Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łże-elity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łże-elity. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Lekcja ojkofobii

Obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.

I. Przebudzenie narodu

Jednym z niezaprzeczalnych plusów jeśli chodzi o wydarzenia ostatnich tygodni, jest ostateczne już chyba samozaoranie „obozu III RP” w oczach przytłaczającej większości opinii publicznej. Te wszystkie wrzaski o antysemityzmie i „nowym Marcu '68”, mają bowiem jeden wspólny mianownik: podszyte są klasyczną ojkofobią, czyli wyobcowaniem i nienawiścią do własnej wspólnoty, tradycji i kultury. Ostatni raz w przypadku relacji polsko-żydowskich coś podobnego przeżywaliśmy przy okazji „Sąsiadów” Grossa i festiwalu samobiczowania zorkiestrowanego na tle histerii wokół Jedwabnego, zaś w nieco innym kontekście – zaraz po tragedii smoleńskiej, kiedy to rodzime łże-elity ostrzegały przed „demonami polskiego patriotyzmu” i „mrocznymi oparami mesjanizmu”, co w praktyce przełożyło się na zezwierzęcenie pijanej palikociarni oddającej mocz na znicze pod Pałacem Prezydenckim. Tyle, że wtedy jeszcze salonowszczyzna i jej akolici mogli występować z pozycji siły: wydawało się, że przeczołgani pedagogiką wstydu Polacy ulegają postępującemu wynarodowieniu (zwanemu elegancko „europeizacją”), a niedobitki zgodnie ze słowami Donalda Tuska wkrótce „wymrą jak dinozaury”.

Dzisiaj, z szeregu przyczyn, mamy sytuację odmienną – Polacy gremialnie odwrócili się od dotychczasowych, samozwańczych „przewodników stada”, podnieśli się z kolan i odrzucają próby wmanipulowania w poczucie winy za niepopełnione zbrodnie. Nie jesteśmy narodem morderców, „sprawców” - jak ujął to w haniebnym liście Bronisław Komorowski – i nie godzimy się na przypisywanie nam takiej roli. Widoczne na każdym kroku poparcie dla nowelizacji ustawy o IPN penalizującej obarczanie państwa i narodu polskiego zbrodniami popełnionymi przez niemiecką III Rzeszę jest tego widomym dowodem.


II. Bunt przeciw pedagogice wstydu

Taka społeczna postawa musiała spotkać się ze strony wspomnianych „elit” z gniewną reakcją. Śmiem twierdzić, że w potępieńczych elaboratach o jakoby odradzającym się „antysemityzmie” i „atmosferze Marca '68” chodzi nie tyle o samą ustawę, ile właśnie o to powszechne poparcie widoczne chociażby w szerokich przestrzeniach internetu – tego współczesnego zwierciadła nastrojów. Mówiąc wprost - „tamta strona” potraktowała jednoznaczne wsparcie dla zakazu mówienia o „polskich obozach” jako bunt (czy też może ciąg dalszy rebelii) przeciw swojemu symbolicznemu przywództwu. Spójrzmy przez chwilę z ich punktu widzenia na ciąg wydarzeń z ostatnich lat: najpierw zwrot młodzieży w stronę patriotyzmu (tym bardziej bolesny, że jeszcze przed chwilą ta sama młodzież paradowała z krzyżem zrobionym z puszek po piwie), potem wypowiedzenie politycznego posłuszeństwa w wyborach z 2015 r., następnie kompromitacja KOD-u i utrzymujące się poparcie dla obecnej władzy w połączeniu z dołującymi sondażami „totalnej opozycji”, a teraz jawne opowiedzenie się przeciw ostatniemu bastionowi pedagogiki wstydu – czyli narzucanej nam od ponad ćwierćwiecza anty-polityce historycznej mającej zaszczepić tutejszym autochtonom nieusuwalne kompleksy wynikające z rzekomego współudziału w holokauście. Nic dziwnego, że się wściekli – oto wymyka im się z rąk ostatnie narzędzie przemocy symbolicznej pozwalające nie tylko panować nad zbiorowymi emocjami, lecz również pielęgnować poczucie własnej wyższości nad tubylczym „motłochem”.

Zarazem reakcja, której klasycznym przykładem może być opublikowany w „Wyborczej” list „Do przyjaciół Żydów”, gdzie mowa jest – a jakże – o „fali nienawiści” i „budzeniu demonów”, stanowi znakomitą, poglądową lekcję tytułowej ojkofobii. Nie pierwszą zresztą. Przerabialiśmy już „hołotę kupioną za 500+”; najazd „Hunów” na bałtyckie plaże; „nieoświecony plebs”, któremu Kaczyński dał „poczucie dostępu do władzy”; „chamów” wdzierających się na salony; Polaków pokazujących „mordę Edka”; podnoszono konieczność „zdjęcia aureoli z mordy chama”... Znamy wszyscy te sfrustrowane bluzgi Sadurskich, Hartmanów, Łozińskich, Mikołejków i reszty. Teraz doszła jeszcze wściekłość na to, że Polacy przestali się przejmować imputowanym im „antysemityzmem”. Zresztą, gdyby michnikowszczyzna zamiast nieprzytomnej zajadłości poszła po rozum do głowy, to mogłaby przewidzieć, że zacietrzewione walenie tą pałką pod byle pretekstem sprawi finalnie, iż zarzut „antysemityzmu” przestanie cokolwiek znaczyć. Tak kończy się dewaluacja pojęć wskutek ich nadużywania.


III. Bicie się w cudze piersi

Co łączy przytoczone powyżej wykwity białej gorączki? Ano to, że autorzy podkreślają w ten sposób własną odmienność i wyższość cywilizacyjno-kulturową nad resztą społeczeństwa. Mówią wszem i wobec: to nie my, to oni – to ten ciemny, żydożerczy motłoch, proszę nas z nimi nie łączyć. Zwróćmy uwagę, że gdy zabierają się za chłostanie „narodowych grzechów”, każdorazowo używają osoby trzeciej, co przekłada się na typowe „bicie w cudze piersi”. Jeśli już jesteśmy przy kwestii żydowskiej, wedle tej narracji Żydów zawsze mieli mordować jacyś „inni” - jednolita, wieśniacka, katolicka tłuszcza bez twarzy, dysząca najniższymi instynktami. Innymi słowy – jakieś ówczesne „mohery” i „pisiory”. Nie dziwi więc, że są tak skorzy do stosowania odpowiedzialności zbiorowej i rozciągania szmalcownictwa na ogół ówczesnych Polaków. A contrario, sami siebie stawiają tym samym po stronie „dobrych” - mówiąc hasłowo, chcieli by siebie widzieć jako współczesnych „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Logika prosta jak konstrukcja cepa – skoro wyznajemy należyte, postępowe poglądy, to wtedy również zdalibyśmy egzamin z moralności i zachowali się jak trzeba. Na marginesie, to zapewne dlatego w historycznym przekazie wyeksponowano postać radykalnej socjalistki Ireny Sendlerowej i przypisano jej zasługi „złego endeka” - Jana Dobraczyńskiego, który podczas okupacji zapisał najpiękniejszą kartę swej biografii, lecz na którego wciąż obowiązuje nieformalny „zapis”.

Ów ton przebija również ze wspomnianego listu „Do przyjaciół Żydów” - jego przesłanie można streścić krótko: my, dzisiejsi „sprawiedliwi” jesteśmy z wami solidarni przeciw pisowskim „szmalcownikom”, następcom morderców z Jedwabnego i „neo-moczarowcom”. Nie mieszajcie nas z nimi. Co ciekawe, tego typu postawę rozpracował jakiś czas temu lewicowy socjolog, prof. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, mówiąc w październiku 2015 r. w wywiadzie dla „Wyborczej” o wynikach badań przeprowadzonych wśród wielkomiejskiej elity: „Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. (...) A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u. Trudno o lepsze podsumowanie wyobcowania – tyle, że najwyraźniej po stronie „oświeconych” nikt nie ośmielił się wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


IV. Instynktowny antypolonizm

Konsekwencją powyższego jest stan ducha, w którym ojkofobiczny antypolonizm schodzi do poziomu najgłębszych instynktów, skutkujących tym, że w przypadku jakiegokolwiek konfliktu na linii Polska (Polacy) – zagranica (nie-Polacy), „oświecony” ojkofob odruchowo staje przeciw własnemu państwu i narodowi, dowartościowując się tym samym we własnych oczach. To mogą być Niemcy, Bruksela, Żydzi, liberalne elity z USA – każdy, kto naszemu ojkofobowi imponuje. Co więcej, do pewnego momentu publiczne epatowanie takim wyobcowaniem z rodzimego „ciemnogrodu” było całkiem niezłym narzędziem utrzymywania „rządu dusz” wśród aspirujących do „Europy” Polaków. Ale to już przeszłość – wyzbyliśmy się kompleksów, tak wobec zagranicy, jak i jej tutejszych, kolonialnych namiestników. I dlatego właśnie obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Portret KOD-owca


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (16-22.02.2018)

czwartek, 14 listopada 2013

Imigranci we własnym kraju

Duża część Polaków czuje się w swym kraju niczym imigranci - jak się zdaje, fachowo nazywa się to w naukach społecznych „wykluczeniem”.

I. Wykluczeni

„To nie jest Europa” - powiedział Eryk Mistewicz na wieść o zadymach, które miały miejsce na obrzeżach tegorocznego Marszu Niepodległości. Na wypowiedź tę zwrócił już uwagę Coryllus, a ja tutaj rozwinę jeden z wątków. Otóż to właśnie w tej mitycznej Europie do której ponoć mamy równać, zamieszki uliczne są normą – to w Paryżu regularnie płoną przedmieścia, to w Londynie mamy enklawy bezprawia i bitwy na ulicach, to w Niemczech całe dzielnice terroryzowane są przez tureckie i kurdyjskie gangi. No więc jak – gdzie zatem jest postulowana przez Mistewicza Europa? Ktoś odpowie, że tam mamy do czynienia z napięciami społecznymi związanymi z dużą liczbą muzułmańskich imigrantów, którzy za diabła rogatego nie chcą się inkulturować do aktualnego miejsca pobytu, między innymi dlatego, że europejski tolerancjonizm i całe to kolorowe „multi-kulti” stręczone przez różnych mędrków mają w głębokiej pogardzie, a radosne współistnienie obok siebie wielu ras i religii jest dla nich jedynie żałosnym przejawem europejskiej degeneracji.

Owszem, wszystko to racja – i w związku z tym zaproponowałbym spojrzenie na sytuację w Polsce właśnie przez ten pryzmat. Klucz imigrancki do odczytania tych dość rachitycznych w sumie burd na ulicach Warszawy wydaje mi się bowiem całkiem trafny. Mianowicie, duża część Polaków czuje się w swym kraju właśnie niczym imigranci. Czują się spychani na margines, zamieszkują blokowiska, nie mają porządnej pracy ani perspektyw na cokolwiek lepszego niż wózek na magazynie za najniższą stawkę w ramach zatrudnienia na „śmieciówce”. Wypisz, wymaluj – imigranci, wraz z całym imigranckim statusem, tak w sferze materialnej, jak i mentalnej. Jak się zdaje, fachowo nazywa się to w naukach społecznych „wykluczeniem”.

II. Polacy to też Arabowie...

Innymi słowy, Polacy – ze szczególnym uwzględnieniem ludzi młodych – czują się we współczesnej Polsce niczym obywatele drugiej kategorii ze wszystkimi danymi na replikację tego stanu rzeczy w kolejnych pokoleniach. No chyba, że wyjadą gdzieś w świat za chlebem (co zresztą masowo czynią) – wtedy w kraju pobytu też będą imigrantami, ale za to z szansą na polepszenie losu. W końcu, być imigrantem w Polsce i nie mieć z tego nic, a być imigrantem dajmy na to na Wyspach i żyć na w miarę przyzwoitym poziomie – wybór oczywisty. I tu i tam nie są u siebie, a więc różnica perspektyw materialnych staje się czynnikiem decydującym.

Informuję zatem różnych oświeconych, trawestując Mrożka, że Polacy to też Arabowie, tylko że biali i katoliccy, więc im również należy się tolerancja i różne dźwignie społecznego awansu oraz pełna zadumy troska autorytetów jak by tu im jeszcze dopomóc, by nie musieli palić samochodów na ulicach, jak ich franko-arabscy odpowiednicy. Inaczej, to co obserwujemy przy okazji Marszów Niepodległości, wkrótce będzie się nam jawiło jako niewinne igraszki w porównaniu z burzą, która może niebawem nastąpić.

