Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mohery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mohery. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2017

Alternatywne państwo „totalnej opozycji”

Na naszych oczach zaczyna tworzyć się opozycyjna republika-bis rządzona przez „sędziokrację” i zrewoltowana wobec oficjalnych struktur państwa.


I. Apartheid wg Markowskiego

Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić” - powiedział bliski Platformie politolog Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik pod koniec października 2010 r. Był to szczyt potęgi PO – niedługo po Smoleńsku i po objęciu prezydentury przez Bronisława Komorowskiego. Kilka tygodni wcześniej usunięto krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego – co działo się na Krakowskim Przedmieściu, wszyscy pamiętamy. I w takim właśnie momencie upojony triumfem swojego obozu prof. Markowski uznał, że warto posunąć się o krok dalej i zaprowadzić wewnątrzpolski apartheid, sprowadzający się do zinstytucjonalizowania różnic światopoglądowych, społecznych, politycznych i religijnych. Od tej pory ci, których nieco później zaczęto określać mianem „fajnopolaków”, oraz „mohery” mieliby osobno odprowadzać podatki na własne przedszkola, szkoły, żłobki, szpitale itd. Ów „funkcjonalny federalizm” jak go eufemistycznie określił Markowski, składający się z dwóch „filarów” - „oświeceniowo-świeckiego” i „katolicko-narodowego” - sankcjonowałby „na sztywno” społeczny podział, tak by ci „lepsi” mogli dla własnego komfortu maksymalnie odseparować się od „ludu smoleńskiego”.

Milczącym założeniem przewijającym się między wierszami wypowiedzi Markowskiego było przeświadczenie, że warstwa „oświeconych” stanowi odrębną kastę, w ogromnej mierze składającą się z wielkomiejskiej klasy średniej. W konsekwencji, „oświeceni” nie mieszają się z prowincjonalnym ciemnogrodem – starszym, mieszkającym w „Polsce powiatowej”, chodzącym do kościoła (a przynajmniej innych kościołów niż „liberałowie”), gorzej wykształconym, mniej zarabiającym, okupującym podrzędne miejsca pracy. I na odwrót - „oświeceni” mieli stanowić wyizolowaną elitę: zamieszkującą grodzone osiedla-zamki, pracującą na wyższych stanowiskach, lepiej wykształconą, zamożniejszą itd. Współczesna lewica takie myślenie nazywa „klasizmem”, ale dziwnym trafem, nikt np. z „Krytyki Politycznej” wówczas tego Radosławowi Markowskiemu nie zarzucił.

Kolejnym aspektem powyższego był niewypowiedziany historyczny determinizm – ci „gorsi” wskutek niedopasowania do nowoczesnego świata mieli „wyginąć jak dinozaury”, zaś niedobitki pełnić wobec elit funkcje służebne. Tyle, że w swej nadętej arogancji Markowskiemu nie przyszło do głowy policzyć, ilu jest tych „wielkomiejskich liberałów”, jaką mają rozrodczość i jak niby mają osiągnąć na stałe dominującą pozycję, skoro „ciemnogród” jest w stanie przykryć ich czapkami. Uczony profesor nie zadał sobie również pytania, jak niby kasta liberalna ma się uzupełniać w warunkach sztywnego podziału z zaburzoną fluktuacją elit i warstw społecznych. No i wreszcie – człowiek zajmujący się m.in. socjologią i psychologią społeczną (nie tylko on zresztą, można tu także wymienić prof. Czapińskiego czy Krzemińskiego) nie zdołał zaobserwować, że ówczesna optyczna przewaga „młodych wykształconych” przekładająca się na zwycięstwo PO i rządy Tuska wynikała z rozbudzonych aspiracji materialnych i godnościowych, które zaspokoić miała ogólnikowo formułowana „modernizacja” i „europeizacja” Polski. Gdy owe aspiracje nie doczekały się spełnienia, nastąpił bunt przejawiający się m.in. masowym zwrotem w stronę „tożsamościową”. I stała się rzecz niepojęta: skazywane na wymarcie „dinozaury” nie dość, że radykalnie odmłodniały, to jeszcze wygrały wybory.


II. Alternatywne państwo

Przypominam to wszystko nie tylko po to, by zilustrować mentalność „oświeconych”, lecz także dlatego, że wbrew pozorom postulat apartheidu Radosława Markowskiego bynajmniej wśród tej warstwy nie stracił na aktualności. Różnica jest taka, że nie przewidzieli, iż przyjdzie im realizować go w warunkach, gdy sami zastaną zepchnięci do narożnika. W swym zadufaniu sądzili, że zawsze będą na wierzchu i prawem dziejowego postępu z czasem niepodzielnie rozciągną swą dominację na całą przestrzeń życia publicznego. Dlatego też nie są w stanie przyjąć do wiadomości, nie wspominając już o zaakceptowaniu, rządów tych, których zwykli traktować jako barbarzyńców stojących na nieporównywalnie niższym szczeblu cywilizacyjnego rozwoju. Kolejnym policzkiem jest dla nich rozprzestrzenienie się w sferze publicznej postaw budzących w „oświeconych” środowiskach jedynie odrazę – patriotycznych, narodowych, suwerennościowych. A już prawdziwe przerażenie budzi w nich to, że nagle, na przekór wcześniejszym mocarstwowym urojeniom, zobaczyli jak wąską grupę stanowią, jaki przedział wiekowy dominuje na ich demonstracjach i do jakiego stopnia są wyizolowani z tkanki społecznej. Innymi słowy, przekaz Markowskiego o budowaniu „instytucjonalnego podziału” z pozycji siły uległ szokującemu urealnieniu.

Reakcją jest sekciarski mechanizm wyparcia. To nie oni przegrali, tylko państwo zostało „zawłaszczone” zaś legalnie wybrana władza „nie ma mandatu” do wprowadzania jakichkolwiek zmian naruszających interesy dotychczasowych elit. A że te interesy sankcjonowane przez „republikę okrągłego stołu” zwykli utożsamiać z demokracją jako taką (bo innej tak naprawdę nie znają), to wszelkie ich naruszenie traktują (najzupełniej szczerze) jako „zamach na demokrację”. Przy takim podejściu logicznym następstwem jest traktowanie państwa w którym zostali pozbawieni znacznej części wpływów (choć dalece nie wszystkich) jako struktury wrogiej i obcej. Krótko mówiąc – Polska pod rządami opcji innej, niż „obóz beneficjentów III RP” nie jest ich państwem. Nie są w stanie utożsamić się z żadną formą państwowości w której to nie oni są warstwą nadrzędną – zarówno materialnie, jak i na płaszczyźnie symboliczno-godnościowej „dystrybucji szacunku”.

Efekt jest taki, że dziś instynktownie przystępują do budowy własnego apartheidu – tyle, że z pozycji „opozycji totalnej”. Już nie po to, by dominować, lecz by przetrwać w nadziei na jakąś odmianę polityczno-społecznych wiatrów, które znów kiedyś wyniosą ich na przynależne im szczyty. Taka jest istotna funkcja „pełzającego rokoszu” - zwarcie szeregów, eliminacja jednostek nieprawomyślnych i ugodowców, oraz konsolidacja posiadanych zasobów. Zważywszy na mizerną bazę społeczną, o czym świadczy rachityczność tworzonych oddolnie „obywatelskich” struktur (nieudana kopia analogicznych środowisk budowanych przez lata po prawicowej stronie), w ich stanie posiadania są cztery obszary – zagraniczne instytucje nacisku, którym się wysługiwali; sprzyjająca im część mediów, głównie z zagranicznym kapitałem; pozostające w ich rękach struktury partyjno-samorządowe będące dziś bastionem starych porządków oraz te segmenty państwa, które uda się „wyłuskać” spod rządów PiS.

Podstawowym filarem instytucjonalnym, na którym „opozycja totalna” chce oprzeć swoje „alternatywne państwo” jest władza sądownicza i szerzej – środowiska prawnicze udrapowane w szaty „ajatollahów demokracji” orzekających co jest zgodne z demokratycznym standardem, a co nie. To dlatego wypowiedzenie porządku konstytucyjnego w którym naród mają zastąpić w roli suwerena „wartości” spotkało się z takim aplauzem. Oni wiedzą, że „wartości” każdorazowo będą interpretowane na ich korzyść i w ich interesie, co potwierdza niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego (w odpowiedzi na zadane samemu sobie pytanie) ograniczające prezydenckie prawo łaski. W ten sposób zaczyna obowiązywać postulat prof. Safjana samozwańczej kontroli konstytucyjności przez władzę sądowniczą. Na naszych oczach zaczyna tworzyć się opozycyjna republika-bis rządzona przez „sędziokrację” i zrewoltowana wobec oficjalnych struktur państwa.


