Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opozycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opozycja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

Piotr Lisiewicz – wódz młodzieży

Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach nie pozwolą się napuszczać na siebie nawzajem i będą w stanie nawiązać współpracę.

 

I. Opozycyjny rachunek sumienia

Piotr Lisiewicz opublikował na łamach „Gazety Polskiej” i portalu Niezależna.pl istotny tekst, w którym zastanawia się m.in. „jak zbudować siłę, która stworzy polski Majdan”. Trzeba autorowi oddać, że w przeciwieństwie do wielu innych „niepokornych” publicystów stara się wystrzegać intelektualnych sideł do jakich prowadzi stosowanie utartych, propagandowych schematów, choć z drugiej strony nie udaje mu się to do końca – ale o tym później. Warto docenić, że wspominając demonstrację przed PKW z 20 listopada i wynikłą później okupację sali konferencyjnej, potrafił odnieść się krytycznie do nieprzytomnego tekstu Joanny Lichockiej w którym publicystka zarzuca Grzegorzowi Braunowi i Ewie Stankiewicz, iż „zrealizowali scenariusz, który mógłby być napisany w siedzibie MSW na Rakowieckiej. Uważam też, że nagłaśnianie ich akcji, jej afirmacja, a także po prostu zagrzewanie do wychodzenia na ulicę, z którymi można było się spotkać m.in. na łamach telewizji Republika, było w czasie kampanii wyborczej poważnym, politycznym błędem, za które opozycja zapłaciła w wyborach.” Lisiewicz na szczęście unika pułapki kategoryzowania manifestacji jako przejawu domniemanej agenturalności bądź oszołomstwa, zauważając, że nawet ewentualne prowokacje przy odpowiedniej masowości protestów spalą na panewce, gdyż prowokatorzy - tak jak stało się w 1980 roku - zwyczajnie nie będą w stanie kontrolować wydarzeń, zaś w innym miejscu dodając trafnie: „wyniki kandydatów PiS na prezydenta w II turze były zaskakująco dobre i podejrzewam, że wkurzenie ludzi na fałszerstwo raczej się im przysłużyło”.

Cóż zatem jest przyczyną porażki? Lisiewicz definiuje ją jako efekt długoletnich zaniedbań. Otóż to! Być może dla wielu z Państwa jest to oczywiste, ale przyznajmy, że taka diagnoza ogłoszona na łamach medium, które uchodzi wręcz za organ prasowy Prawa i Sprawiedliwości, może stanowić dla czytelników „GaPola” odkrycie iście kopernikańskie. Jednym z najpoważniejszych zaniechań jest odpuszczenie przez PiS młodzieży – nie tyle w sensie docierania z przekazem, ile w znaczeniu organizacyjnym (zwracał nieco wcześniej na to uwagę również Jerzy Targalski). W efekcie, młodzież notorycznie spławiana przez lokalne pisowskie struktury angażuje się albo w polityczne inicjatywy Korwin-Mikkego, albo przystępuje do którejś z organizacji narodowych – ONR, MW itd. Dla mnie, rzecz jasna, takie ukierunkowanie energii młodych ludzi nie stanowi problemu, bowiem w odróżnieniu od wielu zwolenników jedynie słusznej siły opozycyjnej nie traktuję narodowców jako „czarnego luda”, a i z korwinowców wyrastają ludzie, co jako były wyborca UPR i pana Janusza, który „zmarnował” na niego w latach 90-tych kilkakrotnie swój głos, mogę zaświadczyć na własnym przykładzie. Rozumiem jednak, że dla zadeklarowanych zwolenników PiS może stanowić to pewien problem i powód do zgryzot.

II. Młodzież w okowach narodowców

Zgryzotom tym redaktor Lisiewicz daje zresztą upust narzekając, że narodowcy zagospodarowując patriotyczną młodzież, m.in. ze środowisk kibicowskich „przyszli na gotowe” - bo podglebie, wedle Lisiewicza, przygotował uprzednio on sam wraz z „Gazetą Polską”. I tu mam wątpliwości, z tego bowiem co się orientuję, środowiska narodowe wykonały i wykonują wśród młodzieży gigantyczną pracę formacyjną i, nazwijmy to, cywilizacyjno-kulturową. To, że młody narodowiec, patriota, przestał się kojarzyć z wizerunkiem tępego „naziola” z bejsbolem w łapie, jest w ogromnej mierze właśnie zasługą organizacji w rodzaju ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Pogłębianie świadomości historycznej, erupcja popularności zakazanych do pewnego momentu tematów, takich jak Żołnierze Niezłomni, Narodowe Siły Zbrojne, przybliżanie dorobku przedwojennej endecji – ba, samo przywrócenie tego nurtu naszej tradycji patriotyczno-niepodległościowej do zbiorowej pamięci obecnego pokolenia jest również niezaprzeczalną zasługą mrówczego wysiłku współczesnych następców narodowej demokracji. Zdaję sobie sprawę z tego, że Lisiewicza może to uwierać, ale odmawianie zasług trąci jednak płytką małostkowością.

