Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IV RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IV RP. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 stycznia 2012

IV RP o muerte! (część 2, ostatnia)


Dziś zajmiemy się zagadnieniem, dlaczego przyszła Polska MUSI przyjąć formułę IV RP i państwowotwórczą rolą Drugiego Obiegu 2.0.


Wprowadzenie

W poprzedniej części (http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1) opowiedzieliśmy sobie o suwerenności i podmiotowości w życiu państwa oraz narodu, a także o zależnościach między nimi w kontekście racji stanu. Scharakteryzowaliśmy również postawę narodowo-państwowej abnegacji cechującą znaczną część współczesnych Polaków, następnie zaś przeszliśmy do wyjaśnienia kwestii po co nam silna, praworządna, podmiotowa i suwerenna Polska oraz naród rozumiejący „obowiązki polskie”.

Dziś natomiast zajmiemy się zagadnieniem, dlaczego przyszła Polska MUSI przyjąć formułę IV RP i państwowotwórczą rolą Drugiego Obiegu 2.0.

IV. IV RP o muerte!

Tytułowy okrzyk „IV RP lub śmierć!” parafrazujący słynne zawołanie kubańskich rewolucjonistów („socialismo o muerte!”), nie jest przejawem taniego efekciarstwa, czy tępego doktrynerstwa. Jest wyrazem pewnej konieczności, mówiącym, że albo nastąpi sanacja Polski wedle założeń z gruntu odmiennych od tych, które przyświecały tworzeniu III RP, albo niedługo Polski nie będzie w ogóle. III RP bowiem, jak wspomniałem w części poprzedniej, została zaprojektowana jako twór słaby, stanowiący dogodne żerowisko dla różnych sitw i grup interesów. Wyczerpującą diagnozę przyniósł w zeszłym roku zorganizowany przez Instytut Sobieskiego kongres „Polska Wielki Projekt”, gdzie paneliści z różnych specjalizacji dokonali miażdżącej krytyki stanu państwa i wskazali środki zaradcze. Nie wikłając się w szczegóły, należy powiedzieć, że obecna Polska jest państwem „zwijającym się” i to na wszelkich płaszczyznach – od abdykacji z podmiotowej polityki zagranicznej, czy rezygnacji z walki o utrzymanie sektorów przemysłu, które inne państwa europejskie jakoś są w stanie obronić, po tak pozornie błahe sprawy, jak likwidacja małych posterunków policji, czy placówek pocztowych.

Współczesna III RP przeżywa stadium potencjalnie śmiertelnego „zmęczenia suwerennością” - elity polityczne, przy poklasku ośrodków opiniotwórczych i bierności społeczeństwa coraz chętniej cedują prerogatywy państwa na zagraniczne i międzynarodowe ośrodki decyzyjne, zostawiając sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność. Takie państwo nie może na dłuższą metę funkcjonować.

Dlatego właśnie IV RP - rozumiana jako państwo będące najwyższym wyrazicielem podmiotowości narodu, kierujące się w swej polityce wewnętrznej i zagranicznej racją stanu, działające na wszystkich obszarach w interesie swych obywateli i pozostające liczącym się graczem na arenie międzynarodowej – tak rozumiana IV RP jest koniecznością, podobnie jak koniecznością dla Francuzów jest silna Francja, a dla Niemców – silne Niemcy. Bo projekt „IV RP” tak naprawdę nie jest niczym nadzwyczajnym – to jak najbardziej zrozumiałe dla każdego obywatela dysponującego minimum dobrej woli i instynktu samozachowawczego, wołanie o normalne, sprawne państwo.

Tyle, że w kontekście założeń i praktyki funkcjonowania III RP, takie wołanie siłą rzeczy musi jawić się jako „antysystemowe”, zaś grupy podnoszące tego typu postulaty obwoływane są – jak czyni to np. Waldemar Kuczyński - „opozycją antysystemową”. Tymczasem, owa „antysystemowość” w rzeczywistości sprowadza się do odzyskania państwa, „systemowo”rozdrapywanego przez „swoje” i obce sitwy, dla obywateli.

V. Drugi Obieg 2.0

Na dzień dzisiejszy, siłą społeczną która najpełniej wyraża te państwowotwórcze postulaty jest „obóz IV RP”, działający w ramach tzw. „drugiego obiegu”, który ja nazywam „Drugim Obiegiem 2.0” - w odróżnieniu od „drugich obiegów”, które funkcjonowały podczas rozbiorów, okupacji, czy w PRL. O ile w przeszłości musiano prowadzić działalność w warunkach konspiracji, przy braku państwa, lub w państwie niesuwerennym (PRL) i ta konspiracja była wynikiem społecznej samoorganizacji przeciw zaborcy, okupantowi, bądź władzy pozostającej na usługach „Wielkiego Brata”, o tyle obecnie ów „Drugi Obieg 2.0” działając jawnie, jest zarazem efektem celowej marginalizacji całych grup społecznych i „delegalizacji” określonego spektrum poglądów w nominalnie suwerennym i demokratycznym państwie.

Ten swoisty wewnątrzpolski apartheid, zwerbalizowany choćby przez prof. Radosława Markowskiego (cyt. „Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie, instytucjonalnie podzielić”) doprowadził do powstania dwóch obozów: dzierżącego rządy i dominującego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP – czyli tych, którzy czerpią korzyści z obecnego stanu państwa oraz zmanipulowanych przez nich lemingów, oraz zepchniętego do Drugiego Obiegu 2.0 „Obozu IV RP” - czyli dwudziesto-, trzydziesto- procentowej mniejszości, ochrzczonej przez Rymkiewicza mianem „wolnych Polaków”. Ten drugi obóz, jest obozem niezgody na degrengoladę Polski i formułuje postulaty sanacyjne, zaś bezpośrednim katalizatorem zaostrzającym polaryzację była oczywiście katastrofa smoleńska i „katastrofa po-smoleńska”, czyli obnażenie wszechstronnej słabości państwa, a także ciąg posunięć oraz zaniechań rządu i szeroko rozumianych elit III RP w sprawie śledztwa.

Trzeba zauważyć, iż powstanie Drugiego Obiegu 2.0 nie było samoistnym wyborem, lecz skutkiem pogardliwego wypchnięcia przez „mainstream” części społeczeństwa z „oficjalnej” przestrzeni. Krótko mówiąc: Drugi Obieg 2.0 jest odpowiedzią na niedostatek pluralizmu debaty publicznej w III RP. W efekcie, poza oficjalnym obiegiem, zaczął tworzyć się zybertowiczowski „archipelag polskości” - stowarzyszenia, portale internetowe, inicjatywy społeczne, gazety itd. Samorzutnie zaczęły się tworzyć alternatywne kanały wymiany poglądów i informacji integrujące drugoobiegową społeczność (blogosfera!). Przy okazji warto nadmienić, iż to, co może się wydawać słabością – rozproszenie inicjatyw - jest zarazem siłą: brak jednego centrum decyzyjnego uniemożliwia rządowi rozprawienie się ze współczesnym „drugim obiegiem” za pomocą jednego, skoncentrowanego uderzenia. Wielką rolę odgrywa tutaj internet, którego, mimo różnych zakusów, nie udało się władzy obezwładnić.

Drugiemu Obiegowi 2.0 i kontrowersjom wokół niego przyjdzie pewnie niedługo poświęcić osobną notkę, jednak na potrzeby niniejszego tekstu zauważę jeszcze jedno: drugi obieg jest wyrazem podmiotowości znacznej części polskiego narodu. Obiektywnie patrząc, zarówno poprzez kultywowany w nim system wartości, jak i podejmowane działania „organiczne”, służy budowie IV RP, rozumianej jako państwo będące najwyższym wyrazicielem narodowych aspiracji i realizujące polską rację stanu. Budowie nie odgórnej, gdyż takowa może nastąpić tylko w wyniku wygranych wyborów, ale oddolnej, polegającej na codziennym, mozolnym budzeniu świadomości Polaków. To budzenie siłą rzeczy nie może przynieść efektów natychmiastowych, jest procesem rozłożonym w czasie, zatem różnym mędrkom, nie dostrzegającym świata poza wiodącymi mediodajniami, jawi się często jako bezproduktywne „gadanie do przekonanych”. Otóż nie. To „gadanie do przekonanych” promieniuje na zewnątrz. Świadczą o tym różne sygnały – od widowni filmów produkowanych przez „Gazetę Polską” po poczytność portali, również blogerskich, których „klikalność” dalece wykracza poza „oszołomski” margines. Warto również zastanowić się, czy w ostatnim Marszu Niepodległości poszłoby tyle osób, gdyby nie „drugi obieg” właśnie.

Innymi słowy, społeczności zgrupowane wokół różnych pozamainstreamowych inicjatyw są jedyną realną siłą państwowotwórczą, jaką obecnie ma do dyspozycji Polska. Warto, by świat zawodowej polityki, na czele z największą partią opozycyjną, był łaskaw o tym pamiętać. Jeśli ktoś jednak taką państwowotwórczą siłę widzi gdzie indziej, proszę mi ją pokazać. Chętnie się przypatrzę.

Gadający Grzyb

P.S. Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/nowa-podmiotowosc-lewiatana

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

środa, 2 listopada 2011

Droga donikąd

Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy. Chyba, że...


I. Wielofrakcyjność – warunkiem partii masowej

Kiedy piszę te słowa nie wiem jeszcze, czy Komitet Polityczny PiS „zawiesi członkostwo” Ziobrze i jego stronnikom, czy też będzie grał na zwłokę. Tak czy inaczej, obserwujemy koniec obecności Ziobry w tej partii, co potwierdza nurtującą PiS chorobę. Bo że nie dzieje się dobrze widzi każde dziecko i żadne pokrzykiwanie o jedności i „zdradzie” ziobrystów tego nie zmieni. Jeśli partia nie jest w stanie utrzymać w swoich szeregach takich ludzi jak Zbigniew Ziobro, to kogo jest w stanie utrzymać poza grupą kombatantów coraz bardziej rozsmakowanych w swej wieczystej opozycyjności i stadem BMW?

I proszę mi nie mówić o rozbuchanych ambicjach Ziobry. Ambicje są wpisane w politykę. Polityk bez ambicji powinien czym prędzej zmienić zawód – z korzyścią dla siebie i dla nas. Natomiast sprawnie działająca partia powinna być w stanie te ambicje zagospodarować. Tak do pewnego momentu funkcjonowało Prawo i Sprawiedliwość – od Marka Jurka po obecne PJoNki.

Wielofrakcyjność jest warunkiem istnienia partii masowej, czyli ugrupowania zdolnego do wygrania wyborów i przejęcia władzy. Dzieje się tak dlatego, że każde ze skrzydeł zagospodarowuje nieco inny segment elektoratu, co sprawia, że więcej wyborców może się z partią utożsamić. Poza tym, pozostawanie w jednej strukturze tworzy pewną wartość dodaną – ludzie premiują bowiem jedność.

I tu dochodzimy do kluczowej roli przywódcy takiego ugrupowania.

Prezes powinien być wodzem-arbitrem między frakcjami, dbającym o zachowanie równowagi wpływów, a nie przywódcą jednej z nich, bo to droga do rozmaitych frond i rozłamów, gdyż ci będący poza „frakcją prezesa” będą się czuli wiecznie zagrożeni i marginalizowani. Tymczasem Kaczyński popełnił błąd odsuwając Ziobrę i starając się „ujednofrakcyjnić” PiS na siłę w myśl zasady – jest tylko jedno skrzydło, prezesowskie i każdy kto poza nim, ten wyrzutek i zdrajca. To prosta droga do pozbycia się z partii wartościowych ludzi, którzy wprawdzie poza partią znaczą niewiele (przykład PJN się kłania), ale pozostając w partii mogli zrobić wiele dobrego (mnie osobiście „spinek” i „kluzikotów” nie żal, ale już np. Pawła Kowala - tak).

II. Rozłam – nie!

Drogą do zwycięstwa nie jest również „kontrolowany rozłam”. Hipotetyczna partia Ziobry nikogo nowego nie zaktywizuje. Odbierze PiS-owi parę procent, które pójdą na zmarnowanie, bo „rozłamowcy” nie przekroczą progu wyborczego, tak jak nie przekroczyło PJN.

I tu mam żal do Ziobry. Jego tournee po mediach mogło mieć tylko jeden skutek – właśnie taki, jaki obecnie obserwujemy. Najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z lekcji PJN i uwierzył, że jego osobista popularność w obozie wyborców PiS może stać się odskocznią do samodzielnej działalności. Błąd. Wyborcy cenią Ziobrę jako część składową PiS-u, poza PiS-em facet zmarnuje się i rozmieni na drobne swój potencjał. Liczy na media? Przecież mediodajnie nie będą pompowały koalicjanta dla Kaczyńskiego! Podpromują trochę, owszem, jak niegdyś PJN czy Dorna, ale gdy przyjdzie do poważnych spraw, do wyborów – zapomnijmy, będą lansować Palikota, lub kogoś w tym stylu, by zagospodarował i skanalizował w kontrolowany sposób spodziewane niezadowolenie społeczne.

Inna sprawa, że i tak nie najlepsza ręka Kaczyńskiego do ludzi zdaje się z czasem jeszcze pogarszać. Kto jest w stanie wymienić wartościowych współpracowników, indywidualności zdolne przyciągać wyborców, pozostające w bezpośrednim otoczeniu prezesa? Powtórzę, bo chciałbym, żeby czytelnikowi się utrwaliło: zamiast budować masowe ugrupowanie z różnymi skrzydłami, frakcjami, dla których byłby wodzem-moderatorem dbającym o równowagę wpływów, Jarosław Kaczyński postanowił sam stanąć na czele własnej frakcji i wysiudać pozostałe. Stąd frustracja Ziobry, a przed nim – wielu innych.

W chwili obecnej PiS staje się ugrupowaniem zasiedziałych działaczy, którzy owszem, mogą tworzyć różne koterie i systemy partyjnych „podwieszeń”, ale to wszystko dzieje się w coraz bardziej zaskorupiałym środowisku, bez dopływu świeżej krwi, co nie pozwala nabrać partii drugiego oddechu. Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy.

III. Aktywizacja – tak!

Dlatego tak istotne staje się obudowywanie PiS-u rozmaitymi ruchami społecznymi, co postulowałem zarówno przed wyborami, jak i po nich, pisząc o zjednoczonym obozie IV RP. Na tym Ziobro mógł wiele ugrać, ale przez swą niecierpliwość szansę chyba zmarnował. Powinien był zacisnąć zęby, zakasać rękawy i rozpocząć orkę w terenie. Coś w tym stylu robił podczas kampanii, promując swoich kandydatów, tylko że czas na budowanie własnej pozycji jest między wyborami, sama kampania zaś powinna być momentem, gdy ta wcześniejsza praca zaprocentuje.

W obecnej sytuacji najlepsze co mógł zrobić Ziobro ze swoimi „szablami”, to znieść partyjne połajanki i następnie wyjść do środowisk sympatyzujących z PiS-em: jeździć po Polsce i promować lokalne, oddolne ruchy obywatelskie, pomagać w zakładaniu stowarzyszeń, animować miejscowe inicjatywy – słowem, robić wszystko to, czego nie robią lokalne struktury PiS-u, od których społecznicy często odbijają się jak od ściany. Właśnie teraz jest na to pora – do kolejnych wyborów mógłby się stać naturalnym przywódcą dla wzmocnionych w ten sposób struktur tych wszystkich „Solidarnych 2010”, „Klubów Gazety Polskiej” i pozostałych inicjatyw, których listę można znaleźć choćby wśród sygnatariuszy przedwyborczej deklaracji podpisanej na konwencji Prawa i Sprawiedliwości.

Jeśliby dobrze się sprawił (myślę tu też o stronnikach Ziobry, których jednak jakichś tam w partii ma), to za jakiś czas stałby się liderem wielonurtowego ruchu społecznego. Przed kolejnymi wyborami „aparat” i Jarosław Kaczyński zwyczajnie nie mogliby tych społecznych rekrutów zlekceważyć i chcąc nie chcąc, musieliby posunąć się na listach (a jak to „zawodowych działaczy” boli można było się przekonać ostatnio), wpuszczając ożywczy powiew – przyprowadzonych przez Ziobrę najlepszych ludzi spoza „aparatu”. Świeże wojsko nie do pogardzenia, zwłaszcza w tych okręgach, gdzie PiS dotychczas przegrywał.

Ale tego wszystkiego Zbigniew Ziobro mógł dokonać jedynie pozostając w PiS-ie. Jako samotny biały żagiel nie ma szans, nawet jeśli teraz będzie się napinał „jednocząc” pozapisowski polityczny plankton. To zresztą już widać, bo póki co szamocze się między Jurkiem, ojcem Rydzykiem, a... PJN.

IV. Zjednoczony Obóz IV RP czy droga donikąd?

Będę to powtarzał do znudzenia (jak choćby w tekstach: „Zjednoczony obóz IVRP” i „Zjednoczony obóz IVRP - cz.II”), ale dla PiS jedyną szansą na wygraną jest pójście do kolejnych wyborów w możliwie szerokiej koalicji z organizacjami społecznymi. Tylko taki Zjednoczony Obóz IV RP, składający się prócz partii z różnych „struktur sieciowych” jest w stanie osiągnąć wygraną gwarantującą samodzielne rządy (a i to pod warunkiem sprzyjających wiatrów).

Póki co jednak obserwujemy kierunek odwrotny – zasklepianie się partii i selekcję negatywną potęgowaną przez „obróbkę skrawaniem”-marginalizowanie i wypychanie poza partię takich ludzi jak „ziobryści”. Do tego dochodzi - w najlepszym razie - instrumentalne traktowanie niezależnych inicjatyw (a często, zwłaszcza w terenie, wręcz traktowanie różnych społecznych zapaleńców jako konkurencji zakłócającej wygodne status quo).

Takie podejście to droga donikąd. No chyba, że prawdą jest, iż pisowscy weterani usadowili się wygodnie w opozycji i nie pali się im do rządzenia, prezesa zaś utwierdzają w przekonaniu, że przyszła zmiana społecznych nastrojów sama z siebie wyniesie PiS do władzy. Jeśli tak jest i jeśli, co gorsza, Kaczyński w to wierzy, to kolejne „Budapeszty” będą zgarniać nam sprzed nosa różne „konstrukty służb” wykreowane do zagospodarowywania i kanalizowania społecznych frustracji.

Gadający Grzyb

niedziela, 28 sierpnia 2011

Zjednoczony obóz IV RP


Zawarte w Sali Kongresowej małżeństwo nie musi być usłane różami. Wystarczy, że obie strony wykażą wobec siebie minimum lojalności.



I. Partia z Narodem ;)


W swoich notkach z reguły epatuję czarnowidztwem (co z tego, że uzasadnionym), więc tym razem z niekłamaną przyjemnością napiszę o wydarzeniu pozytywnym. Mam na myśli porozumienie o ścisłej współpracy podpisane przez PiS z dwudziestoma organizacjami politycznymi i społecznymi za sprawą którego wielu przedstawicieli tychże organizacji znalazło się na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. Porozumienie to, zawarte 20 sierpnia, w godnej oprawie, na konwencji PiS inaugurującej kampanię, jest oznaką politycznej dojrzałości i odpowiedzialności zainteresowanych stron i daje podstawy do wiary w lepsze jutro dla szeroko rozumianych środowisk niepodległościowych.


„Stronie społecznej” należy się pochwała za to, że nie uległa mirażom „trzeciej drogi”, która jakoby miała zagospodarowywać „niezdecydowany” elektorat - by „wesprzeć” PiS, rzecz jasna ;). Znamy tę narrację z innych łamów, nie będę się więc tutaj rozwodził nad tym, co oczywiste – żadna „trzecia siła” nie ma szans na wejście do parlamentu, a obowiązujący system liczenia głosów sprawi jedynie, że głosy oddane na taki twór zostałyby rozdzielone proporcjonalnie między te ugrupowania, które przekroczyłyby pięcioprocentową „gilotynę”. Czyli, niezależnie od intencji – obiektywny efekt oznaczałby osłabienie jedynej liczącej się siły opozycyjnej.


„Stronę partyjną” należy z kolei pochwalić za uniknięcie pokusy zamknięcia się w matrixie gabinetowych rozgrywek, w których łatwo można utracić kontakt z rzeczywistością i społecznym zapleczem. Taka alienacja nieuchronnie poskutkowałaby wyborczą klapą. Całe szczęście, Prawo i Sprawiedliwość doceniło obywatelską mobilizację, jaka nastąpiła na prawej stronie opinii publicznej po 10.04.2010.


II. PiS a „ruch niezgody”.


Katastrofa Smoleńska i „katastrofa posmoleńska”, której jednym z przejawów jest skandaliczne prowadzenie śledztwa i wielowymiarowa zapaść struktur państwa wyzwoliła, paradoksalnie, wielki ludzki potencjał – „ruch niezgody” na kompromitujące zachowanie polskich władz, na staczanie się Polski do roli kondominium, na postępującą degrengoladę życia publicznego. Namacalnym efektem owego „ruchu niezgody” stała się społeczna samoorganizacja – zaczęły powstawać stowarzyszenia wyrażające w zinstytucjonalizowanej formie emocje i postulaty tych, dla których 10 Kwietnia stał się chwilą moralnego wstrząsu. Wiele spośród zaktywizowanych w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy środowisk (np. Solidarni 2010, Ruch Społeczny im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego) znalazło się wśród sygnatariuszy porozumienia.


W swym tekście sprzed paru miesięcy „Dlaczego zagłosuję na PiS”, nawiązując do znanego hasła Chłodnego Żółwia, że politycy są jak krowy i bez naszej troskliwej opieki zawsze wejdą w szkodę, zgłosiłem postulat „otorbienia” Prawa i Sprawiedliwości rozmaitymi oddolnymi ruchami obywatelskimi. Miło zobaczyć, że myśli wielu osób poszły podobnym torem :) Owo „otorbienie” - ważna rzecz – musi funkcjonować na zasadzie autonomii: organizacje społeczne winny wystrzegać się zwasalizowania i wchłonięcia przez partyjny aparat, który – jak to aparat - pewnie z chęcią wykorzystałby instrumentalnie poparcie udzielone mu na fali obywatelskiego wzmożenia, by po wyborach odesłać uciążliwy balast „społeczny” do kąta. Że PiS ma takie ciągoty, może choćby świadczyć chwiejne stanowisko w sprawie aborcji i brzydka zabawa działaczami „pro life”, czego wyrazem stało się odesłanie na „niebiorące” trzecie miejsce na liście wyborczej posła Jana Dziedziczaka – przewodniczącego parlamentarnego zespołu na rzecz ochrony życia.


Dlatego należy wysyłać czytelne sygnały, że poparcie nie jest udzielone bezwarunkowo, a złożone obietnice będą egzekwowane. Trzeba jasno powiedzieć, że w przypadku sprzeniewierzenia się wyborczym zobowiązaniom, PiS może następnym razem poparcia nie uzyskać. Tylko w ten sposób można sprawić, że „aparat” będzie się liczył z głosem wyborców, realnie wpływać na kurs partii i korygować w jakimś stopniu jej polityczno-ideową linię.


III. Trudne małżeństwo.


PiS, przynajmniej póki co, zdaje się dostrzegać, że przebudzony po 10.04 „ruch niezgody” to ludzie myślący, wymagający i w razie czego potrafiący rozliczyć polityków nawet ze „swojego” obozu, a nie karne wojsko wrzucające karty do urn na rozkaz. Władze partii z Jarosławem Kaczyńskim na czele, z większym bądź mniejszym entuzjazmem gotowe są brać ten fakt pod uwagę i jak na razie wydają się liczyć z politycznym potencjałem oddolnej, obywatelskiej aktywizacji. Największym błędem ze strony Jarosława Kaczyńskiego i jego „dworu” byłoby natomiast zlekceważenie popierających ich dziś środowisk po wyborach, na zasadzie „murzyn zrobił swoje... a poza tym murzyn i tak nie ma innej opcji niż znów nas wesprzeć i na nas zagłosować”. Efektem takiej arogancji (do której PiS-owski aparat również wykazuje skłonność) byłoby roztrwonienie jedynego realnego potencjału, jaki obecnie PiS ma do swej dyspozycji.


Zawarte w Sali Kongresowej małżeństwo z pewnością nie będzie usłane różami. Nie musi. Wystarczy, że wszystkie strony mimo nieuchronnych tarć i dąsów wykażą wobec siebie minimum lojalności, przy czym ciężar utrzymania związku spoczywa przede wszystkim na Prawie i Sprawiedliwości, jako silniejszym partnerze w tym mariażu. Powtórzę – lekceważenie, traktowanie per noga, arogancja „zawodowych działaczy”, niedotrzymanie zobowiązań – to wszystko byłoby błędem nie do wybaczenia. Osobną kwestią jest impregnacja na działalność dezintegracyjną, którą niewątpliwie podejmą służby „tajne, widne i dwupłciowe”, zawsze uaktywniające się gdy wyczują zagrożenie dla swych interesów.


To tyle przestróg. Mimo wszystko nie tracę jednak optymizmu i nadziei na powstanie po prawej stronie nowej jakości – ugrupowania politycznego pozostającego w obopólnej, korzystnej dla Polski symbiozie z możliwie szerokim i zorganizowanym zapleczem społecznym.


Gadający Grzyb


PS. Lista sygnatariuszy porozumienia (http://wybierzpis.org.pl/aktualnosci/a,12,konwencja-pis-wspolnie-dla-polski.html):


Maciej Łopiński (Ruch Społeczny im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego), prof. Jan Tadeusz Duda (Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego w Krakowie), prof. Stanisław Mikołajczak (Klub Akademicki w Poznaniu, Warsztaty Idei Obywateli Rzeczypospolitej), Wojciech Boberski (Stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza), Jerzy Milewski (Klub Dobrego Państwa), Barbara Nowak (Towarzystwo Nauczycieli Szkół Polskich), Prof. Włodzimierz Bernacki (Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem), Ewa Stankiewicz (Solidarni 2010), Profesor Zdzisław Krasnodębski (Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej), Magdalena Merta (Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010), Marek Dyżewski (Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego), Jerzy Chrościkowski (Solidarność Rolników Indywidualnych), Stanisław Gogacz (Ruch Odbudowy Polski), Marek Zagórski (Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe), Piotr Gaglik (Klub „Spotkanie i Dialog”), Łukasz Schreiber (Klub Prawicy Bydgoskiej), Andrzej Melak (Komitet Katyński), Zdzisław Podkański (PSL Piast), Edward Gałązka (Stowarzyszenie Społeczne Grudzień 70 Styczeń 71), Kazimierz Drzazga (Stowarzyszenie Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym w Szczecinie).

środa, 11 maja 2011

O naprawie Rzeczypospolitej


Blogerskie refleksje wokół Kongresu „Polska Wielki Projekt”.



I. Medialne otumanienie.


Tyle łez wylewano w mediodajniach nad mizerią intelektualnego zaplecza naszych bytów politycznych. Że to, panie kochany, nic się nie dzieje, brak systemowych koncepcji, partie wydają pieniądze podatnika na durne spoty i billboardy... A tu proszę, Instytut Sobieskiego zorganizował w zeszłym tygodniu wielki pięciodniowy kongres „Polska Wielki Projekt” (04 – 08.05.2011) podczas którego naszkicowano kompleksową diagnozę obecnego stanu państwa i podano rozwiązania mające służyć, że tak zaszyję Fryczem-Modrzewskim, „naprawie Rzeczypospolitej”. I co? Ano – nic. Ogarnięcie tematu najwyraźniej przerosło możliwości naszych luminarzy pióra, tudzież mikrofonu. A to jakaś na poły prześmiewcza notka w „Wyborczej”, a to wzmianka w jednej czy drugiej telewizji, gdzie zauważano co najwyżej briefing Jarosława Kaczyńskiego z obowiązkowym wtrętem, że miał miejsce podczas konferencji „prawicowych” czy wręcz „pisowskich” intelektualistów (trzeba było słyszeć jakim tonem wymawiano słowo „intelektualista” mające odnosić się do „pisiorów”)...


Doprawdy, obawiam się, że dziennikarska brać o mało nie skręciła sobie karków od starannego patrzenia przez te kilka dni w inną stronę. Wszyscy bowiem, jak jeden, żyli kolejną wrzutką rządu Tuska – Ostachowicza, czyli wojną z kibolami, która – takie odnoszę wrażenie – miała m.in. właśnie „przykryć” odbywający się Kongres. Co ciekawe, również „Rzeczpospolita” (jeden z medialnych patronów przedsięwzięcia) jakoś nie pokusiła się o szersze relacje z kolejnych paneli. Przeglądam dział „Opinie” i widzę tam tylko jeden programowy tekst prof. Krasnodębskiego (tekst piszę 10.05). Wszystkich już otumaniło?


II. Stać nas na IV RP.


Ale ja w zasadzie nie o tym chciałem. Otóż, gdy przeglądam na stronach Instytutu Sobieskiego materiały, gdy słucham nagrań wystąpień kolejnych prelegentów (choćby w Niepoprawnym RadiuPL), to widzę po stronie, nazwijmy to hasłowo, „propaństwowo-niepodległościowej” olbrzymi intelektualny potencjał, który do niedawna żył niejako w uśpieniu, lub co najwyżej w „drugim obiegu”, a który obecnie dobija się z coraz większą mocą o prawo głosu i traktowanie jako równorzędnego uczestnika debaty publicznej. Tego siły IIIRP nie będą w stanie na dłuższą metę ignorować.


Kongres pokazał bowiem jedną, podstawową rzecz: obóz IV Rzeczypospolitej stać na kompleksowy program przebudowy państwa, na spójną wizję dotyczącą zarówno najrozmaitszych aspektów polityki wewnętrznej, jak i spraw międzynarodowych, zaś jego podstawowym wyznacznikiem jest upodmiotowienie Polski i Polaków. Spójrzmy zresztą na poszczególne bloki tematyczne Kongresu:


1. Polska – wyzwania strategiczne


2. Infrastruktura. Na czym rozpędzić rozwój Polski?


3. Rządy i sądy w Polsce


4. Polska racja stanu


5. Jakie młodych Polaków chowanie?


6. Nauka i innowacje, czyli jak budować przewagę


7. Media publiczne, prywatne i społeczne


8. Nowoczesność – projekt tradycyjny (o postępie i roli inteligencji w polskiej tradycji intelektualnej)


9. Jak konserwatyści mogą kształtować polskie miasta?


Każdy z tych punktów oczywiście rozbity został na kilka wystąpień, prowadzonych przez liczne grono specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Od siebie dodam, iż całościowy obraz wyłaniający się z poszczególnych wykładów, prelekcji i debat pokazuje daleko posuniętą degrengoladę budowanej i „modernizowanej” od 20 lat Polski. Innymi słowy – fiasko rzekomo bezalternatywnego projektu III RP. Państwo nie działa, albo działa wadliwie we właściwie wszystkich swych obszarach. Owo „państwo na niby” nie realizuje żadnego ze swych zadań – od zapaści samodzielnej polityki zagranicznej, poprzez sypiącą się infrastrukturę po sferę edukacji i sprawy społeczne. Co więcej, Polska ma poważny problem ze swą tożsamością i co za tym idzie – określeniem racji stanu.


Nie jesteśmy jednak w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość, jedyna na dzień dzisiejszy realna siła opozycyjna, zechce sięgnąć w praktyce rządzenia po specjalistów (często bez jednoznacznych partyjnych afiliacji, wbrew temu co plotły media o „pisowskiej” rzekomo imprezie), którzy właśnie zbiorowym wysiłkiem zarysowali „wielki projekt”, to będą wszelkie dane po temu by wyjść z obecnego stanu degenerującego marazmu. A wszak, zasoby intelektualne IV RP nie ograniczają się jedynie do uczestników Kongresu.


III. Intelektualny bezwład „łże-elit”.


Kolejną refleksją, która się nasuwa, jest miałkość, by nie powiedzieć dosadniej, propozycji dla Polski coraz bardziej zgeronciałych „elit” IIIRP - owego „salonu” starającego się trzymać w słabnącej garści życie intelektualne współczesnej Polski. Zadam tu retoryczne pytanie: czy temu środowisku, mówiąc skrótowo – warszawce i krakówkowi - przyszło do głowy, by zorganizować podobną konferencję, mierzącą się bez złudzeń z kondycją naszego państwa i wyzwaniami, które przed nim stoją?


Nie, nie przyszło, gdyż dla tych państwa historia skończyła się na wejściu do Unii Europejskiej, zaś dalszy rozwój i modernizacja mają nastąpić niejako same z siebie wraz z wdrażaniem kolejnych urodzonych w Brukseli dyrektyw i zaleceń. Tyle, skrótowo rzecz ujmując, mają do zaproponowania społeczeństwu. Wszelkie antagonizmy, sprzeczne interesy, nierówności i braki roztopią się w europejskiej magmie, jeżeli zaś owa euro-modernizacja napotyka na jakieś przeszkody, to tylko z powodu kulturowego „zacofania” Polaków. Z oczywistych względów nie są w stanie dokonać krytycznej analizy dorobku III RP, gdyż sami ów dorobek w znacznej mierze współtworzyli.


Ach, zapomniałbym - na wszelkie udokumentowane diagnozy, pokazujące że zbudowany przez nich twór jest sypiącą się ruiną trzymającą się kupy chyba tylko z przyzwyczajenia, potrafią jedynie zatkać uszy i wrzeszczeć o „faszyzmie”.


Dlatego Kongres należało za wszelką cenę zamilczeć, bądź wyśmiać – każda próba merytorycznej polemiki skazana byłaby na porażkę i „saloniarze” doskonale o tym wiedzą. Bo – uchowaj Brukselo – miejscowa gawiedź mogłaby się przekonać, że po „tamtej stronie” nie stoi banda oszalałych „moherów” i „faszystów”, tylko kompetentni, propaństwowo nastawieni naukowcy i intelektualiści formułujący koherentną i realistyczną wizję sanacji Polski, zupełnie odmienną od urządzonego nam przez luminarzy IIIRP priwislańskiego grajdołka.


***


Na zakończenie dwie dobre wiadomości. Pierwsza – obecne „łże-elity” ustąpią pola, zmusi ich do tego „coraz bardziej otaczająca rzeczywistość”, to tylko kwestia czasu. Oni sami to zresztą przeczuwają i stąd te potępieńcze wrzaski. Druga – kongresy Instytutu Sobieskiego będą odbywać się co roku – z pożytkiem dla Rzeczypospolitej i nas wszystkich, jak sądzę.


Gadający Grzyb

niedziela, 17 kwietnia 2011

Anatomia propagandy strachu


Absolutyzacja III RP w omawianej tu propagandzie ma jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.



I. Trauma „bogów demokracji”.


Uprzejmie donoszę Czytelnikom, że Waldemar Kuczyński przez wiele dni nie mógł otrząsnąć się z traumy, jaką była dla niego demonstracja na Krakowskim Przedmieściu w I Rocznicę Katastrofy Smoleńskiej. Jeszcze w piątek 15.04 wciąż pogrążony był w głębokim szoku, czemu dał wyraz na łamach „Wyborczej”, tym razem w tekście „Ruch groźnej nadziei”. W zasadzie napisał to samo co zwykle, tylko jakby z nieco większym obłędem pióra, zupełnie jakby relacjonował na żywo narodziny hitleryzmu i ostatnie dni Republiki Weimarskiej. Bełkoce więc o „wodzu” otoczonym „kultem”, „partii bliskiej totalizmowi” i nade wszystko – o „ruchu groźnej nadziei, który wierzy, że jutro należy do niego”. Odnoszę wrażenie, że pan W.K. po kilka razy dziennie ogląda musical „Kabaret” Boba Fosse’a ze szczególnym uwzględnieniem słynnej sceny z piwiarni pod chmurką, co w sposób znaczący zaburza jego percepcję i ogląd rzeczywistości.


A może wcale nie. Może doskonale wie, że plecie duby smalone i pisze to co pisze z pełną premedytacją. Jego głos bowiem doskonale wplata się w zmasowaną propagandę strachu, którą wiodące ośrodki opinii usiłują (ze sporym powodzeniem) obezwładnić społeczeństwo. No cóż... Nasi „bogowie demokracji” na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat opracowali ten dyskurs do perfekcji. Kuczyński to tylko jeden z głosów, wcale nie najważniejszy, choć bez wątpienia najbardziej histeryczny.


Diagnoza? Nie będę odkrywczy: „beneficjentom III RP” zaczyna palić się pod tyłkami, czują już swąd i pierwsze liźnięcia płomieni, stąd te desperackie ruchy i potępieńczy jazgot, jaki podnoszą od rana do wieczora we wszystkich „zaprzyjaźnionych” mediodajniach.


II. Absolutyzacja III RP.


Póki co jednak, zanim różne indywidua ustąpią ze swych Parnasów by użyźnić śmietnik historii, pozwolę sobie na analizę, będącą demontażem uprawianej do znudzenia propagandy strachu. Konkretnie - jej fundamentalnego składnika - swoistego paradygmatu i kłamstwa założycielskiego, które pozwala różnym Kuczyńskim snuć swe paranoidalne słowotoki przy zachowaniu pozorów logiki wywodu.


Owym kłamstwem jest utożsamienie postokrągłostołowego porządku III RP z demokracją, jako taką. Spośród wielu mieszczących się w demokratycznych ramach form polityczno – ustrojowych, postanowiono podnieść do rangi absolutu kartoflany, patologiczny twór zwany Trzecią RP. Ta absolutyzacja III RP ma w omawianej tu propagandzie jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.


Przy okazji – osobiście uważam, że tzw. liderzy opinii promują to beszczelne intelektualne nadużycie (w oczywisty sposób fałszywe) najzupełniej świadomie, bowiem umożliwia im to budowanie pożądanej narracji.


Wedle tejże „narracji”, skoro III RP jest (mimo pewnych, drugorzędnych niedoskonałości) jedyną możliwą demokratyczną formą ustrojową przeznaczoną dla współczesnej Polski, to IV RP, siłą rzeczy, musi być tworem neo-totalitarnym, antydemokratycznym i potencjalnie – zbrodniczym. Idąc tym tropem, wszelkie ukazywanie fasadowości państwa (i jego formalnych procedur) staje się herezją, automatycznie wykluczającą jej głosicieli z grona praworządnych obywateli i stawiającą „heretyków” w gronie niebezpiecznych ekstremistów i wywrotowców.


III. Wyzwanie Czwartej RP.


Tymczasem, IV RP (w moim, prywatnym, rozumieniu tego pojęcia) jest niczym innym, jak pakietem dogłębnych reform, mającym na celu wykorzenienie systemowych patologii wmontowanych programowo w niby-państwowy twór uzgodniony w magdalenkopodobnych okolicach.


Ale, oczywiście, IV RP nie jest li tylko projektem „technicznym”. Bywam nieco sceptyczny wobec narodowego mistycyzmu, wynoszącego na piedestał „ducha” przy jednoczesnej skłonności do ignorowania realiów, nie da się jednak nie zauważyć, iż kondycja państwa ma bezpośrednie przełożenie na to, czy Polakom „chce się chcieć”.


Czy warto się starać, czy raczej olewać; czy angażować się, czy też kultywować postawę „moja chata z kraja”; czy zostać w ojczyźnie, czy wyjechać za chlebem; czy mamy poczucie, że państwo działa w naszym imieniu i dla nas, czy też jest opresyjnym aparatem służącym diabeł jeden wie komu – słowem - czy Polacy czują się we własnym kraju u siebie. Wreszcie, czy mamy poczucie bycia wolnym i dumnym narodem o wielkim historycznym dorobku, czy też dajemy się zgnębić sączącej się zewsząd „pedagogice wstydu”.


Takim wyzwaniem, hasłowo rzecz ujmując, jest Czwarta Rzeczpospolita. I „beneficjenci III RP” doskonale o tym wiedzą. Tyle, że równocześnie zdają sobie sprawę, iż realizacja tego projektu nieuchronnie zniszczy rozliczne nisze ekologiczne w których znaleźli swe żerowiska.


Bo IV RP to podmiotowość Polski i Polaków. Tak w sferze wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. Tak w gospodarce, jak w sferze kultury. Na wszystkich polach. Wyczekiwana „Czwarta” to również stan ducha każdego z obywateli.


IV. No i co mają zrobić?


No i co mają z tym zrobić postesbeckie układy władzowo-biznesowe? (Wspomnijmy fetę, jaką urządził Leszkowi Millerowi „polski” Business Center Club). Co ma z tym zrobić rozdęty do granic absurdu aparat urzędniczy, tudzież sprzęgnięta z nim polityczna „klasa próżniacza” (a właściwie - kasta próżniacza), obwarowana rozlicznymi gwarancjami zabezpieczającymi ekskluzywny status? Co mają z projektem IVRP zrobić przeróżne branżowe sitwy dbające, by każdy „nie swój” rozbił sobie łeb o szklany sufit? Co mają czynić funkcjonariusze służb tak byłych jak obecnych, jawnych tajnych i dwupłciowych, ich współpracownicy, dziwki i alfonsi? (Przypomnę tu osławionego Zbigniewa S. ps. „Niemiec” z czasów zajść pod Krzyżem). Co wreszcie ma zrobić agentura różnych poważnych krajów, w interesie których leży, by zachować „w Polsce czyli nigdzie” status quo? Koniec końców – co z IVRP ma począć tzw. „Salon” funkcjonujący – patrząc z punktu widzenia państwa – jako swoista „nadbudowa” wymienionych powyżej grup, której zadaniem jest utrzymywanie tubylczego „bydła” w stanie permanentnego, mentalnego bezwładu?


Wiedzą, co mają zrobić.


Po pierwsze: utożsamić w społecznym odbiorze tę poplątaną „szarą sieć” z demokracją.


Po drugie: ośmieszyć pogardliwym rechotem „heretyków” występujących przeciw ustrojowi III RP. (Słynne „podrywanie godnościowych podstaw prezydentury Lecha Kaczyńskiego” przełożyło się bowiem również na „moherów”, przy czym „moherem”, tudzież „pisuarem” jest każdy, kto podważa „demokratyczne” imponderabilia).


Po trzecie: wytworzyć wrażenie, jakoby ta ciemna tłuszcza miała być śmiertelnym zagrożeniem dla swobód obywatelskich, zaś politycy którzy wyrażają jej emocje – pogrobowcami Hitlera (wildsteinowskie „reductio ad Hitlerum” - tu w nieco innym kontekście).


Tak ma być – raz żałośni, innym razem groźni – w zależności od aktualnych potrzeb samozwańczych dysponentów publicznego dyskursu.


V. W okopach legalizmu.


No i wreszcie zostaje ostatnia linia obrony – tyleż tępy, co obłudny legalizm. Tu są, prawda, wicie-rozumicie, legalnie wybrane władze, zatem każdy kto występuje przeciw nim, jest elementem antypaństwowym. A z takim elementem nie ma co się cackać, gdyż ręka podniesiona na władzę winna zostać odcięta. Poza tym, raz zdobytej władzy... znacie?


Pewnie, tyle że ludzie lubią melodie, które już znają. I poddają się w swej masie sączonej im do ucha truciznie. Nie należę do hurraoptymistów. Nie oszukuję się i wiem, że społeczna większość wciąż jest nafaszerowana „legalistyczną” propagandą strachu aż po gardło.


VI. Lęki Mordoru.


Ale z drugiej strony – widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i Placu Zamkowym (niezależnie od żałosnych kłamstw w sprawie liczebności) musiał wywołać wśród „beneficjentów III RP” psychiczne wrzenie, czemu dał upust przywołany na początku tekstu Waldemar Kuczyński. Co więcej – ci, którzy przybyli, nie działali pod wpływem rzewnego impulsu, jak przed rokiem. Przybycie tego dnia pod Pałac, mimo hektolitrów pomyj i trwającej rok dezinformacyjnej operacji, było świadomym wyborem. Również politycznym.


Mordor to wie. Jego uwadze nie uszedł także zwielokrotniony na przestrzeni roku nakład „Gazety Polskiej”, sukces wydawniczy „Uważam Rze”, wzrost słuchalności Radia Maryja, triumf drugiego obiegu „okołosmoleńskich” filmów i - last but not least – rosnąca rola internetu i prawicowej blogosfery.


Wystarczy, by się bać. Wystarczy, by uświadomić sobie odwracającą się kartę historii. Stąd ta nieprzytomna miotanina sfrustrowanych szympansów we własnoręcznie zbudowanych złotych klatkach. Stąd te odchody ciskane na oślep w stopniowo rosnące, przepływające obok rzesze - „idioci”, „bydło”, „swołocz”, „wyjce”, „ludzie z ogrodu zoologicznego”...


***


Wiedzą, co mogą stracić. Dlatego obecny, skorumpowany do cna porządek, będą zwali demokracją. Będą straszyli „wichrzycielami”. Będą przerzucać swoje lęki na Naród, które to słowo, zwłaszcza pisane z wielkiej litery, tak przeraża pana Kuczyńskiego. Będą zatrudniali „smocze języki” na kolejnych odcinkach propagandy strachu.


Aż do końca.


Ich albo naszego.


Gadający Grzyb


Ilustracja autorstwa AdamaDee

poniedziałek, 28 lutego 2011

Spiskologia


Nie psioczmy na spiski - róbmy własne!



I. Między „poprawniakami” a „wtajemniczonymi”.


Z tymi spiskami, panie dzieju, to generalnie śliska sprawa. Na hasło „spisek”, a szczególnie już „spiskowa teoria dziejów” większość odruchowo reaguje mieszaniną drwiny i politowania. Postawie tej towarzyszy rysowanie sobie kółeczek na czole, mające sugerować, że wszelkie spiskowe domniemania są domeną wariatów, oszołomów i generalnie, osób dość ograniczonych umysłowo, które nie potrafią sobie uporządkować i wytłumaczyć świata inaczej niż przez dopatrywanie się wszędzie działalności jakichś ciemnych mocy.


Drugi biegun zajmuje mniejszość, która mocą przyrodzonej, bądź stymulowanej przez pewne lektury wnikliwości uznaje, iż posiadła skrywaną przed pospólstwem PRAWDĘ o tajnych mechanizmach rządzących światem, których otumaniona reszta ludzkiej masy nie chce przyjąć do wiadomości. Przełykają frustrującą gorycz odrzucenia, ale zarazem spoglądają na ciemniaków z pewnym poczuciem wyższości, jakie daje przynależność do grona wtajemniczonych depozytariuszy straszliwej wiedzy.


Nie ukrywam, że między tymi dwoma młyńskimi kamieniami czuję się dość niekomfortowo, bowiem daleko mi zarówno do jednych, jak i do drugich.


II. Poprawniacy.


Jeśli chodzi o grupę nr 1 („poprawniacy”), ich – uprzejmie mówiąc – sceptycyzm (a po prawdzie - ignorancja) jest wynikiem dość intensywnej indoktrynacji każącej zamykać oczy nawet na powszechnie wiadome fakty, albo przynajmniej nazywać je inaczej niż by należało, dzięki czemu można osiągnąć poczucie psychicznego komfortu, łudząc się, że za pomocą nowej etykietki zmieni się zawartość słoika, czyli istotę rzeczy. Tak się bowiem składa, że historia, zwłaszcza historia polityczna, jest w znacznej mierze historią spisków, które niejednokrotnie zmieniały losy państw i bieg dziejów. Nie trzeba do tego pogłębionej wiedzy, wystarczy uważać na lekcjach (to znaczy do niedawna wystarczyło, bo jak to wygląda obecnie, po reformach minister Hall, trudno powiedzieć).


Pierwszy z brzegu przykład to triumwirat. Trzech wpływowych facetów umówiło się, że nic w Imperium Rzymskim nie wydarzy się bez ich wiedzy i zgody – spisek w czystej postaci, zmieniający system polityczny Rzymu w oligarchię, mimo formalnego zachowania wszelkich republikańskich procedur. Przykład nieco bliższy, to Okrągły Stół ze wszystkimi magdalenkowymi przyległościami. Na polecenie kremlowskiego genseka zamordystyczna „waadza” zmieniła kurs na „liberalizm”, dogadując się ze starannie wyselekcjonowanymi przez szefa bezpieki przedstawicielami „konstruktywnej” opozycji. Efektem owej zmowy stała się zadekretowana odgórnie fasadowa łże-demokracja w jakimś pokracznym, kartoflano-postkolonialnym wydaniu z którą do tej pory borykamy się i w której grzęźniemy niczym w kisielu. Wyraźnym sygnałem była reakcja na wybory 4 czerwca 1989 roku, kiedy to ludzie w swej naiwnej niedojrzałości, nie dorastając najwyraźniej do „historycznego kompromisu”, wykosili „czerwonych”. I w tym momencie skończyła się demokracja, tudzież szacunek dla woli ludu, gdyż w Magdalence ustalono co innego i trzeba było na gwałt pichcić drugą turę, by w sejmie kontraktowym mógł zasiąść odpowiedni odsetek „ludzi honoru”.


Wszystko co stało się później było już tylko konsekwencją owego podeptania woli wyborców – chociażby to, że między elitami a ludem wyrósł mur nieufności, zaś państwo i jego instytucje wciąż traktowane są przez znaczną część Polaków jako element systemu opresji pozostający w rękach „onych”, dogadujących się ponad głowami nominalnego suwerena – demosu. Demosu, dodajmy, arbitralnie pozbawionego podmiotowości zanim ją odzyskał. Rany społeczne jeszcze długo pozostaną niezagojone.


Tak przy okazji – ów „spisek założycielski” III RP tłumaczy, dlaczego jego beneficjenci za pomocą posiadanego aparatu propagandowego z „Gazetą Wyborczą” na czele tak intensywnie wbijali do głów tubylców, że żadnych spisków nie było, nie ma i być nie może, a kto ulega spiskowej histerii, ten wariat. Ów zabieg okazał się na tyle skuteczny, że programowa niewiara w jakiekolwiek zakulisowe knowania stała się wręcz jednym z niezbędnych atrybutów współczesnego neo-inteligenta.


III. Wtajemniczeni.


No dobrze, dlaczego jednak, skoro przyjmuję do wiadomości istnienie spisków, jest mi równie daleko do drugiej z omawianych tu grup (nazwa robocza - „wtajemniczeni”)? Ano dlatego, że w mojej ocenie popełniają podstawowy błąd. Otóż globalne procesy zachodzące w świecie przypisują na ogół działalności jednego, ukrytego a wszechpotężnego centrum decyzyjnego. W zależności od tego kogo bardziej nie lubią, za owo „centrum” biorą a to masonerię, a to syjonizm (czasem zresztą przechodzi to płynnie w „żydomasonerię”), to znów polityczno-biznesowo-masońsko-żydowski spisek mający zaprowadzić New World Order („Nowy Porządek Świata”) z Rządem Światowym. Jest jeszcze Opus Dei, czy - w skrajnych przypadkach - nawet „ufonauci” (kosmici władający potajemnie ludzkością). Niegdyś modny był również np. spisek jezuitów.


Tymczasem, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. W zglobalizowanym świecie funkcjonują bowiem globalne grupy interesu, wpływu, lobbies - jak zwał, tak zwał. Takie ogólnoświatowe sitwy motają oczywiście swoje sieci, starając się by, najogólniej rzecz ujmując, sprawy potoczyły się w pożądanym przez nie kierunku. Czasem ze sobą współdziałają a czasem nie. Charakter owych grup jest różny: ideologiczny, biznesowy, nacjonalistyczny (ekspansja gospodarcza Chin!)... Przyznaję, że z pewnego oddalenia faktycznie może to wyglądać, jakby jakiś mistrz marionetek pociągał nad globusem sznurkami, jednak takie podejście więcej zaciemnia niż wyjaśnia, bowiem między najbardziej nawet wpływowym lobby a czymś w rodzaju, dajmy na to, Rządu Światowego, istnieje dość spora różnica.


Weźmy dwie niewątpliwie istniejące grupy interesu jakimi są lewactwo (lobby ideologiczne) i Izrael (lobby nacjonalistyczne). Lewacy nienawidzą Izraela jak zarazy jako sługusa amerykańskiego imperializmu, czego efektem jest chociażby fala żydożerstwa we Francji i sympatia lewicy dla świata arabskiego (stąd modne w tym środowisku „arafatki”), co zresztą nie przeszkadza tejże lewicy w rytualnym oskarżaniu Kościoła Katolickiego o antysemityzm. Z drugiej strony, intelektualne elity żydowskiej diaspory w USA (wpływowej do tego stopnia, że niektórzy uważają, iż to „ogon kręci psem”) sympatyzują z Demokratami i „liberalnymi” (po naszemu – lewicowymi) mediami, które nie zostawiają suchej nitki na republikanach i „faszyście” G.W. Bushu, który rozpętał „żydowskie” ponoć wojny w Iraku i Afganistanie. Inni Żydzi z kolei są wpływowymi postaciami w republikańskim establishmencie. Żeby było jeszcze ciekawiej, globalni spekulanci jak węgierski Żyd George Soros finansują marsz lewackiej, neo-totalitarnej z ducha Antycywilizacji Postępu (A.P. - zob. TU, TU i TU) i jej przeróżne postępackie działania mające przyśpieszyć kres i tak już dogorywającej cywilizacji łacińskiej.


Wychodzi na to, że ci sami lewacy, którzy zmietliby najchętniej Izrael z powierzchni ziemi, współpracują zarazem z Żydami na innych poletkach nie gardząc „żydowskimi” pieniędzmi, które ci sami Żydzi wręczają zaprzysięgłym wrogom izraelskiego państwa. To nie „rząd światowy”, tylko tradycyjny światowy galimatias w którym raz ścierają się, innym razem współpracują różne sitwy, których przedstawiciele na dodatek zasiadają czasem w tych samych lożach masońskich (a i w lożach, jak znam życie, też są różne zwalczające się frakcje). Business as usual, tyle że obecnie na globalną skalę, ot i wszystko.


IV. Spiski a Czwarta Rzeczpospolita.


Kto wie, czy podejście cechujące „wtajemniczonych” w skali mikro (krajowej) nie stało się jedną z przyczyn politycznej porażki rządu Jarosława Kaczyńskiego. Nie siedzę w głowie prezesa PiS, ale wydaje się, iż autentycznie wierzył w istnienie jakiejś „centrali” (np. grupy oligarchów z agenturalnymi powiązaniami), która zza kulis steruje Polską i wystarczy dotrzeć do owego jądra, by radykalnie zmienić sytuację w kraju. Błędna diagnoza. Istnieje bowiem wiele sitw – biznesowych, przestępczych, intelektualnych, urzędniczych, korporacyjnych, agenturalnych itd., których naturalnym interesem jest obrona status quo i nie potrzeba żadnego ober-dyspozytora, by wszystkie kręciły z grubsza w tę samą mańkę. Magdalenko-pochodna III RP u samego zarania stworzyła im przyjazny habitat. Należy przy tym dodać, że nie muszą to być zbiory rozłączne. Przykładowo, można spokojnie wyobrazić sobie wpływowego prawnika, który jest powiązany z podziemiem przestępczym piastując zarazem funkcję profesora uniwersytetu, ale też jednocześnie obsługującego interesy jakiegoś oligarchy, wyznając przy tym poglądy a la „Wyborcza” i doradzając rządowi, mając przy tym w biografii współpracę z SB a obecnie pozostając na służbie obcego wywiadu. Łapiecie?


Każde administracyjne uderzenie w tego typu typu sitwy skazane jest na porażkę. Pajęczyna się ugnie, pękną może niektóre włókienka ale efektem łowów będzie co najwyżej jeden czy drugi skorumpowany urzędnik, agent, szemrany biznesmen... Jedyną skuteczną formą walki z siecią układów jest kompleksowa reforma struktur państwowych tak, by owe układy nie miały się na czym pożywić. Jeżeli np. złapano iluś tam urzędników z Ministerstwa Finansów, którzy za łapówki umarzali podatki, to następnym logicznym krokiem byłaby nowelizacja przepisów likwidująca sferę urzędniczej uznaniowości. I tak na każdym polu, konsekwentnie – aż do szczęśliwego nadejścia IV RP.


V. Nie lada jaki spisek...


W niniejszym tekście starałem się zarysować dwa, błędne moim zdaniem, podejścia do problemu spisków: programową niewiarę charakteryzującą „poprawniaków” oraz równie programową nad-wiarę „wtajemniczonych”, jakoby globalny spisek modelował i organizował całą naszą rzeczywistość. Cóż, potajemne knowania zawsze będą nam towarzyszyły. Jak uchronić się przed ich zbyt daleko idącym wpływem na nasze życie? Ukrócenie systemowych, korupcyjnych zachęt, wbudowanych w funkcjonowanie zarówno państw jak i międzynarodowych instytucji, byłoby niezłym początkiem. Proste i trudne zarazem. Aby to przeforsować trzeba by nie lada jakiego spisku... Naszego spisku.


Gadający Grzyb

sobota, 8 stycznia 2011

Domknięty system (cz. II – Czas rozkładu)


Narodowa pobudka nastąpi - jak zwykle u Polaków – w najmniej spodziewanym momencie.



W części pierwszej skoncentrowałem się na domykaniu systemu w aspektach, nazwijmy to, społeczno-symboliczno-emocjonalnych. Dziś, kontynuując diagnozę, rozważę zarazem perspektywy wyjścia z obecnej sytuacji.


I. Platforma „Rewolucyjno-Instytucjonalna”.


Przede wszystkim jednak wyjaśnię, co rozumiem przez pojęcie „oświeconego (neo)totalitaryzmu”, którym to mianem określam system klarujący się pod rządami Platformy Obywatelskiej. Otóż, jest to system formalnie demokratyczny, ze wszystkimi właściwymi demokracji procedurami, z tym że zawłaszczenie państwa i spacyfikowanie wiodących środków masowego przekazu sprawia, iż owe procedury spełniają rolę coraz bardziej fasadową, zaś rządzący układ polityczny stopniowo stapia się w jedno ze strukturami państwa. W formie skrajnej mieliśmy z tego typu zjawiskiem do czynienia np. w Meksyku pod rządami Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. W dzisiejszej „postpolitycznej” Polsce mamy podobne procesy w wersji light, niemniej uczynienie debaty społecznej fikcją (ujednolicenie medialnego przekazu) i „odpolitycznienie” przez zawłaszczenie wszystkich już chyba publicznych instytucji sprawia, że system staje się nadspodziewanie trwały i to mimo (a może właśnie dzięki) degrengolady i marazmu aparatu państwowego.


II. Trędowate państwo.


Symptomy degeneracji i rozkładu państwa mnożą się na każdym kroku. Współczesna Polska pod rządami „Platformy Rewolucyjno-Instytucjonalnej” nie radzi sobie literalnie z niczym, z czym powinno sobie radzić normalne, nowoczesne państwo: klęski żywiołowe (powódź), infrastruktura (zapaść kolei), modernizacja (odłożenie ad calendas graecas budowy kluczowych odcinków autostrad i tras szybkiego ruchu), finanse (gigantyczny dług publiczny), siły zbrojne (rozkład armii przez nieudolnie przeprowadzone „uzawodowienie”) - gdzie nie spojrzeć, tam trąd i strukturalna niemoc. Jeśli do tego dodać co najmniej podejrzane decyzje lub zaniechania w kwestiach międzynarodowych (rezygnacja z aspirowania do wiodącej roli w regionie) czy strategicznych sprawach energetycznych (pogłębienie uzależnienia surowcowego od Rosji, bierna postawa w kwestii Gazociągu Północnego i świnoujskiego gazoportu, przymiarki do importu energii elektrycznej z Obwodu Kaliningradzkiego, ignorowanie możliwości dywersyfikacyjnych, ambiwalentna postawa odnośnie gazu łupkowego) otrzymamy obraz „państwa na niby”, pozorującego działalność, samoograniczającego swą misję do „ciepłej wody w kranie” i wiecznego „tu i teraz”. Państwo takie jest już właściwie trupem – tyle tylko, że na trupie najwygodniej pożywiać się robakom, czyli dominującej części naszej „klasy politycznej”.


III. Społeczna katatonia.


Ten dryf, oczywiście, nie może trwać wiecznie, ale może trwać długo. Przypadł bowiem na okres „letargu” społecznego opisanego na początku poprzedniej części „Domkniętego systemu”. Polacy zmęczeni dwuleciem prób zaprowadzenia „IV Rzeczypospolitej” zdemonizowanej przez rozpisany na głosy aparat propagandowo-medialny, pozostający w wyłącznym posiadaniu sił „beneficjentów III RP”, pragną na dzień dzisiejszy przede wszystkim świętego spokoju. Mówiąc obrazowo, Tusk mógłby narobić im na głowy (co zresztą, metaforycznie, czyni) a ci uznaliby, że w sumie nic się nie stało, a poza tym, lepiej że obsrywa ich Tusk a nie Kaczyński.


Ów letarg daje się utrzymywać tym łatwiej (za pomocą „pijaru” i dawkowanych w kryzysowych momentach „wrzutek”), że zasygnalizowane problemy są z punktu widzenia przeciętnego obywatela zbyt abstrakcyjne, by mogły rozniecić silniejsze emocje. Wszak gaz wciąż jest w kuchenkach, zaś zadłużenie państwa kosztem przyszłych pokoleń... hm, nawet mając przed oczyma zegar długu większość nie jest w stanie poprawnie przeczytać wyświetlanej na nim liczby, nie mówiąc już o skojarzeniu jej z jakimikolwiek konsekwencjami. A co do kwestii międzynarodowych... cóż, z badań wynika, że Polacy czują się bezpieczni jak nigdy, pogrążeni w ogłupiającym błogostanie a poza tym grunt żeby nas lubiano... To postkolonialne, zakompleksione poczucie niższości znakomicie wykorzystują obecni „włodarze politycznej wyobraźni”, zagospodarowując społeczne zapotrzebowanie na bycie docenianym obrazkami poklepywania się po plecach z europejskimi przywódcami.


IV. Gdy skończą się igrzyska.


No dobrze, system jednak nie będzie trwał w nieskończoność, kiedy zatem można spodziewać się zmiany? W wariancie pierwszym następuje krach finansowy zmiatający ekipę „Platformy Rewolucyjno-Instytucjonalnej”, tego jednak nie pragnę, gdyż nie nazywam się Waldemar Kuczyński, który za rządów PiS ogłosił, że życzy Polsce jak najgorzej, bo to skróci rządy znienawidzonych „Kaczorów”. W wariancie drugim państwo będzie nadal powoli gniło, aż odezwie się ta charakterystyczna właściwość, którą opisałem w „polskich porach roku” – to samo z czym Polacy żyli przez lata nagle zacznie uwierać i przy jednym niepozornym ruchu rządu, jakich było wcześniej wiele, nagle nastąpi obudzenie. Niemniej, PO wygra następne wybory parlamentarne, tak jak poprzednie – prezydenckie i samorządowe – może nie miażdżąco, ale wyraźnie. Pytanie, czy dotrwa do kresu następnej kadencji?


Osobiście, kres rządów PO przewiduję na okres po Euro2012. Państwo do tej pory przegnije na tyle, że zacznie to doskwierać ludziom na różnych poziomach – nie dość, że zabraknie „chleba” to jeszcze skończą się „igrzyska”. Niewykluczona jest również jakaś spektakularna katastrofa organizacyjna podczas przyszłorocznej imprezy – już dziś wiadomo, że poza infrastrukturą sportową nie powstanie niemal nic z obiecywanych na Euro cudowności, możemy co najwyżej oczekiwać liftingu tego co już mamy, a to może zaowocować chociażby paraliżem komunikacyjnym. Polacy – kibice nie darują piłkarzykowi Tuskowi takiej kompromitacji...


V. Czekając na pobudkę.


Oczywiście, niewykluczone, że społeczna katatonia jest głębsza i trzeba będzie czekać dłużej na kres „oświeconego (neo)totalitaryzmu”. Dlatego też na zakończenie chciałbym jeszcze wrócić do dni Żałoby Narodowej po katastrofie smoleńskiej. Może wydawać się, że tamte emocje wypaliły się ze szczętem, że nic po tłumach zaludniających Krakowskie Przedmieście nie zostało... Otóż sądzę, że czas żałoby nie minął na próżno. Odłożył się gdzieś na dnie dusz uśpiony codziennością lecz kiedyś wypłynie na wierzch. Gdy wybrano Karola Wojtyłę papieżem, ówczesna „waadza” miała zgryz – ale, ostatecznie, nic się z punktu widzenia czerwonych nie stało. Gdy Papież przyjechał z pierwszą pielgrzymką do Polski „waadza” miała kolejny zgryz – ale i wówczas nic groźnego się nie wydarzyło. Rok później wybuchła Solidarność. Trzeba było sowieckiego generała w polskim mundurze żeby to zdusić.


Tragedia smoleńska i czas „Solidarnych 2010”, którzy mieli okazję policzyć się na Krakowskim Przedmieściu i podczas wawelskiego pogrzebu ma podobny potencjał duchowej bomby z opóźnionym zapłonem. To kiedyś da o sobie znać. Kiedy? Jak zwykle u Polaków – w najmniej spodziewanym momencie.


Gadający Grzyb

czwartek, 22 kwietnia 2010

Ugryźć żubra.


Obozowi IV RP potrzeba kogoś, kto - mówiąc Rymkiewiczem - znów ugryzie żubra w dupę.

Owszem, zdaję sobie sprawę, że tak doniosła decyzja, jak wystawienie przez PiS swojego kandydata na prezydenta powinna być wpierw skonsultowana z małżeństwem państwa Wajdów, tudzież zespołem redakcyjnym „Gazety Wyborczej”. Niemniej, ponieważ jak doniosły mi usłużne korniki, państwo Wajdowie aktualnie chowają się pod łóżkiem w obawie przed rozegzaltowanym polskim motłochem, „Wyborcza” zaś nie zdołała chyba jeszcze do końca otrząsnąć się po traumie jaką była tygodniowa, bezczelna demonstracja narodowego szowinizmu (te tłumy, te flagi, ten Wawel… no, niesmaczne po prostu, proszę Państwa…), skorzystam i wyrwę się ze swoją opinią, dołączając do rozdyskutowanego grona współblogerów:

I. Uważam, że Jarosław Kaczyński powinien kandydować na urząd Prezydenta RP.

Oto powody:

1) W katastrofie smoleńskiej Prawo i Sprawiedliwość zostało pozbawione wielu swych wybitnych przedstawicieli i sympatyków. Kandydowanie Jarosława Kaczyńskiego tchnie nowe siły, stanie się impulsem do wewnętrznej mobilizacji i konsolidacji partii. Bez tego najpoważniejszemu ugrupowaniu opozycyjnemu może grozić stopniowe pogrążanie się w bezwładzie.

2) Nie widzę obecnie w PiSie innej postaci o potencjale godnym Głowy Państwa. Z całym szacunkiem wobec młodych, zdolnych – jeszcze dla nich za wcześnie. Owszem, jest grono starszych, zacnych postaci, ale bez niezbędnej charyzmy. Do tego dochodzi krótki termin. Podpisuję się pod formułowaną przez niektórych blogerów opinią, że jest stanowczo za mało czasu na wylansowanie innego kandydata.

3) Ale, krótki kalendarz wyborczy może być również atutem. Kampania będzie rozgrywać się w cieniu tragedii i żałoby, co wydatnie utrudni stosowanie czarnego pijaru a la Palikot, czy Niesiołowski. Również media będą zmuszone nieco się hamować. Mam tu na myśli zarówno „poważnych” publicystów, jak i rozmaitych telewesołków specjalizujących się we wzbudzaniu u gawiedzi właściwie ukierunkowanego rechotu.

4) Podczas tygodnia żałoby ludzie dali liczne świadectwa przynajmniej częściowego wyzwolenia się spod medialnego Matrixa. Rozziew między kreowanym wcześniej wizerunkiem „śmieszno – strasznego” Kaczora, a tym co ujrzeli, gdy nagle w redakcjach „odnalazły się” materiały ukazujące normalne oblicze ś.p. prezydenta był zbyt bijący po oczach, by skutecznie po raz drugi zastosować tę samą sztuczkę.

5) Na prawej stronie, po wycofaniu się Ludwika Dorna, jedynym kontrkandydatem, który w pierwszej turze może urwać Kaczyńskiemu nieco głosów jest Marek Jurek. Natomiast SLD, podobnie jak Olechowski, nie rezygnują ze startu w wyborach, co w sposób naturalny działa na niekorzyść Komorowskiego. Pozostaje kwestia wpływu na podział puli kandydata PSL-u, Waldemara Pawlaka. Ale, PSL nie raz pokazał, że lubi czasem dopiec silniejszemu koalicjantowi…

6) Bronisław Komorowski nie wypadł korzystnie w okresie żałoby narodowej. Drętwe przemówienia, ogólna bezbarwność i brak charyzmy wzbudziły niepokój w szeregach Platformy, gdzie zaczęto nawet przebąkiwać o wystawieniu innego kandydata. Do tego pośpieszne nominacje w BBN i Kancelarii Prezydenta, robiące wrażenie aroganckiego „skoku na władzę”. Gdy doliczyć jeszcze wstrzymanie podjętych przez Lecha Kaczyńskiego decyzji orderowych, to można liczyć na to, że podobne niezręczności będą się zdarzać również w trakcie kampanii, wzbogacając arsenał kandydata PiS.

7) Należy wykorzystać chwilowe osłabienie mocy oddziaływania „pasów transmisyjnych”, które najwyraźniej nie wiedzą z której strony ugryźć społeczny fenomen, jaki wybuchł im w twarze podczas zeszłego tygodnia. Na razie miotają się od ściany do ściany – od obłudnie łzawych kawałków, po animowanie antyfuneralnego puczu pod oknami Franciszkańskiej 3.

Póki co, nie są w stanie wydusić z niebie niczego poza groteskowym apelem Ewy Siedleckiej (powtórzonym za SLD), by wszystkie partie wystawiły wspólnie jednego, „apolitycznego” kandydata (czyli, taki prezydencki Front Jedności Narodu – oto demokracja w rozumieniu „Wyborczej”) i równie groteskowym głosem Waldemara Kuczyńskiego, by Jarosław Kaczyński wyparł się poglądów, które usiłował realizować przez cały okres swej politycznej działalności, bo jak nie to kęsim. Oba kurioza warte są osobnego tekstu.

8) Śmiem twierdzić, że Polaków nie pchnęły na ulice wyłącznie syrenie śpiewy mediodajni i potrzeba zastępczego sacrum w stylu żałoby po księżnej Dianie, jak to uczenie wywodził prof. Krzemiński. Tacy jak on i jego formacja mają nieuleczalną „ślepą plamkę” nie pozwalającą dostrzec, że Polacy cierpią na chroniczny głód dumy narodowej, który jest niczym innym, jak tęsknotą za narodową podmiotowością. Tę podmiotowość starał się wyrażać Lech Kaczyński i właśnie to zostało w znacznej mierze docenione. Jarosław Kaczyński jawi się w tym kontekście jako naturalny kontynuator dzieła przedwcześnie zmarłego brata.

9) Warto postawić pytanie, na ile Polacy życzą sobie jedynowładztwa Platformy, czy nie dojdą do wniosku, że co za dużo to niezdrowo. Można by dyskretnie zagrać na tej nucie…

10) Jakoś dziwnie grzeje mi serce zgodny chór „zatroskanych” spod znaku „każdy, byle nie Kaczyński”. Widać, że strach który dopadł ich wraz widokiem tysięcznych rzesz na ulicach, przekłada się na wizję kandydatury Jarosława Kaczyńskiego. Bo to twardy zawodnik i oni doskonale o tym wiedzą.

II. Garść przedwyborczych refleksji.

1) Oczywiście, ta kandydatura ma swoje wady. Negatywny elektorat, niekorzystne sondaże (ale i tak najlepsze spośród wymienianych na PiSowskiej „giełdzie”), wreszcie - brak małżonki… Powstaje też pytanie, czy z Pałacu da się skutecznie zarządzać partią, tym bardziej, że przyjął się u nas idiotyczny zwyczaj oddawania przez prezydenta partyjnej legitymacji, a to oznaczałoby, że Jarosław Kaczyński po ewentualnej wygranej przestałby być szefem Prawa i Sprawiedliwości.

2) Zachodzi też obawa, czy kandydat czegoś nie „chlapnie” w swoim charakterystycznym stylu. Można być pewnym, że dziennikarska sfora będzie dzień i noc wyczekiwać z mikrofonami, by podchwycić jedną niezręczną wypowiedź, a następnie wałkować ją w histerycznym tonie wrzeszcząc o „sprofanowaniu żałoby”, „dzieleniu narodu” i innych takich. Tego typu „obawę” z właściwą sobie, skrytą pod pozorami troski, obłudną nadzieją, wyraziło już towarzystwo w ostatniej „Loży prasowej”. Powtórzę tu sformułowaną przy innej okazji przestrogę: nie dawać łatwego żeru wrogim przekaziorom! Cyngle, specjaliści od organizowania medialnych seansów nienawiści nie śpią. Przebierają nogami w blokach startowych, wyczekując na wygodny pretekst. Teraz jeszcze się nieco hamują, jeszcze im niezręcznie… ale zadyma w sprawie Wawelu pokazała do czego są zdolni.

Najlepiej, gdyby Jarosław Kaczyński, o ile zdecyduje się kandydować, pozostał w trakcie kampanii nieco z tyłu, pozwalając więcej mówić ludziom ze swego otoczenia, samemu koncentrując się na wygłaszaniu przemówień: mocnych i zdecydowanych, lecz wyzbytych zbędnej agresji. Bezpośrednie kontakty z dziennikarską czeredą niech wezmą na siebie inni.

Acha - mediodajnie będą atakować każdego kandydata PiS-u, bez wyjątku. Ale Jarosława Kaczyńskiego (zabrzmi to cynicznie) ze względu na społeczną pamięć o tragedii, będzie im „ruszyć” najtrudniej. O ile sam się nie podłoży.

3) Jeszcze jedno – dobrze byłoby wyciągnąć rękę do Dorna i Polski Plus, a także do senatora Romaszewskiego. Wyborcy premiują jedność i zażegnywanie podziałów, nie mówiąc już o tym, że ci ludzie są teraz potrzebni bardziej niż kiedykolwiek.

***

Będzie ciężko. Cholernie wręcz ciężko. Niemniej, upieram się, że każda inna kandydatura byłaby jedynie namiastką i tak zostałaby potraktowana przez wyborców. Obozowi IV RP potrzeba teraz bodźca, ostrogi. Potrzeba kogoś, kto - mówiąc Rymkiewiczem - znów ugryzie żubra w dupę.

Gadający Grzyb

Głos Spitfire „przeciw”: http://niepoprawni.pl/blog/11/jaroslaw-kaczynski...

Głos Budynia78 „za”: http://niepoprawni.pl/blog/3/dramat-narodowy-jaroslaw-kaczynski

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 12 listopada 2009

Widmo wzmożenia moralnego.


Motto: „Mamy dzisiaj w Polsce zjawisko szczególne, wzmożenia moralnego, napięcia moralnego. Być może nawet jest to początek nowej polskiej moralnej rewolucji.”

Widmo krąży nad Polską. Widmo wzmożenia moralnego.

Dowiadujemy się o tym z nieocenionej w takich razach „Wyborczej” (istna pociecha z tą gazetą. Gdy człowiek głowi się, o czym by tu napisać, wystarczy przekartkować i jakiś temat sam „wyskoczy”. W moim przypadku zawsze działa.)

Powyższy termin pochodzący z sejmowego przemówienia Jarosława Kaczyńskiego z 2005 r. zrobił niesamowitą furorę wśród opiniotwórczych ośrodków obozu III RP. Oczywiście, jak wszystko, co wiąże się z liderem PiSu, czy też w jakikolwiek inny sposób kojarzy się ze zwolennikami IV RP (która wszakże wciąż pozostaje zaledwie w sferze postulatów), również i owo sformułowanie traktowane jest z należytą odrazą.

Któż to o „moralnym wzmożeniu” nie pisał! Wystarczy wrzucić hasło w wyszukiwarkę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki objawia się nam plejada znakomitości. Jest tu i Passent, i Gadomski, i Paradowska… długo by wymieniać. Wszyscy ci luminarze III RP, gdy tylko wyczują choćby blady cień wzmiankowanego „wzmożenia”, opuszczają przyłbice i stają w szranki, a ci mniejszego ducha uciekają z krzykiem.

Antywzmożeniowa kołysanka.

Ostatnio swymi wiekopomnymi przemyśleniami raczył podzielić się Wojciech Mazowiecki w tekście „Po wielkiej wrzawie”, wyczuł on bowiem groźbę nawrotu moralnego wzmożenia, na bazie ujawnionych ostatnio afer.

Omawiając owo kuriozalne wypracowanie, posłużę się metodą polemiczną polegającą na tzw. czytaniu między wierszami. Czy czytam dobrze, poddaję pod opinię Czytelników, którzy mogą sobie skonfrontować moje „czytanie” z tekstem oryginalnym (link poniżej).

Otóż z tekstu wynika, z grubsza rzecz ujmując, następujące przesłanie: niech Rzeczpospolita sobie gnije w bagnie korupcji, skoro inaczej się nie da, byle głośno o tym nie mówić, gdyż ciemny naród gotów dostać „wzmożenia moralnego” i pobudzony tymże wzmożeniem nieodpowiedzialnie zagłosować na jakichś kaczystów, którzy zaprowadzą swój reżim i zniszczą demokrację. Naród należy usypiać, nucąc mruczando – spokojnie, nic się nie stało, wszelkie afery są prowokatorskim wymysłem pisowskich mediów i służb specjalnych. Do rozpowszechniania owej kołysanki należy zaprząc wszystkie dostępne moce przerobowe sprzymierzonych sił autorytetów i mediodajni, by sączyła się nieustannie do uszu odbiorców nie zakłócona żadnym zbędnym dysonansem.

Wojciech Mazowiecki rozumie ową „potrzebę chwili” doskonale, zatem bez zbędnego obcyndalania się rusza do boju i niczym rygorystyczny kapral zawracający dezerterów pistoletem, opiernicza bez pomiłuj dziennikarza proreżimowej TVN24, który ośmielił się na konferencji zadać premierowi kilka naturalnych w zaistniałej sytuacji, acz niewygodnych pytań.

Wzmożenie antymoralne.

Przystanąłem na chwilę. Przebiegłem wzrokiem to co do tej pory napisałem i doszedłem do wniosku, iż zarówno pan Mazowiecki, jak i pozostali „antywzmożeniowcy” również działają w stanie wzmożenia. Antymoralnego wzmożenia, że tak to wdzięcznie ujmę.

Autor i jego środowisko doskonale zapamiętali lekcję ostatniej fali „wzmożenia moralnego” po aferze Rywina, która zakończyła się dojmującą traumą wyborów 2005 r. i gotowi są użyć wszelkich sposobów, by nie dopuścić do powtórki z historii.

Dlatego też obiektem szczególnej troski pana Mazowieckiego pozostają dziennikarze. Przytaczana tu napaść na funkcjonariusza Walterowni to jedynie exemplum. Gorzej, że zadawaniu pytań towarzyszyła „aprobująca bierność tłumu medialnej braci”. Niewybaczalne. Zamiast wytarzać odstępcę w smole i pierzu, siedzieli cicho, jak gdyby nigdy nic. „Coś się w atmosferze wtedy wyczuwalnie zmieniło. Powróciło wzmożenie moralne.” – konkluduje Mazowiecki. Tłumacząc z polskiego na ichniejsze - czujności rewolucyjnej towarzyszom dziennikarzom zabrakło, ot co.

Co więcej, chwilowo co prawda, ale jednak, wzmożył się i to moralnie, sam Jacek Żakowski, który na antenie Tok FM pozwolił sobie na kilka złośliwości pod adresem Walecznego Chlebowskiego! Noo, skoro nawet Żakowski uległ w chwili słabości PiSowskiej propagandzie, to wyznam, że nawet mnie ścierpły pryszcze na czterech literach…

Na szczęście są jeszcze nieugięci, wielcy duchem, ostatni sprawiedliwi – to Daniel Passent i Waldemar Kuczyński, których pryncypialną postawę autor stawia za wzór do naśladowania.

A wszak, dziennikarska brać winna pamiętać, jakie obowiązują ją standardy i jakie pytanie prawdziwie rzetelny dziennikarz powinien sobie zadać jako pierwsze:

"Pierwsza (…) zasada to "cui prodest", czyli komu to służy (w domyśle: ten czyni). Warto się zastanowić, komu i czemu dziś służą "afery". "Wzmożeniu moralnemu" dziennikarzy. "Kryzysowi państwa" i "standardom republiki bananowej" głoszonym przez działaczy PiS."


Napominajmy się…

Sądzę, że również my, blogerzy, powinniśmy wyciągnąć wnioski ze światłych nauk pana Mazowieckiego. Napominajmy się więc nawzajem po chrześcijańsku, z miłosierdziem i troską, gdy dostrzeżemy w mowie i czynie bliźnich pierwsze niepokojące symptomy moralności.

Żegnam się zatem z Czytelnikami i co tchu biegnę do sypialni. Sprawdzę, czy aby nie ma tam jakiegoś wzmożenia…

Gadający Grzyb

alfaomega.webnode.com/news/wojciech-mazowiecki-po-wielkiej-wrzawie/

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl