Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemingi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemingi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 października 2018

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Celem podstawowym jest wyrwanie Polski z łap skorumpowanej, lokalnej „magnaterii” - od gminy po województwo.

I. Rozbić lokalne sitwy

Nie da się ukryć, że z perspektywy obozu rządzącego wybory samorządowe są najtrudniejsze, z kolei dla opozycji – najłatwiejsze. Mamy tu prosty mechanizm – PiS, aby ugruntować swą polityczną dominację niejako skazany jest na grę o pełną stawkę, szczególnie w przypadku sejmików wojewódzkich, nie zaniedbując jednocześnie prestiżowych wielkich miast i Polski gminno-powiatowej. Każda z tych batalii najeżona jest trudnościami. W przypadku najniższych szczebli samorządowej drabiny partia zmuszona jest do ogromnego wysiłku kadrowo-organizacyjnego: wystawienia w tysiącach gmin i setkach powiatów silnych, sensownych drużyn, złożonych z osób rozpoznawalnych i pozytywnie odbieranych w terenie. Tu raczej nie sprawdzają się „spadochroniarze”, ratujący często sytuację w wyborach parlamentarnych, w których listę może ciągnąć jakiś popularny, znany z mediów polityk.

Problem w tym, że PiS-owi daleko do partii masowej – taka szansa była po katastrofie smoleńskiej, kiedy to lokalne biura partyjne przeżyły szturm chętnych do włączenia się w publiczną działalność. Szturm, dodajmy, odparty przez terenowe oddziały, dla których nowi członkowie byli tylko kłopotem, a nawet zagrożeniem dla wypracowanych latami układów sił i podwieszeń. Podobnie było w przypadku kolejnych wyborów parlamentarnych i samorządowych, gdy konsekwentnie spławiano ochotniczych kandydatów na mężów zaufania. Powstały wówczas Ruch Kontroli Wyborów długo musiał się dobijać, by nawiązać jakąkolwiek współpracę z oficjalnymi strukturami partii. W efekcie PiS liczy dziś razem z młodzieżówką 34 508 członków, co daje niespełna 14 działaczy na gminę i nieco ponad 90 na powiat. Słabo, a jeśli weźmiemy pod uwagę nieznaną liczbę „martwych dusz” - wyjątkowo słabo. Stąd silna jest pokusa, by kaptować ludzi z zewnątrz, co niesie ze sobą ryzyko, że pod szyldem PiS-u dojdą do władzy ludzie zaplątani w lokalne „układy zamknięte”, a partia będzie musiała później pić naważone przez nich piwo, tracąc zaufanie w oczach miejscowych społeczności. Nie od dziś wiadomo, że zmorą Polski lokalnej są rodzinno-towarzysko-biznesowe sitwy okupujące pod różnymi szyldami lokalne instytucje, co przekłada się na pokaźne armie uzależnionych bytowo wyborców. Zwyciężyć z nimi, przy szczupłych zasobach kadrowych (abstrahując już od jakości tychże kadr) jest bardzo trudno, za to przegrać bardzo łatwo – co media obozu „antypisowskiego” nie omieszkają przekuć na narrację, że partia rządząca nie powiększa lub zgoła traci swój stan posiadania na polskiej prowincji.


II. Sejmiki – batalia o Polskę

W przypadku sejmików wojewódzkich, do których wybory najbardziej przypominają te parlamentarne (głosuje się na listy partyjne), sytuacja jest równie poważna – niemal wszędzie Prawo i Sprawiedliwość musiałoby uzyskać samodzielną większość. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której PiS nominalnie będzie zwycięzcą, ale pozostałe ugrupowania stworzą blokującą koalicję i wszystko zostanie po staremu. A jest czego bronić, bo sejmiki to nie tylko kolejne posady ratujące tyłki odsuniętym gdzie indziej od żłoba działaczom, lecz przede wszystkim ogromne pieniądze, którymi można wspierać „zaprzyjaźnione” samorządy, kreując w ten sposób w terenie mit „dobrych gospodarzy” i gwarantując „swoim” wybór na kolejną kadencję. Tu batalia będzie na noże. Obecnie PiS rządzi jedynie w sejmiku podkarpackim, mimo że w 2014 wygrało w sumie w pięciu województwach, notując zarazem najlepszy wynik w skali kraju. Na Podkarpaciu PiS dostało ponad 43 proc. głosów – i właśnie poparcie oscylujące w tych granicach jest niezbędne do samodzielnych rządów. Przykładowo, w Małopolsce, gdzie PiS osiągnęło ponad 36 proc., w sejmiku stworzono koalicję PO-PSL-SLD i było pozamiatane. To obrazuje skalę trudności, bowiem na dzień dzisiejszy trudno liczyć na zawiązanie w poszczególnych sejmikach „pisowskich” koalicji.

Na dodatek, wybory do sejmików zwykło się traktować jako odzwierciedlenie szerszych trendów politycznych i prefigurację wyborów parlamentarnych. Gra więc toczy się również o podtrzymanie wizerunku partii zwycięskiej – a wyborcy lubią zwycięzców. Niezwykle istotny w tym kontekście będzie wynik poszczególnych partii w skali ogólnopolskiej – da on bowiem wskazówki, czy PiS po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych będzie w stanie utrzymać samodzielne rządy, a może nawet zbliżyć się do większości konstytucyjnej. I tu znów „opozycja totalna” ma ułatwione zadanie – wystarczy względna porażka partii rządzącej, by obóz anty-PiS nabrał wiatru w żagle.


III. Wielkie miasta – „lemingrady”

No i wreszcie zostają największe miasta typu Warszawa, Poznań, Kraków, Łódź, Wrocław czy Gdańsk. Tutaj „totalni” w zasadzie już ogłosili zwycięstwo – i nie bez podstaw, zważywszy na specyficzny elektorat, znacząco różniący się od reszty Polski. Dominuje tu mentalność liberalno-lewicowa, podszyta swoistym „kompleksem słoika” - im ktoś jest nowszym mieszkańcem aglomeracji, tym bardziej stara się udowodnić, że nie ma nic wspólnego z prowincjonalnym „zaściankiem”, a i starzy mieszkańcy jako probierz swego wielkomiejskiego statusu traktują nader często zestaw „właściwych” i „europejskich” poglądów. Ponadto lubią samych siebie postrzegać jako „ludzi sukcesu”, niechby jedynie symbolicznego – nawet jeżeli miarą owego „sukcesu” jest tyranie w „korpo” i mieszkanie na kredyt aż do śmierci, a po spłacie comiesięcznej raty ledwie wystarcza do pierwszego. Ci ludzie prędzej przegryzą sobie żyły, niż zagłosują na „pisiora” - bo zachwiałoby to ich poczuciem przynależności do „lepszego” i „nowoczesnego” świata.

Dodatkowo charakteryzuje ich (przynajmniej werbalnie) korwinistyczno-balcerowiczowskie podejście do spraw socjalnych i ekonomicznych, na granicy darwinizmu społecznego. W skrócie: każdy jest kowalem własnego losu, jeśli komuś się nie udało, to pewnie za mało się starał, „nierobom” nic się nie należy (zwłaszcza z „moich podatków”), a „pięćsetplusy” to patologia przekupiona kiełbasą wyborczą. Wprawdzie sami również owo „pięćset” biorą, ale po pierwsze – im akurat „się należy” (bo „odzyskują” w ten sposób „swoje podatki”), po drugie zaś – biorą z wewnętrzną odrazą i poczuciem upokorzenia, że muszą dzielić to świadczenie z „patologią” (nienawidzą więc PiS-u jeszcze bardziej). Owładnięci „przymusem sukcesu” w życiu nie przyznają, że polityka społeczna rządu w czymkolwiek im pomogła – bo oznaczałoby to przyznanie się do osobistej porażki, ponadto zagłosowanie na „pisiora” zdegradowałoby ich we własnych oczach do poziomu „Januszy” i „Grażyn”. Ta wpojona im atawistyczna nienawiść jest nie do zwalczenia, więc PiS w dużych ośrodkach musi się starać o przyzwoity wynik głównych kandydatów (już to będzie jakąś wygraną) oraz mocną reprezentację w radach miejskich i poszczególnych dzielnic. Na szczęście, wyborów powszechnych nie wygrywa się w wielkich miastach, mają one jedynie wartość prestiżową.


IV. Odzyskać Polskę

Na zakończenie, warto jeszcze raz podkreślić o co toczy się gra. To mit, że PiS dysponuje w Polsce „pełnią władzy”. PiS ma jedynie w rękach władzę centralną, poza którą są olbrzymie obszary rządzone po dziś dzień przez stare, przeżarte patologiami układy – często decydujące o jakości życia milionów Polaków. Np. sejmik województwa pomorskiego usiłuje blokować przekop Mierzei Wiślanej, włodarze poszczególnych jednostek samorządowych prowadzą własną politykę (również zagraniczną – jak we Wrocławiu czy Gdańsku), co w praktyce przekłada się na pełzające rozbicie dzielnicowe. W dalszej perspektywie warto rozważyć likwidację sejmików wojewódzkich (kuriozalny system dwuwładzy w regionach), powiatów (zamęt kompetencyjny) i wprowadzenie dwukadencyjności władz samorządowych. Póki co jednak, celem podstawowym jest wyrwanie Polski z łap skorumpowanej, lokalnej „magnaterii” - od gminy po województwo. Bez tego każda próba realnej sanacji kraju będzie buksowała w bagnie obstrukcyjnego „imposybilizmu”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Pełzające rozbicie dzielnicowe


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (19-25.10.2018)

czwartek, 4 czerwca 2015

Pod-Grzybki - 5

Czy można wiedzieć, w którym szpitalu leży ta ciężarna zakonnica, co to przejechał ją na pasach Komorowski? No i najważniejsze - czy dziecku nic się nie stało? Zatroskany Obywatel.

*

Wyczytałem, że wśród lemingów zapanowała nowa moda - otóż spotykają się oni na nabożeństwach majowych. Poważnie, mieszkańcy „miasteczka Wilanów” pieją pod kapliczkami kościółkowe, to jest, chciałem rzec, churchingowe pieśni, niczym jakieś mohery. I ponoć wcale nie czynią tego ironicznie. Cóż, kto śpiewa modli się podwójnie, więc może faktycznie kurs franka spadnie w końcu do jakiegoś akceptowalnego poziomu.