III. Cywilizowanie Irokezów

Ale, nasi „oświeceni” tego klucza nie zastosują, oznaczałoby to bowiem krach całego projektu III RP, którego istota w sensie kulturowym sprowadza się do tego, by mówiąc diagnozą Rymkiewicza „Polacy jak najmniej byli Polakami”, w sensie materialnym zaś – do gospodarczej neokolonizacji ze wszystkimi tego konsekwencjami. W zamian proponują nam swój wytrych do społecznej rzeczywistości: Polacy to Irokezi, których trzeba ucywilizować, tak jak stary Fryc „cywilizował” nas u schyłku XVIII stulecia. I stąd, drodzy Państwo, ten nieprzytomny wywiad w „Gazecie Wyborczej” z dr Janem Sową, który udowadnia nam, że „rozbiory oznaczały dla Polski postęp i modernizację”.

Przyznam się, że kiedy lata temu „Wyborcza” publikowała tekst o tym, że „patriotyzm jest jak faszyzm” łudziłem się jeszcze, iż jest to jednorazowa prowokacyjka jakichś redakcyjnych hunwejbinów, którym chwilowo popuszczono cugli. Wkrótce okazało się jednak, że nic z tych rzeczy - mamy przemyślaną linię redakcyjną, która ma wtłoczyć Polakom do głów, że ojczyzna nie jest im do niczego potrzebna. Teraz, przy okazji Święta Niepodległości zaserwowano nam kolejną odsłonę tej mentalnej podgatowki, by przyzwyczaić nas do myśli, że utrata suwerenności i kolonizacja przez oświecone i postępowe siły ościenne może być dobrodziejstwem. To co opowiada dr Sowa jest bowiem prostym przeniesieniem we współczesność rozbiorowej propagandy kolportowanej po Europie za pomocą różnych sprzedajnych piór – ze szczególnym uwzględnieniem francuskich filozofów pokroju Woltera. Jak widzimy, obecne łże-elity propagandę tę głęboko zinternalizowały, zatem do głów im nie przyjdzie, by zarysowany powyżej problem „imigrantów we własnym kraju” postrzegać inaczej, niż jako bunt ciemnych autochtonów, który należy stłumić, zaś rewoltującą się ludzką masę reedukować – tyleż dla dobra jej samej, co w interesie „cywilizujących” nas okupantów, wobec których cała śmietanka III RP wykazuje podszyte bałwochwalczym uwielbieniem kompleksy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 11 maja 2011

O naprawie Rzeczypospolitej


Blogerskie refleksje wokół Kongresu „Polska Wielki Projekt”.



I. Medialne otumanienie.


Tyle łez wylewano w mediodajniach nad mizerią intelektualnego zaplecza naszych bytów politycznych. Że to, panie kochany, nic się nie dzieje, brak systemowych koncepcji, partie wydają pieniądze podatnika na durne spoty i billboardy... A tu proszę, Instytut Sobieskiego zorganizował w zeszłym tygodniu wielki pięciodniowy kongres „Polska Wielki Projekt” (04 – 08.05.2011) podczas którego naszkicowano kompleksową diagnozę obecnego stanu państwa i podano rozwiązania mające służyć, że tak zaszyję Fryczem-Modrzewskim, „naprawie Rzeczypospolitej”. I co? Ano – nic. Ogarnięcie tematu najwyraźniej przerosło możliwości naszych luminarzy pióra, tudzież mikrofonu. A to jakaś na poły prześmiewcza notka w „Wyborczej”, a to wzmianka w jednej czy drugiej telewizji, gdzie zauważano co najwyżej briefing Jarosława Kaczyńskiego z obowiązkowym wtrętem, że miał miejsce podczas konferencji „prawicowych” czy wręcz „pisowskich” intelektualistów (trzeba było słyszeć jakim tonem wymawiano słowo „intelektualista” mające odnosić się do „pisiorów”)...


Doprawdy, obawiam się, że dziennikarska brać o mało nie skręciła sobie karków od starannego patrzenia przez te kilka dni w inną stronę. Wszyscy bowiem, jak jeden, żyli kolejną wrzutką rządu Tuska – Ostachowicza, czyli wojną z kibolami, która – takie odnoszę wrażenie – miała m.in. właśnie „przykryć” odbywający się Kongres. Co ciekawe, również „Rzeczpospolita” (jeden z medialnych patronów przedsięwzięcia) jakoś nie pokusiła się o szersze relacje z kolejnych paneli. Przeglądam dział „Opinie” i widzę tam tylko jeden programowy tekst prof. Krasnodębskiego (tekst piszę 10.05). Wszystkich już otumaniło?


II. Stać nas na IV RP.


Ale ja w zasadzie nie o tym chciałem. Otóż, gdy przeglądam na stronach Instytutu Sobieskiego materiały, gdy słucham nagrań wystąpień kolejnych prelegentów (choćby w Niepoprawnym RadiuPL), to widzę po stronie, nazwijmy to hasłowo, „propaństwowo-niepodległościowej” olbrzymi intelektualny potencjał, który do niedawna żył niejako w uśpieniu, lub co najwyżej w „drugim obiegu”, a który obecnie dobija się z coraz większą mocą o prawo głosu i traktowanie jako równorzędnego uczestnika debaty publicznej. Tego siły IIIRP nie będą w stanie na dłuższą metę ignorować.


Kongres pokazał bowiem jedną, podstawową rzecz: obóz IV Rzeczypospolitej stać na kompleksowy program przebudowy państwa, na spójną wizję dotyczącą zarówno najrozmaitszych aspektów polityki wewnętrznej, jak i spraw międzynarodowych, zaś jego podstawowym wyznacznikiem jest upodmiotowienie Polski i Polaków. Spójrzmy zresztą na poszczególne bloki tematyczne Kongresu:


1. Polska – wyzwania strategiczne


2. Infrastruktura. Na czym rozpędzić rozwój Polski?


3. Rządy i sądy w Polsce


4. Polska racja stanu


5. Jakie młodych Polaków chowanie?


6. Nauka i innowacje, czyli jak budować przewagę


7. Media publiczne, prywatne i społeczne


8. Nowoczesność – projekt tradycyjny (o postępie i roli inteligencji w polskiej tradycji intelektualnej)


9. Jak konserwatyści mogą kształtować polskie miasta?


Każdy z tych punktów oczywiście rozbity został na kilka wystąpień, prowadzonych przez liczne grono specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Od siebie dodam, iż całościowy obraz wyłaniający się z poszczególnych wykładów, prelekcji i debat pokazuje daleko posuniętą degrengoladę budowanej i „modernizowanej” od 20 lat Polski. Innymi słowy – fiasko rzekomo bezalternatywnego projektu III RP. Państwo nie działa, albo działa wadliwie we właściwie wszystkich swych obszarach. Owo „państwo na niby” nie realizuje żadnego ze swych zadań – od zapaści samodzielnej polityki zagranicznej, poprzez sypiącą się infrastrukturę po sferę edukacji i sprawy społeczne. Co więcej, Polska ma poważny problem ze swą tożsamością i co za tym idzie – określeniem racji stanu.


Nie jesteśmy jednak w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość, jedyna na dzień dzisiejszy realna siła opozycyjna, zechce sięgnąć w praktyce rządzenia po specjalistów (często bez jednoznacznych partyjnych afiliacji, wbrew temu co plotły media o „pisowskiej” rzekomo imprezie), którzy właśnie zbiorowym wysiłkiem zarysowali „wielki projekt”, to będą wszelkie dane po temu by wyjść z obecnego stanu degenerującego marazmu. A wszak, zasoby intelektualne IV RP nie ograniczają się jedynie do uczestników Kongresu.


III. Intelektualny bezwład „łże-elit”.


Kolejną refleksją, która się nasuwa, jest miałkość, by nie powiedzieć dosadniej, propozycji dla Polski coraz bardziej zgeronciałych „elit” IIIRP - owego „salonu” starającego się trzymać w słabnącej garści życie intelektualne współczesnej Polski. Zadam tu retoryczne pytanie: czy temu środowisku, mówiąc skrótowo – warszawce i krakówkowi - przyszło do głowy, by zorganizować podobną konferencję, mierzącą się bez złudzeń z kondycją naszego państwa i wyzwaniami, które przed nim stoją?