Zresztą – i tu wracam do zasygnalizowanego na wstępie spostrzeżenia, że Lisiewiczowi nie udało się do końca wyzwolić z propagandowej narracji – dla dziennikarza „GP” problemem jest chyba nie tyle oblicze ideowe, ile domniemana prorosyjskość narodowców. Publicysta obawia się, że energia młodych zostanie przez przywódców ugrupowań narodowych skanalizowana i użyta ze szkodą dla polskich interesów. I tu właśnie Piotr Lisiewicz popada w propagandową pułapkę – mam nadzieję, że nieświadomie. Wrzucanie do jednego worka ewidentnie sympatyzującego z putinowskim reżimem Korwina z, dajmy na to, Ruchem Narodowym, jest co najmniej nadużyciem, podobnie zresztą jak rozciąganie na ogół narodowców pojedynczych – kretyńskich, przyznajmy – wypowiedzi poszczególnych polityków z szeroko rozumianego obozu narodowego, każących nam upatrywać w Rosji i Putinie przeciwwagi, lub zgoła sojusznika w walce z demoliberalną zgnilizną. Dla każdego w miarę kumatego uczestnika bądź obserwatora życia publicznego oczywistym jest, że konserwatywna narracja Kremla to zwyczajne mydlenie oczu i traktowane czysto instrumentalnie narzędzie sprawowania władzy, oraz utrwalania putinowskiej satrapii. Poza tym, w pewnym miejscu sam Lisiewicz przyznaje, że większość narodowej młodzieży nie dała się nabrać na te plewy, zatem imputowanie jej en masse ruskiego „pożytecznoidiotyzmu” jest tym bardziej bezprzedmiotowe. Piotr Lisiewicz raczej nie jest typem doktrynera i ciasnego dogmatyka, więc tym bardziej mógłby sobie darować – choćby z szacunku dla samego siebie – podobne wycieczki.

 III. Nie ma barykady!

Koniec końców Lisiewicz dochodzi jednak do konstruktywnego wniosku. Należy mianowicie stworzyć młodzieżową strukturę zbliżoną pod względem polityczno-ideowym do PiS, lecz niezależną organizacyjnie. To cenne przedsięwzięcie i kibicuję mu z całego serca. Przy różnych okazjach podkreślam, że tradycja piłsudczykowska i endecka to dwa płuca polskiego patriotyzmu, które w obecnej sytuacji powinny ze sobą współpracować – a przynajmniej nie atakować się nawzajem. Inaczej z odzyskania Polski i obalania „republiki okrągłego stołu” nici. Jeśli miałoby to skutkować poszerzeniem oferty dla tej części młodych ludzi, którzy nie identyfikują się z narodowcami, bądź przystąpili np. do ONR-u „z braku laku” - to szczerze życzę powodzenia. Antymoskiewskie oblicze przyszłego ruchu, podobnie jak postulowany format – miałoby to być coś na kształt dawnej Ligi Republikańskiej – również sprawia, że można inicjatywie tylko przyklasnąć. Warto pamiętać jednakże, iż z Ligi Republikańskiej wyszedł zarówno Mariusz Kamiński (bezkompromisowy szef CBA), jak i (fetowana ongiś przez „Gazetę Polską”) Julia Pitera, która szybko przerzuciła się z antykorupcyjnej działalności w Transparency International i ścigania „układu warszawskiego” na kolejne platformerskie synekury...

Lisiewicz słusznie zauważa, że na czele powinni stanąć ideowcy, nie zaś karierowicze pazerni na kasę i posady. Hm, czyżby to właśnie on widział siebie w roli „wodza młodzieży”? Byłoby ciekawie, szczególnie w kontekście happeningowej aktywności Akcji Alternatywnej „Naszość”... Martwi jedynie, że możliwość współpracy z organizacjami narodowymi redaktor widzi dopiero gdy ta nowa formacja stanie się wśród młodzieży siłą dominującą. Czyli, może to trochę potrwać... Oby ta troska, by nie paść łupem strasznych narodowców nie sprawiła, że lisiewiczowska młodzież zachowa polityczne dziewictwo, a w tym czasie Polska wraz z nieskuteczną opozycją utonie w bagnie marazmu fundowanego przez tutejszy odpowiednik meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej.