*

Ponieważ maj już za nami, to mam dla wielkomiejskich neofitów propozycję na niedzielny churching w sezonie letnim. Warto „Boże coś Polskę” kończyć słowami: „przed Twe ołtarze zanosim błaganie / niski kurs franka racz nam wrócić Panie”. Wtedy nawet pani redaktor Pochanke zapamięta – a może i zaśpiewa?

*

Panowie Balcerowicz i Petru wrócili niedawno z urlopu w Tajlandii, gdzie poddali się popularnej w tamtych stronach wśród prostytutek operacji przywrócenia cnoty i otworzyli nowy polityczny zamtuz pod nazwą „Nowoczesna.pl”. Jestem wstępnie zainteresowany, mam tylko pytanie – pokazy na sex-kamerkach też będą? Wszak, jak pokazały wybory prezydenckie, internet to potęga.

*

Wstukałem w wyszukiwarkę frazę „Nowoczesna.pl”, by zerknąć sobie na tę nową inicjatywę politycznych dziewic z odzysku. Jako jeden z pierwszych wyników pojawił mi się odnośnik do serialu „Rodzinka.pl” i odcinka „Nowocześni dziadkowie”. Ale jaja, chciałby się zakrzyknąć za Bieńkowską – dokooptujcie sobie jeszcze Karolaka i będzie komplet.

*

Cofnę się na chwilę do kampanii prezydenckiej. Małe zamieszanie wywołały ogniste pocałunki Wuja Narodu z Andrzejem Hadaczem – zapewne efekt genderowego szkolenia na Paradzie Równości. Mnie jednak zabrakło innego bohatera pamiętnych nocy na Krakowskim Przedmieściu – gdzie się podział Zbigniew S. pseudonim „Niemiec”, król warszawskich alfonsów, który pod swe skrzydła wziął nawet panią Annę Muchę? Wszak pod krzyżem po obu stronach najaktywniej ekscytowało emocje dwóch prowokatorów - Hadacz wśród obrońców i „Niemiec” wśród napastników. Całość zaś, jak wiemy, zainicjował Komorowski. Wstyd, panie prezydencie – tak się odcinać od własnego zaplecza.

*

W sondażowniach ktoś przestawił wajchę i PO spadła na 3 miejsce – za PiS i wirtualną partią kukizowców. W związku z tym wybuchła panika niczym w płonącym lupanarze, której efektem jest m.in. nagłe objawienie się „konserwatywnego skrzydła” partii. Ów konserwatyzm polega na wydzwanianiu do polityków PiS z błagalnym sondowaniem, czy nie przygarnęliby nawróconych platformersów na swe listy wyborcze. Nie dziwię się – tyle biznesów ponakręcanych i nagle trzeba się zwijać? To niehumanitarne – tu nie ma co czekać, tu trzeba skorzystać z przewidzianej na takie okazje ustawy o bratniej pomocy i to szybko – póki Bronek jest jeszcze (p)rezydentem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w „Polsce Niepodległej” nr 21 (03-09.06.2015)

poniedziałek, 30 marca 2015

Jarek Kuźniar – chytry chłop z Bielawy

Chytry chłop z Bielawy” przeskoczył z ortalionowego dresiku w telewizyjny garnitur nie zmieniając po drodze ani o jotę przyzwyczajeń.

„- Co jesz? - Banana. - A dlaczego jest brązowy? - Bo jem go drugi raz.” - proszę darować ten dowcip pochodzący z internetowego mema znalezionego pod twitterowym hasztagiem #sekretyKuźniara, lecz chyba najlepiej opisuje on poziom medialnej gwiazdy TVN24. Generalnie, staram się omijać szerokim łukiem wieści ze świata celebrytów, przeróżne wyskoki gwiazd i gwiazdeczek zbywam raczej wzruszeniem ramion i naprawdę mało co z ich strony jest w stanie mnie zadziwić. Przyznam się jednak, że najnowszy popis „Jarka” Kuźniara nawet na mnie wywarł pewne wrażenie. Oto jeden z najbardziej znanych dziennikarzy telewizyjnych, z uposażeniem, jak się domyślam, stosownym do jego zawodowej pozycji, podczas rodzinnej podróży po USA i Kanadzie zwyczajnie wysępił w najtańszym supermarkecie towary za kilkadziesiąt dolarów, w tym fotelik samochodowy i wanienkę dla dziecka, by następnie wykorzystując prokonsumencką politykę firmy, zwrócić je twierdząc, że „nie pasowały”. Sprawdziłem z czystej ciekawości – na stronie Walmartu „car seats” zaczynają się od kilkunastu dolców sztuka, wanienki podobnie. Przypomnijmy, że jest to ten sam facet, który nie tak dawno temu poczynił przepojone odrazą do rodaków wyznanie, że w podróżach stara się unikać miejsc „naznaczonych” przez Polaków, bo ci jedzą w tanich liniach lotniczych śmierdzące kanapki z jajkiem na twardo i kurczaka w sreberku. Jak się domyślam, Kuźniar nie jada, bo musiałby sobie najpierw te jajka i kurczaka kupić. Woli zapewne skorzystać z samolotowego posiłku, a potem symulując zatrucie pokarmowe wykłócać się o zwrot kasy.

Zwróćmy uwagę, że na owe twórcze podejście do zakupów w Walmarcie wpadł nie jakiś „Polaczek” z Greenpointu, czy innego Jackowa, żaden prowincjonalny „Janusz – cebulak”, nad którymi tak lubią się wytrząsać nasze elity, tylko modelowy przedstawiciel „młodych wykształconych”, wręcz archetypiczny przykład wielkomiejskiego leminga. Oczywiście, swą bezgraniczną wyższość nad polską prowincją ludzie ci zaznaczają tym chętniej i intensywniej, im więcej słomianych wiechci chowają w butach od Gucciego (zanim z powrotem przyczepią metki, by zwrócić je w salonie). Tymczasem, z medialnego idola wylazł zwykły, prymitywny „słoik” z Bielawy.

Charakterystyczne, że sam Jareczek nie widzi w swym postępowaniu niczego nagannego, uznając je przejaw zaradności – w jego mentalnym przyborniku najzwyczajniej nie ma miejsca na kategorie typu „wypada – nie wypada”. Domyślam się, że gdyby ktoś mu zaczął podobne rzeczy klarować, uznałby rozmówcę za ciężkiego frajera i „prawicowego analfabetę” jak raczył hurtowo określić swych internetowych krytyków. Na jego usprawiedliwienie można co najwyżej stwierdzić, że nie jest w swym cwaniactwie odosobniony i podobny sport jest w kręgach nowobogackiej elity dość częsty. Kiedyś znajomy opowiadał mi o koledze, osobie naprawdę dobrze sytuowanej, który wraz z żoną na analogicznej zasadzie „wypożyczył” sobie w sklepie sportowym najnowszy model kombinezonu i butów narciarskich, by zwrócić je po urlopie. Z moich obserwacji wynika, że w przypadku ludzi mniej zamożnych szczytem nieuczciwości jest fotografowanie towarów komórką, by następnie kupić je taniej w internecie – niemniej, kupić, a nie zrobić sobie ze sklepu wypożyczalnię.

I pomyśleć, że swojego czasu przez media przelała się fala „hejtu” pod adresem „chytrej baby z Radomia”, która na publicznej wigilii ściągała ze stołu do siatki kolejne butelki napojów. No więc teraz mamy „chytrego chłopa z Bielawy”, co to przeskoczył z ortalionowego dresiku w telewizyjny garnitur nie zmieniając po drodze ani o jotę przyzwyczajeń.

Tak sobie myślę, że w sumie trudno o lepsze podsumowanie naszej słynnej „transformacji ustrojowej”, która sprawiła, że PRL-owskie realia i promowany przez tamten system zespół postaw zostały jedynie wywindowane na wyższy poziom. Kult cwaniackiego buractwa zyskał wprawdzie tu i ówdzie ekskluzywny entourage, lecz zasady pozostały te same, premiując do najwyższych szczytów politycznych, medialnych i biznesowych osobników o umysłowości „drobnych krętaczy” jak wyraził się o „Olku” Kwaśniewskim podczas popijawy u Gudzowatego Józef Oleksy. To tylko kwestia skali. U zarania „przekształceń własnościowych” stałą metodą było „wypożyczanie” przez nomenklaturowe spółki przedsiębiorstw państwowych, by po wydrenowaniu „zwrócić” je do „wygaszenia”. Ostatnio zaś niejaki Tusk Donald „wypożyczył” sobie całe państwo, czyniąc z niego trampolinę do europejskiej posady i „zwracając”, gdy już przestało mu być potrzebne. W tym kontekście nie dziwi gorliwie demonstrowane na wizji uwielbienie chamusia z Bielawy dla jedynie słusznego obozu. Instynktownie musi odczuwać z rządzącą kliką głębokie, duchowe powinowactwo, a zaradność, której dowodów mieliśmy okazję wysłuchać czy to przy okazji rozmów na cmentarzu, czy też przy konsumpcji ośmiorniczek, budzi w nim jedynie najwyższy podziw dla bezkarnych kanciarzy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-03.04.2015)

wtorek, 15 października 2013

Euforia po klęsce

Piotr Guział widzi jaką pozycję mają „nienaruszalni” prezydenci w rodzaju Dutkiewicza czy Szczurka i pragnąłby dołączyć do tego panteonu samorządowców.

I. Cisza przed... euforią

W niedzielę mieliśmy okazję transmitować na żywo w Niepoprawnym Radiu PL wieczór referendalny, który w siedzibie SDP na Foksal urządziła Warszawska Wspólnota Samorządowa pod przywództwem Piotra Guziała. Dodajmy, iż to właśnie burmistrz Ursynowa był spiritus movens całego przedsięwzięcia – PiS włączył się dopiero, gdy okazało się, że inicjatywa ma szanse powodzenia i w związku z tym można spodziewany sukces jakoś zagospodarować, co zresztą dało reżimowym mediodajniom asumpt do propagandowego wtłoczenia referendum w schemat partyjnej wojny PiS – PO.

No więc wszyscy czekali sobie spokojnie na koniec ciszy wyborczej, kiedy to podane zostaną pierwsze sondażowe wyniki z badań exit-polls prowadzonych przez TNS Polska – aż wreszcie pękła ta 21:00 i wtedy okazało się, że mamy do czynienia z klapą. Wstępne wyniki mówiły bowiem o frekwencji 27,2% (ostatecznie okazało się, że frekwencja była jeszcze niższa i wyniosła 25,66%), czyli niezależnie od rozkładu głosów „za” i „przeciw” HG-W cały pogrzeb na nic, bo minimum frekwencyjne wynosiło 29,1%. Referendum jest nieważne.

Wtedy jednak na scenę wszedł Piotr Guział i zaczął przemawiać. A nam z MarkiemD w miarę słuchania tego kuriozalnego wystąpienia szczęki opadały coraz niżej. Myliłby się bowiem ktoś, kto sądziłby, iż Guział powie coś w stylu – nie udało się ale walczyliśmy, niewiele brakowało, dziękuję wszystkim, dołożymy starań, by za rok, w wyborach samorządowych było lepiej. Otóż nie! Lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej ni mniej ni więcej, tylko odtrąbił sukces! I na dodatek uczynił to w iście euforycznym stylu, nijak nie przystającym do skrzeczącej pospolitości referendalnego wieczoru.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że dla Guziała owym „sukcesem” był sam fakt doprowadzenia do referendum, zaistnienia na warszawskiej scenie bytu spoza politycznego duopolu PO–PiS i zmuszenia urzędników z Hanną Gronkiewicz-Waltz na czele do wykonania kilku przyjaznych gestów wobec mieszkańców stolicy. I to z grubsza tyle. Aha – były jeszcze podziękowania, w których wymieniono między innymi... PO! Kurtuazja, czy rzeczywista wdzięczność, że władze nie rozpędziły referendum pałami jakiejś firmy ochroniarskiej, niczym kupców z KDT?

II. Referendum jako „rozpoznanie walką”

Początkowo sądziłem, że ta przemowa jest tylko „piarowskim” chwytem – że Guział musi trzymać fason i cokolwiek przeszarżował. Potem jednak naszła mnie inna myśl, której zdążyłem dać wyraz na antenie. Otóż, mimo iż referendum zakończyło się porażką, to jeśli ktoś tu jest wygrany, to właśnie on. Teraz nie dam głowy, czy aby cała ta inicjatywa nie była dla ambitnego burmistrza swoistym „rozpoznaniem walką” przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi i z góry godził się on z frekwencyjną porażką. Sądzę, że Guział marząc o warszawskiej prezydenturze chciał się przekonać na ile może wstępnie liczyć, czy jest jakikolwiek namacalny grunt społeczny, który mógłby dla niego stanowić odskocznię do dalszej politycznej kariery. No i czy nie zmiażdżą go młyńskie kamienie maszynerii partyjnych PO i PiS-u między które się wciska.

Proszę zwrócić uwagę na starannie konstruowany wizerunek „apolitycznego samorządowca” gotowego do współpracy z każdym – od Kukiza po Ikonowicza. Ten stary numer „apolityczności” (czy też raczej - „pozapartyjności”) okazuje się wciąż uwodzić wyborców, którzy gotowi są po raz nie wiadomo który uwierzyć, wbrew elementarnym faktom, że da się uprawiać „niepolityczną politykę”. Szkoda, że hasło „nie róbmy polityki...” zaklepał już wcześniej Tusk, bo inaczej jak nic usłyszelibyśmy je od Guziała. Za rok podczas kampanii wyborczej z pewnością zresztą usłyszymy coś typu: partie gryzą się między sobą, a my tutaj – niezależni samorządowcy – chcemy w spokoju działać dla dobra Warszawy.

Podsumowując, obecny burmistrz Ursynowa widzi jaką pozycję mają „nienaruszalni” prezydenci w rodzaju Dutkiewicza we Wrocławiu, czy Szczurka w Gdyni i pragnąłby dołączyć do tego panteonu samorządowców. Pytanie, czy wie w jakie układy należy wejść, by osiągnąć cel – i czy te układy zechcą na niego postawić jako na gwaranta swych interesów. Tu wiele będzie zależało od tempa zużywania się PO i Hanny Gronkiewicz-Waltz.

III. Zdolność mobilizacyjna opozycji

Tak więc, znając z grubsza powody dobrego humoru burmistrza Guziała, zastanówmy się, czy euforia nie jest aby przedwczesna, czy wręcz – nieuzasadniona. Nie sądzę bowiem, by te 322.017 osób, które pofatygowało się by odwołać HG-W, uczyniło to skuszone jego młodzieńczą charyzmą i entuzjazmem. Z badań wynika, że większość (56,5%) z owych dziewięćdziesięciu kilku procent skreślających HG-W to sympatycy PiS i bez włączenia się Prawa i Sprawiedliwości w kampanię frekwencja mogłaby być jeszcze niższa (choć z drugiej strony, można zastanawiać się, ilu Warszawiaków postanowiło zostać w domu wystraszonych propagandową wizją „powrotu Kaczora”). Ile może ugrać Guział na pozostałych 43,5% z tych, co poszli odwołać Hankę?.

Tak więc, skoro z 25% biorących udział w referendum ponad połowę stanowią wyborcy PiS-u, to nagle może się okazać, iż Guział rojąc o prezydenturze Warszawy buduje zamki na piasku i przede wszystkim musi powalczyć o dominujący elektorat „lemingradu”. A ten wcale nie jest gotów go poprzeć o czym świadczy mizerna frekwencja na Ursynowie, który na zdrowy rozum winien stanowić twarde zaplecze Guziała – i to powinno mu solidnie dać do myślenia.

Poza tym, w przyszłorocznych wyborach trzeba brać pod uwagę dość liczny udział lemingów, którzy może bez większego entuzjazmu ale zagłosują przeciw „Kaczorowi” - a Guział, chcąc nie chcąc, zaczyna być po włączeniu się PiS-u w rozgrywkę referendalną z „kaczystami” kojarzony. Jak się bowiem zdaje, w Warszawie wciąż panuje specyficzny, anty-pisowski „mikroklimat społeczny”, który w skali kraju od dłuższego już czasu zanika. No chyba, że HG-W zaliczy jakąś gigantyczną wpadkę, lub erupcję triumfalistycznej arogancji, co znając „Bufetową” absolutnie nie jest wykluczone.

I tu, na koniec warto się przyjrzeć zdolności mobilizacyjnej opozycji – czy to „guziałowskiej”, czy „pisowskiej”. Wyszło bowiem na to, że razem do kupy nie byli w stanie wyciągnąć do urn 29% elektoratu. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę kampanię zniechęcania wyborców, szantaż władz Warszawy wobec urzędników, ocierające się o sabotaż nieczytelne obwieszczenia z lokalizacjami obwodowych komisji wyborczych, czy też jawną stronniczość Państwowej Komisji Wyborczej, która ni z tego, ni z owego zabroniła podawania frekwencji – nawet, powtórzę, biorąc to wszystko pod uwagę (a chyba nikt nie łudził się, że będzie lekko, a władze zachowają się fair), potencjał społecznego oburzenia okazał się dalece niewystarczający, a siła przebicia opozycji niepokojąco mała.

Dla mnie w każdym razie wynik frekwencyjny był niemiłym zaskoczeniem, spodziewałem się bowiem jakichś 30% - może nawet z niewielką górką. Tak więc ci, którzy stawiają dziś krzyżyk na „Bufetowej” i mówią sobie, że co się odwlecze to nie uciecze, mogą za rok przeżyć rozczarowanie analogiczne jak w ostatni niedzielny wieczór – a pomysłów na przełamanie impasu jakoś nie widać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 14 lipca 2012

Lemingi i mohery – małe studium podziału

Lemingi od moherów różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

I. Lemingi według Dmowskiego

Pod notką Budynia78 „Lemingi będą lemingami” wywiązała się ciekawa dyskusja. Generalnie, Budyń twierdzi, że to, iż lemingi same z przekory zaczęły siebie tak określać (zapewne pod wpływem okładkowych tekstów „Uważam Rze” - nr 28(75)/2012) nie sprawia, że przestały być lemingami, podobnie jak „obrazowaniec” nie przestanie być „wykształciuchem”, choćby z kpiarskim dystansikiem mówił tak o sobie przy każdej okazji, a nawet bez okazji, co jak pamiętamy było szalenie modne w pewnych kręgach za czasów rządów PiS. Pojawiły się jednak również głosy, iż podział na linii lemingi-mohery został sztucznie wykreowany. Najdobitniej wyraziła to chyba Anna, pisząc: „Marzę o tym, by podział na lemingi i mohery po prostu zanikł. Jak i inne podziały - wykreowane sztucznie”. W innym zaś miejscu: „Podzielono nas. Poprzez napuszczenie jednych na drugich.” . Polecam zresztą całość – tekst i dyskusję.

Miałem odpowiedzieć pod tekstem Budynia, ale poczułem, że zbiera mi się na grubsze posiedzenie, i w krótkim komentarzu wszystkiego nie dopowiem, zatem odczekałem aż się to wszystko mi urodzi i stąd ten tekst.

Otóż, podział na lemingi i nie-lemingi istniał od zawsze, tyle że było to inaczej nazywane. Zawsze była mniejszość, której o coś chodziło, nie zadowalająca się „małą stabilizacją” i większość, która spełniała warunki bycia dzisiejszymi lemingami. Opisywał to już Roman Dmowski, który w pierwszych słowach „Myśli nowoczesnego Polaka” podał aktualną po dziś dzień definicję leminga:

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.”

Czyż powyższy cytat nie oddaje postawy życiowo-światopoglądowej tych, których określamy dziś mianem MWzWM, „młodymi z fejsbuka”, tudzież „lemingami”? No właśnie.

II. Zabetonowane sumienia

Ten naturalny podział został w ostatnich latach - zwłaszcza po Smoleńsku - wyostrzony. Owszem – często za pomocą dość parszywych socjotechnicznych sztuczek, ale w sumie nie ma tego złego... Zamiast złudnej jedności, przynajmniej wiadomo kto jest kim. Dmowski nie miał złudzeń, twardo i realistycznie opisując współczesnych sobie Polaków, nie miejmy ich również i my, bo takie złudzenia kończą się bardzo boleśnie w godzinie próby.

To prawda, Dyktatura Matołów oraz sprzęgnięty z nią „przemysł pogardy” zintensyfikowały ową socjotechnikę dla własnych politycznych celów, jednak nie byłaby ona tak skuteczna, gdyby nie utrafiała w coś realnego. Zagrania, które można było obserwować choćby podczas medialnego pompowania Dominika Tarasa i jego neo-barbarzyńców, trafiły na tak podatny grunt m.in. dlatego, że większość Polaków, po okresie Żałoby Narodowej zwyczajnie stchórzyła, gdy przyszło do konkretów i okazało się, że np. możemy narazić się Rosji. Co innego palenie światełek, a co innego groźba utraty poczucia bezpieczeństwa (choćby złudnego), czy wystawienie się na gniew Kremla. Zwróćmy uwagę – tu nawet nie chodzi o narażenie się na jakieś realne zagrożenie, jak np. wojna z Rosją, tylko o samo czysto hipotetyczne poczucie, że coś mogłoby zburzyć obecny względny błogostan.

Nieco szerzej pisałem o tym mechanizmie w rocznicowej notce z kwietnia „Smoleńskie status quo”, więc pozwolę sobie na poniższe autocytaty: „Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi z „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”.”

I dalej: „Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.”

No i wreszcie: „Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii (...). Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.”

III. Rozgrzeszenie instant

Sądzę, że to dość przekonujące wyjaśnienie temperatury obecnego społecznego podziału i psychicznej gotowości do poddawania się manipulacjom. Skoro zachowałem się jak świnia, to zawsze chętniej posłucham tych, którzy w dzisiejszej Polsce trudnią się udzielaniem łatwego rozgrzeszenia na masową skalę – takiego „rozgrzeszenia instant” - mówiąc, że właśnie moja postawa jest słuszna, racjonalna i generalnie „fajnopolacka”, zaś tamci to ciemne mohery, oszołomy i niebezpieczni awanturnicy, których należy izolować, bo zagrażają naszemu szeroko rozumianemu dobrostanowi. Na podobnej zasadzie latem 1920 roku, gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę, spokojni na co dzień warszawscy mieszczanie potrafili pluć na mundury idących na front ochotników – bo to przez nich cała ta „awantura”. Nic nowego.

Z drugiej zaś strony – wśród „moherów” - w naturalny sposób narosła agresja, lub co najmniej skrajna niechęć wobec wyzutych z patriotyzmu, poddających się ogłupiającej propagandowej sieczce lemingów.

Na to wzajemne wykluczenie nałożyły się dodatkowo różnice kulturowe – zakorzeniony w religii tradycjonalizm i patriotyzm kontra podszyte nihilizmem wygodnictwo.

Odwołam się jeszcze do czasów bliższych. Jest taki kawałek Dezertera z lat '80, zatytułowany „Polska złota młodzież”: „ (…) Polska złota młodzież kłótliwa i słaba / Polska złota młodzież krzykliwa i głupawa / Bez sensu i celu, podziały i nienawiść / Komercja, moda, pieniądze i zawiść / Wódka, kurewki, dyskoteka, szkoła / Oto polska młodzież spokojna i wesoła (…) Myśląca bezpiecznie, bo tak wytresowana / Polska złota młodzież wykończy się sama”. To z kolei obraz młodocianych lemingów z lat '80, z czasów junty Jaruzelskiego. Wygląda znajomo? No przecież...

Dobrze napisany punkowy kawałek potrafi powiedzieć o rzeczywistości więcej niż sążnisty, socjologiczny artykuł. Ta „złota młodzież” opisana (ośpiewana?) przez Dezertera dochowała się już swoich dzieci, które nasiąknęły podobnym podejściem do rzeczywistości – przecież te tabuny neo-barbarzyńców nie wzięły się znikąd. A że tego typu postawa łatwo daje się opakować w celofanową pozłotkę z nadrukiem „nowoczesność”, to tym większy opór przed próbami odpakowania i zajrzenia do środka i wściekłość, gdy ktoś kwestionuje jakość kryjącej się pod tą pozłotką zawartości.

IV. Tertium non datur

Podsumowując, gdybym miał zdefiniować czym z punktu widzenia spraw publicznych różni się leming od mohera, to powiedziałbym, że różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

Szczególnie mocno różnica ta objawiła się po przywoływanej tu Katastrofie Smoleńskiej – ale abstrahować od niej nie sposób. Już teraz bowiem widać, że Smoleńsk stał się doświadczeniem formacyjnym na miarę pokolenia – i to dla obu stron społecznego konfliktu. Niezależnie od tego, co uczynią z nim politycy, ten wypuszczony dżin żyje już własnym życiem. Podgrzewany propagandowo, choć w swym społecznym podglebiu naturalny, podział na „lemingi” i „mohery” miałby szansę osłabnąć i powrócilibyśmy do względnie pokojowej koegzystencji, gdyby nie Smoleńsk właśnie. Każdy, kto chce mieć cokolwiek do powiedzenia o Polsce (lub nadać pozór racjonalności temu, że o Polsce nie ma i nie chce mieć niczego do powiedzenia) musi się wobec Smoleńska określić. Musi być albo lemingiem, albo moherem. Tertium non datur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

PS. Niektóre notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-2-ostatnia

wtorek, 3 stycznia 2012

„Ani dla jednych, ani dla drugich”


„Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.”


I. Narodowa abnegacja

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.” Zacytowane tu pierwsze słowa „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego dźwięczą mi natrętnie pod czaszką, gdy przychodzi mi analizować stan dzisiejszego społeczeństwa polskiego. Celowo nie piszę „narodu”, a „społeczeństwa” właśnie, bo do narodu, rozumianego jako coś więcej niż wspólnota czysto etniczna, jeszcze nam dużo brakuje. Naród pojmowany jako wspólnota polityczna, świadoma swych zasadniczych celów, rozumiejąca konieczność posiadania własnej ojczyzny będącej zarówno wspólnym dobrem, jak i niezbędnym narzędziem realizacji tak wspólnotowych jak i indywidualnych aspiracji – ten naród należy dopiero wytworzyć.

Póki co bowiem, cofnęliśmy się cywilizacyjnie i mentalnie do stanu z przełomu XIX i XX stulecia, kiedy to znękane rozbiorami i traumami przegranych powstań społeczeństwo polskie w swej znacznej części przyjęło postawę „wsobną”: urządzić się możliwie najlepiej jak się da w danych warunkach – a czy w Polsce, czy poza Polską, to już kwestia czysto opcjonalna. Jest jednak pewna podstawowa różnica: obecnie społeczne zniechęcenie jest efektem zmęczenia suwerennością oraz zadaniami i obowiązkami, które z tą suwerennością są związane.

II. Jestem Polakiem, ale jakby co...

Wracając do cytatu z Dmowskiego. Ci, dla których „Polska ustępuje miejsca ludzkości” są od dawna zdiagnozowani i mieszczą się w tzw. „Salonie” i jego różnych politycznych emanacjach, które - w pewnym uproszczeniu - gładko przeszły od internacjonalizmu sowieckiego do internacjonalizmu europejskiego. Ten obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP dążący, prócz osobistych, kompradorskich korzyści, do przekształcenia Polaków w jakichś mitycznych, utopijnych „Europejczyków” gładko absorbujących kolejne dogmaty lewicowo-liberalnej ideologii został, jak wspomniałem, dobrze rozpoznany i opisany w wielu miejscach i przy wielu okazjach, więc w tym tekście nie będę się nim zajmował. Warto natomiast przyjrzeć się tym, którzy „powiadają, że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce”, bowiem to oni właśnie stanowią dziś przygniatającą większość społeczeństwa i oni poprzez swe wybory decydują o kształcie i przyszłości obecnej Polski.

Niedawno, przy sylwestrowym kieliszku, kiedy impreza weszła w fazę „nocnych Polaków rozmów” miałem okazję pospierać się z młodym biznesmenem. Człowiek sukcesu, ojciec rodziny, właściciel dobrze prosperującej firmy. I przy tym wszystkim kompletnie odseparowany mentalnie od - ujmę to górnolotnie - „sprawy polskiej”. Definiując swoje podejście do kwestii narodowych stwierdził, że oczywiście czuje się Polakiem i tak dalej, ale gdyby „coś się zaczęło dziać” to on zabiera rodzinę i się wynosi. Stanowisko to potwierdziła małżonka, wyrażając przy okazji zadowolenie, że trafiła na takiego właśnie faceta, który sam z siebie prezentuje takie właśnie podejście i nie musi go „urabiać”. Cóż, jest to postawa sformułowana już przez Marię Peszek w słynnej wypowiedzi, że gdybyśmy mieli tu jakieś powstanie, to panna Maria-Awaria nie będzie żadną sanitariuszką, tylko „spierdala stąd jak najdalej”. Rzecz w tym, że mój rozmówca o wypowiedzi Marii Peszek dowiedział się dopiero ode mnie, stanowisko swe zaś sformułował wcześniej, zupełnie samodzielnie.

III. Ucieczka w prywatność

Takich to obywateli ukształtowało ponad 20 lat III RP. To nie są nawet postępowi „europejczycy”, których pragnął wyhodować „Salon”, bo generalnie ludzie ci są obyczajowo dość zachowawczy, czy może raczej – konformistyczni. Cenią sobie materialną stabilizację, życie rodzinne i – ponad wszystko - święty spokój. Dzieje się tak m.in. dlatego, iż czują, że zafundowane im przy okrągłym stole państwo jest strukturą wrogą, zaprojektowaną po to, by zapewnić żerowiska i chronić interesy różnych grup, na co dzień widocznych najlepiej pod postacią pasożytniczej „klasy politycznej”. Widzą, że państwo to nie jest wyrazicielem ich potrzeb, że – najogólniej rzecz biorąc – nie funkcjonuje w ich interesie, tylko w interesie tych, którzy w taki czy inny sposób są w stanie dorwać się do żłobu. Jeśli odniosą osobisty czy zawodowy sukces, nie mają poczucia, że państwo polskie w jakikolwiek sposób do tego sukcesu się przyczyniło, stwarzając chociażby warunki do społecznego awansu, czy ułatwiając działalność w rozmaitych dziedzinach. Ich powodzenie osiągnięte jest mimo państwa, a często wręcz wbrew urzędniczej machinie rzucającej pod nogi najrozmaitsze, absurdalne kłody, utrudniające działalność gospodarczą, czy blokujące dostęp do rozmaitych zawodów. Jeżeli zaś poniosą życiową porażkę, również winią za to „ten porąbany kraj” (na ogół zresztą słusznie) i np. uciekają za chlebem za granicę – najczęściej po to, by już nie powrócić, bo nie ma do czego.

Polska olewa mnie, więc ja olewam Polskę – tak w jednym zdaniu można dziś podsumować relację państwo – obywatel i mechanizm „ucieczki w prywatność”. To i tak istny cud, że w takich warunkach zdołała uchować się 20-30 procentowa grupa tych, których Rymkiewicz określił mianem „wolnych Polaków” - często świeżej daty, obudzonych na skutek smoleńskiego wstrząsu. Ci „wolni Polacy” są zresztą obiektem żywiołowej niechęci, a czasem wręcz nienawiści ze strony biernej większości – nie tylko na skutek medialnej tresury. Również dlatego, że wyłażąc bezczelnie w przestrzeń publiczną ze swymi postulatami i odmienną oceną rzeczywistości, stanowią dla tejże większości nie do końca uświadamiany, ale jątrzący wyrzut sumienia.

Dzieje się tak wskutek tego, że przeciętny Polak dość trafnie diagnozując kondycję polskiego państwa, nie decyduje się by kiwnąć choć palcem w kierunku zmiany obecnego stanu rzeczy. On po prostu, konstatując, że Polska dzieli się na dymających i dymanych, dokłada starań, by dymać samemu i nie pozwolić wydymać się innym. Uczenie nazywa się to „atomizacją” i „rozkładem więzi społecznych”, tudzież „poczucia wspólnoty” i „tożsamości narodowej”.

IV. Zmęczeni suwerennością

Powyższy opis stanowi zarazem odpowiedź na pytanie, dlaczego Polacy reagują obojętnością na postępujące zbywanie naszych prerogatyw państwowych na rzecz ponadnarodowych, unijnych instytucji w ramach „pogłębiania integracji”, czy wręcz na lekko tylko zawoalowany protektorat Niemiec. Dlaczego tak potulnie przyjęli do wiadomości oficjalną wersję katastrofy smoleńskiej i to co Ruscy wyprawiali ze śledztwem. Dlaczego wreszcie reagują alergicznie na „pisowskich awanturników”, co to „potrząsają szabelką”. Wiadomo - gdybyśmy postawili się Ruskim, to wynikłyby z tego kłopoty, Niemcy zaś fundują nam unijną „michę”, więc nie ma co się sadzić. Krótko mówiąc, zarówno wśród naszych „elit” jak i szerokich mas społeczeństwa po dwóch dekadach ciągłej szarpaniny nastąpiło coś, co określam mianem „zmęczenia suwerennością”.

Ujmę to tak: przywoływany na wstępie Dmowski stwierdził „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”. Dzisiejsi Polacy – od góry do dołu – gremialnie odmawiają przyjęcia na siebie tych „obowiązków polskich”. Ba, mają nawet problemy z ich zdefiniowaniem. Poczuwanie się do obowiązków skutkuje bowiem szeregiem niedogodności. Można się narazić. Na poziomie państwowym – wejść w paradę ościennym potęgom; na poziomie zwykłego człowieka – zadrzeć z gminnym kacykiem, zblatowanym urzędnikiem, czy wpływowym biznesmenem. Elity społeczno-polityczne jawnie dążą do scedowania „jak najwięcej kompetencji, zwłaszcza strategicznych, na ponadnarodowe gremia i niech one się martwią, nawet jeśli za tymi gremiami stać będą Niemcy dogadujący kluczowe sprawy z Rosjanami. Zostawmy sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność przed wyborcami.” (więcej w notce - „Obrotowa bliska zagranica”) Cóż więc wymagać od szarych obywateli, dodatkowo przyuczanych do bierności przez dziesięciolecia komunizmu i dostających konsekwentnie po tyłkach za wszelkie „wychylanie się”.

V. Obowiązki polskie

Jeszcze jeden cytat z Dmowskiego, ostatni: „Jestem nim (Polakiem – GG) nie dlatego tylko, że mówię po polsku, że inni mówiący tym samym językiem są mi duchowo bliżsi i bardziej dla mnie zrozumiali, że pewne moje osobiste sprawy łączą mnie bliżej z nimi, niż z obcymi, ale także dlatego, że obok sfery życia osobistego, indywidualnego znam zbiorowe życie narodu, którego jestem cząstką, że obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno.” (wytłuszczenia moje - GG)

Skonfrontujmy te słowa z obecnym stanem ducha Polaków. Otóż w większości nasi rodacy pozostali na poziomie wspólnoty „etnicznej”, niczym ów przywoływany wyżej biznesmen, który „czuje się Polakiem”, ale „jakby co”, to on się stąd wynosi, bo gdzie indziej też można się urządzić. Mamy rozpaczliwy deficyt świadomości istnienia dobra wspólnego: Polacy nie znają „spraw narodowych”, tych „interesów Polski”, „dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Więcej nawet: kategorycznie odmawiają przyjęcia do wiadomości samego ich istnienia.

I tu tkwi źródło pęknięcia, które według Rymkiewicza się „już nie sklei”. Podziału na tych przyjmujących i próbujących realizować (może czasem w niedoskonały sposób) „obowiązki polskie” i tych, którzy owych obowiązków nie chcą widzieć, znać, ani tym bardziej zrezygnować dla nich z czegokolwiek. Co te dwie grupy mogą sobie powiedzieć, co mają sobie nawzajem do zaoferowania? Odwojowanie społecznej większości, tkwiącej na własne życzenie w narodowej abnegacji to zadanie na pokolenie. Udało się to Narodowej Demokracji pod rozbiorami, więc może uda się i tym razem.

Dlatego tak ważne jest budowanie oddolnych, alternatywnych wobec mainstreamu struktur, tego „drugiego obiegu 2.0”, który tak ostatnio rozdrażnił pana Warzechę a propos „Przebudzenia” Joanny Lichockiej. Ów „drugi obieg 2.0” potrzebny jest nam m.in. po to, by z tych quasi-podziemnych pozycji wychodzić w przestrzeń publiczną i „polityzować masy”. Bez flirtów i koncesji na rzecz głównego nurtu, bo on jest w niepodzielnym władaniu obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, który to obóz najżywotniej jest zainteresowany utrzymaniem obecnego stanu rzeczy i dlatego każdego naiwniaka pragnącego wchodzić z nim w konszachty przeżuje i wypluje. To są dzisiejsze obowiązki polskie - „dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”.

Inaczej Polska niedługo zwyczajnie zniknie. A gdy już zniknie, to nie będzie jej nie tylko dla lemingów. Nie będzie jej również dla nas. Nie będzie jej ani dla jednych, ani dla drugich. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Gadający Grzyb

P.S. 2 stycznia minęła 73 rocznica śmierci Romana Dmowskiego.


PPS. Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

http://niepoprawni.pl/blog/287/domkniety-system-cz-i-%E2%80%93-rok-pogardy

http://niepoprawni.pl/blog/287/domkniety-system-cz-ii-%E2%80%93-czas-rozkladu

środa, 21 września 2011

Spróchniałe filary – kampania PO w rozsypce


Czy tylko mnie się wydaje, że kampania PO rozłazi się niczym dziadowskie gacie?



Czy tylko mnie się wydaje, że kampania PO rozłazi się niczym dziadowskie gacie, a siły obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP zaczynają wykonywać coraz bardziej niezborne podrygi?


Na ile mogę zrekonstruować przedwyborcze plany PO (nie były one zresztą specjalnie ukrywane), to kampania miała się opierać na kilku filarach (kolejność przypadkowa):


1. polskiej prezydencji w UE i związanej z nią ofensywie wizerunkowej;


2. przeświadczeniu, że młodzi to część elektoratu pozostająca w stałym zasobie posiadania PO;


3. wciąganiem PiS-u z Kaczyńskim na czele w polemiczne bijatyki mające spozycjonować ich w roli partii konfliktu i agresji, co z kolei miało utwierdzać „czarną legendę” PiS i dopomóc w troskliwym pielęgnowaniu poczucia zagrożenia przed „powrotem IV RP”;


4. prezentacji osiągnięć pod hasłem „Polska w budowie” (czyli – nie jest idealnie, ale sprawy generalnie idą do przodu);


5. utwierdzaniu elektoratu za pomocą sondaży w przeświadczeniu, że PiS znowu przegra (ludzie lubią być w gronie zwycięzców);


6. blokadzie medialnej dla „pisowskiego” przekazu.


Tymczasem, rzeczywistość spłatała Platformie kilka figli, na które ta zdaje się kompletnie nie znajdować pomysłów. Jak bowiem te filary kampanii wyglądają w praktyce? Ano tak:


Ad 1. Prezydencja – klapa


Europa olewa polską prezydencję tak demonstracyjnie, że bardziej już nie można, pęka więc mit o tym, jak to teraz, w przeciwieństwie do czasów „kaczyzmu”, z ekipą Tuska się „liczą” i ją „szanują”. Możni tego świata nie mają teraz czasu na takie pierdoły jak wspomaganie Tuska w kampanii. Jeśli jest problem do rozwiązania (a obecnie trzeba ratować strefę euro, która – nie zapominajmy- jest „projektem politycznym”) to Angela Merkel spotyka się z Sarkozym, a Tuska nie proszą nawet do polewania mineralnej i podawania paluszków. Spotkania, uściski dłoni, poklepywania po plecach, uśmiechy – czyli to na czym od strony wizerunkowej Tusk oparł „politykę zagraniczną” swego gabinetu - odchodzą w niebyt i mimo medialnej osłony, zaczyna to docierać do wyborców.


Ad. 2. Młodzi - sfrustrowani


Tusk rozpętując „małą, zwycięską wojenkę” z kibolami przejechał się i to srogo. Zapomniał, że ci kibole, to w znacznej części ludzie młodzi, a zarazem zorganizowana, zdyscyplinowana i liczna grupa, którą PO „spolityzowała” przeciw sobie.


Innym problemem pozostaje „szklany sufit” – młody wyborca (18-25 lat) wkracza dziś w „życie zawodowe” polegające na nędznej pracy, rozlicznych barierach, bądź idzie wprost na rekordowe w tej grupie wiekowej bezrobocie. Ponadto, dwudziestoparolatek pamięta rządy PiS i nie trzeba dla niego pisać broszurek, jak to sobie uroili mędrcy z „Polityki”. Pamięta też, jak „zabierał babci dowód” i głosował na „fajną Platformę”. Dziś jest często o cztery lata mądrzejszy, ma za sobą pierwsze zderzenia z sitwami, na których PO opiera swą władzę i jest w stanie sobie przypomnieć, że to PiS walczył m.in. o odblokowanie zawodów prawniczych. Efekt: coraz większej liczbie młodych już nie wystarczy ogólna „fajność” Tuska-luzaka i reszty platformersów. Narasta frustracja i rozczarowanie.


Ad. 3. IV RP już nie straszy


„Unik debatowy” PiS wytrącił z rąk Platformy i Tuska kolejny oręż. Co by nie powiedzieć o kampanii Prawa i Sprawiedliwości (a nie jestem jej entuzjastą, czego wyraz dawałem TU, TU i TU), to jest prowadzona konsekwentnie i polega na schodzeniu z linii ciosu w stylu pamiętanym z wyborów prezydenckich. Czy to wystarczy? To się okaże (rok temu nie wystarczyło), ale najwyraźniej wybija to PO z uderzenia, jej koncept opierał się bowiem na wchodzeniu w spektakularne, medialne zwarcia z Kaczyńskim i jego współpracownikami na „neutralnym gruncie”, czyli „zaprzyjaźnionych” mediodajniach. Każde takie zwarcie byłoby potem eksploatowane w duchu groźby recydywy „awanturnictwa” i „pisowskiego zamordyzmu” - tymczasem nic z tego, zaś przypominanie „zbrodni” PiS wygląda coraz bardziej groteskowo i zwyczajnie przestaje rozpalać emocje. Powrót do 2007 roku i glutów posłanki Sawickiej okazał się niemożliwy.


Ad 4. Polska w budowie... ale za ile?


Chwyt „budowlany” póki co sprawdza się stosunkowo najlepiej, bo też rozgrzebano sporo, co może dawać jakąś nadzieję, że kiedyś da się skądkolwiek dokądkolwiek w Polsce dojechać bez korków. Z drugiej strony jednak ludzie odczuwają na własnej skórze zapaść kolei, po „zielonej wyspie” nie zostało nawet wspomnienie, podatki rosną a za nimi bezrobocie i ceny... Na dodatek do społeczeństwa zaczyna docierać najwyższy w Europie koszt infrastrukturalnych inwestycji połączony z najwolniejszym tempem realizacji i skala zadłużenia kraju – nie wierzyłem własnym oczom, gdy przeczytałem, że ktoś podczas „tuskobusowej” wizyty zapytał premiera o dług publiczny. Do niedawna coś takiego byłoby nie do pomyślenia, podobnie jak pojawiające się coraz częściej pytania w stylu słynnego „jak żyć”.


Spod propagandowego picu wyłazi coraz wyraźniej skrzecząca pospolitość i chyba stąd desperacka próba rejzy w krajowy interior, celem „odwojowania” z rąk PiS-u prowincji i „trudne” spotkania z tubylcami w putinowskim stylu, a także zmobilizowanie do kampanii Buzka i Lewandowskiego z niedwuznaczną sugestią, że jak PiS wróci do władzy, to mogą być problemy z europejskimi funduszami.


Ad 5. Polityka sondażowa


Jak wiadomo, sondaże w Polsce od dawna zostały sprowadzone do tzw. funkcji perswazyjnej, wskazującej ugrupowania „słuszne” na które głosuje zdrowa część narodu i partie „niesłuszne” za którymi są tylko jakieś pokręcone „mohery”. Patrząc pod tym kątem, sondaże nie pokazują realnego rozłożenia preferencji, tylko są odbiciem stanu ducha i aktualnych zapotrzebowań propagandowych zamawiającego, a także samych ośrodków badań, stanowiących część obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP, zdominowaną przez tzw. „grupę trzymającą sondaże”. Innymi słowy, mamy do czynienia nie z „badaniem opinii”, tylko z „zarządzaniem opinią publiczną”.


Tymczasem, ta spójna do niedawna polityka zarządzania opinią publiczną uległa ostatnio rozchwianiu, co samo w sobie jest świadectwem, że w reżimowych mediodajniach narasta dezorientacja i niepewność co do wyniku wyborów. Jednego dnia pojawia się sensacyjne „badanie” pokazujące zaledwie dwuprocentową przewagę PO nad PiS-em, by w następnych dniach przekaz uległ korekcie wedle innej metodologii, gdzie na powrót Platforma cieszy się 15% przewagi. Mało kto chyba przy tym zauważył, że „metodologia” zależy od zamówionego wyniku „badania”. W jednych badaniach wskazuje się, że młodzież przestaje postrzegać PiS jako „obciach”, by w następnych „udowodnić”, że skądże, nic z tych rzeczy.


Co nam to mówi? Ano to, że w mediodajniach pracujących pełną parą i wyręczających wręcz Wiodące Ugrupowanie w robieniu kampanii, pomału robi się niewyraźna atmosferka – sami już nie wiedzą, czy straszyć i mobilizować, czy upajać elektorat przewagą. A te sprzeczne sygnały przekładają się na samopoczucie lemingów, które preferują stadność i prosty „mesydż”, zaś teraz już sami nie wiedzą: to w końcu jesteśmy fajni z tym popieraniem platformersów czy nie?


Ad 6. Odpowiedź na medialną blokadę – DRUGI OBIEG 2.0


Platforma zdecydowanie przeceniła siłę swojego monopolu w mediach audiowizualnych i oddziaływania tegoż na masowego odbiorcę. Na rynku prasy ten monopol skończył się już grubo ponad rok temu – pojawiły się nowe tytuły, a dotychczasowym znacząco skoczył nakład. Trauma smoleńska zostawiła w duszach pewnej części narodu osad, którego nie zmyje jazgotanie szczekaczek – w wydawałoby się ogłupionych do cna ludziach nastąpił wzrost zapotrzebowania na prawdę.


Ponadto PiS uczy się coraz sprawniej komunikować z wyborcami ponad głowami „oficjalnych” środków przekazu. Opcja niepodległościowa wypchnięta z medialnego mainstreamu zaczęła samorzutnie tworzyć DRUGI OBIEG 2.0. Bez centrum decyzyjnego, w rozproszony sposób – rój spontanicznych inicjatyw - blogowiska, stowarzyszenia, gazety, media internetowe, projekcje „zakazanych filmów”, spotkania z „niesłusznymi” twórcami, naukowcami, intelektualistami... Jak napisałem w innej notce: to wymusza osobiste zaangażowanie, rodzi poczucie wspólnoty i promieniuje na otoczenie.


Tak bezczelna i zakłamana propaganda, jak ta uprawiana przez PO i media wymaga niemal stuprocentowej szczelności systemu społecznej komunikacji – niczym w latach 90-tych. Kiedy tej szczelności zabraknie, spoistość i co za tym idzie skuteczność przekazu zaczyna się sypać.


***


Skończyłem tę wyliczankę spróchniałych filarów platformerskiej kampanii, przebiegłem wzrokiem tekst i nagle naszła mnie taka myśl: choroba, a może ONI robią to specjalnie? Nie tak dawno temu pytałem: czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory? Teraz muszę zapytać: czy Tusk chce wygrać wybory? Czyżby na Polskę nadchodziły tak ciężkie terminy, że najzwyczajniej w świecie nikt nie ma ochoty na władzę?


Gadający Grzyb

środa, 7 września 2011

„Wyborcza” w tunelu poznawczym


Aktualna wersja kanoniczna katastrofy wg "GW": współwinnymi są Lech Kaczyński i generał Błasik, którzy NIE NACISKALI na załogę.



I. Naciski – źle, brak nacisków – jeszcze gorzej


Z reguły staram się unikać omawiania tego, co akurat urodziło się w redakcji na Czerskiej, ale tym razem nie mogę sobie odmówić, bo „Wyborcza” pobiła kolejny rekord hucpy i bezczelności, w której to konkurencji zresztą ściga się od dawna sama ze sobą we własnej, osobnej kategorii. Otóż, kiedy nie dało się utrzymać lansowanej z uporem maniaka wersji o „naciskach” Lecha Kaczyńskiego na załogę rządowego tupolewa, „GW” postanowiła zmienić front o 180° i jako jedną z przyczyn tragedii wskazać... bierność „głównego pasażera”. Pretekstu do tej spektakularnej wolty dostarczyła publikacja protokołu komisji Jerzego Millera, na podstawie którego Bogdan Wróblewski postanowił wysnuć łzawą opowieść o tym, jak to kpt. Arkadiusz Protasiuk oczekiwał na decyzję Prezydenta „czy i gdzie lądować 10 kwietnia 2010 r. Nieznane fragmenty zapisu nagrań w kokpicie pokazują dramat dowódcy, który decyzję musiał podjąć sam.” (wytł. moje - GG)


Taka to rewelacja znalazła się w leadzie tekstu, czyli tym, co ma zostać wdrukowane w zwoje mózgowe lemingów z „Przekąsek-Zakąsek”. Słowem: były naciski – źle, nie było nacisków – jeszcze gorzej, bo biedna, zdezorientowana załoga nie wiedziała co począć i leciała w „tunelu poznawczym” na zatracenie, z milczącym nienawistnie generałem Błasikiem za plecami.


II. Tak czy owak – wina Kaczyńskiego


Nie wierzycie? Ja też nie, bo jeśli ktoś zada sobie trud prześledzenia artykułu i wyciśnięcia z niego suchych faktów, to otrzyma następujący obraz:


1) Kpt. Protasiuk podjął decyzję o podejściu na wysokość 100 metrów. W przypadku stwierdzenia warunków uniemożliwiających lądowanie miało nastąpić odejście na drugi krąg.


2) Zapas paliwa wystarczył na pół godziny „wiszenia” nad smoleńskim lotniskiem, więc decyzja o wyborze lotniska zapasowego nie była naglącą potrzebą – można ją było podjąć po manewrze odejścia.


3) Prezydent Kaczyński nie ingerował w żaden sposób w poczynania załogi, podobnie jak generał Błasik, który ograniczył się do biernej obserwacji pracy podwładnych.


No, ale fakty nie mogły przeszkodzić serwowanej przez półtora roku narracji o winie Lecha Kaczyńskiego. Pamiętnego SMS-a o ustaleniu kto „skłonił” pilotów do „zejścia poniżej 100 metrów” i ruską fałszywkę wedle której Protasiuk miał biadać, że Kaczyński „się wkurzy” należało zatem zastąpić wersją o zwlekaniu przez „dysponenta lotu” z decyzją o wyborze lotniska zapasowego.


Wedle protokołu komisji Millera rozbudowanego w „GW” o publicystyczne didaskalia, owo niepodjęcie decyzji w kwestii lotniska zapasowego miało świadczyć o „braku wsparcia”, które „odczuwał” kapitan Protasiuk, otoczony na dodatek przez niedoszkolonych głąbów, w wyniku czego nagle zgłupiał, bo chyba tak należy rozumieć kuriozalną spekulację psychologiczną dr Olafa Truszczyńskiego o wpadnięciu w „tunel poznawczy” i dywagacje na temat „elementu presji pośredniej” wywieranej przez obecnego w kabinie gen. Błasika.