Nie, nie przyszło, gdyż dla tych państwa historia skończyła się na wejściu do Unii Europejskiej, zaś dalszy rozwój i modernizacja mają nastąpić niejako same z siebie wraz z wdrażaniem kolejnych urodzonych w Brukseli dyrektyw i zaleceń. Tyle, skrótowo rzecz ujmując, mają do zaproponowania społeczeństwu. Wszelkie antagonizmy, sprzeczne interesy, nierówności i braki roztopią się w europejskiej magmie, jeżeli zaś owa euro-modernizacja napotyka na jakieś przeszkody, to tylko z powodu kulturowego „zacofania” Polaków. Z oczywistych względów nie są w stanie dokonać krytycznej analizy dorobku III RP, gdyż sami ów dorobek w znacznej mierze współtworzyli.


Ach, zapomniałbym - na wszelkie udokumentowane diagnozy, pokazujące że zbudowany przez nich twór jest sypiącą się ruiną trzymającą się kupy chyba tylko z przyzwyczajenia, potrafią jedynie zatkać uszy i wrzeszczeć o „faszyzmie”.


Dlatego Kongres należało za wszelką cenę zamilczeć, bądź wyśmiać – każda próba merytorycznej polemiki skazana byłaby na porażkę i „saloniarze” doskonale o tym wiedzą. Bo – uchowaj Brukselo – miejscowa gawiedź mogłaby się przekonać, że po „tamtej stronie” nie stoi banda oszalałych „moherów” i „faszystów”, tylko kompetentni, propaństwowo nastawieni naukowcy i intelektualiści formułujący koherentną i realistyczną wizję sanacji Polski, zupełnie odmienną od urządzonego nam przez luminarzy IIIRP priwislańskiego grajdołka.


***


Na zakończenie dwie dobre wiadomości. Pierwsza – obecne „łże-elity” ustąpią pola, zmusi ich do tego „coraz bardziej otaczająca rzeczywistość”, to tylko kwestia czasu. Oni sami to zresztą przeczuwają i stąd te potępieńcze wrzaski. Druga – kongresy Instytutu Sobieskiego będą odbywać się co roku – z pożytkiem dla Rzeczypospolitej i nas wszystkich, jak sądzę.


Gadający Grzyb

niedziela, 17 kwietnia 2011

Anatomia propagandy strachu


Absolutyzacja III RP w omawianej tu propagandzie ma jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.



I. Trauma „bogów demokracji”.


Uprzejmie donoszę Czytelnikom, że Waldemar Kuczyński przez wiele dni nie mógł otrząsnąć się z traumy, jaką była dla niego demonstracja na Krakowskim Przedmieściu w I Rocznicę Katastrofy Smoleńskiej. Jeszcze w piątek 15.04 wciąż pogrążony był w głębokim szoku, czemu dał wyraz na łamach „Wyborczej”, tym razem w tekście „Ruch groźnej nadziei”. W zasadzie napisał to samo co zwykle, tylko jakby z nieco większym obłędem pióra, zupełnie jakby relacjonował na żywo narodziny hitleryzmu i ostatnie dni Republiki Weimarskiej. Bełkoce więc o „wodzu” otoczonym „kultem”, „partii bliskiej totalizmowi” i nade wszystko – o „ruchu groźnej nadziei, który wierzy, że jutro należy do niego”. Odnoszę wrażenie, że pan W.K. po kilka razy dziennie ogląda musical „Kabaret” Boba Fosse’a ze szczególnym uwzględnieniem słynnej sceny z piwiarni pod chmurką, co w sposób znaczący zaburza jego percepcję i ogląd rzeczywistości.


A może wcale nie. Może doskonale wie, że plecie duby smalone i pisze to co pisze z pełną premedytacją. Jego głos bowiem doskonale wplata się w zmasowaną propagandę strachu, którą wiodące ośrodki opinii usiłują (ze sporym powodzeniem) obezwładnić społeczeństwo. No cóż... Nasi „bogowie demokracji” na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat opracowali ten dyskurs do perfekcji. Kuczyński to tylko jeden z głosów, wcale nie najważniejszy, choć bez wątpienia najbardziej histeryczny.


Diagnoza? Nie będę odkrywczy: „beneficjentom III RP” zaczyna palić się pod tyłkami, czują już swąd i pierwsze liźnięcia płomieni, stąd te desperackie ruchy i potępieńczy jazgot, jaki podnoszą od rana do wieczora we wszystkich „zaprzyjaźnionych” mediodajniach.


II. Absolutyzacja III RP.


Póki co jednak, zanim różne indywidua ustąpią ze swych Parnasów by użyźnić śmietnik historii, pozwolę sobie na analizę, będącą demontażem uprawianej do znudzenia propagandy strachu. Konkretnie - jej fundamentalnego składnika - swoistego paradygmatu i kłamstwa założycielskiego, które pozwala różnym Kuczyńskim snuć swe paranoidalne słowotoki przy zachowaniu pozorów logiki wywodu.


Owym kłamstwem jest utożsamienie postokrągłostołowego porządku III RP z demokracją, jako taką. Spośród wielu mieszczących się w demokratycznych ramach form polityczno – ustrojowych, postanowiono podnieść do rangi absolutu kartoflany, patologiczny twór zwany Trzecią RP. Ta absolutyzacja III RP ma w omawianej tu propagandzie jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.


Przy okazji – osobiście uważam, że tzw. liderzy opinii promują to beszczelne intelektualne nadużycie (w oczywisty sposób fałszywe) najzupełniej świadomie, bowiem umożliwia im to budowanie pożądanej narracji.


Wedle tejże „narracji”, skoro III RP jest (mimo pewnych, drugorzędnych niedoskonałości) jedyną możliwą demokratyczną formą ustrojową przeznaczoną dla współczesnej Polski, to IV RP, siłą rzeczy, musi być tworem neo-totalitarnym, antydemokratycznym i potencjalnie – zbrodniczym. Idąc tym tropem, wszelkie ukazywanie fasadowości państwa (i jego formalnych procedur) staje się herezją, automatycznie wykluczającą jej głosicieli z grona praworządnych obywateli i stawiającą „heretyków” w gronie niebezpiecznych ekstremistów i wywrotowców.


III. Wyzwanie Czwartej RP.


Tymczasem, IV RP (w moim, prywatnym, rozumieniu tego pojęcia) jest niczym innym, jak pakietem dogłębnych reform, mającym na celu wykorzenienie systemowych patologii wmontowanych programowo w niby-państwowy twór uzgodniony w magdalenkopodobnych okolicach.


Ale, oczywiście, IV RP nie jest li tylko projektem „technicznym”. Bywam nieco sceptyczny wobec narodowego mistycyzmu, wynoszącego na piedestał „ducha” przy jednoczesnej skłonności do ignorowania realiów, nie da się jednak nie zauważyć, iż kondycja państwa ma bezpośrednie przełożenie na to, czy Polakom „chce się chcieć”.


Czy warto się starać, czy raczej olewać; czy angażować się, czy też kultywować postawę „moja chata z kraja”; czy zostać w ojczyźnie, czy wyjechać za chlebem; czy mamy poczucie, że państwo działa w naszym imieniu i dla nas, czy też jest opresyjnym aparatem służącym diabeł jeden wie komu – słowem - czy Polacy czują się we własnym kraju u siebie. Wreszcie, czy mamy poczucie bycia wolnym i dumnym narodem o wielkim historycznym dorobku, czy też dajemy się zgnębić sączącej się zewsząd „pedagogice wstydu”.


Takim wyzwaniem, hasłowo rzecz ujmując, jest Czwarta Rzeczpospolita. I „beneficjenci III RP” doskonale o tym wiedzą. Tyle, że równocześnie zdają sobie sprawę, iż realizacja tego projektu nieuchronnie zniszczy rozliczne nisze ekologiczne w których znaleźli swe żerowiska.


Bo IV RP to podmiotowość Polski i Polaków. Tak w sferze wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. Tak w gospodarce, jak w sferze kultury. Na wszystkich polach. Wyczekiwana „Czwarta” to również stan ducha każdego z obywateli.


IV. No i co mają zrobić?


No i co mają z tym zrobić postesbeckie układy władzowo-biznesowe? (Wspomnijmy fetę, jaką urządził Leszkowi Millerowi „polski” Business Center Club). Co ma z tym zrobić rozdęty do granic absurdu aparat urzędniczy, tudzież sprzęgnięta z nim polityczna „klasa próżniacza” (a właściwie - kasta próżniacza), obwarowana rozlicznymi gwarancjami zabezpieczającymi ekskluzywny status? Co mają z projektem IVRP zrobić przeróżne branżowe sitwy dbające, by każdy „nie swój” rozbił sobie łeb o szklany sufit? Co mają czynić funkcjonariusze służb tak byłych jak obecnych, jawnych tajnych i dwupłciowych, ich współpracownicy, dziwki i alfonsi? (Przypomnę tu osławionego Zbigniewa S. ps. „Niemiec” z czasów zajść pod Krzyżem). Co wreszcie ma zrobić agentura różnych poważnych krajów, w interesie których leży, by zachować „w Polsce czyli nigdzie” status quo? Koniec końców – co z IVRP ma począć tzw. „Salon” funkcjonujący – patrząc z punktu widzenia państwa – jako swoista „nadbudowa” wymienionych powyżej grup, której zadaniem jest utrzymywanie tubylczego „bydła” w stanie permanentnego, mentalnego bezwładu?


Wiedzą, co mają zrobić.


Po pierwsze: utożsamić w społecznym odbiorze tę poplątaną „szarą sieć” z demokracją.


Po drugie: ośmieszyć pogardliwym rechotem „heretyków” występujących przeciw ustrojowi III RP. (Słynne „podrywanie godnościowych podstaw prezydentury Lecha Kaczyńskiego” przełożyło się bowiem również na „moherów”, przy czym „moherem”, tudzież „pisuarem” jest każdy, kto podważa „demokratyczne” imponderabilia).


Po trzecie: wytworzyć wrażenie, jakoby ta ciemna tłuszcza miała być śmiertelnym zagrożeniem dla swobód obywatelskich, zaś politycy którzy wyrażają jej emocje – pogrobowcami Hitlera (wildsteinowskie „reductio ad Hitlerum” - tu w nieco innym kontekście).


Tak ma być – raz żałośni, innym razem groźni – w zależności od aktualnych potrzeb samozwańczych dysponentów publicznego dyskursu.


V. W okopach legalizmu.


No i wreszcie zostaje ostatnia linia obrony – tyleż tępy, co obłudny legalizm. Tu są, prawda, wicie-rozumicie, legalnie wybrane władze, zatem każdy kto występuje przeciw nim, jest elementem antypaństwowym. A z takim elementem nie ma co się cackać, gdyż ręka podniesiona na władzę winna zostać odcięta. Poza tym, raz zdobytej władzy... znacie?


Pewnie, tyle że ludzie lubią melodie, które już znają. I poddają się w swej masie sączonej im do ucha truciznie. Nie należę do hurraoptymistów. Nie oszukuję się i wiem, że społeczna większość wciąż jest nafaszerowana „legalistyczną” propagandą strachu aż po gardło.


VI. Lęki Mordoru.


Ale z drugiej strony – widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i Placu Zamkowym (niezależnie od żałosnych kłamstw w sprawie liczebności) musiał wywołać wśród „beneficjentów III RP” psychiczne wrzenie, czemu dał upust przywołany na początku tekstu Waldemar Kuczyński. Co więcej – ci, którzy przybyli, nie działali pod wpływem rzewnego impulsu, jak przed rokiem. Przybycie tego dnia pod Pałac, mimo hektolitrów pomyj i trwającej rok dezinformacyjnej operacji, było świadomym wyborem. Również politycznym.


Mordor to wie. Jego uwadze nie uszedł także zwielokrotniony na przestrzeni roku nakład „Gazety Polskiej”, sukces wydawniczy „Uważam Rze”, wzrost słuchalności Radia Maryja, triumf drugiego obiegu „okołosmoleńskich” filmów i - last but not least – rosnąca rola internetu i prawicowej blogosfery.


Wystarczy, by się bać. Wystarczy, by uświadomić sobie odwracającą się kartę historii. Stąd ta nieprzytomna miotanina sfrustrowanych szympansów we własnoręcznie zbudowanych złotych klatkach. Stąd te odchody ciskane na oślep w stopniowo rosnące, przepływające obok rzesze - „idioci”, „bydło”, „swołocz”, „wyjce”, „ludzie z ogrodu zoologicznego”...


***


Wiedzą, co mogą stracić. Dlatego obecny, skorumpowany do cna porządek, będą zwali demokracją. Będą straszyli „wichrzycielami”. Będą przerzucać swoje lęki na Naród, które to słowo, zwłaszcza pisane z wielkiej litery, tak przeraża pana Kuczyńskiego. Będą zatrudniali „smocze języki” na kolejnych odcinkach propagandy strachu.


Aż do końca.


Ich albo naszego.


Gadający Grzyb


Ilustracja autorstwa AdamaDee