Można w tym miejscu zapytać, jak wyobrażam sobie koegzystencję i współdziałanie młodzieżówek wywodzących się z dwóch stron polityczno-ideowej, patriotycznej barykady. Otóż z mojej perspektywy nie ma żadnej barykady – a przynajmniej być jej nie powinno. Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach – czy to narodowych, czy okołopisowskich - nie pozwolą się napuszczać na siebie nawzajem i będą w stanie nawiązywać współpracę, jeśli nawet nie w sensie instytucjonalnym, to chociażby na płaszczyźnie oddolnej, poziomej. W razie konieczności – bez oglądania się na partykularne interesy swoich przywódców.

 Gadający Grzyb

 Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 51-53 (22.12.2014-11.01.2015)

sobota, 27 grudnia 2014

Marsz, marsz... i po marszu

Dopiero połączenie sił i sojusz na poziomie instytucjonalnym dałyby efekt synergii i szansę na przekroczenie społecznej masy krytycznej.


Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów przebiegł zgodnie z oczekiwaniami. Padły słowa o fałszerstwach, obietnica wygranej wbrew tym, którzy pragną wyrwać nam z ręki kartkę wyborczą, zapowiedzi następnych protestów. Było tłumnie, godnie, pokojowo i... bezsilnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiec nie jest miejscem na przedstawianie szczegółowych strategii, niemniej zabrakło mi choćby ogólnie zarysowanej drogi do przyszłego zwycięstwa. Póki co bowiem, naród śpi i nie bardzo widać pomysł na jego rozbudzenie. Zarzewiem mogła być akcja pod PKW z 20 listopada, ale jak wiadomo główna siła opozycyjna wraz ze sprzyjającymi jej mediami wolała się odcinać, tropić agenturę i wskazywać oszołomów, których należy zmarginalizować. No, jeśli tak będziemy się „pięknie różnić”, to czekaj tatka latka.

Niestety, poszczególne środowiska szeroko rozumianego obozu patriotycznego wolą przeprowadzać swe partykularne rozgrywki. Narodowcy osobno, PiS osobno, Rodziny Radia Maryja osobno, Solidarność osobno... Proszę zwrócić uwagę, że każda z tych grup w ostatnich latach potrafiła zorganizować potężne manifestacje: Marsz Niepodległości, demonstracja w obronie TV Trwam, protest przeciw podwyższeniu wieku emerytalnego i wreszcie ostatni marsz 13 grudnia. Mimo iż wszystkie te wydarzenia łączy dość spora część wspólna uczestników, to dopiero połączenie sił i sojusz na poziomie instytucjonalnym dałyby efekt synergii i szansę na przekroczenie społecznej masy krytycznej. A oddzielnie? Ludzie zażyją spaceru, pokrzyczą i do domu.

W tym kontekście, warto odnieść się do zapowiedzi kontynuowania marszów. Paradoksalnie - i dobrze to, i źle. Dobrze, bo oczywiście argumentu ulicy nie należy odpuszczać, tyle że takie demonstracje będą miały sens jedynie we wspomnianej wyżej szerszej koalicji. Inaczej grozi im swoista rytualizacja, czyli proces któremu uległy miesięcznice smoleńskie na Krakowskim Przedmieściu. Początkowo władza upatrywała w nich zagrożenie, co można było poznać choćby po histerycznych reakcjach reżimowych mediodajni, bądź platformerskich zagończyków pokroju Niesiołowskiego. Teraz już nawet nie chce się im miesięcznic odnotowywać. Paliwo protestu i początkowa energia zostały wyczerpane - a co za tym idzie, zniknęło jedno ze źródeł niebezpieczeństwa dla rządzącego układu. Podobnie może się stać z marszami powyborczymi. A należy wziąć pod uwagę, że na kolejne demonstracje coraz trudniej będzie mobilizować potencjalnych uczestników.

Następna sprawa – dlaczego podczas kończącego marsz wiecu nie dopuszczono do głosu Andrzeja Dudy, kandydata PiS na prezydenta? Czy opozycję stać na poniechanie takiej okazji do wypromowania swojego kandydata? Przypuszczam, że gdyby zapytać na ulicy przypadkowych przechodniów o to, kim jest Andrzej Duda, to większość nie potrafiłaby odpowiedzieć, a co dopiero zadeklarować swój głos w wyborach. Tymczasem Duda stał gdzieś z boku sceny, kompletnie odcięty od medialnego tlenu. W efekcie wyszło na to, że jedyną szerzej odnotowaną jego wypowiedzią w kontekście wyborów, było oskarżenie osób które wkroczyły do PKW o „swego rodzaju napaść”. Nieudolność? Kalkulacja polegająca na tym, by kandydata nie kojarzono z kontrowersyjnymi tematami? Przypominam, że każdorazowe łagodzenie wizerunku na użytek kolejnych kampanii wyborczych w pogoni za mitycznym „centrowym elektoratem” nie dało w minionych latach spodziewanych efektów. Schowanie Dudy nie wróży dobrze nadchodzącej kampanii wyborczej.

No i w końcu – wycofanie się biskupów z komitetu honorowego marszu. Pierwotnie obecność zadeklarowali abp. Wacław Depo oraz biskupi Wiesław Mering, Ignacy Dec, Antoni Dydycz i Edward Frankowski. Postaci znane, z autorytetem, toteż nagonka medialna rozpętana przeciw hierarchom nie mogła dziwić – ba, stanowiła wręcz dodatkowe potwierdzenie wagi ich poparcia dla protestu. I nagle, szok – biskupi wycofali się. Z niedomówień i eufemizmów można się domyślać, że doszło do tego na skutek interwencji nuncjusza, abp. Migliore. „(...) Podejmując tę decyzję, kieruję się lojalnością wobec Księdza Arcybiskupa Nuncjusza Apostolskiego w Polsce i troską o jedność Konferencji Episkopatu Polski. (...)” - napisał w swym oświadczeniu bp Wiesław Mering. No i teraz zagadka – czy nuncjusz apostolski interweniował sam z siebie, czy też stoją za tym odpowiednie ruchy dyplomatyczne ze strony rządu? Osobiście skłaniam się do tej drugiej opcji, bo sytuacja jest bez precedensu. No i ta wspomniana przez bp. Meringa „troska o jedność KEP”... Wygląda na to, że Episkopat jest nie tylko politycznie podzielony, ale również w coraz większym stopniu wasalizowany przez władze państwowe. Nie na darmo przy różnych okazjach Grzegorz Braun wspominał o „konieczności wykupienia księży z niewoli babilońskiej”. Źle to wygląda, bowiem do tej pory nawet w czasach największego upadku Kościół był ostoją do której mogli odwoływać się Polacy – czyżbyśmy i tego mieli zostać pozbawieni?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51-52 (19.12.2014 – 01.01.2015)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zjednoczony Obóz IV RP – kolejne podejście

Nie da się zbudować szerokiego zaplecza wyborczego bez ścisłego współdziałania z organizacjami społecznymi.

I. Wektory jednoczenia prawicy

Przyznam się, że inicjatywa zjednoczeniowa PiS-u o której od jakiegoś czasu donoszą media, wywołuje u mnie uczucie deja vu i nie jest to wrażenie budujące, mimo że oczywiście w przypadku powodzenia daje szansę na wyborcze zwycięstwo. Warto przy tym zauważyć, że nie jest to efekt afery podsłuchowej, choć wygląda na to, że pod wpływem afery kierunek akcji zjednoczeniowej uległ pewnemu przewektorowaniu. Otóż 16 czerwca portal wPolityce.pl doniósł za PAP, iż PiS ma zamiar otworzyć się na środowiska społeczne, oddolne i w ten sposób poszerzać swoją bazę przed kolejnymi wyborami. Wówczas mówiono o sojuszu m.in. z Akademickimi Klubami Obywatelskimi im. Lecha Kaczyńskiego, klubami „Gazety Polskiej”, słuchaczami Radia Maryja i różnymi stowarzyszeniami lokalnymi. Co ciekawe, na tamtym etapie nie zakładano współpracy z Solidarną Polską, czy Polską Razem Gowina. Wiadomość ta szybko została jednak wypchnięta z medialnej agendy przez wybuch afery taśmowej. No, a obecnie dowiadujemy się, że zjednoczenie, owszem, tylko że w sojuszu z ziobrystami i gowinowcami, z którymi to mają toczyć się rozmowy. I tym już mediodajnie zajmują się dosyć intensywnie. Przyznają Państwo, że „przewektorowanie” jak na dwa tygodnie – całkiem, całkiem...

PiS i Jarosław Kaczyński ewidentnie zwęszyli krew i postanowili kuć żelazo póki gorące. Sprzyja temu mizeria wyników wyborczych do europarlamentu ugrupowań secesjonistów z dwóch największych partii, tak więc niewykluczone, że z tej mąki jakiś tam chlebek da się upiec - i być może z minimalnym tylko zakalcem. Tyle, że błędem byłoby orientowanie się wyłącznie na twory stricte polityczne. W ten sposób może da się jakoś uzupełnić szkielet organizacyjno-instytucjonalny, ale z pewnością nie bazę wyborczą w rozmiarach gwarantujących samodzielne rządy.

II. Zjednoczony Obóz IV RP – deja vu

Moim zdaniem należy działać dwutorowo – porozumienie z Gowinem i Solidarną Polską to jedno, nie da się jednak zbudować szerokiego zaplecza bez ścisłego współdziałania z organizacjami społecznymi. I tu wracamy do owego uczucia deja vu, o którym wspomniałem na wstępie. W sierpniu 2011 roku, przed wyborami parlamentarnymi, mieliśmy bowiem pierwsze podejście do zmontowania czegoś, co pozwoliłem sobie wówczas określić mianem „Zjednoczonego Obozu IV RP”. Wówczas PiS podpisało porozumienie o współpracy z ok. 20 organizacjami, takimi jak m.in. Ruch Społeczny im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej, Solidarni 2010, Komitet Katyński, Ruch Odbudowy Polski i wiele innych. Powiało optymizmem, czemu dałem wyraz w notce „Zjednoczony Obóz IV RP”, przestrzegając jednak, iż przebudzony po 10.04 „ruch niezgody” to ludzie myślący, wymagający i w razie czego potrafiący rozliczyć polityków nawet ze „swojego” obozu, a nie karne wojsko wrzucające karty do urn na rozkaz. (…) Największym błędem ze strony Jarosława Kaczyńskiego i jego „dworu” byłoby natomiast zlekceważenie popierających ich dziś środowisk po wyborach, na zasadzie „murzyn zrobił swoje... a poza tym murzyn i tak nie ma innej opcji niż znów nas wesprzeć i na nas zagłosować”. Efektem takiej arogancji (do której PiS-owski aparat również wykazuje skłonność) byłoby roztrwonienie jedynego realnego potencjału, jaki obecnie PiS ma do swej dyspozycji.”

Mimo wyborczej porażki, zawiązany wówczas sojusz dawał nadzieję, że otwarcie się PiS-u na sprzyjające mu otoczenie społeczne z czasem będzie procentować. Myśl tę kontynuowałem w powyborczej notce z października 2011 Zjednoczony obóz IV RP – cz. II”, w której postulowałem, iż PiS powinien pójść do następnych wyborów nie jako pojedynczy podmiot – monopartia, ale w możliwie szerokiej koalicji z autonomicznymi organizacjami społecznymi (...). W ten sposób PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, pozostając naturalnym przywódcą i główną siłą tego porozumienia, zdejmie z siebie odium politycznej alienacji, partii „niekoalicyjnej” - pokaże się jako reprezentant masowego ruchu społecznego: Zjednoczonego obozu IV RP.” W innym miejscu pisząc, że owe ruchy obywatelskie tworzą „infrastrukturę patriotyzmu” (termin pożyczyłem od Ziemkiewicza), podnosiłem: To w teren powinny pójść partyjne fundusze, kadry, środki, logistyka, a nie na centralę i paru topornych działaczy szwendających się po różnych TVN-ach.”

Jak pamiętamy, tamte wybory skończyły się kacem spowodowanym chociażby sabotowaniem przez część partyjnych struktur akcji „Uczciwe wybory” i spławianiem wolontariuszy zgłaszających się na mężów zaufania. W kolejnych latach partia konsekwentnie zamykała się w sobie i podpisany w 2011 sojusz społeczny w zasadzie umarł śmiercią naturalną. Przebudzenie nastąpiło dopiero przed ostatnimi eurowyborami wraz z akcją kontrolowania wyborów. Naturalnym kolejnym krokiem było „nowe otwarcie” na czynnik społeczny zasygnalizowane w przytaczanej wyżej informacji z 16 czerwca. Tyle, że w międzyczasie zmarnowano niemal trzy lata podczas których pogrążony w marazmie PiS mógłby za sprawą nowych ludzi i środowisk zyskać drugi oddech, społeczno-partyjny sojusz zaś okrzepnąć i wypracować metody wspólnego, skutecznego działania.

III. „Budapeszt nad Wisłą”

Teraz natomiast o koalicji z organizacjami obywatelskimi znów jakby ciszej, eksponuje się miast tego partyjne dogadywanki z Ziobrą i Gowinem. Ok, może i trzeba z pragmatycznych względów się z nimi porozumieć, nie będę się kłócił. Gdyby to jednak miało się stać kosztem szerokiego sojuszu społecznego, byłoby to niepowetowaną stratą. Z partyjniackimi wycierusami „Budapesztu nad Wisłą” czy „majdanu w Warszawie” się nie zrobi. Krótko mówiąc, na dylemat „myć ręce, czy nogi”, odpowiedź jest znana – jedno i drugie!

O „Budapeszcie” mówił w powyborczym przemówieniu w roku 2011 Jarosław Kaczyński. Obecnie Orban, po tym jak został przez wrogie otoczenie międzynarodowe wepchnięty w ramiona Putina, przestał być wprawdzie idolem naszej prawicy, ale nie znaczy to, że przykład owego „Budapesztu” nie powinien być analizowany, jako wzorzec drogi do politycznego zwycięstwa. Nigdy dość powtarzania, że Orban postawił wtedy właśnie na szeroki ruch obywatelskiego sprzeciwu i to właśnie dzięki niemu wygrał. Tymczasem, czy obecnie jest społeczny potencjał do powtórzenia owego sukcesu w Polsce? Zwróćmy uwagę, że po ujawnieniu taśm Gyurcsany'ego na Węgrzech doszło do wielkich demonstracji i zamieszek. U nas skutkiem afery taśmowej były póki co dość rachityczne protesty. Zupełnie, jakby blisko dwie kadencje rządów PO skutecznie spuściły ciśnienie społeczne, pozostawiając psychiczny zwis i zniechęcenie. Do tego dochodzą wzajemne pretensje na linii PiS – patriotyczny elektorat. Partia narzeka na społeczną bierność, elektorat z kolei na zasklepienie się PiS-u we własnym, politycznym światku. Znów kłaniają się zmarnowane trzy lata.

Pozwolę sobie na jeszcze jeden autocytat z tekstu „Zjednoczony obóz IV RP – cz. II”, już ostatni:

(...) Budapeszt sam się nie zrobi. Nie wystarczy bierne oczekiwanie na społeczny przełom – trzeba mu dopomóc, inaczej „Budapeszt” ktoś sprzątnie nam sprzed nosa. Tymczasem odnoszę wrażenie, że PiS liczy na władzę, która sama przyjdzie dzięki kryzysowemu odwróceniu „tryndu" społecznego. Błąd. Równie dobrze potencjał społecznego niezadowolenia może przejąć jakaś sprytnie wykreowana na tę okoliczność „wydmuszka" - trybun ludowy ze służbowego rozdzielnika stworzony właśnie po to, by owo niezadowolenie zagospodarować. Był Lepper, jest Palikot – jaki problem by podrzucić w kluczowym momencie sfrustrowanym i ogłupionym wyborcom kogoś, kto podbierze kolejne segmenty elektoratu? No i proszę – jak raz, mamy Korwin-Mikkego, który wyrasta na pozasystemowy głos niezadowolenia i może zgarnąć akurat tyle, by uniemożliwić PiS-owi samodzielne rządy. Do tej pory żerował na innym elektoracie, ale kto wie, czy z upływem czasu nie sięgnie po jakąś część potencjalnych wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

Pora na kilka pytań: czy Prawo i Sprawiedliwość postawi na poważną współpracę ze swym społecznym zapleczem? Czy bierny opór aparatu nie zniweczy tej szansy? Czy zasiedziali działacze (a wielu z nich w opozycji jest wygodnie) zechcą posunąć swe szanowne cztery litery, by dopuścić na listy wyborcze (i to na miejsca „biorące”) ludzi z zewnątrz, wspierających w różnych formach obóz patriotyczno-niepodległościowy od lat? Czy partyjne struktury dostrzegą w nich partnera, czy potraktują jako społeczny kwiatek do partyjnego kożucha? I czy to wszystko nie dzieje się za późno?

Na zakończenie przytoczę coś, co wyczytałem w artykule „Strach przed Kaczyńskim” Mariusza Staniszewskiego z „Do Rzeczy” (nr.27-075, 30.06-06.07.2014), gdzie mowa jest o strachu PO przed rozliczeniami z różnych przekrętów i nadużyć, ale – uwaga – działacze PiS twierdzą, iż „dziś nikt nie prowadzi rejestru 'zbrodni Tuska'”. Że co proszę? To jak będzie miało wyglądać oczyszczenie państwa, skoro w kwestii elementarnych rozliczeń obecnej mafii rządzącej politycy PiS będą poruszać się po omacku? Mam zatem dla szanownych luminarzy opozycji gotowca, podany na tacy oręż do wykorzystania. Coś, co zostało zrobione za darmo przez MarkaD niejako w zastępstwie polityków którym najwyraźniej płaci się za siedzenie w Sejmie i łażenie po reżimowych mediodajniach. „Afery PO”, to wciąż aktualizowany zbiór większych i mniejszych przekrętów, afer i nadużyć partii rządzącej począwszy od 2007 roku do tej pory. Proszę, panowie politycy, którym nie chciało się „prowadzić rejestru 'zbrodni Tuska'”, oto linki:

