Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziemkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziemkiewicz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

Każdy realista ma swojego protektora

Geopolityczne protezy zawsze użyczane są za wysoką opłatą i w każdej chwili mogą zostać odebrane.

I. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych

Chciałbym dziś rozwinąć temat zasygnalizowany już przeze mnie w końcówce poprzedniego tekstu dla „Polski Niepodległej” - „Wojna o prof. Kieżuna”. Chodzi o zarysowującą się od pewnego czasu „opcję niemiecką” na polskim rynku opinii. Jest to rzecz jasna element szerszego pejzażu sympatii i antypatii geopolitycznych powodujących, że różne odłamy prawicy upatrują rozmaitych zagranicznych sponsorów na których pragnęłyby oprzeć „kwestię polską”. O opcji rusofilskiej pisałem już w artykule „Rosyjskie miraże prawicy”, stronnictwem amerykańskim zapewne też przyjdzie się zająć, niemniej do wszystkich wymienionych pasuje stwierdzenie, że to ciągłe oglądanie się na bliższe i dalsze potęgi jest cokolwiek przerażające i dowodzi jakiejś organicznej niewiary w polski potencjał, podszytej być może kompleksami wynikającymi z naszych historycznych traum.

Oczywiście, każde państwo, nawet najpotężniejsze, potrzebuje sojuszy. Autarkia bądź to polityczna, bądź gospodarcza, tudzież militarna jest nieosiągalna, jednakże wszystko sprowadza się do proporcji - czy dobór partnerów jest dla nas jedynie uzupełnieniem własnej siły, czy też ma tę własną siłę zastępować, sprowadzając nas de facto do roli neokolonialnego wasala realizującego zlecenia patronów w nadziei, że w razie zagrożenia nasz opiekun we własnym interesie zechce nas bronić jako swej strefy wpływów. Jest to myślenie bardzo niebezpieczne, dowodzące postkolonialnej mentalności również u tych, którzy na co dzień ów postkolonializm piętnują i w sferze deklaratywnej zwalczają. Strefy wpływów mają bowiem to do siebie, że są płynne, traktowane instrumentalnie i w każdej chwili mogą zostać przehandlowane w zamian za jakieś korzyści, lub wręcz odpuszczone, gdy mocarstwo sprawujące do tej pory nad takową strefą nadzór uzna, że powinno swój potencjał zaangażować w innych obszarach. To może zdarzyć się wręcz z dnia na dzień, a dotychczasowi podopieczni zostaną bez sentymentów zostawieni na lodzie. Słynny „reset” Obamy w relacjach z Rosją i wycofanie się USA z aktywnej polityki w naszym regionie jest tego dobitnym przykładem. Ostatnio zaś Niemcy wprost zadeklarowały, że stan ich armii nie pozwoli na żadną interwencję militarną w obronie państw Europy Środkowo-Wschodniej. Innymi słowy - nie ma strategicznych sojuszy dla słabych.

II. Poszukiwanie patrona

Co charakterystyczne, w tych głosach dominuje ton „realistyczny”. Dotyczy to również opcji niemieckiej obecnej dziś przede wszystkim na niwie swoistej anty-polityki historycznej, uprawianej głównie przez autorów związanych z tygodnikiem „Do Rzeczy” - Piotra Zychowicza, Sławomira Cenckiewicza i Rafała Ziemkiewicza. Na marginesie - autorzy ci stosują metodę polemiczną polegającą na tym, by ich adwersarze wskazali luki w rozumowaniu - gdzie np. Zychowicz popełnił w swym wywodzie błąd? Nie można pozwolić się zapędzić w ten narożnik, a to z tej prostej przyczyny, że sprawny publicysta poprzez odpowiedni dobór argumentów potrafi uzasadnić każdą tezę na której mu zależy. Zbudowanie wewnętrznie spójnego wywodu jest jedynie kwestią warsztatu, niczym więcej. Podstawową kwestią, którą należy zatem roztrząsać jest to, czy dana „narracja” służy Polsce i jej interesom.

Jak wspomniałem w poprzednim artykule, za symboliczny początek zaistnienia opcji niemieckiej w dyskursie szeroko rozumianego środowiska patriotycznego uznaję tekst Rafała Ziemkiewicza opublikowany w „Rzeczpospolitej” we wrześniu 2009 roku „Polityka realna – czyli jaka?”. Przypomnę dla porządku jego zasadnicze przesłanie: „Zachowanie suwerenności wyszło z naszego realnego zasięgu. Musimy znaleźć się w całości w jednej ze stref wpływów, należy więc zadać sobie pytanie: Rosja czy Niemcy?” . Ziemkiewicz uznał, że z dwojga złego lepiej postawić na Niemcy i dołączyć do ich strefy wpływów w całości, tak by uniknąć scenariusza rozbiorowego i zachować, jak to niegdyś mówiono, substancję narodową.

Teraz pytanie za 100 punktów – czym takie podejście różni się co do swej istoty od słynnego „hołdu berlińskiego” ministra Sikorskiego? Według mnie, obie postawy można sprowadzić do założenia: „Niemcy są hegemonem Europy, rozdają karty w Unii, zatem podczepmy się pod nich, to nas nie oddadzą Ruskim”. Jest to założenie z gruntu błędne i to z kilku powodów. Po pierwsze, Niemcy nie dopuszczą, by pod bokiem wyrosła im silna Polska. Polska jest Niemcom potrzebna jako peryferyjny obszar eksploatacji gospodarczej i polityczny wasal. W tej sytuacji nie ma co marzyć o obronie „substancji”, bo będziemy wysysani na szereg różnych sposobów. Po drugie, interesy Rosji i Niemiec są w odniesieniu do naszego regionu zbieżne – ma stanowić słabą i bezwolną strefę buforową w której będą ścierały się wpływy obu mocarstw, przy czym oba zgodnie będą starały się trzymać na dystans Stany Zjednoczone. W razie potrzeby Niemcy bez skrupułów podzielą się wpływami z Rosją, co zostało zdiagnozowane przez Jarosława Kaczyńskiego w słowach o niemiecko-rosyjskim kondominium. Po trzecie, co do parasola militarnego, to wspomniana wyżej deklaracja o nieinterwencji wygłoszona zaraz po szczycie NATO i w sytuacji wojny na Ukrainie powinna rozwiać wszelkie mrzonki.

III. Realizm kolaborantów

No właśnie – mrzonki. To trochę jak z realistami z Królestwa Kongresowego, których wszelkie nadzieje zostały rozwiane przez cara krótkim: „żadnych marzeń, panowie”. A jeśli zwolennicy „opcji niemieckiej” wolą inny przykład, to podam krakowskich stańczyków, których przesłanie krytykujące konspirację i narodowe zrywy jak raz pasowało do polityki Najjaśniejszego Pana, przy którym „stoimy i stać chcemy”. Stańczycy byli po prostu pacyfikatorami nastrojów, narzędziem w rękach Wiednia. Polacy w zamian za swą lojalność doczekali się autonomii i wysokich posad w rządzie C-K monarchii, co jako żywo przypomina dzisiejsze synekury w zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej. Oczywiście praca organiczna - zakładanie kas, bibliotek, kół samokształceniowych, towarzystw gospodarczych, edukacyjnych itd. - to wszystko było potrzebne, ale jako środek do celu - niepodległości, a nie jako cel sam w sobie. Tymczasem, gdy wybiła godzina próby i zaborcy wzięli się za łby, galicyjscy konserwatyści zareagowali na Legiony Piłsudskiego niczym na rogatego diabła, który niweczy ich misterne gabinetowe gierki.

Piszę o tym wszystkim, bo ówczesny realizm Stańczyków uprawiany w znacznej mierze na gruncie propagandy historycznej wręcz narzuca porównanie z obecną działalnością „zychowszczyzny” (przypomnę: powinniśmy iść z Hitlerem na Ruskich, a po ich rozgromieniu w kluczowym momencie zmienić sojusze i pójść z zachodnimi aliantami na Hitlera, no i nie wywoływać skazanych na porażkę powstańczych awantur). Odnajduję tu również echa poglądów Władysława Studnickiego, który jeszcze w listopadzie 1939 roku zwracał się do władz III Rzeszy z memoriałem, by odtworzyć polską armię i wspólnie ruszyć na Sowietów. Ów przekaz – cóż za przypadek – rozpoczął swój marsz wkrótce po ukazaniu się wspomnianego, programowego tekstu Ziemkiewicza i współgrał z równoległym rozwojem niemieckiej nowej polityki historycznej mającej zrelatywizować odpowiedzialność za II Wojnę Światową. To wpisywanie się poprzez historyczny rewizjonizm w aktualne zapotrzebowanie polityczne niemieckiego hegemona jest doprawdy zbyt znamienne, by nie zauważać tego słonia w menażerii. Każdy realista ma swojego protektora?

Piętnując polską historię jako ciąg szkodliwych nonsensów skutkujących niemal bez wyjątku narodowymi tragediami wybiela się zarazem naszych wrogów – tych którzy nas podbijali, eksterminowali, łupili. W przełożeniu na dzisiejsze realia, jest to otwarte zaproszenie do powiedzenia światu (po raz kolejny w historii), że skoro Polska nie potrafi sama się odpowiedzialnie rządzić, to rządy musi dla jej własnego dobra narzucić kto inny. Taka była propagandowa linia mocarstw zaborczych, później mieliśmy passus o „pokracznym bękarcie Traktatu Wersalskiego” i w tym stylu sami siebie przedstawiamy dzisiaj dezawuując naszą historię i wręczając przeciwnikom gotowy propagandowy oręż do ręki. Skoro Polska sama jest winna swym klęskom, to agresorzy nie dość, że są niewinni lecz i współcześnie mają dobry powód by dla dobra Europy i geopolitycznego porządku trzymać nasz kraj na krótkiej smyczy.

Postawmy sprawę jasno - „realizm” każący przytulać się nam do kolejnych stref wpływów i stosownie do tego rewidować tradycję historyczną jest realizmem kolaborantów szukających zawczasu sponsora. W tej kolaboranckiej optyce każde formułowane aspiracje narodowe idące w poprzek interesów możnych tego świata naznaczone będą piętnem nieodpowiedzialnego awanturnictwa i „obłędu”. Dlatego sami musimy stanąć mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, te bowiem zawsze użyczane są za wysoką opłatą i w każdej chwili mogą zostać odebrane.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/realizm-kolaborantow.html

http://blog-n-roll.pl/pl/rosyjskie-mira%C5%BCe-prawicy#.VDXF-1fqWSp

http://blog-n-roll.pl/pl/wojna-o-prof-kie%C5%BCuna#.VD_09VdQQg8

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (13.10 – 19.10.2014)

czwartek, 9 października 2014

Wojna o prof. Kieżuna

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, przyjemnie i że problemy lustracyjne dotyczyć będą jedynie ferajny „resortowych dzieci”.

I. Wojna medialna

Wojna podjazdowa po prawej stronie rynku opinii przeszła ze stadium wzajemnych złośliwości i podgryzanek do otwartej konfrontacji. Stało się tak za sprawą zlustrowania profesora Witolda Kieżuna przez autorów „Do Rzeczy” - Piotra Woyciechowskiego i Sławomira Cenckiewicza. O współpracy TW „Tamiza” za chwilę, warto przedtem jednak zarysować tło całej sprawy. Sytuacja przedstawia się następująco. Oto mamy dwa konkurujące ze sobą prawicowe tygodniki opinii, oba wywodzące się z zespołu dawnej „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. Po pacyfikacji „Presspubliki” przez zblatowanego z rządem PO biznesmena, Grzegorza Hajdarowicza, ekipa rozpadła się na dwa obozy – jeden pod przywództwem braci Karnowskich, którzy na bazie portalu „wPolityce.pl” założyli pismo „wSieci” pozyskując sponsora w postaci SKOK-ów i drugi pod wodzą Pawła Lisickiego, który z kolei dogadał się z Michałem Lisieckim z Point Group i stworzył „Do Rzeczy”. Przy czym wszystko wskazuje na to, że zapobiegliwi Karnowscy montowali swą inicjatywę medialną jeszcze gdy byli w „URz”, za plecami swego naczelnego i korzystając z redakcyjnego sprzętu „Rzepy” i „Uważaka”.

Z czasem do naturalnej konkurencji tytułów prasowych i personalnych animozji doszła walka wizerunkowa – kto jest bardziej, czy wręcz prawdziwie „niepokorny”, patriotyczny i niezależny z wyraźną intencją zagospodarowania możliwie największego segmentu prawicowych czytelników. Doprowadziło to do ciekawej polaryzacji biznesowo-ideowej: „wSieci” poszło w radykalny patriotyzm „romantyczno-insurekcyjny”, czego naturalną konsekwencją było gloryfikowanie narodowych zrywów, w tym Powstania Warszawskiego, natomiast „Do Rzeczy” postawiło na historyczny rewizjonizm z pozycji „realistycznych”, określany niekiedy mianem „zychowszczyzny” od nazwiska Piotra Zychowicza, autora książek „Pakt Ribbentrop – Beck” i „Obłęd 44”. Ton narzuca tu głównie trójka Sławomir Cenckiewicz - Piotr Zychowicz - Rafał Ziemkiewicz. Nieco na uboczu pozostała „Gazeta Polska”, która wprawdzie podziela stanowisko insurekcjonistyczne, ale obecnie przejawia się ono raczej w tropieniu „ruskich agentów” i „pożytecznych idiotów” wśród osób nie podzielających bezkrytycznego zachwytu nad post-majdanową Ukrainą.

W sferze politycznej „wSieci” dość jednoznacznie popiera PiS, natomiast publicyści „Do Rzeczy” usiłują wynajdywać jakieś, w ich mniemaniu bardziej estetyczne, alternatywy na prawicy. W warstwie przekazu, o ile „wSieci” balansuje na granicy prawicowego populizmu i tabloidalnego grzania emocji, o tyle „Do Rzeczy” pragnie uchodzić raczej za pismo wyważone - taką prawicową „Politykę” - z ambicjami by wychowywać sobie czytelników „krytycznie myślących”, czyli de facto podzielających historyczne obsesje wspomnianego wyżej tercetu autorów.

II. Ofiara systemu?

To musiało doprowadzić do wybuchu. Pismo i portal Karnowskich zarzucały narracji historycznej „Do Rzeczy” wpisywanie się w niemiecką propagandę dążącą do zamazywania odpowiedzialności za II Wojnę Światową, przeciwstawiając krytyce Powstania Warszawskiego autorytet prof. Witolda Kieżuna – światowej sławy naukowca, powstańca i więźnia sowieckich łagrów. Na to „Do Rzeczy” odwinęło się wyciągnięciem „kompromatów” wskazujących na wieloletnią współpracę profesora z bezpieką jako TW „Tamiza”. Cios był potężny.

Tylko co ma z tym zrobić skołowany czytelnik rozrywany między Sasem a Lasem? Najlepiej przyjąć po prostu do wiadomości fakty. Jeśli jesteśmy za lustracją, to musimy być przygotowani na przykre niespodzianki. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, przyjemnie i że problemy lustracyjne dotyczyć będą jedynie ferajny „resortowych dzieci”. Z drugiej strony – ewidentnie mamy do czynienia z wendetą na konkurencji i elementem międzyredakcyjnej, środowiskowej wojenki. Z materiałów ujawnionych na stronach „Do Rzeczy” wynika, że prof. Kieżun faktycznie został zarejestrowany jako TW „Tamiza” i w latach 1973-1980 odbywał szereg spotkań z oficerami SB. Ponadto jego postawę wobec PRL-owskiej rzeczywistości trudno określić jako negatywną. W dużym stopniu akceptował tamten system i władzę, udzielał się w oficjalnych gremiach, doradzał, wykładał na partyjnych szkoleniach... Do tego dochodzi członkostwo we władzach „sojuszniczego” Stronnictwa Demokratycznego. Pytanie, jak swe postępowanie oceniał wówczas sam profesor. Wydaje się, że kontakty z SB traktował jako oczywistą w tamtych realiach konieczność, podobnie jak swą ówczesną działalność publiczną. Świadczyłby o tym chociażby fakt, że kilka spotkań z esbecją sam omówił w swej autobiograficznej książce „Magdulka i cały świat” – nie robił więc z tego tajemnicy.

Przypuszczam, że prof. Kieżun dał się wmanipulować w rodzaj „socjalistycznego pozytywizmu" na zasadzie: „rzeczywistość jest jaka jest i trzeba próbować coś zrobić w ramach systemu". Sądzę również, że do końca uważał, iż wszystko - w tym kontakty z SB – ma pod kontrolą. Możliwe, że racjonalizował sobie w ten sposób swe postępowanie - zdolność nawet wybitnych intelektów do samooszukiwania się bywa nieograniczona. Miał do wyboru – albo wegetować gdzieś na marginesie na co skazywałaby go nieprawomyślna biografia, albo ułożyć się jakoś z komuną, bacząc by cena nie była zbyt wysoka, a kompromis nie przekształcił się w zeszmacenie. Wybrał to drugie. Nie jemu jednemu wydawało się, że może „grać” z esbecją i PRL-owską machiną władzy. I nie on jeden przegrał. Jest jeszcze pytanie na ile materiały SB powstawały wskutek bezpośrednich kontaktów z prof. Kieżunem, na ile zaś stanowiły kompilację jego poglądów lub analiz wygłaszanych i publikowanych w różnych okolicznościach. Tu już każdy musi wyrobić sobie opinię przeglądając dostępne w internecie akta, odkładając na bok artykuł Cenckiewicza i Woyciechowskiego. Niemniej, trudno mieć wątpliwości, że współpraca była, choćby nawet sam prof. Kieżun traktował to inaczej.

Osobną ciekawostką jest, że zarejestrowanie go jako TW było w środowisku dziennikarskim i historycznym tajemnicą Poliszynela, musieli o tym wiedzieć także we „wSieci”, a mimo to wyciągnęli profesora Kieżuna na sztandary. Trudno uciec tu od podejrzeń, że Karnowscy potraktowali naukowca instrumentalnie, jako „dyżurny autorytet” do pacyfikowania oponentów. A teraz, u kresu swych dni stał się ofiarą naparzanki między dwiema polityczno-dziennikarskimi koteriami. Smutne.

III. Anty-polityka historyczna

Ponieważ spektakl którego jesteśmy świadkami zaczął się od niezgody profesora na „rewizjonizm” (w skrócie - powinniśmy iść z Hitlerem na Ruskich, a po ich rozgromieniu w kluczowym momencie zmienić sojusze i pójść z zachodnimi aliantami na Hitlera, no i nie wywoływać skazanych na porażkę powstańczych awantur) warto jeszcze wspomnieć kilkoma słowami o tym zjawisku. Początkiem, jak się zdaje, był tekst Rafała Ziemkiewicza opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” w 2009 roku pt. „Polityka realna – czyli jaka?”. Jego myślą przewodnią była konstatacja, że „Zachowanie suwerenności wyszło z naszego realnego zasięgu. Musimy znaleźć się w całości w jednej ze stref wpływów, należy więc zadać sobie pytanie: Rosja czy Niemcy?”. No i Ziemkiewiczowi wyszło, że z dwojga złego, lepiej już znaleźć się pod niemieckim protektoratem.

Nie sposób opędzić się od myśli, że cała propaganda historyczna obecnej „zychowszczyzny” jest pokłosiem tamtego fundamentalnego wyboru geopolitycznego i pozycjonowaniem się pod niemieckiego protektora. Gdyby Ziemkiewiczowi wyszło odwrotnie, to może mielibyśmy dziś teksty gloryfikujące Bolesława Piaseckiego i PAX, Rzewuskiego, Wielopolskiego, Królestwo Kongresowe i wreszcie Jaruzelskiego, jak czyni to na innym biegunie rusofilski odłam polskiej prawicy (i to również z pozycji „realistycznych”). Niewykluczone zresztą, że sami zainteresowani zareagowaliby szczerym oburzeniem na insynuowanie im, że są przyczółkiem opcji niemieckiej na polskiej prawicy, tak jak prof. Kieżun zareagował na wieść, że miałby być komunistycznym konfidentem. Ba, jestem wręcz przekonany, że trzon środowiska „Do Rzeczy” odpowiadający za obecną narrację historyczną tygodnika uważa swe motywacje za z gruntu szlachetne. Oni we własnym mniemaniu tylko za pomocą krytycznej i rzeczowej analizy pragną urzeczywistniać polską rację stanu tak jak ją rozumieją, by uchronić obecną Polskę przed powtórzeniem błędów i tragedii z przeszłości. Nie bez przyczyny wspominam o tej specyficznej anty-polityce historycznej właśnie przy okazji sprawy prof. Kieżuna, bo mamy tutaj do czynienia z identycznym racjonalizowaniem swej kolaboracji intelektualnej z niemiecką linią jak prof. Kieżun racjonalizował swe kontakty z SB, czy generalnie – z PRL-owskim aparatem władzy. Ciekawe, czy trzej panowie C-Z-Z sobie to uświadamiają?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 )06.10-12.10.2014)

sobota, 9 lutego 2013

Prawicowi celebryci i zakon „świętych Jerzyków”

Do prawicowych celebrytów: nie próbujcie więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z was śmieją.

I. „Święci Jerzykowie”

Znana i ceniona blogerka elig opublikowała ciekawy wpis „Pokorni czytelnicy i niepokorni autorzy” w którym odniosła się do głosów krytyki pod adresem publicystów, którzy wrócili do publikowania w hajdarowiczowskiej „Rzeczpospolitej”. Elig uświadamia nam, że dziennikarze to nie są jacyś herosi w typie św. Jerzego – pogromcy smoka – tylko ich rola jest zgoła odmienna: rzetelne informowanie czytelników, docieranie do nich z faktami tudzież opiniami i z tego punktu widzenia, powrót kilku prawicowych celebrytów na łamy „Plus Minus” (które z kolei stanowi autonomiczny quasi-tygodnik w ramach „Rzepy”) jest dla czytelników korzystne.

I wszystko zgoda, wszystko racja, gdyby nie ten drobny szczegół, że sami ci publicyści od dłuższego czasu kreowali się ni mniej ni więcej, tylko właśnie na takich „świętych Jerzych” i rycerzy w lśniących zbrojach. To oni ometkowali się „brandem” „autorów niepokornych” i wyszli poza tradycyjną, dziennikarską rolę, pretendując do roli bojowników o wolność słowa, działaczy społecznych walczących o równouprawnienie w przestrzeni publicznej pozamainstreamowego przekazu, liderów „drugiego obiegu” i tak dalej. Szczytem tego „opozycyjnego wzmożenia” było odejście z „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” po pacyfikacji obu tytułów przez Grzegorza Hajdarowicza, spuentowane gromkim zapewnieniem Rafała Ziemkiewicza, że „nigdy z Hajdarowiczem nie będzie w aliansach”.

No cóż, już wtedy, w tekście „Słupy układu”, generalnie chwaląc pryncypialną postawę załogi „Uważaka”, wyraziłem nieśmiałą obawę: Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.” I niestety, farsa się odegrała – wprawdzie powrót nastąpił nie do „URz”, tylko do „Rzepy”, ale różnica to de facto żadna – Hajdarowicz jest ten sam.

Zwróćmy uwagę – gdyby ci panowie nie sadzili się tak ostro, nie wchodzili w buty jakiejś niby-politycznej opozycji, tylko po prostu wykonywali swą dziennikarsko-publicystyczną robotę, to nikt by się ich nie czepiał, że publikują tu czy tam, nikt by im nie zaglądał do kieszeni w poszukiwaniu hajdarowiczowskich srebrników. Tak jak nikt nie czepia się prof. Andrzeja Nowaka, że udzielił wywiadu dla „Plusa Minusa”. Nie dlatego, że nikt nie śmie, tylko dlatego, że prof. Nowak nie odstawiał cyrku z trzaskaniem drzwiami.

Tymczasem, „nasi” prawicowi celebryci taki cyrk odstawili i to z przytupem, a teraz dziwią się, że ktoś ICH - „autorów niepokornych” - trzyma za słowo. No, niewyobrażalne. Rycerze zakonu „Świętych Jerzyków” są zaskoczeni, zniesmaczeni i w ogóle nie rozumieją o co chodzi...

II. Brand „niepokornych”

Wróćmy jeszcze na chwilę do „brandu” „niepokornych”. Handlowego terminu „brand” używam nie bez przyczyny. Otóż, z perspektywy czasu uważam, że ową „niepokorność” potraktowali oni jako jako markę, znak handlowy, pozwalający na sprzedaż ometkowanych tymże znakiem towarów. O rynkowej sile tej marki świadczy fakt, że Jacek Karnowski zapowiedział proces przeciw obecnemu „URz” o podtytuł „tygodnik autorów niepokornych”. Prawicowa gawiedź miała zapełniać salę w „Klubie Ronina”, cieszyć się z dowcipasów Warzechy, kupować ich tytuły prasowe, książki, klikać w „niepokorne” portale... a oni mieli odgrywać rolę intelektualnych „liderów opinii”, łaskawie pozwalających się okadzać. I chyba autentycznie sądzili, że uda się im zaczarować odbiorców na tyle, że ci przełkną każde ich dziwne manewry. A tu zaskoczenie: jednak nie przełknęli.

Doprawdy, trudno nie przyznać tu racji Toyahowi, czy Coryllusowi, którzy ten szwindel rozgryźli już dawno temu, za co zbierają notoryczne cięgi od rozindyczonych komentatorów, za „rozbijanie prawicy” i „atakowanie naszych”. Do mnie, przyznam się, świadomość ta docierała dość opornie, może instynktownie broniłem się przed rzeczywistością. Niemniej, od ponad roku pogłębiała się we mnie nieufność wobec gwiazd prawicowej sceny publicystycznej. Po raz pierwszy dałem temu wyraz w notce ze stycznia 2012 roku „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, w której zaprotestowałem gwałtownie przeciw różnym uroszczeniom prawicowych „liderów opinii”, kreujących się na drugoobiegowych guru. Przyleźli, cholera, na gotowe i z miejsca ustawiają się na czele.

Przepraszam za poniższe autocytaty, ale obawiam się, że części Czytelników nie będzie się chciało klikać w archiwalne teksty, więc pozwolę sobie przytoczyć niektóre fragmenty:

„Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny.” (...)

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.

(…) „zawodowi publicyści sprawiają wrażenie, że w ich świadomości drugi obieg się narodził dopiero wówczas, gdy parę osób z ich grona zostało do tego drugiego obiegu wyrzuconych. Tak to zgrabnie filtrują rzeczywistość przez pryzmat swej branży. No ludzie...”

Kolejnym etapem, skoro już pod wpływem elig wszedłem w osobistą retrospektywę, było rozczarowanie zamilczaniem przez „zawodowców” blogosfery – i to mimo Kongresu Mediów Niezależnych - czemu dałem wyraz w tekście „Dwa światy” z czerwca 2012.

"Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli - ust, piór, kamer i mikrofonów - „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.”

Ostatecznie wyzbyłem się złudzeń przy okazji sprawy Grzegorza Brauna i parszywego zachowania „prawicowych celebrytów”, którzy nagle uznali za koniczne odcinać się na wyprzódki od „ekstremizmów” - pod wpływem absurdalnej nagonki rozpętanej przez „Wyborczą” dwa i pół miesiąca po słynnym dziś spotkaniu w „Klubie Ronina”. Najwyraźniej doszli do wniosku, że tacy nieobliczalni wariaci jak Grzegorz Braun, który zawsze mówi to co myśli, szkodzi ich pieczołowicie cyzelowanemu „brandowi” „autorów niepokornych”.

Potem jeszcze dowiedziałem się, że żaden z tych gwiazdorów nie zainteresował się losem trzech młodych ludzi bezpodstawnie przetrzymywanych w areszcie na Białołęce od czasu Marszu Niepodległości – mimo że ich znajomi alarmowali o tym wszelkie możliwe „nasze” media. Pewnie nie mieli czasu, by się przejechać na tę Białołękę, bo byli zajęci pielęgnowaniem własnej niepokorności.

III. Wyjście z sytuacji

I już krótko na sam koniec. Czy widzę dla „naszych” celebrytów wyjście z arcygłupiej sytuacji w którą sami się wpędzili? Owszem. Niech powiedzą jasno i wyraźnie: jesteśmy dziennikarzami, zarabiamy pisaniem na życie i będziemy publikować wszędzie tam, gdzie nam zapłacą i zanadto nie ocenzurują, starając się dotrzeć do maksymalnej liczby odbiorców. To będzie jasne i uczciwe postawienie sprawy, tym bardziej, że często faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Sądzę, że wielu odbiorców produkowanych przez nich treści naprawdę potrafi oddzielić to co oni piszą od całej reszty.

Tylko niech nie próbują więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z nich śmieją.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Jeśli chodzi o tę część tekstu elig w której porusza kwestię blogosfery - nie odniosłem się, bo o swoim spojrzeniu na tę tematykę niedawno pisałem w tekście: http://niepoprawni.pl/blog/287/blogosfera-swiatlo-odbite

czwartek, 14 kwietnia 2011

Szympans w klatce


Wypowiedź Adama Michnika dla „Komsomolskiej Prawdy” kojarzy mi się z rozwścieczonym lecz bezsilnym szympansem, któremu zostało już tylko ciskanie w zwiedzających odchodami.



I. Gdy „legendzie” puszczają hamulce.


Miałem programowo nie pisać osobnych notek o Adamie Michniku, jaki bowiem niegdysiejszy Oberredaktor jest, każdy widzi. Tym razem jednak nie wytrzymałem, bowiem wypowiedź dla „Komsomolskiej Prawdy”, którą nagłośnił portal „wPolityce.pl” to wyjątkowe świadectwo duchowo-intelektualnej degrengolady. Wyjątkowe choćby dlatego, że Michnik w swych wypowiedziach na użytek krajowy, wewnętrzny, z różnych powodów wykazuje pewną powściągliwość. Hamulce puszczają mu dopiero przy wypowiedziach udzielanych mediom zagranicznym, kiedy to w błogim przeświadczeniu, że w Polsce nikt ich nie przeczyta, a nawet jeśli przeczyta to zmilczy, w nieskrępowany sposób daje upust temu, co tak naprawdę gra mu w duszy.


Zacytujmy ów wykwit intelektu „legendy światowego dziennikarstwa, działacza publicznego i jednego z założycieli Solidarności", jak przedstawia „Komsomolskaja Prawda” omawianego tu osobnika. Podaję za „wPolityce.pl” w tłumaczeniu Maksyma Gołosia:



„Oczywiście część naszego społeczeństwa jest chora na rusofobię i ksenofobię. Cóż, wolność jest dla wszystkich, dla zdolnych/mądrych, głupców i dla swołoczy (swołocz - wg SJP: pogardliwie o osobie postępującej nieuczciwie lub podle albo o ludziach budzących odrazę swoim zachowaniem lub wyglądem – przyp. M.G.) Są idioci, którzy twierdzą, że niepodległej Polski nie ma, a jest niemiecko-rosyjski projekt. To ludzie z ogrodu zoologicznego i szaleńczym kompleksem antyrosyjskim." (wytłuszczenia moje – GG)



II. Od KOR-u do „NIE".


Warto zwrócić uwagę na dodatkowe okoliczności towarzyszące temu nieprzytomnemu bluzgowi, mającemu dowodzić, że ci którzy nie kupują rosyjskiej wersji katastrofy smoleńskiej to rusofobiczna swołocz, natomiast osoby zatroskane o postępującą pod rządami PO utratę podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej są zakompleksionymi egzemplarzami rodem z ogrodu zoologicznego (czyli, mówiąc wprost – zwierzętami, chyba że Oberredaktor chciał obrazić personel jakiegoś ZOO).


Okoliczność pierwsza. „Komsomolskaja Prawda” jest tabloidem, czyli prasopodobnym tworem, którym Adam Michnik – istny arystokrata ducha - na krajowym podwórku wielce się brzydzi. Więcej – jest najbardziej poczytną rosyjską gazetą, zatem w tamtejszych realiach musi być kontrolowana przez Kreml i prezentować punkt widzenia putinowskiego reżimu. Taki bojownik o wolność słowa, jak Adam Michnik musi to wiedzieć, chyba że wódka wychlana z Urbanem wyżarła mu do reszty mózgownicę (przepraszam za styl, ale wchodzę mimowolnie w poetykę „legendy światowego dziennikarstwa”). Pamiętam, sam czytałem relację na portalu „Gazety”, jak Michnik chwalił się, że na jakiejś imprezie Klubu Wałdajskiego zadał samemu Putinowi pytanie o stan praw człowieka w Rosji.


Ale to wszystko nieważne, jeśli idzie o dokopanie na zagranicznym forum znienawidzonej „swołoczy” (jak pięknie to współbrzmi z pamiętnym „bydłem” Bartoszewskiego, prawda?).


Okoliczność druga. Dla „Komsomolskiej Prawdy” wypowiedzieli się również Bartłomiej Sienkiewicz (dość umiarkowany) i redaktor Gadzinowski – były poseł SLD i współpracownik urbanowego „NIE”. Wypowiedź Michnika zdecydowanie bliższa jest Gadzinowskiemu, sądzę że Urban – kolega od kieliszka – mógłby ją spokojnie u siebie wydrukować. Nie odstawałaby ani od linii redakcyjnej ani od poziomu uszatego tygodnika. Jak to ujął celnie Kuki w komentarzu do notki Andrzeja Tatkowskiego „Ja, swołocz i idiota”: „Od biuletynu informacyjnego KSS KOR do "NIE" Urbana. AM znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, co Gadzinowski.”


III. Michnik jak ZSRR.


Skoro już jesteśmy przy notce Andrzeja Tatkowskiego, to przytoczę nieco zmodyfikowany komentarz, który wtedy „na gorąco” zamieściłem. Otóż, wiedziony niezdrową ciekawością zajrzałem na portal „Wyborczej" i okazuje się, że „GW" jakoś tym wiekopomnym wywiadem swego pryncypała się nie chwali . Dziwne, wstydzą się obiektywnych i wyważonych opinii własnego Naczelnego?


Jest za to kabotyński list w którym Michnik solidaryzuje się z Andrzejem Poczobutem, białoruskim opozycyjnym dziennikarzem więzionym przez reżim Łukaszenki. Wisi również proudly szumny apel o jego uwolnienie.


Michnik zachowuje się jak ZSRR w czasach Zimnej Wojny, kiedy to Sowieci wspierali „demokrację" na zgniłym Zachodzie, finansując pacyfistów, zielonych i różnych „działaczy na rzecz praw człowieka” mających rozsadzić wraży „zapad” od wewnątrz, u siebie zaś wsadzając dysydentów do łagrów i psychuszek.


Podobnie Michnik - wojuje o wolność słowa na orbanowskich Węgrzech, gdzie zalęgli się, ani chybi, pisowcy „głupcy” i „swołocz” rodem z „ogrodu zoologicznego”. Walczy też o demokratyczne swobody na Białorusi, a w Polsce ściga polemistów procesami... z analogicznych niemal paragrafów! (Poczobut został oskarżony o znieważenie Łukaszenki, u nas Michnik via „Agora”... pozywa swych adwersarzy o zniesławienie!). Niegdyś zaś rzekł do Krzysztofa Leskiego coś takiego: „Krzysiu, jeśli ty chcesz tu robić wolną gazetę, to po moim trupie". Do Roberta Tekielego wysyczał natomiast jeszcze w latach ‘80 swoje słynne: „zniszczę cię, nie istniejesz”.


IV. Bezsilność i frustracja.


Ten pyszny jak sam diabeł Saruman (że tak bezczelnie zaszyję analogią autorstwa Ziemkiewicza) czuje jednak, że jego czas się kończy, że wpływy maleją – i to nawet we własnej gazecie, gdzie jest już tylko de facto „honorowym naczelnym”, który nie może nawet wywalić jakiegoś tam Domosławskiego za zbyt wnikliwą biografię Kapuścińskiego (aczkolwiek pisaną ze słusznych pozycji). Nie może również zablokować nagrody Dziennikarza Roku dla tegoż i musi poprzestać na bezsilnym piekleniu się z telebimu. Ziemkiewicz pisał w tym kontekście o tolkienowskim Sharkey’u, ja dodałbym jeszcze Czarnoksiężnika z Krainy OZ, któremu kolejne Dorotki zaglądają bezczelnie za kotarę.


Upadek Michnika ma również konsekwencje społeczno-polityczne. Mohery podnoszą swe kołtuny, PiS nie poszedł w rozsypkę i wciąż stanowi realną siłę polityczną. Wszystko wbrew życzeniom i zaleceniom Światłego Adama, co znając jego legendarną próżność, odbiera jako osobistą obrazę. Do tego Donald nie wykazuje należytej czołobitności, traktując Salon jako narzędzie, które nie ma wyboru jak tylko wspierać go ze strachu przed Kaczyńskim.


Co zostaje Michnikowi? Zostaje mu pajacowanie u Wojewódzkiego, tudzież wyładowywanie swej bezsilności i frustracji na zagranicznych, niechby i rosyjskich, putinowskich, tabloidalnych, forach. Gdzie te lata potęgi, gdy jedno słowo, jeden grymas, dezaprobujące skrzywienie warg, zwalniało Wildsteina z pracy w „Rzeczpospolitej’? Na dodatek tę potęgę potargał własnymi rękami, decydując się na ujawnienie afery Rywina z potencjału której najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy. Sam wypuścił demony i świadomość tego nie może być dla niegdysiejszego Sarumana (Oz-a?) przyjemna.


Na zakończenie powrócę jeszcze do tej nieszczęsnej metafory z ZOO. Mnie osobiście z ogrodem zoologicznym kojarzy się wypowiedź Adama Michnika właśnie. Konkretnie – z tyleż rozwścieczonym, co bezsilnym szympansem, któremu zostało już tylko ciskanie w zwiedzających odchodami.


Gadający Grzyb

niedziela, 11 stycznia 2009

Jednak bliżej Dmowskiego…

Roman Dmowski

…czyli egzegeza stanu duszy współczesnego „nowoczesnego Polaka”.

Przeczytałem inspirujący post FYM’a. Potem przeczytałem merytoryczne komentarze i nieco mniej inspirującą wymianę uprzejmości między szanownymi współbloggerami. W związku z powyższym, podnoszę dwa paluszki w górę i zgłaszam kilka uwag.

1) Ziemkiewicz w swoim artykule nie napisał nic nowego. Była to kompilacja wątków rozrzuconych po jego dotychczasowych felietonowo – książkowych publikacjach. Szczerze mówiąc, byłem nieco rozczarowany – myślałem, że artykuł inspirowany 70 – tą rocznicą pogrzebu Romana Dmowskiego przyniesie jakieś nowe przemyślenia. Jedno jest pewne: Ziemkiewicz od lat ma wyrobioną opinię zarówno na temat Radia Maryja, jak i sposobu w jaki współczesne „post-endeckie” ugrupowania kultywują, nader wybiórczo, spuściznę przedwojennej Narodowej Demokracji. Wystarczy przeczytać jego „Polactwo” i felietonistykę. Krótko – imputowanie Ziemkiewiczowi jakiegoś doraźnego koniunkturalizmu w jego krytycyzmie wobec Rydzyka, czy formacji politycznych odwołujących się do endeckiej tradycji, to trafienie kulą w płot. Można się z jego oceną nie zgadzać, ale dorabianie mu gęby salonowego sprzedawczyka, to jednak lekka przesada.

2) Na ile mogę wniknąć w duszę RAZ-a, wyraża on po prostu rozczarowanie stanem umysłów ludzi, którzy umieszczając ochoczo Dmowskiego na sztandarach, wyciągają z jego wielowątkowego dorobku polityczno – intelektualnego anachroniczne wnioski. Ziemkiewicz nie raz wspominał o endeckich tradycjach swojej rodziny. Nie raz wyrażał się krytycznie o rządach Sanacji (np jego „Plamy na pomniku” w „Rzepie”, link - http://www.rp.pl/artykul/222966.html). Natomiast myśl przewodnią inkryminowanego artykułu „Pusta trumna…” można by streścić w krótkiej trawestacji: „dziś prawdziwych endeków już nie ma…” Dla Ziemkiewicza, Radio Maryja i dzisiejsze postendeckie formacje, to chore klony zaczadzone towiańszczyzną i panslawistycznymi miazmatami. Czyli, uczniowie dali się uwieść fantasmagoriom, zdradzając tym samym Dmowskiego – Mistrza, który na polskim gruncie był ojcem – założycielem nowoczesnego politycznego realizmu. Innymi słowy, RAZ uważa, że głównym błędem neoendecji (rozumianej zarówno w wymiarze politycznym, jak i intelektualnym) jest niewolnicze trzymanie się doraźnych rozwiązań proponowanych przez Dmowskiego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej i bezkrytyczna ekstrapolacja ich w czasy współczesne, przy zaniechaniu podstawowej nauki Mistrza: sztuki twardej, politycznej kalkulacji. To dlatego, wg Ziemkiewicza „trumna Dmowskiego (…) jest w istocie od dawna już pusta”.

3) Ziemkiewicz, który, sądząc po jego publikacjach, dogłębnie przyswoił sobie dorobek Dmowskiego i wyciągnął z niego własne wnioski, rozgląda się po Polsce, świecie i pyta: gdzie jest endecja na miarę naszych czasów? Endecja, która mogłaby sprostać współczesnym wyzwaniom – zdolna zdefiniować nasz narodowy interes i skutecznie, politycznie, o tenże interes walczyć, tak, jak walczą o swoje narodowe interesy inne państwa – Niemcy, Wlk. Brytania, USA, czy Francja (tak, tak, nawet spostponowany przeze mnie, „błazen Sarkozy”, gdy zdał sobie sprawę, że wyżej d…y nie podskoczy, skoncentrował się ostatecznie na geszefcikach mogących przynieść korzyść państwu, któremu prezydentuje – wszak mamy zakupić od nich atomową elektrownię).

4) Podsumowując, (sorry, ze wciąż o RAZ–ie, ale od jego artykułu wszystko się zaczęło): on najprawdopodobniej czuje się kontynuatorem naczelnej zasady Dmowskiego (w uproszczeniu): wywalczyć, ile się da dla Polski w danych warunkach geopolitycznych – i dotyczy to zarówno polityki zagranicznej, jak i niezbędnych reform wewnętrznych. Patrzy, analizuje, po czym… rozczarowuje się co do kolejnych formacji i, personalnie, co do polityków (stąd zapewne jego kąśliwości pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej – Korwin-Mikkego). Używając języka „Gazety Wyborczej”, można by nazwać go frustratem.

Tyle tylko, że podobnym frustratem jestem ja sam – widzę Polskę, jako krainę wielkich szans i możliwości. Głosuję na partie, które, gdyby kierowały się politycznym racjonalizmem sprzęgniętym z duchem patriotyzmu i miały niezbędne minimum kompetencji w sferze zarządzania tak skomplikowanym organizmem jak Państwo, powinny były już dawno odblokować mechanizmy rzeczywistego awansu społeczno – materialnego dla tubylczej ludności, ustanawiając zarazem konserwatywne prawa cywilizacyjno - kulturowe, które stanowiłyby tamę dla światowego wszech-lewactwa. Aha, przydałoby się jeszcze, żeby umiały na forach międzynarodowych skutecznie praw tych bronić.

Inaczej Narodu się nie zrobi.

Zakończę fragmentem refrenu popularnej szanty:

„…w każdej chwili płynę w taki rejs

tylko, gdzie to jest

gdzie to jest?”

Gadający Grzyb

http://niepoprawni.pl/blog/74/blizej-michnika-niz-rydzyka

pierwotna publikacja 10.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/jednak-blizej-dmowskiego%E2%80%A6