III. Pluszowy krzyż „totalnej opozycji”

Każdej rewolcie potrzebny jest przynajmniej cień propagandowego uzasadnienia i nimb męczeństwa – najlepiej na pluszowym krzyżu. Stąd chociażby prowokacje na smoleńskich miesięcznicach starające się nie tylko odgrzać dawne emocje, ale również wykreować bohaterów walk z „dyktaturą”. Jest to celowa gra obliczona na reakcję siłową władzy poprzez świadome łamanie prawa – czego lider „Obywateli RP” Paweł Kasprzak nawet nie ukrywa. Póki co, mieliśmy groteskowe męczeństwo Frasyniuka i garstki innych osób wyniesionych przez policję poza obręb demonstracji i spisanych – ale zdjęcia poszły w świat, sugerując, że mamy tu co najmniej „putinizm” i łamanie praw obywatelskich. Porównajmy to sobie z zajściami pod krzyżem z lata 2010, czy szykanami wobec uczestników pikiety „Solidarnych 2010”, kiedy to Straż Miejska usiłowała z całą brutalnością usunąć jej członków z Krakowskiego Przedmieścia. Przypomnijmy pałowanie i procesy polityczne wytaczane uczestnikom Marszy Niepodległości, pacyfikowanie środowisk kibicowskich w ramach „akcji widelec”, grzywny za skandowanie hasła „Donald matole, twój rząd obalą kibole”, czy zupełnie już niedawny wyrok na Zygmunta Miernika zakończony więzieniem. Jak na dłoni widać, że obecna, usiłująca zanarchizować państwo „totalna opozycja” ma wyjątkowo dobrze. Czy czasem nie za dobrze?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Strach i pogarda Zbigniewa Kowalskiego

Żarliwe, antysmoleńskie świergolenie Preisnera jest świadectwem dojmującego strachu, który go przeżera na samą myśl, ze mógłby zostać uznany za – o zgrozo – „pisowca”.

Pan Zbigniew Kowalski z Bielska-Białej postanowił złożyć antysmoleńskie wyznanie wiary, którego nie omieszkała nagłośnić niezawodna w takich razach „Wyborcza” do spółki z TokFM. Pan Kowalski, który niegdyś w ramach profilowania kariery postanowił przyjąć nazwisko „Preisner” obwieścił, iż nie zamierza być wycieraczką PiS-u, że sobie nie życzy by kojarzono go z sektą smoleńską i zamachem, a tak w ogóle, to pójdzie do sądu, bo na rocznicy pogrzebu pary prezydenckiej puszczono jakiś jego kawałek, a w każdym razie tak powiedzieli mu jego znajomi, „którzy to słyszeli na rogu Rynku i ul. Grodzkiej”.

Czy PiS puścił nagranie, czy nie – trudno orzec, bo organizatorzy zaprzeczają. Ja jednak ciekaw jestem, czy pan Zbigniew „Preisner” Kowalski rozstawiał swych współpracowników zawczasu, czy też przyszli sami z siebie, by z bezpiecznej odległości pofilować sobie na „moherów” i pozapowietrzać się we własnym, elitarnym i wielce krakówkowym gronie, że do czego to panie szanowny doszło – aby tu w Krakowie (w KRAKOWIE!) takie rzeczy...

***

Jak by to mogło wyglądać? Ano, może tak:

- Proszę spojrzeć, Smoleńskie oszołomy otwarcie gromadzą się na Rynku, panie profesorze – wstydu nie mają! - Tak, tak, panie mecenasie, kiedyś byłoby to nie do pomyślenia... Faszyzm i antysemityzm, chamstwo i drobnomieszczaństwo... Żeby jeszcze gdzieś w domu, po kryjomu, ale tak otwarcie, na polu? - Takie czasy, kiwa na to głową pan profesor, takie czasy – nie dla ludzi z naszej klasy... - A cóż to oni z głośników puszczają? Czy aby to nie kawałek naszego Zbyszka? - Jakiego Zbyszka, panie mecenasie? - Ano, tego Kowal... to jest, Preisnera, co sobie od małżonki takie światowe nazwisko obstalował? No wie pan, panie profesorze, ten militarystyczny, o zbrojeniach – o, mam - że trzeba zbroić się w milczeniu? - Czy może to być? Ja już trochę przygłuchy, ale może ma pan pod ręką jakiś dyktafonik, panie mecenasie? - A mam, od czasu gdy Adaś tego, rozumie pan, koszernego nagrywał, to się nie rozstaję, no i jest jak znalazł... - To włączaj, pan, włączaj! A potem do Zbyszka, pędzikiem!

No a potem poszło z górki. Pan Zbyszek, niegdyś z prowincjonalnej Bielsko-Białej, a obecnie z elitarnego Krakowa, otrzymał nagranie okraszone troskliwym zapytaniem, czy on aby, tego, no – nie doszlusował czasem do oszołomów od Smoleńska i w związku z tym nie został faszystą. A może do głosu doszły chamskie korzenie i trzeba będzie objąć pana kompozytora towarzyską anatemą? - Ależ skądże, panie profesorze, panie mecenasie – ukradli, zawłaszczyli i sponiewierali! Ja zawsze z wami, z nimi – nigdy, nic! - No to lećże Zbyszku do mediów, prostuj i odkręcaj – biegusiem! Bo jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że nie jesteś człowiekiem inteligentnym i na poziomie...

***

Nie męczyłbym na tę całą żenadę klawiatury, gdyby zachowanie pana Kowalskiego vel Preisnera nie było tak arcyboleśnie typowe dla „ludzi zdolnych jedynie do naprzemiennego odczuwania strachu i pogardy” – jak charakteryzuje elity III RP (za Jerzym Dobrowolskim) Rafał Ziemkiewicz. Przy czym warto zauważyć, iż pan Kowalski osiągnął tu nowy poziom: on mianowicie odczuwa „strach i pogardę” nie „naprzemiennie” lecz jednocześnie, naraz. O głębokiej pogardzie dla pisowskiego, prowincjonalnego motłochu świadczy każde wypowiedziane przez niego słowo. (cyt. „- Oświadczam publicznie: nie jestem żadnym wyznawcą religii smoleńskiej, nic mnie z tą grupą ludzi nie łączy. Nie jestem żadnym oszołomem, który wierzy w jakiś zamach i tak dalej...” (…) „nie zamierzam być wycieraczką PiS” (…) „komitet Obrony Paranoi”)

Ale to żarliwe, antysmoleńskie świergolenie w jedynie słusznym duchu jest zarazem świadectwem dojmującego strachu, który go przeżera na samą myśl, ze mógłby zostać przez swój krakówek do owego motłochu zaliczony, że mógłby zostać uznany za – o zgrozo – pisowca. Wówczas niejako z automatu przestałby być wielkim Preisnerem z Krakowa, a stałby się na powrót prowincjonalnym, pospolitym Kowalskim z Bielska-Białej. Taki upadek!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 22 listopada 2012

Dzieci Zbigniewa S.

Agorowe „Metro” dziwi się, że duchowe dzieci Zbigniewa S. reagują agresją, gdy ktoś im powie, że należy w autobusie ustąpić miejsca jakiemuś „moherowi”.

I. Inwencja warszawskich biurokratów

Agorowe „Metro” wielce zdziwiło się fiaskiem kampanii warszawskiego Zarządu Transportu Miejskiego promującej m.in. ustępowanie miejsca osobom starszym, niepełnosprawnym, kobietom w ciąży itp. Oczywiście, cała ta kampania to typowe urzędnicze „działanie pozorne” polegające na wywaleniu w błoto jakiegoś budżetu, by można było potem wykazać w sprawozdawczości, że owszem, prawda, palący problem społeczny został dostrzeżony i przedsięwzięto w związku z tym odpowiednie przeciwdziałania. Wszystko wedle znanego od czasów PRL-u schematu: jest „bolączka”, z którą nie wiadomo co zrobić - organizujemy „akcję”! Wywieszamy transparenty, smarujemy hasła, i generalnie – dajemy odpór.

Tym razem padło na walkę z tłokiem i złymi manierami w środkach komunikacji miejskiej. Rzecz jasna, żadnych dodatkowych autobusów, czy tramwajów na miasto nie wypuszczono, bo po co, skoro można wydrukować plakaty ze szczytnymi wezwaniami, by nie blokować wejść, ustępować sobie miejsca i tak dalej. Szkoda, że nie zaapelowano o korzystanie z usług stołecznego ZTM w krawatach, jako że klient w krawacie jest mniej awanturujący się. Jasna sprawa, że od tego wykwitu urzędniczej inwencji nikomu się nie polepszyło, nie przeszkadza to jednak zapowiedzieć, że kolejna odsłona akcji będzie miała miejsce również w przyszłym roku. A w ogóle, to wedle Pawła Olka z biura prasowego ZTM „Widać, że kampania była potrzebna”, bo „Nareszcie rozmawiamy o tym problemie na szerszą skalę”.

II. Młodzi z „fejsbuka”

Jednak przy tej okazji – i jest to zasadniczy powód dla którego skrobię tę notkę – wyszły na jaw reakcje, które „poraziły” ponoć organizatorów kampanii. Otóż młodzi, wykształceni mieszkańcy Stolicy, do których w pierwszym rzędzie adresowano plakatowe hasła w rodzaju „Obywatelu, powstań!” bez większego obcyndalania stwierdzali na forach internetowych i „fejsie”, że nie mają najmniejszego zamiaru ustępować miejsca zgredom i moherom, bo ci powinni w godzinach szczytu siedzieć w domu zamiast jeździć po mieście, a poza tym, skoro zapłaciłem za bilet to mam prawo siedzieć jak wszyscy i w ogóle, te mohery same są sobie winne, bo doprowadziły do tego, że starszych się nie szanuje.

Do wyjaśnienia tej erupcji chamstwa zaprzęgnięto jakąś panią profesor socjologii ze Społecznej Akademii Nauk w Łodzi (dlaczego akurat z Łodzi, skoro akcja dotyczy Warszawy?), w myśl nieśmiertelnej medialnej zasady: nie wiesz co sądzić o jakimś zjawisku – spytaj socjologa! Pani ta, zapewne pełna najlepszych chęci, prawi o tym, jak to młodzież jest papierkiem lakmusowym zmian społecznych, do tego „żyjemy w czasach upadku systemów etycznych i orientacji na siebie”, a na domiar złego „osłabiona kontrola społeczna sprawia, że zachowania kiedyś uznawane za niedopuszczalne dziś uchodzą”.

Prócz tego, niejaka Anna Fomicz z miejskiego wydziału konsultacji i dialogu społecznego (wiedzieliście, warszawiacy, że macie tak niezbędną do funkcjonowania miasta instytucję?) niczym ciocia Klocia na imieninach peroruje na temat „dzisiejszej młodzieży”, jak to, pani kochana, młodzi „źle rozumieją pojęcie równości”, dodając, iż „problem leży w świadomości, kulturze osobistej i braku wrażliwości społecznej. Negatywny i roszczeniowy odzew młodych tylko potwierdza fakt, że podnoszenie świadomości społecznej jest konieczne”. Na koniec zaś przygważdża morałem: „ci sami, którzy dziś się oburzają (na apel o ustępowanie miejsca – GG), jutro mogą potrzebować wsparcia i życzliwości od innych”.

III. Dzieci Zbigniewa S.

Krótko mówiąc, wszyscy z redakcją „Metra” włącznie, obchodzą się z tematem jak ze śmierdzącym jajeczkiem, zamiast udzielić odpowiedzi, która narzuca się sama, tyle, że jest skrajnie politycznie niepoprawna, obciąża bowiem zarówno władze Warszawy, jak i „Agorę”.

Mamy oto do czynienia z pokłosiem pompowania i dowartościowywania w sferze publicznej zdziczenia, które objawiło się podczas pamiętnych zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu w 2010 roku. Pamiętamy? Czy nie pamiętamy? To wtedy przykłady skrajnego zbydlęcenia były promowane i dopieszczane jako „radosny Hyde Park” spontanicznie zorganizowany przez „młodych z fejsbuka”. To władze Warszawy dokładały z jednej strony wszelkich starań, by obrońcom krzyża obrzydzić te całe zdrowaśki pod Pałacem Prezydenckim, z drugiej zaś – zezwoliły na demonstrację Dominika Tarasa. To media „Agory” promowały „happening” tego wioskowego przygłupka jednorazowego użytku i wbijały w dumę żulernię z „Przekąsek-zakąsek” - jacy to są nowocześni, postępowi, europejscy i dzielnie stają do rozprawy z moherowym ciemnogrodem.

To przychylna neutralność służb porządkowych gwarantowała bezkarność i wiodącą rolę innego „działacza młodzieżowego”: oddelegowanego na odcinek walki z moherowszczyzną sutenera, gwałciciela i kryminalisty - Zbigniewa S. pseudonim „Niemiec”, szefa gangu szantażującego Krzysztofa Piesiewicza, który słowem i czynem zachęcał pijane hordy by dały popalić bandzie dewotek. Tak nawiasem – jak tam proces pana Zbigniewa? Rozpoczął się, czy wciąż jakoś nie może ruszyć z miejsca? A może doczekał się już szczęśliwego umorzonka, jak w 2009 roku? Przynajmniej wiemy, jakież to zasługi dla służb Dyktatury Matołów gwarantują panu Zbigniewowi bezkarność.

Zbigniew S. i Anna Mucha

Lżenie, plucie, szczanie do zniczy, przypalanie petami karków modlących się kobiet – wszystko to nie wzbudzało emocji miejskiej administracji pod rządami HG-W, ani oburzenia „Metra”, czy innych mediów wiadomego koncernu. Agresja, chamstwo i zezwierzęcenie doczekały się w tamtych „dniach pogardy” niewiarygodnej wręcz promocji. Cóż więc się dziwić, że teraz to procentuje. To nie jest bowiem tak, że uwolniono wtedy na krótko dżinna, którego następnie po cichu schowano na powrót do butelki. Nie, wówczas stało się coś więcej – postawy, które spotykały się dotychczas ze społeczną dezaprobatą, a przynajmniej nie wypadało się nimi chwalić, weszły na stałe do kanonu zachowań akceptowalnych, ba – nawet afirmowanych przez Siły Postępu.

A teraz słyszymy głosy zdumienia, że duchowe dzieci Zbigniewa S. reagują agresją, gdy ktoś im powie, że należy w autobusie ustąpić miejsca jakiemuś moherowi. Szczyt obłudy, czy może wyprane mózgi urzędników i dziennikarzy naprawdę nie widzą tu związku przyczynowo-skutkowego?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Zbigniew S. „Niemiec” w akcji: http://www.youtube.com/watch?v=lQ5VZp4u0-w

sobota, 14 lipca 2012

Lemingi i mohery – małe studium podziału

Lemingi od moherów różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

I. Lemingi według Dmowskiego

Pod notką Budynia78 „Lemingi będą lemingami” wywiązała się ciekawa dyskusja. Generalnie, Budyń twierdzi, że to, iż lemingi same z przekory zaczęły siebie tak określać (zapewne pod wpływem okładkowych tekstów „Uważam Rze” - nr 28(75)/2012) nie sprawia, że przestały być lemingami, podobnie jak „obrazowaniec” nie przestanie być „wykształciuchem”, choćby z kpiarskim dystansikiem mówił tak o sobie przy każdej okazji, a nawet bez okazji, co jak pamiętamy było szalenie modne w pewnych kręgach za czasów rządów PiS. Pojawiły się jednak również głosy, iż podział na linii lemingi-mohery został sztucznie wykreowany. Najdobitniej wyraziła to chyba Anna, pisząc: „Marzę o tym, by podział na lemingi i mohery po prostu zanikł. Jak i inne podziały - wykreowane sztucznie”. W innym zaś miejscu: „Podzielono nas. Poprzez napuszczenie jednych na drugich.” . Polecam zresztą całość – tekst i dyskusję.

Miałem odpowiedzieć pod tekstem Budynia, ale poczułem, że zbiera mi się na grubsze posiedzenie, i w krótkim komentarzu wszystkiego nie dopowiem, zatem odczekałem aż się to wszystko mi urodzi i stąd ten tekst.

Otóż, podział na lemingi i nie-lemingi istniał od zawsze, tyle że było to inaczej nazywane. Zawsze była mniejszość, której o coś chodziło, nie zadowalająca się „małą stabilizacją” i większość, która spełniała warunki bycia dzisiejszymi lemingami. Opisywał to już Roman Dmowski, który w pierwszych słowach „Myśli nowoczesnego Polaka” podał aktualną po dziś dzień definicję leminga:

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.”

Czyż powyższy cytat nie oddaje postawy życiowo-światopoglądowej tych, których określamy dziś mianem MWzWM, „młodymi z fejsbuka”, tudzież „lemingami”? No właśnie.

II. Zabetonowane sumienia

Ten naturalny podział został w ostatnich latach - zwłaszcza po Smoleńsku - wyostrzony. Owszem – często za pomocą dość parszywych socjotechnicznych sztuczek, ale w sumie nie ma tego złego... Zamiast złudnej jedności, przynajmniej wiadomo kto jest kim. Dmowski nie miał złudzeń, twardo i realistycznie opisując współczesnych sobie Polaków, nie miejmy ich również i my, bo takie złudzenia kończą się bardzo boleśnie w godzinie próby.

To prawda, Dyktatura Matołów oraz sprzęgnięty z nią „przemysł pogardy” zintensyfikowały ową socjotechnikę dla własnych politycznych celów, jednak nie byłaby ona tak skuteczna, gdyby nie utrafiała w coś realnego. Zagrania, które można było obserwować choćby podczas medialnego pompowania Dominika Tarasa i jego neo-barbarzyńców, trafiły na tak podatny grunt m.in. dlatego, że większość Polaków, po okresie Żałoby Narodowej zwyczajnie stchórzyła, gdy przyszło do konkretów i okazało się, że np. możemy narazić się Rosji. Co innego palenie światełek, a co innego groźba utraty poczucia bezpieczeństwa (choćby złudnego), czy wystawienie się na gniew Kremla. Zwróćmy uwagę – tu nawet nie chodzi o narażenie się na jakieś realne zagrożenie, jak np. wojna z Rosją, tylko o samo czysto hipotetyczne poczucie, że coś mogłoby zburzyć obecny względny błogostan.

Nieco szerzej pisałem o tym mechanizmie w rocznicowej notce z kwietnia „Smoleńskie status quo”, więc pozwolę sobie na poniższe autocytaty: „Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi z „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”.”

I dalej: „Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.”

No i wreszcie: „Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii (...). Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.”

III. Rozgrzeszenie instant

Sądzę, że to dość przekonujące wyjaśnienie temperatury obecnego społecznego podziału i psychicznej gotowości do poddawania się manipulacjom. Skoro zachowałem się jak świnia, to zawsze chętniej posłucham tych, którzy w dzisiejszej Polsce trudnią się udzielaniem łatwego rozgrzeszenia na masową skalę – takiego „rozgrzeszenia instant” - mówiąc, że właśnie moja postawa jest słuszna, racjonalna i generalnie „fajnopolacka”, zaś tamci to ciemne mohery, oszołomy i niebezpieczni awanturnicy, których należy izolować, bo zagrażają naszemu szeroko rozumianemu dobrostanowi. Na podobnej zasadzie latem 1920 roku, gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę, spokojni na co dzień warszawscy mieszczanie potrafili pluć na mundury idących na front ochotników – bo to przez nich cała ta „awantura”. Nic nowego.

Z drugiej zaś strony – wśród „moherów” - w naturalny sposób narosła agresja, lub co najmniej skrajna niechęć wobec wyzutych z patriotyzmu, poddających się ogłupiającej propagandowej sieczce lemingów.

Na to wzajemne wykluczenie nałożyły się dodatkowo różnice kulturowe – zakorzeniony w religii tradycjonalizm i patriotyzm kontra podszyte nihilizmem wygodnictwo.

Odwołam się jeszcze do czasów bliższych. Jest taki kawałek Dezertera z lat '80, zatytułowany „Polska złota młodzież”: „ (…) Polska złota młodzież kłótliwa i słaba / Polska złota młodzież krzykliwa i głupawa / Bez sensu i celu, podziały i nienawiść / Komercja, moda, pieniądze i zawiść / Wódka, kurewki, dyskoteka, szkoła / Oto polska młodzież spokojna i wesoła (…) Myśląca bezpiecznie, bo tak wytresowana / Polska złota młodzież wykończy się sama”. To z kolei obraz młodocianych lemingów z lat '80, z czasów junty Jaruzelskiego. Wygląda znajomo? No przecież...

Dobrze napisany punkowy kawałek potrafi powiedzieć o rzeczywistości więcej niż sążnisty, socjologiczny artykuł. Ta „złota młodzież” opisana (ośpiewana?) przez Dezertera dochowała się już swoich dzieci, które nasiąknęły podobnym podejściem do rzeczywistości – przecież te tabuny neo-barbarzyńców nie wzięły się znikąd. A że tego typu postawa łatwo daje się opakować w celofanową pozłotkę z nadrukiem „nowoczesność”, to tym większy opór przed próbami odpakowania i zajrzenia do środka i wściekłość, gdy ktoś kwestionuje jakość kryjącej się pod tą pozłotką zawartości.

IV. Tertium non datur

Podsumowując, gdybym miał zdefiniować czym z punktu widzenia spraw publicznych różni się leming od mohera, to powiedziałbym, że różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

Szczególnie mocno różnica ta objawiła się po przywoływanej tu Katastrofie Smoleńskiej – ale abstrahować od niej nie sposób. Już teraz bowiem widać, że Smoleńsk stał się doświadczeniem formacyjnym na miarę pokolenia – i to dla obu stron społecznego konfliktu. Niezależnie od tego, co uczynią z nim politycy, ten wypuszczony dżin żyje już własnym życiem. Podgrzewany propagandowo, choć w swym społecznym podglebiu naturalny, podział na „lemingi” i „mohery” miałby szansę osłabnąć i powrócilibyśmy do względnie pokojowej koegzystencji, gdyby nie Smoleńsk właśnie. Każdy, kto chce mieć cokolwiek do powiedzenia o Polsce (lub nadać pozór racjonalności temu, że o Polsce nie ma i nie chce mieć niczego do powiedzenia) musi się wobec Smoleńska określić. Musi być albo lemingiem, albo moherem. Tertium non datur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

PS. Niektóre notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-2-ostatnia

czwartek, 19 maja 2011

Niewidzialny target


...czyli o "wykluczeniu konsumenckim" i zagłodzeniu prawicowych mediów słów kilka.



I. Wykluczenie konsumenckie.


Nie wiem, czy Państwo zdają sobie z tego sprawę, ale w naszym kraju istnieje wielosettysięczna, a może nawet i wielomilionowa rzesza ludzi, którzy niczego nie kupują – nie używają kosmetyków, nie jeżdżą samochodami, nie korzystają z telefonów komórkowych, nie jedzą, nie piją a mieszkają zapewne w ziemiankach. To jak funkcjonują, ktoś zapyta. Głowy nie dam, ale przypuszczam, że żyją czystą nienawiścią skondensowaną w czarnych, okrytych moherem duszach.


Tą grupą są czytelnicy prawicowych gazet. Jeżeli weźmiemy do ręki taki „Newsweek” czy inną „Politykę” a nawet, niech tam, coraz bardziej dołujący „Przekrój”, ujrzymy szpalty nafaszerowane reklamami dóbr wszelakich, bez których wedle rozeznania reklamodawców czytelnik tychże mediów obejść się nie może. Gdy z kolei zajrzymy do „Gazety Polskiej”, czy „Uważam Rze” zobaczymy strony zapełnione wyłącznie treściami wychodzącymi spod ręki redaktorów, reklam zaś albo wcale, albo co najwyżej kilka.


Nie może być inaczej – reklamodawcy uznali, że telefony komórkowe, środki higieny, pojazdy mechaniczne, napoje gazowane, komputery i cała reszta akcesoriów adresowanych do MWzWM jest tym średniowiecznym moherom doskonale zbędna.