http://markd.pl/afery-po-0-748-i-kadencja-rzadow/

http://markd.pl/afery-po-cz-1-ii-kadencji-7491499/

http://markd.pl/afery-po-ii-kadencja-cz-ii-od-1500-do-1799/

http://markd.pl/afery-po-ii-kadencja-cz-3-od-1800/

A oto zbiorczy dokument PDF:

http://markd.pl/afery_po.pdf

Na dzień dzisiejszy afer jest 2167. Życzę owocnej lektury.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/zjednoczony-oboz-iv-rp

http://niepoprawni.pl/blog/346/zjednoczony-oboz-iv-rp-cz-ii

czwartek, 20 października 2011

Krajobraz powyborczy


- czyli porządki w krainie dyktatury matołów.


I. Porządki wewnętrzne – mafijne porachunki

Szybko spełnił się powyborczy koszmar Grzegorza Schetyny, który, nie chwaląc się, przewidziałem, pisząc jeszcze przed wyborami, że „umocniony Tusk byłby dla niego śmiertelnym politycznym zagrożeniem” - ale to tak na marginesie, bo nie trzeba było żadnego geniusza, żeby przewidzieć, iż zwycięski ober-Matoł czym prędzej przystąpi do wykańczania niedorżniętej konkurencji. Z punktu widzenia Schetyny najlepszym rozwiązaniem była zatem umiarkowana porażka Platformy, która podważyłaby pozycję Tuska i otworzyła Żelaznemu Grzegorzowi możliwość zagospodarowania niezadowolenia partyjnego aparatu. Nad porażką czuwać miał zaufany Schetyny - Jacek Protasiewicz, który poprowadził kampanię Platformy w swym unikalnym, partackim stylu, rodem z kampanii prezydenckiej Tuska w 2005 roku.

Niestety, tym razem pieczę nad biegiem wydarzeń roztoczył również zbiorowo obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego obecna dyktatura matołów jest powolną ekspozyturą i w kluczowym momencie po prostu zaczął prowadzić kampanię równolegle z Platformą, każąc na ten czas porzucić reżimowym mediodajniom resztki pozorów i przyzwoitości, który to zabieg – niezależnie od błędów PiS-u – uwieńczony został sukcesem. Groza lat 2005 – 2007 była zbyt dojmująca, by puścić sprawy na żywioł.

Tak więc, Schetyna zamiast przygotowywać się do zwoływania rozczarowanych porażką matołów i sposobić do podjazdowej wojenki z ober-Matołem, musi drżeć by Tusk nie zapakował go w betonowe buciki jak Olechowskiego, Piskorskiego, Gilowską, czy Rokitę. „Spółdzielcy” od Grabarczyka wykończyli się uprzejmie sami, zresztą, nie jestem pewien, czy Tusk nie wsadził celowo Grabarczyka na minę w postaci „wybuchowego” resortu infrastruktury, by ten się skompromitował i pociągnął za sobą całą frakcję. Teraz został do wykończenia już tylko Schetyna, którego jednak nie skreślałbym – jeśli przetrwa w ramach PO, to powróci, takie typy jak on charakteryzuje bowiem cierpliwość gada. Na miejscu Tuska zatem oglądałbym się za siebie lub dokończył egzekucję, gdyż nie od dziś wiadomo, że „Bóg wybacza – Schetyna nigdy”.

Czuję się po trosze jakbym opisywał mafijne porachunki, ale w sumie zważywszy na materiał ludzki, tych współczesnych neo-Szmaciaków współtworzących dyktaturę matołów, trudno spodziewać się czegokolwiek innego.

II. Operacja „Palikot” - porządki opozycyjne

W każdym razie, jak wspomniałem, groza lat 2005-2007 sprawiła, że obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP pomny na nocne duszności i mokre prześcieradła, postanowił wzmocnić dodatkowo dyktaturę matołów przy pomocy koncesjonowanej opozycji, czyli manewru tradycyjnie stosowanego w postsowieckiej kulturze polityczno-socjotechnicznej. Był Żyrinowski przy Jelcynie, był Lepper przy Millerze, będzie Palikot przy Tusku, co firmuje swą fizjonomią Jerzy Urban dając tym samym czytelny sygnał, gdzie post-esbecja ma kierować swe aktualne sympatie, wysiłki, tudzież troskliwą opiekę. Jeśli doliczyć do tego konszachty Palikota z Michnikiem, to i parasol medialny będzie zapewniony. Urban – Michnik – Palikot, niczym trzej muszkieterowie dyktatury matołów będą czuwali nad spokojem obozu władzy, flankując PO od strony strupieszałego SLD i podrzucając co jakiś czas w stronę PiS-u prowokacje w rodzaju sejmowego krzyża, skutkujące gromkimi awanturami.

Niestety, w przypadku PiS-u każdorazowo sprawdza się recepta sformułowana bodaj przez Ostachowicza w odniesieniu do śp prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przypomnę, że w recepcie tej chodziło o to, że Kaczyński ma być małpą w klatce. Jeśli małpa robi się zbyt spokojna trzeba klatkę kopnąć, by małpa zaczęła się możliwie głośno i spektakularnie awanturować, strasząc wyborców. Prowokacja z krzyżem wskazuje, że tym razem za zbiorową „małpę” będzie robił PiS, a kopać klatkę będzie po staremu Palikot, tyle że tym razem jego reżyserowane wyskoki nie będą szły na konto Platformy. Do tej pory to władza „zużywała” - tym razem zużyć ma pozostawanie w „niekonstruktywnej” opozycji i jest to pewne novum do którego posłużyć ma operacja „Palikot”.

III. Bunt koncesjonowany – uporządkowany Budapeszt

Wszystko oczywiście po to, by pozbawić PiS potencjału „budapesztańskiego” na okoliczność spodziewanych niepokojów społecznych, gdy po kolejnych latach „budowania Polski” państwo przegnije już ze szczętem i zawali się pod ciężarem kryzysu. Do tego jednak może być mało Palikota i prokurowanego „zużycia opozycyjnością”. Należy zatem zadbać, by bunt przebiegał jak należy, w sposób uporządkowany – i tu jakimś nieśmiałym zaczątkiem, balonikiem próbnym mogła być niedawna demonstracyjka „oburzonych” - młodzieży z właściwego ideowo Wielokulturowego Liceum im. Jacka Kuronia z czesnym ponad 800 zł/m-c. Widzę tu zarazem tą śmieszną, gazetowyborczą chęć, by wszystko – nawet „bunt” - było u nas „jak na Zachodzie”, tym postępowym, ma się rozumieć.

Chcecie się buntować, kontestować, to my wam pokażemy jak – prawią mentorzy z „Wyborczej”. Albowiem, trzeba wam wiedzieć, droga młodzieży, że antysystemowość może być nawet ożywcza, jeśli jest praktykowana wedle jedynie słusznych, lewackich wzorców wypracowanych przez pokolenie ‘68 i pod czujnym okiem starszych i mądrzejszych, co to na marksizmie mózg i zęby zjedli, teraz zaś za pomocą sztucznych szczęk od najlepszych ortodontów konsumują w spokoju ducha owoce swych młodzieńczych uniesień. Zróbcie, jak radzimy, to też będziecie konsumowali. Macie nienawidzić kapitalizmu i żądać więcej socjalu oraz wyrównywania szans, którym to wyrównywaniem chętnie się zajmiemy – wszak żyjemy z tego wyrównywania od lat, więc znamy się na rzeczy. Nade wszystko jednak macie nienawidzić Kościoła, opresyjnego społeczeństwa, rodziny i całej tej moherowszczyzny z jej patriotycznymi zaśniedziałymi „wartościami”, która rozpanoszyła się w kraju i swym tradycjonalizmem hamuje modernizację.

Poza tym – dodają szeptem mentorzy - śmieją się z nas w Europie.

No i o to z grubsza chodzi – zastąpić antysystemowość niesłuszną, konserwatywną i destrukcyjną, godzącą w pryncypia założycielskie i dobrostan obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, antysystemowością koncesjonowaną, która postulaty sanacji państwa zastąpi antyglobalistycznym bełkotem o „pekariacie” spod znaku „Krytyki Politycznej” i młodszego pokolenia redaktorów „Wyborczej” - a wszystko pod czułą opieką Agorowych weteranów.

Kiedy nadejdzie Budapeszt, będą przygotowani, by społeczne frustracje odpowiednio skanalizować i ukierunkować, tak by nic konkretnego z nich nie wynikało – jak w Londynie, Rzymie czy Atenach.

Oczywiście, do powodzenia tego eksperymentu trzeba czasu. Ciekawe, co będzie pierwsze – ich czy nasz Budapeszt.

Gadający Grzyb