Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski Majdan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski Majdan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2015

SKOK na Biereckiego

Jeżeli wybory zostaną sfałszowane, byłaby to paradoksalnie szansa na come back Biereckiego do wielkiej politycznej gry.

Jakieś dwa miesiące temu w tekście dla „Polski Niepodległej” zatytułowanym „Polski rokosz” starałem się nakreślić okoliczności w jakich możliwe byłoby odpalenie w naszym kraju buntu społecznego na masową skalę. Jednym z warunków brzegowych jest znalezienie sponsora, który ogarnąłby przedsięwzięcie od strony logistyczno-finansowej – tak jak zrobili to na Ukrainie oligarchowie sprawiając, że tamtejszy Majdan nie rozpełzł się po paru dniach, a później nie został rozbity przez berkutowców i „tituszki”. Oczywiście, oligarchowie nie działali z potrzeby gorejącego serca i płomiennego patriotyzmu, tylko mieli na uwadze własne, wymierne korzyści płynące z odsunięcia od władzy i konfitur Janukowycza oraz jego zaplecza polityczno-biznesowego. Innymi słowy, „euromajdan” stał się doskonałym narzędziem w wojnie klanów o żerowiska, a przyklepaniem zwycięstwa jednej ze stron stał się wybór Poroszenki na „prezydenta-bombonierkę”.

W kontekście powyższego sugerowałem, że jeśli dojdzie w Polsce do protestów przeciw sitwie PO-PSL i firmowanemu przez nią układowi polityczno-służbowo-biznesowemu, to należy sobie takiego nadwiślańskiego Poroszenkę – po, nazwijmy to umownie, „naszej” stronie - znaleźć, płacąc mu następnie za wsparcie np. prezydenturą. Nie jest to rozwiązanie idealne, lecz umówmy się – lepsze to niż dalsze osuwanie się kraju w bagno degrengolady. I tu zaświtało mi nazwisko senatora Grzegorza Biereckiego, który zawiaduje całkiem pokaźną machiną finansową SKOK-ów, ma swoje bezgranicznie mu oddane media i frakcję w ramach Prawa i Sprawiedliwości. O tym, że ambicje polityczne pana senatora nie kończą się na parlamencie, lecz sięgają właśnie prezydentury, przeróżne wróbelki ćwierkały od dawna. Słowem, nadawałby się na patrona i sponsora polskiego Majdanu jak mało kto. Pytanie, czy sam Bierecki zdecydowałby się na taki hazard i czy Jarosław Kaczyński postawiłby na tego konia godząc się, że frakcja senatora naturalną koleją rzeczy stałaby się dominującą siłą w PiS. Póki co, lider Prawa i Sprawiedliwości wyznaczając Andrzeja Dudę jako kandydata w wyborach postawił raczej na ograniczanie politycznych wpływów Biereckiego, on sam zaś uznał najwyraźniej, że musi przynajmniej na jakiś czas poskromić swe apetyty.

No a teraz, biorąc pod uwagę ostatni atak na SKOK-i oraz medialną histerię, warto zadać pytanie – czy jest to wyłącznie próba uderzenia w Andrzeja Dudę, czy też kontekst sprawy jest nieco szerszy? Wiadomo, że SKOK-i walczą o przetrwanie ścierając się z bezwzględnym lobby bankowym i pozostającym na jego usługach aparatem państwa, z Komisją Nadzoru Finansowego włącznie. Dodatkowo, Kasy traktowane są jako ekonomiczne zaplecze opozycji i główny kreator antyreżimowych środków przekazu, dążący do monopolizacji patriotycznego rynku opinii.