III. Tunel poznawczy dla lemingów


O determinacji „Wyborczej” by przesłonić wcześniejsze wrzutki i wtłoczyć w umysły swych wyznawców nową wersję wydarzeń świadczy, że już następnego dnia po tekście Wróblewskiego postanowiono wzmocnić przekaz. Opublikowano mianowicie siłami trojga (!) cyngli artykuł „Zaważyła waga lotu” (swoją drogą - „zaważyła waga” - polszczyzna na miarę okupacyjnej gadzinówki, ale mniejsza), gdzie Wróblewskiego wsparli w wysiłkach Wojciech Czuchnowski i Agnieszka Kublik. Tekst ów w skondensowanej formie powtarza tezy z opowieści Wróblewskiego i m.in. za pomocą śródtytułu „Decyzja prezydenta mogła zmienić ten lot” kontynuuje proces „przestrajania świadomości” akolitów sekty Antypisa, wpychając ich w nowy „tunel poznawczy”, tak by zapomnieli o kompromitacjach swego organu z kłótniami na lotnisku, naciskami i resztą produkowanych uporczywie do ostatniej chwili haniebnych bredni.


Warto tu jeszcze zacytować opinię odpytywanego przez „Gazetę” psychologa lotniczego: „Wszedł (gen. Błasik – przyp. GG), gdy już byli w fazie podchodzenia do lądowania, żeby zorientować się jaka jest sytuacja. Gdyby interweniował, byłaby szansa na uratowanie wszystkich". No proszsz... Gdyby Błasik zaczął naciskać, to by uratował lot, a ten jak na złość naciskać nie chciał, choć przedtem ta sama „Wyborcza” wylała morze atramentu by udowodnić, że naciskał – i to jeszcze jak naciskał!


Od teraz wersja kanoniczna katastrofy podana do wierzenia brzmi następująco: współwinnymi są Lech Kaczyński i generał Błasik, którzy NIE NACISKALI na załogę.


Ciekaw jestem, jak te biedne lemingi, spośród których rekrutuje się gros czytelników „Gazety Wyborczej” poradzą sobie z tym dysonansem poznawczym. A może wcale nie muszą sobie radzić? Wiele wskazuje, że przeciętny konsument przekazu mediodajni ma pamięć rybki akwariowej, nie kojarzy niczego z niczym, za to część szczególnie zaangażowana wykazuje zdyscyplinowanie godne społeczeństwa z „Roku 1984” i przyjmuje do wiadomości każdy kolejny komunikat Ministerstwa Prawdy, usłużnie wypierając z pamięci wszystkie poprzednie. Taki „tunel poznawczy” troskliwie pielęgnowany przez środki masowego ogłupienia to z punktu widzenia rządzącej nami Dyktatury Matołów i reżimowych mediodajni rzecz zaiste bezcenna.


Gadający Grzyb



P.S.Pozwoliłem sobie opatrzyć tekst grafiką Kapitana Nemo -dzięki :)

czwartek, 2 czerwca 2011

Parlamentarna leminżeria


Sejm Dzieci i Młodzieży kwintesencją III RP.



I. Cacany prymusik.


Minął Dzień Dziecka a wraz z nim kolejna odsłona groteskowej szopki o nazwie „Sejm Dzieci i Młodzieży”, obowiązkowo nagłaśnianej w mediodajniach, jako wartościowa forma upowszechniania idei parlamentaryzmu wśród „przyszłości narodu”. Powiem szczerze, że zawsze fascynował mnie tryb wyłaniania 460 deputowanych do tego gremium, gdyż tak się składa, że końcówka mojej licealnej edukacji (r.1994) zbiegła się ze startem owej inicjatywy, a jako żywo, nikt nie proponował mi kandydowania. Więcej – nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek na moich młodzieżowych „przedstawicieli” głosował! Jedyne demokratyczne doświadczenia jakie przypominam sobie z tamtych lat, to wybory do samorządu uczniowskiego, będące zresztą kompletną farsą, jako że nauczyciele bezwstydnie agitowali za swoim ulubieńcem – jakimś cacanym prymusikiem, który w mej pamięci utrwalił się tylko dzięki artykułowi w gazetce szkolnej piętnującym polską ksenofobię. Ja w tej samej gazetce barwnie i humorystycznie opisałem alkoholowe ekscesy w jakich brałem udział, a do których dochodziło przy okazji szkolnych dyskotek. Wyglądało to tak: wypijało się po pół jabola na twarz, następnie wparowywaliśmy na salę i zmuszaliśmy didżeja by zamiast disko-bandżo puścił coś bardziej strawnego – np. KSU czy Defekt Muzgó. Robiliśmy pogo (wiem, pogo na dyskotece to wiocha, ale tu chodziło o pewną demonstrację), następnie zaś wybywaliśmy na zewnątrz zrobić ściepę na kolejne wino. Nauczyciele widzieli, ale przymykali oko - do czasu mojego jędrnego artykułu, po którym dyrekcja zawiesiła dyskoteki na czas nieokreślony, czym zaskarbiłem sobie dozgonną nienawiść połowy szkoły.


Eech, piękne czasy, ale ja nie o tym. W każdym razie ów cacany prymusik od piętnowania polskiej ksenofobii (jeden z argumentów – bo na Czechów mówimy „pepiki”, a na Ruskich... no, jakoś tak to szło) został oczywiście przewodniczącym samorządu, zaś popierany przez nas kandydat przegrał wskutek „cudów nad urną” na które to cuda składało się m.in. filowanie pedagogów co też tam młodzież wrzuca do skrzynki.


Była to niezapomniana lekcja demokracji.


II. 460 cacanych prymusików.


Wróćmy teraz do „Sejmu Dzieci i Młodzieży”, którego sposób wyłaniania sprowokował powyższe wspomnienia. Otóż, wbrew temu co mógłby sądzić ktoś naiwny, jego uczestnicy nie są wybierani w trybie głosowania, bo sami rozumiecie, demokracja demokracją, a wybrańcami muszą zostać ci, co trzeba... czyli najbardziej wartościowi, rozumni, umiarkowani i odpowiedzialni, ma się rozumieć.


Otóż do 2009 roku uczniowie pisali prace na tematy zadane przez Zespół Organizacyjny, które to prace były następnie oceniane przez specjalne komisje powołane przy wojewódzkich kuratoriach oświaty. Najlepsi otrzymywali mandaty poselskie, których liczba dla każdego z województw była proporcjonalna do liczby uczniów w gimnazjach i szkołach średnich. Dodatkowo Zespół Organizacyjny powoływał autorów najlepszych prac (ok. 20 z każdego tematu) do Komisji Sejmowej, która opracowywała zawczasu projekty „uchwał” do zaklepania na posiedzeniu plenarnym 1 czerwca. Obecnie, zamiast prac, dwuosobowe zespoły mają „zadane” „działania społeczne” powiązane z tematem sesji (zwracam uwagę – tematyka „sesji plenarnej” też ustalana jest odgórnie). W tym roku było to promowanie działań wolontariackich w społeczności lokalnej. Uczniowie ze swych działań społecznych zamieszczają relacje w serwisie www.edutuba.pl. Dalej jest tak samo jak dotychczas – ocenianie, nadawanie mandatów poselskich, powoływanie członków Komisji mających przygotować uchwały do przegłosowania na sesji plenarnej...


Całkiem jak w tych szkolnych wyborach, kiedy to „społeczność uczniowska” „wybrała” prymusika. A ten cały „parlament” to nic innego jak 460 takich cacanych, którzy napisali pracki dobrze ocenione w kuratoriach, lub zadziałali wokół jakichś słusznych „akcji”, następnie zaś załapali się na stołki rozdysponowane wg. obowiązującego parytetu.


III. Hodowla lemingów.


Ta procedura jest modelowym wręcz opisem realiów III RP i - w pewnym sensie - faktycznie przygotowuje „młodych, zdolnych” do funkcjonowania w naszej rzeczywistości. Uczy bowiem, że „demokracja” to pic na wodę i fotomontaż, zaś na polityczną (czy jakąkolwiek inną) karierę ma szanse ten, kto jest mile widziany przez takie czy inne „czynniki”. Farsowna szopka p.t. „Sejm Dzieci i Młodzieży” nie zaznajamia uczestników z mechanizmami demokratycznej polityki, wpaja natomiast jakie wyznawać poglądy, by zaliczać się do grona „ludzi rozumnych”, jako że lumpeninteligencja III RP zagnieżdżona w edukacyjnych strukturach oceniających kandydatów na „posłów” niemal bez wyjątku pozostaje pod przemożnym mentalno-intelektualnym wpływem Salonu i to w jego najbardziej betonowym „UDeckim” wydaniu.


Co więcej, opisywana tu groteska implementuje przekonanie, że naturalnym jest, iż posłów wyznacza jakaś „góra” której względy należy sobie zaskarbić, że tematykę sesji plenarnej ustalają jacyś „starsi i mądrzejsi” i że na owym posiedzeniu głosuje się pokornie projekty „uchwał” opracowanych przez Komisję wybraną poza wiedzą i zgodą „posłów”. Najważniejsze zaś, by na sali wszyscy jak za PRL-u gadali mniej więcej to samo w ramach pozorowanej debaty, następnie zaś rączki w górę i paluszki na przycisk „ZA”.


Całą tę ściemę relacjonują w sympatycznym tonie wiodące mediodajnie, często-gęsto dodając komentarze w duchu: patrzcie, politycy, jaka ta młodzież zgodna, jaka kulturalna sesja parlamentu, bez gorszących swarów...


Istna hodowla lemingów. Po takiej tresurze (owa tresura to szerszy temat, „Sejm Dzieci i Młodzieży” jest jedynie jej elementem), po takiej tresurze powtarzam, trudno się dziwić, że przeciętny „inteligent” - również ten „młody, wykształcony” - doznaje mentalnej apopleksji na widok prawdziwego sporu w którym ścierają się realne racje i nie dające się ze sobą pogodzić argumenty. Musi się bowiem wtedy opowiedzieć po którejś ze stron, zaś konieczność dokonania takiego wyboru przyprawia go o niemal fizyczny ból mózgownicy. Konstatuje wtedy z niesmakiem, że „politycy się kłócą”, nie wnikając jaki jest przedmiot sporu, jakie są jego przyczyny i czym poparte są stanowiska stron. Nie, coś takiego to dla leminga zbyt wiele, albowiem został wdrożony od pacholęcia, że grunt to zgoda... i wtedy instynktownie zaczyna się rozglądać za jakimś Autorytetem, który usłużnie podpowie, gdzie leży słuszność i jak należy się „pięknie różnić”, lejąc w ten sposób kojący miód na zbolałą duszę leminga.


IV. Takie będą Rzeczypospolite...


Na zakończenie warto przypomnieć wyświechtaną maksymę: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. No właśnie... Póki co, Centrum Edukacji Obywatelskiej (pozwólcie że wyskanduję ten orwellizm: O-by-wa-tel-skiej!) nadzorujące od 2009 roku rekrutację do „Sejmu Dzieci i Młodzieży” zaszczepia najmłodszym swą wizję o-by-wa-tel-skiej de-mo-kra-cji (!). Wizję, w której „demokracja” pozostaje pod ustawiczną pieczą niewybieralnych gremiów decydujących kto i w jakim trybie godzien jest reprezentować „społeczeństwo” i jakie prawa dla tegoż „społeczeństwa” ustanawiać. Krótko mówiąc, wdraża przyszłych niewolników „liberalizmu” do przeznaczonej im roli: wiecznie upupionych uczniaków nadzorowanych przez - że tak zwyobracam Gombrowicza Huxleyem – Pimków Nowego Wspaniałego Świata.


Gadający Grzyb


http://pl.wikipedia.org/wiki/Sejm_Dzieci_i_M%C5%82odzie%C5%BCy

piątek, 12 marca 2010

Trudne małżeństwo.


Relacja PiS – elektorat w kontekście przymiarek do koalicji z SLD. Próba analizy.



1) Futbolowo - małżeńska analogia.

Życie polskiego zwolennika prawicy jest jak życie kibica piłki nożnej – długie okresy cierpienia i przeżywania klęsk, przeplatane krótkimi chwilami euforii, gdy naszym patałachom uda się odnieść jakiś sukces.

Mimo to, kibic trwa z ukochaną drużyną – w doli i niedoli, w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i niedostatku. Innymi słowy – jeśliś, na swoje nieszczęście, Polaku, związał się emocjonalnie z jakąkolwiek emanacją swego patriotycznego jestestwa – czy to w formie futbolowej drużyny, czy też prawicowej partii politycznej - bądź przygotowany na najgorsze. Zawczasu możesz ustawić się w sytuacji żony poniewieranej przez męża - bydlaka, podpierającej się maksymą: „niechby pił, niechby bił, byle był”.

Ale, do jasnej, są granice. Taką granicę przekroczyli np. aktualni właściciele Legii Warszawa (ci od „ITI – sp…aj!”), co „zaowocowało” permanentnym kibicowskim bojkotem i postawiło pod znakiem zapytania opłacalność koncernowej inwestycji w klub z ulicy Łazienkowskiej – i to mimo niemal półmiliardowej dotacji otrzymanej od miasta rządzonego przez platformerską ekipę Hanny Gronkiewicz - Waltz. Bo nawet, gdy powstanie piękny stadion - któż go zapełni?

2) Aroganckie poczucie bezalternatywności.

Na podobnej granicy balansuje w tej chwili Prawo i Sprawiedliwość, wypuszczając kolejne balony próbne mające na celu wysondować, czy „twardy” elektorat zaakceptowałby mariaż z SLD. Nikt nie przekona mnie, że panowie Adam Hofman, Michał Kamiński, czy Adam Lipiński mówią to co mówią - ot tak, sami z siebie, bez wiedzy prezesa. Sądzę, że za wspomnianymi „balonami” stoi tyleż głębokie, co aroganckie przekonanie o „bezalternatywności” PiS dla prawicowego elektoratu, czego dowodem są cytowane przez Tomasza Sakiewicza słowa Adama Lipińskiego, że cokolwiek partia zrobi, to zwolennicy i tak na nią zagłosują, bo nie mają innego wyjścia. (niezalezna.pl/article/show/id/31458)

Najwyraźniej, PiS uznał, że ma na tyle mocną pozycję po „prawej stronie", by poczuć się władnym dyrygować swoim „zasobem elektoratu", który wszystko przełknie, wytłumaczy sobie, że tak być powinno, bo w imię wyższych celów i tak dalej… i pobieży do urny z kartką w zębach.

A to nie tak. Partia nie powinna dyrygować wyborcami, tylko wsłuchiwać się w ich głosy. Relacja partia - zwolennicy winna się ucierać na zasadzie wzajemności. Na tym (między innymi) polega demokracja. Aż wstyd to tłumaczyć.

Tymczasem wygląda na to, że Kaczyński za pomocą swych przybocznych sonduje, na ile może pograć ze swymi wyborcami w „salonowca”…

Powiem od razu: ze mną w taką gierkę nie pogra.

3) PiS nad Rubikonem.

Władze PiSu, rojąc o ewentualnym sojuszu z SLD, prześlepiają to samo, co prześlepiły władze ITI, kupując Legię Warszawa: wybudują stadion, który będzie świecił pustkami. Kibice się odwrócą. Bo zostali zdradzeni. W efekcie powstanie „piękny kościół, w którym nie ma Boga”, czyli prawdziwych – ideowych, a nie koniunkturalnych zwolenników. Prawo i Sprawiedliwość nie wyciągnęło żadnych wniosków z ostatnich lat. Albo inaczej: wyciągnęło, tyle że błędne.

Pisowscy decydenci pomyśleli sobie zapewne tak: „skoro wyborcy znieśli koalicję z LPR i Samoobroną, to znaczy że zniosą wszystko”. Otóż nie, nie zniosą. Wyborcy PiS już przy poprzednim mezaliansie zaciskali zęby i „wytrzymywali” ledwo – ledwo. Powyborczy sojusz z SLD na wzór tego z TVP, będzie przekroczeniem Rubikonu, za którym trzeba będzie pożegnać się z wszelkimi projektami uzdrowienia państwa, Czwartej Rzeczypospolitej, oczyszczenia życia publicznego z mafijno – peerelowskich złogów… Zostanie tylko bezideowa gra o władzę dla niej samej. Znikną wszelkie przyczyny dla których znaczna część wyborców głosowała dotychczas właśnie na a nie inną partię.

***

Wyciszenie na ostatnim zjeździe tradycyjnych, najmocniejszych PiSowskich tematów, jak walka z przestępczością (w tym z przestępczością zorganizowaną), czy z różnymi przejawami korupcji i zastąpienie ich retoryką typu „ciepła woda w kranach” (tu w wersji „wakacje w Egipcie”), można odczytywać nie tyle jako błąd, ile jako świadome ustawianie wizerunku pod przyszłą koalicję z SLD. Tak, by z kolei liderzy Sojuszu mogli wyjaśnić swojemu elektoratowi, że ten PiS, to już nie są żadni „prawicowi inkwizytorzy”, tylko dojrzała, nowoczesna i umiarkowana "partia środka".

Marnie to wróży.

4) PiS łaknie własnych „lemingów”.

Nawiązując jeszcze do futbolowej analogii: ITI postanowiło sobie wyhodować na Legii nowych kibiców – z lepszej komercyjnie grupy „targetowej”. Z kolei , Prawo i Sprawiedliwość, najwyraźniej postanowiło wyhodować sobie nowych wyborców – mniej ideowych, mniej niezależnych intelektualnie a przez to bardziej bezkrytycznych. Słowem, PiS postanowiło stworzyć własnych lemingów.

Sposób, w jaki traktowani są na Woronicza konserwatywni publicyści (Wildstein!), których podstawową wadą jest odporność na naciski i to, że nie są „na telefon”, daje do myślenia. W oczach partyjnych macherów ich niezależność przestała być atutem – stała się zbędnym balastem. Na mój nos, może stanowić to przedsmak zmiany nastawienia partii do konserwatywnej części elektoratu, która zaczyna zawadzać w zawiązaniu koalicji z postkomunistami. Patrząc pod tym kątem, wyborcy o wyrazistym profilu ideowym (patriotycznym, antykomunistycznym, cywilizacyjno - światopoglądowym) wraz ze swymi wymaganiami, zaczynają stanowić garb, którego partia może nie mieć ochoty dłużej nosić.

Jeżeli powyższe obawy się potwierdzą, pozostanie jedno – skonstatować, mówiąc językiem sądowym „ostateczny rozkład pożycia” w tym od początku trudnym małżeństwie.

5) Wyborca uprzedmiotowiony.

Nie ukrywam, że jako wyborca Prawa i Sprawiedliwości z każdym rokiem coraz bardziej czuję się uprzedmiotowiony – traktowany jak klient przez patrona, by nie rzec: jak mięso wyborcze, które według przytaczanych już słów Adama Lipińskiego i tak zagłosuje na PiS, bo nie ma innego wyjścia. Nie jest mi, delikatnie mówiąc, z tą świadomością komfortowo. Oczywiście, wyborcy PO nie są traktowani lepiej – tylko (jeszcze?) nie zdają sobie z tego sprawy, uwiedzeni zręczną propagandą i nękani widmem „kaczyzmu”.

Niemniej, jeżeli ów przedmiotowy stosunek partii do „elektoratu”, podszyty pogardą (bo czymże jest mruganie oczkiem do postkomunistów, jak nie wyrazem pogardy dla własnych wyborców) będzie narastał, to obawiam się, że PiS czeka przy urnach niemiłe rozczarowanie. I to niejedno.

***

Zakończę komentarzem, który zamieściłem pod wpisem Budynia78 (www.niepoprawni.pl/blog/3/koalicja-pis-sld-bez-sensu):

W piłkarskim slangu funkcjonuje takie pojęcie, jak „zadryblować się na śmierć". Koalicja z SLD byłaby właśnie takim „zadryblowaniem". "Dryblerzy" Hofman i Kamiński (plus Lipiński) – do drużyny rezerw!

Gadający Grzyb


P.S. Podczas pisania tekstu wykorzystałem swoje komentarze pod wpisami:

Chłodnego Żółwia - www.niepoprawni.pl/blog/94/pandemia-naszosci-wsrod-blogerow-i-dziennikarzy#comment-56305

Budynia78- www.niepoprawni.pl/blog/3/koalicja-pis-sld-bez-sensu#comment-57367

www.niepoprawni.pl/blog/3/koalicja-pis-sld-bez-sensu#comment-57480

P.S.2 Ilustracja nawiązuje do mojej poprzedniej „PiSowskiej” analizy (grudzień 2008) www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-pis-ma-szanse-na-przyciagniecie-mlodych-ludzi

Nie bez przyczyny, niestety…

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl