Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mecom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mecom. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 listopada 2012

Gaudenizacja „Rzepy”

Jaką rolę odegrali ludzie WSI w zamachu smoleńskim, skoro ich biznesowy protegowany tak energicznie wyczyścił „Rzepę”?

I. Nawrót gaudenowszczyzny

Można powiedzieć, że po zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” Cezarego Gmyza za artykuł „Trotyl na wraku tupolewa”, historia zatoczyła koło. Nawet z pewnym naddatkiem, bowiem prócz dziennikarza poleciał też naczelny, Tomasz Wróblewski, wraz ze współpracownikami - szefem działu krajowego Mariuszem Staniszewskim i zastępcą redaktora naczelnego Bartoszem Marczukiem (ciekawe, za co ten ostatni, skoro w newralgicznym czasie był na urlopie). Słowem, wracamy do roku 2005, kiedy to ówczesny redaktor naczelny „Rzepy”, Grzegorz Gauden, wyrzucił z pracy za „nielojalność” Bronisława Wildsteina, po tym, jak ten ostatni wrzucił do internetu tzw. „listę Wildsteina”, która, przypomnijmy, nie była żadną „listą” (to manipulacja „Wyborczej”), tylko jawnym katalogiem osobowym IPN.

W obu przypadkach mamy do czynienia z naruszeniem tabu – w 2005 roku było to „tabu” lustracyjne, obecnie - „tabu” dotyczące hipotezy, że 10.04.2010 pod Smoleńskiem mogło dojść do zamachu na rządowy samolot z Prezydentem na pokładzie. Zarówno wtedy, jak i dziś bezbłędnie zadziałał mechanizm cenzury represyjnej, karzącej za nieprawomyślne treści, które mają pozostać domeną ledwie tolerowanego „drugiego obiegu”, nigdy zaś nie mogą przedostać się do mainstreamu – chyba, że w formie kpin lub histerycznych fraz o „podpalaniu Polski”. Wreszcie, te dwie historie łączy potężne ciśnienie zewnętrzne wywierane na właścicieli i redakcję.

W 2005 roku komentowano, że „Wyborcza”, która rozpętała wokół Wildsteina nagonkę w swym niepowtarzalnym, unikalnym stylu, jest w stanie zwalniać dziennikarzy z teoretycznie konkurencyjnej gazety, do tego wówczas udziałowcem „Presspubliki” był Skarb Państwa. Obecnie wprawdzie po dawnej potędze „Wyborczej” zastało już tylko wspomnienie, zaś „Presspublica” jest formalnie zupełnie prywatną firmą, jednak tempo i styl w jakim pozbyto się niewygodnego dziennikarza oraz – dla przykładu – trzech innych pracowników, świadczy o tym, że nad „medialnym porządkiem” III RP nadal czuwają z ramienia Niewidzialnej Ręki odpowiednie siły, dbające o zachowanie status quo.

II. Jak Hajdarowicz „Presspublicę” kupował

Co sądzę o zachowaniu Tomasza Wróblewskiego napisałem w poprzedniej notce „Ostatnia linia obrony”, a o wmanewrowaniu „Rzepy” i Gmyza w „operację trotyl” - w tekście „Wybuchowa prowokacja”, nie będę się więc powtarzał. Warto natomiast przypomnieć okoliczności w jakich Grzegorz Hajdarowicz nabył „Presspublicę”.

Otóż, przed przejęciem „Presspubliki” Hajdarowicz był właścicielem spółki „Gremi Media” wydającej dołujący sprzedażowo „Przekrój” i niszowy „Sukces”. I to właśnie owo Gremi Media odkupiło za 80 mln zł od brytyjskiego funduszu inwestycyjnego „Mecom” większościowy pakiet (51,1 %) „Presspubliki” należący do „Mecom Poland Holdings S.A.” (transakcję sfinalizowano 11.10.2011). Dodajmy, że wcześniej ten sam Mecom bezskutecznie starał się o odkupienie całości wydawnictwa od mniejszościowego udziałowca – Skarbu Państwa (48,9%).

Nie dość, że „Mecom” „Presspubliki” nie odkupił, to jeszcze Skarb Państwa na tyle skutecznie uprzykrzał mu życie, robiąc podchody pod rozwiązanie spółki, że w końcu brytyjski fundusz sprzedał swe udziały wskazanej osobie – czyli panu Hajdarowiczowi. Najprawdopodobniej po zaniżonej cenie, bowiem sprzedaż odbyła się w sposób bardzo nietypowy dla tego typu przedsięwzięć: „(...) firma giełdowa, jaką jest Mecom Group, nie prowadziła tego procesu sprzedaży przez doradcę inwestycyjnego i nie wysłała zapytań do dużych graczy, którzy byli zainteresowani kupnem udziałów w ”Rzeczpospolitej”. Zwłaszcza że dzięki takim negocjacjom mogłaby uzyskać wyższą kwotę sprzedaży – komentuje (...) Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej ZPR SA.” (cyt. za www.press.pl, wytł. i skróty moje – GG).

Koniec końców, jak wiemy, ten sam Skarb Państwa, który za Chiny nie chciał zbyć swych udziałów Mecomowi, prędziutko (12.10.2011) i bez oporów odsprzedał je za ok. 55 mln. zł Hajdarowiczowi, który w ten sposób stał się niepodzielnym właścicielem wydawnictwa.

Warto nadmienić, że znaczną część zakupu „Presspubliki” sfinansowała pożyczka od należącego do Grupy Gremi NFI „Jupiter” S.A. powstałego po przejęciu 11 NFI S.A. przez 3 NFI S.A. Na pożyczkę w wysokości 20 mln 200 tys zł zgodę musiała wydać Komisja Nadzoru Finansowego, gdyż jej wartość przekraczała 10% kapitału własnego NFI „Jupiter”. Pożyczka była oprocentowana na 11,5% w skali roku, zaś jej zwrot wraz z odsetkami nastąpić miał do 30 września 2011. „Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego). Czy Hajdarowicz pożyczkę zwrócił? Jeśli tak, to z jakich środków? Czy aby nie z majątku „Presspubliki”?

