Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sędziowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sędziowie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kasta w amoku

Ciekawe, czy Timmermans pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?

I. Sędziowscy hunwejbini

Zadyma wokół reformy wymiaru sprawiedliwości ma jeden niewątpliwie pozytywny aspekt: opadły maski apolityczności, dystansu i obiektywizmu, jakie sędziowie dotąd chętnie zakładali na użytek opinii publicznej. Przedstawiciele „nadzwyczajnej kasty” lubili się bowiem przed społeczeństwem drapować w szaty Katonów – niezłomnych mędrców dumających dniem i nocą o praworządności, do których nie mają przystępu niskie instynkty, co zresztą zostało zadekretowane ustawowo dogmatem o „nieskazitelności charakteru”. W tym kontekście nie dziwi oburzenie środowiska wywołane projektem utworzenia w Sądzie Najwyższym Izby Dyscyplinarnej – no bo, skoro sędzia jest „nieskazitelny” z mocy prawa, to taka Izba jest po pierwsze zbędna, po drugie zaś może w głowach maluczkich zasiać szkodliwy zamęt sugerując samym swym istnieniem, że z tą nieskazitelnością nie wszystko jest tak do końca w porządku. Jednak, jako się rzekło, owe katońskie stylizacje okazały się tanią komedią, bo gdy „kasta” poczuła się zagrożona w swych partykularnych, korporacyjnych interesach, bez ceregieli cisnęła w kąt wszystkie kabotyńskie pozy przeistaczając się w jednej chwili w pospolitych wiecowych krzykaczy. Tym samym, spod togi dostojeństwa wyleźli zacietrzewieni hunwejbini, ani na jotę nie odstający od najbardziej zajadłych polityków „totalnej opozycji”, tudzież osobników pokroju płk. Mazguły, „Farmazona” czy „obywatela RP” Kasprzaka.

Niedawnym przejawem powyższego był list dyscyplinujący, jaki Stowarzyszenie Sędziów THEMIS pod wodzą sędzi Beaty Morawiec zamieściło na swej stronie internetowej. Zagroziło w nim prawnikom startującym w konkursie na sędziów Sądu Najwyższego wiekuistym potępieniem, albowiem „udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”. Wedle stanowiska THEMIS „Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Podobny okólnik z wytycznymi opublikowało stowarzyszenie „Iustitia” grożąc, iż „prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”.


II. Niezawisłość wczoraj i dziś

Oba oświadczenia rzucają snop światła na podejście prawniczego establishmentu do kwestii słynnej „niezawisłości” sędziowskiej oraz sposobu postrzegania własnego środowiska. Gdyby potraktować je przez chwilę serio, to należałoby przyjąć, iż w optyce władz obu stowarzyszeń przynajmniej część ich kolegów i koleżanek to chwiejne indywidua o nader podejrzanej konduicie moralnej – bowiem po pierwsze, można ich skutecznie zaszantażować groźbą towarzysko-zawodowego ostracyzmu, po drugie zaś – są łasi na zaszczyty i urzędy dla których gotowi są wysługiwać się każdej władzy (a nie tylko tej „właściwej”). Teraz poprosiłbym szanownych luminarzy prawa o wyjaśnienie – jak to się ma do słów o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, wspomnianej wyżej „nieskazitelności charakteru” czy „niezawisłości”, skoro trzeba się wobec nich uciekać do tego rodzaju pogróżek? Czy nie zachodzi tu pewna rozbieżność między kreowanym publicznie wizerunkiem, a rzeczywistą kondycją naszych „orłów Temidy”? A skoro tak, to czy dotychczasowy stan polskiego sądownictwa w którym orzekali ludzie tak marni, faktycznie był taki idealny, jak się nam przedstawia – i dopiero PiS przyszedł i rozwalił kwitnącą praworządność? Tu pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej, która w 2016 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, że „sprawiedliwość trzeba sobie u nas wyszarpać”. Czyżby prof. Łętowska stała się „pisówą”? Czy ktoś potrafi przekonująco wytłumaczyć te sprzeczności?

Tak to bywa, gdy histeria przesłania racjonalne myślenie – autorzy cytowanych oświadczeń w politycznym amoku zwyczajnie nie pomyśleli jakie świadectwo wystawiają własnej „kaście”. Tymczasem niezawisłość to nie tylko gwarancje prawne, lecz przede wszystkim stan ducha i umysłu. Jeżeli sędzia jest niezwisły, to zachowa się przyzwoicie również w trudnych okolicznościach – co najwyżej nie zrobi wielkiej kariery. Nawet w PRL-u nie wszyscy sędziowie byli służalczy wobec komuny, co oczywiście przypłacili brakiem awansu i szykanami. Ich kosztem kariery robili ci rozumiejący kolejne „mądrości etapu” - i to oni kształtowali w roli mentorów dalsze pokolenia sędziowskiego narybku, czego emblematycznym przykładem może być sędzia kapitan Iwulski szkolony przez WSW i z żoną w bezpiece.

Nawiasem mówiąc, gdy trzeba było bronić kolegów orzekających w stanie wojennym, Sąd Najwyższy wykazał się w kwestii niezawisłości daleko idącą elastycznością, stwierdzając w niesławnej uchwale z dn. 20 grudnia 2007 r., że skoro PRL nie była państwem prawa i obowiązywał w niej np. dekret o stanie wojennym, to nie wolno czepiać się sędziów, że ten dekret stosowali. Na bazie tej żelaznej logiki nie pociągnięto do odpowiedzialności bodaj żadnego sądowego zbrodniarza. Kiedy wytknął to sędziom wiceminister Marcin Warchoł przemawiając 20 maja 2017 na Zjeździe Prawników Polskich, ci zaczęli demonstracyjnie wychodzić z sali. Najwyraźniej niezawisłość i nieskazitelność charakteru przewidziane są jedynie na czas dobrej pogody. Tak więc otrzymujemy kolejny paradoks – dyspozycyjni sędziowie z czasów PRL nie sprzeniewierzyli się niezawisłości, ale sędziowie którzy dziś ośmieliliby się kandydować do Sądu Najwyższego są ohydnymi sługusami „pisowskiego reżimu”, których należy przykładnie napiętnować. Trzeba dodać, że podobne groźby sędziowskie stowarzyszenia formułowały również wcześniej – przy okazji zmian na stanowiskach prezesów sądów i wyłaniania nowej KRS.


III. Pełzający rokosz

Generalnie, można odnieść wrażenie, że prawniczy establishment trzęsie się w posadach, bo oto na naszych oczach zapoczątkowany zostaje proces wymiany elit – dotychczasowe autorytety stopniowo są odsyłane do lamusa, przez co ulega przerwaniu proceder uzupełniania się przez kooptację gwarantujący ciągłość układu. Symbolem może być tu wzmiankowana przewodnicząca stowarzyszenia „THEMIS” sędzia Beata Morawiec odwołana z funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie przez min. Ziobrę. Stąd odpowiedzią tracących wpływy prawników jest pełzający rokosz do którego jawnie wzywają kolejne uchwały i wystąpienia. Lojalni wobec odwołanej prezes sędziowie SO w Krakowie uchwalili „wotum nieufności” wobec jej następczyni wzywając ją do ustąpienia, albowiem przyjmując funkcję „wspiera zmiany, których celem jest zniszczenie trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa”. Z kolei sędzia SN Wojciech Katner oznajmił w TVN24, iż ma nadzieję, że nie znajdzie się osoba, która zgodziłaby się zastąpić ex-prezes Gersdorf. Wcześniej jeszcze, na przywołanym Zjeździe Prawników Polskich prof. Safjan snuł wizje alternatywnego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” i wydającego własne orzeczenia o konstytucyjności przepisów, co jest wprost dążeniem do anarchizacji państwa. Z kolei prof. Wojciech Popiołek wsławił się jawnie sprzeczną z art.4 Konstytucji („władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”) wykładnią pojęcia suwerena, głosząc ni mniej ni więcej, tylko że „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Czystej wody uzurpacja - to bowiem „nadzwyczajna kasta” „odkrywałaby” i wdrażała owe „wartości”. Otrzymalibyśmy zatem rządy swoistych „ajatollahów prawa”. Jak widać, sędziowie podążają tą drogą, czego dowodem są uroszczenia dotychczasowego składu Sądu Najwyższego do recenzowania zgodności z Konstytucją ustaw o sądownictwie.

Sędziowski rokosz jednak nie przetrwa bez wsparcia zagranicy – stąd nie może dziwić występ prof. Gersdorf przed niemieckimi sędziami federalnymi w Karlsruhe podczas którego błagała o ratunek dla upadającego „państwa prawa” ogłaszając się przy okazji „pierwszym prezesem na uchodźstwie”. Z poparciem oczywiście pośpieszyło niemieckie MSZ każąc nadal tytułować Małgorzatę Gersdorf „prezesem”. Nota bene, akcję prof. Gersdorf interpretuję jako otwarcie kolejnego etapu kariery – liczy na to, że lansując się na swym męczeństwie zostanie dokooptowana do ekskluzywnej, europejskiej prawniczej międzynarodówki, demonstruje więc zawczasu swoją użyteczność. W ciąg zdradzieckiej żebraniny o zewnętrzną interwencję wpisał się również prof. Jerzy Zajadło z Uniwersytetu Gdańskiego apelując do Fransa Timmermansa o podjęcie „jeszcze bardziej radykalnych kroków” przeciw Polsce. Swoją drogą, jak ten Timmermans musi gardzić Polakami widząc te tabuny łaszących się do niego codziennie sprzedawczyków... Ciekawe tylko, czy pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (01-21.08.2018)

niedziela, 30 lipca 2017

Między wojną, a hańbą

Gra podjęta przez prezydenta Dudę, to gorzej niż zbrodnia, to błąd. I za ten błąd Polska zapłaci wysoką cenę.


I. Appeasement Dudy

Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak” - ten komentarz Winstona Churchilla, podsumowujący politykę appeasementu wobec Hitlera, jak rzadko pasuje do podwójnego veta prezydenta Dudy dotyczącego ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

Owszem, można podnosić, że reforma sądownictwa procedowana była w „trybie pendolino”, wręcz przepychana kolanem z użyciem różnych regulaminowych wybiegów. Tyle, że ten nadzwyczajny pośpiech ewidentnie był podyktowany chęcią ograniczenia strat. Używając militarnej analogii – PiS zdecydowało się na blitzkrieg, by uniknąć wyczerpującej wojny pozycyjnej w jaką nieuchronnie musiałyby się zmienić prace nad ustawami przeprowadzane w normalnym tempie. Wyobraźmy sobie tę ciągnącą się w nieskończoność małpiarnię w Sejmie – a do czego „opozycja totalna” jest zdolna, mieliśmy okazję nie raz się przekonać. Wyobraźmy sobie również permanentne demonstracje i próby „puczu 2.0” wspomagane nieustannym „astroturfingiem” - lepiej przygotowane niż w grudniu 2016, z profesjonalną oprawą medialną w wydaniu największych firm PR i domów mediowych, najprawdopodobniej za pieniądze Sorosa, nie mówiąc już o tym, że letnia pogoda bardziej sprzyja wystawaniu na ulicach. No i wreszcie – nieustanne łomotanie ze strony Berlina i Brukseli. Z dwojga złego, Kaczyński zdecydował się na jedno cięcie – nie powiem, że „chirurgiczne”, bo bardziej przypominające cios siekierą między oczy, ale mające ten walor, że załatwiające sprawę.

Można i trzeba było zwracać uwagę na różne legislacyjne niedoróbki w rodzaju głośnej sprzeczności „3=5” (w jednym artykule ustawy o SN I prezes miał być wybierany spośród 5 kandydatów, a w innym spośród 3). Na tym etapie sprawę ewidentnie zawalił resort Zbigniewa Ziobry przygotowujący projekty. Tyle, że to wszystko można było naprawić na etapie prac parlamentarnych – nawet wtedy, gdy ustawy były już w Senacie. Projekty były przecież jawne, prezydent Duda miał je na biurku. Zwróćmy zresztą uwagę – prezydent znalazł czas, by wczytać się w przepisy i zgłosić swoje poprawki w efekcie których część sędziowska KRS miała być wybierana większością 3/5 głosów (a nie zwykłą), zaś o przenoszeniu w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego decydować miał nie minister sprawiedliwości (jak pierwotnie zakładano) lecz prezydent. To wszystko parlamentarna większość (czyli de facto Jarosław Kaczyński) zaakceptowała (być może zgrzytając zębami), a Andrzej Duda w zamian za te ustępstwa miał ustawy podpisać – taka była umowa, sam prezydent to właśnie zadeklarował zgłaszając swoje nowelizacje. Cóż więc się stało, że ostatecznie zdecydował się jednak złamać dane słowo i postawić veto, którego obecna większość – z jego własnego obozu politycznego – nie będzie w stanie oddalić?


II. Bunt prezydenta

Jeszcze w niedzielę rzecznik prezydenta sygnalizował, że ustawa o SN zostanie przekazana do Trybunału Konstytucyjnego. Z perspektywy ogłoszonej nazajutrz decyzji o vecie okazało się, że była to klasyczna zasłona dymna. Pytanie, czy takim mydleniem oczu były także wcześniejsze prezydenckie poprawki i kiedy Andrzej Duda ostatecznie zdecydował się na najbardziej radykalny wariant? Porozmawiał z niedzieli na poniedziałek z Zofią Romaszewską i ta go przekonała? Nie bądźmy śmieszni. Złośliwie zapytam – czy prezydent zawsze podziela opinię ostatniej osoby z którą rozmawiał, czy też tak dobierał sobie konsultantów, by ci dostarczyli mu argumentów pod założoną z góry tezę?

Osobiście sądzę, że Andrzej Duda od dłuższego czasu szukał okazji, by wkroczyć do polityki jako samodzielny gracz. Po ludzku można go zrozumieć – mógł mieć dosyć kpin, że jest „marionetką Kaczyńskiego”, „długopisem” i poniewieranym „Adrianem”, który może co najwyżej wygłaszać ładne przemówienia. Więcej – obowiązująca konstytucja wręcz wymusza prędzej czy później konflikt na linii prezydent-rząd i większość parlamentarna – stąd te wszystkie znane z przeszłości „szorstkie przyjaźnie”. Jeżeli prezydent chce coś realnie znaczyć, musi się w ramach swych prerogatyw nieco „rozpychać”. Notabene – to kolejny argument za zmianą obecnej, dysfunkcyjnej ustawy zasadniczej. Kolejna rzecz – Duda zapewne dobrze sobie zapamiętał upokarzające wymuszenie na nim nocnego zaprzysiężenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego i lekceważenie okazywane mu (dyskretnie, ale jednak) przez Jarosława Kaczyńskiego. Jednak zauważmy, iż Kaczyński potrafił się wykazać pragmatyczną elastycznością, przyjmując na wcześniejszym etapie poprawki prezydenta.

Powyższe nie zmienia jednak faktu, że Andrzej Duda postanowił „wybić się na niepodległość” w najmniej odpowiednim momencie. Reforma wymiaru sprawiedliwości jest kwestią absolutnie fundamentalną – szczególnie, gdy samo środowisko prezentowało niezmienne samozadowolenie i ustami swych najbardziej prominentnych przedstawicieli wprost deklarowało się jako jeden z bastionów „totalnej opozycji”, dufne w swą kastową nietykalność. Mieliśmy od dłuższego czasu pełzający rokosz, a prowodyrzy sędziowskiej korporacji ostatnio tak się rozpolitykowali, tak rozdokazywali, że w końcu trzeba było zrobić z tym porządek - tak jak z tymi partyzantami ze starego kawału, których w końcu gajowy wyrzucił z lasu. Zmiana leżała zresztą w interesie samego środowiska sędziowskiego, któremu aktywność np. prezes Gersdorf odbierała resztki powagi i wiarygodności. Nie wątpię, że byli i są wśród sędziów, zwłaszcza tych niżej sytuowanych w hierarchii, ludzie porządni, chcący po prostu orzekać – z dala od polityki, za to w zgodzie z prawem i poczuciem sprawiedliwości.


III. „Adrian”, coś ty narobił...

To wszystko prezydent Duda uniemożliwił – i to zapewne na długo. Sam zapowiada, że w ciągu dwóch miesięcy przedstawi własne projekty zawetowanych ustaw – po szerokich konsultacjach. Pytanie, z kim będzie je konsultował – z prof. Gersdorf? Z przedstawicielami prawniczego establishmentu okupującymi uniwersyteckie katedry nierzadko od czasów PRL-u? Z prof. Strzemboszem, wedle którego sędziowie mieli „sami się oczyścić”? Powiem wprost – nie wierzę w to, bo mam w świeżej pamięci, co prezydent zrobił z zapowiadaną „ustawą frankową”. Po długich miesiącach i kolejnych, coraz bardziej pokracznych projektach, Kancelaria Prezydenta wypuściła kadłubkowego potworka, który i tak utknął w sejmowej komisji. Jeżeli Duda nie miał jaj, by postawić się bandzie banksterskich lobbystów, to jak niby ma pójść na frontalną konfrontację z „nadzwyczajną kastą ludzi”? A każda realna reforma będzie takie starcie wymuszała. Już to widzę – reforma tak, ale nie taka, nie tak ostra i może w ogóle nie teraz...

Poza tym – veto Dudy, to potężny cios w i tak chwiejną spoistość obozu „dobrej zmiany”. Teraz przecież to veto trafi pod obrady Sejmu. I co – PiS będzie głosowało przeciw i przegra? Przełknie porażkę i zagłosuje za vetem, co oznacza polityczną kompromitację? I na co liczy Duda? Że lewacka dzicz z ulicy na niego zagłosuje? A skąd pewność, że PiS po tym wszystkim w ogóle go wystawi jako kandydata? Przez cały dotychczasowy okres rządów wszystkie siły wrogie PiS-owi „macały”, gdzie jest jego słaby punkt – temu służyły demonstracje a to pod Sejmem, a to pod Senatem, a to pod Pałacem. Taki cel miały również nieustanne groźby i połajanki z Brukseli i medialny ostrzał z Berlina oraz ze strony tutejszych folksdojczów. Teraz już wiedzą – słabe ogniwo obozu rządzącego to Andrzej Duda. Opozycja zwietrzyła krew i po kilku zdawkowych pochwałach idzie za ciosem – domaga się trzeciego veta i głowy ministra Ziobro. Nie łudźmy się, od tej pory naciski spod znaku „ulica i zagranica” tylko się zwielokrotnią – i to przy każdej okazji, bo już wiedzą, że można liczyć na to, że Duda „wymięknie”. Mówiąc językiem z „Ucha prezesa” - „Adrian”, coś ty narobił...

Zacząłem cytatem z Churchilla, skończę cytatem z Talleyranda. Otóż gra podjęta przez prezydenta Dudę, to gorzej niż zbrodnia, to błąd. I za ten błąd Polska zapłaci wysoką cenę.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kaczyński tłumi rokosz

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (28.07-03.08.2017)

Kuracja dla Temidy

Polskie sądownictwo jawi się jako dość kosztowne, przeinwestowane jeśli chodzi o zasoby ludzkie i średnio wydajne.

Odnoszę wrażenie, że w bitewnym kurzu toczącej się właśnie politycznej batalii o sądownictwo nieco umknęło nam podstawowe zagadnienie – dlaczego mianowicie polski wymiar sprawiedliwości potrzebuje reformy i w jakich konkretnie obszarach. Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, warto wpierw zorientować się, jak nasza Temida prezentuje się na tle innych krajów Europy. Snop światła na tę kwestię rzuca opracowanie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości z 2016 r. pt. „Sądownictwo. Polska na tle pozostałych krajów Unii Europejskiej”. Zostało ono sporządzone na podstawie pochodzących z 2014 r., danych CEPEJ (Komisji ds. Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości) – organu Rady Europy. W zestawieniach uwzględniono kraje Rady Europy należące do Unii Europejskiej.

Od razu powiem, że mimo różnych bolączek, generalnie nasze sądownictwo nie odbiega od unijnej średniej – przynajmniej na papierze, bo z oczywistych względów wzięto pod uwagę jedynie techniczne, „policzalne” dane. I tak, jeśli chodzi o finansowanie w przeliczeniu na jednego mieszkańca, Polska zajmuje 6 miejsce od końca z wynikiem 64 euro – jednak, gdy weźmiemy pod uwagę odsetek budżetu przeznaczany na wymiar sprawiedliwości, to już plasujemy się na podium – 3 miejsce z wynikiem 3,2 proc. Tu uwaga – raczej będę unikał podawania liczb bezwzględnych, ponieważ są one mylące ze względu na różnice w wielkości, liczbie ludności i zamożności poszczególnych krajów UE.

Idąc dalej – kwoty przeznaczane na sądownictwo, prokuraturę i pomoc prawną w stosunku do ogólnych wydatków na wymiar sprawiedliwości plasują nas na wysokiej, 6 lokacie ze wskaźnikiem 73,9 proc. Ale tu łyżka dziegciu – bezpłatna pomoc prawna w naszym przypadku to jedynie 1,3 proc., co sytuuje nas z kolei w ogonie Europy. I to może być częścią odpowiedzi, dlaczego sądownictwo w potocznym odbiorze jawi się jako dostępne dla wybranych (np. Holandia wydaje na pomoc prawną 23 proc. sumy przeznaczanej na wymiar sprawiedliwości). Natomiast jesteśmy niekwestionowanym liderem biorąc pod uwagę odsetek wydatków budżetowych na sądownictwo – 1,77 proc. (druga Słowacja - 0,98 proc.).

Interesujące jest, że nasze sądownictwo finansuje się samo w niemal 30 proc. (29,6) przy unijnej średniej 27,2 i medianie 24,5 proc. Oznacza to, że opłaty i koszty sądowe są u nas dość znaczne – i to może być kolejna, obok niedostępności darmowej pomocy prawnej, bariera dla przeciętnego Kowalskiego w korzystaniu z „usług” wymiaru sprawiedliwości. Liderem dostępności jest natomiast Szwecja, gdzie wpływy z tytułu opłat sądowych to zaledwie 0,8 proc. Szwedzi wydają też na pomoc prawną ponad 23 proc. ogólnego budżetu wymiaru sprawiedliwości. Inny ciekawy wskaźnik – przeznaczamy rozpaczliwie mało na szkolenia i edukację – zaledwie 0,2 proc. wydatków na sądownictwo. Za to mamy ponad 10 tys. sędziów – tu jesteśmy zaraz po Niemczech – a w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców zajmujemy 7 lokatę ze wskaźnikiem 26,2.

Jeśli chodzi o wynagrodzenia na tle zamożności społeczeństwa, nasi sędziowie nie powinni narzekać – sędziowie najniższego szczebla otrzymują ponad dwukrotność średnich rocznych zarobków w Polsce (2,1), zaś sędziowie szczebli najwyższych – niemal sześciokrotność (5,9) – natomiast, niestety, rozwarstwienie zarobków sędziowskich między „dołami” a „górą” stawia nas na 3 miejscu.

W przypadku pracowników administracyjnych sądów sytuujemy się w czołówce Europy, co zadaje kłam twierdzeniom, jakoby w sądach brakowało personelu pomocniczego – jesteśmy na 3 miejscu w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców. Na jednego sędziego przypada 2,5 pracownika bezpośredniej obsługi, co stawia nas na 9 miejscu. Kolejna sprawa – tzw. współczynnik sprawności postępowania. Najgorzej jest w procesowych sprawach cywilnych i gospodarczych – zajmujemy 3 miejsce od końca. W innych typach spraw nie odbiegamy od unijnej średniej, podobnie jak, o dziwo, w przypadku długości postępowań – tu również plasujemy się w okolicach środka stawki.

Autorzy raportu stwierdzają w podsumowaniu, że polskie sądownictwo jawi się jako dość kosztowne, przeinwestowane jeśli chodzi o zasoby ludzkie i średnio wydajne (zarówno pod względem „przerobu” spraw jak i czasu ich trwania).

Ogólnie jednak, na papierze nie jest najgorzej. Co więc sprawia, że sądy i sędziowie cieszą się tak fatalną opinią? Cóż, zaryzykuję stwierdzenie, że kluczowym elementem jest to, czego w raporcie nie ujęto, bo jest trudno „mierzalne”. Mianowicie, czy kontakt z „trzecią władzą” zaspokaja poczucie sprawiedliwości przeciętnego Kowalskiego. Słowem, nie tyle chodzi o statystyczną sprawność „przerobu” spraw, ile o to JAK sądy orzekają. Do tego dochodzi społeczne poczucie „usitwowienia” sądownictwa, zwłaszcza na prowincji – jakie np. szanse ma człowiek, który zadarł z miejscowymi notablami. Słowem, cytując klasyka - „kadry decydują o wszystkim”. I w tym kontekście przestaje dziwić, dlaczego reforma Ziobry sprowadza się przede wszystkim do zafundowania naszej Temidzie solidnej kuracji przeczyszczającej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 30-31 (28.07-10.08.2017)

niedziela, 23 lipca 2017

Kaczyński tłumi rokosz

W gruncie rzeczy można powiedzieć sędziom i tym, którzy autentycznie troskają się o trójpodział władzy i rządy prawa – sami tego chcieliście.


I. Odpowiedź na rewoltę

Forsowanie przez PiS ustaw radykalnie zmieniających zasady funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego odczytuję jako odpowiedź Jarosława Kaczyńskiego na pełzający rokosz środowiska prawniczego proklamowany na dwóch branżowych zjazdach – nadzwyczajnym Kongresie Sędziów Polskich z września 2016 oraz na Kongresie Prawników Polskich z maja 2017. Obu imprezom towarzyszył jednoznaczny, polityczny podtekst, na obu fetowano polityków „totalnej opozycji”, zaś podczas KPP dodatkowo „wybuczano” przedstawicieli rządu i prezydenta. To tam padały znamienne słowa o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, podnoszono postulaty oddolnej, sędziowskiej kontroli konstytucyjności (prof. Marek Safjan), czy wręcz negowano konstytucyjny porządek RP, jak uczynił to prof. Wojciech Popiołek w słynnym twierdzeniu, że suwerenem nie są wyborcy, lecz „wartości zapisane w prawie”. Taka postępująca rewolta sądów groziła na dłuższą metę powstaniem dwóch alternatywnych porządków prawnych, czyli anarchizacją państwa.

Widomym znakiem owej tendencji był wybryk sędziego Łączewskiego, negującego pełnomocnictwo podpisane przez prezes Trybunału Konstytucyjnego Julię Przyłębską – czyli w praktyce podważający legalność jej wyboru na pełnioną funkcję. Było to jaskrawe uzurpowanie sobie kompetencji, podobnie jak badanie prawidłowości wyboru Julii Przyłębskiej przez Sąd Najwyższy w związku ze sprawą wniesioną przez byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego. Trybunał Konstytucyjny z kolei miał zająć się wyborem prof. Małgorzaty Gersdorf na stanowisko I Prezesa Sądu Najwyższego – szykował się zatem impas paraliżujący działalność najwyższych organów wymiaru sprawiedliwości. Konsekwencje mogły być potencjalnie destrukcyjne, bowiem przy założeniu, że oba organy wzajemnie podważyłyby legalność wyboru swoich szefów, to skutkiem byłby kompletny chaos prawno-ustrojowy. Jak wówczas należałoby podchodzić do prawomocności orzeczeń SN i TK wydanych za kadencji Gersdorf i Przyłębskiej? Uchylić je? A co z orzeczeniami sądów niższych instancji wydanych na podstawie wyroków oraz uchwał SN i Trybunału? Powtarzam – na horyzoncie rysowała się realna groźba anarchii, w której sędziowie „po uważaniu” respektowaliby (bądź nie) orzecznictwo wspomnianych organów.


II. Oddalić widmo „sędziokracji”

Tę sytuację i widmo „sędziokracji” w której sędziowie wchodzą w rolę suwerena i na swojej niwie stają się „mułłami w togach”, jak uroszczenia władzy sądowniczej podsumował śp. Antonin Scalia (sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego), należało zdecydowanie przeciąć. Oczywiście, można dywagować czy przy okazji nie wylano dziecka z kąpielą i czy czynnik społecznej kontroli wymiaru sprawiedliwości (tu wyrażony np. poprzez prawo ministra sprawiedliwości do wskazania którzy sędziowie SN pozostaną na swoich stanowiskach, tudzież wybór członków KRS przez Sejm przy wygaszeniu kadencji obecnego składu Rady) nie poszedł za daleko, zmieniając się w stricte partyjną kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości. Ale, że nie mogło dłużej być tak, jak było do tej pory – widać jak na dłoni. Zresztą, być może PiS celowo na początek zalicytował wysoko, by następnie wskutek spodziewanego oporu planowo złagodzić nową ustawę – pojawiły się sygnały, że to KRS ostatecznie ma decydować o wygaszeniu kadencji członków Sądu Najwyższego i przenoszeniu w stan spoczynku sędziów, którzy weszli w wiek emerytalny. Tyle, że większość nowej KRS zostanie wybrana przez PiS, mamy więc tak naprawdę ustępstwo raczej symboliczne.

W gruncie rzeczy można powiedzieć sędziom i tym, którzy autentycznie troskają się o trójpodział władzy i rządy prawa – sami tego chcieliście. Środowisko nie potrafiło się oczyścić przez niemal trzy dekady III RP. Więcej – blokowało jakiekolwiek rozliczenia, choćby wobec dyspozycyjnych sędziów czasu stanu wojennego, a nawet stalinowskich zbrodniarzy sądowych, każdą próbę pociągnięcia do odpowiedzialności traktując jako zamach na sędziowską niezawisłość. Dopiero od niedawna, na skutek presji medialnej, zaczęło wyciągać konsekwencje dyscyplinarne wobec sędziów przyłapanych na tak żenujących sprawkach, jak drobne kradzieże sklepowe. A potem prof. Gersdorf narzeka, że społeczeństwo postrzega sędziów jako „mafię w togach”... No to teraz Kaczyński zrobi wam „jesień średniowiecza”, bo w swej pysze ustawiliście się nie tylko ponad prawem, ale wręcz zanegowaliście demokratyczny wybór konstytucyjnego suwerena – narodu. I nie ujmie się za wami pies z kulawą nogą – poza garstką kodziarzy, „UBywateli RP” oraz kilkoma krzykaczami z Berlina i Brukseli. Nagrabiliście sobie całokształtem dotychczasowej postawy: arogancją, samozadowoleniem, korporacyjną mentalnością oraz myleniem niezawisłości z nietykalnością i nieodpowiedzialnością.

Tak nawiasem, biadania, że nagle PiS obsadzi wymiar sprawiedliwości „swoimi” sędziami są przejawem histerii – choćby z tego powodu, że nie sposób wymienić w nagłym trybie 10 tys. sędziów. Nadal trzeba będzie skończyć studia prawnicze, odbyć aplikację, zdać stosowne egzaminy i tak dalej. Co najwyżej część starszych sędziów, zwłaszcza tych skompromitowanych w PRL-u, odejdzie w stan spoczynku, a w obrębie pozostałej reszty nastąpią przetasowania na różnych stanowiskach. A wszak sędziowie to „nadzwyczajna kasta ludzi” cechująca się „nieskazitelnością charakteru”, nieprawdaż? Skąd zatem podejrzenie, że zalęgli się wśród tego elitarnego grona jacyś polityczni służalcy? Czyżby słowa Komorowskiego o „rozgrzanych sądach” nie były jednak bezpodstawne? Tak rzucam pod rozwagę tym, którzy boją się „upolitycznienia” wymiaru sprawiedliwości...


III. Janczarzy „totalnej opozycji”

Poważniejąc, zasada trójpodziału zakłada także wzajemne równoważenie się władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Tymczasem owa równowaga w przypadku trzeciej władzy została w dotychczasowym systemie zachwiana – środowisko sędziowskie wylobbowało sobie niemal stuprocentową autonomię, nic więc dziwnego, że mogło poczuć się „panem na zagrodzie”. Przypomnijmy sobie chociażby jazgot, gdy Andrzej Duda odmówił zaprzysiężenia dziesięciu sędziów przedstawionych mu „do zatwierdzenia” przez KRS. Decyzję prezydenta, do której miał pełne prawo, odebrano wręcz jako przejaw niesubordynacji, choć już wcześniej (w 2007 r.) podobną decyzję podjął prezydent Lech Kaczyński. W każdym razie - z jednej strony sądownictwo miało zagwarantowaną pełną samorządność i niezależność, z drugiej zaś rościło sobie prawo do recenzowania i korygowania dwóch pozostałych władz, samo pozostając poza jakąkolwiek społeczną kontrolą. To jest sytuacja patologiczna, bowiem środowisko cieszące się takimi przywilejami faktycznie bardzo szybko wyradza się w „kastę” - i co gorsza, traktuje ową patologię jako naturalny stan rzeczy. Teraz natomiast do powyższego doszedł otwarty bunt i kurs na konfrontację z nielubianym rządem w charakterze politycznych janczarów „totalnej opozycji”.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że same roszady personalne, acz konieczne, są dalece niewystarczające by odbudować prestiż trzeciej władzy. Polskie sądownictwo wymaga gruntownej reformy strukturalnej, w tym odciążenia sędziów z rozlicznych obowiązków administracyjnych. Dość powiedzieć, że jeśli chodzi o liczbę sędziów (ok. 10 tys.) zajmujemy drugie miejsce w Europie (po Niemczech), jeśli chodzi o proporcje ilości sędziów w stosunku do liczby mieszkańców, również plasujemy się w górnej połówce – co jednak zupełnie nie przekłada się na sprawność postępowań. W efekcie Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu co i rusz zasądza odszkodowania w sprawach skarg na przewlekłość. Reformy jednak niczego nie zmienią, jeśli sami sędziowie nie powrócą do przytomności i nie wyciągną wniosków z sytuacji w jaką wpędziły ich rozpolitykowane środowiskowe autorytety. Naprawdę, Panie i Panowie, nie musicie być zakładnikami ambicji i polityczno-ideologicznych fobii kilku prowodyrów. Jak to mawiają Amerykanie - „your choice, choose wisely.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Nadzwyczajna kasta” ogłasza się suwerenem


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (21-27.07.2017)

piątek, 7 lipca 2017

Pod-Grzybki 104

Gdzieś już chyba podnosiłem ten postulat, ale powtórzę – sędziowie powinni być poddawani okresowym badaniom psychiatrycznym, bo normalni ludzie tak się nie zachowują. Tym razem ochrona jakiegoś supermarketu przyłapała panią sędzię ze Szczecina na przeklejaniu cen na przewodnikach – miała w ten sposób zaoszczędzić 30 zł. Alternatywne wyjście – w ramach egzaminu sędziowskiego powinien być sprawdzian praktyczny z kradzieży sklepowych, żeby tak głupio nie wpadali. Potem taki sędzia osądza profesjonalnego złodzieja – i co? Wstyd jak beret – jak taki amator ma spojrzeć zawodowcowi w oczy?


*

Bolesław Wałęsa odgraża się, że przy okazji najbliższej miesięcznicy smoleńskiej rozsadzi się na Krakowskim Przedmieściu. To sprawa wielkiej wagi – i to w sensie dosłownym, bo Bolesław jest na oko ze dwa razy cięższy od takiego Frasyniuka i trudniej będzie go wynosić. Ale widzę rozwiązanie – należy ich obu zostawić, żeby zapuścili korzenie i obrodzili na wiosnę małymi „legendami Solidarności”. Wtedy minister Szyszko weźmie odrosty, zawiezie do Puszczy Białowieskiej na rozsady – a po kilku latach UNESCO wpisze teren na swoją listę jako rezerwat żywych legend.


*

Tomasz Piątek – człowiek, którego nawet lewacy z „Krytyki Politycznej” wywalili, bo uznali, że są pewne granice, a którego „Wyborcza” przyjęła z pełnym dobrodziejstwem inwentarza – otóż tenże psychotyczny fiksat napisał książkę z której ma wynikać, że Macierewicz jest agentem Putina i człowiekiem ruskiej mafii. To żadna nowość - wpisy tego typu regularnie pojawiają się na internetowym forum „Wyborczej” i Piątek postanowił pójść tym tropem. Macierewicz z kolei złożył zawiadomienie do prokuratury, lecz tu pojawia się problem, bowiem Piątek ma tzw. żółte papiery - co biorąc pod uwagę jego teksty nawet by się zgadzało - zatem może się zasłaniać niepoczytalnością objawiającą się np. urojeniami, których zapisy znalazły się w rzeczonej publikacji. Niemniej zakładam, że ci którzy książkę przyjęli do druku i wydali chyba są poczytalni - a może nawet podżegali Piątka do jej napisania. Ładnie to tak żerować na wariacie i wykorzystywać jego kondycję psychiczną dla paru groszy?


*

Co ciekawe, książkę wydało wydawnictwo „Arbitror” założone w tym właśnie celu przez niejakiego Marcina Celińskiego - nikt inny nie chciał się babrać w Piątkowym szaleństwie. Cóż, pan Marcin z panem Tomaszem może swoje zarobią, ale idę o zakład, że dzieciaki będą im rysowały brudnymi paluchami ch***e na samochodach.


*

Na marginesie – tezę, że Macierewicz jest hersztem polskiej siatki GRU jako pierwszy rzucił bloger Free Your Mind - autor teorii smoleńskiej „maskirowki”. Tenże FYM jednocześnie twierdził, iż Tusk jest wodzem Polskiego Państwa Podziemnego heroicznie walczącym o ocalenie niepodległości. Słowem, wariactwo działa na zasadzie magnesu i opiłków żelaza – i dlatego tym większego ch***a trzeba wysmarować na karoserii samochodu Celińskiego, który na tym cynicznie żeruje.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (05-11.07.2017)