiekolwiek pewniki. Pisałem zresztą o tym w notce „Papierek lakmusowy” (ów „papierek” to credo Powiedz mi jaki jest Twój stosunek do Smoleńska, a powiem Ci kim jesteś”), w której deklarując się jako zwolennik tezy zamachowej wykazywałem jednocześnie, że pozytywny wynik „testu papierka lakmusowego” powinien odnosić się do wszystkich, którzy sprawę Tragedii traktują priorytetowo, niezależnie od tego, czy uważają że był to zamach, czy też mógł zadziałać splot innych okoliczności. (...) Czynnikiem nadrzędnym powinna być bowiem wola dotarcia do prawdy, której na dzień dzisiejszy w pełni nie znamy, nie zaś bezkrytyczne hołdowanie konkretnemu przekonaniu na temat przyczyn Katastrofy.”

II. Ziemkiewicz na tropie radio-agentów

Publicyści w Roninie poszli jednak znacznie dalej. Ton ich komentarzy jednoznacznie wskazywał, że uważają Macierewicza za szkodnika, którego działalność jedynie gmatwa kwestię Tragedii, zaś stawiane przez niego radykalne wnioski generalnie rzecz ujmując – bardziej przeszkadzają sprawie wyjaśnienia Smoleńska niż jej pomagają. Innymi słowy, spozycjonowali się jako lustrzane odbicie tych, którzy z kolei odsądzają od czci i wiary wszystkich nie podzielających tezy o zamachu.

No i wtedy się zaczęło. Klub Ronina transmitowany był bowiem na żywo przez Niepoprawne Radio PL, a na radiowej stronie funkcjonuje czat za pomocą którego słuchacze i redaktorzy Radia komentowali na bieżąco transmisję. Opisane powyżej postawienie sprawy Tragedii Smoleńskiej i działalności Antoniego Macierewicza wywołało szereg nieprzychylnych i nierzadko ostrych wpisów pod adresem trójki dyskutantów, co pod koniec „Przeglądu Tygodnia” przekazał im do wiadomości Józef Orzeł, z refleksją, że „tradycyjnie przed wyborami prawica się dzieli”. Zareagował na to Rafał Ziemkiewicz, który zresztą zdaje się mieć do blogerów i komentatorów internetowych jakiś generalny uraz, twierdząc, że prawica nie tyle „się dzieli”, ile „jest dzielona”, następnie zaś zaczął się rozwodzić nad działalnością agentury w internecie, osobliwie „radykalnych blogerów”, insynuując że niekoniecznie może tu chodzić o „zwolenników prawicy”, ile o tych, którzy zwolennikami prawicy są „służbowo”. Przypomniał w tym kontekście działalność carskiej Ochrany, której agenci w polskich środowiskach niepodległościowych wykazywali się radykalizmem właśnie.

W ten oto zgrabny sposób, redakcja Niepoprawnego Radia PL oraz jego słuchacze zostali przedstawieni przez pana redaktora jako ruska agentura.

III. Wilki! Wilki!

Jestem przeciwnikiem szafowania oskarżeniami o agenturalność. Po pierwsze, zabijają one z miejsca jakąkolwiek dyskusję, bo z „agentami” się nie gada, przez co traktowane są jako wygodny unik zwalniający z merytorycznej polemiki. Po drugie, używane są często zamiast argumentów – nie zgadzasz się ze mną, znaczy, jesteś „agent”. Klasyczny, stygmatyzujący adwersarza przytyk ad personam. Po trzecie wreszcie i być może najważniejsze – nadużywanie tego typu oskarżeń deprecjonuje ciężar zarzutu. Tak jak w znanej historii o pastuszku, który tyle razy wykrzykiwał po próżnicy „wilki! wilki!”, że gdy w końcu wilki faktycznie przyszły, nikt mu nie uwierzył. Swojego czasu przedobrzyła z tą metodą „Wyborcza” obrzucająca przeciwników tak zapamiętale oskarżeniami o „faszyzm” i „antysemityzm”, aż koniec końców odebrała tym zarzutom jakąkolwiek wagę i powagę. Z oskarżeniami o agenturalność dzieje się podobnie. Stają się na naszych oczach pospolitą inwektywą.

Tymczasem, w omawianym przypadku tej polemicznej kłonicy użyli nie rozemocjonowani internauci, tylko stateczni dziennikarze, pragnący zapewne uchodzić za obliczalnych, rozsądnych i zrównoważonych. Wystarczyło kilka niepochlebnych komentarzy na czacie i puściły nerwy. Ziemkiewicz zaczął gadać o internetowych „zombich” podpisujących się jako „Pimpuś”, a Janecki dołożył swoje mówiąc o spec-służbach aktywnych w internecie. Generalnie, szczera prawda, tyle że w naszkicowanym tu kontekście wyszło dość obrzydliwie. Czyli co - wystarczy się nie zgadzać z Ziemkiewiczem, mieć bardziej radykalne niż on poglądy, by nagle zaczął węszyć agentów niczym jacyś internetowi „radykałowie”, którzy przy innych okazjach napawają go takim niesmakiem? Tym razem okazało się, że smrodkiem anonimowej agenturalności ma zalatywać z redakcji Niepoprawnego Radia PL i od jego słuchaczy?

Pudło, panie Ziemkiewicz, pudło jak cholera - działamy w jawnym, zarejestrowanym, wolontariackim stowarzyszeniu pod własnymi nazwiskami, realizując zresztą poniekąd Pański program sformułowany w „Myślach nowoczesnego endeka", by poświęcić tygodniowo cztery godziny dla Polski - z tym, że my zaczęliśmy kilka lat wcześniej, nim wpadł Pan na ten znakomity pomysł. Otóż informujemy, że każde z nas poświęca tygodniowo dla Polski znacznie więcej czasu prowadząc to Radio, umożliwiające przy okazji Panu i kolegom dotarcie z popisami elokwencji do znacznie większej liczby słuchaczy i to na całym świecie, niż ta, która oklaskuje Pana w Roninie. Naprawdę, jestem ciekaw, czy Pan również byłby skłonny poświęcić tyle czasu robiąc niezależne medium za frajer i polegając jedynie na składkach oraz dobrowolnych wpłatach od słuchaczy. No więc jak - byłby Pan gotów, czy tylko wymaga Pan tego od innych, zaś Pańskie „cztery godziny dla Polski" sprowadzają się do celebryckich pogaduszek w Roninie i brylowaniu na konwencji Gowina, bądź stręczeniu się narodowcom na ideologa?

Mniej zadufania, a więcej szacunku i pokory by się przydało. Proszę przyjąć do wiadomości, że nie dla wszystkich jest pan polit-ideowym guru, no chyba, że w tym waszym dziennikarskim światku obracacie się w takim stężeniu środowiskowego samozachwytu i fanowskiej klaki, że podobna konstatacja nie ma już szans przebić się do świadomości - wypisz wymaluj, niczym w tak zwalczanej przez Pana „michnikowszyźnie"...

Gadający Grzyb

(Piotr Lewandowski, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Stowarzyszenia Niepoprawne Radio PL, KRS: 0000421082)

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 17 listopada 2013

Papierek lakmusowy

W kwestii Smoleńska patriotyczno-niepodległościowa blogosfera bywa bardziej „pisowska” niż sam PiS.

I. Smoleński probierz

W dyskusji pod tekstem „Zimna wojna dwóch płuc” Dixi zwrócił uwagę na „smoleński papierek lakmusowy”, który ma być kluczowym wyznacznikiem postawy wobec Polski. I tutaj pełna zgoda. Stosunek do Smoleńska, tragedii, która skupia jak w soczewce systemowe patologie III RP, a obecnej Dyktatury Matołów w szczególności, jest probierzem obywatelskiego zaangażowania w naprawę kraju, odwagi cywilnej - i wreszcie, zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Mamy bowiem do czynienia (przepraszam za truizmy) z największym dramatem po II Wojnie Światowej, z hekatombą elit patriotyczno-niepodległościowych z Prezydentem na czele, z bezprzykładnym tchórzostwem władz nominalnie suwerennego kraju (o ile nie z czymś więcej...) i obnażeniem słabości Rzeczypospolitej na wszelkich możliwych poziomach.

Przypomnę, że nawet za komuny ówczesne władze potrafiły zachować się bardziej podmiotowo i wymogły na Sowietach przyznanie, że w katastrofie IŁ-62 „Mikołaj Kopernik” na Okęciu zawiodła „przodująca radziecka technika”, a nie piloci – i to w 1980 roku! W przypadku Smoleńska było na odwrót – pośpiesznie podżyrowano rękoma komisji Millera raport Anodiny z drobnymi tylko modyfikacjami mającymi wskazywać na częściową winę kontrolerów z „wieży szympansów” na Siewiernym, zrezygnowano z umiędzynarodowienia śledztwa, nie sięgnięto po pomoc sojuszników z NATO, zaś o tym co wyczyniają „pijarowcy” od Laska w ogóle szkoda gadać. Efektem jest dramatyczna utrata resztek prestiżu Polski na arenie międzynarodowej i „zimna wojna domowa” pomiędzy tymi, którzy w wyjaśnieniu katastrofy widzą warunek sine qua non przywrócenia elementarnej sprawności funkcjonowania państwa, a tymi, którzy to państwo mają w głębokim poważaniu lub zwyczajnie boją się Ruskich.

II. Test zawężony

Wszystko co powyższe składa się na diagnozę, że Smoleńsk jest testem na podmiotowość, samoświadomość obywatelską i patriotyzm na najbardziej bazowym poziomie. Tak – sformułowanie o „papierku lakmusowym” jest tu jak najbardziej na miejscu. Powiedz mi jaki jest Twój stosunek do Smoleńska, a powiem Ci kim jesteś.

Niemniej, w tym miejscu należy dodać pewne „ale”, które jest zasadniczym powodem niniejszej notki. Otóż, wielu zwolenników owego „papierka” traktuje ów test w sposób skrajnie zawężony, sprowadzając go wyłącznie do kwestii zamachu. Jesteś za tym, że był zamach – zdałeś. Masz odmienne zdanie – oblałeś. Owo nastawienie króluje szczególnie w prawicowej blogosferze – i w tym sensie jest ona niejednokrotnie bardziej „pisowska”, niż sam PiS.

Tymczasem, choć sam należę do zwolenników tezy zamachowej, uważam że pozytywny wynik „testu papierka lakmusowego” powinien odnosić się do wszystkich, którzy sprawę Tragedii traktują priorytetowo, niezależnie od tego, czy uważają że był to zamach, czy też mógł zadziałać splot innych okoliczności. Sam początkowo zaliczałem się do tej drugiej kategorii i kwestionowanie moich intencji potraktowałbym jako zagranie skrajnie nie fair. Czynnikiem nadrzędnym powinna być bowiem wola dotarcia do prawdy, której na dzień dzisiejszy w pełni nie znamy, nie zaś bezkrytyczne hołdowanie konkretnemu przekonaniu na temat przyczyn Katastrofy.

III. Prawo do sceptycyzmu

Hipoteza zamachowa formułowana przez Zespół Parlamentarny pod kierownictwem Antoniego Macierewicza pozostaje bowiem, póki co, jedynie hipotezą właśnie – uprawdopodobnioną licznymi przesłankami, ale bez kluczowych dowodów w ręku i serii niezależnych eksperckich badań nie jesteśmy w stanie ostatecznie jej zweryfikować. Mnie przesłanki podawane przez naukowców współpracujących z Zespołem przekonują, lecz nie odmawiam prawa do sceptycyzmu innym – pod warunkiem (i tu właśnie wkracza „papierek lakmusowy”), że ów sceptycyzm wynika z rzetelnego pragnienia ustalenia prawdy (jaka by ona nie była), nie zaś z histerycznej nienawiści do „sekty smoleńskiej”, „kaczorów”, czy z patriotycznej abnegacji, bądź obsesyjnego strachu przed reakcją czekisty-Putina.

Nie do przecenienia jest również, o czym kilkakrotnie pisałem, społeczna rola Zespołu Parlamentarnego, któremu udało się zasiać w Polakach wątpliwości wobec oficjalnej wersji wydarzeń – ludzie ci w większości nie podzielają wprawdzie tezy o zamachu, ale nie przyjmują też burdenkowskiego wariantu Anodiny-Millera. To znaczący kapitał, co nie uszło uwadze reżimowych mediodajni, czemu dała wyraz „Polityka” troskając się jakiś czas temu w sporym tekście rosnącą rzeszą „smoleńskich agnostyków” jako grupy, której samo istnienie „gra” na korzyść PiS-u i Macierewicza.

IV. Papierek lakmusowy

Na zakończenie pragnąłbym jeszcze zwrócić uwagę na fakt, iż testu „papierka lakmusowego” w jego zawężonej, sprowadzonej wyłącznie do zamachu formule, nie przeszłaby również część działaczy PiS-u i elektoratu tej partii. Tu kłania się stwierdzenie sprzed kilku akapitów, że patriotyczno-niepodległościowa blogosfera bywa bardziej „pisowska” niż sam PiS. Kilka miesięcy temu do niewiary w zamach przyznał się Bolesław Piecha – jak by nie patrzeć, prominentny działacz Prawa i Sprawiedliwości. Inni „antyzamachowego” coming-outu dokonują po odejściu z partii, jak „ziobryści”. Do Zespołu Parlamentarnego w obecnej kadencji należy 89 spośród 137 posłów PiS i 14 spośród 30 senatorów. Zważywszy, że nikt nie wymaga, by wszyscy brali czynny udział w pracach, przystąpienie bądź nie do Zespołu ma charakter dość istotnej deklaracji względem poparcia dla tez firmowanych przez Antoniego Macierewicza. Podobnie rzecz wygląda jeśli chodzi o elektorat – tu poparcie dla tezy zamachowej deklaruje 54% zwolenników, zatem niemal połowa (46%) nie jest do hipotezy zamachu przekonana.

Wszyscy ci „niedowiarkowie” nie przeszliby testu „papierka lakmusowego” w jego zawężonej formule: „jesteś za tym, że był zamach, czy nie?”. Czy oznacza to jednak, że Smoleńsk ich nie obchodzi? Sądzę, że dla większości z nich takie postawienie sprawy byłoby krzywdzące. Dlatego też powtarzam – testem smoleńskim jest dla nas wszystkich determinacja w dążeniu do prawdy i traktowanie tej sprawy jako absolutnego priorytetu od którego zależą przyszłe działania naprawcze, oraz wyciągnięcie konsekwencji tak indywidualnych jak i systemowych, a co za tym idzie - dalsze losy Polski. Bez tego nie ruszymy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 20 października 2013

Kretowisko

Profesor Rońda zagrał w pokera na smoleńskim błocie.

I. Poker na smoleńskim błocie

Nie ma co – mają ci nasi „wodzowie” rękę do ludzi. Jak nie Kaczmarek z Marriotta, to Dubieniecki ze swymi interesikami, jak nie Dubieniecki to mecenas Rogalski, jak nie Rogalski to prof. Rońda... W wersji zbiorowej – jak nie dornowcy to pjonki, jak nie pjonki to ziobryści... Wielu ich tam jeszcze przy sobie macie?

A teraz poważnie. Pokerowe gierki profesora Jacka Rońdy, jednego z ekspertów parlamentarnego zespołu do spraw wyjaśnienia Tragedii Smoleńskiej, byłyby nawet zabawne w swej rozbrajającej nieudolności, gdyby nie ponury kontekst, jaki im towarzyszy. Mamy oto bowiem do czynienia z największym dramatem Polski po II Wojnie Światowej, z dekapitacją polskich patriotycznych elit z Prezydentem na czele – elit, których brak co i rusz daje znać o sobie. Mamy tragedię narodową do której doszło w okolicznościach niewyjaśnionych od trzech i pół roku, tragedię której towarzyszą liczne poszlaki dotyczące zdrady stanu najwyższych władz państwowych; tragedię która wedle licznych danych była efektem zamachu... Tragedię, której zasiewem i z przeproszeniem, pokłosiem, był bezprzykładny szał nienawiści zdefiniowany jako „przemysł pogardy”, którego efektem jest ostry społeczny podział nie do zabliźnienia na przestrzeni co najmniej pokolenia. Tragedię tę należy wyjaśnić za wszelką cenę, do końca, do ostatniej litery i wyciągnąć z niej konsekwencje – zarówno indywidualne, jak i systemowe - gdyż bez tego nigdy nie będziemy mieli normalnego, niepodległego i sprawnie funkcjonującego państwa zdolnego do realizacji swych interesów. Aż wstyd te wszystkie oczywistości przypominać.

I co robi w tym momencie jeden z kluczowych ekspertów, nielicznych „sprawiedliwych” świata nauki, którzy zdecydowali się wspomóc swą wiedzą i kompetencjami zespół parlamentarny pracujący pod kierownictwem Antoniego Macierewicza? Postanawia bawić się w „blefy” z jakimś telewizyjnym prezenterzyną. Zarzeka się, że samolot nie zszedł poniżej stu metrów, powołuje się na jakiś tajemniczy, „kupiony na rynku” dokument, po czym po pół roku jak gdyby nigdy nic stwierdza, że była to tylko taka gra na użytek dyskusji... A tak naprawdę, to wybuchy nastąpiły na wysokości 50-60 metrów, zaś w „dokumencie” nic nie ma. Gra w pokera na smoleńskim błocie.

II. Poderwanie zaufania

Już mniejsza o jazgot reżimowych mediodajni, którym prof. Rońda dostarczył wymarzonego „mięcha” do eksploatowania jeszcze przez długi czas, tak jak eksploatowały kolejne rewelacje „Gazety Polskiej” o meaconingu, sztucznej mgle i helu, przenosząc te dziennikarskie spekulacje na zespół Macierewicza, choć ten nie miał z nimi nic wspólnego. Że o niesławnej pamięci „maskirowce” FYM-a nie wspomnę. Mniejsza o ten jazgot, powiadam, choć zapewne szkody będą znaczne.

Przypomnijmy, iż Zespół Parlamentarny wykonał niebywałą pracę - poza wszystkim innym, jego działalność zdołała przeorać w sprawie Smoleńska świadomość sporej części społeczeństwa, które przestało bezkrytycznie przyjmować ustalenia komisji Anodiny i Millera. I ten dorobek, zarówno merytoryczny, jak i społeczny, został przez jedno nieodpowiedzialne zachowanie wystawiony na szwank w kontekście masowej recepcji Tragedii Smoleńskiej. Społeczny kapitał bardzo łatwo roztrwonić. Potencjalne szkody mogą być tu większe niż propagandowa miotanina dziesięciu Lasków. Pół żartem, pół serio – gdyby Rońdy nie było, to Maciej Lasek powinien był go wymyślić.

Nade wszystko jednak postępowanie prof. Rońdy jest policzkiem dla tych wszystkich ludzi, którzy sami nie mając odpowiednich kwalifikacji, skazani są na wiarę w ustalenia podawane im przez ekspertów. Co teraz mają sądzić? Co mam sądzić ja? Czy mam do czynienia z poważnym i bezkompromisowym naukowcem dociekającym prawdy, czy może z tanim sensatem stęsknionym rozgłosu do tego stopnia, że gotów jest wystawić na szwank swą zawodową pozycję i konfabulować przed kamerami, by na chwilę zyskać przewagę w dyskusji z jakimś Kraśką? Przecież tu automatycznie nasuwa się pytanie o wiarygodność innych ustaleń prof. Rońdy – czy aby, nazwijmy to uprzejmie, nie popuścił wodzów fantazji również w innych kwestiach?

Trzecia sprawa, to kontekst dalszych prac Zespołu. Nieodpowiedzialne, by nie rzec: szczeniackie zachowanie prof. Rońdy podważa pośrednio również efekty zbiorowego wysiłku parlamentarzystów i pozostałych ekspertów. To skrajna nielojalność wobec kolegów-naukowców, którzy zdecydowali się na pracę dla „czarnego luda III RP” Antoniego Macierewicza ryzykując osobisty prestiż, narażając się na środowiskowy ostracyzm i inne konsekwencje – z zagrożeniem życia włącznie, bo nie wolno zapominać o Seryjnym Samobójcy. Jak przyjęli zachowanie prof. Rońdy, jak to wpłynie na dalsze prace, skoro okazuje się, że jeden z nich pozwala sobie na swobodne podchodzenie do faktów? Dodajmy jeszcze, iż miało to miejsce nie w jakimś przypadkowym wywiadzie, tylko przy okazji telewizyjnej premiery „Anatomii upadku” Anity Gargas – filmu mającego stanowić odtrutkę na „dokument” National Geographic „Śmierć prezydenta” - tuż przed trzecią rocznicą Tragedii.

III. Kret czy sensat?

Zatrzymam się jeszcze na chwilę nad kwestią bezpieczeństwa ekspertów. Tenże prof. Rońda w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” mówił o permanentnym podsłuchu, o zniekształconych głosach rozmówców w głośnikach telefonu, o konieczności częstego wymieniania komórek, o tym, że dzwoniący do niego kolega słyszał całą jego rozmowę z innym rozmówcą... No i pytanie – sensat, czy nie? Można zapewne przyjąć, że wszyscy zajmujący się wyjaśnianiem Tragedii Smoleńskiej są pod czułą „opieką” służb specjalnych, ale znów pojawia się wątpliwość – na ile można tu wierzyć akurat prof. Rońdzie? A może to jakaś jego kolejna „gra” obliczona na zwrócenie na siebie uwagi, lub zgoła dezinformacja mająca na celu karykaturalne, histeryczne przedstawienie realnego problemu i przez to pozbawienie całej sprawy elementu wiarygodności?

A może - postawmy tę hipotezę wprost, bo skoro prof. Rońda zabawił się naszym kosztem, to w końcu czemu nie - mamy do czynienia z podstawionym kretem? Tu, wybaczcie Państwo, muszę odwołać się do „cynglowni” z Czerskiej. Oto Roman Imielski wygrzebał list do Urbanowego „NIE” z 1998 r., który napisać miał „Jacek Rońda z Cape Town”. Tak się składa, że data pokrywa się z okresem, gdy prof. Rońda faktycznie przebywał w RPA. W liście tym Rońda wychwala „NIE” i jedzie po „prawicy” (treść listu załączam pod notką). Więc co – najpierw mamy do czynienia z wielbicielem Urbana, pałającym żywiołową nienawiścią do prawej strony sceny politycznej, w międzyczasie doradcą w rządzie SLD, a teraz nagle ze „smoleńskim niezłomnym”? Ja wiem, że „Wyborcza” kłamie, ale zdarza się jej również napisać prawdę, jeśli ta prawda akurat pozwala uderzyć we wroga.

No i na koniec zacytuję wypowiedź samego Rońdy dla portalu wPolityce.pl. Stwierdza on tam m.in. „Ożywiłem w ten sposób pewne kręgi. One będą teraz pluć, szczekać itd. I bardzo dobrze, niech im piana z pyska leci.”

Przepraszam, że co? „Pluć”? „Szczekać”? „Piana z pyska”? To język rzetelnego naukowca, czy wiecowego prowokatora? Jakoś dziwnie mi ta estetyka pasuje do stylu w jakim utrzymany jest wspomniany list do „NIE” podpisany przez „Jacka Rońdę z Cape Town” - tylko ostrze skierowane jest w drugą stronę.

No i co z tym zrobić? Sensat czy kret-prowokator? Póki co, prof. Rońda zrezygnował z funkcji Przewodniczącego Komitetu Naukowego Konferencji Smoleńskiej 2013. To dobrze, przyznam się jednak, że ja już chyba zawsze będę miał z wiarygodnością tego człowieka poważny problem. A członkom i ekspertom Zespołu Parlamentarnego, z Antonim Macierewiczem na czele, sugerowałbym dalece posuniętą ostrożność.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Tekst listu Jacka Rońdy do „NIE” z 1998 roku:

„Tradycje głupoty polskiej

Po kolejnej porcji lektury Pańskiego wspaniałego tygodnika "NIE" z przerażeniem stwierdziłem, że głupota leaderów polskiej prawicy jest wieczna i nie podlega modyfikacji od 75 lat. Nawet tytuły gazecin, jakie są wydawane dla zwolenników tej opcji widzenia Świata, są podobne jak te przedwojenne, np. "Nasz Dziennik" teraz i "Mały Dziennik" przed wojną.

Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków.

Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy?

W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania "Wszech-Polskiej" konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski.

Jacek Ronda,

Cape Town, South Africa”

niedziela, 12 maja 2013

Smoleńsk jako narzędzie zmiany

„Oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

I. Zwycięstwo Macierewicza

W okolicach kolejnej smoleńskiej miesięcznicy naszła mnie taka - może mało odkrywcza - refleksja, że Antoni Macierewicz wraz ze swym Zespołem Parlamentarnym tak naprawdę już wygrali. Jedyne wyzwanie przed którym stoją szeroko rozumiane środowiska opozycyjne, to doprowadzenie sprawy do końca tak, by nie zaprzepaścić zwycięstwa. Niemniej, zasadniczy „egzamin” - że nawiążę do nieszczęsnej wypowiedzi Bronisława Komorowskiego – został już zdany.

Zwycięstwo to polega na uprawomocnieniu hipotezy zamachowej w publicznej debacie. Tego już nie da się odwrócić, choćby „Wyborcza” wraz z przyległościami i Maciejem Laskiem na dokładkę nie wiadomo jak się natężali. Zwróćmy uwagę: przecież tezy z raportu Millera powtarzane są w kręgach Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP już tylko i wyłącznie siłą rozpędu. Tak naprawdę liczy się jedno - że, jak ujęła to Katarzyna Kolenda-Zaleska – „prawda już została ustalona, żadne fakty jej nie zmienią”. To oświadczenie jest dla nas fantastyczną wprost wiadomością. Oznacza ono bowiem ni mniej ni więcej, tylko uznanie swej porażki i wycofanie się do okopów „oficjalnej wersji wydarzeń”, zaś „oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

II. W butach trepa

W jednym ze swych felietonów nieodżałowany Seawolf wspominał jakiegoś wykładowcę ze szkoły marynarskiej, który przed studentami twierdził, że jego obowiązkiem jako funkcjonariusza państwowego jest głoszenie oficjalnej – czyli sowieckiej – wersji o zbrodni katyńskiej. Niezależnie od wszystkiego, a w szczególności od faktów, on – lojalny funkcjonariusz PRL – zobligowany jest do popierania państwowej, jak byśmy to dziś ujęli, „narracji” i już. No więc dziś te wszystkie Laski, te „Wyborcze”, TVN-y i „Polityki” są w sytuacji właśnie tego uczelnianego trepa. Oni również „muszą popierać”, bo związali się z Dyktaturą Matołów na dobre i na złe. Tyle, że jak uczy nas przykład Katynia, siła propagandy zależna jest od siły reżimu, dlatego obecnie ich jedynym celem pozostało już tylko nie dopuszczenie Kaczyńskiego do władzy. Bowiem wojnę o utrwalenie w społecznej świadomości rosyjsko-Millerowskiej wersji Smoleńska już przegrali.

Poczuciu temu dali wyraz - z podobnie bezradną otwartością jak Kolenda-Zaleska – Janicki i Władyka w „Polityce” swym tekstem o „smoleńskich agnostykach”. Osią tego artykułu jest założenie, że ludzie wcale nie muszą masowo uwierzyć w zamach. Wystarczy, że dopuszczają hipotetycznie, obok innych, również i taką możliwość, szczególnie gdy wedle badań TNS Polska, 52% respondentów deklaruje, że nie wie co tak naprawdę wydarzyło się na Siewiernym. Już samo to, ów brak pewności jak się rzeczy miały, w opinii publicystów „Polityki” wystarczy, by „agnostycy smoleńscy” obiektywnie stali się grupą działającą na korzyść PiS-u. Tworzy to bowiem sytuację, w której PiS i Macierewicz zamiast „muru” trafiają na „przyjazną strefę buforową” podatną na „spiskowe toksyny”.

I jest to wielka zasługa Macierewicza oraz członków i ekspertów Zespołu Parlamentarnego. Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.

Zresztą, spójrzmy na niedawny „anty-smoleński coming out” mecenasa Rogalskiego. Niezależnie od tego czy był to „kret” podstawiony Jarosławowi Kaczyńskiemu i rodzinom smoleńskim, czy też sfrustrowany ambicjoner mszczący się za uniemożliwienie mu kariery politycznej w PiS-ie, to jeśli „sekta Pancernej Brzozy” może liczyć jedynie na takich „Rogalskich”, to znaczy, że prawie jesteśmy w domu. Że „tamci” - niezależnie od tego ilu jeszcze „Rogalskich” czeka na odpalenie i swoje medialne pięć minut - ostatecznie wyprztykali się z ciężkiej amunicji.

III. Instrument zmiany

No dobrze, ale czemu zatytułowałem tę notkę „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”? Ano dlatego, że kwestia Tragedii – jakkolwiek byśmy się nie oburzali na zarzuty o „instrumentalizowanie katastrofy” - takim narzędziem już się stała. Coś, co w opinii różnych mędrków miało być dla PiS-u i szerzej – obozu niepodległościowego – polityczną kulą u nogi uniemożliwiającą odniesienie sukcesu, może w połączeniu z pozostałymi czynnikami (jak np. bezrobocie i pogłębiający się kryzys) wynieść tenże obóz do władzy. I biada tym, którzy po drodze pod wpływem medialnego ciśnienia skrewią, jak onegdaj „PJoNki”. Znikną z horyzontu i nawet kurz po nich nie zostanie.

Uparte obnażanie wielopoziomowych przyczyn Tragedii w sprzężeniu z bezradnością obecnego rządu w załatwianiu najbardziej elementarnych potrzeb obywateli stwarza niepowtarzalną szansę uświadomienia szerokim rzeszom Polaków, że zwyczajnie nie opłaca się mieć państwa byle jakiego, bo to się mści na najróżniejsze sposoby. I prędzej czy później dotyka każdego z nas osobiście, w najbardziej przyziemnych aspektach codziennego życia. Opozycja ma w rękach niepowtarzalny instrument politycznej i społecznej przemiany Polski i Polaków, pozwalający na przekucie klęski w triumf. Ma przed sobą słabnącego przeciwnika okopanego na ostatniej linii obrony. Pozostało nie zaprzepaścić tej szansy – tym bardziej, że w gruncie rzeczy wystarczy tylko drążyć prawdę aż do końca i komunikować ją ludziom. Opłaca się być uczciwym.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 13 kwietnia 2013

Antysmoleńskie opętanie

Potępieńcze wycia dobiegające z łamów "GW", znamionujące antysmoleński obłęd, lub zgoła opętanie, mają wspólny mianownik. Jest nim strach.

I. Wycie potępionych

Muszę przyznać, że w dni poprzedzające rocznicę Tragedii powodowany jakąś zwyrodniałą ciekawością śledziłem dość pilnie internetowe strony „Wyborczej”, ze szczególnym uwzględnieniem tekstów „smoleńskich”. I szczerze mówiąc, aż takiego natężenia skrajnych emocji i nienawistnej miotaniny antysmoleńskiej sekty z ulicy Czerskiej jednak się nie spodziewałem. Momentami przypominało to wręcz chóralne wycie potępieńców strąconych w najgłębsze otchłanie piekieł. Jednym słowem, ci wszyscy ludzie – Kublik, Wroński, Maziarski, Kurski i cała reszta agorowej menażerii, sprawiali wrażenie opętanych. Innego wytłumaczenia dla tego co wypisywali zwyczajnie nie widzę. To jest proszę Państwa opętanie w stanie czystym, co w sumie nie powinno dziwić, gdyż jeśli ktoś zaprzedaje się bez reszty w służbie złu, to prędzej czy później musi mieć to swoje konsekwencje.

Co ciekawe, kiedy dwa lata temu, przy okazji pierwszej rocznicy Smoleńska diagnozowałem „Strach rocznicowy” (również na podstawie okolicznościowej lektury gazetowyborczych tekstów), owo sekciarskie znerwicowanie miało znacznie łagodniejszy charakter. Dawało się wręcz odczuć nastawienie typu: prawda, są oszołomskie siły na które należy zwracać baczną uwagę i dawać w porę odpór, ale generalnie sytuacja jest pod kontrolą, i pozostało już tylko pracować nad ustawiczną delegitymizacją pamięci a wszystko dobrze się skończy. Przed rokiem byłem wręcz gotów skonstatować ze smutkiem, że ta operacja na żywej tkance świadomości narodu się powiodła i będziemy mieli jeszcze bardzo długo „Smoleńskie status quo” w moskiewskim cieniu: z 25% mniejszością „niezłomnych”, osamotnionych w swym bezsilnym wołaniu o prawdę – i całą resztą wykorzenionych konformistów ze skrupulatnie zabetonowanymi sumieniami, nie przyjmujących do wiadomości istnienia „obowiązków polskich”, nie wspominając już o jakiejkolwiek próbie ich podjęcia.

II. Wybudzanie z letargu

I oto jednak okazuje się, że niezłomny upór w demaskowaniu smoleńskiego kłamstwa popłacił, że odsetek osób odrzucających reżimową narrację powoli, lecz konsekwentnie się powiększa. Może nie wszyscy z „nawróconych” wierzą w zamach, zresztą nie o to chodzi, by z miejsca przyjęli tezy zespołu Antoniego Macierewicza czy „Gazety Polskiej”, jednak łączy ich wzrastający krytycyzm wobec oficjalnych „ustaleń” wyłożonych w raportach MAK i tzw. „komisji Millera”. Widzą luki, niedoróbki, drastyczne zaniechania, nieprzeprowadzenie elementarnych ekspertyz i badań, wreszcie – unikanie jakiejkolwiek konfrontacji i żenujące krętactwa, których symbolem była konferencja prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa skorelowana z propagandowym wzmożeniem reżimowych mediodajni usiłujących ludziom wmówić, że specjalistyczny sprzęt nie jest w stanie odróżnić materiałów wybuchowych od pasty do butów, czy namiotu z PCV. O niesławnym „metr w głąb” i skandalach z zamianą ciał ofiar już nie wspominając.

Tego powolnego wprawdzie i postępującego dość opornie, ale jednak skutecznego wybudzania opinii publicznej ze smoleńskiego letargu nie byłoby bez kilku współgrających ze sobą elementów. Po pierwsze, bez Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza – tu szczególną rolę odegrały konferencje z udziałem naukowców polskich i zagranicznych, których nie da się „unieważnić”, bo stoi za nimi konkretny dorobek i renoma uczelni na których pracują. Po drugie, na skutek pacyfikacji „Rzeczpospolitej” oraz „Uważam Rze” przez nasłanego do Presspubliki reżimowego „słupa”, wypączkowały dwa tygodniki o ponad stutysięcznym nakładzie - „wSieci” oraz „Do Rzeczy” - skutecznie przełamujące monopol opcji prorządowej na rynku prasy i częściowo niewelujące przekaz elektronicznych mediodajni. Hajdarowicz chyba w najczarniejszych snach nie przypuszczał jak niedźwiedzią przysługę odda władzy jego aktywność. Po trzecie, tradycyjne opozycyjne media – grupa „Gazety Polskiej” oraz media toruńskie wraz ze swym społecznym zapleczem (Kluby „GP”, Rodziny Radia Maryja) z żelaznym uporem kontynuowały swą linię porzucając na szczęście propagowanie nieweryfikowalnych hipotez. No i po czwarte wreszcie – Drugi Obieg 2.0, czyli internet i różne oddolne społeczne inicjatywy funkcjonujące na zasadzie roju – pozwalające ominąć opiniotwórczy monopol Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

III. Film Gargas w TVP - tu was boli!

Wszystko, co wymieniłem powyżej wzięte razem do kupy stworzyło wartość dodaną. Ciśnienie okazało się na tyle mocne, że koniec końców nawet prezes rządowej TVP Juliusz Braun uznał za stosowne ugiąć się i wyemitować „Anatomię upadku” Anity Gargas, za co zebrał regularny ochrzan (pod pozorem wywiadu) od Agnieszki Kublik, pełniącej w medialnym światku III RP rolę swoistego supervisora od kadr i czystości linii programowej, wzmocniony jeszcze paranoidalną reakcją Janiny Paradowskiej.

I chyba właśnie ta decyzja władz TVP zabolała agorową sektę najmocniej i sprawiła, że antysmoleńska wścieklizna rozlała się na łamach „GW” bez żadnych ograniczeń, czego przykładem był choćby „smoleński dodatek” operujący retoryką rodem z „Żołnierza Wolności”. Tak po ludzku, to nawet ich rozumiem. Wiedzą, że bronią złej sprawy - z czystej, obsesyjnej nienawiści do „Kaczora” i tubylczego motłochu do którego czują wyłącznie podszytą strachem odrazę. Ta świadomość kłamstwa i współanimowania gigantycznej manipulacji na de facto rosyjskich warunkach sprawia, iż w okolicach rocznicy niejako sami z siebie popadają w najdziwniejsze stany świadomości, które byle odstępstwo od przewidzianego biegu rzeczy może przerodzić w nieopanowaną histerię. Co innego Pospieszalski w późnowieczornym paśmie TVP Info, a co innego produkcja Gargas i „Gazety Polskiej” we flagowej „Jedynce”. I jeszcze te dane o oglądalności – ponad 3 mln widzów...

IV. Lot kamikaze

Te potępieńcze wycia, znamionujące jakiś sekciarski, antysmoleński obłęd, lub - jak napisałem na wstępie – zgoła opętanie, mają wspólny mianownik. Jest nim strach. W swym zacietrzewieniu i matactwach zabrnęli tak daleko, że gdzieś po drodze sprawa utrzymania smoleńskiego kłamstwa stała się dla nich kwestią życia i śmierci. Stąd nawoływania, żeby rząd dał wreszcie odpór, żeby poszczuł „eksperta” Laska z przybocznymi, żeby nie oddawać pola... Stąd piana ściekająca na klawiatury redakcyjnych komputerów. Kres ich narracji oznacza bowiem, że do szerokiej publiczności dotrą wszystkie łajdactwa jakich w smoleńskiej sprawie dopuszczali się od kwietnia 2010 roku. A wtedy znikną. Po prostu ich nie będzie. Spakują manatki, bowiem taka kompromitacja będzie – poza wszystkim innym – biznesowym gwoździem do trumny i tak coraz cieniej przędącej „Agory”.

Najlepsze zaś jest to, iż działając niczym spanikowani obsesjonaci, popełniają na naszych oczach wizerunkowe seppuku. Okołorocznicowa furiacka miotanina jako żywo bowiem przypomina medialne wyczyny Michnika z okresu „rywingate” – akurat wtedy gdy szefostwo „Agory” prowadziło kampanię reklamową „nam nie jest wszystko jedno” mającą przywrócić „Wyborczej” nadszarpniętą reputację. Dla medium, które zbudowało swą markę jako pismo ludzi rozważnych, umiarkowanych i generalnie „na pewnym poziomie” jest to istny lot kamikaze. Nie powiem, żeby było mi szczególnie przykro.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/