No i nade wszystko należy pamiętać o partnerze biznesowym Hajdarowicza - Kazimierzu Mocholu - byłym szefie kontrwywiadu i zastępcy szefa Wojskowych Służb Informacyjnych, który wówczas był prezesem zarządu spółki KCI S.A. (dawniej – państwowy PONAR) - udziałowca NFI „Jupiter”. Zrezygnował ze swej funkcji dopiero 28 października 2011 – po sfinalizowaniu przejęcia „Presspubliki” (zrobiło się o nim za głośno?). No, z takim patronem, żaden interes w III RP niestraszny...

III. Fikus czy Gauden?

Cóż, Gmyzowi i „Rzepie”, nawet z Wróblewskim siedzącym okrakiem na barykadzie jeszcze bardziej niż niegdyś Lisicki, zbierało się od dawna. W sumie może dziwić, że „Rzeczpospolita” przetrwała aż do tej pory w dotychczasowym, umiarkowanie opozycyjnym kształcie, zaś „Uważam Rze” funkcjonuje nadal, skupiając opozycyjnych dziennikarzy (wentyl bezpieczeństwa?). Wszystko bowiem wskazuje na to, że Hajdarowicz jest biznesowym „słupem” ludzi WSI. Zastanawiająca jest też rola Hajdarowicza w „operacji trotyl”, bo należy pamiętać, że osobiście dopuścił artykuł Gmyza do druku – specjalnie wrócił z Austrii – by potem ekspresowo zmasakrować „winowajców”, czyszcząc miejsce przyszłemu naczelnemu – Andrzejowi Taladze. Rola tego drugiego jest jasna – to miałki karierowicz, który skorzystał z okazji, by wbić nóż w plecy Gmyzowi i Wróblewskiemu (który zresztą sprowadził go ze sobą do „Rzepy”) publikując niesławne pierwsze dementi ze słowami „pomyliliśmy się”. I pomyśleć, że Talaga był kiedyś dziennikarzem „Nowego Państwa”. Nie ma co – ma ta nasza prawica rękę do ludzi...

Przeszło rok temu zastanawiałem się, nieco przedwcześnie, czy „Rzeczpospolita” pójdzie drogą „doktryny Fikusa” („Rzepa” jako gazeta gospodarczo-prawna, bo od polityki jest „Wyborcza”), czy też Gaudena (dołączenie do propagandowej ekspozytury Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP zwieńczone wyrzuceniem Wildsteina). Po deklaracji Hajdarowicza, który mówiąc o „wywołaniu wojny polsko-polskiej”, sięgnął do propagandowej retoryki Dyktatury Matołów, trudno mieć wątpliwości.

Wychodzi na to, że pomniejsze „wpadki” Dyktatury Matołów można było piętnować - to nawet dobrze, bo uwiarygadnia gazetę - ale od rozważania możliwości zamachu w Smoleńsku – wara! A ponadto - jeśli jedna konferencja prasowa prokuratora Szeląga jest w stanie „zdmuchnąć” niewygodnego dziennikarza i wierchuszkę formalnie prywatnej gazety, jeśli okazuje się, że pewnych tematów lepiej nie ruszać... i jeśli połączyć to z przejęciem „Presspubliki” za którym stali najprawdopodobniej ludzie WSI...

…to warto zapytać, jaką rolę odegrały „byłe” Wojskowe Służby Informacyjne w zamachu smoleńskim, skoro ich biznesowy protegowany najpierw dał zielone światło „wybuchowej prowokacji”, by następnie skwapliwie wyczyścić teren?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Moje wcześniejsze notki o „Rzeczpospolitej”:

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Krajobraz po przejęciu – post scriptum


Czy „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik”, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”?



I. Co tam, panie, w Gremi Media....


Kilka dni temu dowiedziałem się o istnieniu pana Rumianka. Podobno przez ostatnie pięć miesięcy rzeczony Rumianek o imieniu Artur był naczelnym notującego kolejne rekordy dołowania „Przekroju” (sprzedaż ogółem w czerwcu 2011 - 31 614 egz. wobec 37 636 egz. w czerwcu roku 2010) oraz „Sukcesu”. Jak kilka dni temu podały mediodajnie, Rumianek bynajmniej nie został wywalony z roboty, lecz w nagrodę skierowano go na placówkę w Mongolii na nowy odpowiedzialny odcinek w spółce wydającej oba tytuły - Gremi Media.


Gremi Media jak wiadomo należy do pana Grzegorza Hajdarowicza, kultywującego millerowską tradycję proreżimowych biznesmenów (w oryginale: „biznesmenów przyjaznych lewicy”), którzy to biznesmeni cechują się wielce intrygującymi właściwościami polegającymi na tym, że niezależnie od wszystkiego nie dzieje się im krzywda (ot rzymska paremia „chcącemu nie dzieje się krzywda” w realiach III RP). Chcącemu Hajdarowiczowi krzywda również się nie stała, czego wymownym świadectwem stało się kupno przez niego od brytyjskiego Mecomu w ekstraordynaryjnym trybie większościowego pakietu (51,1%) w spółce „Presspublica” wydającej m.in. „Rzeczpospolitą” i „Uważam Rze”, mimo iż Mecom jak się zdaje wcale pozbywać się „Presspubliki” nie miał zamiaru. Ot, cuda „wolnorynkowej gospodarki”, którą ponoć mamy tak krystaliczną, że mucha nie siada, a kto by wątpił, ten pisowiec - ciuś, ciuś...


O sprawie pisałem szeroko w tekście „Krajobraz po przejęciu”, nie będę się więc powtarzał, nadmienię jedynie, iż zaraz po tym znamiennym wydarzeniu Ministerstwo Skarbu, zaprzestało działań mających na celu rozwiązanie spółki, ba – zadeklarowało nawet gotowość zbycia swego pakietu, gdyż nagle przestało widzieć sens w posiadaniu mniejszościowych udziałów w wydawnictwie.


II. Politruk Rumianek.


Wracając do pana Rumianka: otóż został on oddelegowany – uwaga! - na stanowisko pełnomocnika d/s programowych spółki Gremi Media. Innymi słowy – będzie pełnił rolę współczesnego politruka, czuwającego nad właściwą linią podległych spółce wydawnictw. Brzmi to interesująco w kontekście zapewnień o zachowaniu umiarkowanie konserwatywno-liberalnej linii „Rzepy” i „Uważam Rze”, a także rozpoczynającej się kampanii wyborczej, tym bardziej, że najdalej do końca września spodziewana jest zgoda UOKiK na sfinalizowanie transakcji i wtedy pan Rumianek będąc już po wstępnym reaserchingu znajdzie warunki by rozwinąć skrzydła.


Należy nadmienić, iż Rumianek Artur przejawia zadziwiającą odporność na porażki, co jest kolejnym świadectwem specyficznych reguł rządzących naszym życiem medialnym – jak już ktoś wejdzie do obiegu (zwłaszcza z „właściwych pozycji”), to niezależnie od realnych wyników w tymże obiegu pozostaje, zaliczając kolejne stanowiska, niczym za minionych ponoć czasów „sprawdzeni, partyjni fachowcy”. Prócz przewodzenia „Przekrojowi” pan Artur był bowiem także szefem działu „Kraj” „Dziennika” i serwisu Dziennik.pl, co może podpowiadać to i owo, w jaki sposób będzie w najbliższej przyszłości rozumiany i realizowany „umiarkowanie konserwatywno-liberalny” kurs tytułów Presspubliki, a zwłaszcza jaki może być finał sprzedażowo – biznesowy tego rejsu. „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik”, „Uważam Rze” jak „Przekrój” i kolejna zgryzota z jątrzącymi, niekonstruktywnymi krytykantami przestanie dręczyć cenne głowy naszych Umiłowanych Przywódców.


III. Biznesowy smrodek.


Zwrócę jeszcze uwagę Czytelników na ciekawą koincydencję. Otóż do Gremi Media należy NFI Jupiter, który to fundusz pożyczył panu Hajdarowiczowi ponad 20 baniek na zakup Mecom Poland Holdings SA pod „zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego).


Ta pożyczka jest interesująca z kilku względów. Po pierwsze: NFI Jupiter jest własnością Gremi Media, więc Hajdarowicz pożycza pieniądze tak jakby od siebie, ale nie do końca. Po drugie: na pożyczkę musiała wyrazić zgodę Komisja Nadzoru Finansowego, gdyż jej kwota opiewa na sumę przekraczającą 10% kapitału własnego Funduszu, zatem NFI Jupiter musi być przekonany, że tak znaczna pożyczka zostanie zwrócona.


Skąd to przekonanie?


I tu wracamy do zasygnalizowanej na wstępie podrozdziału koincydencji. Tak się składa, że opisywana pożyczka została udzielona na superkrótki termin, bowiem jej zwrot wraz z oprocentowaniem ma nastąpić do 30 września tego roku. Zupełnym przypadkiem, przed 30 września ma nastąpić zatwierdzenie przez UOKiK transakcji sprzedaży Mecom Poland Holdings SA wraz z jego udziałami w „Presspublice”. Skłania to do dwóch podejrzeń:


Po pierwsze: pan Hajdarowicz jest pewien, że UOKiK operację zatwierdzi, inaczej nie kładłby sobie pętli na szyję w postaci wymienionych wyżej rozlicznych zabezpieczeń pożyczki (weksel in blanco!).


Po drugie i ważniejsze: zaraz po zatwierdzeniu, NFI Jupiter zastanie zaspokojony najprawdopodobniej za pomocą majątku świeżo nabytej Presspubliki, który w jakiś sposób zostanie z tej spółki wyprowadzony przy życzliwej bierności mniejszościowego udziałowca – czyli Skarbu Państwa. Że co? Że to działanie na szkodę spółki, za które grożą paragrafy? Nie rozśmieszajcie mnie. Nasza krystalicznie czysta, wolnorynkowa rzeczywistość nie takie już przekręty widziała.


Jeśli ktoś widzi inny sposób w jaki pan Hajdarowicz mógłby do 30 września spłacić 20 milionów 200 tysięcy z odsetkami, nie rujnując przy tym Gremi Media i siebie osobiście, to czekam na propozycje.


Cała operacja odbije się oczywiście na kondycji finansowej „Presspubliki” i spowoduje spadek jej wartości, co da Skarbowi Państwa wygodny pretekst do zbycia swych 48,9% udziałów i to po niewygórowanej cenie, które to udziały trafią rzecz jasna w odpowiednie i nieprzypadkowe ręce, jeśli nie pana Hajdarowicza, to jakiegoś innego, równie „przyjaznego” biznesmena.


W międzyczasie „Rzepa” i „Uważam Rze” spektakularnie zadołują na skutek zmian programowo-redakcyjnych przeprowadzonych przez Artura Rumianka i chronicznego niedofinansowania będącego skutkiem wyprowadzenia z firmy ponad 20 milionów złotych, co skończy się marginalizacją, lub nawet zamknięciem „Uważam Rze”, zaś „Rzeczpospolita” wypadnie z konkurencji „kioskowej”, jadąc na prenumeracie zamawianej przez tych, których interesują jedynie jej fachowe, „kolorowe” strony i bezpowrotnie tracąc swój opiniotwórczy charakter.


Jedność moralno-polityczna na rynku opinii III RP zostanie przywrócona. Zostaną wprawdzie tytuły związane z „Gazetą Polską” oraz internet, ale i na tych wichrzycieli Dyktatura Matołów znajdzie sposób. Wszystko w swoim czasie...


Gadający Grzyb

sobota, 9 lipca 2011

Medialna rusyfikacja


Na drodze realizacji spiżowych wytycznych Umiłowanych Przywódców z Pierwszego Zjazdu Mediodajni Bratnich Krajów...



 


I. O pogłębianie wzajemnego zaufania...


Kiedy szkicowałem niedawno „Krajobraz po przejęciu”, w którym zarysowałem sytuację po odkupieniu udziałów Mecomu w „Presspublice” przez „biznesmena przyjaznego lewicy”, zapomniałem o pewnym szczególe z niedawnej przeszłości, który nie musi, ale może mieć znaczenie w kontekście ostatnich przetasowań w medialnym światku. Otóż w dniach 24-25 czerwca 2011 odbył się we Wrocławiu I Polsko-Rosyjski Kongres Mediów. Do uczestników tej zacnej imprezy prezydenci Miedwiediew i Komorowski skierowali specjalne orędzia, w których mowa była m.in. o „zwalczaniu uprzedzeń” (Komorowski), „pogłębianiu wzajemnego zrozumienia” (Miedwiediew) i takich tam pięknościach, o czym nie omieszkał donieść z nabożnym przydechem portal TokFM.


Przy okazji dowiedziałem się o istnieniu Centrów Polsko-Rosyjskiego oraz Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia, które były organizatorami tego krzepiącego niczym kulebiak spotkania.


II. Wzorce „liberalnego autorytaryzmu”.


A teraz zastanówmy się, jakież to praktyczne wymiary mogło osiągnąć owo „zwalczanie uprzedzeń”, szczególnie w korelacji z „pogłębianiem wzajemnego zrozumienia”. Na mój złośliwy gust, sowieccy towarzysze mogli na ten przykład opowiedzieć o budowie porządku medialnego w warunkach „suwerennej demokracji” jak zwykł określać swą czekistowską dyktaturę nasz drogi przyjaciel Władimir Władimirowicz. W skład owego porządku wchodzi m.in. przejmowanie mediów przez konstruktywnie nastawiony do aktualnej rzeczywistości biznes, któremu to konstruktywnemu podejściu wybitnie sprzyja osadzenie tegoż biznesu w specsłużbowych układach i lojalność wobec „waadzy”, za co specsłużbiści odwdzięczają się mniej lub bardziej dyskretną „kryszą”, tak że słodkiej i intratnej dla obu stron symbiozy na linii media-reżim nie jest w stanie zakłócić żadna wraża siła.


Przypomnę tu w charakterze ciekawostki, że tego typu porządkami zachwycił się w wywiadzie dla „Komsomolskiej Prawdy” sam naczelny bojownik o wolność słowa na Białorusi, Adam Michnik, określając putinowską „suwerenną demokrację” mianem „liberalnego autorytaryzmu” i zachwycając się tym, że może sobie w Moskwie nakupić 50 kg książek, niekiedy nawet przeciwnych Putinowi.


III. Zielone światło dla „zwalczania uprzedzeń”.


Moim niezbyt skromnym zdaniem, w przypadku przejęcia „Presspubliki” mamy do czynienia właśnie z próbą implementacji tego ze wszech miar godnego naśladowania wzorca. Oczywiście, negocjacje musiały toczyć się od dawna, ale wymiana bezcennych doświadczeń na wrocławskim Kongresie mogła przysłużyć się ostatecznej akceptacji przez „czynniki” medialnego dealu. W końcu, takich kongresów również nie zwołuje się z dnia na dzień, zaś zważywszy na stopień nasycenia wysyłanych przez Rosję za granicę „przedstawicieli świata mediów” przedstawicielami sprawujących nad tymiż mediami „kryszę” tajnych, widnych i dwupłciowych formacji, to można domniemywać, że sytuacja na bratnim, polskim, medialnym odcinku mogła być przedmiotem ich ożywionej troski dotyczącej niekonstruktywnego braku jakże wzniosłej jednomyślności.


No, ale te pluralistyczne „uprzedzenia” szczęśliwie „zwalczono” i to zapewne w duchu „pogłębiania wzajemnego zrozumienia” sprzedając 51% udziałów panu Hajdarowiczowi, pozostającemu w słodkiej biznesowej zażyłości z Kazimierzem Mocholem, byłym szefem kontrwywiadu i zastępcą szefa Wojskowych Służb Informacyjnych („Nasz Dziennik”), czyli polskiej sekcji rosyjskiej wojskowej razwiedki. Jeżeli doliczyć do tego pożyczkę na zakup „Presspubliki” w wysokości ponad 20 mln zł od kontrolowanego przez pana Hajdarowicza NFI Jupiter – spółki wymienianej czasem przez różnych nienawistników w kontekście prania brudnych pieniędzy - i radosną zapowiedź ministra Grada, że chętnie sprzeda panu Hajdarowiczowi pozostałe 49%, to można śmiało powiedzieć, że oto „uprzedzenia” przezwyciężono, zaś działającym na rzecz „pogłębienia wzajemnego zrozumienia” biznesmenom i podmiotom zapalono zielone światło.


I nie dajmy się zwieść temu, że krakowski, zapewne jadowicie konserwatywny „Dziennik Polski” wykupiło niemieckie, wielce demokratyczne Polskapresse, które już ma w Małopolsce wysoce konstruktywną wobec coraz bardziej nas otaczającej rzeczywistości „Gazetę Krakowską”. Wszak nic nie cementuje partnerstwa i dobrosąsiedzkich stosunków jak wspólna piecza nad kondominium, która to kuratela winna rozciągać się również na umysły miejscowych „rabów” zwanych też niekiedy „ubermenschen”.


IV. Kontrola najwyższą formą zaufania.


W powyższym kontekście może nieco dziwić oferta wykupienia idącego pod młotek TVN-u przez rosyjski koncern Yandex (ma chrapkę co najmniej na Onet), bo to trochę tak jakby wozić drzewo do lasu, ale cóż – już Stalin mawiał, że „kontrola jest najwyższą formą zaufania”, a wszak na czym opierać zaufanie jak nie na wzajemnym „zrozumieniu” do którego „pogłębiania” nawoływał w swym liście do uczestników I Polsko-Rosyjskiego Kongresu Mediów prezydent Miedwiediew? Od razu widać, że u podstaw opisywanego tu ocieplenia na forum medialnym leży nielicha praca koncepcyjna, której efekty przemodelują naszą przestrzeń publiczną na długie lata, ponieważ ktoś, kto wzmiankowaną pracą koncepcyjną się zajął, uznał najwyraźniej, że stan obecny nie nadąża za wyzwaniami współczesności wymagającymi pełni jedności polityczno-ideowej, bez „pieredyszkowych” liberalno-pluralistycznych odchyleń i fanaberii.


Oficjalnie mówi się wprawdzie o francuskim koncernie Vivendi, niemieckim Bertelsmannie, Fox Entertaiment Group należącej do potentata medialnego Ruperta Murdocha, czy grupie Discovery (przytaczam za „Rzeczpospolitą”), ale - jak by tu powiedzieć – nawet jeśli TVN zostanie zakupiony przez któryś z wymienionych podmiotów, to nauczeni „trudną współpracą” Mecomu zachodni partnerzy raczej nie pójdą w ślady Brytoli, którzy opieszałość w „zwalczaniu uprzedzeń” i „pogłębianiu wzajemnego zrozumienia” przypłacili swą pozycją na medialnym rynku. A że zapatrzone w „liberalny autorytaryzm” Putina (że tak znów przytoczę Michnika) „waadza” i sprzęgnięty z nią szeroko rozumiany establishment IIIRP znają miliony sposobów, by uprzykrzyć życie niekonstruktywnym mediom (weźmy choćby reklamowy ostracyzm – a są i ostrzejsze metody), to można się spodziewać, że nawet wypatrywany przez niektórych z utęsknieniem Murdoch nie pomoże i skoncentruje się na robieniu rozrywki.


Jeszcze jedno – sprzedaż grupy TVN najprawdopodobniej nie zostanie sfinalizowana przed październikowymi wyborami, co jeszcze raz uzmysławia nam głębię koncepcji i właściwe priorytety. Wszak, pomijając kwestię stabilnego działania propagandowej tuby, nowy właściciel na bank pozbędzie się balastu w postaci Legii Warszawa, na stadion której platformiana Główna Bufetowa Miasta Stołecznego Warszawy wycelowała pół miliarda złotych. Taka wtopa w postaci pozostawienia samemu sobie finansożernego klubu-wydmuszki z liczną i dobrze zorganizowaną rzeszą rozwścieczonych zdradą „kiboli”, byłaby bardzo niepożądana w okresie przedwyborczego „dożynania watach”, tudzież „wyżynania talibanu”.


***


Za to po wyborach... O, wtedy proces wdrażania bratnich standardów „liberalnego autorytaryzmu” (ależ mi podoba się to określenie) w Priwislańskim Kraju wkroczy w decydującą fazę, a II, III, IV i wszystkie kolejne Polsko-Rosyjskie Kongresy Mediów będą odnotowywały z rosnącą satysfakcją kolejne postępy na drodze „zwalczania uprzedzeń” poprzez „pogłębianie wzajemnego zrozumienia”, zgodnie ze spiżowymi wytycznymi Umiłowanych Przywódców z Pierwszego Zjazdu Mediodajni Bratnich Krajów.


Gadający Grzyb


 

sobota, 2 lipca 2011

Krajobraz po przejęciu


Przejęcie „Presspubliki” pokazuje, ze Sauron czuje się niekomfortowo w warunkach choćby częściowego pluralizmu opinii, a ponadto - boi się o wynik jesiennych wyborów.



I. Koniec pieriedyszki w mediodajniach Mordoru.


A więc, drodzy Państwo, skończył się krótki okres względnej pieriedyszki, kiedy to na rynku prasowym Mordoru panował ułomny wprawdzie, ale jednak pluralizm. Oczywiście, stan idealnej równowagi polityczno-światopoglądowej pozostawał w sferze marzeń. Wystarczy porównać zsumowane nakłady „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka”, „Wprost” i „Przekroju” z łącznymi nakładami „Naszego Dziennika”, „Rzeczpospolitej”, „Gazety Polskiej”, „Uważam Rze” czy „Najwyższego Czasu”. („Gościa Niedzielnego” zostawiam z boku, gdyż jest to jednak pismo z nieco innej bajki – przekaz polityczny zajmuje tam marginalną pozycję).


Niemniej, zwłaszcza po wydawniczym sukcesie „Gazety Polskiej” i piorunującym starcie „Uważam Rze” można było powiedzieć, że czytelnik prasy ma wreszcie realny wybór miedzy gazetami reprezentującymi pełne spektrum poglądów. Było to o tyle cenne, że mediodajnie elektroniczne po odbiciu TVP z rąk „pisowców” bez reszty zdominowała opcja beneficjentów i utrwalaczy III RP.


No, ale jak wspomniałem, ta pieriedyszka właśnie się skończyła, gdyż niespodziewanie okazało się, iż większościowy udziałowiec Presspubliki (51,1%) – wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” - czyli brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom - sprzedał swe udziały spółce Gremi Media należącej do krakowskiego biznesmena Grzegorza Hajdarowicza, właściciela dołującego wprawdzie sprzedażowo, lecz za to skrajnie usalonowionego i proreżimowego „Przekroju”. Rodzi to graniczące z pewnością obawy o los „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”.


II. Sukces gwoździem do trumny?


Chyba wszystkich nurtuje pytanie: co takiego się stało, że Mecom zdecydował się sprzedać kurę znoszącą złote jaja, tuż po największym sukcesie wydawniczym ostatnich lat jakim było zaistnienie „Uważam Rze”, które wyprzedziło nawet „Politykę” i szło łeb w łeb z „Gościem Niedzielnym”? Otóż sądzę, że – paradoksalnie - powodem był właśnie ów kosmiczny w polskich warunkach triumf „Uważam Rze” na trudnym rynku tygodników opinii. Jak wszystkim wiadomo, Skarb Państwa - mniejszościowy udziałowiec Presspubliki (48,9%) nie mógł ścierpieć opozycyjnego tytułu, czyli „Rzeczpospolitej” i posunął się nawet do pozwu o rozwiązanie spółki, starając się jednocześnie zakulisowo wpłynąć na Brytyjczyków, by wymienili obecną ekipę „Rzepy” lub zbyli swe udziały na rzecz jakiegoś - trawestując Leszka Millera – „biznesmena przyjaznego rządowi”. Od dłuższego czasu jednak panował pat, strony okopane były na swych pozycjach, słowem - „na Zachodzie bez zmian”.


Aż do chwili uderzenia nowego tygodnika. Wyniki sprzedaży „Uważam Rze” pokazywały wyraźnie, że był to sukces dalece wykraczający poza „żelazny elektorat” PiS i „moherowe getto”. To pismo zaczęło mieć wszelkie dane po temu, by jego krytyczna wobec rządu PO linia zaczęła wpływać na nieprzekonanego, centrowego wyborcę, którego razi np. indukowana „zła atmosfera” wokół mediów ojca Rydzyka, czy radykalizm „Gazety Polskiej” z jej łatką „pisowskiego upartyjnienia”. Nagle okazało się, że „oszołomy” są w stanie zrobić atrakcyjną gazetę dla masowego odbiorcy.


Tego było za wiele. Trzeba było „cóś” z tym zrobić. I zrobiono.


III. Jak to się robi...


Głowy nie dam, ale podejrzewam, że mógł tu zadziałać tradycyjny w III RP straszak: chcecie mieć spokój w interesach? To się podziałkujcie, sprzedajcie udziały – przecież was nie złupimy, dostaniecie rozsądną cenę... W skali mikro podobnego szantażu doświadczył ojciec ś.p. Krzysztofa Olewnika, który nie chciał dopuścić do swojego mięsnego biznesu protegowanych z lokalnego, eseldowsko-służbowego „układu” z mocnym podwieszeniem na „górze”. Czym się to skończyło, wiemy. A że Mecom ma w Polsce do ocalenia jeszcze inny biznes - spółkę Media Regionalne wydającą prasę lokalną, spolegliwą i nie angażującą się w politykę, to zapewne w końcu poszedł na proponowany deal.


Przypuszczam, że Brytyjczycy po latach obecności na polskim rynku zdążyli się zorientować jak wiele zależy od przychylności władz i do jakiego stopnia rządzące sitwy są w stanie zaszkodzić niepokornym. Notoryczny brak reklam w „Uważam Rze” też pewnie dał Mecomowi do myślenia (o zjawisku dyskryminacji na rynku reklamy pisałem w notce „Niewidzialny target”).


Dobrą lekcją jest tu przypadek „Wakacji z agentem” - czyli sprawa konfidencji Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem. Ten sam tekst opublikowały „Dziennik Bałtycki” należący do niemieckiego wydawcy Polskapresse i „Życie” Tomasza Wołka. Gdy wybuchła polityczna burza, przedstawiciel Polskapresse pokajał się, wywalił z roboty redaktora naczelnego i ocalił w ten sposób swe interesy. Wołkowe „Życie”, które niezależnie od dzisiejszej oceny Tomasza Wołka zapisywało wtedy piękne karty w historii polskiego dziennikarstwa, postanowiło się bronić. W efekcie reklamodawcy zaczęli wiać drzwiami i oknami, żeby nie narazić się „waadzy” sponsorowaniem trefnego tytułu. „Życie” padło. Tak, tę lekcję z pewnością zapamiętał każdy, kto chce robić interesy na prasowym rynku mordorowatej III RP.


Warto dodać, że sprzedaż Mecom Poland Holdings SA. zbiegła się z przetasowaniami personalnymi w samym Mecomie. Jak bowiem podaje portal press.pl: „od stycznia David Montgomery, założyciel Mecom Group, zrezygnował z funkcji prezesa. Koncernem kieruje teraz Stephen Davidson (od sierpnia prezesem Mecom Group będzie Tom Toumazis)”.


Domyślam się, że obecny p.o. prezesa Mecom Group okazał się bardziej „pragmatyczny” od swego poprzednika. Tłumaczono mu cierpliwie co i jak, aż dotarło.


IV. Zwykły interes? Ekstraordynaryjny tryb sprzedaży, pożyczka na 20 milionów i NFI Jupiter w tle.


Na to, że sprzedaż Mecom Poland Holdings SA. nie było zwykłym interesem, wskazuje też fakt, że „(...) firma giełdowa, jaką jest Mecom Group, nie prowadziła tego procesu sprzedaży przez doradcę inwestycyjnego i nie wysłała zapytań do dużych graczy, którzy byli zainteresowani kupnem udziałów w ”Rzeczpospolitej”. Zwłaszcza że dzięki takim negocjacjom mogłaby uzyskać wyższą kwotę sprzedaży – komentuje (...) Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej ZPR SA.” (cyt. za www.press.pl, wytł. i skróty moje – GG).


Osobną kwestią jest udział należącego do Gremi NFI Jupiter SA, powstałego po przejęciu 11 NFI S.A. przez 3 NFI S.A. Kto pamięta wielki przewał, jakim był PPP (Program Powszechnej Prywatyzacji) w wyniku którego powstały Narodowe Fundusze Inwestycyjne (NFI), ten może nabrać podejrzeń. Jak to się stało, że Narodowy Fundusz Inwestycyjny Jupiter S.A. kontrolowany jest przez pana biznesmena Grzegorza Hajdarowicza? Ot, jeden z cudów transformacji najwyraźniej. Tych, którzy lepiej orientują się w biznesowych zawiłościach III RP zachęcam do podążenia tym tropem, bo nos mi podpowiada, że może być interesująco.


A teraz ów NFI Jupiter pożycza panu Hajdarowiczowi dwadzieścia milionów dwieście tysięcy złotych, by ten mógł wykupić Mecom Poland Holdings SA. wraz z jego udziałami w Presspublice (treść raportu Komisji Nadzoru Finansowego przedstawiam pod tekstem). Pożyczka oprocentowana jest na 11,5% w skali roku, zaś „jej zwrot wraz z należnym oprocentowaniem winien nastąpić do dnia 30 września 2011 roku. Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego).


Dodajmy jeszcze, iż „umowa jest znaczącą umową (…) z uwagi na to, iż przedmiot zawartej umowy ma wartość przekraczającą 10 % kapitałów własnych Funduszu.” (cyt. jw. wytłuszczenia i skróty moje – GG).


To ci heca. Hajdarowicz pożycza 20 baniek z górką pod zastaw udziałów własnej spółki i wystawia weksel in blanco (istna pętla na szyję!), zaś NFI Jupiter pożycza kwotę przekraczającą 10% kapitału własnego! Grunt to zaufanie w biznesowej rodzinie... Żeby było ciekawiej, dodam, iż ów kontrolowany przez pana Hajdarowicza Fundusz notuje „sukcesy” porównywalne z „sukcesem” „Przekroju” pod hajdarowiczowskimi rządami - tak jak „Przekrój” stoczył się do rangi pisma niszowego, tak też i akcje NFI Jupiter ostatnio dołują:



(źródło: http://www.jupiter-nfi.pl/relacje.php)


Czy będzie nadużyciem moja supozycja, że te 20 baniek z odsetkami pan Hajdarowicz wyssie z Presspubliki, by „zaspokoić” swego „wierzyciela” - NFI Jupiter? I to do dnia 30 września 2011 roku? Jak inaczej miałby spłacić te 20 milionów dwieście tysięcy (plus odsetki) w trzy miesiące?


I taki to biznesmen wykupił „Presspublicę”...


V. Fikus czy Gauden?


Co będzie? Ano, ciekawie będzie, jak to w ciekawych czasach zwykło bywać. „Rzeczpospolita” w najlepszym razie wróci do „doktryny Fikusa”, że tak ją nazwę od nazwiska ś.p. Dariusza Fikusa, redaktora naczelnego „Rzepy” w latach 1989-1996. Owa doktryna polegała na tym, że jak ponoć mawiał Naczelny (przytaczam sens, nie pamiętam dokładnego cytatu), „Rzeczpospolita” ma się zajmować prawem i gospodarką, bo od polityki jest „Gazeta Wyborcza”. Pyszne, prawda? Nie wkraczamy w paradę jedynie słusznej mediodajni od agit-propu, uprawiamy własne, fachowe poletko, zaś warstwę publicystyczną wypełniamy watą „wyważonych” opinii – mdłych niczym krem waniliowy, lecz obsługujących poczucie bezpieczeństwa współczesnej post-inteligencji, która jak ognia boi się wszelkich kontrowersji.


Jeśli tak się stanie, to jeszcze pół biedy. Przeczuwam jednak, że nowe rozdanie wróci do czasów gaudenowszczyzny, czyli aktywnego wspierania opcji beneficjentów i utrwalaczy światopoglądowo-politycznego porządku III RP. Tym, którzy urodzili się wczoraj przypomnę, że „medialny funkcjonariusz opcji III RP”, Grzegorz Gauden, jako redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” (lata 2004-2006, wcześniej – od 1999 prezes Presspubliki) wsławił się wyrzuceniem z „Rzepy” Bronisława Wildsteina na lekko tylko zakamuflowane życzenie „Wyborczej” po tym, jak rzeczony Wildstein udostępnił jawne zasoby osobowe z archiwum IPN (tzw. „lista Wildsteina”).


Gauden ma tę przewagę nad „doktryną Fikusa”, że żyje i wykazuje się aktywnością na froncie ideolo, czemu dał wyraz jako prezes Instytutu Książki z którego to tytułu został pierwszym skrzypkiem w zespole „niezależnych ekspertów” przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oceniającym zasadność wniosków o dotacje dla czasopism społeczno-kulturalnych. Dotacje dostały wówczas m.in. „Krytyka Polityczna”, „Więź” i „Znak” (czyli lewactwo plus „katolicyzm otwarty”), pominięto natomiast m.in. „Pressje” i „Frondę” (czyli „katolicyzm zamknięty”). Zrobiła się draka i minister Zdrojewski ostatecznie dotacje „fundamentalistom” przyznał, ale śmiem twierdzić, że zasługi redaktora Gaudena nie uszły Oku Saurona, tym bardziej, że przyznano wówczas podatnicze pieniążki również gdańskiemu „Przeglądowi Politycznemu", którego naczelny, Wojciech Duda, współtworzył pismo ze swym druhem serdecznym - a obecnym premierem - Donaldem Tuskiem.


VI. Zielone światło dla „dobrych faszystów”?


W każdym razie stawiam jeśli nie na Gaudena osobiście, to na jakiś twór gaudenopodobny (w sensie realnych skutków działania). Taki Maciej Łętowski na przykład wyraźnie ostrzy sobie ząbki... Oj tak – ten by się nadał - Łętowski jest bowiem tzw. „salonowym konserwatystą” i „otwartym katolikiem”, a w związku z tym - „otwartym konserwatystą”. Wyjaśniam - w realiach III RP „salonowy konserwatysta” to taki odpowiednik „dobrego faszysty”, wiecie: persony typu Tomasz Wołek, Aleksandr Hall i ten dyszkantowy chichotek z muszką – Jan Wróbel, chyba tak, to pewnie on.


W każdym razie, Maciej Łętowski ma wszelkie predyspozycje, by naczelnym „Rzepy” zostać. Ogłosi się wtedy: no, czego chcecie? Konserwatywny charakter pisma został zachowany, oskrobano je tylko z oszołomstwa – konserwatysta, ale nie oszołom, czyli - jak to się mówi - „uczciwy, ale nie fanatyk”.


A „Uważam Rze”? Albo czeka je opcja gaudenowsko-łętowska (wersja light), albo - bez zbędnej żenady - przygarnięcie na stołek naczelnego jakiegoś Najsztuba i radykalne przeprofilowanie pisma. To zresztą nieważne, w jednym i drugim przypadku przedsięwzięcie zakończy się wydawniczą klęską na podobieństwo „Przekroju”.


VII. Chcącemu (robić dobrze Sauronowi) nie dzieje się krzywda.


I pewnie nawet o to chodzi. Skarb Państwa, jak sądzę, wycofa się z działań mających na celu rozwiązanie Presspubliki, ba – nawet ochoczo odsprzeda swe udziały w podupadających tytułach spółce Gremi Media pana biznesmena Grzegorza Hajdarowicza. Powiem więcej – im bardziej „Rzeczpospolita”, „Uważam Rze” i „Parkiet” zadołują, tym taniej i bardziej skwapliwie Skarb Państwa i minister Grad panu Hajdarowiczowi te udziały opchnie. Łączna sprzedaż tytułów zmniejszy się wprawdzie o połowę, ale za to przybędzie jakimś cudem reklam i panu Hajdarowiczowi nie zostanie wyrządzony materialny despekt. W końcu to konstruktywny biznesmen, który zrozumiał po prawicowym, KPN-owskim epizodzie w swej biografii, jakie realia obowiązują w Mordorze, podobnie jak Saruman „zrozumiał” potęgę Saurona. Swe rozumienie przekształcił na biznesy, które wprawdzie jakoś tak tak ledwie dychają, ale wiadomo – w IIIRP „chcącemu nie dzieje się krzywda”, że tak bezczelnie zdekontekstuję szlachetną, rzymską paremię. Toteż pan biznesmen Hajdarowicz nie zbiednieje, choćby jego gazetowe przedsięwzięcia kończyły się sromotną klapą. Ot, kolejny nawrócony „dobry faszysta”, a Sauron wynagradza swoje wierne sługi...


Swe sługi Sauron wynagradza tym hojniej, im bliżej wyborów.


VIII. Aby zupa się nie wylała...


Podsumowując: starania o przejęcie „Presspubliki” zintensyfikowane zapewne po starcie „Uważam Rze” pokazują, iż po pierwsze – obecny układ czuje się wielce niekomfortowo w warunkach choćby częściowego pluralizmu opinii, po drugie zaś – autentycznie boi się o wynik jesiennych wyborów.


Wpływowe, opiniotwórcze, „cytowalne” pisma psujące wizerunek „wrzuty” jaką jest fikcyjna europrezydencja na której Sauron zamierza dojechać do wyborów... Ci defetyści punktujący kolejne symptomy pogłębiającego się rozkładu państwa są nieakceptowalni na równi z kibolskimi transparentami. Taka już jest ta pełzająca represjonizacja w dyktaturze matołów (o dyktaturze matołów czytaj TU i TU).


Krótko mówiąc, chodzi o to, by zupa nie wylała się zbyt wcześnie - aby donieść ten chyboczący się w drżących dłoniach talerz do stolika.


A jak ta zupka będzie smakowała? Drodzy konsumenci, nie łudźmy się. W tej knajpie nie przyjmuje się reklamacji.


Gadający Grzyb




 


P.S. Treść raportu Komisji Nadzoru Finansowego:


 


KOMISJA NADZORU FINANSOWEGO


Raport bieżący nr 20 / 2011 Data sporządzenia: 2011-07-01


Skrócona nazwa emitenta JUPITER NFI SA


Temat Zawarcie znaczącej umowy przez Jupiter NFI S.A.


Podstawa prawna Art. 56 ust. 1 pkt 2 Ustawy o ofercie - informacje bieżące i okresowe

 


Treść raportu: W dniu 30 czerwca 2011 roku JUPITER Narodowy Fundusz Inwestycyjny S.A. z siedzibą w Krakowie - zawarł z Panem Grzegorzem Hajdarowiczem – prowadzącym działalność gospodarczą pod firmą Gremi Grzegorz Hajdarowicz z siedzibą w Karniowicach umowę pożyczki kwoty 20.200.000,00 (dwadzieścia milionów dwieście tysięcy) złotych. Oprocentowanie kwoty pożyczki wynosi 11,5 % w stosunku rocznym a jej zwrot wraz z należnym oprocentowaniem winien nastąpić do dnia 30 września 2011 roku. Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.



Powyższa umowa jest znaczącą umową zgodnie z postanowieniami § 2 ust. 1 pkt.44 Rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 19.02.2009 roku w sprawie informacji bieżących i okresowych przekazywanych przez emitentów papierów wartościowych … z uwagi na to, iż przedmiot zawartej umowy ma wartość przekraczającą 10 % kapitałów własnych Funduszu.



Raport sporządzono na podstawie art. 56 ust. 1 pkt. 2 ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych.