Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rokosz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rokosz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 lipca 2017

Między wojną, a hańbą

Gra podjęta przez prezydenta Dudę, to gorzej niż zbrodnia, to błąd. I za ten błąd Polska zapłaci wysoką cenę.


I. Appeasement Dudy

Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak” - ten komentarz Winstona Churchilla, podsumowujący politykę appeasementu wobec Hitlera, jak rzadko pasuje do podwójnego veta prezydenta Dudy dotyczącego ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

Owszem, można podnosić, że reforma sądownictwa procedowana była w „trybie pendolino”, wręcz przepychana kolanem z użyciem różnych regulaminowych wybiegów. Tyle, że ten nadzwyczajny pośpiech ewidentnie był podyktowany chęcią ograniczenia strat. Używając militarnej analogii – PiS zdecydowało się na blitzkrieg, by uniknąć wyczerpującej wojny pozycyjnej w jaką nieuchronnie musiałyby się zmienić prace nad ustawami przeprowadzane w normalnym tempie. Wyobraźmy sobie tę ciągnącą się w nieskończoność małpiarnię w Sejmie – a do czego „opozycja totalna” jest zdolna, mieliśmy okazję nie raz się przekonać. Wyobraźmy sobie również permanentne demonstracje i próby „puczu 2.0” wspomagane nieustannym „astroturfingiem” - lepiej przygotowane niż w grudniu 2016, z profesjonalną oprawą medialną w wydaniu największych firm PR i domów mediowych, najprawdopodobniej za pieniądze Sorosa, nie mówiąc już o tym, że letnia pogoda bardziej sprzyja wystawaniu na ulicach. No i wreszcie – nieustanne łomotanie ze strony Berlina i Brukseli. Z dwojga złego, Kaczyński zdecydował się na jedno cięcie – nie powiem, że „chirurgiczne”, bo bardziej przypominające cios siekierą między oczy, ale mające ten walor, że załatwiające sprawę.

Można i trzeba było zwracać uwagę na różne legislacyjne niedoróbki w rodzaju głośnej sprzeczności „3=5” (w jednym artykule ustawy o SN I prezes miał być wybierany spośród 5 kandydatów, a w innym spośród 3). Na tym etapie sprawę ewidentnie zawalił resort Zbigniewa Ziobry przygotowujący projekty. Tyle, że to wszystko można było naprawić na etapie prac parlamentarnych – nawet wtedy, gdy ustawy były już w Senacie. Projekty były przecież jawne, prezydent Duda miał je na biurku. Zwróćmy zresztą uwagę – prezydent znalazł czas, by wczytać się w przepisy i zgłosić swoje poprawki w efekcie których część sędziowska KRS miała być wybierana większością 3/5 głosów (a nie zwykłą), zaś o przenoszeniu w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego decydować miał nie minister sprawiedliwości (jak pierwotnie zakładano) lecz prezydent. To wszystko parlamentarna większość (czyli de facto Jarosław Kaczyński) zaakceptowała (być może zgrzytając zębami), a Andrzej Duda w zamian za te ustępstwa miał ustawy podpisać – taka była umowa, sam prezydent to właśnie zadeklarował zgłaszając swoje nowelizacje. Cóż więc się stało, że ostatecznie zdecydował się jednak złamać dane słowo i postawić veto, którego obecna większość – z jego własnego obozu politycznego – nie będzie w stanie oddalić?


II. Bunt prezydenta

Jeszcze w niedzielę rzecznik prezydenta sygnalizował, że ustawa o SN zostanie przekazana do Trybunału Konstytucyjnego. Z perspektywy ogłoszonej nazajutrz decyzji o vecie okazało się, że była to klasyczna zasłona dymna. Pytanie, czy takim mydleniem oczu były także wcześniejsze prezydenckie poprawki i kiedy Andrzej Duda ostatecznie zdecydował się na najbardziej radykalny wariant? Porozmawiał z niedzieli na poniedziałek z Zofią Romaszewską i ta go przekonała? Nie bądźmy śmieszni. Złośliwie zapytam – czy prezydent zawsze podziela opinię ostatniej osoby z którą rozmawiał, czy też tak dobierał sobie konsultantów, by ci dostarczyli mu argumentów pod założoną z góry tezę?

Osobiście sądzę, że Andrzej Duda od dłuższego czasu szukał okazji, by wkroczyć do polityki jako samodzielny gracz. Po ludzku można go zrozumieć – mógł mieć dosyć kpin, że jest „marionetką Kaczyńskiego”, „długopisem” i poniewieranym „Adrianem”, który może co najwyżej wygłaszać ładne przemówienia. Więcej – obowiązująca konstytucja wręcz wymusza prędzej czy później konflikt na linii prezydent-rząd i większość parlamentarna – stąd te wszystkie znane z przeszłości „szorstkie przyjaźnie”. Jeżeli prezydent chce coś realnie znaczyć, musi się w ramach swych prerogatyw nieco „rozpychać”. Notabene – to kolejny argument za zmianą obecnej, dysfunkcyjnej ustawy zasadniczej. Kolejna rzecz – Duda zapewne dobrze sobie zapamiętał upokarzające wymuszenie na nim nocnego zaprzysiężenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego i lekceważenie okazywane mu (dyskretnie, ale jednak) przez Jarosława Kaczyńskiego. Jednak zauważmy, iż Kaczyński potrafił się wykazać pragmatyczną elastycznością, przyjmując na wcześniejszym etapie poprawki prezydenta.

Powyższe nie zmienia jednak faktu, że Andrzej Duda postanowił „wybić się na niepodległość” w najmniej odpowiednim momencie. Reforma wymiaru sprawiedliwości jest kwestią absolutnie fundamentalną – szczególnie, gdy samo środowisko prezentowało niezmienne samozadowolenie i ustami swych najbardziej prominentnych przedstawicieli wprost deklarowało się jako jeden z bastionów „totalnej opozycji”, dufne w swą kastową nietykalność. Mieliśmy od dłuższego czasu pełzający rokosz, a prowodyrzy sędziowskiej korporacji ostatnio tak się rozpolitykowali, tak rozdokazywali, że w końcu trzeba było zrobić z tym porządek - tak jak z tymi partyzantami ze starego kawału, których w końcu gajowy wyrzucił z lasu. Zmiana leżała zresztą w interesie samego środowiska sędziowskiego, któremu aktywność np. prezes Gersdorf odbierała resztki powagi i wiarygodności. Nie wątpię, że byli i są wśród sędziów, zwłaszcza tych niżej sytuowanych w hierarchii, ludzie porządni, chcący po prostu orzekać – z dala od polityki, za to w zgodzie z prawem i poczuciem sprawiedliwości.


III. „Adrian”, coś ty narobił...

To wszystko prezydent Duda uniemożliwił – i to zapewne na długo. Sam zapowiada, że w ciągu dwóch miesięcy przedstawi własne projekty zawetowanych ustaw – po szerokich konsultacjach. Pytanie, z kim będzie je konsultował – z prof. Gersdorf? Z przedstawicielami prawniczego establishmentu okupującymi uniwersyteckie katedry nierzadko od czasów PRL-u? Z prof. Strzemboszem, wedle którego sędziowie mieli „sami się oczyścić”? Powiem wprost – nie wierzę w to, bo mam w świeżej pamięci, co prezydent zrobił z zapowiadaną „ustawą frankową”. Po długich miesiącach i kolejnych, coraz bardziej pokracznych projektach, Kancelaria Prezydenta wypuściła kadłubkowego potworka, który i tak utknął w sejmowej komisji. Jeżeli Duda nie miał jaj, by postawić się bandzie banksterskich lobbystów, to jak niby ma pójść na frontalną konfrontację z „nadzwyczajną kastą ludzi”? A każda realna reforma będzie takie starcie wymuszała. Już to widzę – reforma tak, ale nie taka, nie tak ostra i może w ogóle nie teraz...

Poza tym – veto Dudy, to potężny cios w i tak chwiejną spoistość obozu „dobrej zmiany”. Teraz przecież to veto trafi pod obrady Sejmu. I co – PiS będzie głosowało przeciw i przegra? Przełknie porażkę i zagłosuje za vetem, co oznacza polityczną kompromitację? I na co liczy Duda? Że lewacka dzicz z ulicy na niego zagłosuje? A skąd pewność, że PiS po tym wszystkim w ogóle go wystawi jako kandydata? Przez cały dotychczasowy okres rządów wszystkie siły wrogie PiS-owi „macały”, gdzie jest jego słaby punkt – temu służyły demonstracje a to pod Sejmem, a to pod Senatem, a to pod Pałacem. Taki cel miały również nieustanne groźby i połajanki z Brukseli i medialny ostrzał z Berlina oraz ze strony tutejszych folksdojczów. Teraz już wiedzą – słabe ogniwo obozu rządzącego to Andrzej Duda. Opozycja zwietrzyła krew i po kilku zdawkowych pochwałach idzie za ciosem – domaga się trzeciego veta i głowy ministra Ziobro. Nie łudźmy się, od tej pory naciski spod znaku „ulica i zagranica” tylko się zwielokrotnią – i to przy każdej okazji, bo już wiedzą, że można liczyć na to, że Duda „wymięknie”. Mówiąc językiem z „Ucha prezesa” - „Adrian”, coś ty narobił...

Zacząłem cytatem z Churchilla, skończę cytatem z Talleyranda. Otóż gra podjęta przez prezydenta Dudę, to gorzej niż zbrodnia, to błąd. I za ten błąd Polska zapłaci wysoką cenę.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kaczyński tłumi rokosz

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (28.07-03.08.2017)

piątek, 28 lipca 2017

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Jeśli na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać.


I. Chór kanalii

Przy okazji trwającej właśnie wojny o sądy mamy do czynienia z kolejnym etapem „rokoszu elit”. Rokoszu, który prócz doraźnych interesów sprowadzających się do obrony status quo tam, gdzie tylko jest to możliwe, ma również głębokie, emocjonalne podglebie. Bynajmniej nie chodzi tu tylko o poczucie zagrożenia, że jak PiS opanuje sądy, to zacznie masowo wsadzać „totalną opozycję” do lochów, czego widomym znakiem był histeryczny happening senatora Rulewskiego w więziennym drelichu. Nie chodzi również wyłącznie o pozycję i partykularny interes prawniczego establishmentu, tudzież innych sitw czujących, że grunt usuwa się im spod nóg. Ten strach i wściekłość każące sięgać po najniższe chwyty w obronie skompromitowanej w oczach społeczeństwa „nadzwyczajnej kasty ludzi” i orkiestrować istny „chór kanalii”, wywołane są świadomością, że oto PiS rozpoczął realizację kolejnego etapu swoistej „ludowej rewolucji”. A to właśnie ów „lud” wywołuje u naszych „obrońców demokracji” odruch niekontrolowanego obrzydzenia. By to bliżej wyjaśnić, odwołam się do słynnej wypowiedzi prof. Sadurskiego, który tak się składa, jest m.in. również prawnikiem: „O to mam największe pretensje do Kaczyńskiego, że z cynicznych powodów dał nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”.

Tu ich boli. Otóż Sadurskiego i jego formację cechuje głębokie przeżywanie własnej elitarności - przynależność do „lepszego towarzystwa” stanowi wręcz podstawę ich wysokiej samooceny. Dlatego, gdy ktoś tę elitarność i płynącą z niej redystrybucję prestiżu w jakiejkolwiek formie zaneguje, choćby głosując nie tak jak trzeba, traktują to jako osobisty policzek, obrazę – głosowanie wbrew ich wskazówkom odbierają bowiem jako symboliczną odmowę uznania ich przywódczego statusu. W konsekwencji, nie przyjmują do wiadomości wyników „niesłusznych” wyborów, uznając je za z zasady nieważne, za rodzaj uzurpacji ze strony „plebsu”. To zaś powoduje dysonans poznawczy i pogłębiający się rozdźwięk między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, co z kolei wywołuje rosnące napięcie, którego wykwitem bywają właśnie takie nieprzytomne bluzgi jak Sadurskiego, ale też np. Mikołejki perorującego o „Edkach” siedzących „z piwskiem w łapie i w gaciach do kolan”.


II. Demokracja bez demosu

Mówiąc pół żartem, pół serio - oni są wyznawcami specyficznego modelu harmonii, czegoś co określiłbym mianem zwulgaryzowanego platonizmu z jego „państwem filozofów”, połączonego z czymś na kształt lewackiej odmiany konfucjanizmu, gdzie każdy ma trwale przypisane sobie miejsce. Wedle tego wzorca „demokracja” ma polegać na przywództwie elit kierujących masami, dlatego wszelkie rozstrojenie owej „harmonii” sprawia, że ze wszystkich sił próbują ją oraz należną sobie pozycję w jej ramach - przywrócić. To jest ich główna i bazowa motywacja - zaś krzyki o Trybunale, sądownictwie, konstytucji i praworządności, są jedynie wtórną racjonalizacją tego pierwotnego poczucia przyrodzonego ładu. To wizja ściśle hierarchiczna, klasowa, w swej istocie nie mająca nic wspólnego z demokracją czy jakąkolwiek odmianą republikanizmu - ale właśnie ją uważają za demokrację i to jeszcze w dodatku – liberalną.

Ta kastowa wizja społeczeństwa dotyczy również w ogromnej mierze środowiska sędziowskiego. Oni też czują się współprzewodnikami stada, co widać niekiedy w moralizatorskich uzasadnieniach wyroków, dalece wykraczających poza interpretację przepisów i zamieniających się nierzadko w publicystykę (sędzia Łączewski, Tuleya). Stąd też antykonstytucyjne w swej wymowie słowa prof. Popiołka, że suwerenem są wartości zapisane w prawie których strażnikiem są sądy - a nie jacyś tam „wyborcy”. Czyli mamy demokrację bez rządów demosu. A to oznacza, że pod jej pozorami dostajemy oligarchię, gerontokrację lub jeszcze coś innego.


III. Przebudzenie „symetrystów”

Teraz są sprowadzani na ziemię - a to boli. Dlatego tak entuzjastycznie reagują na ostatnie demonstracje, na których poza dyżurną „kodowszczyzną” zaczęli się pojawiać również tzw. zwykli obywatele, bo to w ich mniemaniu oznacza, że tłum za ich plecami jeszcze nie całkiem się przerzedził, że jeszcze są zdolni kogoś poprowadzić. Mylą się, bo ci ludzie przychodzą niezależnie od ich nawoływań - ale to właśnie powinno poważnie zaniepokoić obóz „dobrej zmiany”.

Otóż w ramach protestów po raz pierwszy na ulice wyszli „symetryści”. To już nie są jakieś groteskowe „diduszki” wyciągnięte z kazamatów „Krytyki Politycznej”, lecz autentyczni młodzi ludzie, którzy wprawdzie nie przepadają za złodziejami z PO, banksterami z „Nowoczesnej” i „gerontami III RP” od Michnika, lecz zarazem nie chcą zmiany a la PiS. Dotąd byli zdystansowani wobec obu stron politycznego sporu, za co zagniewani geronci zarzucali im „jazdę na gapę”. Zatem skoro teraz dali się jednak namówić, by protestować razem z beneficjentami III RP, to robi się nieciekawie. Dopóki przekrój demonstrantów był taki, jak na manifestacjach KOD, czy podczas grudniowego puczu pod Sejmem, PiS mogło spać spokojnie. Jeśli jednak na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać. O symetryzmie i symetrystach pisałem tu całkiem niedawno, więc nie będę powtarzał tamtej analizy, dodam tylko, iż jest to pokolenie autentycznych, integralnych lewicowców w najgorszym stylu: zwolenników obyczajowego postępu, wprawdzie wrażliwych społecznie lecz zarazem nieodwracalnie skażonych np. antyklerykalizmem i kosmopolityzmem - i to właśnie oni mogą stać się kluczową grupą wyborców w 2019 r. Bo skoro wyszli na ulice, to znaczy, że pójdą też do urn - i do wyborów ruszy ich wielokrotnie więcej niż na manifestacje w Warszawie czy we Wrocławiu. Czy PiS to dostrzega i czy zdaje sobie sprawę, że ma bardzo mało czasu, by rozbroić tę tykającą społeczną bombę? Niestety, wątpię.

Warto sobie w związku z powyższym uświadomić jedną rzecz. Mianowicie, okupujący kamery i mikrofony „liderzy” pokroju Schetyny, Petru czy Frasyniuka nie są ważni – dlatego zamiast zajmować się poczynaniami tych zużytych figur woskowych, należy spojrzeć szerzej i głębiej, by zorientować się jakie społeczne procesy zachodzą na zapleczu. A tam, niepostrzeżenie, wyrosła cała nowa generacja obecnych dwudziestoparo- i trzydziestolatków stanowiących niejako rewers młodzieży patriotycznej. Zachwyceni młodymi ludźmi w koszulkach z żołnierzami wyklętymi i husarią, przegapiliśmy ich rówieśników, przeważnie rekrutujących się z nowej, wielkomiejskiej klasy średniej. Fakt, dotąd niespecjalnie rzucali się w oczy, byli dość wycofani jeśli chodzi o publiczne zaangażowanie, co najwyżej ograniczając się do lokalnych ruchów miejskich. Teraz jednak zaczynają zabierać głos – może niekoniecznie w duchu, który spodobałby się Michnikowi, bo ich krytyka III RP i dorobku transformacji jest dość miażdżąca, ale – co ważne – jest to krytyka z pozycji radykalnego lewicowego liberalizmu. Może nie tak lewackiego jak „Razem” Zandberga i spółki, ale ideowe afiliacje są jednoznaczne. Przykładowo, ich główny zarzut wobec rządów PO, prócz złodziejstwa oraz uderzającego w nich bezpośrednio sprekaryzowania rynku pracy, to zaniechanie wprowadzenia homomałżeństw i liberalizacji aborcji. Słowem, Platforma jest dla nich zbyt zachowawcza obyczajowo.


IV. Bunt młodych?

Do tej pory „totalna opozycja” wraz ze swym zapleczem intelektualnym nie potrafiła zagospodarować tych rodzących się po lewej stronie społecznych emocji, tkwiąc w nabzdyczonym stuporze. Jednak jakaś siła polityczna się pojawi (zawsze się pojawia) i zaabsorbuje ten „symetryczny” potencjał sprzeciwu zarówno wobec PiS-u, jak i „pokolenia Magdalenki”, bo takie procesy się stopniowo, po cichu kumulują i wybuchają w najmniej oczekiwanych momentach – tak jak „bunt gówniarzy” (jak ich określił Michnik) wybuchł w twarze salonu w 2015 r. Ale rok 2015 to już przeszłość – w 2019 r. może z kolei nastąpić „bunt symetrystów”. Tymczasem politycy zwykli w swej imaginacji „zamrażać” wyborców w takim stanie, w jakim owi wyborcy na nich głosowali. A to tak nie działa. Wyborcy ewoluują, społeczeństwo się zmienia - to jest dziki, żywy, nieokiełznany organizm. Dlatego jeśli PiS nie zadba o odpowiednią społeczną komunikację i chociażby wyjaśnienie, dlaczego zmiany w sądownictwie są potrzebne i warto je nawet „przepchnąć kolanem”, to szeregi niezadowolonych będą rosnąć, a odpowiedni specjaliści ów narastający „bunt symetrystów” przejmą i powiodą przeciw Polsce. A wtedy nastąpi taki „odpał”, takie odbicie wahadła w lewą stronę, że się nie pozbieramy.

Kraczę? Przesadzam? Oby - naprawdę chciałbym się mylić. Jednak warto zwrócić uwagę, że w ostatnich latach to właśnie młodzież była motorem zmian politycznych. Przypomnę, że to młodzi ludzie zmanipulowani akcją „zmień kraj, idź na wybory” zadecydowali w 2007 r. o oddaniu władzy PO na osiem lat. To młodzi w 2015 zagłosowali na PiS i Kukiza – i to młodzi zadecydują o zmianie w najbliższych bądź kolejnych wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

piątek, 22 kwietnia 2016

Warszawski rokosz

Drodzy KOD-owcy wraz z przyległościami, aby wasza rewolta miała szanse powodzenia, musicie wiedzieć kilka rzeczy.

Ależ ten czas leci... Jeszcze nieco ponad rok temu Bronisław Komorowski szybował w sondażach nie mając z kim przegrać, prawicowi wyborcy przeżywali gorycz bezsilności po skandalicznych wyborach samorządowych, a prof. Andrzej Nowak szarpiąc brodę pisał rozpaczliwy list na konwencję wyborczą Andrzeja Dudy. Słowem – marazm, beznadzieja i przekonanie, że „oni” mogą sobie pozwolić na wszystko, z fałszowaniem wyborów włącznie, narodowi kondycja polskiego państwa wisi kalafiorem, zaś rządzący układ wsparty potęgą niemieckiego hegemona nigdy nie odda dobrowolnie władzy. Ja sam nie widziałem wyjścia innego, niż zorganizowanie antyplatformerskiego Majdanu – zresztą, tego typu głosy podnosiły się także w innych komentarzach po prawej stronie. Biorąc to wszystko pod uwagę, podwójne zwycięstwo, które nastąpiło raptem kilka miesięcy później, zakrawa na mały cud. Toteż nie dziwi, że zwolennicy konserwowania III RP wraz z jej licznymi, systemowymi patologiami, których albo nie chcą dostrzegać, albo wręcz czerpią z nich rozmaite korzyści, od tamtej pory zachowują się jak po ciężkim nokaucie, uparcie nie przyjmując do wiadomości zarówno tego co się stało, jak i przyczyn dla których to się stało. Oczadziali traktują zwycięstwo PiS jako zamach i nieuprawnioną uzurpację, a słynne miny państwa Wajdów uchwycone podczas wieczoru wyborczego 10 maja doskonale obrazują stan umysłów KOD-owskich uczestników weekendowych „spacerów nienawiści”.

Ba, odwrócenie ról jest dokładne aż do szczegółów – teraz to tamci patrzą ponuro na bezlitosne sondaże, wychodzą na ulice w pełnych frustracji demonstracjach, jakże odmiennych od „fajnopolackiej” przechadzki z czekoladowym „możełem”, to u nich można zaobserwować „moherową” średnią wieku, choć tu raczej mamy do czynienia nie tyle ze staruszkami z kółek różańcowych, ile z „resortowymi babciami”. To oni oburzają się, gdy padają pod ich adresem oskarżenia o warcholstwo i podpalanie Polski, choć sami wcześniej nie szczędzili tego typu przenikliwych diagnoz czy to uczestnikom okupacji siedziby Państwowej Komisji Wyborczej, czy nieco późniejszemu marszowi w obronie demokracji i wolności mediów. Są też podobnie podzieleni – z jednej strony KOD, z drugiej „Razem”, nie szczędzące sobie wzajemnie połajanek – zupełnie jak całkiem niedawno narodowcy skandujący „PiS-PO jedno zło” i pisowcy widzący w narodowcach „V kolumnę Putina”.

No i w końcu – teraz to oni mówią o „Majdanie w Warszawie”. Różnica jest taka, że prawica zaczęła przebąkiwać o „wariancie ulicznym” dopiero pod koniec ośmioletnich rządów Platformy, po serii punktowych represji skierowanych przeciw różnym środowiskom, pałowaniu uczestników Marszy Niepodległości, wyrokach za „Donald matole...” i sfałszowanych wyborach samorządowych. Dzisiejsi wyznawcy ancien regime'u wykazują się znacznie mniejszą cierpliwością. Drugą różnicą jest to, że wtedy do ukraińskiej rewolty nawiązywał nie tyle PiS, ile szeregowi wyborcy prawicy i niektórzy komentatorzy, dziś natomiast postulat ten zgłasza lider opozycyjnej partii, Grzegorz Schetyna.

Temat ten jest mi bliski o tyle, że właśnie na początku 2015 roku dość gruntownie go sobie przeanalizowałem i wyszło mi, że taki scenariusz jest w Polsce niesłychanie trudny do zrealizowania. Czegóż bowiem trzeba do wywołania „warszawskiego rokoszu”? Otóż, drodzy KOD-owcy wraz z przyległościami, aby wasza rewolta miała szanse powodzenia, musicie wiedzieć kilka rzeczy. Mianowicie, powinny być spełnione trzy podstawowe warunki: 1) odpowiednio wysoki i masowy poziom społecznej frustracji; 2) ustosunkowany i majętny sponsor zapewniający logistykę, wikt i opierunek, a także gotów w razie konieczności zwyczajnie opłacić demonstrantów; 3) wreszcie - wsparcie zagranicznego protektora zapewniającego międzynarodowy parasol ochronny, tak by „opinia światowa” uznała protest za „słuszny” i swoimi kanałami wymogła na rządzie oddanie władzy.

Z punktem trzecim zapewne nie byłoby problemów – Berlin, Bruksela, a nawet niektóre środowiska w USA, wręcz przebierają nogami by zmontować tu i wszechstronnie poprzeć jakąś „kolorową rewolucję”. Ale co z dwoma pierwszymi warunkami? Czy macie odpowiednio wielu zdeterminowanych ludzi gotowych tygodniami koczować pod namiotami? Przypomnę, że w Kijowie zaczęło się od młodzieży – jak tam u was z młodymi? Ilu z was będzie sobie mogło pozwolić na wielotygodniowy urlop? Prócz tego, macie kasę? Rewolucja jest droga. Jak głosi uporczywa plotka, majdan w Kijowie kosztował 750 tys. hrywien dziennie, co po ówczesnym kursie wynosiło jakieś 270 tys. zł. Po czterech dniach robi się z tego ponad milion, po ośmiu – ponad dwa miliony - i tak dalej. Macie takich sponsorów? Jeśli tak, to po pierwsze - gratuluję, po drugie - rad bym poznać nazwiska...

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polski-rokosz#.VQdTro6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/skok-na-biereckiego

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (25-31.03.2016)

piątek, 16 stycznia 2015

Polski rokosz

Aby zrobić rokosz, potrzeba: konfederacji, sponsora, protektora.

I. Warunki brzegowe

Rok 2015 z podwójnymi wyborami – prezydenckimi i parlamentarnymi - ma szansę stać się czasem przełomu. Oczywiście nie chodzi mi tu o zwycięstwo przy urnach, to bowiem – jak pokazały ostatnie wybory samorządowe – jest w naszych warunkach dla sił szeroko rozumianego obozu patriotycznego zwyczajnie niemożliwe. Rządzący układ zademonstrował jasno, że nie odda władzy dobrowolnie i trzeba będzie mu ją wydrzeć siłą. Zatem zbliżające się wybory są istotne w innym znaczeniu: skali na jaką zostaną sfałszowane i czy owe fałszerstwa staną się zarzewiem społecznego buntu na masową skalę. W tym kontekście, w prawicowym dyskursie przewija się nawiązująca do wydarzeń na Ukrainie fraza „polski Majdan”, ja jednak pozwolę sobie hipotetyczny bunt nazwać bardziej swojsko – rokosz.

Jak zasygnalizowałem w jednym z wcześniejszych tekstów, aby takowy rokosz mógł się urzeczywistnić, muszą zostać spełnione trzy podstawowe warunki brzegowe: 1) wystarczająco wysoki poziom społecznej frustracji 2) możny sponsor gotów dla spodziewanych korzyści zainwestować w przewrót i ogarnąć go od strony logistyczno-organizacyjnej 3) potęga zewnętrzna zapewniająca parasol międzynarodowy (by „opinia światowa” uznała rebelię za „słuszną”), tudzież innego rodzaju wsparcie. Spróbujmy pójść tym tropem.

II. Sytuacja rewolucyjna

Obecnie w Polsce nie ma rewolucyjnego wrzenia. Naród jest uśpiony, lub może inaczej – zabiegany za swoimi codziennymi sprawami, na dodatek w podskórnym lęku, że każdy wstrząs może spowodować utratę obecnej „małej stabilizacji”. Aby przełamać ten marazm niezbędne jest przekroczenie pewnej masy krytycznej, to zaś możliwe jest jedynie przy połączeniu sił skutkującym efektem synergii. Jeśli spojrzymy na minione lata uświadomimy sobie, że żadna z opozycyjnych struktur nie ma wystarczającego potencjału mobilizacyjnego, choć każda z osobna jest w stanie raz na jakiś czas zorganizować wielotysięczną manifestację. Środowisko Radia Maryja zrobiło potężny marsz w obronie TV Trwam, „Solidarność” protestowała przeciw podniesieniu wieku emerytalnego, Ruch Narodowy pochwalić się może od lat kilkudziesięciotysięcznym Marszem Niepodległości, PiS i sprzyjające mu organizacje potrafił 13 grudnia wyprowadzić na ulice również kilkadziesiąt tysięcy ludzi w obronie demokracji i wolności mediów. Wszystkie te inicjatywy łączy jedno – okazały się nieskuteczne w sensie wymuszenia na władzy ustępstw (za wyjątkiem przyznania TV Trwam miejsca na multipleksie). Do tego dochodzą społeczne akcje zbierania podpisów pod projektami ustaw (np. w obronie sześciolatków), które to podpisy są bez skrupułów mielone w sejmowej niszczarce.

Bez dogadania się wyszczególnionych tu środowisk niemożliwa będzie zmiana obecnego stanu rzeczy, który wygląda następująco: my protestujemy, a oni robią co chcą. Jest to zadanie arcytrudne, bowiem każde z nich dość zazdrośnie strzeże swego stanu posiadania. PiS pragnie zachować monopol na polityczną opozycyjność, zaś sprzyjające mu media imputują potencjalnym konkurentom, zwłaszcza z obozu narodowego, agenturalność, oszołomstwo, rozbijactwo i szkodnictwo polityczne – czego ostatnim przejawem była histeryczna reakcja na okupację PKW. Z kolei przywódcy Ruchu Narodowego, jak przypuszczam częściowo z lęku by nie stać się „przystawką”, wyżywają się propagandowo w nieprzytomnych wrzaskach typu „PiS-PO – jedno zło” i okazjonalnym puszczaniu oka w kierunku putinowskiej Rosji. Rodziny Radia Maryja i „Solidarność” wolą natomiast pilnować swych partykularnych poletek – brak oficjalnego zaangażowania się związkowców w marsz 13 grudnia jest tu dobitnym przykładem.

W niepokojącym rozkroku pozostaje Kościół. Wycofanie się w ostatniej chwili pięciu biskupów z komitetu honorowego grudniowej demonstracji jest sygnałem bardzo niepokojącym, tym bardziej, że wiele wskazuje na podwójny nacisk: dyplomatyczny ze strony nuncjatury apostolskiej i finansowy ze strony rządu na zasadzie dealu – wycofanie poparcia w zamian za dotację na Świątynię Opatrzności Bożej. Nie wygląda to dobrze, bo bez wsparcia (choćby cichego) Kościoła żaden zryw insurekcyjny nie ma szans – a potrzebne jest wszak coś na skalę pierwszej Solidarności.

Ratunek przed obecnym podziałem sił widziałbym we współpracy ludzi zaangażowanych w działalność opozycyjną – jeśli trzeba nawet wbrew politycznym i środowiskowym liderom. Taka współpraca podejmowana na różnych polach byłaby w stanie wytworzyć oddolne ciśnienie zdolne zmusić różnych pielęgnujących partykularyzmy „wodzów” do rewizji swych stanowisk – choćby ze strachu, że owo ciśnienie wysadzi ich w końcu ze stołków.

III. Sponsor rokoszu

Przykład Ukrainy pokazuje, że żadna rewolta nie jest możliwa bez zaplecza finansowo-organizacyjnego. W Kijowie zapewnili je skłóceni z obozem Janukowycza oligarchowie sponsorujący Majdan. Utrzymanie wielotygodniowej demonstracji wymaga zapewnienia ludziom środków utrzymania, namiotów, opału, żywności, opieki medycznej itd. Za tym wszystkim musi stać patron na tyle możny i wpływowy, by przynajmniej w jakimś stopniu sparaliżować wolę bezpieki i resortów siłowych, tak by nie doszło do krwawej pacyfikacji protestu. Czy opozycja jest w stanie takiego protektora pozyskać? Nie siedzę w trzewiach polityczno-biznesowych układów III RP, więc siłą rzeczy będę strzelał.

Czy wyprowadzenie centrali SKOK-ów do Luksemburga przez senatora Biereckiego służyć miało jedynie czysto biznesowej „optymalizacji podatkowej”, czy może zorganizowaniu jakiegoś funduszu, który mógłby zostać użyty do celów politycznych? Oczywiście, ceną byłby zapewne prezydencki fotel dla pana senatora, tak jak na Ukrainie odpłacono się Poroszence. Pytanie, czy w samym PiS-ie i ugrupowaniach sojuszniczych postulowanej tu „konfederacji” byłaby zgoda na uzyskanie przez frakcję Biereckiego dominującej pozycji. Ostatnio na aucie znalazł się niedawny oligarcha Ryszard Krauze – tak, ten etatowy „informatyzator” kolejnych publicznych instytucji. Zdarzało się mu już przygarniać bezrobotnych polityków prawicy, że wspomnę choćby o Wiesławie Walendziaku. Czy gotów byłby wejść z tym co mu zostało z majątku w zamian za perspektywę powrotu do gry? No i wreszcie Solorz, człowiek o wielu nazwiskach i pseudonimach operacyjnych, który również co jakiś czas mruga pod adresem prawej strony na wypadek, gdyby jednak doszła do władzy. Ja wiem, jak to wszystko cuchnie, ale znów – czy byłby możliwy deal typu „parasol medialny w zamian za przyszłe korzyści, których nie zapewnia obecna władza”? No i pytanie – czy ugrupowania opozycyjne różnych proweniencji w ogóle zastanawiają się nad tego typu posunięciami? Bo jeżeli sądzą, że zwycięstwo da się sfinansować z jakiejś zrzutki obywatelskiej z ewentualnym wsparciem zaskórniaków PiS-u, to cienko widzę. No chyba, że PiS ma gdzieś schowane poważne środki odłożone w minionych latach z budżetowych dotacji. Wtedy może wystarczyłby biznesowo-polityczny alians z samym Biereckim.

IV. Ochrona międzynarodowa

No i wreszcie kwestia osłony międzynarodowej dla rokoszu. Ta jest niezbędna, bowiem żadnej z kontynentalnych potęg – ani Niemcom wraz z UE, ani putinowskiej Rosji – zmiana władzy w Polsce nie jest na rękę. Z ich perspektywy Polska ma sobie powoli gnić pod obecnym zarządem i pozostawać „obrotową strefą wpływów”. Pamiętać należy ponadto, że funkcjonujemy w warunkach ustawy o „bratniej pomocy” na mocy której obecny reżim może poprosić o wprowadzenie pod byle pretekstem obcych sił pacyfikacyjnych. Zatem sojusznik winien być na tyle potężny, by żadnemu z naszych sąsiadów nie opłacała się tego typu interwencja. Te warunki spełnić mogą USA wraz z powoli odzyskującym zęby NATO – pod warunkiem wszakże, że Obama, bądź jakiś przytomniejszy jego następca zechce dostrzec w Polsce zaplecze dla amerykańskich interesów na Ukrainie. Ciężar geopolitycznego konfliktu przesunął się w naszym regionie na wschód – to Ukraina jest dziś państwem frontowym, jednak każdy front musi mieć swoje bazy na tyłach i to może być nasza oferta w zamian za międzynarodową ochronę i pomoc w obaleniu obecnego reżimu.

To byłby rzecz jasna dopiero pierwszy etap wybijania się Polski na niepodległość – odbudowa sił i znaczenia pod amerykańskim protektoratem. Punktem docelowym byłoby odrzucenie geopolitycznych protez i stanięcie na własnych nogach jako regionalne mocarstwo – to jednak melodia przyszłości, najpierw należy wykonać pierwszy krok. Używając historycznej analogii – Kazimierz Odnowiciel podnosił Polskę z upadku jako lennik niemiecki i ta strategia okazała się koniec końców skuteczna.

Podsumowując – aby zrobić rokosz, potrzebna jest wpierw konfederacja dysponująca odpowiednim zapleczem finansowo-organizacyjnym, zewnętrznym sojusznikiem oraz ludzkim potencjałem. Przy odpowiedniej masowości i determinacji rewolta może stać się autentycznym wyrazem podmiotowych dążeń narodu, przestanie natomiast być sterowalna dla agentów i prowokatorów – bo, że tacy będą, trzeba założyć z góry i robić swoje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87#.VKq918mNAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” 1 (71) 12-18.01.2015