II. Niewidzialny „target”.


Przedstawiciele domów mediowych gdy ich o to zapytać zbywają kwestię gładką formułką, że czytelnicy gazet reprezentujących wrażliwość, nazwijmy to, konserwatywno-niepodległościową, to „nie te ten target”, zupełnie jakby milcząco zakładali prawdziwość obiegowego schematu o „starszych, gorzej wykształconych, biedniejszych z małych ośrodków”.


Jest to oczywisty fałsz i ci łgarze od reklamy doskonale o tym wiedzą. Owszem, z punktu widzenia reklamodawcy najatrakcyjniejszym konsumentem jest, z tego co pamiętam, osoba między 20 a 50 rokiem życia, nieźle zarabiająca i nie obciążona zbyt liczną rodziną – taka, której chce się używać życia, za które to „używanie” uznaje się nie wiedzieć czemu kupowanie miliona najróżniejszych pierdół. Tyle, że wystarczy spojrzeć na demonstrację z 10.04, by przekonać się, że tzw. „mohery” reprezentują pełen przekrój społeczny i wiekowy, zaś telewizyjne obrazki prezentujące w kadrze wzorem Macieja Szczepańskiego garstkę staruszek mają się do rzeczywistości jak pięść do nosa.


Domy mediowe oczywiście muszą dysponować odpowiednimi badaniami, z których wynika absurdalność tezy, że czytelnicy np. takiego „Uważam Rze” to biedna wiocha, którą stać co najwyżej na alpagę. Zresztą, w każdym normalnym kraju sukces na niełatwym prasowym rynku tygodnika, który zaraz po debiucie przebojem wdarł się na podium, skutkowałby automatycznie sypnięciem się ofert. To samo tyczy się również „Gazety Polskiej”, która w ciągu roku wyskoczyła z niszy i doszlusowała nakładem do krajowej czołówki. Nie wspomnę już o największym tygodniku - „Gościu Niedzielnym” dzierżącym sprzedażową palmę pierwszeństwa.


III. Zagłodzić prawicowe media.


W zasadzie można by się cieszyć, że reklamowy kit nie zapycha naszych cennych mózgów, gdyby nie jeden szkopuł: otóż we współczesnych realiach sprzedaż to jedynie fragment dochodów gazety i to wcale nie największy, lwią część natomiast generują reklamy. Bez stabilnej pozycji na tym rynku żadne pismo nie ma co marzyć o rozwoju. I tu dotykamy sedna procederu, którego istotą jest „zagłodzenie” nieprawomyślnych mediów.


Jak zwykle bowiem, gdy dzieją się rzeczy niewytłumaczalne zdroworozsądkowo należy pamiętać o tym, że w Polsce, z jej systemem kartoflanej demokracji, interesy może robić ten, kto żyje dobrze z władzą i szeroko rozumianym establishmentem III RP zakorzenionym jeszcze w PRL-owskich „układach” - a na układy, wiadomo, nie ma rady. Natomiast wymienione wyżej pisma wspierają poglądy i postawy zagrażające najbardziej żywotnym interesom tegoż establishmentu, toteż odcięcie ich od reklam jest naturalną konsekwencją przyjętej linii programowej.


W ten sposób np. zagłodzono skutecznie w latach 90-tych „Czas Krakowski” - dziennikarze do dziś wspominają, jak potencjalni reklamodawcy sumitowali się mówiąc, że owszem, dali by reklamę, ale chcą mieć spokój w interesach, bo „waadzy” takie wspieranie prawicowej gazety by się nie spodobało. A że „waadza” gdy chce, może uziemić każdego, przekonał się Roman Kluska i wielu innych. Inny przykład, to przypadek „Gazety Polskiej”, kiedy to zawarła kontrakt reklamowy z państwowym wówczas „Hortexem” - wkrótce potem były wybory, do władzy doszło SLD, zmieniono szefostwo spółki i podpisany już kontrakt zerwano, narażając firmę na wypłacenie dużego odszkodowania, zaś managera odpowiedzialnego za umowę wywalono z roboty. „Życie” Wołka (cokolwiek byśmy o nim dziś nie sądzili) również padło po tym, jak reklamodawcy zaczęli uciekać w popłochu po opublikowaniu „Wakacji z agentem”. Dziś podobny mechanizm obserwujemy na przykładzie czarnego pijaru wokół SKOK-ów, które śmią od czasu do czasu zamieszczać reklamy w „Gazecie Polskiej” jako bodaj jedyna duża firma.


Jak widać, realia się nie zmieniły ani o jotę, zaś proceder „głodzenia” prawicowych mediów trwa w najlepsze. I żaden mityczny „target” ani biznesowa kalkulacja nie mają z tym nic wspólnego.


***


Pan Arłukowicz Bartosz został niedawno pełnomocnikiem d/s wykluczonych, których to wykluczonych ma być w Polsce cała masa. Proponuję zatem cel pierwszej kampanii, gdy już pan minister zadomowi się w nowym gabinecie: walka z wykluczeniem konsumenckim czytelników prawicowej prasy. Reklama dla każdego!


Gadający Grzyb

czwartek, 14 kwietnia 2011

Szympans w klatce


Wypowiedź Adama Michnika dla „Komsomolskiej Prawdy” kojarzy mi się z rozwścieczonym lecz bezsilnym szympansem, któremu zostało już tylko ciskanie w zwiedzających odchodami.



I. Gdy „legendzie” puszczają hamulce.


Miałem programowo nie pisać osobnych notek o Adamie Michniku, jaki bowiem niegdysiejszy Oberredaktor jest, każdy widzi. Tym razem jednak nie wytrzymałem, bowiem wypowiedź dla „Komsomolskiej Prawdy”, którą nagłośnił portal „wPolityce.pl” to wyjątkowe świadectwo duchowo-intelektualnej degrengolady. Wyjątkowe choćby dlatego, że Michnik w swych wypowiedziach na użytek krajowy, wewnętrzny, z różnych powodów wykazuje pewną powściągliwość. Hamulce puszczają mu dopiero przy wypowiedziach udzielanych mediom zagranicznym, kiedy to w błogim przeświadczeniu, że w Polsce nikt ich nie przeczyta, a nawet jeśli przeczyta to zmilczy, w nieskrępowany sposób daje upust temu, co tak naprawdę gra mu w duszy.


Zacytujmy ów wykwit intelektu „legendy światowego dziennikarstwa, działacza publicznego i jednego z założycieli Solidarności", jak przedstawia „Komsomolskaja Prawda” omawianego tu osobnika. Podaję za „wPolityce.pl” w tłumaczeniu Maksyma Gołosia:



„Oczywiście część naszego społeczeństwa jest chora na rusofobię i ksenofobię. Cóż, wolność jest dla wszystkich, dla zdolnych/mądrych, głupców i dla swołoczy (swołocz - wg SJP: pogardliwie o osobie postępującej nieuczciwie lub podle albo o ludziach budzących odrazę swoim zachowaniem lub wyglądem – przyp. M.G.) Są idioci, którzy twierdzą, że niepodległej Polski nie ma, a jest niemiecko-rosyjski projekt. To ludzie z ogrodu zoologicznego i szaleńczym kompleksem antyrosyjskim." (wytłuszczenia moje – GG)



II. Od KOR-u do „NIE".


Warto zwrócić uwagę na dodatkowe okoliczności towarzyszące temu nieprzytomnemu bluzgowi, mającemu dowodzić, że ci którzy nie kupują rosyjskiej wersji katastrofy smoleńskiej to rusofobiczna swołocz, natomiast osoby zatroskane o postępującą pod rządami PO utratę podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej są zakompleksionymi egzemplarzami rodem z ogrodu zoologicznego (czyli, mówiąc wprost – zwierzętami, chyba że Oberredaktor chciał obrazić personel jakiegoś ZOO).


Okoliczność pierwsza. „Komsomolskaja Prawda” jest tabloidem, czyli prasopodobnym tworem, którym Adam Michnik – istny arystokrata ducha - na krajowym podwórku wielce się brzydzi. Więcej – jest najbardziej poczytną rosyjską gazetą, zatem w tamtejszych realiach musi być kontrolowana przez Kreml i prezentować punkt widzenia putinowskiego reżimu. Taki bojownik o wolność słowa, jak Adam Michnik musi to wiedzieć, chyba że wódka wychlana z Urbanem wyżarła mu do reszty mózgownicę (przepraszam za styl, ale wchodzę mimowolnie w poetykę „legendy światowego dziennikarstwa”). Pamiętam, sam czytałem relację na portalu „Gazety”, jak Michnik chwalił się, że na jakiejś imprezie Klubu Wałdajskiego zadał samemu Putinowi pytanie o stan praw człowieka w Rosji.


Ale to wszystko nieważne, jeśli idzie o dokopanie na zagranicznym forum znienawidzonej „swołoczy” (jak pięknie to współbrzmi z pamiętnym „bydłem” Bartoszewskiego, prawda?).


Okoliczność druga. Dla „Komsomolskiej Prawdy” wypowiedzieli się również Bartłomiej Sienkiewicz (dość umiarkowany) i redaktor Gadzinowski – były poseł SLD i współpracownik urbanowego „NIE”. Wypowiedź Michnika zdecydowanie bliższa jest Gadzinowskiemu, sądzę że Urban – kolega od kieliszka – mógłby ją spokojnie u siebie wydrukować. Nie odstawałaby ani od linii redakcyjnej ani od poziomu uszatego tygodnika. Jak to ujął celnie Kuki w komentarzu do notki Andrzeja Tatkowskiego „Ja, swołocz i idiota”: „Od biuletynu informacyjnego KSS KOR do "NIE" Urbana. AM znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, co Gadzinowski.”


III. Michnik jak ZSRR.


Skoro już jesteśmy przy notce Andrzeja Tatkowskiego, to przytoczę nieco zmodyfikowany komentarz, który wtedy „na gorąco” zamieściłem. Otóż, wiedziony niezdrową ciekawością zajrzałem na portal „Wyborczej" i okazuje się, że „GW" jakoś tym wiekopomnym wywiadem swego pryncypała się nie chwali . Dziwne, wstydzą się obiektywnych i wyważonych opinii własnego Naczelnego?


Jest za to kabotyński list w którym Michnik solidaryzuje się z Andrzejem Poczobutem, białoruskim opozycyjnym dziennikarzem więzionym przez reżim Łukaszenki. Wisi również proudly szumny apel o jego uwolnienie.


Michnik zachowuje się jak ZSRR w czasach Zimnej Wojny, kiedy to Sowieci wspierali „demokrację" na zgniłym Zachodzie, finansując pacyfistów, zielonych i różnych „działaczy na rzecz praw człowieka” mających rozsadzić wraży „zapad” od wewnątrz, u siebie zaś wsadzając dysydentów do łagrów i psychuszek.


Podobnie Michnik - wojuje o wolność słowa na orbanowskich Węgrzech, gdzie zalęgli się, ani chybi, pisowcy „głupcy” i „swołocz” rodem z „ogrodu zoologicznego”. Walczy też o demokratyczne swobody na Białorusi, a w Polsce ściga polemistów procesami... z analogicznych niemal paragrafów! (Poczobut został oskarżony o znieważenie Łukaszenki, u nas Michnik via „Agora”... pozywa swych adwersarzy o zniesławienie!). Niegdyś zaś rzekł do Krzysztofa Leskiego coś takiego: „Krzysiu, jeśli ty chcesz tu robić wolną gazetę, to po moim trupie". Do Roberta Tekielego wysyczał natomiast jeszcze w latach ‘80 swoje słynne: „zniszczę cię, nie istniejesz”.


IV. Bezsilność i frustracja.


Ten pyszny jak sam diabeł Saruman (że tak bezczelnie zaszyję analogią autorstwa Ziemkiewicza) czuje jednak, że jego czas się kończy, że wpływy maleją – i to nawet we własnej gazecie, gdzie jest już tylko de facto „honorowym naczelnym”, który nie może nawet wywalić jakiegoś tam Domosławskiego za zbyt wnikliwą biografię Kapuścińskiego (aczkolwiek pisaną ze słusznych pozycji). Nie może również zablokować nagrody Dziennikarza Roku dla tegoż i musi poprzestać na bezsilnym piekleniu się z telebimu. Ziemkiewicz pisał w tym kontekście o tolkienowskim Sharkey’u, ja dodałbym jeszcze Czarnoksiężnika z Krainy OZ, któremu kolejne Dorotki zaglądają bezczelnie za kotarę.


Upadek Michnika ma również konsekwencje społeczno-polityczne. Mohery podnoszą swe kołtuny, PiS nie poszedł w rozsypkę i wciąż stanowi realną siłę polityczną. Wszystko wbrew życzeniom i zaleceniom Światłego Adama, co znając jego legendarną próżność, odbiera jako osobistą obrazę. Do tego Donald nie wykazuje należytej czołobitności, traktując Salon jako narzędzie, które nie ma wyboru jak tylko wspierać go ze strachu przed Kaczyńskim.


Co zostaje Michnikowi? Zostaje mu pajacowanie u Wojewódzkiego, tudzież wyładowywanie swej bezsilności i frustracji na zagranicznych, niechby i rosyjskich, putinowskich, tabloidalnych, forach. Gdzie te lata potęgi, gdy jedno słowo, jeden grymas, dezaprobujące skrzywienie warg, zwalniało Wildsteina z pracy w „Rzeczpospolitej’? Na dodatek tę potęgę potargał własnymi rękami, decydując się na ujawnienie afery Rywina z potencjału której najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy. Sam wypuścił demony i świadomość tego nie może być dla niegdysiejszego Sarumana (Oz-a?) przyjemna.


Na zakończenie powrócę jeszcze do tej nieszczęsnej metafory z ZOO. Mnie osobiście z ogrodem zoologicznym kojarzy się wypowiedź Adama Michnika właśnie. Konkretnie – z tyleż rozwścieczonym, co bezsilnym szympansem, któremu zostało już tylko ciskanie w zwiedzających odchodami.


Gadający Grzyb

piątek, 20 sierpnia 2010

Operacja „Przeniesienie”.


Opowieść o walce z pewną samowolą budowlaną.

A miało być tak pięknie... Wyprane z pamięci eliciarstwo miało pod przewodem salonowszczyzny powtarzać mantrę o winie Lecha Kaczyńskiego w smoleńskiej katastrofie, odczuwać fizyczną odrazę na widok – cóż za nieszczęście - wciąż żyjącego jego brata i rechotać z wysilonych konceptów Wojewódzkiego, tudzież innego Palikota. Tymczasem, sprawa uległa niespodziewanym komplikacjom... A wszystko przez ciąg wydarzeń, który pozwoliłem sobie określić łącznym mianem Operacji „Przeniesienie”.

I. Etap pierwszy.

Plan był prosty.

1) Urobić organizacje harcerskie i Kościół co do przeniesienia smoleńskiego Krzyża „w bardziej godne miejsce". Niesie wprawdzie to niewygodny podtekst, jakoby teren Pałacu Prezydenckiego nie był dostatecznie „godnym" miejscem dla Krzyża, ale trudno. Przyjaciele z prywatnych stacji dopomogą, by nikt nie zwrócił uwagi na ów drobny dysonans.

2) Operację „Przeniesienie" należy wykonać w dzień powszedni, w godzinach pracy, tak by możliwie niewielu oszołomów zdzierało gardła i wymachiwało krucyfiksami podczas uroczystości. Nieliczną garstkę obecnych strażników krzyża łatwo będzie przedstawić jako oszalałych z nienawiści awanturników i sterowanych politycznie mąciwodów (co też zrobiono, wedle wypracowanego jeszcze za Urbana a praktykowanego po dziś dzień wzorca).

3) Wykorzystać propagandowo do maksimum głosy przyjaznych nam przedstawicieli kleru, w celu upowszechnienia wśród szerokich mas wrażenia, że samozwańczy tzw. „obrońcy krzyża” oscylują na pograniczu sekciarstwa i schizmy.

Coś poszło jednak nie tak. To, co wydarzyło się 3 sierpnia pokazało, że twórców planu po raz kolejny totalnie zaskoczyła siła społecznej mobilizacji. Znów nie docenili potrzeby pamięci, przed którą tak przemożny strach odczuwa nadwiślańskie parnasiarstwo i postępujący wedle jego wytycznych bezwolni eliciarze.

Sądzili zapewne, że ów żar, który po dziesiątym kwietnia wybuchł im z taką mocą prosto w opuchłe od samozadowolenia mordy, wygasł. Że pamięć wyblakła, uniesienia zaś rozeszły się po kościach. A tu – nie. Nie przyszła bronić smoleńskiego krzyża garstka moherowych staruszek z parasolkami, jak zapewne się spodziewano. Pod Pałacem był cały przekrój społeczny – świadomi swych praw obywatele, którzy doskonale widzieli, że ktoś próbuje zrobić ich w konia, zadeptać pamięć i że nie jest to PiS, czy Jarosław Kaczyński.

Krzyża nie przeniesiono.

II. Etap drugi.

Przez chwilę w szeregach „Polski jasnej” zapanowała dezorientacja. Poskrobano się jednak w mądre głowy i postanowiono kontynuować operację „Przeniesienie” nieoficjalnymi, na poły improwizowanymi metodami, obliczonymi na zniechęcenie garstki stróżujących. Rozpoczął się conocny festiwal „spontanicznego” nękania obrońców smoleńskiego krzyża przez wielkomiejskich wychowanków antypedagogiki tolerancjonizmu. Wszystko przy bierności Policji Państwowej i absencji Straży Miejskiej, a współanimowane przez gangstera Zbigniewa S., pseudonim „Niemiec”.

Punktem kulminacyjnym była nocna demonstracja zorganizowana przez niejakiego Dominika Tarasa, przy owacyjnej wrzawie tolerancjonistycznych mediodajni i cichej aprobacie władz miasta, którym na tę okoliczność przestały przeszkadzać militarystyczne fotki. Wiadomo – militarysta prawicowy być zły, militarysta lewicowy być przepełnionym troską o neutralność światopoglądową obywatelem, który dawać wyraz swym poglądom we właściwy dla swego pokolenia sposób. Było głośno, hucznie i ze wsparciem autorytetów („parnasiarzy”).

Nic z tego, fundamentalni „katole” trwali w swym zapiekłym, nienawistnym uporze, miast wynieść się do kruchty. Szerzej pisałem o tym w notce „Egzamin”.

III. Etap trzeci (akcja "Tablica").

Cóż począć - trzeba było uruchomić etap trzeci. Rozpoczął się od pozornego ustępstwa i „aktu dobrej woli”, jakim było upamiętnienie w pół – konspiracyjnej formie setek tysięcy ludzi, którzy gromadzili się w dniach żałoby na Krakowskim Przedmieściu. Zwróćmy uwagę – podobnie jak w etapie pierwszym, odbyło się to w dzień powszedni i w godzinach pracy. Różnica jest taka, że tym razem akcję zachowano w głębokim sekrecie. To interpretacja przy maksimum dobrej woli (i naiwności).

Interpretacja realna ponurej hecy z przedpołudnia 12.08.2010 jest taka, że Platformę i prezydenta Komorowskiego osobiście, nie mówiąc już o eliciarsko – parnasiarskich „władcach opinii”, wciąż trawi dojmujący strach. Są na tyle owładnięci psychozą możliwego „kultu Lecha Kaczyńskiego” i pamięci o nie rokującej szans na rzetelne wyjaśnienie smoleńskiej katastrofie, że gotowi są na wszystko, by ten dręczący ich koszmar zadeptać wszelkimi sposobami.

Pomnik na dziedzińcu jednego z najważniejszych miejsc w Polsce promieniujący pamięcią o niewyjaśnionej tragedii, to bomba pod tyłkami rządzących, która może wybuchnąć w najmniej spodziewanym momencie. I oni doskonale o tym wiedzą. Martwy Lech Kaczyński (a właściwie – pamięć o nim) stał się groźnym przeciwnikiem.

Wmurowano więc chyłkiem – boczkiem to „coś”, nie informując nikogo i poszło przesłanie: „mata tę waszą tabliczkę i spierdalajta”. Przesłanie owo, wyrażane rzecz jasna w innej formie, podchwyciły mediodajnie – te niezawodne pasy transmisyjne, wciąż pamiętające gorycz wstydu z kwietniowych dni, gdy pokazano im gdzie ich miejsce. Starannie ignoruje się przy tym fakt, że tablica owa nie służy upamiętnieniu ofiar, tylko żałobników. Że akcję przeprowadzono w sposób haniebnie wręcz skryty, jak na rangę wydarzenia, które ma upamiętniać. Że demonstracyjnie zlekceważono rodziny ofiar.

Szczytem cynizmu było oświadczenie, że para prezydencka owszem, będzie miała swoją tablicę, ale... w kaplicy Pałacu Prezydenckiego! Czytaj – tak, aby nikt z zewnątrz, a ciemny „motłoch” w szczególności nie miał do niej dostępu.

Kościół hierarchiczny, który wbrew medialnemu stereotypowi, wcale nie jest „propisowski”, ponadto, niezależnie od aktualnej władzy, każdorazowo zdradza ciągoty do sojuszu z „tronem” też ma tu do odegrania swoją rolę w rozmywaniu obrazu wydarzeń.

***

Przygnębiającym widokiem było oglądanie konferencji prasowej obrońców krzyża, gdzie obstąpieni przez mediodajnianą swołocz ludzie z wypisanym na twarzy zmęczeniem, zmuszeni byli odgryzać się dziennikarskiej psiarni, która na tę okoliczność porzuciła resztki pozorów nie tyle obiektywizmu (tego nikt przytomny nie oczekuje od dawna) ile zwykłej, ludzkiej empatii. Mówi się, że tłum pozbawiony jest uczuć wyższych i zachowuje się w sposób właściwy psychopatom. Dotyczy to także działających tłumnie dziennikarzy, których pytania, zadawane z coraz większą natarczywością, sprowadzały się do jednego: kiedy dacie sobie spokój i przestaniecie kłuć w oczy swoją obecnością?

Odpowiedzi były często emocjonalne, ostre. Nie dziwię się – poczucie krzywdy, osamotnienia, fizyczne wyczerpanie i zszarpane nerwy nie służą wyważaniu opinii. Dała się zresztą zauważyć wśród obrońców różnica zdań i podział, umownie rzecz ujmując, na „umiarkowanych” i „radykałów”. I kto wie, czy uwidocznienie owego podziału nie było jednym z celów akcji „tablica”...

Dziś jednak nurtuje mnie inne pytanie: Jaki będzie czwarty etap operacji „Przeniesienie”?

Gadający Grzyb

P.S. Jako ilustracji użyłem miniatury fotomontażu autorstwa Akiko. Pozwoliłem sobie zapisać go pod tytułem „Egzamin”.

P.S. II. Wmurowana tablica ma upamiętniać dni żałoby i żałobników. Jako jeden z żałobników dziękuję, czuję się usatysfakcjonowany. Tylko, że będzie mi trochę głupio, gdy przybędę któregoś dnia do Warszawy i stanę przed tą tablicą. Bo co – kwiaty mam samemu sobie złożyć, czy świeczkę zapalić?

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 11 sierpnia 2010

Egzamin.


Mija właśnie czwarty miesiąc od chwili, kiedy to „Państwo Polskie zdało egzamin”. Odtąd zdaje egzamin nieustannie, bijąc kolejne rekordy zdawalności.



I. Egzamin młodzieży.

W nocy z dziewiątego na dziesiątego sierpnia A.D. 2010 egzamin zdali kolejni młodzi, wykształceni przedstawiciele wielkomiejskiej inteligencji, (inteligencję takową można rozpoznać bezbłędnie po pisowni haseł na transparentach: „Mochery na stos” i „Rzydokomuna pozdrawia”). Wyrafinowane metody polemiczne szlifowano zresztą już co najmniej od 3 sierpnia przy życzliwej postawie Policji Państwowej, co prześledzić można w licznych relacjach pisanych i nagrywanych. Policja zresztą również zdała egzamin, a był to egzamin ważny - z miłości: nie czepiała się drobiazgowo sympatycznych młodych ludzi, którzy po wzmocnieniu wątłych umysłów odpowiednią dawką „wody rozmownej” szli polemizować z modlącymi się kołtunami za pomocą oddawania moczu, sklejania krucyfiksu z puszek po piwie marki, która już nigdy nie skala moich ust, roztrącania zniczy, wesołych przyśpiewek, wyzwisk, argumentów ręczno – fizycznej proweniencji i reszty zestawu z niepisanego podręcznika nowoczesnego, zionącego tolerancją polemisty.

II. Egzamin służb miejskich.


1.Konserwatorzy.

Kolejne egzaminy zdają śpiewająco służby samorządowe począwszy od stołecznego konserwatora zabytków, pani Ewy Nekandy – Trepki i zastępcy, pana Artura Zbiegieniego, którzy z rewolucyjną czujnością zapobiegli dewastacji przestrzeni architektonicznej Krakowskiego Przedmieścia i ocalili „symetrię i układ funkcjonalny” dziedzińca Pałacu Prezydenckiego przed zakusami katolickich wandali, pragnących zburzyć harmonię miejsca, niczym Talibowie wysadzający posągi Buddy w Afganistanie. Wprawdzie podobnych obiekcji w/w para konserwatorów nie wykazała przy okazji rozbiórki zabytkowej parowozowni obok Dworca Wileńskiego, czy fabryki Kemlera przy ulicy Dzielnej, ale świadczy to tylko i wyłącznie o jakże pożądanym „wyczuciu etapu” - kiedy należy interweniować, a kiedy nie należy psuć zblatowanym inwestorom humoru i nie leźć w oczy ze zbędnym rygoryzmem.

2. Straż Miejska.


Nie od rzeczy byłoby wspomnieć o Straży Miejskiej, której w dniach kwietniowej żałoby próżno było szukać pod Pałacem. Strażnicy do tego stopnia taktownie nie narzucali się żałobnikom, że 11 kwietnia, gdy sprowadzano trumnę z ciałami ś.p. Lecha i Marii Kaczyńskich, kordon zapewniający jako taką drożność musiały sformować harcerki. Miasto, które nie było w stanie zmobilizować Straży do zabezpieczenia porządku na Krakowskim Przedmieściu kiedy krzyż stawiano, wykazało się niezwykłą gorliwością mobilizacyjną 3 sierpnia, kiedy przyszło do nieudanej próby jego usuwania... Ot, widać priorytety...

3. Priorytety HG-W.


Za powyższe, należy się władzom miasta z katoliczką Hanną Gronkiewicz – Waltz na czele, piątka z tłustym plusem, albowiem prawidłowa gradacja priorytetów jest podstawą skutecznego działania. A cóż może być ważniejszego od pacyfikacji wyalienowanych ze zdrowej tkanki narodu nienawistnych awanturników, którzy pragnęli zakłócić przebieg podniosłej ceremonii wysiudania ze sfery publicznej, ehm... przepraszam, chciałem powiedzieć – przeniesienia w „godniejsze miejsce" symbolu, na którym mogły by się pożywić demony polskiego patriotyzmu?

Jest oczywistą sprawą, że stan mobilizacji nie może trwać wiecznie, zatem Straż Miejska jak się pojawiła, tak też i znikła, zostawiając przestrzeń dla nieustającego egzaminu zdawanego nocną porą przez opisanych w punkcie pierwszym młodych, zdolnych (do wszystkiego) ludzi.

III. Egzamin „Niemca” i WSI.


1. Trudna przeszłość obywatela „Niemca”.

Warto też docenić zew obywatelskiego obowiązku, który przywiódł w okolice smoleńskiego krzyża nawróconego gangstera Zbigniewa S., pseudonim „Niemiec”, o czym donosi portal Niezalezna.pl . Obywatel ów zasłynął napadami na warszawskie agencje towarzyskie a podczas jednego z nich wziął udział w zbiorowym gwałcie na ciężarnej właścicielce, która wskutek tego poroniła. W 1997 roku świadomy obywatel „Niemiec” został za swe swawole skazany na 9 lat więzienia, jednak od 2008 roku współuczestniczył w znanym szantażowaniu senatora Krzysztofa Piesiewicza. Obecnie toczy się przeciw Zbigniewowi S. postępowanie.

2. Obywatelskie nawrócenie.

Ale cóż – nigdy nie wiadomo, kiedy obywatelska powinność weźmie w człeku górę, wtykając mu do ręki transparent z hasłem: „Wykorzystanie krzyża do walki politycznej TO JEST DZIEŁO SZATANA!!! Jarosławie Kaczyński, opamiętaj się!” i każe noc w noc wystawać w pobliżu krzyża do piątej nad ranem. Szczególnie, jeśli owa powinność ma oblicze oficera prowadzącego d. WSI, o których to związkach obywatela „Niemca” ćwierkają niektórzy dziennikarze. W takiej sytuacji, panu Zbigniewowi pozostaje tylko wyprężyć się służbiście, wsiąść do czarnego Mercedesa S500 i w pocie czoła animować spontaniczny sprzeciw wobec krzyża, pracując tym samym na nadzwyczajne złagodzenie, lub zgoła – uniknięcie kary w procesie o szantaż.

3. WSI zawsze wierne.

A że tak się składa iż, jak na katolika przystało, prezydent Komorowski czuje słuszną odrazę do mamroczących modlitwy katoli, to semper fidelis WSI zawsze gotowe jest się odwdzięczyć swemu heroicznemu obrońcy i podesłać w okolice krzyża obywatela „Niemca” wraz z wesołą kompaniją, by realizowali swój patriotyczny obowiązek. Policyjni zwierzchnicy zaś szepną czule na ucho podwładnym, by nie interesowali się przesadnie grupką „happenerów” tego sympatycznego pana w różowej bluzie z którym tak lubią fotografować się modne aktorki. Zresztą, jak nie Zbigniew S., to zawsze można znaleźć innego zatroskanego o laickość państwa obywatela gotowego nieść ciemnym moherom kaganek oświaty.

***

Krótko – dla obywatela Zbigniewa S. i pozujących z nim do zdjęć aktorek - Anny Muchy, Katarzyny Glinki, Małgorzaty Sochy i Katarzyny Zielińskiej, a także dla funkcjonariuszy Policji - po piątce. Egzamin zdany. Dla WSI natomiast spokojnie szóstkę, za skuteczność służbowych działań mimo rozwiązania...

IV. Katole oblały.

Aby jednak nie popaść w samozachwyt, należy ze smutkiem zauważyć, że egzaminu nie zdała grupka sfanatyzowanych awanturników, którzy zamiast pokornie wymrzeć, albo przynajmniej zaszyć się w czterech ścianach, by za pomocą wiodących mediodajni chłonąć atmosferę nowoczesności i laickiej tolerancji, wzniecali burdy za pomocą ostentacyjnych modlitw, prowokacyjnych katofaszystowskich pieśni, jątrzącego trwania na klęczkach przed dzielącym ludzi krzyżem i nienawistnego rozniecania zniczy (wiadomo – dzisiaj znicze, jutro stosy...). Absolutnie nieczuli na merytoryczną polemikę ze strony Polski „jasnej”, której przedstawiciele wraz z zatroskanym obywatelem Zbigniewem S. tak tłumnie przyszli do nich z dobrym słowem i propozycją wspólnej zabawy, tkwią obskurancko, adorując samowolę budowlaną, oddając się średniowiecznym zabobonom i przynosząc nam wstyd przed całym światem. Wprawdzie, choćby pobieżny przegląd zagranicznych stron internetowych pokazuje, że świat ma aktualnie na głowie zupełnie inne sprawy, ale prawdziwie światłego Europejczyka rodzimego chowu nie powinno to w najmniejszym stopniu powstrzymywać przed przemożnym poczuciem wstydu, niższości i cywilizacyjnego zapóźnienia z powodu klerykalizacji przestrzeni publicznej i fundamentalistycznej rewolty jaką szykuje nam wszystkim garść moherowych katoli.

***

Siły jasności jednak nie poddają się w zbożnym, tfu, chciałem rzec - laickim dziele krzewienia tolerancji. A wszak, żeby skutecznie krzewić, wiadomo - wpierw należy wykrzewić to, co krzewieniu przeszkadza. Przygotować grunt pod zasiew, że się tak wyrażę. Wykorzeni się wpierw Krzyż wraz ze związaną z nim zbiorową pamięcią i garstką fanatyków, zaś grupy postępowej młodzieży brylującej co noc pod wodzą obywatela „Niemca” w okołokrzyżowych „dyskusjach”, stanowić będą forpocztę na drodze wiodącej z moherowego Krakowskiego Przedmieścia do Nowego (Wspaniałego) Świata.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl