Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złote Żniwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złote Żniwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lutego 2011

Finansowe HEART Izraela


Wkrótce rusza ogólnoświatowy program odzyskiwania żydowskiego majątku – kolejna odsłona „przedsiębiorstwa holokaust”?



Nieco ponad półtora roku temu opisywałem w mocno emocjonalnym tonie zagrożenia dla polskiego Skarbu Państwa i budżetu związane z konferencją „Mienie ery Holokaustu”, która odbyła się w Pradze i Terezinie w czerwcu 2009 roku (notki TU, TU i TU). Okazuje się, że muszę niestety wrócić do tej pachnącej międzynarodową gangsterką sprawy, wokół której w głównonurtowych mediodajniach jak panowała tak panuje zmowa milczenia. Ale po kolei.


I. „Mienie ery Holokaustu”.


Otóż wspomniana konferencja, która miała stanowić „ukoronowanie czeskiej europrezydencji” zakończyła się przyjęciem Deklaracji z Terezina powołującej Europejski Instytut Spuścizny Zagłady (European Shoah Legacy Institute). Sygnatariuszami było 49 państw i 30 organizacji pozarządowych. Podczas obrad główne ostrze „rewindykacyjnych” żądań skierowane było w postkomunistyczne kraje Europy Środkowo – Wschodniej (prócz Rosji, bo za mocna) przy gromkim wsparciu amerykańskiej delegacji z kongresmanem Robertem Wexlerem na czele, ówczesnym członkiem Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów delegowanym na konferencję przez Departament Stanu. Pan ten był łaskaw wraz z 25 kongresmenami „zaapelować” o zwrot pożydowskiego mienia, uznając najwyraźniej, że ma do tego prawo jako przedstawiciel globalnego Wuja Sama.


Prócz tego obecni na konferencji eksperci sformułowali „zalecenia”, rzekomo „niewiążące”, wedle których ofiarom Zagłady, bądź ich spadkobiercom należy zwrócić mienie znacjonalizowane za czasów komunistycznych w naturze, zaś „Jeśli skonfiskowana własność nie może być zwrócona, kraje powinny zapewnić alternatywną własność tej samej wartości albo zapewnić godziwe odszkodowanie". Dalej padają postulaty powołania specjalnych trybunałów lub agencji do spraw roszczeń, które – tu uwaga – miałyby honorować bliżej niesprecyzowane „alternatywne dowody własności”.


II. Finansowe HEART Izraela.


A teraz powód dla którego wracam do sprawy z 2009 roku. Tak się bowiem składa, że „Deklaracja...” wraz z owymi „niewiążącymi zaleceniami” wkrótce ma szansę przeistoczyć się w jak najbardziej „wiążącą”, natomiast „alternatywne dowody własności” mogą stać się przyczyną niebagatelnych kosztów, które wszyscy poniesiemy i to w obliczu zapaści finansów publicznych naszego państwa.


Jakiś tydzień temu bowiem „Rzeczpospolita” doniosła (za „Haaretz”), iż rząd Izraela wraz z wpływową („potężną” - określenie „Rzepy”) Agencją Żydowską powołał specjalny program do odzyskiwania żydowskiego majątku, skradzionego lub utraconego w inny sposób. Program ma być „ogólnoświatowy”, jednakże „ze szczególnym uwzględnieniem krajów Europy Środkowo – Wschodniej”. Instytucjonalnie wyraża się on w specjalnej komórce o wdzięcznej nazwie HEART (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce) z budżetem 9 mln szekli czyli ok. 9 mln złotych. Złoty interes, zważywszy na spodziewane zyski. Prezesem projektu został były izraelski minister d/s osób starszych Rafi Eitan, dyrektorem zarządzającym Bobby Brown z Agencji Żydowskiej, natomiast - jak to określono - „nad praktyczną stroną przedsięwzięcia” czuwać będzie Ania Werchowskaja z prawniczej firmy A.B. Data, która „praktycznie” współuczestniczyła w „porozumieniu” na mocy którego szwajcarskie banki wypłaciły 1,25 miliarda dolarów, mających w założeniu trafić do spadkobierców ofiar, a które to pieniądze jak powiadają źli ludzie, w większej części rozpłynęły się w machinie „przedsiębiorstwa holokaust”.


No i teraz najlepsze. Oddaję głos „Rzeczpospolitej”:



„Nadzieje na rekompensaty opierają się na rezolucji przyjętej w 2009 roku na praskiej konferencji poświęconej mieniu utraconemu w czasie holokaustu (wytł. moje-GG). 46 państw wyraziło wtedy zgodę na rekompensaty dla ofiar i ich spadkobierców za majątek, który zawłaszczono na ich terytoriach.”



Wygląda na to, że podczas konferencji z 2009 roku sami założyliśmy sobie finansową pętlę na szyję. Mosze Sanbar, izraelski ekonomista i bankowiec, z wieloletnim doświadczeniem w odzyskiwaniu żydowskich majątków stwierdza ponadto: „- Na praskiej konferencji stworzyliśmy nowe podstawy do nowych roszczeń - nie są one prawnie wiążące, ale były i są wiążące moralnie”. Wtóruje mu wypowiedź Bobby’ego Browna: „- To ostatnia bitwa holokaustu i jest naszym obowiązkiem uzyskać choć minimum sprawiedliwości”.


Idę o zakład, że wcale nie „ostatnia”. Program reprezentowany przez HEART rusza z początkiem marca równocześnie w Jerozolimie i Waszyngtonie i ma na celu kompleksowe zewidencjonowanie majątku pożydowskiego. Służyć temu celowi ma m.in. potężna kampania promocyjna oraz infolinia w 13 językach, a także strona internetowa za pośrednictwem których będzie można dokonywać zgłoszeń. Pierwszym etapem ma być przygotowanie roszczeń wobec rządów krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Sądzę, że nie od rzeczy będzie przywołanie w tym kontekście byłego ambasadora Izraela w Polsce, Dawida Pelega, który dwa lata temu na zasadzie „pi razy oko” oszacował ewentualne roszczenia na „miliardy dolarów”, co daje niejakie pojęcie o skali opisywanego tu przedsięwzięcia.


Jeszcze jeden cytat, tym razem szefa Agencji Żydowskiej, Natana Szaranskiego: „- Po raz pierwszy od czasu zagłady powstał całościowy program umożliwiający gromadzenie informacji o skradzionym lub przymusowo sprzedanym majątku, z intencją uzyskania za to rekompensaty.”


III. Robienie gruntu?


W związku z powyższym nasuwają się dwie koincydencje. Pierwsza, to wydanie akurat teraz „Złotych Żniw” J. T. Grossa, gdzie Polacy przedstawieni są jako rabusie i hieny cmentarne, dla których II wojna światowa stała się okazją do wzbogacenia kosztem Żydów. Wygląda to, jakby książka miała stworzyć moralny „klimat” potępienia, obezwładniający ewentualne protesty przeciw mającej nastąpić akcji „przedsiębiorstwa holokaust”. Nie wiem, czy funkcjonariusze HEART-u będą się bawili w szukanie złotych zębów poukrywanych ponoć gdzieś w chłopskich obejściach, ale „klimacik” jest.


Druga rzecz, znacznie poważniejsza, to niedawna wizyta polskiego rządu w Izraelu (23.02 – 24.02.2011). Prócz Donalda Tuska i ministrów obrony narodowej, edukacji, zdrowia, spraw zagranicznych oraz wiceministrów z innych resortów, wziął w niej udział dyżurny specjalista od kontaktów polsko – żydowskich, Władysław Bartoszewski, który stał również na czele polskiej delegacji biorącej udział w opisanej na początku konferencji „Mienie ery Holokaustu” i negocjował w naszym imieniu Deklarację z Terezina oraz towarzyszące jej „eksperckie” ustalenia. No i teraz podstawowa zagwozdka: czy prócz tego, co oficjalnie przedstawiono jako efekt wizyty, zapadły również jakieś inne decyzje, zobowiązania? Czy poruszano kwestię zwrotu mienia i odszkodowań? Byłoby dziwne, gdyby rząd Izraela, który tak mocno, instytucjonalnie, zaangażował się w kwestie rewindykacyjne, nie poruszył tego tematu goszcząc przedstawicieli państwa, które potencjalnie może stać się w najbliższej przyszłości główną dojną krową nowej biznesowej inicjatywy współczesnych sępów holokaustu. Obawiam się jednak, że o wszystkim dowiemy się, gdy będzie już „po ptakach”.


IV. Płać i płacz.


Na zakończenie muszę dodać jedno – wszelkie żydożerstwo jest mi z gruntu obce, uważam też, że zagrabione majątki powinny wrócić do właścicieli, bądź ich legalnych spadkobierców – czy to w naturze, czy to w formie zastępczej. Stanowczo jednak sprzeciwiam się jakiemukolwiek ekskluzywnemu traktowaniu kogokolwiek, również Żydów – w sprawach własności prawo powinno być ślepe na przynależność etniczną. Jeśli zwracamy własność Żydom (ale konkretnym osobom, nie szemranym, samozwańczym gangom „reprezentantów”), to zwróćmy również Polakom!


Tymczasem organizacje żydowskie stosują permanentną gangsterkę, wymuszenia rozbójnicze na międzynarodową skalę. Pod groźbą upokorzenia na arenie międzynarodowej szantażują moralnie kolejne państwa, powołując się na jakieś nieznane cywilizowanym stosunkom prawo plemiennej współwłasności (to znaczy, oficjalnie, odszkodowania mają trafiać do spadkobierców, tyle że pokażcie mi tych wzbogaconych wypłaconymi już miliardami „spadkobierców”). Samozwańczy „reprezentanci” nie mający poza przynależnością etniczną literalnie nic wspólnego z ofiarami Zagłady, rekrutujący się najczęściej z amerykańskiej diaspory, która w trakcie wojny nie chciała nic wiedzieć o obozach koncentracyjnych i która nie ruszyła palcem by pomóc swym współplemieńcom, teraz zlatują się jak sępy do ścierwa, skrzecząc o „sprawiedliwości”, „zadośćuczynieniu” i napychając swe sępie gardła złotem, złotem, złotem... To są prawdziwe „Złote Żniwa”, panie Gross.


Nie znaczy to jednak, że nie mamy jako państwo niczego za uszami. Owszem, mamy na sumieniu podstawowy grzech – zaniedbanie. Trzeba było przeprowadzić kompleksową reprywatyzację i to już dawno temu. Nie przeprowadziliśmy, dając zawodowym szachrajom fenomenalny pretekst do finansowych żądań. Więc teraz będzie „płać i płacz”.


Gadający Grzyb

czwartek, 17 lutego 2011

Anty-polityka historyczna


... czyli wiwisekcja intelektualnego zaplecza obozu III RP



W ostatniej notce „Policzek z prawa, policzek z lewa” napisałem, że polityki historycznej ma u nas nie być, mimo że uprawiają ją z powodzeniem nasi sąsiedzi. No i bach – zagalopowałem się, gdyż sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.


I. Krótka charakterystyka.


To, że „obóz III RP” zwalcza hasło „polityki historycznej” bynajmniej nie znaczy, że takowej polityki nie praktykuje. Ona jest, tylko uprawiana z właściwą Salonowi hipokryzją, bez używania źle kojarzącej się nazwy. Prowadzi ją konsekwentnie od zarania III RP środowisko Bogów Demokracji. Ta polityka charakteryzuje się z jednej strony gloryfikacją środowisk postokrągłostołowych, które w ramach szlachetnego kompromisu „ponad podziałami” podarowały nadwiślańskim Murzynom wolność, z drugiej zaś – wpędzaniem tychże Murzynów w postkolonialne kompleksy za pomocą procederu, który bodaj Bronisław Wildstein określił mianem „pedagogiki wstydu”. W ramach tejże pedagogiki trzyma się polskich czarnuchów w permanentnym poczuciu niższości, wypominając, że jeszcze nie tak dawno chodzili bez ubrań, nie wiedzieli co to krzesło i z upodobaniem praktykowali kanibalizm. Co więcej, w mentalności tubylczej „ludożery” wciąż są obecne owe kanibalistyczne miazmaty, które mogą w każdej chwili dojść do głosu. Dlatego też ciemnych autochtonów należy prewencyjnie obezwładnić moralnie, bo jak nie, to ani chybi rozpalą ogień pod kotłami i skonsumują natchnionych misjonarzy z Czerskiej i okolic.


II. Dwaj panowie G.


Dobrą ilustracją opisanej powyżej metody jest zachowanie wydawnictwa „Znak” wobec książek dwóch panów G.- Romana Graczyka („Cena przetrwania. SB a Tygodnik Powszechny") i Jana Tomasz Grossa („Złote Żniwa”).


Jak wiadomo, „Znak” odmówił wydania wyważonej i opartej na solidnych badaniach archiwalnych książki Romana Graczyka o środowisku „Tygodnika Powszechnego” i uwikłaniu niektórych jego prominentnych przedstawicieli w kolaborację z SB, za to publikuje książkę-paszkwil J.T. Grossa o rzekomych polskich hienach cmentarnych polujących na Żydów i ich majątki.


Książki Graczyka „Znak” nie wydał, gdyż ponoć zniesławia „środowisko”, za to książkę Grossa szkalującą cały naród – proszę bardzo. Bliższa ciału koszula. Bliższe dobre imię swojego towarzystwa, niż dobre imię Polski i Polaków. „Moim zdaniem, książka nie odpowiada rzeczywistości historycznej PRL, w jakiej pracowali ludzie „Tygodnika” i w jakimś sensie jest wobec tego środowiska niesprawiedliwa” - stwierdza prezes „Znaku”, Henryk Woźniakowski. Za to książka „Złote żniwa”, jak można się domyślać, odpowiada jak najbardziej historycznej rzeczywistości i jest wobec Polaków kryształowo wręcz obiektywna i uczciwa.


Oczywiście, przyczyny takiego postępowania tkwią właśnie w logice tytułowej anty-polityki historycznej. „Złote Żniwa” wpisują się bowiem doskonale w proceder „pedagogiki wstydu”, mającej trzymać w ryzach polskich Murzynów, natomiast praca Graczyka, jako rzucająca cień na środowisko samozwańczych „elit”, odbiera im moralną legitymację do sprawowania z wysokości parnasów rządu dusz i umysłów postkolonialnego „bydła”.


Puentę dopisała sojusznicza „Gazeta Wyborcza” we właściwym sobie, unikalnym stylu, jedną ręką broniąc tak przydatnego Grossa, drugą zaś masakrując Graczyka w tekście pod znamiennym tytułem „Esbeckim okiem na Tygodnik Powszechny, odwołującym się do dwudziestoletniej linii redakcyjnej tępiącej „dzikich” lustratorów, której nie zmodyfikowała nawet sprawa „Ketmana”-Maleszki. Dodam, że demaskacja Lesława Maleszki i reakcja Michnika była przyczyną zrewidowania przez Romana Graczyka swego stanowiska w kwestii lustracji.


III. Współczucie dla Salonu.


Teraz zabawię się w empatię... Nie, tak naprawdę, to nie tyle „zabawię”, ile postaram się wczuć na chwilę w psychologiczną sytuację naszych „blaskomiotnych” i ich akolitów.


Zadajmy sobie pytanie: jakie są przyczyny tak konsekwentnej postawy salonowszczyzny, każącej trwać w polonofobicznym zacietrzewieniu wbrew wszystkiemu i wytaczać najcięższe działa na każdą oznakę mogącą świadczyć, że Polacy odzyskują wiarę w tradycyjne, patriotyczne wartości, choćby miała to być grupa osób modlących się pod krzyżem, bądź pokojowy przemarsz ulicami Stolicy w dniu 11 Listopada?


Wysunę tu hipotezę może mało odkrywczą, ale chyba do tej pory nie dość mocno zwerbalizowaną: źródłem polonofobii intelektualnego zaplecza III RP jest irracjonalny strach, mający swe źródło w jakiejś traumie z przeszłości. Odwołam się tu do słynnego wywiadu Michała Cichego dla „Dziennika”, w którym stwierdził m.in., że Helena Łuczywo za swą życiową misję przyjęła chronienie Żydów w Polsce przed jakimkolwiek złym losem. Taka postawa musi wypływać z konkretnych zaszłości – dzisiejsi intelektualni dyrygenci z Parnasu III RP nasłuchali się od swych antenatów z KPP o zwierzęcym antysemityzmie mającym jakoby cechować rzeczywistość społeczno-polityczną Polski międzywojennej, następnie zaś oni sami i ich partyjni bliscy doświadczyli na własnej skórze Marca roku 1968 i „antysyjonistycznej” czystki z rąk moczarowszczyzny, angażującej instrumentalnie „narodową” retorykę do wewnątrzpartyjnych rozgrywek.


Stąd ich spaczone spojrzenie na Polskę. Każdą oznakę patriotyzmu traktują jako potencjalny zalążek szowinizmu. W sumie, to biedni ludzie. „Biedni” oczywiście nie w sensie materialnym, tylko – jakby to ująć? - „psychospołecznym”. Tyle, że zarazem cholernie szkodliwi, bo ich antypolskie fobie zatruwają życie publiczne, stając się obowiązującymi, opiniotwórczymi dogmatami – od wpływowego socjologa po najgłupszą panienkę z tele-okienka i „aspirującego” leminga karmiącego mózgownicę przekazem wiodących mediodajni.


W ten sposób hodowana jest lumpeninteligencja z awansu, którą następnie nakleja się niczym PRL-owskie etykiety zastępcze na słoiku z zawartością: „Naród".


Ale też, tak po ludzku, trochę nad „saloniarzami” ubolewam. Ludzie o często niepospolitej inteligencji uwięzieni w matni irracjonalnego strachu przed polskością - to smutny widok.


IV. Ksenofobia a la Czerska.


Efektem wspomnianych lęków jest syndrom oblężonej twierdzy i ksenofobia. Tak właśnie: ksenofobia - strach przed „polskimi Murzynami” - owymi stereotypowymi „moherami”, starszymi, gorzej wykształconymi, z mniejszych ośrodków, kultywującymi „płytki”, „ludowy”, „maryjny” katolicyzm... Swą ksenofobię i związane z nią kolejne przywary „twierdza oświeconych” ze środowiska „GW” nader ochoczo przenosi na swych ideowych przeciwników. Traktując redakcję na Czerskiej jako pewien symbol można powiedzieć, że „parnasiarze” czują się w swym złotym zamku osaczeni przez polskość, którą utożsamiają z nacjonalizmem. Właśnie dlatego używają swej potęgi materialno-medialnej do uprawiania permanentnej „pedagogiki wstydu" - ich antypatriotyczne fobie każą im dokładać wszelkich starań, by wytłumić „demony polskiego nacjonalizmu" u miejscowych dzikusów, przy czym za „nacjonalizm" uznają patriotyzm... i tak w koło Macieju.


Przerażające jest, że ich post-Marcowe, pokoleniowe traumy i fobie wsparte komunistycznymi uwikłaniami dyktują „klimat intelektualny". Zamiast uzdrawiać społeczeństwo (co, zdaje się, jest ich celem), zatruwają. Zakładając cenzorski knebel i podrywając godnościowe podstawy patriotyzmu  rewitalizują w ten sposób, wbrew swym intencjom, najróżniejsze radykalizmy, w tym również antysemickie resentymenty. Prosta zasada: akcja – reakcja. Można rzec, iż są odwrotnością faustowskiego Mefistofelesa - on był „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc czyniła dobro”, oni - wiecznie dobra pragnąc, wyrządzają zło.


V. Postępowi Kononowicze.


Konsekwencją anty-polityki historycznej jest również entuzjastyczny euro-internacjonalizm. W uproszczeniu, gerontokratyczny „beton” z nadwiślańskiego „pokolenia ‘68” rozumuje tak: skoro Niemcy zrobili Holocaust, a polscy komuniści od Moczara - Marzec, posiłkując się „narodową" retoryką, to już lepiej, żeby nie było żadnych narodów. Tacy postępowi Kononowicze: „żeby nie było niczego". Stąd utopijne dążenie do bez-narodowej, europejskiej magmy, w której mają roztopić się wszelkie „nacjonalizmy". Swoją drogą – poziom intelektualny Johna Lennona z „Imagine”...


Temu służą. I fiasko tej hołubionej do granic zacietrzewienia utopii prędzej czy później się na nich zemści.


Może się zdarzyć, że doprowadzony do ostateczności tłum ruszy na Czerską, Wiertniczą... Mogą się wtedy dziać rzeczy straszne. Każda, nawet najbardziej szczelna propaganda ma swoje granice, zwłaszcza gdy ludziom zrobi się pusto w garnkach. I wtedy przypomną sobie, kto faszerował ich narracją upodlenia. Senny koszmar z postępowymi misjonarzami gotowanymi w kotłach przez „dzikich” może się ziścić.


Nie wyczekuję tego. Ostrzegam.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl