Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz III RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz III RP. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Lekcja ojkofobii

Obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.

I. Przebudzenie narodu

Jednym z niezaprzeczalnych plusów jeśli chodzi o wydarzenia ostatnich tygodni, jest ostateczne już chyba samozaoranie „obozu III RP” w oczach przytłaczającej większości opinii publicznej. Te wszystkie wrzaski o antysemityzmie i „nowym Marcu '68”, mają bowiem jeden wspólny mianownik: podszyte są klasyczną ojkofobią, czyli wyobcowaniem i nienawiścią do własnej wspólnoty, tradycji i kultury. Ostatni raz w przypadku relacji polsko-żydowskich coś podobnego przeżywaliśmy przy okazji „Sąsiadów” Grossa i festiwalu samobiczowania zorkiestrowanego na tle histerii wokół Jedwabnego, zaś w nieco innym kontekście – zaraz po tragedii smoleńskiej, kiedy to rodzime łże-elity ostrzegały przed „demonami polskiego patriotyzmu” i „mrocznymi oparami mesjanizmu”, co w praktyce przełożyło się na zezwierzęcenie pijanej palikociarni oddającej mocz na znicze pod Pałacem Prezydenckim. Tyle, że wtedy jeszcze salonowszczyzna i jej akolici mogli występować z pozycji siły: wydawało się, że przeczołgani pedagogiką wstydu Polacy ulegają postępującemu wynarodowieniu (zwanemu elegancko „europeizacją”), a niedobitki zgodnie ze słowami Donalda Tuska wkrótce „wymrą jak dinozaury”.

Dzisiaj, z szeregu przyczyn, mamy sytuację odmienną – Polacy gremialnie odwrócili się od dotychczasowych, samozwańczych „przewodników stada”, podnieśli się z kolan i odrzucają próby wmanipulowania w poczucie winy za niepopełnione zbrodnie. Nie jesteśmy narodem morderców, „sprawców” - jak ujął to w haniebnym liście Bronisław Komorowski – i nie godzimy się na przypisywanie nam takiej roli. Widoczne na każdym kroku poparcie dla nowelizacji ustawy o IPN penalizującej obarczanie państwa i narodu polskiego zbrodniami popełnionymi przez niemiecką III Rzeszę jest tego widomym dowodem.


II. Bunt przeciw pedagogice wstydu

Taka społeczna postawa musiała spotkać się ze strony wspomnianych „elit” z gniewną reakcją. Śmiem twierdzić, że w potępieńczych elaboratach o jakoby odradzającym się „antysemityzmie” i „atmosferze Marca '68” chodzi nie tyle o samą ustawę, ile właśnie o to powszechne poparcie widoczne chociażby w szerokich przestrzeniach internetu – tego współczesnego zwierciadła nastrojów. Mówiąc wprost - „tamta strona” potraktowała jednoznaczne wsparcie dla zakazu mówienia o „polskich obozach” jako bunt (czy też może ciąg dalszy rebelii) przeciw swojemu symbolicznemu przywództwu. Spójrzmy przez chwilę z ich punktu widzenia na ciąg wydarzeń z ostatnich lat: najpierw zwrot młodzieży w stronę patriotyzmu (tym bardziej bolesny, że jeszcze przed chwilą ta sama młodzież paradowała z krzyżem zrobionym z puszek po piwie), potem wypowiedzenie politycznego posłuszeństwa w wyborach z 2015 r., następnie kompromitacja KOD-u i utrzymujące się poparcie dla obecnej władzy w połączeniu z dołującymi sondażami „totalnej opozycji”, a teraz jawne opowiedzenie się przeciw ostatniemu bastionowi pedagogiki wstydu – czyli narzucanej nam od ponad ćwierćwiecza anty-polityce historycznej mającej zaszczepić tutejszym autochtonom nieusuwalne kompleksy wynikające z rzekomego współudziału w holokauście. Nic dziwnego, że się wściekli – oto wymyka im się z rąk ostatnie narzędzie przemocy symbolicznej pozwalające nie tylko panować nad zbiorowymi emocjami, lecz również pielęgnować poczucie własnej wyższości nad tubylczym „motłochem”.

Zarazem reakcja, której klasycznym przykładem może być opublikowany w „Wyborczej” list „Do przyjaciół Żydów”, gdzie mowa jest – a jakże – o „fali nienawiści” i „budzeniu demonów”, stanowi znakomitą, poglądową lekcję tytułowej ojkofobii. Nie pierwszą zresztą. Przerabialiśmy już „hołotę kupioną za 500+”; najazd „Hunów” na bałtyckie plaże; „nieoświecony plebs”, któremu Kaczyński dał „poczucie dostępu do władzy”; „chamów” wdzierających się na salony; Polaków pokazujących „mordę Edka”; podnoszono konieczność „zdjęcia aureoli z mordy chama”... Znamy wszyscy te sfrustrowane bluzgi Sadurskich, Hartmanów, Łozińskich, Mikołejków i reszty. Teraz doszła jeszcze wściekłość na to, że Polacy przestali się przejmować imputowanym im „antysemityzmem”. Zresztą, gdyby michnikowszczyzna zamiast nieprzytomnej zajadłości poszła po rozum do głowy, to mogłaby przewidzieć, że zacietrzewione walenie tą pałką pod byle pretekstem sprawi finalnie, iż zarzut „antysemityzmu” przestanie cokolwiek znaczyć. Tak kończy się dewaluacja pojęć wskutek ich nadużywania.


III. Bicie się w cudze piersi

Co łączy przytoczone powyżej wykwity białej gorączki? Ano to, że autorzy podkreślają w ten sposób własną odmienność i wyższość cywilizacyjno-kulturową nad resztą społeczeństwa. Mówią wszem i wobec: to nie my, to oni – to ten ciemny, żydożerczy motłoch, proszę nas z nimi nie łączyć. Zwróćmy uwagę, że gdy zabierają się za chłostanie „narodowych grzechów”, każdorazowo używają osoby trzeciej, co przekłada się na typowe „bicie w cudze piersi”. Jeśli już jesteśmy przy kwestii żydowskiej, wedle tej narracji Żydów zawsze mieli mordować jacyś „inni” - jednolita, wieśniacka, katolicka tłuszcza bez twarzy, dysząca najniższymi instynktami. Innymi słowy – jakieś ówczesne „mohery” i „pisiory”. Nie dziwi więc, że są tak skorzy do stosowania odpowiedzialności zbiorowej i rozciągania szmalcownictwa na ogół ówczesnych Polaków. A contrario, sami siebie stawiają tym samym po stronie „dobrych” - mówiąc hasłowo, chcieli by siebie widzieć jako współczesnych „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Logika prosta jak konstrukcja cepa – skoro wyznajemy należyte, postępowe poglądy, to wtedy również zdalibyśmy egzamin z moralności i zachowali się jak trzeba. Na marginesie, to zapewne dlatego w historycznym przekazie wyeksponowano postać radykalnej socjalistki Ireny Sendlerowej i przypisano jej zasługi „złego endeka” - Jana Dobraczyńskiego, który podczas okupacji zapisał najpiękniejszą kartę swej biografii, lecz na którego wciąż obowiązuje nieformalny „zapis”.

Ów ton przebija również ze wspomnianego listu „Do przyjaciół Żydów” - jego przesłanie można streścić krótko: my, dzisiejsi „sprawiedliwi” jesteśmy z wami solidarni przeciw pisowskim „szmalcownikom”, następcom morderców z Jedwabnego i „neo-moczarowcom”. Nie mieszajcie nas z nimi. Co ciekawe, tego typu postawę rozpracował jakiś czas temu lewicowy socjolog, prof. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, mówiąc w październiku 2015 r. w wywiadzie dla „Wyborczej” o wynikach badań przeprowadzonych wśród wielkomiejskiej elity: „Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. (...) A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u. Trudno o lepsze podsumowanie wyobcowania – tyle, że najwyraźniej po stronie „oświeconych” nikt nie ośmielił się wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


IV. Instynktowny antypolonizm

Konsekwencją powyższego jest stan ducha, w którym ojkofobiczny antypolonizm schodzi do poziomu najgłębszych instynktów, skutkujących tym, że w przypadku jakiegokolwiek konfliktu na linii Polska (Polacy) – zagranica (nie-Polacy), „oświecony” ojkofob odruchowo staje przeciw własnemu państwu i narodowi, dowartościowując się tym samym we własnych oczach. To mogą być Niemcy, Bruksela, Żydzi, liberalne elity z USA – każdy, kto naszemu ojkofobowi imponuje. Co więcej, do pewnego momentu publiczne epatowanie takim wyobcowaniem z rodzimego „ciemnogrodu” było całkiem niezłym narzędziem utrzymywania „rządu dusz” wśród aspirujących do „Europy” Polaków. Ale to już przeszłość – wyzbyliśmy się kompleksów, tak wobec zagranicy, jak i jej tutejszych, kolonialnych namiestników. I dlatego właśnie obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Portret KOD-owca


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (16-22.02.2018)

piątek, 22 kwietnia 2016

Warszawski rokosz

Drodzy KOD-owcy wraz z przyległościami, aby wasza rewolta miała szanse powodzenia, musicie wiedzieć kilka rzeczy.

Ależ ten czas leci... Jeszcze nieco ponad rok temu Bronisław Komorowski szybował w sondażach nie mając z kim przegrać, prawicowi wyborcy przeżywali gorycz bezsilności po skandalicznych wyborach samorządowych, a prof. Andrzej Nowak szarpiąc brodę pisał rozpaczliwy list na konwencję wyborczą Andrzeja Dudy. Słowem – marazm, beznadzieja i przekonanie, że „oni” mogą sobie pozwolić na wszystko, z fałszowaniem wyborów włącznie, narodowi kondycja polskiego państwa wisi kalafiorem, zaś rządzący układ wsparty potęgą niemieckiego hegemona nigdy nie odda dobrowolnie władzy. Ja sam nie widziałem wyjścia innego, niż zorganizowanie antyplatformerskiego Majdanu – zresztą, tego typu głosy podnosiły się także w innych komentarzach po prawej stronie. Biorąc to wszystko pod uwagę, podwójne zwycięstwo, które nastąpiło raptem kilka miesięcy później, zakrawa na mały cud. Toteż nie dziwi, że zwolennicy konserwowania III RP wraz z jej licznymi, systemowymi patologiami, których albo nie chcą dostrzegać, albo wręcz czerpią z nich rozmaite korzyści, od tamtej pory zachowują się jak po ciężkim nokaucie, uparcie nie przyjmując do wiadomości zarówno tego co się stało, jak i przyczyn dla których to się stało. Oczadziali traktują zwycięstwo PiS jako zamach i nieuprawnioną uzurpację, a słynne miny państwa Wajdów uchwycone podczas wieczoru wyborczego 10 maja doskonale obrazują stan umysłów KOD-owskich uczestników weekendowych „spacerów nienawiści”.

Ba, odwrócenie ról jest dokładne aż do szczegółów – teraz to tamci patrzą ponuro na bezlitosne sondaże, wychodzą na ulice w pełnych frustracji demonstracjach, jakże odmiennych od „fajnopolackiej” przechadzki z czekoladowym „możełem”, to u nich można zaobserwować „moherową” średnią wieku, choć tu raczej mamy do czynienia nie tyle ze staruszkami z kółek różańcowych, ile z „resortowymi babciami”. To oni oburzają się, gdy padają pod ich adresem oskarżenia o warcholstwo i podpalanie Polski, choć sami wcześniej nie szczędzili tego typu przenikliwych diagnoz czy to uczestnikom okupacji siedziby Państwowej Komisji Wyborczej, czy nieco późniejszemu marszowi w obronie demokracji i wolności mediów. Są też podobnie podzieleni – z jednej strony KOD, z drugiej „Razem”, nie szczędzące sobie wzajemnie połajanek – zupełnie jak całkiem niedawno narodowcy skandujący „PiS-PO jedno zło” i pisowcy widzący w narodowcach „V kolumnę Putina”.

No i w końcu – teraz to oni mówią o „Majdanie w Warszawie”. Różnica jest taka, że prawica zaczęła przebąkiwać o „wariancie ulicznym” dopiero pod koniec ośmioletnich rządów Platformy, po serii punktowych represji skierowanych przeciw różnym środowiskom, pałowaniu uczestników Marszy Niepodległości, wyrokach za „Donald matole...” i sfałszowanych wyborach samorządowych. Dzisiejsi wyznawcy ancien regime'u wykazują się znacznie mniejszą cierpliwością. Drugą różnicą jest to, że wtedy do ukraińskiej rewolty nawiązywał nie tyle PiS, ile szeregowi wyborcy prawicy i niektórzy komentatorzy, dziś natomiast postulat ten zgłasza lider opozycyjnej partii, Grzegorz Schetyna.

Temat ten jest mi bliski o tyle, że właśnie na początku 2015 roku dość gruntownie go sobie przeanalizowałem i wyszło mi, że taki scenariusz jest w Polsce niesłychanie trudny do zrealizowania. Czegóż bowiem trzeba do wywołania „warszawskiego rokoszu”? Otóż, drodzy KOD-owcy wraz z przyległościami, aby wasza rewolta miała szanse powodzenia, musicie wiedzieć kilka rzeczy. Mianowicie, powinny być spełnione trzy podstawowe warunki: 1) odpowiednio wysoki i masowy poziom społecznej frustracji; 2) ustosunkowany i majętny sponsor zapewniający logistykę, wikt i opierunek, a także gotów w razie konieczności zwyczajnie opłacić demonstrantów; 3) wreszcie - wsparcie zagranicznego protektora zapewniającego międzynarodowy parasol ochronny, tak by „opinia światowa” uznała protest za „słuszny” i swoimi kanałami wymogła na rządzie oddanie władzy.

Z punktem trzecim zapewne nie byłoby problemów – Berlin, Bruksela, a nawet niektóre środowiska w USA, wręcz przebierają nogami by zmontować tu i wszechstronnie poprzeć jakąś „kolorową rewolucję”. Ale co z dwoma pierwszymi warunkami? Czy macie odpowiednio wielu zdeterminowanych ludzi gotowych tygodniami koczować pod namiotami? Przypomnę, że w Kijowie zaczęło się od młodzieży – jak tam u was z młodymi? Ilu z was będzie sobie mogło pozwolić na wielotygodniowy urlop? Prócz tego, macie kasę? Rewolucja jest droga. Jak głosi uporczywa plotka, majdan w Kijowie kosztował 750 tys. hrywien dziennie, co po ówczesnym kursie wynosiło jakieś 270 tys. zł. Po czterech dniach robi się z tego ponad milion, po ośmiu – ponad dwa miliony - i tak dalej. Macie takich sponsorów? Jeśli tak, to po pierwsze - gratuluję, po drugie - rad bym poznać nazwiska...

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polski-rokosz#.VQdTro6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/skok-na-biereckiego

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (25-31.03.2016)

wtorek, 9 lutego 2016

Jak ograć eurokołchoz, czyli lęki sierot po III RP

Obóz III RP nie tylko przegrał doraźną bitwę - może przegrać również proeuropejskie nastawienie Polaków nad którym tak usilnie pracował przez ostatnie ćwierć wieku.

I. Lęki sierot po III RP

Hmm, wygląda na to, że nie tylko ja rozważam ewentualność wystąpienia Polski z Unii Europejskiej – możliwość ta brana jest również pod uwagę po drugiej stronie barykady. Oczywiście, tam gdzie ja upatruję szansę na odzyskanie przez Polskę podmiotowej pozycji, oni widzą siedem plag egipskich i ziszczenie swych sennych koszmarów, przy czym owe lęki ubierają w paranoidalny kostium narracyjny spod znaku „Kaczyński wyprowadzi nas z Europy i zamontuje tutaj faszyzm”. Nie powiem, po swoim poprzednim tekście w „Polsce Niepodległej” („Exodus z domu niewoli”) poczułem się przez moment jakbym wywołał ducha, a może raczej – upiora straszącego „okołowyborczy” Salon. Ale, jak mawiał partyjniak z peerelowskiej anegdoty, przejdźmy „do adremu”. Przeglądając sobie strony „Wyborczej” natrafiłem oto na opublikowany 28 stycznia tekst Kazimierza Żórawskiego („krytyka filmowego i analityka telewizyjnego”) zatytułowany: „Czas powiedzieć: sprawdzam! Czy chcesz, by Polska wystąpiła z Unii europejskiej?”. Mając świadomość, że prawicowych „szczujni” w tamtych kręgach się nie czyta, traktuję tekst Żórawskiego właśnie w kategoriach zwerbalizowania wspólnotowo-środowiskowych strachów i obsesji, co nie zmienia faktu, że jego artykuł mimowolnie koresponduje z tym, co napisałem przed tygodniem.

Otóż autor słusznie skądinąd zwracając uwagę, że „debata strasburska” „będzie się podskórnie toczyć nadal” postuluje, by już teraz „zwrócić się do Polaków o potwierdzenie lub zaprzeczenie ich woli przynależenia do europejskiej rodziny w drodze referendum. Zanim będzie za późno. Cóż oznacza to „zanim będzie za późno”? Sądzę, że chodzi tu nie tyle o obawę, że PiS bez pytania narodu o zdanie, samowolnie nagle trzaśnie w Brukseli drzwiami, ile o strach, że poparcie społeczne dla UE może w kolejnych latach osłabnąć na tyle, że należy zastosować uderzenie wyprzedzające, póki jeszcze pozytywne skutki integracji przeważają w zbiorowej świadomości nad różnymi zagrożeniami.

W „salonie” nie wszyscy są głupcami i zapewne co bardziej kumaci z tego towarzystwa zdają sobie sprawę, że nawała imigrantów, arogancja Berlina i Brukseli – tych różnych Schulzów i Guyów – w połączeniu chociażby z coraz bardziej upowszechniającą się wiedzą o skali wyzysku Polski przez zagraniczne koncerny finansowe i handlowe, odbierane są przez Polaków negatywnie. Pokrzykiwania w stylu „wzięliście dopłaty, więc teraz siedźcie cicho”, czy próba przeczołgania polskiej premier na forum europarlamentu godzi w nasze czułe punkty. Mamy bowiem to do siebie, że po dobroci można nas zaprowadzić za rączkę nawet wprost do przepaści i na tym, między innymi, jechała przez osiem lat Platforma – przeciętny Polak, słysząc jak nas chwalą i widząc wyniesienie Tuska na eksponowane stanowisko sam poniekąd czuł się pogłaskany i wyróżniony. Jednak nadeptywać na odcisk i poszturchiwać nas nie należy, bo wtedy nagle przypominamy sobie skąd nasz ród, a skąd ród Merkel, słowem – odzywa się zakodowany gdzieś w tyle głowy bagaż historycznych doświadczeń. Chamskie połajanki jakiegoś belgijskiego pajaca wobec polskiej kobiety – no cóż, to najlepszy sposób na pobudzenie resztek rycerskiego etosu dawnych Polaków, nakazującego bronić kobiecej czci przed agresją. No i wreszcie – bieganie opozycji i miejscowych elit do obcych stolic na skargę. Z racji historycznych uwarunkowań donosicielstwo jest u nas w pogardzie, a tym bardziej – wynoszenie na zewnątrz tego, co się dzieje w domu.

II. Pakiet propagandowy

To i wiele więcej powoduje, że „obóz III RP” nie tylko przegrał doraźną bitwę, ale może przegrać również proeuropejskie nastawienie Polaków nad którym tak usilnie pracował przez ostatnie ćwierć wieku. I z pewnością ta świadomość do nich dociera, czego dowodem jest jest przytoczony postulat z omawianego artykułu – nie ulega bowiem wątpliwości, że stanowi on odprysk toczonych w tamtejszym środowisku dyskusji. Dlatego referendum – traktowane również jako miernik społecznego poparcia dla władzy i ew. zmiany konstytucji – chcieliby przeprowadzić jak najszybciej, zanim będzie za późno. I dokładnie z tych samych powodów napisałem, że należy opracować wpierw solidną strategię, „mapę drogową” naszego „exitu”, referendum zaś poprzedzić wszechstronną kampanią informacyjno-propagandową, mającą na celu rozwianie różnych lęków związanych z opuszczeniem UE. Innymi słowy, chodzi o doprowadzenie do sytuacji, w której to nie „władza” ciągnie za sobą „lud” do wyjścia, lecz by to „lud” „sam z siebie” żądał od władzy wystąpienia z eurokołchozu.

Taki „pakiet propagandowy”, tylko w drugą stronę, mający ostudzić antyeuropejskie nastroje Polaków, zaproponował Kazimierz Żórawski, pisząc, że referendum winno poprzedzić uświadomienie „konsekwencji”: zamknięcie rynków pracy, granic, koniec partnerstwa energetycznego, wstrzymanie środków pomocowych, odcięcie od zachodnich rynków zbytu dla polskiego rolnictwa, zakończenie programów edukacyjnych typu Erasmus. Ta „dyscyplinująca” agenda realizowana jest zresztą już teraz i dlatego właśnie trzeba ją obezwładnić uświadamiając, że warunki naszej przyszłej współpracy z Unią zależą w znacznej mierze od negocjacji poprzedzających wyjście z eurostruktur. Wskazać, że państwa zrzeszone w EFTA współtworzą z UE Europejski Obszar Gospodarczy - z wolnym przepływem osób, wymianą handlową, jak najbardziej należą do strefy Schengen i korzystają z różnych form współpracy w szeregu obszarów. Podkreślać wątpliwą wydajność unijnych funduszy i ich negatywny wpływ na różne aspekty gospodarki – począwszy od finansowania nieefektywnych przedsięwzięć (symboliczne aquaparki); inwestowania pod presją wskaźników „absorpcji” środków nie w to czego potrzebujemy, tylko w to, czego chce Bruksela; wreszcie – pokazać mechanizm napędzający zadłużenie państwa i samorządów, które zaciągają kredyty, by móc sfinansować z nich „wkład własny” w ramach różnych unijnych „programów”. Wykazywać fikcję „europejskiej solidarności” np. w dziedzinie energetyki, sprowadzającej się do narzucania nam rujnującego „pakietu klimatycznego”. Uzmysłowić absurdalny, kosztowny wysiłek wkładany w „implementację” stosu biurokratycznej makulatury produkowanej w Brukseli. No a nade wszystko – mówić głośno, że wraz z końcem obowiązywania obecnego eurobudżetu (2020 rok), manna z brukselskiej kasy drastycznie się skurczy i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa staniemy się płatnikiem netto. To, w połączeniu z drenowaniem naszej gospodarki przez międzynarodowe koncerny dla których jesteśmy kolonialnym rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej sprawi, że zaczniemy słono dopłacać do tego europejskiego interesu. Koniecznie trzeba też podkreślać, że pozostajemy w NATO i w jego ramach będziemy współtworzyć możliwie ścisły sojusz państw środkowoeuropejskich.

Słowem, jest o czym mówić do ludzi. Tylko, kto to zrobi?

III. Horyzont polityczny

No właśnie. Sęk w tym, że PiS absolutnie nie ma zamiaru nawet przebąkiwać o możliwości wyjścia z UE. Odstawiony od koryta „obóz III RP” przypisując mu takie intencje częściowo daje upust swym obsesjom, częściowo zaś czyni to z cynizmu, by zmusić obecną władzę do tłumaczenia raz po raz, że nie jest wielbłądem – co było widać nawet podczas debaty w PE. Horyzont polityczny Prawa i Sprawiedliwości to wytargowanie nieco większej przestrzeni w ramach unijnych struktur, nic ponadto. Jest to błąd, o czym można przekonać się obserwując poczynania Wlk. Brytanii i premiera Camerona, szantażującego Unię groźbą „brexitu”. Proszę sobie wyobrazić, że ci sami groźni eurokomisarze i inni prominentni brukselscy czynownicy z Martinem Schulzem włącznie, trak skorzy do pohukiwania pod naszym adresem, w rozmowach z Londynem nagle robią się bardzo konstruktywni i skłonni do ustępstw. Miast sztorcowania, mamy gładkie komunikaty o negocjacjach, kompromisie i porozumieniu. I wszystko wskazuje na to, że David Cameron osiągnie znakomitą większość tego na czym mu zależy – następnie zaś zrobi obiecane referendum, w którym obłaskawieni Brytyjczycy, acz z pewnymi oporami, zagłosują za pozostaniem w Unii. No, chyba że antyunijne nastroje zostały tak rozbujane, że zrobią wszystkim niespodziankę...

Powyższe pokazuje, jak silną bronią może być groźba wyjścia z UE. Skoro zatem PiS nie chce tego oręża wykorzystać, to może warto, by taką narrację możliwie głośno podchwycili antysystemowcy z Kukiz'15, zwłaszcza narodowcy? Nigdy nie ukrywałem, że z ruchem Kukiza wiążę nadzieję, iż stanie się siłą flankującą PiS z radykalnych pozycji – najwyższa pora, by tak się stało. Nawet głos ugrupowania nie pozostającego w rządzie może na Brukselę i Berlin podziałać trzeźwiąco, tym bardziej, że i PiS może to obrócić na korzyść Polski na zasadzie – lepiej spuśćcie z tonu i się z nami dogadajcie, bo jak nie, to do władzy dojdzie radykalna „ekstrema” i wtedy dopiero zobaczycie, co to są prawdziwe problemy. Tylko czy ktoś tam, po prawej stronie, jest w ogóle zdolny do rozumowania w tego typu kategoriach?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Na podobny temat:
Exodus z domu niewoli

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 5 (03.02-09.02.2016)

czwartek, 17 lutego 2011

Anty-polityka historyczna


... czyli wiwisekcja intelektualnego zaplecza obozu III RP



W ostatniej notce „Policzek z prawa, policzek z lewa” napisałem, że polityki historycznej ma u nas nie być, mimo że uprawiają ją z powodzeniem nasi sąsiedzi. No i bach – zagalopowałem się, gdyż sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.


I. Krótka charakterystyka.


To, że „obóz III RP” zwalcza hasło „polityki historycznej” bynajmniej nie znaczy, że takowej polityki nie praktykuje. Ona jest, tylko uprawiana z właściwą Salonowi hipokryzją, bez używania źle kojarzącej się nazwy. Prowadzi ją konsekwentnie od zarania III RP środowisko Bogów Demokracji. Ta polityka charakteryzuje się z jednej strony gloryfikacją środowisk postokrągłostołowych, które w ramach szlachetnego kompromisu „ponad podziałami” podarowały nadwiślańskim Murzynom wolność, z drugiej zaś – wpędzaniem tychże Murzynów w postkolonialne kompleksy za pomocą procederu, który bodaj Bronisław Wildstein określił mianem „pedagogiki wstydu”. W ramach tejże pedagogiki trzyma się polskich czarnuchów w permanentnym poczuciu niższości, wypominając, że jeszcze nie tak dawno chodzili bez ubrań, nie wiedzieli co to krzesło i z upodobaniem praktykowali kanibalizm. Co więcej, w mentalności tubylczej „ludożery” wciąż są obecne owe kanibalistyczne miazmaty, które mogą w każdej chwili dojść do głosu. Dlatego też ciemnych autochtonów należy prewencyjnie obezwładnić moralnie, bo jak nie, to ani chybi rozpalą ogień pod kotłami i skonsumują natchnionych misjonarzy z Czerskiej i okolic.


II. Dwaj panowie G.


Dobrą ilustracją opisanej powyżej metody jest zachowanie wydawnictwa „Znak” wobec książek dwóch panów G.- Romana Graczyka („Cena przetrwania. SB a Tygodnik Powszechny") i Jana Tomasz Grossa („Złote Żniwa”).


Jak wiadomo, „Znak” odmówił wydania wyważonej i opartej na solidnych badaniach archiwalnych książki Romana Graczyka o środowisku „Tygodnika Powszechnego” i uwikłaniu niektórych jego prominentnych przedstawicieli w kolaborację z SB, za to publikuje książkę-paszkwil J.T. Grossa o rzekomych polskich hienach cmentarnych polujących na Żydów i ich majątki.


Książki Graczyka „Znak” nie wydał, gdyż ponoć zniesławia „środowisko”, za to książkę Grossa szkalującą cały naród – proszę bardzo. Bliższa ciału koszula. Bliższe dobre imię swojego towarzystwa, niż dobre imię Polski i Polaków. „Moim zdaniem, książka nie odpowiada rzeczywistości historycznej PRL, w jakiej pracowali ludzie „Tygodnika” i w jakimś sensie jest wobec tego środowiska niesprawiedliwa” - stwierdza prezes „Znaku”, Henryk Woźniakowski. Za to książka „Złote żniwa”, jak można się domyślać, odpowiada jak najbardziej historycznej rzeczywistości i jest wobec Polaków kryształowo wręcz obiektywna i uczciwa.


Oczywiście, przyczyny takiego postępowania tkwią właśnie w logice tytułowej anty-polityki historycznej. „Złote Żniwa” wpisują się bowiem doskonale w proceder „pedagogiki wstydu”, mającej trzymać w ryzach polskich Murzynów, natomiast praca Graczyka, jako rzucająca cień na środowisko samozwańczych „elit”, odbiera im moralną legitymację do sprawowania z wysokości parnasów rządu dusz i umysłów postkolonialnego „bydła”.


Puentę dopisała sojusznicza „Gazeta Wyborcza” we właściwym sobie, unikalnym stylu, jedną ręką broniąc tak przydatnego Grossa, drugą zaś masakrując Graczyka w tekście pod znamiennym tytułem „Esbeckim okiem na Tygodnik Powszechny, odwołującym się do dwudziestoletniej linii redakcyjnej tępiącej „dzikich” lustratorów, której nie zmodyfikowała nawet sprawa „Ketmana”-Maleszki. Dodam, że demaskacja Lesława Maleszki i reakcja Michnika była przyczyną zrewidowania przez Romana Graczyka swego stanowiska w kwestii lustracji.


III. Współczucie dla Salonu.


Teraz zabawię się w empatię... Nie, tak naprawdę, to nie tyle „zabawię”, ile postaram się wczuć na chwilę w psychologiczną sytuację naszych „blaskomiotnych” i ich akolitów.


Zadajmy sobie pytanie: jakie są przyczyny tak konsekwentnej postawy salonowszczyzny, każącej trwać w polonofobicznym zacietrzewieniu wbrew wszystkiemu i wytaczać najcięższe działa na każdą oznakę mogącą świadczyć, że Polacy odzyskują wiarę w tradycyjne, patriotyczne wartości, choćby miała to być grupa osób modlących się pod krzyżem, bądź pokojowy przemarsz ulicami Stolicy w dniu 11 Listopada?


Wysunę tu hipotezę może mało odkrywczą, ale chyba do tej pory nie dość mocno zwerbalizowaną: źródłem polonofobii intelektualnego zaplecza III RP jest irracjonalny strach, mający swe źródło w jakiejś traumie z przeszłości. Odwołam się tu do słynnego wywiadu Michała Cichego dla „Dziennika”, w którym stwierdził m.in., że Helena Łuczywo za swą życiową misję przyjęła chronienie Żydów w Polsce przed jakimkolwiek złym losem. Taka postawa musi wypływać z konkretnych zaszłości – dzisiejsi intelektualni dyrygenci z Parnasu III RP nasłuchali się od swych antenatów z KPP o zwierzęcym antysemityzmie mającym jakoby cechować rzeczywistość społeczno-polityczną Polski międzywojennej, następnie zaś oni sami i ich partyjni bliscy doświadczyli na własnej skórze Marca roku 1968 i „antysyjonistycznej” czystki z rąk moczarowszczyzny, angażującej instrumentalnie „narodową” retorykę do wewnątrzpartyjnych rozgrywek.


Stąd ich spaczone spojrzenie na Polskę. Każdą oznakę patriotyzmu traktują jako potencjalny zalążek szowinizmu. W sumie, to biedni ludzie. „Biedni” oczywiście nie w sensie materialnym, tylko – jakby to ująć? - „psychospołecznym”. Tyle, że zarazem cholernie szkodliwi, bo ich antypolskie fobie zatruwają życie publiczne, stając się obowiązującymi, opiniotwórczymi dogmatami – od wpływowego socjologa po najgłupszą panienkę z tele-okienka i „aspirującego” leminga karmiącego mózgownicę przekazem wiodących mediodajni.


W ten sposób hodowana jest lumpeninteligencja z awansu, którą następnie nakleja się niczym PRL-owskie etykiety zastępcze na słoiku z zawartością: „Naród".


Ale też, tak po ludzku, trochę nad „saloniarzami” ubolewam. Ludzie o często niepospolitej inteligencji uwięzieni w matni irracjonalnego strachu przed polskością - to smutny widok.


IV. Ksenofobia a la Czerska.


Efektem wspomnianych lęków jest syndrom oblężonej twierdzy i ksenofobia. Tak właśnie: ksenofobia - strach przed „polskimi Murzynami” - owymi stereotypowymi „moherami”, starszymi, gorzej wykształconymi, z mniejszych ośrodków, kultywującymi „płytki”, „ludowy”, „maryjny” katolicyzm... Swą ksenofobię i związane z nią kolejne przywary „twierdza oświeconych” ze środowiska „GW” nader ochoczo przenosi na swych ideowych przeciwników. Traktując redakcję na Czerskiej jako pewien symbol można powiedzieć, że „parnasiarze” czują się w swym złotym zamku osaczeni przez polskość, którą utożsamiają z nacjonalizmem. Właśnie dlatego używają swej potęgi materialno-medialnej do uprawiania permanentnej „pedagogiki wstydu" - ich antypatriotyczne fobie każą im dokładać wszelkich starań, by wytłumić „demony polskiego nacjonalizmu" u miejscowych dzikusów, przy czym za „nacjonalizm" uznają patriotyzm... i tak w koło Macieju.


Przerażające jest, że ich post-Marcowe, pokoleniowe traumy i fobie wsparte komunistycznymi uwikłaniami dyktują „klimat intelektualny". Zamiast uzdrawiać społeczeństwo (co, zdaje się, jest ich celem), zatruwają. Zakładając cenzorski knebel i podrywając godnościowe podstawy patriotyzmu  rewitalizują w ten sposób, wbrew swym intencjom, najróżniejsze radykalizmy, w tym również antysemickie resentymenty. Prosta zasada: akcja – reakcja. Można rzec, iż są odwrotnością faustowskiego Mefistofelesa - on był „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc czyniła dobro”, oni - wiecznie dobra pragnąc, wyrządzają zło.


V. Postępowi Kononowicze.


Konsekwencją anty-polityki historycznej jest również entuzjastyczny euro-internacjonalizm. W uproszczeniu, gerontokratyczny „beton” z nadwiślańskiego „pokolenia ‘68” rozumuje tak: skoro Niemcy zrobili Holocaust, a polscy komuniści od Moczara - Marzec, posiłkując się „narodową" retoryką, to już lepiej, żeby nie było żadnych narodów. Tacy postępowi Kononowicze: „żeby nie było niczego". Stąd utopijne dążenie do bez-narodowej, europejskiej magmy, w której mają roztopić się wszelkie „nacjonalizmy". Swoją drogą – poziom intelektualny Johna Lennona z „Imagine”...


Temu służą. I fiasko tej hołubionej do granic zacietrzewienia utopii prędzej czy później się na nich zemści.


Może się zdarzyć, że doprowadzony do ostateczności tłum ruszy na Czerską, Wiertniczą... Mogą się wtedy dziać rzeczy straszne. Każda, nawet najbardziej szczelna propaganda ma swoje granice, zwłaszcza gdy ludziom zrobi się pusto w garnkach. I wtedy przypomną sobie, kto faszerował ich narracją upodlenia. Senny koszmar z postępowymi misjonarzami gotowanymi w kotłach przez „dzikich” może się ziścić.


Nie wyczekuję tego. Ostrzegam.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl