Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beneficjenci III RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beneficjenci III RP. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 sierpnia 2018

Pani Wellman, do kogo ta mowa?

Pani Wellman, ideowi młodzi ludzie są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.

I. W obronie „zdobyczy kapitalizmu”

W obozie „totalnej opozycji” robi się coraz bardziej groteskowo. Sfrustrowani kodomici widząc na swoich wiecach wciąż te same, coraz bardziej zgrane twarze, wzięli się za sztorcowanie młodzieży, że się nie angażuje, nie walczy o demokrację i ma ich awantury głęboko w tyle. Stanowi to zresztą kolejne potwierdzenie mojej tezy, że obecna opozycja przerabia drogę prawicy z czasów, gdy ta zepchnięta była do narożnika – tyle, że tym razem historia powtarza się jako farsa. Pamiętam, że za czasów potęgi PO po „naszej” stronie też pojawiały się lamenty, że nie ma młodych, dominuje powszechna lemingoza - i, generalnie, co z nich wyrośnie, pani kochana... W tym samym czasie salonowszczyzna nasładzała się „młodymi z fejsbuka”, którzy „zabrali babci dowód”, są nowocześni, europejscy i nie działają na nich patriotyczne zrzędzenia „moherów”, które miały „wymrzeć jak dinozaury”. Pamiętamy to, prawda?

No więc, dziś karta się odwróciła i kodziarstwo w wieku okołoemerytalnym zaczyna przelewać frustracje na pokolenie swoich dzieci (a nierzadko już wnuków) wytykając im, mówiąc językiem poprzedniej epoki, społeczną alienację. W ich optyce młodzi ludzie są dłużnikami tych, którzy zafundowali im fantastyczną III RP, Unię Europejską i możliwość podróżowania na Zachód – a teraz nadszedł czas, by ów kredyt wdzięczności spłacić, najlepiej pomagając w obaleniu „Kaczora-dyktatora”. Nie tak dawno działacz KOD, niejaki Theo Nawrocki, popełnił utrzymany w tym duchu wpis na Facebooku, z którego później nabijało się pół internetu, zamieszczając coraz bardziej odjechane parodie. Wedle pana Nawrockiego życie młodzieży w Polsce to istna sielanka - „fura”, „klamoty z butiku”, własna kawalerka, zimowy snowboard w Solden i letni „adventure-camp” w Nowej Zelandii. Mówi to wiele o odrealnieniu autora oraz „bańce” towarzyskiej w jakiej się obraca – niewykluczone, że wśród tego promila polskiej populacji faktycznie podobne ekstrawagancje są dla pokolenia dwudziestoparolatków normą. A ponieważ zawdzięczają to swoim rodzicom (w co akurat nie wątpię) – więc, cytując, mają „powyłączać kompy” i „ruszyć d...y na ulice”. Dlaczego tak? Bo oczywiście złowrogi PiS zaraz im zabierze te wszystkie „zdobycze kapitalizmu”.


II. Politruk od młodzieży

W podobną poetykę weszła niedawno Dorota Wellman – najpierw przemawiając do młodzieży na owsiakowym festiwalu „Pol'and'Rock” w ramach tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”, a następnie powtarzając swój apel drukiem w gazetowyborczym magazynie „Wysokie Obcasy”. Najpierw jednak dygresja naświetlająca szerszy kontekst. Otóż owa „Akademia Sztuk Przepięknych” to takie młodzieżowe kursy z politgramoty, podczas których Owsiak stręczy młodemu pokoleniu w charakterze idoli kolejne skamieliny III RP - i żeby było zabawniej, przekonuje, że klaskanie ludziom z samego jądra establishmentu jest wielce kontestatorskie i buntownicze. W istocie, Owsiak urabia w ten sposób nastoletnią publikę, by zaakceptowała III RP z całym dobrodziejstwem inwentarza - w tym, z patologiczną strukturą opartą na społecznym darwinizmie i kastą „nachapanych” resortowych dzieci na szczycie piramidy dziobania. Służyć temu ma prezentowanie różnych pieszczochów systemu jako fajnych kolesi z którymi „da się pogadać”, co jako żywo przypomina PRL-owskie ustawki spod znaku „towarzysz iksiński spotyka się z młodzieżą”.

To zresztą wpisuje się w działalność Owsiaka od samego początku - już za zdychającej komuny był de facto politrukiem oddelegowanym na młodzieżowy odcinek, ze swym Towarzystwem Przyjaźni Chińskich Ręczników, niby-kontestatorskim festiwalem „Letnia Zadyma w Środku Zimy”, hasełkiem „uwolnić słonia” (gdy ludzie naprawdę ideowi gnili po więzieniach), wreszcie - próbą „oswojenia” Jarocina. A w tle nieodmiennie majaczył cień Waltera Chełstowskiego - zawodowego specjalisty od śpiewu i mas. Późniejsze mutacje - WOŚP, Przystanek Woodstock i wreszcie KOD, którego Chełstowski był jednym z inicjatorów - to wszystko są działania wg tej samej sztancy: pozorowany bunt w interesie uprzywilejowanego establishmentu. Za każdym razem chodziło o to samo – skanalizować pokoleniową kontestację i przekierunkować ją w bezpieczne dla systemu koleiny. Chcecie się buntować? - pyta Owsiak – to się buntujcie, ale przeciw klechom, rodzicom i prawicy. Od III RP i jej „autorytetów” - wara, bo ich nie lubią tylko nienawistni „faszyści”.


III. Do kogo ta mowa?

W takich to okolicznościach przyrody wystąpiła pani Wellman, wzywając – jakże by inaczej – do „buntu” przeciw pisiorom w obronie zagrożonej demokracji. Młodzież zamiast pić piwko nad Wisłą ma się „ruszyć” w obronie wolności, zanim ktoś zabierze im paszporty i internet. W „Wysokich Obcasach” zaprezentowała z kolei wizję braku „cafe latte z sojowym mlekiem” i wyłączonego Netflixa. Zaczęła przy tym wszystkim najgorzej jak się da: szantażem emocjonalnym w stylu „za moich czasów młodzi walczyli z komuną, a wy co?”. Potem było już tylko lepiej: „Teraz mamy młodych ludzi bez właściwości, bezideowych”. I wreszcie: „To jest wasz kraj i wasza ojczyzna. Nie możecie jej mieć w dupie!”.

Pomijając histeryczne diapazony (ona chyba naprawdę wierzy, że PiS wyłączy internet, zabierze paszporty i zamknie kawiarnie), uwagę zwraca podejście pani Wellman (a wcześniej cytowanego Theo Nawrockiego) do młodego pokolenia sprowadzonego do roli bezmyślnych konsumentów – jak się zdaje, jest to w środowisku „kodziarskim” powszechna opinia. Aż chciałoby się zapytać – pani Wellman, do kogo ta mowa? Do hipsterów ze „Zbawixa”? Zaręczam, że młodzi ludzie w Polsce mają zgoła inne problemy, niż dostępność sojowego latte – prekaryzacja rynku pracy skazująca na wieczną niestabilność życiową, brak mieszkania, praca za wynagrodzenie rzędu 1600 „na rękę” (w tych okolicach oscyluje od lat tzw. dominanta, czyli najczęściej wypłacana pensja), perspektywa emigracji zarobkowej i takie tam drobiazgi... Taką Polskę zafundowaliście młodemu pokoleniu, które teraz chcecie pognać na ulice w charakterze janczarów w waszej wojence o zagrożone apanaże.

Swoją drogą, jeszcze kilka lat temu środowisko pani Wellman nie mogło się wprost nachwalić młodocianej palikociarni, która pod wodzą Dominika Tarasa zorganizowała pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” z krucyfiksem z puszek po piwie i ukrzyżowanym misiem. Wtedy młodzież była dobra, a teraz jest zła i jej nie zależy? Gdzie się zatem tamci młodzi podziali? Powiem Pani. Otóż oni dorośli, zderzyli się ze „szklanym sufitem”, groszową pracą na „śmieciówkach” i brakiem perspektyw - a następnie wyjechali za granicę. Ci nasto- oraz dwudziestolatkowie, do których przemawiała Pani na owsiakowym spędzie, znają takie historie ze swych rodzin i najbliższego otoczenia. Większość z nich nie pochodzi z „warszawki” lecz z prowincji – widzieli np. swych rodziców, którym godność i pracę odebrała III RP urządzona przez tych wszystkich lansowanych przez Owsiaka jako wzór dla młodzieży nachapanych beneficjentów „transformacji”.

A poza tym - kto tę „bezideową” młodzież wychował? Czy aby nie pokolenie zachwycone hasełkiem „wybierzmy przyszłość” Kwaśniewskiego? Kpiące z „kombatanctwa” działaczy pierwszej „Solidarności”? Wmawiające, że wartości się nie liczą, tylko trzeba ustawić się i zgarniać ile wlezie pod siebie? Zapatrzone w egoistyczny, neoliberalny model gospodarczy a la Balcerowicz?

A teraz pani Wellman jak gdyby nigdy nic nagle wyjeżdża z tym samym solidarnościowym „kombatanctwem”, z którego jej środowisko jeszcze tak niedawno darło łacha. Teraz nagle się okazuje, że ta stara „Solidarność” znów jest trendy - oczywiście w odpowiednio spreparowanej i zinstrumentalizowanej wersji, w której jest miejsce dla „legendarnego” Frasyniuka i innych zadowolonych z siebie architektów Okrągłego Stołu, ale po staremu nie ma miejsca dla tysięcy działaczy „S” wyrzuconych przez tę cudowną III RP na margines. Nie ma miejsca dla robotników zwalnianych z likwidowanych, bądź wykupywanych za bezcen zakładów pracy, którym na odchodne przyklejono, dla większego upodlenia, etykietkę „roszczeniowych warchołów” i „homo sovieticus”. Droga pani Wellman - ta młodzież bawiąca się na Woodstocku, to często dzieci i wnuki tych wykluczonych, tego „zaścianka” i „motłochu”, którym na co dzień tak serdecznie gardzicie. Oni widzieli na własne oczy jak wygląda ta rajska III RP - na prowincji, w umierających od beznadziei miastach gdzie zlikwidowano przemysł, w staczających się w patologię i biedę blokowiskach z których każdy kto mógł wiał gdzie pieprz rośnie – choćby na zmywak w Londynie. Latami albo nie przyjmowaliście do wiadomości ich istnienia, albo kwitowaliście, że sami są sobie winni. A teraz żądacie od ich dzieci solidarności i nawet przypomniało się wam na tę okoliczność słowo „ojczyzna”? A kim wy u diabła jesteście, żeby kogokolwiek pouczać?

Natomiast co do ideowych młodych ludzi – oni są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (22.08-11.09.2018)

piątek, 11 sierpnia 2017

Nowa generacja

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny.


I. Przebudzenie

Muszę wyznać, że podczas lektury różnych komentarzy z prawej strony, dotyczących demonstracji przeciw reformie sądownictwa, towarzyszyło mi poczucie rosnącej irytacji. Otóż zarówno „nasze” media, jak i „nasi” politycy zbyt łatwo ustawiali sobie przeciwnika do bicia, zaliczając hurtowo manifestujących do, mówiąc hasłowo, obozu beneficjentów III RP, a tak w ogóle to zwalając wszystko na „astroturfing”. Tym samym - z premedytacją, bądź z intelektualnego lenistwa – przeoczyli istotną jakościową zmianę: mianowicie, po raz pierwszy w przestrzeni publicznej zaistniało w zauważalnej skali nowe, młode pokolenie – generacyjnie należące do rówieśników młodzieży patriotycznej. Śmiem twierdzić, iż od tej pory należałoby wręcz mówić o dwóch równoległych pokoleniach dwudziesto- i trzydziestolatków: z jednej strony mamy widoczną od dawna młodzież w koszulkach z Polską Walczącą i Żołnierzami Wyklętymi, z drugiej natomiast – pokolenie ukształtowane w duchu lewicowo-liberalnym. I to drugie właśnie zaczyna dochodzić do głosu. Nie znaczy to, że wcześniej nie istniało – po prostu nie było tak widoczne, angażując się np. w różne ruchy miejskie czy inicjatywy kulturalne. W ten sposób jednak zbudowało sobie pewne ramy i zyskało doświadczenie (np. w organizacji eventów), które teraz zaowocowało.

Co tych młodych ludzi odróżnia od dotychczasowej „totalnej opozycji”? Właśnie brak owej „totalności” i krytyczny stosunek do elit III RP oraz efektów transformacji ustrojowej. W odróżnieniu od KOD-u czy Schetyny i Petru, oni nie walczą o to, „żeby było tak jak było”. Nie demonstrowali na rzecz partyjnych interesów Platformy i Nowoczesnej o których często mają jak najgorsze zdanie – wyszli na ulicę POMIMO tego, że stali na niej również politycy, czego widomym znakiem jest, że „totalnej opozycji” bynajmniej nie przyrosło w sondażach. Nie działa na nich kombatancko-peerelowska retoryka, nie kupują oskarżeń o „ubeckość”, czy straszenia powrotem PRL-u. To nie ich język, nie ich emocje, nie ich doświadczenie. Patrząc na podtykane im pod nos „legendy Solidarności” pytają: a jak urządziliście tę nową Polskę w której myśmy się urodzili i dorastali? Nie wpisują się w prostą dychotomię PiS - anty-PiS, czasem wręcz podkreślają, że programy w rodzaju „500+” czy „Mieszkanie +” to krok w kierunku bardziej sprawiedliwej Polski. Są natomiast bardzo wyczuleni na wszystko co związane jest z wolnością – i tu tkwiło źródło ich niedawnej mobilizacji. PiS jak zwykle olało komunikację społeczną i stąd owa młodzież doszła do wniosku, że za chwilę obudzi się w kraju upolitycznionego sądownictwa. Przy czym, nie jest również tak, że nie widzą nieprawidłowości w obecnym systemie – po prostu uznali, że recepta PiS-u jest gorsza od choroby.

II. Podmiotowość

Kolejną wyróżniającą ich cechą jest poczucie własnej podmiotowości i odrębności. Ostatnie czego sobie życzą, to zapisanie ich do grupy partyjnych kiboli. Tam, gdzie swe „łańcuchy światła” organizowali samodzielnie (np. w Poznaniu), obowiązywała formuła „no logo” - czyli bez partyjnych szyldów. I takie właśnie – nie tyle „apolityczne”, co „apartyjne” protesty - bardzo nie podobały się liderom opozycyjnego establishmentu. Wystarczy zresztą sięgnąć do internetowej „Kultury Liberalnej”, która w ostatnim czasie stała się swoistą trybuną młodych lewicowych liberałów i poczytać, co oni sami o tym mówią. Na porządku dziennym było użeranie się z usiłującymi zawłaszczać manifestacje politykami partii opozycyjnych - gdy jednoznacznie im komunikowano, że ich miejsce jest co najwyżej na widowni, posuwali się nawet do sabotowania imprez i walki „na megafony”. Z KOD-owcami też mieli pod górkę, bo protesty były rzekomo za mało wyraziste i zbyt „piknikowe”, zaś organizatorzy bardzo dbali o to, by nie pojawiały się hasła typu „precz z PiS-lamem”, czy zawołania o „Kaczorze-dyktatorze”.

Jeszcze jedno - oni nie chcą umierać za gerontów III RP, nie są „wojskiem” Michnika, czy kogokolwiek z tego towarzystwa. Trafia ich szlag na widok Balcerowicza, któremu zawdzięczają brak normalnej pracy, bezpieczeństwa socjalnego i perspektyw. Mają gdzieś Frasyniuka z jego grubymi żartami i pozerstwem. Oni protestują we własnym imieniu i nie życzą sobie instruktaży, tudzież połajanek od weteranów Salonu w rodzaju opisywanego tu niedawno psioczenia Janickiego i Władyki na „symetrystów”. Mało też ich obchodzą protekcjonalne pochwały ze strony luminarzy salonowszczyzny, bo nie są dla nich autorytetami – a to z tego względu, że nie oceniają ich poprzez pryzmat opozycyjnych biografii z lat 70- i 80-tych czy resentymentów z czasów „wojny na górze”, lecz poprzez dokonania w III RP. Nie bronią też stołków i apanaży, bo ich zwyczajnie nie mają - rekrutują się często spośród wielkomiejskiego prekariatu i stąd m.in. ich niechęć do Balcerowicza oraz warstwy „nachapanych” beneficjentów III RP.

Następna sprawa, bardzo istotna, to językowa warstwa przekazu. Na tych demonstracjach, na których mieli coś do powiedzenia, skrupulatnie unikali retoryki pogardy, wykluczenia, nienawiści. Mówił o tym w Warszawie pisarz Jacek Dehnel wzywając, by zaniechać obelżywych sformułowań wobec ludzi korzystających z 500+ czy wyborców PiS. Poza kwestią skuteczności – drastyczny przekaz KOD-u okazał się odrzucający dla normalnych ludzi – oni językiem agresji są zwyczajnie zmęczeni. Doszliśmy do punktu, w którym nawet najcięższe inwektywy spowszedniały, straciły swoją moc i mogą działać jedynie na najbardziej nieprzejednany, żelazny elektorat – i to po obu stronach. Dlatego programowo unikają mściwych wrzasków o „Kaczorze” i „kaczystach”, którzy „pójdą siedzieć” - to nie jest ich, powiedzmy, wrażliwość estetyczna. Oprócz uczulenia na język pogardy, te nienawistne hasła „starych” z KOD-u, czy hunwejbinów od „Obywateli RP” są dla nich zwyczajnie głupie. Im autentycznie nie zależy na eskalowaniu wojny domowej - tym różnią się od „gerontów III RP” broniących za wszelką cenę stanu posiadania. I to również należy odnotować.

Dlaczego piszę o nich w tak łagodnym tonie, mimo że ideowo różni nas niemal wszystko? Bo na to zasługują - w przypadku wściekłych zombies III RP z KOD-u czy „UBywateli RP” nie miałem i nie mam oporów, by po nich „jechać” bez litości, podobnie jak wcześniej po zdziczałym bydle od Palikota. Ci młodzi są jednak inni, co warto zauważyć i wyciągnąć wnioski. Co ciekawe – jakkolwiek egzotycznie by to dla nas nie zabrzmiało – oni zupełnie szczerze uważają się za patriotów. Wzięli się chociażby za odzyskiwanie narodowej symboliki, adaptując ją do własnej wrażliwości i to bynajmniej nie w stylu czekoladowego orła – taką żenadę zostawiają pokoleniu Komorowskiego. Na ich manifestacjach śpiewanie czterech zwrotek hymnu nie jest już obciachem. Uważają, że prawica im te narodowe symbole zabrała, wiec je sobie odbierają.

III. Fatalna reakcja

Na to wszystko, przykro pisać, „nasza strona” zareagowała w najgorszy możliwy sposób – obelgami, sprowadzając protesty do schematu kodowszczyzny i zapluwających się z nienawiści do „Kaczora” starców, tudzież bredząc, jak pewien polityk z PiS, o „ubeckich wdowach”. Otóż nie - to już nie są demonstracje wyłącznie zacietrzewionych dziadów z KOD-u, jak w 2016 i trzeba tę jakościową zmianę naszym politykom uświadomić, również dla ich własnego dobra. Pisałem niedawno w tym miejscu, że politycy mają tendencję do „zamrażania” w swej wyobraźni społeczeństwa w takim stanie, w jakim oddało na nich swe glosy – i dlatego kolejny wynik wyborczy stanowi dla nich tak często nieprzyjemny szok. Im szybciej to zrozumieją, tym lepiej, bo jeśli nie znajdą języka, którym mogliby się z tymi młodymi ludźmi porozumieć, to ktoś ich bunt przejmie i zagospodaruje - a wtedy PiS przerżnie wybory.

„Nasi” politycy wrzucający młodych do jednego wora z KOD, PO i „UBywatelami RP” popełniają kolosalny błąd - i co gorsza, nie ma komu im tego powiedzieć, bo nie widzę po prawej stronie chęci do postawienia uczciwej diagnozy. Język wojennej konfrontacji tak bardzo wszedł w krew dużej części mediów prawicowych, że już nie potrafią inaczej komunikować się ze światem (zresztą - jakim światem? Mówią już od dawna tylko do zamkniętej grupy współwyznawców). Politykom wygodniej jest wszystkich zapisywać do potomków ubecji (co wy wiecie o motywacjach dziewczyny rocznik '92 tyrającej na śmieciówce – to ma być „ubecka wdowa”?), a dziennikarze z mediów uzależnionych od rządowych pieniędzy z nowego rozdania też wolą pisać to, co w ich mniemaniu chcieliby usłyszeć sponsorujący ich z publicznej kasy politycy. W ten sposób nakręca się spirala prawicowego matrixu - a to przepis na katastrofę, wg dokładnie takiego samego schematu, jaki przerobiła opcja beneficjentów III RP.

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny. Powtarzam - sytuacja jest gatunkowo inna niż rok temu i podczas wyborów 2015. Albo to zrozumiecie i odpowiednio zareagujecie, albo przegracie.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (09-22.08.2017)

niedziela, 17 kwietnia 2011

Anatomia propagandy strachu


Absolutyzacja III RP w omawianej tu propagandzie ma jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.



I. Trauma „bogów demokracji”.


Uprzejmie donoszę Czytelnikom, że Waldemar Kuczyński przez wiele dni nie mógł otrząsnąć się z traumy, jaką była dla niego demonstracja na Krakowskim Przedmieściu w I Rocznicę Katastrofy Smoleńskiej. Jeszcze w piątek 15.04 wciąż pogrążony był w głębokim szoku, czemu dał wyraz na łamach „Wyborczej”, tym razem w tekście „Ruch groźnej nadziei”. W zasadzie napisał to samo co zwykle, tylko jakby z nieco większym obłędem pióra, zupełnie jakby relacjonował na żywo narodziny hitleryzmu i ostatnie dni Republiki Weimarskiej. Bełkoce więc o „wodzu” otoczonym „kultem”, „partii bliskiej totalizmowi” i nade wszystko – o „ruchu groźnej nadziei, który wierzy, że jutro należy do niego”. Odnoszę wrażenie, że pan W.K. po kilka razy dziennie ogląda musical „Kabaret” Boba Fosse’a ze szczególnym uwzględnieniem słynnej sceny z piwiarni pod chmurką, co w sposób znaczący zaburza jego percepcję i ogląd rzeczywistości.


A może wcale nie. Może doskonale wie, że plecie duby smalone i pisze to co pisze z pełną premedytacją. Jego głos bowiem doskonale wplata się w zmasowaną propagandę strachu, którą wiodące ośrodki opinii usiłują (ze sporym powodzeniem) obezwładnić społeczeństwo. No cóż... Nasi „bogowie demokracji” na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat opracowali ten dyskurs do perfekcji. Kuczyński to tylko jeden z głosów, wcale nie najważniejszy, choć bez wątpienia najbardziej histeryczny.


Diagnoza? Nie będę odkrywczy: „beneficjentom III RP” zaczyna palić się pod tyłkami, czują już swąd i pierwsze liźnięcia płomieni, stąd te desperackie ruchy i potępieńczy jazgot, jaki podnoszą od rana do wieczora we wszystkich „zaprzyjaźnionych” mediodajniach.


II. Absolutyzacja III RP.


Póki co jednak, zanim różne indywidua ustąpią ze swych Parnasów by użyźnić śmietnik historii, pozwolę sobie na analizę, będącą demontażem uprawianej do znudzenia propagandy strachu. Konkretnie - jej fundamentalnego składnika - swoistego paradygmatu i kłamstwa założycielskiego, które pozwala różnym Kuczyńskim snuć swe paranoidalne słowotoki przy zachowaniu pozorów logiki wywodu.


Owym kłamstwem jest utożsamienie postokrągłostołowego porządku III RP z demokracją, jako taką. Spośród wielu mieszczących się w demokratycznych ramach form polityczno – ustrojowych, postanowiono podnieść do rangi absolutu kartoflany, patologiczny twór zwany Trzecią RP. Ta absolutyzacja III RP ma w omawianej tu propagandzie jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.


Przy okazji – osobiście uważam, że tzw. liderzy opinii promują to beszczelne intelektualne nadużycie (w oczywisty sposób fałszywe) najzupełniej świadomie, bowiem umożliwia im to budowanie pożądanej narracji.


Wedle tejże „narracji”, skoro III RP jest (mimo pewnych, drugorzędnych niedoskonałości) jedyną możliwą demokratyczną formą ustrojową przeznaczoną dla współczesnej Polski, to IV RP, siłą rzeczy, musi być tworem neo-totalitarnym, antydemokratycznym i potencjalnie – zbrodniczym. Idąc tym tropem, wszelkie ukazywanie fasadowości państwa (i jego formalnych procedur) staje się herezją, automatycznie wykluczającą jej głosicieli z grona praworządnych obywateli i stawiającą „heretyków” w gronie niebezpiecznych ekstremistów i wywrotowców.


III. Wyzwanie Czwartej RP.


Tymczasem, IV RP (w moim, prywatnym, rozumieniu tego pojęcia) jest niczym innym, jak pakietem dogłębnych reform, mającym na celu wykorzenienie systemowych patologii wmontowanych programowo w niby-państwowy twór uzgodniony w magdalenkopodobnych okolicach.


Ale, oczywiście, IV RP nie jest li tylko projektem „technicznym”. Bywam nieco sceptyczny wobec narodowego mistycyzmu, wynoszącego na piedestał „ducha” przy jednoczesnej skłonności do ignorowania realiów, nie da się jednak nie zauważyć, iż kondycja państwa ma bezpośrednie przełożenie na to, czy Polakom „chce się chcieć”.


Czy warto się starać, czy raczej olewać; czy angażować się, czy też kultywować postawę „moja chata z kraja”; czy zostać w ojczyźnie, czy wyjechać za chlebem; czy mamy poczucie, że państwo działa w naszym imieniu i dla nas, czy też jest opresyjnym aparatem służącym diabeł jeden wie komu – słowem - czy Polacy czują się we własnym kraju u siebie. Wreszcie, czy mamy poczucie bycia wolnym i dumnym narodem o wielkim historycznym dorobku, czy też dajemy się zgnębić sączącej się zewsząd „pedagogice wstydu”.


Takim wyzwaniem, hasłowo rzecz ujmując, jest Czwarta Rzeczpospolita. I „beneficjenci III RP” doskonale o tym wiedzą. Tyle, że równocześnie zdają sobie sprawę, iż realizacja tego projektu nieuchronnie zniszczy rozliczne nisze ekologiczne w których znaleźli swe żerowiska.


Bo IV RP to podmiotowość Polski i Polaków. Tak w sferze wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. Tak w gospodarce, jak w sferze kultury. Na wszystkich polach. Wyczekiwana „Czwarta” to również stan ducha każdego z obywateli.


IV. No i co mają zrobić?


No i co mają z tym zrobić postesbeckie układy władzowo-biznesowe? (Wspomnijmy fetę, jaką urządził Leszkowi Millerowi „polski” Business Center Club). Co ma z tym zrobić rozdęty do granic absurdu aparat urzędniczy, tudzież sprzęgnięta z nim polityczna „klasa próżniacza” (a właściwie - kasta próżniacza), obwarowana rozlicznymi gwarancjami zabezpieczającymi ekskluzywny status? Co mają z projektem IVRP zrobić przeróżne branżowe sitwy dbające, by każdy „nie swój” rozbił sobie łeb o szklany sufit? Co mają czynić funkcjonariusze służb tak byłych jak obecnych, jawnych tajnych i dwupłciowych, ich współpracownicy, dziwki i alfonsi? (Przypomnę tu osławionego Zbigniewa S. ps. „Niemiec” z czasów zajść pod Krzyżem). Co wreszcie ma zrobić agentura różnych poważnych krajów, w interesie których leży, by zachować „w Polsce czyli nigdzie” status quo? Koniec końców – co z IVRP ma począć tzw. „Salon” funkcjonujący – patrząc z punktu widzenia państwa – jako swoista „nadbudowa” wymienionych powyżej grup, której zadaniem jest utrzymywanie tubylczego „bydła” w stanie permanentnego, mentalnego bezwładu?


Wiedzą, co mają zrobić.


Po pierwsze: utożsamić w społecznym odbiorze tę poplątaną „szarą sieć” z demokracją.


Po drugie: ośmieszyć pogardliwym rechotem „heretyków” występujących przeciw ustrojowi III RP. (Słynne „podrywanie godnościowych podstaw prezydentury Lecha Kaczyńskiego” przełożyło się bowiem również na „moherów”, przy czym „moherem”, tudzież „pisuarem” jest każdy, kto podważa „demokratyczne” imponderabilia).


Po trzecie: wytworzyć wrażenie, jakoby ta ciemna tłuszcza miała być śmiertelnym zagrożeniem dla swobód obywatelskich, zaś politycy którzy wyrażają jej emocje – pogrobowcami Hitlera (wildsteinowskie „reductio ad Hitlerum” - tu w nieco innym kontekście).


Tak ma być – raz żałośni, innym razem groźni – w zależności od aktualnych potrzeb samozwańczych dysponentów publicznego dyskursu.


V. W okopach legalizmu.


No i wreszcie zostaje ostatnia linia obrony – tyleż tępy, co obłudny legalizm. Tu są, prawda, wicie-rozumicie, legalnie wybrane władze, zatem każdy kto występuje przeciw nim, jest elementem antypaństwowym. A z takim elementem nie ma co się cackać, gdyż ręka podniesiona na władzę winna zostać odcięta. Poza tym, raz zdobytej władzy... znacie?


Pewnie, tyle że ludzie lubią melodie, które już znają. I poddają się w swej masie sączonej im do ucha truciznie. Nie należę do hurraoptymistów. Nie oszukuję się i wiem, że społeczna większość wciąż jest nafaszerowana „legalistyczną” propagandą strachu aż po gardło.


VI. Lęki Mordoru.


Ale z drugiej strony – widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i Placu Zamkowym (niezależnie od żałosnych kłamstw w sprawie liczebności) musiał wywołać wśród „beneficjentów III RP” psychiczne wrzenie, czemu dał upust przywołany na początku tekstu Waldemar Kuczyński. Co więcej – ci, którzy przybyli, nie działali pod wpływem rzewnego impulsu, jak przed rokiem. Przybycie tego dnia pod Pałac, mimo hektolitrów pomyj i trwającej rok dezinformacyjnej operacji, było świadomym wyborem. Również politycznym.


Mordor to wie. Jego uwadze nie uszedł także zwielokrotniony na przestrzeni roku nakład „Gazety Polskiej”, sukces wydawniczy „Uważam Rze”, wzrost słuchalności Radia Maryja, triumf drugiego obiegu „okołosmoleńskich” filmów i - last but not least – rosnąca rola internetu i prawicowej blogosfery.


Wystarczy, by się bać. Wystarczy, by uświadomić sobie odwracającą się kartę historii. Stąd ta nieprzytomna miotanina sfrustrowanych szympansów we własnoręcznie zbudowanych złotych klatkach. Stąd te odchody ciskane na oślep w stopniowo rosnące, przepływające obok rzesze - „idioci”, „bydło”, „swołocz”, „wyjce”, „ludzie z ogrodu zoologicznego”...


***


Wiedzą, co mogą stracić. Dlatego obecny, skorumpowany do cna porządek, będą zwali demokracją. Będą straszyli „wichrzycielami”. Będą przerzucać swoje lęki na Naród, które to słowo, zwłaszcza pisane z wielkiej litery, tak przeraża pana Kuczyńskiego. Będą zatrudniali „smocze języki” na kolejnych odcinkach propagandy strachu.


Aż do końca.


Ich albo naszego.


Gadający Grzyb


Ilustracja autorstwa AdamaDee