Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa smoleńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa smoleńska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2014

Judaizacja „ludu smoleńskiego”

Czy usłyszymy kiedyś ze strony jaśnie oświeconych szermierzy tolerancjonizmu o „judaizacji ludu smoleńskiego”?

I. Oświecona samoizolacja

Wywiad przeprowadzony przez „Super Express” z dr hab. Michałem Bilewiczem nie przebił się w mediodajniach, a szkoda, bo jest podwójnie ciekawy. Raz – z powodu treści, dwa – ze względu na osobę. Otóż dr Bilewicz jest psychologiem społecznym blisko związanym ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, jednak wśród kawiarnianego lewactwa wydaje się być bytem osobnym – ideologia której hołduje nie powoduje u niego (w przeciwieństwie do innych postaci z tego kręgu) impregnacji na społeczną rzeczywistość, a neomarksistowski strychulec nie sprawia, że czuje się zwolniony z dochowania naukowej rzetelności. Dr Bilewicz jest członkiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW, zaś jego główny projekt badawczy to realizowany wspólnie z CBOS „Polski Sondaż Uprzedzeń”, którego dwie odsłony przeprowadzono w 2009 i 2013 roku.

I właśnie w nawiązaniu do tego badania „SE” przepytał dr Bilewicza na okoliczność społecznych podziałów po tragedii smoleńskiej. Okazało się, że faktycznie owa katastrofa i to co działo się po niej w sposób istotny wpłynęła na polaryzację Polaków i rozluźnienie społecznych więzi. Nie jest jednak tak, jak usiłuje przekonać nas medialny aparat propagandy, że najbardziej wyizolowane środowisko tworzą zwolennicy tezy zamachowej, zwani pogardliwie „ludem smoleńskim”. Jest dokładnie odwrotnie – to właśnie „oświeceni liberałowie”, traktujący siebie jako postępową elitę odgradzają się coraz szczelniejszym kordonem od ludzi o innych poglądach.

II. Smoleński apartheid

Najpierw oczywistości – najwięcej zwolenników tezy zamachowej jest wśród wyborców PiS, PJN i Solidarnej Polski, z kolei zdecydowana większość elektoratu PO, SLD i Ruchu Palikota odrzuca możliwość, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu. Dalej robi się jednak znacznie ciekawiej: oto blisko połowa wyborców PO, SLD i RP nie zna nikogo, kto wierzyłby w zamach! Dla porównania, wśród wyborców, nazwijmy to umownie, centroprawicy, tylko jedna czwarta deklaruje, że nie zna nikogo kto nie podzielałby tezy o zamachu. Obrazuje to skalę wyobcowania „obozu postępu”. Co więcej, owa izolacja nie wypływa z odrzucenia przez drugą stronę, lecz w znacznej mierze jest świadomym wyborem. Jak twierdzi Bilewicz „przeciwnicy teorii zamachu nieco brzydzą się 'obozem smoleńskim'. Zamiast zabrać się do przekonania swoich odmiennie myślących rodaków - starają się od nich odizolować.” I tak, co szósty wyborca PO, SLD i Ruchu Palikota nie zgodziłby się na małżeństwo członka rodziny z osobą przekonaną o zamachu, a co piąty nie chciałby z taką osobą pracować. Oto skala zacietrzewienia tych, którzy przy wielu okazjach definiują się zapewne jako osoby tolerancyjne. „Pod tym względem wyborcy PiS, Solidarnej Polski i PJN są bardziej otwarci - oni znacznie łatwiej zaakceptowaliby 'smoleński mezalians' w swojej rodzinie, gotowi też byliby zaakceptować zwolennika hipotezy o 'nieszczęśliwym wypadku' jako swojego sąsiada czy współpracownika” - mówi dr Bilewicz.

Co charakterystyczne, kiedy starałem się znaleźć więcej informacji o Polskim Sondażu Uprzedzeń, w zasadzie wszystkie odnośniki kierowały mnie do tekstów piętnujących „polski antysemityzm”, który dr Bilewicz dzieli na „tradycyjny”, „spiskowy” i „wtórny”. Na marginesie, nawet z tego badania, interpretującego postawy antysemickie skrajnie szeroko, wynika że zanika stereotypowa korelacja między niechęcią do Żydów a wyznawaniem tradycjonalistycznego światopoglądu, co do niedawna było wiodącym motywem wojującego tolerancjonizmu. Niemniej, pastwienie się nad „antysemityzmem” pochłonęło morze farby drukarskiej, natomiast danych na temat uprzedzeń anty-smoleńskich ani dudu. Jak na dłoni widać tutaj spozycjonowanie wiodących mediodajni jako pasów transmisyjnych pedagogiki wstydu. I tu zapewne tkwi jedna z przyczyn dlaczego ci „światli europejczycy" są tacy zamknięci aż do granic apartheidu. Naczytają się o odrażającej, ciemnej, żydożerczej tłuszczy i dla zachowania własnego statusu, w obawie przed „deklasacją", nie chcą mieć nic wspólnego z tymi, którzy w ich oczach są ucieleśnieniem wstecznickiego zabobonu.

III. Sprawiedliwy w Sodomie

Szacunek dla doktora Bilewicza, że mimo lewicowego światopoglądu sam potrafi się wznieść ponad uprzedzenia i głośno mówić o zjawiskach, które stawiają w niekorzystnym świetle bliskie mu środowiska, bo można się domyślać, że nie przysporzy mu to sympatii w stołecznych kawiarniach. Okazuje się, że nawet w Sodomie można znaleźć sprawiedliwego. Dla porównania przypomnę tu kuriozalną wypowiedź obrazującą postawę skrajnie odmienną, a typową dla opisanej tu anty-smoleńskiej izolacji. Już w 2010 roku prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik sformułował pogląd, że „nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. (...) Pora, by zacząć żyć 'obok' siebie, a nie 'razem'.”

Innymi słowy, prof. Markowski wezwał do wewnątrzpolskiego apartheidu. Jak widać, jego postulat w ciągu kilku zaledwie lat przełożył się na społeczną rzeczywistość. Znakomicie komentuje to wypowiedź Michała Bilewicza z omawianego tu wywiadu: „Otwarci z pozoru liberałowie i lewicowcy odgradzają się od swoich adwersarzy już nie tylko psychologicznym murem niechęci - ale też coraz częściej realnymi murami grodzonych osiedli. O ile niegdysiejsze warstwy oświecone (…) starały się przekonywać i edukować ludzi biedniejszych i mniej wykształconych - tak dzisiaj w warstwach tych dominują przekonania pełne pogardy i chęć odizolowania się od nielubianych poglądów 'smoleńskiego motłochu'.

I już tylko uwaga na zakończenie: w postępowym dyskursie od pewnego czasu robi furorę słówko „judaizacja”, mające oznaczać wykluczenie i dyskryminację różnorakich mniejszości. W tym kontekście mówi się m.in. o „judaizacji geja”. Czy usłyszymy kiedyś ze strony jaśnie oświeconych szermierzy tolerancjonizmu o „judaizacji ludu smoleńskiego”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł został opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (28.04 – 11.05.2014)

 

czwartek, 24 października 2013

Strategia rozpaczy

Strategia rozpaczy „GW” wygląda następująco: nie podejmować jakiejkolwiek merytorycznej polemiki, w zamian zaś epatować najniższego sortu szyderą.

I. Mobilizacja żulerni

W trakcie trwania dwudniowej II Konferencji Smoleńskiej śledziłem sobie reakcje reżimowych mediodajni, ze szczególnym uwzględnieniem portalu „Wyborczej” i muszę stwierdzić, że oni nie mają już niczego. Wyczerpali cały arsenał. Trudno bowiem inaczej wyjaśnić powód tej szamotaniny między próbami przemilczenia, a prymitywnymi drwinami. Zupełnie, jakby ośrodki dyspozycyjne nakazały zajęcie ostatniej linii okopów. Obecnie, ta strategia rozpaczy wygląda następująco: nie podejmować jakiejkolwiek merytorycznej polemiki z ustaleniami ekspertów Zespołu Parlamentarnego, w zamian zaś epatować najniższego sortu szyderą, prostackim rechotem zdolnym przemówić jedynie do najgorszej mentalnej żulerni od Palikota.

Zresztą, patrząc na kurczący się nakład „Wyborczej” niewykluczone, że obecnie to właśnie jest jej zasadniczy target – że dała sobie ostatecznie spokój z ambicjami kreowania elit i wyznaczania kierunków polityczno-ideowych dla III RP. Teraz, by utrzymać się na powierzchni może już tylko mobilizować wokół siebie różne męty wydobyte na powierzchnię podczas operacji „Krzyż” - tych weteranów nocnego szczania na znicze, gaszenia petów na karkach modlących się kobiet i wrzeszczenia „pokaż cycki”. Wystarczy spojrzeć na komentarze pod „smoleńskimi” artykułami na portalu „gazeta.pl”. O ile jeszcze kiedyś można było trafić od czasu do czasu na wpisy trzymające elementarny poziom, o tyle dziś mamy tylko kloakę i ściek. Swoi dla swoich między swoimi. Ewidentny syndrom kurczącej się sekty.

II. Strach smoleński

Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę nad tą mobilizacją – palikociarnia nie zniknęła przecież, mimo wyczerpania się świeżości penisorękiego. Ci ludzie są do zagospodarowania, a ponieważ, jak stwierdzono niegdyś na łamach „GW”, „udał się nam Palikot”, więc zaoferowanie przystani tej osobliwej i reprodukującej się międzypokoleniowo formacji społecznej, której ojców skupiał wokół siebie Urban w latach świetności „NIE”, było ze strony „Wyborczej” posunięciem naturalnym. Tym bardziej, że obecnie, wraz z wykruszaniem się i kapcanieniem peerelowskiej inteligencji wpatrzonej w Michnika, „palikociarze” są jej wyjątkowo potrzebni jako rezonator.

No dobrze, ale co ma być dla tej grupy czynnikiem mobilizującym? To samo, co dla jej obecnych patronów z „GW” i dla Dyktatury Matołów powołującej zespół Macieja Laska: strach. Dla opisywanego tu pospolitego ruszenia weteranów spod Krzyża jest to strach przed obnażeniem wobec świata i łazienkowego lustra ogromu własnego ześwinienia. Dla tych stojących wyżej, jest to strach o wiele większego kalibru: widmo odpowiedzialności karnej (Dyktatura Matołów), oraz ostatecznej kompromitacji, zejścia ze sceny publicznej i bankructwa („Wyborcza” i okolice).

III. Operacja „Krzyż” - reaktywacja

Te paroksyzmy przerażenia wstrząsają „Wyborczą” dość regularnie, co zdarzało mi się nie bez satysfakcji opisywać m.in. w notkach „Strach rocznicowy” i „Antysmoleńskie opętanie”. Tym razem detonatorem była inicjatywa prof. Kleibera zorganizowania debaty smoleńskiej, w której obie strony miałyby możliwość przedstawienia stanowisk w formie referatów spełniających warsztatowe kryteria naukowości. Do tego nie wolno było dopuścić – i „Wyborcza” rzutem na taśmę wykonała zadanie, rozpętując histerię wokół wyrwanych z kontekstu zdań pochodzących z zeznań naukowców współpracujących z Zespołem Parlamentarnym. Udało się - Maciej Lasek zyskał pretekst do zerwania polemik z Zespołem Macierewicza, a prof. Kleibera przywołano do porządku i wycofał się z niewczesnego pomysłu.