Tak więc, mamy tutaj nawarstwienie się kilku poziomów konfliktu na linii SKOK-i – układ rządzący, niemniej pozwolę sobie na dodatkową hipotezę. Otóż SKOK-i w ciągu dwóch ostatnich lat wytransferowały z Polski do spółki SKOK Holding w Luksemburgu łącznie ok. 150 mln złotych. To rzecz jasna mały pikuś w porównaniu ze skalą transferów kapitałowych międzynarodowych korporacji, w tym banków i na dodatek zgodne z prawem, jednak powstaje pytanie – czy tego typu operacje służyć mają jedynie „optymalizacji podatkowej”, czy także innym celom? Mówiąc wprost – czy tworzony jest w ten sposób swoisty „fundusz opozycyjny” do uruchomienia w razie nagłej potrzeby? Szczerze mówiąc, tylko ta druga ewentualność broniłaby w moich oczach postępowania za które przy innych okazjach piętnujemy – i słusznie – wielkie koncerny. Taki fundusz bowiem byłby jak znalazł w przypadku wybuchu społecznego i mógłby posłużyć sfinansowaniu potencjalnego rokoszu. Może chodzi więc o to, by pod pretekstem wykrytych „nieprawidłowości” np. zmusić Kasy do zamrożenia większej ilości kapitału w Funduszu Stabilizacyjnym i uniemożliwić odkładanie „zaskórniaków” w Luksemburgu?

Jeżeli wybory prezydenckie i parlamentarne zostaną sfałszowane, co jest w świetle ostatnich doświadczeń nader prawdopodobne, byłaby to paradoksalnie szansa na come back Biereckiego do wielkiej politycznej gry. Obecnie „zawieszony” i marginalizowany w swym środowisku senator, mógłby na powrót zaistnieć – tym razem jako protektor słusznego buntu rodaków i jego prezydenckie aspiracje znów stałyby się realne. Dla niego i SKOK-ów jest to batalia o wszystko - bez politycznego triumfu i powrotu do władzy sektor bankowy wraz z machiną państwa prędzej czy później zniszczą system Kas w Polsce, a to oznacza również koniec wielu prawicowych przedsięwzięć medialnych i trwałe osłabienie głównej siły opozycyjnej, a być może również jej dezintegrację. Zatem warto postawić i taką tezę, że najnowsze uderzenie obozu władzy w SKOK-i ma na celu oprócz doraźnych, kampanijnych korzyści, również pozbawienie możliwego „polskiego Majdanu” finansowej bazy, a co za tym idzie – szans powodzenia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polski-rokosz#.VQdTro6NAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2015)

piątek, 16 stycznia 2015

Polski rokosz

Aby zrobić rokosz, potrzeba: konfederacji, sponsora, protektora.

I. Warunki brzegowe

Rok 2015 z podwójnymi wyborami – prezydenckimi i parlamentarnymi - ma szansę stać się czasem przełomu. Oczywiście nie chodzi mi tu o zwycięstwo przy urnach, to bowiem – jak pokazały ostatnie wybory samorządowe – jest w naszych warunkach dla sił szeroko rozumianego obozu patriotycznego zwyczajnie niemożliwe. Rządzący układ zademonstrował jasno, że nie odda władzy dobrowolnie i trzeba będzie mu ją wydrzeć siłą. Zatem zbliżające się wybory są istotne w innym znaczeniu: skali na jaką zostaną sfałszowane i czy owe fałszerstwa staną się zarzewiem społecznego buntu na masową skalę. W tym kontekście, w prawicowym dyskursie przewija się nawiązująca do wydarzeń na Ukrainie fraza „polski Majdan”, ja jednak pozwolę sobie hipotetyczny bunt nazwać bardziej swojsko – rokosz.

Jak zasygnalizowałem w jednym z wcześniejszych tekstów, aby takowy rokosz mógł się urzeczywistnić, muszą zostać spełnione trzy podstawowe warunki brzegowe: 1) wystarczająco wysoki poziom społecznej frustracji 2) możny sponsor gotów dla spodziewanych korzyści zainwestować w przewrót i ogarnąć go od strony logistyczno-organizacyjnej 3) potęga zewnętrzna zapewniająca parasol międzynarodowy (by „opinia światowa” uznała rebelię za „słuszną”), tudzież innego rodzaju wsparcie. Spróbujmy pójść tym tropem.

II. Sytuacja rewolucyjna

Obecnie w Polsce nie ma rewolucyjnego wrzenia. Naród jest uśpiony, lub może inaczej – zabiegany za swoimi codziennymi sprawami, na dodatek w podskórnym lęku, że każdy wstrząs może spowodować utratę obecnej „małej stabilizacji”. Aby przełamać ten marazm niezbędne jest przekroczenie pewnej masy krytycznej, to zaś możliwe jest jedynie przy połączeniu sił skutkującym efektem synergii. Jeśli spojrzymy na minione lata uświadomimy sobie, że żadna z opozycyjnych struktur nie ma wystarczającego potencjału mobilizacyjnego, choć każda z osobna jest w stanie raz na jakiś czas zorganizować wielotysięczną manifestację. Środowisko Radia Maryja zrobiło potężny marsz w obronie TV Trwam, „Solidarność” protestowała przeciw podniesieniu wieku emerytalnego, Ruch Narodowy pochwalić się może od lat kilkudziesięciotysięcznym Marszem Niepodległości, PiS i sprzyjające mu organizacje potrafił 13 grudnia wyprowadzić na ulice również kilkadziesiąt tysięcy ludzi w obronie demokracji i wolności mediów. Wszystkie te inicjatywy łączy jedno – okazały się nieskuteczne w sensie wymuszenia na władzy ustępstw (za wyjątkiem przyznania TV Trwam miejsca na multipleksie). Do tego dochodzą społeczne akcje zbierania podpisów pod projektami ustaw (np. w obronie sześciolatków), które to podpisy są bez skrupułów mielone w sejmowej niszczarce.

Bez dogadania się wyszczególnionych tu środowisk niemożliwa będzie zmiana obecnego stanu rzeczy, który wygląda następująco: my protestujemy, a oni robią co chcą. Jest to zadanie arcytrudne, bowiem każde z nich dość zazdrośnie strzeże swego stanu posiadania. PiS pragnie zachować monopol na polityczną opozycyjność, zaś sprzyjające mu media imputują potencjalnym konkurentom, zwłaszcza z obozu narodowego, agenturalność, oszołomstwo, rozbijactwo i szkodnictwo polityczne – czego ostatnim przejawem była histeryczna reakcja na okupację PKW. Z kolei przywódcy Ruchu Narodowego, jak przypuszczam częściowo z lęku by nie stać się „przystawką”, wyżywają się propagandowo w nieprzytomnych wrzaskach typu „PiS-PO – jedno zło” i okazjonalnym puszczaniu oka w kierunku putinowskiej Rosji. Rodziny Radia Maryja i „Solidarność” wolą natomiast pilnować swych partykularnych poletek – brak oficjalnego zaangażowania się związkowców w marsz 13 grudnia jest tu dobitnym przykładem.

W niepokojącym rozkroku pozostaje Kościół. Wycofanie się w ostatniej chwili pięciu biskupów z komitetu honorowego grudniowej demonstracji jest sygnałem bardzo niepokojącym, tym bardziej, że wiele wskazuje na podwójny nacisk: dyplomatyczny ze strony nuncjatury apostolskiej i finansowy ze strony rządu na zasadzie dealu – wycofanie poparcia w zamian za dotację na Świątynię Opatrzności Bożej. Nie wygląda to dobrze, bo bez wsparcia (choćby cichego) Kościoła żaden zryw insurekcyjny nie ma szans – a potrzebne jest wszak coś na skalę pierwszej Solidarności.

Ratunek przed obecnym podziałem sił widziałbym we współpracy ludzi zaangażowanych w działalność opozycyjną – jeśli trzeba nawet wbrew politycznym i środowiskowym liderom. Taka współpraca podejmowana na różnych polach byłaby w stanie wytworzyć oddolne ciśnienie zdolne zmusić różnych pielęgnujących partykularyzmy „wodzów” do rewizji swych stanowisk – choćby ze strachu, że owo ciśnienie wysadzi ich w końcu ze stołków.

III. Sponsor rokoszu

Przykład Ukrainy pokazuje, że żadna rewolta nie jest możliwa bez zaplecza finansowo-organizacyjnego. W Kijowie zapewnili je skłóceni z obozem Janukowycza oligarchowie sponsorujący Majdan. Utrzymanie wielotygodniowej demonstracji wymaga zapewnienia ludziom środków utrzymania, namiotów, opału, żywności, opieki medycznej itd. Za tym wszystkim musi stać patron na tyle możny i wpływowy, by przynajmniej w jakimś stopniu sparaliżować wolę bezpieki i resortów siłowych, tak by nie doszło do krwawej pacyfikacji protestu. Czy opozycja jest w stanie takiego protektora pozyskać? Nie siedzę w trzewiach polityczno-biznesowych układów III RP, więc siłą rzeczy będę strzelał.

Czy wyprowadzenie centrali SKOK-ów do Luksemburga przez senatora Biereckiego służyć miało jedynie czysto biznesowej „optymalizacji podatkowej”, czy może zorganizowaniu jakiegoś funduszu, który mógłby zostać użyty do celów politycznych? Oczywiście, ceną byłby zapewne prezydencki fotel dla pana senatora, tak jak na Ukrainie odpłacono się Poroszence. Pytanie, czy w samym PiS-ie i ugrupowaniach sojuszniczych postulowanej tu „konfederacji” byłaby zgoda na uzyskanie przez frakcję Biereckiego dominującej pozycji. Ostatnio na aucie znalazł się niedawny oligarcha Ryszard Krauze – tak, ten etatowy „informatyzator” kolejnych publicznych instytucji. Zdarzało się mu już przygarniać bezrobotnych polityków prawicy, że wspomnę choćby o Wiesławie Walendziaku. Czy gotów byłby wejść z tym co mu zostało z majątku w zamian za perspektywę powrotu do gry? No i wreszcie Solorz, człowiek o wielu nazwiskach i pseudonimach operacyjnych, który również co jakiś czas mruga pod adresem prawej strony na wypadek, gdyby jednak doszła do władzy. Ja wiem, jak to wszystko cuchnie, ale znów – czy byłby możliwy deal typu „parasol medialny w zamian za przyszłe korzyści, których nie zapewnia obecna władza”? No i pytanie – czy ugrupowania opozycyjne różnych proweniencji w ogóle zastanawiają się nad tego typu posunięciami? Bo jeżeli sądzą, że zwycięstwo da się sfinansować z jakiejś zrzutki obywatelskiej z ewentualnym wsparciem zaskórniaków PiS-u, to cienko widzę. No chyba, że PiS ma gdzieś schowane poważne środki odłożone w minionych latach z budżetowych dotacji. Wtedy może wystarczyłby biznesowo-polityczny alians z samym Biereckim.

IV. Ochrona międzynarodowa

No i wreszcie kwestia osłony międzynarodowej dla rokoszu. Ta jest niezbędna, bowiem żadnej z kontynentalnych potęg – ani Niemcom wraz z UE, ani putinowskiej Rosji – zmiana władzy w Polsce nie jest na rękę. Z ich perspektywy Polska ma sobie powoli gnić pod obecnym zarządem i pozostawać „obrotową strefą wpływów”. Pamiętać należy ponadto, że funkcjonujemy w warunkach ustawy o „bratniej pomocy” na mocy której obecny reżim może poprosić o wprowadzenie pod byle pretekstem obcych sił pacyfikacyjnych. Zatem sojusznik winien być na tyle potężny, by żadnemu z naszych sąsiadów nie opłacała się tego typu interwencja. Te warunki spełnić mogą USA wraz z powoli odzyskującym zęby NATO – pod warunkiem wszakże, że Obama, bądź jakiś przytomniejszy jego następca zechce dostrzec w Polsce zaplecze dla amerykańskich interesów na Ukrainie. Ciężar geopolitycznego konfliktu przesunął się w naszym regionie na wschód – to Ukraina jest dziś państwem frontowym, jednak każdy front musi mieć swoje bazy na tyłach i to może być nasza oferta w zamian za międzynarodową ochronę i pomoc w obaleniu obecnego reżimu.

To byłby rzecz jasna dopiero pierwszy etap wybijania się Polski na niepodległość – odbudowa sił i znaczenia pod amerykańskim protektoratem. Punktem docelowym byłoby odrzucenie geopolitycznych protez i stanięcie na własnych nogach jako regionalne mocarstwo – to jednak melodia przyszłości, najpierw należy wykonać pierwszy krok. Używając historycznej analogii – Kazimierz Odnowiciel podnosił Polskę z upadku jako lennik niemiecki i ta strategia okazała się koniec końców skuteczna.

Podsumowując – aby zrobić rokosz, potrzebna jest wpierw konfederacja dysponująca odpowiednim zapleczem finansowo-organizacyjnym, zewnętrznym sojusznikiem oraz ludzkim potencjałem. Przy odpowiedniej masowości i determinacji rewolta może stać się autentycznym wyrazem podmiotowych dążeń narodu, przestanie natomiast być sterowalna dla agentów i prowokatorów – bo, że tacy będą, trzeba założyć z góry i robić swoje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87#.VKq918mNAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” 1 (71) 12-18.01.2015

czwartek, 1 stycznia 2015

Piotr Lisiewicz – wódz młodzieży

Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach nie pozwolą się napuszczać na siebie nawzajem i będą w stanie nawiązać współpracę.

 

I. Opozycyjny rachunek sumienia

Piotr Lisiewicz opublikował na łamach „Gazety Polskiej” i portalu Niezależna.pl istotny tekst, w którym zastanawia się m.in. „jak zbudować siłę, która stworzy polski Majdan”. Trzeba autorowi oddać, że w przeciwieństwie do wielu innych „niepokornych” publicystów stara się wystrzegać intelektualnych sideł do jakich prowadzi stosowanie utartych, propagandowych schematów, choć z drugiej strony nie udaje mu się to do końca – ale o tym później. Warto docenić, że wspominając demonstrację przed PKW z 20 listopada i wynikłą później okupację sali konferencyjnej, potrafił odnieść się krytycznie do nieprzytomnego tekstu Joanny Lichockiej w którym publicystka zarzuca Grzegorzowi Braunowi i Ewie Stankiewicz, iż „zrealizowali scenariusz, który mógłby być napisany w siedzibie MSW na Rakowieckiej. Uważam też, że nagłaśnianie ich akcji, jej afirmacja, a także po prostu zagrzewanie do wychodzenia na ulicę, z którymi można było się spotkać m.in. na łamach telewizji Republika, było w czasie kampanii wyborczej poważnym, politycznym błędem, za które opozycja zapłaciła w wyborach.” Lisiewicz na szczęście unika pułapki kategoryzowania manifestacji jako przejawu domniemanej agenturalności bądź oszołomstwa, zauważając, że nawet ewentualne prowokacje przy odpowiedniej masowości protestów spalą na panewce, gdyż prowokatorzy - tak jak stało się w 1980 roku - zwyczajnie nie będą w stanie kontrolować wydarzeń, zaś w innym miejscu dodając trafnie: „wyniki kandydatów PiS na prezydenta w II turze były zaskakująco dobre i podejrzewam, że wkurzenie ludzi na fałszerstwo raczej się im przysłużyło”.

Cóż zatem jest przyczyną porażki? Lisiewicz definiuje ją jako efekt długoletnich zaniedbań. Otóż to! Być może dla wielu z Państwa jest to oczywiste, ale przyznajmy, że taka diagnoza ogłoszona na łamach medium, które uchodzi wręcz za organ prasowy Prawa i Sprawiedliwości, może stanowić dla czytelników „GaPola” odkrycie iście kopernikańskie. Jednym z najpoważniejszych zaniechań jest odpuszczenie przez PiS młodzieży – nie tyle w sensie docierania z przekazem, ile w znaczeniu organizacyjnym (zwracał nieco wcześniej na to uwagę również Jerzy Targalski). W efekcie, młodzież notorycznie spławiana przez lokalne pisowskie struktury angażuje się albo w polityczne inicjatywy Korwin-Mikkego, albo przystępuje do którejś z organizacji narodowych – ONR, MW itd. Dla mnie, rzecz jasna, takie ukierunkowanie energii młodych ludzi nie stanowi problemu, bowiem w odróżnieniu od wielu zwolenników jedynie słusznej siły opozycyjnej nie traktuję narodowców jako „czarnego luda”, a i z korwinowców wyrastają ludzie, co jako były wyborca UPR i pana Janusza, który „zmarnował” na niego w latach 90-tych kilkakrotnie swój głos, mogę zaświadczyć na własnym przykładzie. Rozumiem jednak, że dla zadeklarowanych zwolenników PiS może stanowić to pewien problem i powód do zgryzot.

II. Młodzież w okowach narodowców

Zgryzotom tym redaktor Lisiewicz daje zresztą upust narzekając, że narodowcy zagospodarowując patriotyczną młodzież, m.in. ze środowisk kibicowskich „przyszli na gotowe” - bo podglebie, wedle Lisiewicza, przygotował uprzednio on sam wraz z „Gazetą Polską”. I tu mam wątpliwości, z tego bowiem co się orientuję, środowiska narodowe wykonały i wykonują wśród młodzieży gigantyczną pracę formacyjną i, nazwijmy to, cywilizacyjno-kulturową. To, że młody narodowiec, patriota, przestał się kojarzyć z wizerunkiem tępego „naziola” z bejsbolem w łapie, jest w ogromnej mierze właśnie zasługą organizacji w rodzaju ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Pogłębianie świadomości historycznej, erupcja popularności zakazanych do pewnego momentu tematów, takich jak Żołnierze Niezłomni, Narodowe Siły Zbrojne, przybliżanie dorobku przedwojennej endecji – ba, samo przywrócenie tego nurtu naszej tradycji patriotyczno-niepodległościowej do zbiorowej pamięci obecnego pokolenia jest również niezaprzeczalną zasługą mrówczego wysiłku współczesnych następców narodowej demokracji. Zdaję sobie sprawę z tego, że Lisiewicza może to uwierać, ale odmawianie zasług trąci jednak płytką małostkowością.

Zresztą – i tu wracam do zasygnalizowanego na wstępie spostrzeżenia, że Lisiewiczowi nie udało się do końca wyzwolić z propagandowej narracji – dla dziennikarza „GP” problemem jest chyba nie tyle oblicze ideowe, ile domniemana prorosyjskość narodowców. Publicysta obawia się, że energia młodych zostanie przez przywódców ugrupowań narodowych skanalizowana i użyta ze szkodą dla polskich interesów. I tu właśnie Piotr Lisiewicz popada w propagandową pułapkę – mam nadzieję, że nieświadomie. Wrzucanie do jednego worka ewidentnie sympatyzującego z putinowskim reżimem Korwina z, dajmy na to, Ruchem Narodowym, jest co najmniej nadużyciem, podobnie zresztą jak rozciąganie na ogół narodowców pojedynczych – kretyńskich, przyznajmy – wypowiedzi poszczególnych polityków z szeroko rozumianego obozu narodowego, każących nam upatrywać w Rosji i Putinie przeciwwagi, lub zgoła sojusznika w walce z demoliberalną zgnilizną. Dla każdego w miarę kumatego uczestnika bądź obserwatora życia publicznego oczywistym jest, że konserwatywna narracja Kremla to zwyczajne mydlenie oczu i traktowane czysto instrumentalnie narzędzie sprawowania władzy, oraz utrwalania putinowskiej satrapii. Poza tym, w pewnym miejscu sam Lisiewicz przyznaje, że większość narodowej młodzieży nie dała się nabrać na te plewy, zatem imputowanie jej en masse ruskiego „pożytecznoidiotyzmu” jest tym bardziej bezprzedmiotowe. Piotr Lisiewicz raczej nie jest typem doktrynera i ciasnego dogmatyka, więc tym bardziej mógłby sobie darować – choćby z szacunku dla samego siebie – podobne wycieczki.

 III. Nie ma barykady!

Koniec końców Lisiewicz dochodzi jednak do konstruktywnego wniosku. Należy mianowicie stworzyć młodzieżową strukturę zbliżoną pod względem polityczno-ideowym do PiS, lecz niezależną organizacyjnie. To cenne przedsięwzięcie i kibicuję mu z całego serca. Przy różnych okazjach podkreślam, że tradycja piłsudczykowska i endecka to dwa płuca polskiego patriotyzmu, które w obecnej sytuacji powinny ze sobą współpracować – a przynajmniej nie atakować się nawzajem. Inaczej z odzyskania Polski i obalania „republiki okrągłego stołu” nici. Jeśli miałoby to skutkować poszerzeniem oferty dla tej części młodych ludzi, którzy nie identyfikują się z narodowcami, bądź przystąpili np. do ONR-u „z braku laku” - to szczerze życzę powodzenia. Antymoskiewskie oblicze przyszłego ruchu, podobnie jak postulowany format – miałoby to być coś na kształt dawnej Ligi Republikańskiej – również sprawia, że można inicjatywie tylko przyklasnąć. Warto pamiętać jednakże, iż z Ligi Republikańskiej wyszedł zarówno Mariusz Kamiński (bezkompromisowy szef CBA), jak i (fetowana ongiś przez „Gazetę Polską”) Julia Pitera, która szybko przerzuciła się z antykorupcyjnej działalności w Transparency International i ścigania „układu warszawskiego” na kolejne platformerskie synekury...

Lisiewicz słusznie zauważa, że na czele powinni stanąć ideowcy, nie zaś karierowicze pazerni na kasę i posady. Hm, czyżby to właśnie on widział siebie w roli „wodza młodzieży”? Byłoby ciekawie, szczególnie w kontekście happeningowej aktywności Akcji Alternatywnej „Naszość”... Martwi jedynie, że możliwość współpracy z organizacjami narodowymi redaktor widzi dopiero gdy ta nowa formacja stanie się wśród młodzieży siłą dominującą. Czyli, może to trochę potrwać... Oby ta troska, by nie paść łupem strasznych narodowców nie sprawiła, że lisiewiczowska młodzież zachowa polityczne dziewictwo, a w tym czasie Polska wraz z nieskuteczną opozycją utonie w bagnie marazmu fundowanego przez tutejszy odpowiednik meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej.

Można w tym miejscu zapytać, jak wyobrażam sobie koegzystencję i współdziałanie młodzieżówek wywodzących się z dwóch stron polityczno-ideowej, patriotycznej barykady. Otóż z mojej perspektywy nie ma żadnej barykady – a przynajmniej być jej nie powinno. Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach – czy to narodowych, czy okołopisowskich - nie pozwolą się napuszczać na siebie nawzajem i będą w stanie nawiązywać współpracę, jeśli nawet nie w sensie instytucjonalnym, to chociażby na płaszczyźnie oddolnej, poziomej. W razie konieczności – bez oglądania się na partykularne interesy swoich przywódców.

 Gadający Grzyb

 Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 51-53 (22.12.2014-11.01.2015)