Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Uważam Rze”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Uważam Rze”. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Prawicowi celebryci i zakon „świętych Jerzyków”

Do prawicowych celebrytów: nie próbujcie więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z was śmieją.

I. „Święci Jerzykowie”

Znana i ceniona blogerka elig opublikowała ciekawy wpis „Pokorni czytelnicy i niepokorni autorzy” w którym odniosła się do głosów krytyki pod adresem publicystów, którzy wrócili do publikowania w hajdarowiczowskiej „Rzeczpospolitej”. Elig uświadamia nam, że dziennikarze to nie są jacyś herosi w typie św. Jerzego – pogromcy smoka – tylko ich rola jest zgoła odmienna: rzetelne informowanie czytelników, docieranie do nich z faktami tudzież opiniami i z tego punktu widzenia, powrót kilku prawicowych celebrytów na łamy „Plus Minus” (które z kolei stanowi autonomiczny quasi-tygodnik w ramach „Rzepy”) jest dla czytelników korzystne.

I wszystko zgoda, wszystko racja, gdyby nie ten drobny szczegół, że sami ci publicyści od dłuższego czasu kreowali się ni mniej ni więcej, tylko właśnie na takich „świętych Jerzych” i rycerzy w lśniących zbrojach. To oni ometkowali się „brandem” „autorów niepokornych” i wyszli poza tradycyjną, dziennikarską rolę, pretendując do roli bojowników o wolność słowa, działaczy społecznych walczących o równouprawnienie w przestrzeni publicznej pozamainstreamowego przekazu, liderów „drugiego obiegu” i tak dalej. Szczytem tego „opozycyjnego wzmożenia” było odejście z „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” po pacyfikacji obu tytułów przez Grzegorza Hajdarowicza, spuentowane gromkim zapewnieniem Rafała Ziemkiewicza, że „nigdy z Hajdarowiczem nie będzie w aliansach”.

No cóż, już wtedy, w tekście „Słupy układu”, generalnie chwaląc pryncypialną postawę załogi „Uważaka”, wyraziłem nieśmiałą obawę: Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.” I niestety, farsa się odegrała – wprawdzie powrót nastąpił nie do „URz”, tylko do „Rzepy”, ale różnica to de facto żadna – Hajdarowicz jest ten sam.

Zwróćmy uwagę – gdyby ci panowie nie sadzili się tak ostro, nie wchodzili w buty jakiejś niby-politycznej opozycji, tylko po prostu wykonywali swą dziennikarsko-publicystyczną robotę, to nikt by się ich nie czepiał, że publikują tu czy tam, nikt by im nie zaglądał do kieszeni w poszukiwaniu hajdarowiczowskich srebrników. Tak jak nikt nie czepia się prof. Andrzeja Nowaka, że udzielił wywiadu dla „Plusa Minusa”. Nie dlatego, że nikt nie śmie, tylko dlatego, że prof. Nowak nie odstawiał cyrku z trzaskaniem drzwiami.

Tymczasem, „nasi” prawicowi celebryci taki cyrk odstawili i to z przytupem, a teraz dziwią się, że ktoś ICH - „autorów niepokornych” - trzyma za słowo. No, niewyobrażalne. Rycerze zakonu „Świętych Jerzyków” są zaskoczeni, zniesmaczeni i w ogóle nie rozumieją o co chodzi...

II. Brand „niepokornych”

Wróćmy jeszcze na chwilę do „brandu” „niepokornych”. Handlowego terminu „brand” używam nie bez przyczyny. Otóż, z perspektywy czasu uważam, że ową „niepokorność” potraktowali oni jako jako markę, znak handlowy, pozwalający na sprzedaż ometkowanych tymże znakiem towarów. O rynkowej sile tej marki świadczy fakt, że Jacek Karnowski zapowiedział proces przeciw obecnemu „URz” o podtytuł „tygodnik autorów niepokornych”. Prawicowa gawiedź miała zapełniać salę w „Klubie Ronina”, cieszyć się z dowcipasów Warzechy, kupować ich tytuły prasowe, książki, klikać w „niepokorne” portale... a oni mieli odgrywać rolę intelektualnych „liderów opinii”, łaskawie pozwalających się okadzać. I chyba autentycznie sądzili, że uda się im zaczarować odbiorców na tyle, że ci przełkną każde ich dziwne manewry. A tu zaskoczenie: jednak nie przełknęli.

Doprawdy, trudno nie przyznać tu racji Toyahowi, czy Coryllusowi, którzy ten szwindel rozgryźli już dawno temu, za co zbierają notoryczne cięgi od rozindyczonych komentatorów, za „rozbijanie prawicy” i „atakowanie naszych”. Do mnie, przyznam się, świadomość ta docierała dość opornie, może instynktownie broniłem się przed rzeczywistością. Niemniej, od ponad roku pogłębiała się we mnie nieufność wobec gwiazd prawicowej sceny publicystycznej. Po raz pierwszy dałem temu wyraz w notce ze stycznia 2012 roku „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, w której zaprotestowałem gwałtownie przeciw różnym uroszczeniom prawicowych „liderów opinii”, kreujących się na drugoobiegowych guru. Przyleźli, cholera, na gotowe i z miejsca ustawiają się na czele.

Przepraszam za poniższe autocytaty, ale obawiam się, że części Czytelników nie będzie się chciało klikać w archiwalne teksty, więc pozwolę sobie przytoczyć niektóre fragmenty:

„Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny.” (...)

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.

(…) „zawodowi publicyści sprawiają wrażenie, że w ich świadomości drugi obieg się narodził dopiero wówczas, gdy parę osób z ich grona zostało do tego drugiego obiegu wyrzuconych. Tak to zgrabnie filtrują rzeczywistość przez pryzmat swej branży. No ludzie...”

Kolejnym etapem, skoro już pod wpływem elig wszedłem w osobistą retrospektywę, było rozczarowanie zamilczaniem przez „zawodowców” blogosfery – i to mimo Kongresu Mediów Niezależnych - czemu dałem wyraz w tekście „Dwa światy” z czerwca 2012.

"Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli - ust, piór, kamer i mikrofonów - „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.”

Ostatecznie wyzbyłem się złudzeń przy okazji sprawy Grzegorza Brauna i parszywego zachowania „prawicowych celebrytów”, którzy nagle uznali za koniczne odcinać się na wyprzódki od „ekstremizmów” - pod wpływem absurdalnej nagonki rozpętanej przez „Wyborczą” dwa i pół miesiąca po słynnym dziś spotkaniu w „Klubie Ronina”. Najwyraźniej doszli do wniosku, że tacy nieobliczalni wariaci jak Grzegorz Braun, który zawsze mówi to co myśli, szkodzi ich pieczołowicie cyzelowanemu „brandowi” „autorów niepokornych”.

Potem jeszcze dowiedziałem się, że żaden z tych gwiazdorów nie zainteresował się losem trzech młodych ludzi bezpodstawnie przetrzymywanych w areszcie na Białołęce od czasu Marszu Niepodległości – mimo że ich znajomi alarmowali o tym wszelkie możliwe „nasze” media. Pewnie nie mieli czasu, by się przejechać na tę Białołękę, bo byli zajęci pielęgnowaniem własnej niepokorności.

III. Wyjście z sytuacji

I już krótko na sam koniec. Czy widzę dla „naszych” celebrytów wyjście z arcygłupiej sytuacji w którą sami się wpędzili? Owszem. Niech powiedzą jasno i wyraźnie: jesteśmy dziennikarzami, zarabiamy pisaniem na życie i będziemy publikować wszędzie tam, gdzie nam zapłacą i zanadto nie ocenzurują, starając się dotrzeć do maksymalnej liczby odbiorców. To będzie jasne i uczciwe postawienie sprawy, tym bardziej, że często faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Sądzę, że wielu odbiorców produkowanych przez nich treści naprawdę potrafi oddzielić to co oni piszą od całej reszty.

Tylko niech nie próbują więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z nich śmieją.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Jeśli chodzi o tę część tekstu elig w której porusza kwestię blogosfery - nie odniosłem się, bo o swoim spojrzeniu na tę tematykę niedawno pisałem w tekście: http://niepoprawni.pl/blog/287/blogosfera-swiatlo-odbite

piątek, 30 listopada 2012

„Słupy” Układu

„Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”.

I. Prawica potrafi!

Bądźmy szczerzy – te półtora roku ukazywania się „Uważam Rze”, szczególnie w medialnej stajni Hajdarowicza, to i tak był czas wykradziony losowi. Ten czas redakcja wykorzystała najlepiej jak mogła, tworząc topowy, opiniotwórczy tygodnik, którego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, zgrzytając zębami, nie mógł ignorować i „unieważnić” jako marginalnego, oszołomskiego pisemko frustratów i nieudaczników, która to metoda jest dla mainstreamu bodaj ulubionym sposobem na deprecjonowanie niewygodnych inicjatyw.

Lisicki z ekipą dowiedli bowiem, że prawica potrafi stworzyć wartościowe, atrakcyjne, poczytne i pokupne medium, mogące podbić przebojem trudny, prasowy rynek, jeśli tylko nie stwarza się przed nim sztucznych barier. Co więcej, jest w stanie to zrobić bez uciekania się do kloacznej estetyki w stylu Tomasza Lisa i jego „Newsweeka”. Kto wie, czy nie jest to najbardziej wartościowa część spuścizny „URz”, która nie raz jeszcze zaprocentuje w przyszłości – jak każde przełamanie fałszywego stereotypu. To „odczarowanie” mitu prawicowego nieudacznictwa może otworzyć perspektywy przed kolejnymi przedsięwzięciami medialnymi.

II. „Słup” Hajdarowicz

No, ale wszystko co dobre ma swój kres, albowiem gdy w grę wchodzi trotyl, tam kończą się żarty. Grzegorz Hajdarowicz, który z łaski Dyktatury Matołów przejął „Presspublicę” za pożyczki otrzymane od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, od byłego esbeckiego „TeWusia” - milionera - Leszka Czarneckiego oraz od PW „Rzeczpospolita”, został uruchomiony, by zrobić to, do czego został zatrudniony w charakterze biznesowego „słupa” służb i obozu rządzącego. I „słupek” Hajdarowicz zadanie wykonał bez wahania. Zresztą, niechby tylko spróbował się zawahać – zlecone przez „czynniki” zadania lepiej wykonywać jeszcze przed weekendem. Wiadomo wszak, że właśnie podczas weekendów lawinowo przyrasta u nas liczba samobójstw „bez udziału osób trzecich”, więc lepiej nie kusić licha, które jak wiadomo nigdy nie śpi, podobnie jak Seryjny Samobójca.

Zatem, pan biznesmen ze służbowej łaski chwacko uwinął się z pacyfikacją powierzonych mu tytułów – najpierw „Rzepy”, następnie zaś „Uważam Rze”, przywracając tak pożądaną przez jego patronów jedność moralno-polityczną medialnego mainstreamu. W powszechnym przekonaniu jest to krok samobójczy z biznesowego punktu widzenia, ale przecież nie dlatego podarowano „zaprzyjaźnionemu przedsiębiorcy” „Presspublicę”, wykurzywszy z niej uprzednio krnąbrnego większościowego udziałowca, by pan Hajdarowicz miał się przejmować względami finansowymi, gdy Dyktatura Matołów walczy o przetrwanie, zwiera szeregi i przystępuje do batalii z „faszyzmem”, tudzież „mową nienawiści”. Pan Hajdarowicz zostanie wynagrodzony w odpowiednim czasie w stosowny sposób, albowiem wart jest robotnik zapłaty swojej – choćby nawet „Uważam Rze” padło pod nowym kierownictwem po kilku numerach. „Biznesmeni przyjaźni lewicy” - jak onegdaj ujął to Leszek Miller, są cennymi aktywami każdej „waadzy”.

III. Kres dwuznaczności

Trochę szkoda, że zespół „URz” nie podziękował za współpracę zaraz po tym, jak wywalono z „Rzepy” Cezarego Gmyza. Rozumiem, że żal porzucać własne dzieło, ale sytuacja była, przyznajmy, dość dwuznaczna. Nie rozumiem też, po co Lisicki plótł androny o niezależnym statusie tygodnika w strukturze „Presspubliki”, że nic mu nie grozi itp. Jak się rzeczy mają, właśnie się przekonaliśmy. W sumie, Hajdarowicz wywalając Lisickiego, wyratował poniekąd załogę „URz” z nielichego dylematu. Jednak trzeba oddać, że postawa zespołu redakcyjnego zasługuje na najwyższe uznanie. Mało którą redakcję stać by było na taką solidarność. Wyobrażacie sobie coś takiego w „Newsweeku”? Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.

A wieść niesie, że nowy naczelny – Jan Piński – wydzwania po dziennikarzach „kojarzonych z prawicą” i kusi ich tłustymi „pecuniami”, które jak wiadomo „nie oletują”, byle tylko zechcieli przyjść do wyludnionego tytułu, albowiem na pierwsze spotkanie z nowym szefem... nie przyszedł nikt ze składu „URz” i „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, jeśli jakimś cudem Pińskiemu uda się sformować zespół, to warto będzie odnotować nazwiska tych dziennikarzy. I zapamiętać. Dobrze zapamiętać.

IV. Jan Piński – „słup” drugiej kategorii

Skoro jesteśmy już przy Pińskim – doprawdy, nie wiem kim trzeba być, by w ogólnie znanej sytuacji „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” przyjąć propozycję „słupa” Hajdarowicza, uwiarygadniając i firmując własną twarzą prasowe porządki pod egidą Dyktatury Matołów. No chyba, że tę twarz straciło się już dawno temu wraz innymi przymiotami konstytuującymi tzw. „osobę ludzką” i pozostało już tylko nieśmiertelne „kasa, misiu, kasa”. Wtedy można schować wszystko do kieszeni i z uśmiechem pełnić rolę „słupa” drugiej kategorii, podliczając luby grosz.

Kim jest Piński pokazuje jego wywiad, w którym z miedzianym czołem, za przeproszeniem, pieprzy głodne kawałki o tym jaką to opozycyjną gazetę chce robić i umacniać jej niezależność. Wystarczy przeczytać tylko to, znając kontekst ogólnosytuacyjny, by wyrobić sobie opinię. Nic więcej nie trzeba. Nawet tego, że z „Nowym Ekranem” pożegnał się z zaskoczenia, z dnia na dzień. „Lojalny jak Piński”, tak się powinno mówić, co by tam Łazarz w jego obronie nie wypisywał.

Nie wiem, czy nowe „Uważam Rze” stanie się tubą jakiejś koncesjonowanej, zblatowanej endecji od Giertycha, jakiegoś „neo-PAX-u Trzeciej RP”, ale analogia do okoliczności, w jakich Bolesław Piasecki przejął „Tygodnik Powszechny” narzuca się sama. Nic to – mas nie porwą, to pewne. Najprawdopodobniej „URz” padnie po kilku numerach, lub w najlepszym razie podzieli los „Przekroju”. Cóż, jakiś czas temu prorokowałem, że „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój” - i choć detale tej drogi do upadku nieco się różnią od moich przewidywań sprzed ponad roku, to zasadniczo wychodzi na moje.

A tak już na zakończenie, pozostaje tylko zadać pytanie: jaką rolę w zamachu smoleńskim odegrali ludzie z WSI i Dyktatura Matołów, skoro jeden tekst o trotylu na wraku tupolewa tak zaktywizował ich „słupa”, że postanowił zarżnąć dwie gazety?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Inne notki o „Presspublice” itp.

http://niepoprawni.pl/blog/287/gaudenizacja-rzepy

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

sobota, 2 lipca 2011

Krajobraz po przejęciu


Przejęcie „Presspubliki” pokazuje, ze Sauron czuje się niekomfortowo w warunkach choćby częściowego pluralizmu opinii, a ponadto - boi się o wynik jesiennych wyborów.



I. Koniec pieriedyszki w mediodajniach Mordoru.


A więc, drodzy Państwo, skończył się krótki okres względnej pieriedyszki, kiedy to na rynku prasowym Mordoru panował ułomny wprawdzie, ale jednak pluralizm. Oczywiście, stan idealnej równowagi polityczno-światopoglądowej pozostawał w sferze marzeń. Wystarczy porównać zsumowane nakłady „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka”, „Wprost” i „Przekroju” z łącznymi nakładami „Naszego Dziennika”, „Rzeczpospolitej”, „Gazety Polskiej”, „Uważam Rze” czy „Najwyższego Czasu”. („Gościa Niedzielnego” zostawiam z boku, gdyż jest to jednak pismo z nieco innej bajki – przekaz polityczny zajmuje tam marginalną pozycję).


Niemniej, zwłaszcza po wydawniczym sukcesie „Gazety Polskiej” i piorunującym starcie „Uważam Rze” można było powiedzieć, że czytelnik prasy ma wreszcie realny wybór miedzy gazetami reprezentującymi pełne spektrum poglądów. Było to o tyle cenne, że mediodajnie elektroniczne po odbiciu TVP z rąk „pisowców” bez reszty zdominowała opcja beneficjentów i utrwalaczy III RP.


No, ale jak wspomniałem, ta pieriedyszka właśnie się skończyła, gdyż niespodziewanie okazało się, iż większościowy udziałowiec Presspubliki (51,1%) – wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” - czyli brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom - sprzedał swe udziały spółce Gremi Media należącej do krakowskiego biznesmena Grzegorza Hajdarowicza, właściciela dołującego wprawdzie sprzedażowo, lecz za to skrajnie usalonowionego i proreżimowego „Przekroju”. Rodzi to graniczące z pewnością obawy o los „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”.


II. Sukces gwoździem do trumny?


Chyba wszystkich nurtuje pytanie: co takiego się stało, że Mecom zdecydował się sprzedać kurę znoszącą złote jaja, tuż po największym sukcesie wydawniczym ostatnich lat jakim było zaistnienie „Uważam Rze”, które wyprzedziło nawet „Politykę” i szło łeb w łeb z „Gościem Niedzielnym”? Otóż sądzę, że – paradoksalnie - powodem był właśnie ów kosmiczny w polskich warunkach triumf „Uważam Rze” na trudnym rynku tygodników opinii. Jak wszystkim wiadomo, Skarb Państwa - mniejszościowy udziałowiec Presspubliki (48,9%) nie mógł ścierpieć opozycyjnego tytułu, czyli „Rzeczpospolitej” i posunął się nawet do pozwu o rozwiązanie spółki, starając się jednocześnie zakulisowo wpłynąć na Brytyjczyków, by wymienili obecną ekipę „Rzepy” lub zbyli swe udziały na rzecz jakiegoś - trawestując Leszka Millera – „biznesmena przyjaznego rządowi”. Od dłuższego czasu jednak panował pat, strony okopane były na swych pozycjach, słowem - „na Zachodzie bez zmian”.


Aż do chwili uderzenia nowego tygodnika. Wyniki sprzedaży „Uważam Rze” pokazywały wyraźnie, że był to sukces dalece wykraczający poza „żelazny elektorat” PiS i „moherowe getto”. To pismo zaczęło mieć wszelkie dane po temu, by jego krytyczna wobec rządu PO linia zaczęła wpływać na nieprzekonanego, centrowego wyborcę, którego razi np. indukowana „zła atmosfera” wokół mediów ojca Rydzyka, czy radykalizm „Gazety Polskiej” z jej łatką „pisowskiego upartyjnienia”. Nagle okazało się, że „oszołomy” są w stanie zrobić atrakcyjną gazetę dla masowego odbiorcy.


Tego było za wiele. Trzeba było „cóś” z tym zrobić. I zrobiono.


III. Jak to się robi...


Głowy nie dam, ale podejrzewam, że mógł tu zadziałać tradycyjny w III RP straszak: chcecie mieć spokój w interesach? To się podziałkujcie, sprzedajcie udziały – przecież was nie złupimy, dostaniecie rozsądną cenę... W skali mikro podobnego szantażu doświadczył ojciec ś.p. Krzysztofa Olewnika, który nie chciał dopuścić do swojego mięsnego biznesu protegowanych z lokalnego, eseldowsko-służbowego „układu” z mocnym podwieszeniem na „górze”. Czym się to skończyło, wiemy. A że Mecom ma w Polsce do ocalenia jeszcze inny biznes - spółkę Media Regionalne wydającą prasę lokalną, spolegliwą i nie angażującą się w politykę, to zapewne w końcu poszedł na proponowany deal.


Przypuszczam, że Brytyjczycy po latach obecności na polskim rynku zdążyli się zorientować jak wiele zależy od przychylności władz i do jakiego stopnia rządzące sitwy są w stanie zaszkodzić niepokornym. Notoryczny brak reklam w „Uważam Rze” też pewnie dał Mecomowi do myślenia (o zjawisku dyskryminacji na rynku reklamy pisałem w notce „Niewidzialny target”).


Dobrą lekcją jest tu przypadek „Wakacji z agentem” - czyli sprawa konfidencji Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem. Ten sam tekst opublikowały „Dziennik Bałtycki” należący do niemieckiego wydawcy Polskapresse i „Życie” Tomasza Wołka. Gdy wybuchła polityczna burza, przedstawiciel Polskapresse pokajał się, wywalił z roboty redaktora naczelnego i ocalił w ten sposób swe interesy. Wołkowe „Życie”, które niezależnie od dzisiejszej oceny Tomasza Wołka zapisywało wtedy piękne karty w historii polskiego dziennikarstwa, postanowiło się bronić. W efekcie reklamodawcy zaczęli wiać drzwiami i oknami, żeby nie narazić się „waadzy” sponsorowaniem trefnego tytułu. „Życie” padło. Tak, tę lekcję z pewnością zapamiętał każdy, kto chce robić interesy na prasowym rynku mordorowatej III RP.


Warto dodać, że sprzedaż Mecom Poland Holdings SA. zbiegła się z przetasowaniami personalnymi w samym Mecomie. Jak bowiem podaje portal press.pl: „od stycznia David Montgomery, założyciel Mecom Group, zrezygnował z funkcji prezesa. Koncernem kieruje teraz Stephen Davidson (od sierpnia prezesem Mecom Group będzie Tom Toumazis)”.


Domyślam się, że obecny p.o. prezesa Mecom Group okazał się bardziej „pragmatyczny” od swego poprzednika. Tłumaczono mu cierpliwie co i jak, aż dotarło.


IV. Zwykły interes? Ekstraordynaryjny tryb sprzedaży, pożyczka na 20 milionów i NFI Jupiter w tle.


Na to, że sprzedaż Mecom Poland Holdings SA. nie było zwykłym interesem, wskazuje też fakt, że „(...) firma giełdowa, jaką jest Mecom Group, nie prowadziła tego procesu sprzedaży przez doradcę inwestycyjnego i nie wysłała zapytań do dużych graczy, którzy byli zainteresowani kupnem udziałów w ”Rzeczpospolitej”. Zwłaszcza że dzięki takim negocjacjom mogłaby uzyskać wyższą kwotę sprzedaży – komentuje (...) Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej ZPR SA.” (cyt. za www.press.pl, wytł. i skróty moje – GG).


Osobną kwestią jest udział należącego do Gremi NFI Jupiter SA, powstałego po przejęciu 11 NFI S.A. przez 3 NFI S.A. Kto pamięta wielki przewał, jakim był PPP (Program Powszechnej Prywatyzacji) w wyniku którego powstały Narodowe Fundusze Inwestycyjne (NFI), ten może nabrać podejrzeń. Jak to się stało, że Narodowy Fundusz Inwestycyjny Jupiter S.A. kontrolowany jest przez pana biznesmena Grzegorza Hajdarowicza? Ot, jeden z cudów transformacji najwyraźniej. Tych, którzy lepiej orientują się w biznesowych zawiłościach III RP zachęcam do podążenia tym tropem, bo nos mi podpowiada, że może być interesująco.


A teraz ów NFI Jupiter pożycza panu Hajdarowiczowi dwadzieścia milionów dwieście tysięcy złotych, by ten mógł wykupić Mecom Poland Holdings SA. wraz z jego udziałami w Presspublice (treść raportu Komisji Nadzoru Finansowego przedstawiam pod tekstem). Pożyczka oprocentowana jest na 11,5% w skali roku, zaś „jej zwrot wraz z należnym oprocentowaniem winien nastąpić do dnia 30 września 2011 roku. Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego).


Dodajmy jeszcze, iż „umowa jest znaczącą umową (…) z uwagi na to, iż przedmiot zawartej umowy ma wartość przekraczającą 10 % kapitałów własnych Funduszu.” (cyt. jw. wytłuszczenia i skróty moje – GG).


To ci heca. Hajdarowicz pożycza 20 baniek z górką pod zastaw udziałów własnej spółki i wystawia weksel in blanco (istna pętla na szyję!), zaś NFI Jupiter pożycza kwotę przekraczającą 10% kapitału własnego! Grunt to zaufanie w biznesowej rodzinie... Żeby było ciekawiej, dodam, iż ów kontrolowany przez pana Hajdarowicza Fundusz notuje „sukcesy” porównywalne z „sukcesem” „Przekroju” pod hajdarowiczowskimi rządami - tak jak „Przekrój” stoczył się do rangi pisma niszowego, tak też i akcje NFI Jupiter ostatnio dołują:



(źródło: http://www.jupiter-nfi.pl/relacje.php)


Czy będzie nadużyciem moja supozycja, że te 20 baniek z odsetkami pan Hajdarowicz wyssie z Presspubliki, by „zaspokoić” swego „wierzyciela” - NFI Jupiter? I to do dnia 30 września 2011 roku? Jak inaczej miałby spłacić te 20 milionów dwieście tysięcy (plus odsetki) w trzy miesiące?


I taki to biznesmen wykupił „Presspublicę”...


V. Fikus czy Gauden?


Co będzie? Ano, ciekawie będzie, jak to w ciekawych czasach zwykło bywać. „Rzeczpospolita” w najlepszym razie wróci do „doktryny Fikusa”, że tak ją nazwę od nazwiska ś.p. Dariusza Fikusa, redaktora naczelnego „Rzepy” w latach 1989-1996. Owa doktryna polegała na tym, że jak ponoć mawiał Naczelny (przytaczam sens, nie pamiętam dokładnego cytatu), „Rzeczpospolita” ma się zajmować prawem i gospodarką, bo od polityki jest „Gazeta Wyborcza”. Pyszne, prawda? Nie wkraczamy w paradę jedynie słusznej mediodajni od agit-propu, uprawiamy własne, fachowe poletko, zaś warstwę publicystyczną wypełniamy watą „wyważonych” opinii – mdłych niczym krem waniliowy, lecz obsługujących poczucie bezpieczeństwa współczesnej post-inteligencji, która jak ognia boi się wszelkich kontrowersji.


Jeśli tak się stanie, to jeszcze pół biedy. Przeczuwam jednak, że nowe rozdanie wróci do czasów gaudenowszczyzny, czyli aktywnego wspierania opcji beneficjentów i utrwalaczy światopoglądowo-politycznego porządku III RP. Tym, którzy urodzili się wczoraj przypomnę, że „medialny funkcjonariusz opcji III RP”, Grzegorz Gauden, jako redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” (lata 2004-2006, wcześniej – od 1999 prezes Presspubliki) wsławił się wyrzuceniem z „Rzepy” Bronisława Wildsteina na lekko tylko zakamuflowane życzenie „Wyborczej” po tym, jak rzeczony Wildstein udostępnił jawne zasoby osobowe z archiwum IPN (tzw. „lista Wildsteina”).


Gauden ma tę przewagę nad „doktryną Fikusa”, że żyje i wykazuje się aktywnością na froncie ideolo, czemu dał wyraz jako prezes Instytutu Książki z którego to tytułu został pierwszym skrzypkiem w zespole „niezależnych ekspertów” przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oceniającym zasadność wniosków o dotacje dla czasopism społeczno-kulturalnych. Dotacje dostały wówczas m.in. „Krytyka Polityczna”, „Więź” i „Znak” (czyli lewactwo plus „katolicyzm otwarty”), pominięto natomiast m.in. „Pressje” i „Frondę” (czyli „katolicyzm zamknięty”). Zrobiła się draka i minister Zdrojewski ostatecznie dotacje „fundamentalistom” przyznał, ale śmiem twierdzić, że zasługi redaktora Gaudena nie uszły Oku Saurona, tym bardziej, że przyznano wówczas podatnicze pieniążki również gdańskiemu „Przeglądowi Politycznemu", którego naczelny, Wojciech Duda, współtworzył pismo ze swym druhem serdecznym - a obecnym premierem - Donaldem Tuskiem.


VI. Zielone światło dla „dobrych faszystów”?


W każdym razie stawiam jeśli nie na Gaudena osobiście, to na jakiś twór gaudenopodobny (w sensie realnych skutków działania). Taki Maciej Łętowski na przykład wyraźnie ostrzy sobie ząbki... Oj tak – ten by się nadał - Łętowski jest bowiem tzw. „salonowym konserwatystą” i „otwartym katolikiem”, a w związku z tym - „otwartym konserwatystą”. Wyjaśniam - w realiach III RP „salonowy konserwatysta” to taki odpowiednik „dobrego faszysty”, wiecie: persony typu Tomasz Wołek, Aleksandr Hall i ten dyszkantowy chichotek z muszką – Jan Wróbel, chyba tak, to pewnie on.


W każdym razie, Maciej Łętowski ma wszelkie predyspozycje, by naczelnym „Rzepy” zostać. Ogłosi się wtedy: no, czego chcecie? Konserwatywny charakter pisma został zachowany, oskrobano je tylko z oszołomstwa – konserwatysta, ale nie oszołom, czyli - jak to się mówi - „uczciwy, ale nie fanatyk”.


A „Uważam Rze”? Albo czeka je opcja gaudenowsko-łętowska (wersja light), albo - bez zbędnej żenady - przygarnięcie na stołek naczelnego jakiegoś Najsztuba i radykalne przeprofilowanie pisma. To zresztą nieważne, w jednym i drugim przypadku przedsięwzięcie zakończy się wydawniczą klęską na podobieństwo „Przekroju”.


VII. Chcącemu (robić dobrze Sauronowi) nie dzieje się krzywda.


I pewnie nawet o to chodzi. Skarb Państwa, jak sądzę, wycofa się z działań mających na celu rozwiązanie Presspubliki, ba – nawet ochoczo odsprzeda swe udziały w podupadających tytułach spółce Gremi Media pana biznesmena Grzegorza Hajdarowicza. Powiem więcej – im bardziej „Rzeczpospolita”, „Uważam Rze” i „Parkiet” zadołują, tym taniej i bardziej skwapliwie Skarb Państwa i minister Grad panu Hajdarowiczowi te udziały opchnie. Łączna sprzedaż tytułów zmniejszy się wprawdzie o połowę, ale za to przybędzie jakimś cudem reklam i panu Hajdarowiczowi nie zostanie wyrządzony materialny despekt. W końcu to konstruktywny biznesmen, który zrozumiał po prawicowym, KPN-owskim epizodzie w swej biografii, jakie realia obowiązują w Mordorze, podobnie jak Saruman „zrozumiał” potęgę Saurona. Swe rozumienie przekształcił na biznesy, które wprawdzie jakoś tak tak ledwie dychają, ale wiadomo – w IIIRP „chcącemu nie dzieje się krzywda”, że tak bezczelnie zdekontekstuję szlachetną, rzymską paremię. Toteż pan biznesmen Hajdarowicz nie zbiednieje, choćby jego gazetowe przedsięwzięcia kończyły się sromotną klapą. Ot, kolejny nawrócony „dobry faszysta”, a Sauron wynagradza swoje wierne sługi...


Swe sługi Sauron wynagradza tym hojniej, im bliżej wyborów.


VIII. Aby zupa się nie wylała...


Podsumowując: starania o przejęcie „Presspubliki” zintensyfikowane zapewne po starcie „Uważam Rze” pokazują, iż po pierwsze – obecny układ czuje się wielce niekomfortowo w warunkach choćby częściowego pluralizmu opinii, po drugie zaś – autentycznie boi się o wynik jesiennych wyborów.


Wpływowe, opiniotwórcze, „cytowalne” pisma psujące wizerunek „wrzuty” jaką jest fikcyjna europrezydencja na której Sauron zamierza dojechać do wyborów... Ci defetyści punktujący kolejne symptomy pogłębiającego się rozkładu państwa są nieakceptowalni na równi z kibolskimi transparentami. Taka już jest ta pełzająca represjonizacja w dyktaturze matołów (o dyktaturze matołów czytaj TU i TU).


Krótko mówiąc, chodzi o to, by zupa nie wylała się zbyt wcześnie - aby donieść ten chyboczący się w drżących dłoniach talerz do stolika.


A jak ta zupka będzie smakowała? Drodzy konsumenci, nie łudźmy się. W tej knajpie nie przyjmuje się reklamacji.


Gadający Grzyb




 


P.S. Treść raportu Komisji Nadzoru Finansowego:


 


KOMISJA NADZORU FINANSOWEGO


Raport bieżący nr 20 / 2011 Data sporządzenia: 2011-07-01


Skrócona nazwa emitenta JUPITER NFI SA


Temat Zawarcie znaczącej umowy przez Jupiter NFI S.A.


Podstawa prawna Art. 56 ust. 1 pkt 2 Ustawy o ofercie - informacje bieżące i okresowe

 


Treść raportu: W dniu 30 czerwca 2011 roku JUPITER Narodowy Fundusz Inwestycyjny S.A. z siedzibą w Krakowie - zawarł z Panem Grzegorzem Hajdarowiczem – prowadzącym działalność gospodarczą pod firmą Gremi Grzegorz Hajdarowicz z siedzibą w Karniowicach umowę pożyczki kwoty 20.200.000,00 (dwadzieścia milionów dwieście tysięcy) złotych. Oprocentowanie kwoty pożyczki wynosi 11,5 % w stosunku rocznym a jej zwrot wraz z należnym oprocentowaniem winien nastąpić do dnia 30 września 2011 roku. Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.



Powyższa umowa jest znaczącą umową zgodnie z postanowieniami § 2 ust. 1 pkt.44 Rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 19.02.2009 roku w sprawie informacji bieżących i okresowych przekazywanych przez emitentów papierów wartościowych … z uwagi na to, iż przedmiot zawartej umowy ma wartość przekraczającą 10 % kapitałów własnych Funduszu.



Raport sporządzono na podstawie art. 56 ust. 1 pkt. 2 ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych.

czwartek, 19 maja 2011

Niewidzialny target


...czyli o "wykluczeniu konsumenckim" i zagłodzeniu prawicowych mediów słów kilka.



I. Wykluczenie konsumenckie.


Nie wiem, czy Państwo zdają sobie z tego sprawę, ale w naszym kraju istnieje wielosettysięczna, a może nawet i wielomilionowa rzesza ludzi, którzy niczego nie kupują – nie używają kosmetyków, nie jeżdżą samochodami, nie korzystają z telefonów komórkowych, nie jedzą, nie piją a mieszkają zapewne w ziemiankach. To jak funkcjonują, ktoś zapyta. Głowy nie dam, ale przypuszczam, że żyją czystą nienawiścią skondensowaną w czarnych, okrytych moherem duszach.


Tą grupą są czytelnicy prawicowych gazet. Jeżeli weźmiemy do ręki taki „Newsweek” czy inną „Politykę” a nawet, niech tam, coraz bardziej dołujący „Przekrój”, ujrzymy szpalty nafaszerowane reklamami dóbr wszelakich, bez których wedle rozeznania reklamodawców czytelnik tychże mediów obejść się nie może. Gdy z kolei zajrzymy do „Gazety Polskiej”, czy „Uważam Rze” zobaczymy strony zapełnione wyłącznie treściami wychodzącymi spod ręki redaktorów, reklam zaś albo wcale, albo co najwyżej kilka.


Nie może być inaczej – reklamodawcy uznali, że telefony komórkowe, środki higieny, pojazdy mechaniczne, napoje gazowane, komputery i cała reszta akcesoriów adresowanych do MWzWM jest tym średniowiecznym moherom doskonale zbędna.


II. Niewidzialny „target”.


Przedstawiciele domów mediowych gdy ich o to zapytać zbywają kwestię gładką formułką, że czytelnicy gazet reprezentujących wrażliwość, nazwijmy to, konserwatywno-niepodległościową, to „nie te ten target”, zupełnie jakby milcząco zakładali prawdziwość obiegowego schematu o „starszych, gorzej wykształconych, biedniejszych z małych ośrodków”.


Jest to oczywisty fałsz i ci łgarze od reklamy doskonale o tym wiedzą. Owszem, z punktu widzenia reklamodawcy najatrakcyjniejszym konsumentem jest, z tego co pamiętam, osoba między 20 a 50 rokiem życia, nieźle zarabiająca i nie obciążona zbyt liczną rodziną – taka, której chce się używać życia, za które to „używanie” uznaje się nie wiedzieć czemu kupowanie miliona najróżniejszych pierdół. Tyle, że wystarczy spojrzeć na demonstrację z 10.04, by przekonać się, że tzw. „mohery” reprezentują pełen przekrój społeczny i wiekowy, zaś telewizyjne obrazki prezentujące w kadrze wzorem Macieja Szczepańskiego garstkę staruszek mają się do rzeczywistości jak pięść do nosa.


Domy mediowe oczywiście muszą dysponować odpowiednimi badaniami, z których wynika absurdalność tezy, że czytelnicy np. takiego „Uważam Rze” to biedna wiocha, którą stać co najwyżej na alpagę. Zresztą, w każdym normalnym kraju sukces na niełatwym prasowym rynku tygodnika, który zaraz po debiucie przebojem wdarł się na podium, skutkowałby automatycznie sypnięciem się ofert. To samo tyczy się również „Gazety Polskiej”, która w ciągu roku wyskoczyła z niszy i doszlusowała nakładem do krajowej czołówki. Nie wspomnę już o największym tygodniku - „Gościu Niedzielnym” dzierżącym sprzedażową palmę pierwszeństwa.


III. Zagłodzić prawicowe media.


W zasadzie można by się cieszyć, że reklamowy kit nie zapycha naszych cennych mózgów, gdyby nie jeden szkopuł: otóż we współczesnych realiach sprzedaż to jedynie fragment dochodów gazety i to wcale nie największy, lwią część natomiast generują reklamy. Bez stabilnej pozycji na tym rynku żadne pismo nie ma co marzyć o rozwoju. I tu dotykamy sedna procederu, którego istotą jest „zagłodzenie” nieprawomyślnych mediów.


Jak zwykle bowiem, gdy dzieją się rzeczy niewytłumaczalne zdroworozsądkowo należy pamiętać o tym, że w Polsce, z jej systemem kartoflanej demokracji, interesy może robić ten, kto żyje dobrze z władzą i szeroko rozumianym establishmentem III RP zakorzenionym jeszcze w PRL-owskich „układach” - a na układy, wiadomo, nie ma rady. Natomiast wymienione wyżej pisma wspierają poglądy i postawy zagrażające najbardziej żywotnym interesom tegoż establishmentu, toteż odcięcie ich od reklam jest naturalną konsekwencją przyjętej linii programowej.


W ten sposób np. zagłodzono skutecznie w latach 90-tych „Czas Krakowski” - dziennikarze do dziś wspominają, jak potencjalni reklamodawcy sumitowali się mówiąc, że owszem, dali by reklamę, ale chcą mieć spokój w interesach, bo „waadzy” takie wspieranie prawicowej gazety by się nie spodobało. A że „waadza” gdy chce, może uziemić każdego, przekonał się Roman Kluska i wielu innych. Inny przykład, to przypadek „Gazety Polskiej”, kiedy to zawarła kontrakt reklamowy z państwowym wówczas „Hortexem” - wkrótce potem były wybory, do władzy doszło SLD, zmieniono szefostwo spółki i podpisany już kontrakt zerwano, narażając firmę na wypłacenie dużego odszkodowania, zaś managera odpowiedzialnego za umowę wywalono z roboty. „Życie” Wołka (cokolwiek byśmy o nim dziś nie sądzili) również padło po tym, jak reklamodawcy zaczęli uciekać w popłochu po opublikowaniu „Wakacji z agentem”. Dziś podobny mechanizm obserwujemy na przykładzie czarnego pijaru wokół SKOK-ów, które śmią od czasu do czasu zamieszczać reklamy w „Gazecie Polskiej” jako bodaj jedyna duża firma.


Jak widać, realia się nie zmieniły ani o jotę, zaś proceder „głodzenia” prawicowych mediów trwa w najlepsze. I żaden mityczny „target” ani biznesowa kalkulacja nie mają z tym nic wspólnego.


***


Pan Arłukowicz Bartosz został niedawno pełnomocnikiem d/s wykluczonych, których to wykluczonych ma być w Polsce cała masa. Proponuję zatem cel pierwszej kampanii, gdy już pan minister zadomowi się w nowym gabinecie: walka z wykluczeniem konsumenckim czytelników prawicowej prasy. Reklama dla każdego!


Gadający Grzyb