Ceną tej akcji jednak dla „GW” było zejście poniżej dna i zeszmacenie się tak drastyczne, że teraz zostało jej już tylko to, o czym wspomniałem na wstępie: rezygnacja z wszelkich pozorów merytoryki i ucieczka w tanią szyderę. Innymi słowy, postanowiono reaktywować coś w rodzaju „operacji Krzyż”, tyle, że już nie w realu, a w przestrzeni czysto medialnej. To, co było do niedawna domeną zarówno płatnych jak i ochotniczych trolli, zyskało „obywatelstwo” na salonach. Stąd tytuł „Festiwal smoleński” nadany relacji „na żywo” z Konferencji, sprowadzonej do permanentnego rechotu z puszek, parówek i „piijiii, bziuuu!”. Inna sprawa, że nieoczekiwanego „kopa” napędzającego tę nową inkarnację „przemysłu pogardy” dało arcygłupie, by nie rzec dosadniej, postępowanie prof. Rońdy, który postanowił sobie „poblefować” i zagrać z Kraśką w pokera na smoleńskim błocie.

Ale, jak nadmieniłem wcześniej, to już ostatnia linia okopów. Skoro wcześniej jeszcze próbowano mierzyć się z Zespołem Parlamentarnym na argumenty, a teraz mamy już tylko nagie zbydlęcenie, to znaczy, że z nimi koniec. Doszli do ściany. I chyba nawet zdają sobie z istnienia tej „ściany” sprawę – zapewne nie od dziś, skoro Katarzyna Kolenda-Zaleska już w kwietniu w przypływie szczerości „wysypała się” ujawniając oficjalną wykładnię obowiązującą w Sekcie Pancernej Brzozy: „prawda już została ustalona, żadne fakty jej nie zmienią”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/strach-rocznicowy

http://niepoprawni.pl/blog/287/antysmolenskie-opetanie

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolensk-jako-narzedzie-zmiany

sobota, 13 kwietnia 2013

Antysmoleńskie opętanie

Potępieńcze wycia dobiegające z łamów "GW", znamionujące antysmoleński obłęd, lub zgoła opętanie, mają wspólny mianownik. Jest nim strach.

I. Wycie potępionych

Muszę przyznać, że w dni poprzedzające rocznicę Tragedii powodowany jakąś zwyrodniałą ciekawością śledziłem dość pilnie internetowe strony „Wyborczej”, ze szczególnym uwzględnieniem tekstów „smoleńskich”. I szczerze mówiąc, aż takiego natężenia skrajnych emocji i nienawistnej miotaniny antysmoleńskiej sekty z ulicy Czerskiej jednak się nie spodziewałem. Momentami przypominało to wręcz chóralne wycie potępieńców strąconych w najgłębsze otchłanie piekieł. Jednym słowem, ci wszyscy ludzie – Kublik, Wroński, Maziarski, Kurski i cała reszta agorowej menażerii, sprawiali wrażenie opętanych. Innego wytłumaczenia dla tego co wypisywali zwyczajnie nie widzę. To jest proszę Państwa opętanie w stanie czystym, co w sumie nie powinno dziwić, gdyż jeśli ktoś zaprzedaje się bez reszty w służbie złu, to prędzej czy później musi mieć to swoje konsekwencje.

Co ciekawe, kiedy dwa lata temu, przy okazji pierwszej rocznicy Smoleńska diagnozowałem „Strach rocznicowy” (również na podstawie okolicznościowej lektury gazetowyborczych tekstów), owo sekciarskie znerwicowanie miało znacznie łagodniejszy charakter. Dawało się wręcz odczuć nastawienie typu: prawda, są oszołomskie siły na które należy zwracać baczną uwagę i dawać w porę odpór, ale generalnie sytuacja jest pod kontrolą, i pozostało już tylko pracować nad ustawiczną delegitymizacją pamięci a wszystko dobrze się skończy. Przed rokiem byłem wręcz gotów skonstatować ze smutkiem, że ta operacja na żywej tkance świadomości narodu się powiodła i będziemy mieli jeszcze bardzo długo „Smoleńskie status quo” w moskiewskim cieniu: z 25% mniejszością „niezłomnych”, osamotnionych w swym bezsilnym wołaniu o prawdę – i całą resztą wykorzenionych konformistów ze skrupulatnie zabetonowanymi sumieniami, nie przyjmujących do wiadomości istnienia „obowiązków polskich”, nie wspominając już o jakiejkolwiek próbie ich podjęcia.

II. Wybudzanie z letargu

I oto jednak okazuje się, że niezłomny upór w demaskowaniu smoleńskiego kłamstwa popłacił, że odsetek osób odrzucających reżimową narrację powoli, lecz konsekwentnie się powiększa. Może nie wszyscy z „nawróconych” wierzą w zamach, zresztą nie o to chodzi, by z miejsca przyjęli tezy zespołu Antoniego Macierewicza czy „Gazety Polskiej”, jednak łączy ich wzrastający krytycyzm wobec oficjalnych „ustaleń” wyłożonych w raportach MAK i tzw. „komisji Millera”. Widzą luki, niedoróbki, drastyczne zaniechania, nieprzeprowadzenie elementarnych ekspertyz i badań, wreszcie – unikanie jakiejkolwiek konfrontacji i żenujące krętactwa, których symbolem była konferencja prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa skorelowana z propagandowym wzmożeniem reżimowych mediodajni usiłujących ludziom wmówić, że specjalistyczny sprzęt nie jest w stanie odróżnić materiałów wybuchowych od pasty do butów, czy namiotu z PCV. O niesławnym „metr w głąb” i skandalach z zamianą ciał ofiar już nie wspominając.

Tego powolnego wprawdzie i postępującego dość opornie, ale jednak skutecznego wybudzania opinii publicznej ze smoleńskiego letargu nie byłoby bez kilku współgrających ze sobą elementów. Po pierwsze, bez Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza – tu szczególną rolę odegrały konferencje z udziałem naukowców polskich i zagranicznych, których nie da się „unieważnić”, bo stoi za nimi konkretny dorobek i renoma uczelni na których pracują. Po drugie, na skutek pacyfikacji „Rzeczpospolitej” oraz „Uważam Rze” przez nasłanego do Presspubliki reżimowego „słupa”, wypączkowały dwa tygodniki o ponad stutysięcznym nakładzie - „wSieci” oraz „Do Rzeczy” - skutecznie przełamujące monopol opcji prorządowej na rynku prasy i częściowo niewelujące przekaz elektronicznych mediodajni. Hajdarowicz chyba w najczarniejszych snach nie przypuszczał jak niedźwiedzią przysługę odda władzy jego aktywność. Po trzecie, tradycyjne opozycyjne media – grupa „Gazety Polskiej” oraz media toruńskie wraz ze swym społecznym zapleczem (Kluby „GP”, Rodziny Radia Maryja) z żelaznym uporem kontynuowały swą linię porzucając na szczęście propagowanie nieweryfikowalnych hipotez. No i po czwarte wreszcie – Drugi Obieg 2.0, czyli internet i różne oddolne społeczne inicjatywy funkcjonujące na zasadzie roju – pozwalające ominąć opiniotwórczy monopol Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

III. Film Gargas w TVP - tu was boli!

Wszystko, co wymieniłem powyżej wzięte razem do kupy stworzyło wartość dodaną. Ciśnienie okazało się na tyle mocne, że koniec końców nawet prezes rządowej TVP Juliusz Braun uznał za stosowne ugiąć się i wyemitować „Anatomię upadku” Anity Gargas, za co zebrał regularny ochrzan (pod pozorem wywiadu) od Agnieszki Kublik, pełniącej w medialnym światku III RP rolę swoistego supervisora od kadr i czystości linii programowej, wzmocniony jeszcze paranoidalną reakcją Janiny Paradowskiej.

I chyba właśnie ta decyzja władz TVP zabolała agorową sektę najmocniej i sprawiła, że antysmoleńska wścieklizna rozlała się na łamach „GW” bez żadnych ograniczeń, czego przykładem był choćby „smoleński dodatek” operujący retoryką rodem z „Żołnierza Wolności”. Tak po ludzku, to nawet ich rozumiem. Wiedzą, że bronią złej sprawy - z czystej, obsesyjnej nienawiści do „Kaczora” i tubylczego motłochu do którego czują wyłącznie podszytą strachem odrazę. Ta świadomość kłamstwa i współanimowania gigantycznej manipulacji na de facto rosyjskich warunkach sprawia, iż w okolicach rocznicy niejako sami z siebie popadają w najdziwniejsze stany świadomości, które byle odstępstwo od przewidzianego biegu rzeczy może przerodzić w nieopanowaną histerię. Co innego Pospieszalski w późnowieczornym paśmie TVP Info, a co innego produkcja Gargas i „Gazety Polskiej” we flagowej „Jedynce”. I jeszcze te dane o oglądalności – ponad 3 mln widzów...

IV. Lot kamikaze

Te potępieńcze wycia, znamionujące jakiś sekciarski, antysmoleński obłęd, lub - jak napisałem na wstępie – zgoła opętanie, mają wspólny mianownik. Jest nim strach. W swym zacietrzewieniu i matactwach zabrnęli tak daleko, że gdzieś po drodze sprawa utrzymania smoleńskiego kłamstwa stała się dla nich kwestią życia i śmierci. Stąd nawoływania, żeby rząd dał wreszcie odpór, żeby poszczuł „eksperta” Laska z przybocznymi, żeby nie oddawać pola... Stąd piana ściekająca na klawiatury redakcyjnych komputerów. Kres ich narracji oznacza bowiem, że do szerokiej publiczności dotrą wszystkie łajdactwa jakich w smoleńskiej sprawie dopuszczali się od kwietnia 2010 roku. A wtedy znikną. Po prostu ich nie będzie. Spakują manatki, bowiem taka kompromitacja będzie – poza wszystkim innym – biznesowym gwoździem do trumny i tak coraz cieniej przędącej „Agory”.

Najlepsze zaś jest to, iż działając niczym spanikowani obsesjonaci, popełniają na naszych oczach wizerunkowe seppuku. Okołorocznicowa furiacka miotanina jako żywo bowiem przypomina medialne wyczyny Michnika z okresu „rywingate” – akurat wtedy gdy szefostwo „Agory” prowadziło kampanię reklamową „nam nie jest wszystko jedno” mającą przywrócić „Wyborczej” nadszarpniętą reputację. Dla medium, które zbudowało swą markę jako pismo ludzi rozważnych, umiarkowanych i generalnie „na pewnym poziomie” jest to istny lot kamikaze. Nie powiem, żeby było mi szczególnie przykro.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 19 sierpnia 2012

Krajobraz po pojednaniu

Jakie „raty” przyjdzie Polsce i polskiemu Kościołowi spłacać w ramach „ceny za pojednanie”?

I. Za jaką cenę?

No cóż, chyba jednak miałem rację, pisząc w jednym z komentarzy pod moją ostatnią notką, iż treść „Wspólnego Przesłania do Narodów Polski i Rosji” podpisanego przez abp. Michalika i patriarchę Cyryla I będzie nieistotna, a w każdym razie – drugorzędna. Liczył się będzie sam fakt wystosowania orędzia i jego bliższe oraz dalsze konsekwencje polityczne. W dokumencie nie znalazło się bowiem nic szczególnego – jeśli go wycisnąć, zostają dwa podstawowe punkty: po pierwsze - wezwanie do pojednania i dialogu na bazie „wybaczenia krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem (to budowanie fałszywej symetrii jest szczególnie rażące), tudzież wspólnych badań historycznych; po drugie – zaakcentowanie obopólnego sprzeciwu wobec galopującej Antycywilizacji Postępu. Taki sojusz „obu płuc Europy” byłby niewątpliwą wartością, rodzi się jednak pytanie: za jaką cenę?

Pierwsza „rata” owej ceny została zapłacona jeszcze przed wizytą patriarchy Cyryla w postaci słynnego wywiadu abp. Michalika dla KAI. Robił on wręcz wrażenie swoistej „podgatowki”, z odcięciem się od kontekstu katastrofy smoleńskiej na czele – przeniesieniem jej do kategorii „symboli” i pryncypialną krytyką tych, którzy posługując się „takimi teoriami i hasłami robią sobie i tragedii smoleńskiej największą szkodę!”. Zupełnie, jakby nie było skandalicznego, uszytego pod założoną z góry tezę, pseudo-śledztwa i ustaleń niezależnych ekspertów obalających oficjalną narrację. Nie da się ukryć, iż posiało to nieufność między hierarchią, a częścią środowisk wspierających Kościół w jego arcytrudnej, cywilizacyjnej batalii. Środowisk, dodajmy, opozycyjnych, które i tak są marginalizowane i sekowane w przestrzeni publicznej – zarówno przez rządzącą Dyktaturę Matołów, jak i wiodące mediodajnie, będące ekspozyturą Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Jak w tej sytuacji Kościół wyobraża sobie budowanie społecznego zaplecza dla wyzwań współczesności zdefiniowanych w „Przesłaniu”, którym będzie się starał stawić czoła wspólnie z moskiewską Cerkwią?

Na dodatek, strona polska przegapiła fakt, iż „pojednanie” może stać się politycznym haczykiem – i tu kłania się zlekceważenie uzależnienia Cerkwi, na której czele stoi agent KGB „Michajłow”, od czekistowskiego reżimu Putina. Od tej pory, ilekroć Kościół będzie się starał zrewidować swe stanowisko, czy to w sprawie Smoleńska, czy też fałszywej symetrii „wzajemnych win”, Cerkiew zawsze może zagrozić zamrożeniem, czy wręcz zerwaniem „dialogu”, obarczając winą „antyrosyjskie resentymenty” po polskiej stronie.

II. Kościół w roli ulubieńca reżimowych mediodajni

Powyższych politycznych kontekstów nie omieszkał wychwycić i odpowiednio podgrzać obóz reżimowych ośrodków opinii, na co dzień skrajnie wrogich polskiemu Kościołowi, hołubiących zaś współczesną mutację „księży-patriotów” ze środowisk „katolicyzmu otwartego”, którego przesłanie można sprowadzić do wycofania się Kościoła ze swego nauczania pod dyktando lewicy – tak jak stało się to ze wspólnotami protestanckimi (i częścią katolickich) w Europie Zachodniej. Stało się tak dlatego, iż w przeciwieństwie do historycznego „Orędzia” biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku, które pozostawało w kontrze wobec polityki Gomułki, obecna linia Episkopatu spuentowana „Wspólnym przesłaniem...” wpisuje się idealnie w prorosyjski kurs obecnej władzy, popieranej przez wiodące mediodajnie.

Kolejnym powodem było wbicie klina pomiędzy Kościół a środowiska patriotyczno-niepodległościowe, zwane wzgardliwie „sektą smoleńską” - no i rzecz jasna uderzenie w największą partię opozycyjną – Prawo i Sprawiedliwość. Stąd nieskrywana schadenfreude objawiająca się m.in. takim oto uroczym tytułem, jak „Obóz smoleński zawył na arcybiskupa Michalika”. Na taką okoliczność postanowiono w „GW” przeprosić się z batożonym dotąd na jej łamach z postępowych pozycji konserwatywnym hierarchą, którego z miejsca zaczęto prezentować jako męża stanu niemal na miarę kardynała Wyszyńskiego. Dokopanie „sekcie smoleńskiej” najwyraźniej okazało się być warte tej „mszy”. Na podobnej zasadzie postanowiono przymknąć oko na moskiewski sojusz tronu z ołtarzem, tak skądinąd niemiły postępowcom w innych krajach i okolicznościach.

Zabawne było obserwować rozkrok w sprawie wyroku na aktywistki „Pussy Riot”, ogłoszonego – cóż za przypadek – akurat w dniu podpisania warszawskiego „Przesłania”. Od siebie powiem, że uważam te „działaczki” za typowe, zacietrzewione lewackie kretynki, podobnie jak ich „siostry” z FEMEN-u, ścinające krzyż poświęcony ofiarom NKWD. Nie oszukujmy się – nawet, gdyby stosunki cerkiew-państwo były w Rosji ułożone wedle modelu zachodniego, nie powstrzymałoby to „performerek” przed profanacją świątyni, tak jak onegdaj nie powstrzymało aktywistów gejowskich przed profanacją katedry Notre-Dame, czy u nas „człowieka-motyla” przed naigrawaniem się z procesji Bożego Ciała. Albowiem, wyznacznikiem tego rodzaju „wolnościowości” nieodmiennie jest obsesyjny antyklerykalizm i nienawiść do chrześcijaństwa jako takiego.

Niemniej, postawa postępowych mediodajni, które grzmiąc o dwóch latach łagru dla „Pusiek” dokładały zarazem wszelkich starań, by odbiorca widział to „osobno” w stosunku do wizyty Cyryla I i jednoznacznie konserwatywnej trzeciej części „Przesłania”, była ciekawą poglądową lekcją manipulacji, od których aż roiło się w medialnym przekazie.

Zwróćmy bowiem uwagę na okoliczność – co stanowi kolejny dowód na potwierdzenie tezy, iż treść przesłania będzie drugorzędna wobec jego politycznej wymowy – że religijno-moralne i społeczne elementy dokumentu gdzie jest mowa m.in. o „postępującej sekularyzacji”, oraz „prawie do obecności religii w życiu publicznym”, skrywane są starannie na planie dalszym, by nie mąciły przekazu. Nawet jeśli wypowie się pan Obirek o „fundamentalistycznym polskim katolicyzmie” i „konfrontacyjnej Cerkwi”, zaś Adam Michnik w tradycyjnie kabotyńskim wstępniaku upomni się o godność dla „inaczej myślących” (zupełnie jakby „Przesłanie” komukolwiek godności odmawiało), nie zakłóci to ogólnej wymowy, że - jak ujęła to „Wyborcza” - „dzieje się historia”.

Nie oznacza to jednak, iż broń oskarżeń o katolicko-cerkiewny „fundamentalizm” nie zostanie wykorzystana w przyszłości, gdy tylko postępowe środowiska uznają za celowe użyć jej do swej antycywilizacyjnej kampanii.

III. Warto było?

Podsumowując, efekty aktu „pojednania” na dzień dzisiejszy wyglądają następująco:

1) polski Kościół zasiał ziarno nieufności w duszach swych najbardziej oddanych, patriotycznych zwolenników i obrońców;

2) w zamian zyskał kilka motywowanych koniunkturalnie słodkich słówek ze strony środowiska na co dzień wojowniczo antyklerykalnego i nastawionego wrogo do patriotyzmu, religii i tradycji, które postanowiło wykorzystać „Przesłanie” do własnych, doraźnych celów;

3) za chwilę to samo środowisko może za to samo „Przesłanie” poddać polski Kościół skrajnej krytyce, obarczając np. współodpowiedzialnością, jako „sojusznika” Cerkwi, za kolejne putinowskie wyroki w stylu tego na „Pussy Riot”;

4) Cerkiew rosyjska nie przyjęła na siebie żadnych zobowiązań dotyczących chociażby sytuacji katolików w Rosji, bez porównania gorszej, niż prawosławnych w Polsce;

5) Kościół polski wystawia się w przyszłości na polityczny szantaż, polegający na tym, by w spornych polsko-rosyjskich kwestiach zajmował stanowisko podobne temu, jakie zajął abp. Michalik wobec Smoleńska – pod groźbą zamrożenia dialogu i obarczenia winą „rusofobicznej” strony polskiej;

6) Kościół potencjalnie może stać się zakładnikiem prorosyjskiej polityki obecnej władzy i współwinnym jej konsekwencji w społecznym odbiorze;

7) i na odwrót – jeśli w przyszłości władzę przejmą siły prezentujące wobec Rosji bardziej stanowcze i podmiotowe stanowisko, Kościół może stać się obiektem nacisków, by „coś zrobić” i wpłynąć zakulisowo na złagodzenie niewygodnego dla Rosji kursu polskiego rządu – wszystko, oczywiście, w imię „dialogu” i „pojednania”.

Powyższa wyliczanka, to jedynie przykład możliwych „rat”, które przyjdzie spłacać w ramach ceny za „pojednanie”. Nie sposób nie zapytać: warto było?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Tekst „Wspólnego Przesłania do Narodów Polski i Rosji: http://ekai.pl/biblioteka/dokumenty/x1430/wspolne-przeslanie-do-narodow-polski-i-rosji/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/pojednanie-z-zywa-cerkwia

http://niepoprawni.pl/blog/287/poligon-doswiadczalny-watykanskiego-ekumenizmu

czwartek, 12 lipca 2012

Nieznośna lekkość zarzutów

Zarzuty w rękach niezależnej prokuratury to byty posiadające jakiś status autonomiczny, niezależny od organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.

I. Generałów dwóch

Czytam, że niezależna prokuratura postanowiła wreszcie zainteresować się generałem Janickim, w związku z zaniedbaniami towarzyszącymi obu lotom do Smoleńska – 07 i 10. kwietnia 2010. Uchybienia, o których postanowiono zawiadomić szefa MSW Jacka Cichockiego, w którego gestii leży nadzór nad BOR, to: „bezpodstawne zaniżenie stopnia zagrożenia każdej z obu wizyt; nierozpoznanie lotniska Siewiernyj; brak rozpoznania pirotechnicznego; nieprzeprowadzenie rekonesansu na lotnisku; brak informacji, jakich sił i środków użyje strona rosyjska; brak łączności z ochroną i osobami ochranianymi.” (za Niezalezna.pl)

Gwoli przypomnienia – Marian Janicki, obecnie szefujący BOR, to ten sam, który w nieco rok po Smoleńsku, 15.06.2011, otrzymał z rąk Bronisława Komorowskiego awans z generała brygady na generała dywizji, wspólnie ze swym zastępcą, Pawłem Bielawnym, którego tenże Komorowski wyniósł ze stopnia pułkownika do generała brygady. Później już losy obu panów potoczyły się nieco odmiennie, albowiem prokuratura w lutym 2012 roku przedstawiła Bielawnemu zarzuty w sprawie niedopełnienia obowiązków w związku z lotami premiera i prezydenta do Smoleńska, oraz poświadczenia nieprawdy w dokumencie. Generałowi Janickiemu przyszło zawiesić swego wice- w czynnościach służbowych, natomiast minister Cichocki momentalnie „klepnął” dymisję.

W świetle wymienionych na wstępie prokuratorskich zarzutów wobec generała Janickiego wychodzi więc na to, iż generał Bielawny poleciał mniej więcej za to samo, za co na stanowisku szefa BOR dzielnie trwa kierowca w generalskich lampasach – czyli nasz bohater. Na marginesie, jego kariera - od kierowcy Wałęsy, gdy ten kandydował w 1990 roku na prezydenta, poprzez faceta od logistyki, aż po zwierzchnika teoretycznie elitarnej jednostki chroniącej najważniejsze osoby w państwie, dobitnie pokazuje mechanizmy kreowania przywódczych elit naszych sił zbrojnych. I pewnie nie tylko ich.

Jeszcze słówko o Bielawnym. Otóż, żeby generał Bielawny sobie nie krzywdował, a zwłaszcza, żeby nie rozwiązał mu się język, do którego powtórnego zawiązania trzeba by zatrudniać Seryjnego Samobójcę – co to „bez udziału osób trzecich” i tak dalej... no więc, żeby sobie nie krzywdował, znalazła się wkrótce dla niego sympatyczna synekura. Został mianowicie – już z prokuratorskimi zarzutami – w kwietniu 2012 roku doradcą wojewody małopolskiego Jerzego Millera, u boku którego miał czuwać, jako sprawdzony fachowiec, nad bezpieczeństwem VIP-ów podczas Euro2012.

Ten cały wojewoda małopolski Miller Jerzy, to oczywiście ten sam Miller Jerzy, który w poprzedniej kadencji jako minister spraw wewnętrznych i administracji – a więc również zwierzchnik BOR – odpowiadał w ostatecznym rozrachunku za te wszystkie zaniedbania, o które prokuratura oskarżyła generała Pawła Bielawnego, a jakimś cudem nie oskarżyła jego przełożonych – czyli generała od kierownicy Janickiego, oraz ministra Millera właśnie, za którego czasów doszło do smoleńskiej tragedii. No i oczywiście szefował słynnej komisji własnego imienia, której przewodniczył bohatersko nie zważając na konflikt interesów – ale to osobna historia.

II. Zarzuty i „bolączki”

Jak z powyższego widać, zarzuty w rękach niezależnej prokuratury to byty ulotne, a może wręcz posiadające jakiś status autonomiczny, niezależny od organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Ich nieznośna wręcz lekkość powoduje, że owe zarzuty, niczym duch swobodny, krążą kędy chcą, by trafić w jednych pechowców, ominąć zaś innych. No, ale skoro prokuratura jest niezależna, to i zarzuty muszą być niezależne – jedna niezależność jest pochodną drugiej, logiczne.

Ale powróćmy do generała od kierownicy, Janickiego Mariana, którego bez charakteryzacji można by wkręcić w tym jego mundurze i olbrzymiej generalskiej czapie jako statystę do jakiejś operetki. Otóż lęgnące się w niezależnej prokuraturze, niezależne-samobieżne zarzuty trafiły go poniekąd rykoszetem, bo gdzieżby tam niezależna prokuratura mogła tak sama z siebie jakiekolwiek zarzuty stawiać. Zarzuty trafiły już w generała Bielawnego, kozioł ofiarny jest i wystarczy tego rozpasania.

Cóż bowiem tak naprawdę zrobiła prokuratura? Ano, zwróciła się do zwierzchnika generała Janickiego, czyli do ministra spraw wewnętrznych, pana Jacka Cichockiego z odpryskiem dopiero co szczęśliwie umorzonego śledztwa badającego tzw. „wątek cywilny” Tragedii Smoleńskiej. W wątku tym, jak wiemy, samobieżne zarzuty za Chińczyka ludowego jakoś nie chciały trafić w nikogo z wierchuszki Dyktatury Matołów, ze szczególnym uwzględnieniem premiera Tuska, szefa KPRM Tomasza Arabskiego, ministra ds. Twittera Radosława Sikorskiego, b. szefa MON Bohdana Klicha – no po prostu nikogo nie szło namierzyć. Jest to zresztą zgodne z naczelnym paradygmatem władzy sprawowanej przez Dyktaturę Matołów, iż ta za nic odpowiadać nie może – a że na tak sformułowany paradygmat władzy nie ma rady, więc niezależna prokuratura musiała zwinąć zabawki i tylko na odchodnym skierowała do ministra Cichockiego pisemko w trybie art. 19 KPK, by ten w ciągu miesiąca raczył ustosunkować się do stwierdzonych w toku postępowania „uchybień”.

Rozumiecie Państwo? To nie są żadne prokuratorskie zarzuty wobec Janickiego, tylko „uchybienia” zauważone w toku śledztwa – bo też żadnych przestępstw w cywilnym wątku niezależna prokuratura się nie dopatrzyła, stwierdzając jedynie „niedociągnięcia” i „nieprawidłowości” (kiedyś mówiło się: „bolączki”). I z tych „bolączek” po wskazaniu ich przez prokuraturę szefowie poszczególnych resortów mogą wyciągnąć wobec podległych sobie służb „surowe konsekwencje” w ramach postępowań dyscyplinarnych (o ile nic się nie przedawniło). A gdy w wyznaczonym terminie nie nadeślą prokuraturze „wyjaśnień” i nie podadzą „środków podjętych w celu zapobieżenia takim uchybieniom w przyszłości” (art.19 §2 KPK), ta może nawet „nałożyć na kierownika organu zobowiązanego do wyjaśnień karę pieniężną w wysokości do 3.000 złotych (art.19 §3 KPK).

Widzicie, jak się trzęsą Tusk z Arabskim i cała reszta? Ja też to widzę.

III. Kolejny egzamin

Powtórzę to jeszcze raz: „bezpodstawne zaniżenie stopnia zagrożenia każdej z obu wizyt; nierozpoznanie lotniska Siewiernyj; brak rozpoznania pirotechnicznego; nieprzeprowadzenie rekonesansu na lotnisku; brak informacji, jakich sił i środków użyje strona rosyjska; brak łączności z ochroną i osobami ochranianymi.”

To wszystko, drodzy Państwo, nie są w oczach niezależnej prokuratury przestępstwa podpadające pod jakikolwiek artykuł Kodeksu Karnego. A już na pewno nie pod art. 231 §1 KK: „Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków (wytł. moje - GG), działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Nic z tych rzeczy - to całe „zaniżenie stopnia zagrożenia”, „brak rozpoznania”, „nieprzeprowadzenie rekonesansu” i tak dalej – to tylko proceduralne uchybienia, które minister ma na przyszłość wykluczyć, bo jak nie to zasoli mu się karę „do 3.000 złotych”. Tylko... o co w takim razie oskarża się generała Bielawnego?

Tak więc, możemy poczytać sobie o nieprawidłowościach wytkniętych srogim palcem przez niezależną prokuraturę generałowi Janickiemu i spokojnie pójść do lasu na kurki w błogim przeświadczeniu, że wszelkie bolączki zostaną wypalone rozżarzonym żelazem, zaś państwo polskie po raz kolejny zda egzamin.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zniesmaczeni 2012


…czyli czego nie pojął redaktor Mazurek.


I. To se ne wrati

Po lekturze manifestu Roberta Mazurka „Więcej nie pójdę przed pałac” w pierwszym odruchu wzruszyłem ramionami i pomyślałem: obejdzie się, łaski bez. Jednak po namyśle stwierdziłem, że warto się do tego tekstu odnieść, sądzę bowiem, iż Mazurek zaprezentował stanowisko charakterystyczne dla nieco szerszej grupy osób, których razi „upartyjnienie”, tudzież „uwiecowienie” rocznicowych obchodów smoleńskiej katastrofy. Otóż wydaje mi się, że podstawowym błędem popełnianym przez grupę, nazwijmy to - „zniesmaczonych” - jest tęsknota za nastrojem podniosłej żałoby, zadumy, smutku i jedności, tak pięknie przeżywanych w pierwszych dniach po tragedii.

Nic z tego. To se ne wrati. Pierwszy cios obliczony na podzielenie Polaków i rozhuśtanie antysmoleńskich emocji został zadany już w trakcie Żałoby Narodowej za pomocą grupy krzykaczy zwerbowanych przez pracownika biura eurodeputowanej PO Róży Marii Gräfin von Thun und Hohenstein (de domo Woźniakowskiej), protestujących przeciw pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu. Potem przemysł pogardy i nienawiści ruszył już na powrót pełną parą, pracując niestrudzenie nad delegitymizacją społecznej pamięci o Smoleńsku.

II. Zimna wojna domowa

Przypominam te początki obecnej polsko-polskiej „zimnej wojny domowej”, gdyż Mazurek zdaje się brać w nawias wszystko to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa lata. A wydarzyło się wiele, nastąpił jakiś upiorny ciąg zaniechań, przeniewierstw, kłamstw, została obnażona w całej swej zgniliźnie wszechstronna degrengolada struktur państwa – słowem, uwidoczniła się niespotykana w żadnym normalnym kraju pogarda wobec, mówiąc Dmowskim, „obowiązków polskich” dla których „należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Ta „katastrofa po-smoleńska”, jak określił Ziemkiewicz ów autodestrukcyjny korowód, jest dziś podstawowym paliwem dla ludzkich emocji wyrażanych na kolejnych miesięcznicach – i te emocje, naturalną koleją rzeczy, musiały zdominować również rocznicowe obchody.

Nie ma więc co tęsknić do spontanicznej manifestacji jedności narodowej z pierwszych chwil po tragedii, która zresztą wprawiła prywislańskie salony w stan nerwowej drżączki i sprowokowała redaktora Miecugowa do wygłoszenia na antenie reżimowej mediodajni słynnej frazy o „demonach polskiego patriotyzmu”, innych zaś do dywagacji na temat „kultu Tanatosa”. Tamte chwile należy zachować we wdzięcznej pamięci, ale ze świadomością, że dziś w ludziach, których obchodzi Polska i kwestia wyjaśnienia katastrofy – czyli walka o prawdę w wymiarze bliskim walki o prawdę na temat katyńskiego ludobójstwa - że w tych ludziach, którzy nie „rzygają Smoleńskiem”, w tej grupie 20-30% rymkiewiczowskich Wolnych Polaków dominuje głucha wściekłość i desperacja. Stąd szubienice i ostre hasła na transparentach.

Ludzie obecni w Rocznicę na Krakowskim Przedmieściu czczą pamięć ofiar i Prezydenta Lecha Kaczyńskiego nieustannie, w każdej chwili swego życia - ta pamięć stała się integralną częścią ich tożsamości. Natomiast 10 kwietnia przyszli pod Pałac przede wszystkim domagać się prawdy. Może mam słabe prawo, by na ten temat gardłować, bo zabrakło mnie tego dnia w Warszawie, ale sądzę, że zapoznałem się z przebiegiem uroczystości na tyle gruntownie i „czuję” tę sprawę na tyle głęboko, że niniejsze uwagi są usprawiedliwione.

III. Katastrofa polityczna

Katastrofa smoleńska, poza innymi wymiarami, była katastrofą stricte polityczną. Doszło do niej na skutek politycznej gry polskiego rządu i premiera Tuska osobiście. Gry prowadzonej wspólnie z rosyjskim, czekistowskim reżimem przeciw głowie własnego państwa. Polityczne było od samego początku zachowanie Rosji. Nie wyrokując ostatecznie, czy był to zamach (choć obecnie niemal wszystko na to wskazuje), trzeba jasno sobie powiedzieć, że polityczna tragedia wymaga politycznej odpowiedzi. Stąd taki a nie inny charakter rocznicowego wiecu na Krakowskim Przedmieściu, który tak zniesmaczył redaktora Mazurka.

Polityczny jest też strach rządzącej ekipy, by Tragedia nie dała wyborczego paliwa opozycji i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tym strachem właśnie podyktowane jest zadeptywanie pamięci oraz dziesiątki większych lub mniejszych szykan spotykających w różnych zakątkach Polski próby upamiętnienia Prezydenta, choćby w formie skromnej tablicy, czy popiersia na skwerku. Ta symboliczna przemoc polegająca na – powtórzę – delegitymizacji pamięci, ma polityczny charakter. Wszystko wokół Smoleńska aż ocieka polityką. I nie jest to bynajmniej wina PiS-u, „Gazety Polskiej”, czy Jarosława Kaczyńskiego. Tych nieestetycznych paroksyzmów rażących Mazurka i innych „zniesmaczonych” nie byłoby, gdyby katastrofa była wyjaśniana w cywilizowany sposób, a państwo polskie faktycznie zdało egzamin – i to z czegoś więcej, niż z organizacji pogrzebów.

Czy obchody na Krakowskim Przedmieściu były wiecem wyborczym? W znacznej mierze tak – ale inaczej być nie mogło. Albowiem, jeśli jeszcze cokolwiek można w sprawie Smoleńska wyjaśnić, jeśli jest jeszcze jakakolwiek szansa na odbudowę pozycji Polski choćby tylko w regionie i autorytetu państwa w oczach Polaków, można to osiągnąć jedynie poprzez obalenie obecnej, skurwionej do szczętu, władzy.

Kończąc - odnoszę wrażenie, że zarówno Mazurek jak i pozostali „zniesmaczeni 2012” czuli rumieniec wstydu i zażenowania na widok politycznych transparentów, politycznych okrzyków i politycznych wystąpień. Proszę mi wierzyć, ja ten wstyd i zażenowanie odczuwam na co dzień. Ale z zupełnie innych powodów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 10 kwietnia 2012

Smoleńskie status quo


Herbertowska „zdrada o świcie” odbywa się każdego dnia w sercach i głowach Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.


I. Status quo

Przepatrywałem sobie ostatnio teksty, które ukazały się przed rokiem - przy okazji I Rocznicy Tragedii Smoleńskiej - i prawdę rzekłszy, większość z nich mogłaby ukazać się również dziś, co najwyżej po zmianie drugorzędnych detali. Można zatem powiedzieć, że w kwestii smoleńskiej i okołosmoleńskiej utrzymuje się status quo. Z jednej strony mamy wciąż trzymany pod parą przemysł pogardy, usiłujący dokonać swoistej „delegitymizacji pamięci”, oraz pozostającą pod jego większym bądź mniejszym wpływem społeczną większość, z drugiej zaś zdeterminowaną mniejszość rymkiewiczowskich „Wolnych Polaków” dopominających się o prawdę i bijących głową w mur wrogości lub obojętności.

II. Cień Moskwy

Nad tymi paroksyzmami rozpościera się złowrogi cień Moskwy, która od dawna już przestała udawać cokolwiek i okazuje bez zahamowań, że traktuje „stronę polską” jak bandę pętaków, wobec których rozgrywa swoją grę, składającą się na zmianę z drobnych gestów przeplatanych upokorzeniami. Tak jak dzisiaj, 10.04.2012, kiedy piszę te słowa – wręczono nam 2 tomy akt rosyjskiego śledztwa, lecz by Polaczkom we łbach się nie poprzewracało zapowiedziano twardo, że o wydaniu wraku Tupolewa będziemy mogli rozmawiać dopiero po zakończeniu postępowania przez rosyjskie organa, co w praktyce oznacza stwierdzenie – oddamy wam „Tutkę” (albo i nie), kiedy będzie nam się podobało. Z kolei obietnica wybudowania pod Smoleńskiem pomnika „zrównoważona” została postawieniem w ostatniej chwili na czele rosyjskiej delegacji zamiast ministra kultury Aleksandra Awdiejewa, przewodniczącego Dumy, Siergieja Naryszkina – kagiebisty, zaufanego współpracownika Putina znanego z antypolskich wypowiedzi i niedawnego cenzora zadaniowanego do ścigania niewygodnych z rosyjskiego punktu widzenia publikacji historycznych jako przewodniczący Prezydenckiej Komisji Federacji Rosyjskiej ds. Przeciwstawiania się Próbom Fałszowania Historii ze Szkodą dla Interesów Rosji.

Strona polska oczywiście nawet nie kwiknęła, tylko pokornie uczestniczyła w ramach oficjalnych obchodów w groteskowej uroczystości bicia pokłonów przed Pancerną Brzozą, sankcjonując w ten sposób po raz kolejny kłamstwa raportu Anodiny. Czyli tutaj również wszystko pozostaje po staremu, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie było nowych ustaleń rozsypujących w drobny mak rosyjską narrację i coraz mocniej wskazujących na zamach, jakby nie było Zespołu Parlamentarnego Antoniego Macierewicza, odczytów z czarnych skrzynek negujących tezy naciskowe, czy analiz niezależnych ekspertów obnażających nicość raportu MAK i tzw. komisji Millera.

W tej sytuacji do roli symbolu urasta podkreślanie konieczności zalania betonem pobojowiska na Siewiernym – już, już, szybciutko, do października, zanim przyjdą mrozy, tak, by monument gotów był na następne obchody. Podobno teren ma zostać uprzednio przebadany przez archeologów. Na wniosek rodzin, dodajmy, gdyż polski rząd sam z siebie oczywiście nie widział takiej konieczności. Już widzę, te „badania”. Najpierw będą mnożone rozliczne „trudności”, a następnie, gdy ekipa archeologiczna zostanie w końcu dopuszczona do prac, okaże się, że mają w najlepszym razie kilka dni, bo pospiech, bo czekają betoniarki, zaś wszystko co ewentualnie uda się wygrzebać przekazane zostanie na wieczne nieoddanie Rosjanom. Następnie zaś betoniarki zaleją pamięć i przesiewanie ziemi na metr w głąb zostanie już na zawsze tylko w kłamstwach pani Kopacz, po których próżno szukać śladu w sfałszowanym sejmowym stenogramie.

III. "Konformiści" kontra "niezłomni"

To zalanie betonem pamięci o Smoleńsku jak raz pasuje również do obrazu sytuacji w Polsce – i nie mówię tu jedynie o rządzących oraz ich reżimowych szczekaczkach. Tych zostawmy na chwilę na boku, bo wiadomo, że niczego innego po Dyktaturze Matołów i ich medialnych wyrobnikach nie sposób się spodziewać. Spójrzmy jednak na społeczeństwo – tutaj podobnie jak w przypadku „czynników oficjalnych” nie nastąpił żaden przełom – jest jak przed rokiem i to pomimo wszystkiego, co w przeciągu ostatnich miesięcy wypłynęło na światło dzienne, jednoznacznie wskazując, że to zwyczajnie nie mogła być zwykła katastrofa, że zamach jest na dzień dzisiejszy bardziej prawdopodobny, niż kiedykolwiek przedtem.

W Polsce bowiem dokonał się podział trafnie zdiagnozowany przez Rymkiewicza słowami „To co nas podzieliło – to się już nie sklei” ; podział – widać to wyraźnie – na okres co najmniej pokolenia. To narodowe status quo trwa w zasadzie od momentu zakończenia żałoby. Możemy co najwyżej mieć nadzieję, że uda się obudzić jeszcze kilka osób z „tamtej strony”, ale musimy się także liczyć z tym, że i wśród nas nie sposób będzie utrzymać permanentnej mobilizacji – że ludzie będą się zniechęcać, wykruszać, uciekać w prywatność... - że powtórzy się schemat katyński. Generalnie jednak linia podziału na 25-30% „niezłomnych” i całą resztę „konformistów” będzie się utrzymywała.

Dzieje się tak dlatego, że zdecydowana większość Polaków, o czym pisałem szerzej w tekście „Ani dla jednych, ani dla drugich”, nie tylko gremialnie odmawia przyjęcia na siebie „obowiązków polskich” (a jednym z tych obowiązków jest zarówno Smoleńsk, jak i szeroko rozumiana „katastrofa po-smoleńska”), ale wręcz kategorycznie odmawia przyjęcia do wiadomości samego ich istnienia. Roman Dmowski we Wstępie do „Myśli nowoczesnego Polaka” pisał: „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.” W innym zaś miejscu: „Jestem nim (Polakiem – GG) nie dlatego tylko, że mówię po polsku (...), ale także dlatego, że (…) obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno. (skróty i wytłuszczenia moje - GG) Dziś takiej postawy próżno u większości naszych rodaków szukać.

IV. Zabetonować sumienie

Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”. Bo gdyby się okazało, że to jednak Ruscy zamordowali nam elitę z Prezydentem na czele, to... no właśnie, co? Wypowiemy Rosji wojnę? Porozmawiajcie z jakimkolwiek przedstawicielem „tamtych” - jeśli nie spławi was z miejsca wrzaskiem, że „rzyga już Smoleńskiem”, to prędzej czy później pojawi się ten niemal atawistyczny, paraliżujący strach przed potęgą Kremla, podparty niby-zdroworozsądkową argumentacją, że lepiej się dogadać, nie fikać i handlować, bo przecież Rosja to, panie, taaki rynek i nie ma co narażać kontaktów na szwank z powodu jednego „Kaczora”.

Tak będzie jeszcze długo. Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.

Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii – ostatnio w rocznicowym przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu. Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 5 lutego 2012

Rola Palikota w życiu politycznym III RP

Janusz Palikot nie jest li tylko odrażającym, politycznym błaznem. Jego rola jest o wiele bardziej znacząca i ponura niż wynikałoby to z pozorów.


Do tej pory postać Palikota starałem się omijać w swej blogerskiej publicystyce szerokim łukiem. Niemal fizyczna odraza jaką ten typ mnie napawa sprawiała, że zwyczajnie nie byłem w stanie zmusić się, by cokolwiek o nim napisać. Niemniej, rzeczywistość III RP i wola „elektoratu” sprawiły, że ów osobnik o facjacie nałogowego onanisty został wraz ze swym gumowym sobowtórem jednym z istotniejszych okazów naszego politycznego panopticum i trzeba jakoś scharakteryzować jego rolę – a ta nie sprowadza się bynajmniej do wysilonych happeningów, eskalacji chamstwa i podłości, czy błazenady. To tylko skalkulowane na zimno środki maskujące, mające umożliwić wypełnienie zupełnie innych zadań. Odnieśmy się więc do nich i miejmy to już za sobą.

I. Przemysł pogardy

Jak wiadomo, po objęciu przez śp. Lecha Kaczyńskiego urzędu prezydenta, obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP na polecenie roztaczającej nad nim nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki rozpoczął akcję „podrywania godnościowych podstaw prezydentury”, która to akcja nasiliła się po wygraniu przez obecną Dyktaturę Matołów wyborów w 2007 roku. W uruchomionym wówczas „przemyśle pogardy” poczesną rolę odgrywał Palikot, będący inicjatorem wielkiej części haniebnych wrzutek, podchwytywanych, kolportowanych i nagłaśnianych przez reżimowe mediodajnie – ową zgraną orkiestrę pasów transmisyjnych służącą do ogłupiania i urabiania w pożądanym kierunku rozrechotanej gawiedzi. Tragedia smoleńska poskutkowała jedynie chwilowym antraktem w tym plugawym spektaklu, zaś Palikot schowany na kilka chwil do szafy, został z niej wkrótce wyciągnięty, by kontynuować swą robotę.

Niewidzialna Ręka poczuła się zagrożona widokiem tłumów na Krakowskim Przedmieściu, niespotykanym wybuchem jedności Polaków o groźnym z jej punktu widzenia potencjale, świadectwami „przebudzenia” drzemiącego do tej pory społeczeństwa, natomiast wawelski pochowek Głowy Państwa wprawił obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP w stan niekontrolowanej furii. Palikot znów stał się potrzebny – tym razem do tego, by zdehumanizować Prezydenta już po jego śmierci, rozbić propagandowo zarodki ruchu społecznego mogącego powstać na bazie smoleńskiej hekatomby, na powrót podzielić Polaków na dwa wrogie plemiona i nie dopuścić do wzmocnienia pozycji politycznej ocalałego z braci – Jarosława Kaczyńskiego (pierwotne również miał lecieć do Katynia).

Kolejną istotną funkcją była kwestia zamazania odpowiedzialności za katastrofę. Lecha Kaczyńskiego należało obrzydzić, pamięć o nim zamienić w groteskową karykaturę - „kartofla”, tak by większość społeczeństwa przeszła do porządku dziennego nad skandalicznym zabezpieczeniem wizyty, obniżaniem w porozumieniu z reżimem Putina jej rangi i zakrawającym na zdradę prowadzeniem śledztwa. Była to prosta kontynuacja linii, która doprowadziła do Smoleńska – gdyby nie wcześniejsza działalność Palikota na polu odczłowieczania „Kaczora”, najprawdopodobniej nie ośmielono by się spiskować z Rosjanami w celu rozbicia obchodów katyńskich na dwie uroczystości i w skrajnie deprecjonujący sposób potraktować wizytę Prezydenta.

Warto o tym pamiętać, gdy przyjdzie do rozliczania winnych, tym bardziej, że po Smoleńsku Palikot dalej działał w tym samym kierunku. Łódzki mord polityczny dokonany przez Ryszarda Cybę na fali rozpętanej nienawiści do „pisowców” (w czym brylował Palikot), był wszak uderzeniem zastępczym – pierwotnie ofiarą miał być Jarosław Kaczyński.

II. Na usługach Niewidzialnej Ręki

W każdym razie, Palikot spisał się na medal. Sprawdził się do tego stopnia, iż Niewidzialna Ręka postanowiła wziąć go bezpośrednio pod swą pieczę. Temu służyło wystąpienie z PO i budowa nowej, niby-opozycyjnej siły politycznej gromadzącej w swym zestawie menażerię, której przedstawicieli możemy dziś oglądać w Sejmie. Od pracownika Urbanowego „NIE” po wykolejonego księdza z „Faktów i Mitów” - współpracującego z mordercą bł. ks. Jerzego Popiełuszki, esbekiem Grzegorzem Piotrowskim vel Grzegorzem Pietrzakiem.

W charakterze aniołów stróżów, Niewidzialna Ręka delegowała jednych ze swych najcenniejszych udziałowców – byłego szefa WSI, gen. Marka Dukaczewskiego oraz słynącego ze swych bezpieczniackich „aktywów” Jerzego Urbana, wspierających swego protegowanego. Już tylko te dwa nazwiska powinny być sygnałem ostrzegawczym, by Palikota nie lekceważyć. Tacy ludzie nie inwestują swojego poparcia w byle błaznów. Błaznowi mogą co najwyżej udostępnić basen na „testowanie” stażystek, albo dać napić się wódki, nic więcej.

Pamiętajmy ponadto, iż bliskim przyjacielem Palikota pozostaje obecny prezydent, Bronisław Komorowski, która to znajomość sięga jeszcze czasów wspólnych rosyjskich polowań w miłej kompanii towarzyszy czekistów. Jeżeli dodamy, że Komorowski pozostawał do końca niezłomnym obrońcą WSI, a gen. Dukaczewski, jak sam wyznał, mroził szampana w oczekiwaniu na jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich 2010 roku, to rysuje się nam całkiem ciekawa siateczka wzajemnych współzależności. W tym kontekście określenie „konstrukt służb” jest bodaj najłagodniejszym jakiego można użyć.

III. Poletka pana P.

No dobrze. Zastanówmy się teraz, jakie są obecne zadania Palikota. Widzę tu kilka obszarów działalności. Z „opozycyjnością” wobec PO można dać sobie spokój, gdyż podgryzanie partii rządzącej – wyłącznie werbalne – jest typowym „alibi” mającym uwiarygodnić pozę kontestatora sceny politycznej. Choć niewykluczone oczywiście, że Niewidzialna Ręka wysyła w ten sposób Dyktaturze Matołów dyscyplinujący sygnał, mówiący że ma w rękawie więcej kart którymi może prowadzić rozgrywkę.

Pierwszym „poletkiem” działania pozostaje rzecz jasna kontynuacja „przemysłu pogardy” mająca godzić w społeczne zaplecze Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u. Temu służy wulgarny antyklerykalizm, jadący na najniższych instynktach „polactwa”, takich jak zawiść wobec „pazernych klechów” i proboszczowskiej „fury”. Skoro na skutek politycznych zawirowań stało się tak, że Kaczyński zagospodarował elektorat tradycjonalistyczny, patriotyczny i katolicki, to należy sprawić, by tegoż elektoratu było jak najmniej, zwłaszcza wśród „przyszłościowych”, młodych wyborców. Stąd kokietowanie legalizacją „trawki” i cała reszta „młodzieżowych” postulatów współgrających z maską już nie tyle liberała, ile wręcz libertyna. Wszystko to jest, podkreślmy, skalkulowane na zimno – skoro onegdaj nie wypalił Palikotowi image „chrześcijańskiego biznesmena” i konserwatywnego filozofa, to przyjął bardziej „rokujące” oblicze.

Powyższe komponuje się z postępackimi oczekiwaniami Salonu - środowisko to od dłuższego już czasu świadomie indukuje polsko-polską wojnę światopoglądową, której jednym z bardziej jaskrawych przejawów była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, czy zadymy wokół Marszu Niepodległości. Stąd też uporczywe lansowanie Palikota na politycznego wyraziciela owej wojenki.

Poletko kolejne, równie groźne, to obsadzenie Palikota w roli siły zagospodarowującej społeczne napięcia, frustracje i spodziewane niepokoje. Krótko mówiąc, chodzi o to, by – gdy już wydarzy się nad Wisłą „Budapeszt” (choćby taki, jak masowe protesty na Węgrzech w 2006 roku przeciw rządom postkomunistów) – ów „Budapeszt” został przejęty, wykorzystany i ukierunkowany przez Palikota, a nie przez Kaczyńskiego. Podobną rolę „trybuna ludowego” ze służbowego nadania pełnił swojego czasu Lepper w odniesieniu do chłopów, zatem modus operandi jest przetestowany w praktyce.

Próbkę mieliśmy niedawno przy okazji protestów przeciw ACTA (o czym pisał Budyń78), na których czele usiłował się ustawić bohater niniejszego tekstu. Protest ten był i wciąż pozostaje dla Niewidzialnej Ręki potencjalnie groźny ze względu na swą formułę „no logo”, jednoczącą ludzi bez względu na podziały polityczno-światopoglądowe, ponadto istnieje ryzyko, iż lemingi raz przejrzawszy na oczy zaczną się orientować w sytuacji dotyczącej innych dziedzin życia publicznego. Dlatego też Palikot usiłował podzielić protestujących, grając m.in. wątkami antyklerykalnymi. Wprawdzie organizatorzy połapali się w tej prowokacji obliczonej na wzbudzenie podziałów i skonfliktowanie uczestników, czemu dali wyraz w swym oświadczeniu, stwierdzając m.in., iż „Ruch Palikota nie tylko próbuje zbijać kapitał polityczny na protestach, ale i podzielić protestujących, obrażając uczucia religijne znacznej części spośród nich.”, zaś Palikot został skutecznie „wyproszony” z demonstracji, ale ziarenko zostało zasiane i nie jest wcale powiedziane, że nie zaplusował wśród mniej uświadomionych wyborców, a takich przecież jest zdecydowana większość. Gdy nadejdą protesty dotyczące np. kryzysu i beznadziejnej sytuacji życiowej Polaków, Palikot będzie usiłował działać w podobny sposób – ustawiając się na czele i próbując zantagonizować ludzi, tak by niezadowolenie społeczne nie przerodziło się w cokolwiek mogącego zagrozić właścicielom III RP. Możemy być pewni, że znajdzie w tym pełne wsparcie odpowiednik „czynników”, tak jak znajdował je do tej pory.

I poletko ostatnie – wspieranie Dyktatury Matołów z pozycji opozycyjnych. Jak się to robi? Ano, przelicytowując i doprowadzając do ściany pomysły Platformy. Jeśli Admin-Donek stroi fochy typu „nie będziemy klękali przed księdzem”, to Palikot wyjeżdża z postulatami wyrugowania religii z przestrzeni publicznej; gdy PO robi liberalne miny w kwestiach światopoglądowych, to Palikot sięga po arsenał postulatów rodem z „Krytyki Politycznej”. Na tym „radykalnym” tle rząd Tuska jawi się jako oaza umiarkowania, spokoju i odpowiedzialności. I o to właśnie chodzi. Aha, dodajmy jeszcze doraźne wrzutki „przykrywające” - sypie się oficjalna wersja katastrofy smoleńskiej? No problem, Palikot zrobi „happening” z paleniem kadzidełka, skupiając na sobie kamery reżimowych mediodajni i dając im pretekst, by newsem dnia nie robić np. blamażu ustaleń komisji Millera.

***

Jak widać, Janusz Palikot nie jest li tylko odrażającym, politycznym błaznem. Jego rola jest o wiele bardziej znacząca i ponura niż wynikałoby to z pozorów. Jest ustrojstwem wielofunkcyjnym – bezwzględnym i pozbawionym skrupułów narzędziem w rękach mocodawców, którzy kręcą interesem zwanym Trzecią Rzeczpospolitą od jej magdalenkowego zarania. Warto mieć tego świadomość.

Gadający Grzyb

wtorek, 17 stycznia 2012

Bałach smoleński


Zbyt wielu ludzi zdało i wciąż permanentnie zdaje swój specyficzny „egzamin” z „żenienia na wydrę” smoleńskiego „bałachu”.

I. Bałach na wydrę

W grypserze funkcjonuje zwrot „żenić bałach na wydrę”, czyli bezczelnie łgać, kłamać w żywe oczy. Coś w tym stylu obserwujemy obecnie, po publikacji zaktualizowanych stenogramów, w których okazuje się, że słowa rzekomo wypowiadane przez generała Błasika pochodzą od II pilota - majora Roberta Grzywny. Dominujący przekaz polityczno-medialny serwuje nam bowiem wciąż to samo kłamstwo smoleńskie, lekko tylko modyfikowane stosownie do zmieniających się okoliczności.

Pierwsza wersja „na dziś” brzmi: to, że generała Błasika nie słychać, nie oznacza, że nie było go w kabinie, a skoro nie ma dowodów świadczących, że nie było go w kabinie, to znaczy, że mógł być, a skoro mógł być, to mógł również... wiecie sami, milcząco naciskać, czy cóś...

Ale to słabe, to wersja dla przekonanych, mogąca trafić jedynie do najbardziej odmóżdżonych lemingów i sfanatyzowanych akolitów sekty pancernej brzozy od Jasia „Flanelki” Osieckiego.

Znacznie lepsza jest wersja druga, przeznaczona dla szerokiej gawiedzi, rozesłana zapewne w przekazach dnia: „był, nie był w kokpicie – nieważne, nie miało to wpływu na przebieg katastrofy”.

Zaraz, zaraz – z tego co nam wciskano w ramach „żenienia bałachu” pamiętam, że „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje kto ich do tego skłonił”, nieprawdaż? To ten SMS rozesłany w pierwszych minutach po katastrofie legł u podstaw smoleńskiego kłamstwa i ustawił całą późniejszą narrację, co znalazło następnie odbicie w raporcie Burdenki-Anodiny, z tezami o „elementach presji pośredniej”, zaimplementowanymi w międzyczasie we „wrzutkach” kolportowanych przez prywislanskie mediodajnie.

Jak to szło? Katastrofa ponoć była efektem ciągu kardynalnych błędów popełnionych przez niedoszkolonych i nieasertywnych pilotów, zaś te rzekome błędy spowodowane zostały m.in. przez „tunelowanie poznawcze” kpt. Protasiuka, w które to „tunelowanie” wprowadzić miały go m.in. „naciski” pijanego zwierzchnika. Taki to mniej więcej ciąg przyczynowo-skutkowy nam przedstawiano. Skoro więc nie było „nacisków”, bo w kabinie pilotów nie było gen. Błasika i nic w stenogramach na żadne naciski nie wskazuje, zaś II pilot prawidłowo odczytywał wysokość z wysokościomierza barycznego, na wysokości 100 metrów natomiast padła komenda „odchodzimy”, a samolot mimo to tracił wysokość, to co się stało? Kto jest winny?

II. Winni bo nie naciskali

Winni są prezydent Lech Kaczyński i generał Błasik. Nie może być inaczej.

Próbkę tego typu rozumowania dostarczyła już jakiś czas temu „Wyborcza” w tekście „Dramat pilotów. Protasiuk: Ja się tylko martwię tym, (co mi)...”, opublikowanym we wrześniu 2011 tuż po tym, jak ujawnione stenogramy dołączone do raportu komisji Millera obaliły wersję o naciskach Lecha Kaczyńskiego. W owym wiekopomnym dziele sugerowano, że przyczyną katastrofy był brak decyzji Prezydenta co do wyboru lotniska zapasowego. Prezydent zostawił pilotom decyzję, nie ingerował, co tak ich stropiło, że aż się rozbili. Tak to mniej więcej leciało. Winny, bo nie naciskał. Przytoczmy zresztą lead tej opowieści pióra Bogdana Wróblewskiego: „Ja się tylko martwię tym, (co mi?)..." "Tym, (to się naprawdę martwię?)" - to słowa kpt. Arkadiusza Protasiuka oczekującego na decyzję prezydenta: czy i gdzie lądować 10 kwietnia 2010 r. Nieznane fragmenty zapisu nagrań w kokpicie pokazują dramat dowódcy, który decyzję musiał podjąć sam.”

No i proszę. Wystarczy ten sposób rozumowania zastosować do obecnej sytuacji i wyjdzie, że winnym katastrofy był generał Błasik, bo albo nie wszedł do kokpitu i nie kontrolował pracy swoich podwładnych, albo był, ale nie naciskał, nie powiedział niedoświadczonym i niewyszkolonym pilotom co mają robić, nie pokłócił się z Protasiukiem, nie wy....ł go zza sterów i nie zaczął pilotować samemu, wskutek czego załoga, niczym pijane debeściaki we mgle, wzięła i rozwaliła samolot. Proste?

Co więcej, już wtedy, we wrześniu 2011, „Wyborcza” opublikowała wywiad Agnieszki Kublik (a jakże) z płk. Piotrem Łukaszewiczem pod uroczym tytułem „Dowódca samolotu nie miał wsparcia. Chwytacie? Nie miał wsparcia! Wówczas chodziło wprawdzie o to, że kpt. Protasiuk „nie miał wsparcia” ze strony „dysponenta lotu”, ale jaki to problem – zamieni się Kaczyńskiego na Błasika i znów wszystko pasuje jak ulał!

Mówię wam, że jeszcze usłyszymy narrację skręcającą w tę stronę, sugerującą taki właśnie przebieg wydarzeń, a do polityków i reżimowych mediodajni dotrze z pewnej biblioteki SMS: „Samolot rozbił się, ponieważ piloci zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto im tego nie zabronił”.

III. Zbyt wielu...

Stanie się tak, ponieważ zbyt wiele osób zaangażowało się w kolportaż wrzutek i przekłamań – mówiąc językiem SMS-a, „pozostaje do ustalenia na czyje zlecenie i skąd otrzymywanych” – by teraz ot tak, odpuścić. Niektórzy, jak Edmund Klich, zostali uruchomieni bezpośrednim telefonem od generała Morozowa, inni od początku „wiedzieli” co się stało i czyja to wina, jeszcze inni byli przygotowani do błyskawicznego przejęcia Kancelarii Prezydenta nie czekając na oficjalne potwierdzenie zgonu Głowy Państwa, koncentrując się na szafie z materiałami dotyczącymi rozwiązania WSI...

Zbyt wielu namnożyło się tych stachanowców przed- i po- smoleńskiego przemysłu pogardy, zbyt wielu nadstawiało swe mikrofony Palikotowi, zbyt wielu wreszcie swą mocno wątpliwą reputację oddało w służbie „pojednania”, by w ramach owej służby dzień i noc rozsiewać i powtarzać najbardziej haniebne i obelżywe - dla ofiar, rodzin, dla Polski - insynuacje. Taki Białoszewski, ten od „spółki autorskiej” z Osieckim, od pierwszych chwil po konferencji prokuratury wojskowej zaczął powtarzać, że generał Błasik tak czy inaczej jest winny jako zwierzchnik lotnictwa wojskowego, z uporem maniaka, wbrew wszelkim faktom, podtrzymując tezę, że piloci „lądowali”. A takich jak on jest więcej - np. redaktor Gugała z Polsatu, który zaprosił Białoszewskiego do studia, postanowił robić za stojak do mikrofonu i wysłuchał grzecznie tego potoku oszczerstw i konfabulacji - bez cienia polemiki, bez najlżejszego sprzeciwu.

Tak, zbyt wielu ludzi zdało i wciąż permanentnie zdaje swój specyficzny „egzamin” z „żenienia na wydrę” smoleńskiego „bałachu”. Już nie mogą się wycofać, zabrnęli za daleko. Paradoksalnie, to MAK zachował więcej bandyckiej przyzwoitości, milczkiem wycofując ze swych stron internetowych materiały dotyczące katastrofy.

Na koniec wyjaśnienie skąd te nawiązania do więziennej gwary. To zawoalowana sugestia skierowana do polityczno-medialnych wyrobników przemysłu kłamstwa i pogardy, by zawczasu zgłębiali tajniki sztuki przetrwania w ich przyszłym miejscu pobytu. Uczcie się, dziewczyny i chłopaki. Lżej wam będzie się zaaklimatyzować.

Gadający Grzyb

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/wyborcza-w-tunelu-poznawczym

Grafika: Kapitan Nemo

 

niedziela, 6 listopada 2011

Krasnodębski jak Łysiak



Profesorowi Krasnodębskiemu gratuluję, bo znalazł się w dobrym towarzystwie – i to z identycznych powodów.


I. Signum temporis

Zwolnienie prof. Krasnodębskiego z pracy na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego dość dobrze pokazuje moment dziejowy w którym obecnie się znajdujemy. Formalnie (bo w takich przypadkach przyczyna formalna zawsze jest inna od rzeczywistej) chodziło o niemożność pogodzenia obowiązków wykładowcy Uniwersytetu w Bremie z pracą na UKSW (od profesora zażądano zaporowego pensum 4 wykładów tygodniowo). W praktyce jest to kolejna reperkusja Katastrofy Smoleńskiej i szerzej - „katastrofy posmoleńskiej”, po której obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP poczuł się zwolniony z ostatnich hamulców.

Pod Smoleńskiem zginął poprzedni rektor UKSW, ks. prof. Ryszard Rumianek, któremu dwie posady prof. Krasnodębskiego nie „kolidowały”. Jego następcy, księdzu prof. Henrykowi Skorowskiemu, „kolidować” zaczęły. Cóż, nowemu rektorowi przyszło pełnić funkcję w zmienionych realiach i niewykluczone, że w innych warunkach profesora Krasnodębskiego by nie usunął. Niestety, obecne czasy ponownie wymuszają wzmożoną czujność, tudzież wyczulenie na obowiązującą w danym momencie mądrość etapu i ksiądz profesor się dostosował. Nie każdy ma zadatki na kardynała Wyszyńskiego i ja to rozumiem, tym bardziej, że uczelnia pewnie chciałaby otrzymywać jakieś granty i dotacje.

To nie zarzut, tylko proste stwierdzenie obiektywnych uwarunkowań. I tak należy docenić, że po 10.04.2010 profesora Krasnodębskiego trzymano na uczelni jeszcze jeden, pełen rok akademicki i dyrektor Instytutu Socjologii, ks. dr hab. Tadeusz Bąk, dopiero teraz przestał „widzieć” go wśród swoich pracowników. Wprawdzie ów mąż uczony odczytał znak czasu dość późno, ale na szczęście, nie za późno.

II. Kadrowi III RP

Sam profesor Krasnodębski przypuszcza, że z jego zwolnieniem mógł mieć wspólnego to i owo artykuł profesor Magdaleny Środy dla „Gazety Wyborczej”, w którym to tekście owa pobożna niewiasta ubolewała nad upadkiem KUL-u oraz „dawnego ATK”, w których to przybytkach panoszy się atmosfera „narodowego katolicyzmu”, zaś odpowiedzialne za to indywidua, w tym Krasnodębskiego, poleciała z rewolucyjną bezkompromisowością po nazwiskach, by nie było żadnych niedomówień.

Wszystko to być może, zważywszy, że „Wyborcza” piórami swych kadrowców nie takich już zwalniała, pracowicie meblując wedle swych upodobań składy personalne redakcji, uczelni czy ministerialnych gabinetów (a złe języki szepczą również o biskupich kuriach). Ten gazetopodobny dział kadr i zasobów ludzkich III RP zdążył w ciągu dwóch dziesięcioleci opracować swój unikalny schemat przygotowania artyleryjskiego, tępiącego niczym oprysk pestycydów różnych antysystemowych szkodników jak kraj długi i szeroki.

Ja jednak zwróciłbym uwagę, że na inauguracji roku akademickiego mury uczelni zaszczycił swą wizytą pan prezydent, o którym przez szacunek dla urzędu postanowiłem jakiś czas temu pisać jak najrzadziej. Otóż dostojny gość palnął jedną ze swych niezapomnianych mów, które niechybnie przejdą do historii na równi z anegdotami o Karolu Radziwille „Panie Kochanku”. Było tam coś o „rokach akademickich” i „Stefanie Karolu Wyszyńskim”, zaś owe gejzery erudycji potrafił należycie docenić siedzący z tyłu ksiądz rektor, czego nie omieszkał potwierdzić odpowiednio ekspresyjną mimiką fizjonomii.

Jak sądzę, właśnie wtedy, a najdalej podczas tzw. części nieoficjalnej, stało się zrozumiałe samo przez się, iż w tak znamienitym i wykwintnym towarzystwie zwyczajnie nie ma miejsca dla takich prostaków jak Krasnodębski, który na dodatek ma fatalny zwyczaj nie korzystania z okazji żeby siedzieć cicho. Jeszcze by z jego inspiracji powstał jakiś socjologiczny odpowiednik magisterki Zyzaka, w której jeden czy drugi nieodpowiedzialny młodzian wysnułby „diagnozę społeczną” sprzeczną ze stanem wiedzy profesora Czapińskiego, lub coś w tym guście... Byłby to zgrzyt niedopuszczalny w eleganckim towarzystwie.

III. Krasnodębski jak Łysiak

Nic więc dziwnego, że wkrótce po prezydenckiej wizytacji, Jego Magnificencja wziął profesora na stronę i stwierdził, że muszą sobie porozmawiać na temat jego (Krasnodębskiego, znaczy) „jednostronnej publicystyki”. Krasnodębski, nomen omen, „zdębiał”, gdyż w Niemczech ponoć coś takiego jest niewyobrażalne, ale wiadomo – gdy w grę wchodzi „jednostronne” podważanie pryncypiów III RP, to nagle okazuje się, że żadne Teutony nie będą uczyły nas standardów. Nie wiem, czy ksiądz rektor przedstawiał profesorowi jako wzór wyważoną i zniuansowaną publicystykę pobożnej profesor Środy, niemniej faktem jest, iż owa postulowana dysputa przybrała miesiąc później lakoniczną postać wypowiedzenia z przyczyn „dydaktyczno-organizacyjnych”.

Cóż, przychodzi mi na myśl historia relegowania „z przyczyn ekonomicznych” w 1992 roku z Politechniki Warszawskiej Waldemara Łysiaka, wkrótce po opublikowaniu przez tegoż „jednostronnej” niczym publicystyka Krasnodębskiego powieści „Najlepszy”. Łysiakowi zresztą zbierało się od dawna m.in. z powodu tępienia korupcyjnych praktyk na uczelni. Krasnodębski też sobie zdążył nagrabić, tropiąc plagiaty masowo dokonywane przez studentów UKSW, kopiujących swe prace metodą „ctrl-c, ctrl-v” z internetu. Wygląda zatem, że cofnęliśmy się do początku lat 90-tych. Zdaje się, że na wstępie pisałem coś o momencie dziejowym, prawda?

A profesorowi Krasnodębskiemu gratuluję, bo znalazł się w dobrym towarzystwie – i to z identycznych powodów.

Gadający Grzyb

Linki:

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/prof._krasnodebski_usuniety_z_uksw_16628

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/fedyszak:_niebezpieczne_popieranie_pis_16638

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111105&typ=po&id=po21.txt

środa, 7 września 2011

„Wyborcza” w tunelu poznawczym


Aktualna wersja kanoniczna katastrofy wg "GW": współwinnymi są Lech Kaczyński i generał Błasik, którzy NIE NACISKALI na załogę.



I. Naciski – źle, brak nacisków – jeszcze gorzej


Z reguły staram się unikać omawiania tego, co akurat urodziło się w redakcji na Czerskiej, ale tym razem nie mogę sobie odmówić, bo „Wyborcza” pobiła kolejny rekord hucpy i bezczelności, w której to konkurencji zresztą ściga się od dawna sama ze sobą we własnej, osobnej kategorii. Otóż, kiedy nie dało się utrzymać lansowanej z uporem maniaka wersji o „naciskach” Lecha Kaczyńskiego na załogę rządowego tupolewa, „GW” postanowiła zmienić front o 180° i jako jedną z przyczyn tragedii wskazać... bierność „głównego pasażera”. Pretekstu do tej spektakularnej wolty dostarczyła publikacja protokołu komisji Jerzego Millera, na podstawie którego Bogdan Wróblewski postanowił wysnuć łzawą opowieść o tym, jak to kpt. Arkadiusz Protasiuk oczekiwał na decyzję Prezydenta „czy i gdzie lądować 10 kwietnia 2010 r. Nieznane fragmenty zapisu nagrań w kokpicie pokazują dramat dowódcy, który decyzję musiał podjąć sam.” (wytł. moje - GG)


Taka to rewelacja znalazła się w leadzie tekstu, czyli tym, co ma zostać wdrukowane w zwoje mózgowe lemingów z „Przekąsek-Zakąsek”. Słowem: były naciski – źle, nie było nacisków – jeszcze gorzej, bo biedna, zdezorientowana załoga nie wiedziała co począć i leciała w „tunelu poznawczym” na zatracenie, z milczącym nienawistnie generałem Błasikiem za plecami.


II. Tak czy owak – wina Kaczyńskiego


Nie wierzycie? Ja też nie, bo jeśli ktoś zada sobie trud prześledzenia artykułu i wyciśnięcia z niego suchych faktów, to otrzyma następujący obraz:


1) Kpt. Protasiuk podjął decyzję o podejściu na wysokość 100 metrów. W przypadku stwierdzenia warunków uniemożliwiających lądowanie miało nastąpić odejście na drugi krąg.


2) Zapas paliwa wystarczył na pół godziny „wiszenia” nad smoleńskim lotniskiem, więc decyzja o wyborze lotniska zapasowego nie była naglącą potrzebą – można ją było podjąć po manewrze odejścia.


3) Prezydent Kaczyński nie ingerował w żaden sposób w poczynania załogi, podobnie jak generał Błasik, który ograniczył się do biernej obserwacji pracy podwładnych.


No, ale fakty nie mogły przeszkodzić serwowanej przez półtora roku narracji o winie Lecha Kaczyńskiego. Pamiętnego SMS-a o ustaleniu kto „skłonił” pilotów do „zejścia poniżej 100 metrów” i ruską fałszywkę wedle której Protasiuk miał biadać, że Kaczyński „się wkurzy” należało zatem zastąpić wersją o zwlekaniu przez „dysponenta lotu” z decyzją o wyborze lotniska zapasowego.


Wedle protokołu komisji Millera rozbudowanego w „GW” o publicystyczne didaskalia, owo niepodjęcie decyzji w kwestii lotniska zapasowego miało świadczyć o „braku wsparcia”, które „odczuwał” kapitan Protasiuk, otoczony na dodatek przez niedoszkolonych głąbów, w wyniku czego nagle zgłupiał, bo chyba tak należy rozumieć kuriozalną spekulację psychologiczną dr Olafa Truszczyńskiego o wpadnięciu w „tunel poznawczy” i dywagacje na temat „elementu presji pośredniej” wywieranej przez obecnego w kabinie gen. Błasika.


III. Tunel poznawczy dla lemingów


O determinacji „Wyborczej” by przesłonić wcześniejsze wrzutki i wtłoczyć w umysły swych wyznawców nową wersję wydarzeń świadczy, że już następnego dnia po tekście Wróblewskiego postanowiono wzmocnić przekaz. Opublikowano mianowicie siłami trojga (!) cyngli artykuł „Zaważyła waga lotu” (swoją drogą - „zaważyła waga” - polszczyzna na miarę okupacyjnej gadzinówki, ale mniejsza), gdzie Wróblewskiego wsparli w wysiłkach Wojciech Czuchnowski i Agnieszka Kublik. Tekst ów w skondensowanej formie powtarza tezy z opowieści Wróblewskiego i m.in. za pomocą śródtytułu „Decyzja prezydenta mogła zmienić ten lot” kontynuuje proces „przestrajania świadomości” akolitów sekty Antypisa, wpychając ich w nowy „tunel poznawczy”, tak by zapomnieli o kompromitacjach swego organu z kłótniami na lotnisku, naciskami i resztą produkowanych uporczywie do ostatniej chwili haniebnych bredni.


Warto tu jeszcze zacytować opinię odpytywanego przez „Gazetę” psychologa lotniczego: „Wszedł (gen. Błasik – przyp. GG), gdy już byli w fazie podchodzenia do lądowania, żeby zorientować się jaka jest sytuacja. Gdyby interweniował, byłaby szansa na uratowanie wszystkich". No proszsz... Gdyby Błasik zaczął naciskać, to by uratował lot, a ten jak na złość naciskać nie chciał, choć przedtem ta sama „Wyborcza” wylała morze atramentu by udowodnić, że naciskał – i to jeszcze jak naciskał!


Od teraz wersja kanoniczna katastrofy podana do wierzenia brzmi następująco: współwinnymi są Lech Kaczyński i generał Błasik, którzy NIE NACISKALI na załogę.


Ciekaw jestem, jak te biedne lemingi, spośród których rekrutuje się gros czytelników „Gazety Wyborczej” poradzą sobie z tym dysonansem poznawczym. A może wcale nie muszą sobie radzić? Wiele wskazuje, że przeciętny konsument przekazu mediodajni ma pamięć rybki akwariowej, nie kojarzy niczego z niczym, za to część szczególnie zaangażowana wykazuje zdyscyplinowanie godne społeczeństwa z „Roku 1984” i przyjmuje do wiadomości każdy kolejny komunikat Ministerstwa Prawdy, usłużnie wypierając z pamięci wszystkie poprzednie. Taki „tunel poznawczy” troskliwie pielęgnowany przez środki masowego ogłupienia to z punktu widzenia rządzącej nami Dyktatury Matołów i reżimowych mediodajni rzecz zaiste bezcenna.


Gadający Grzyb



P.S.Pozwoliłem sobie opatrzyć tekst grafiką Kapitana Nemo -dzięki :)